Idealny kłamca - Jolanta Żuber - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Idealny kłamca ebook i audiobook

Jolanta Żuber

3,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W ciemnym, ponurym domu panują określone reguły. Od pół roku Patrycja Majewska stosuje się do zasad wymyślonych przez męża, ale z dnia na dzień i ona, i ich syn mają coraz mniej sił, by wypełniać dziwne obowiązki. Kobieta wie jednak, że nie może uciec, dopóki nie ukończy swojego planu zemsty.

Kiedy pewnej burzowej nocy w ich domu pojawia się niespodziewany gość, dotychczasowa okrutna codzienność przeradza się w coś znacznie gorszego. Na jaw wychodzą kolejne sekrety Igora Majewskiego, bluszczowy dom wciąga w coraz głębszą otchłań, a jego korytarze prowadzą do przerażającego odkrycia.

Co takiego skrywa wnętrze opuszczonej posiadłości? Czy tajemniczy gość faktycznie jest tym, za kogo się podaje? A może są pewne sekrety, których nie warto poznawać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 257

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 59 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa Abart & Michał Klawiter

Oceny
3,7 (49 ocen)
22
8
7
7
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Niki88

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo mroczna, ciezka
30
xyz1235

Nie oderwiesz się od lektury

obrzydliwa, ale nie można się oderwać
30
Berkas

Nie oderwiesz się od lektury

intrygująca
30
pelaaaaak

Nie oderwiesz się od lektury

Jolanta Żuber to moje odkrycie czytelnicze poprzedniego roku. Uwielbiam jej pióro.
20
Rokusana

Dobrze spędzony czas

Bardzo mnie wciągnęła fabuła, wzbudziła we mnie skrajnie niekomfortowe emocje. Wiadomo, trochę brzmi jak bajka, ale różne potwory chodziły po tym świecie
00

Popularność




Ty­tuł: Ide­alny kłamca

Co­py­ri­ght © Jo­lanta Żu­ber, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja i ko­rekta: Anna Koł­tek

ISBN 978-91-8076-855-9

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Pro­log

Zboże tego lata było wy­jąt­kowo uro­dzajne, ale tym ra­zem kłosy nie po­ru­szały się na wie­trze, trą­cane de­li­kat­nie jego po­dmu­chem, lecz szu­miały w moim umy­śle zło­wrogo, jakby już wie­działy, co się sta­nie. Pięć mi­nut póź­niej ja też mia­łam się do­wie­dzieć. Pró­bo­wa­łam ucie­kać, ale wy­nisz­czone w ostat­nich mie­sią­cach ciało, brak od­po­wied­niej ilo­ści wody i okrutna spie­kota spra­wiły, że nogi od­ma­wiały mi po­słu­szeń­stwa, choć umysł na­ma­wiał do ko­lej­nego wy­siłku. Opar­łam się o mur i od­wró­ci­łam do tyłu. Czu­łam, jak wszystko przede mną wi­ruje, jak po­stać męż­czy­zny roz­mywa się, a w oczach mo­men­tami dwoi się i troi. Bła­ga­łam w my­ślach, by­leby tylko ze­mdleć i nic nie czuć.

Ostat­kiem sił pró­bo­wa­łam krzyk­nąć, choć był to ra­czej krzyk w głu­chą prze­strzeń, do sie­bie, bo w pro­mie­niu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów – oprócz nas – nie było ży­wego du­cha. Ale mu­sia­łam to zro­bić; jak ina­czej dać ży­ciu znak, że nie po­winno się koń­czyć w ten spo­sób?

Kłosy znów po­ru­szyły się zło­wrogo, do­sko­nale wi­dzia­łam ich złoty ko­lor i przy­po­mnia­łam so­bie, jak kie­dyś, dawno temu, lu­bi­łam tu z nim przy­cho­dzić. Ra­zem ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak doj­rze­wają w słońcu i snu­li­śmy plany na przy­szłość, która ry­so­wała się w ja­snych bar­wach. Te­raz ta myśl była tak wy­raźna, tak uchwytna, jakby to było wczo­raj, ale gdy zbli­żył się do mnie na wy­cią­gnię­cie ręki, czar prysł. Mia­łam wra­że­nie, że całe pole wy­glą­dało na ob­lane czer­woną farbą jesz­cze na mo­ment przed tym, jak nóż wy­lą­do­wał na­gle w moim brzu­chu. Zimne sta­lowe oczy męż­czy­zny przede mną na­peł­niły się prze­ra­że­niem, jakby zdał so­bie sprawę, że to, co zro­bił, jest nie­od­wra­calne i po­ciąga za sobą ko­lejne na­stęp­stwo.

Ja też o tym wie­dzia­łam. Bę­dzie mu­siał mnie za­bić. Od­dy­cha­łam więc płytko, krótko, by­leby nie zwie­lo­krot­niać bólu, a on – za­miast ująć mnie w ra­miona i za­cząć prze­pra­szać – ska­zał na ko­lejne cier­pie­nie. Wy­jął nóż i wbił w brzuch raz jesz­cze, tym ra­zem niemo bła­ga­jąc o wy­ba­cze­nie. Ostrze było ni­czym z ka­mie­nia. Zimne, nie­przy­jemne. Za­czę­łam krzy­czeć, ale szybko za­tkał mi usta. Resztki iskie­rek, które za­zwy­czaj mia­łam w oczach, znik­nęły, gdy osu­nę­łam się wzdłuż muru, szep­cząc bez­gło­śnie w stronę kło­sów. Upa­dłam na su­chą zie­mię, włosy w ko­lo­rze doj­rza­łej psze­nicy roz­sy­pały się nie­mal wszę­dzie, a z ust wy­le­ciała ślina. Za­nim za­mknę­łam po­wieki, do­strze­głam, jak po­chyla się nade mną ktoś jesz­cze. Czyjś but trą­cał mnie, jak­bym była rze­czą, ale krzyki, które sły­sza­łam, gdy bie­głam przed sie­bie, te­raz uci­chły. Nikt ich już nie po­trze­bo­wał, skoro wszystko zo­stało prze­są­dzone. Wolno za­mknę­łam po­wieki. Jesz­cze przez chwilę prze­su­wały się pod nimi cie­nie już nie lu­dzi, a po­two­rów, które tylko spraw­dzały, gdzie tym ra­zem wbić nóż. Było co­raz trud­niej usły­szeć głosy i zro­zu­mieć, co tak na­prawdę się stało. Po­woli, po­wo­lutku od­pły­wa­łam, a oni zro­bili to, co było na­tu­ral­nym na­stęp­stwem – spraw­dzili, czy na pewno prze­sta­łam od­dy­chać. Po­czu­łam mie­sza­ninę wody ko­loń­skiej i potu.

Dasz radę. Rusz się. Mu­sisz żyć. Spró­buj…

Prze­su­nę­łam ręką po su­chej ziemi, pró­bo­wa­łam wy­ma­cać co­kol­wiek, co po­zwo­li­łoby mi na ja­ką­kol­wiek obronę, ale nic ta­kiego nie od­na­la­złam.

– Nie­długo się wy­krwawi – usły­sza­łam. – Zo­staw już!

– Trzeba ją do­bić, te­raz! Ty pie­przony idioto. Co zro­bi­łeś?

– Ja? Ja zro­bi­łem?! – Krzyk roz­no­sił się co­raz da­lej i da­lej, a ja po­czu­łam to samo ostrze co wcze­śniej. Serce przy­spie­szyło, a po­tem jakby prze­sta­łam je sły­szeć.

Tik-tak. Tik-tak.

W końcu na­de­szło naj­trud­niej­sze – po­go­dze­nie się z lo­sem i nie­udaną próbą ucieczki. Po­go­dze­nie się z tym, że ulo­ko­wa­łam uczu­cia w nie­wła­ści­wej oso­bie i że mi­łość wcale nie koń­czy się ma­gicz­nym „żyli długo i szczę­śli­wie”.

Kłosy szu­miały już tylko le­ciutko, a błę­kitny bez­kres roz­ta­czał się wszę­dzie, jakby ni­gdy nic się tu nie wy­da­rzyło. Nie udało się, choć tak bar­dzo pra­gnę­łam żyć. Po tylu mie­sią­cach bez słońca roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łam na­pa­wać się jego bla­skiem.

Tik-tak.

– Co zro­bi­łeś? Co… my, kurwa, zro­bi­li­śmy?

– Nic. Ro­zu­miesz? Nie było tego!

Roz­dział 1

An­tek

Wolno wsta­łem z ka­napy. Dziś by­łem bar­dziej znu­dzony niż zwy­kle, bo tata wy­szedł i scho­wał pi­lota do te­le­wi­zora w ra­mach kary za to, że wczo­raj nie od­mó­wi­łem mo­dli­twy za ko­lejny do­bry dzień. Wciąż ka­zał mi się tylko mo­dlić. Za Szy­mona, Pawła, mamę i za niego. Za mnie po­dobno mo­dlili się inni, bo je­śli zro­bił­bym to sam, wtedy mo­dli­twa mo­głaby oka­zać się nie­sku­teczna. Ja i tak tro­chę oszu­ki­wa­łem, bo za­zwy­czaj mó­wi­łem Bogu tylko to, co chcia­łem do­stać. Nie lu­bi­łem się mo­dlić za mo­ich braci, bo to mię­dzy in­nymi przez nich zna­la­złem się w tym opusz­czo­nym domu. Wiem, że gdyby tu byli, tata da­lej byłby taki sam jak wcze­śniej, a te­raz zu­peł­nie zwa­rio­wał od tej swo­jej mo­dli­twy i by­cia po­boż­nym. Mó­wił, że mu­simy od­po­ku­to­wać za grze­chy braci, które do­tknęły na­szą ro­dzinę. Nie zga­dza­łem się z tym. Dla­czego mamy od­po­wia­dać za czy­jeś uczynki? Czy Szy­mon i Pa­weł nie mo­gli zro­bić tego sami? Chciał­bym, żeby było jak daw­niej, kiedy miesz­ka­li­śmy w piątkę w na­szym domku w gó­rach, z któ­rego mia­łem wi­dok na oko­liczne szczyty. Tu nie było żad­nego przy­jem­nego wi­doku. Zu­peł­nie nic, tylko ja­kieś pola i krzaki, gdzie nie można na­wet w spo­koju po­ko­pać piłką. Wszystko miało taki brudny zie­lony ko­lor jak w woj­sku, je­dy­nie ko­lo­rowe fi­gurki świę­tych i ob­razki usta­wione na każ­dym z pa­ra­pe­tów prze­ła­my­wały tę mo­no­to­nię.

Od lo­dówki do sto­jaka z no­żami było dwa i pół kroku, a od niego do ko­mórki, w któ­rej mama trzy­mała za­pasy sło­ików i cza­sami no­co­wała, trzy duże. Mój świat krę­cił się wo­kół kro­ków i liczb, bo to po­zwa­lało na mo­ment ode­gnać my­śli od tego, co stało się kilka mie­sięcy temu i co trwa do dziś. Ale po ko­lei…

Mój pierw­szy brat, Pa­weł, miał szes­na­ście lat, kiedy wy­pro­wa­dził się z na­szego domu. Tata mó­wił, że jest nie­wdzięcz­ni­kiem, bo wszedł na ha­niebną drogę i sprze­daje się ja­kimś bo­ga­tym fa­ce­tom za pie­nią­dze. Mó­wił też, że trzeba się za niego żar­li­wie mo­dlić, żeby czas go tro­chę zmie­nił i spro­wa­dził znowu na ścieżkę nor­mal­no­ści. Nie wie­rzy­łem, że to się kie­dy­kol­wiek sta­nie, bo tyle lat już go nie było, tyle mo­dlitw od­mó­wi­li­śmy i wszystko na nic, więc chyba do­brze mu w ta­kiej sy­tu­acji.

Mój drugi brat, Szy­mon, to prze­ci­wień­stwo pierw­szego. Do­bry, cno­tliwy za­kon­nik. Wstą­pił tam po ukoń­cze­niu dzie­więt­na­stu lat. Mama i tata nie od­wie­dzali go, bo po­dobno nie można. Nie­wiele z tego ro­zu­mia­łem, ale mó­wili coś o obo­wią­zu­ją­cym ry­go­rze i za­mknię­ciu. Wie­dzia­łem tylko, że nie mają te­le­wi­zo­rów, ta­ble­tów, sło­dy­czy, te­le­fo­nów ani ogól­nie ni­czego, co mo­głoby być uwa­żane za nie­po­trzebne. A prze­cież pa­mię­ta­łem, jak Szy­mon wy­pi­jał li­trami colę i grał w gry na kom­pu­te­rze. Na po­czątku my­śla­łem, że to ja­kiś ka­wał, kiedy tata po­wie­dział mi, że brat nie bę­dzie z nami miesz­kał, bo musi się prze­pro­wa­dzić do ja­kie­goś klasz­toru. Pę­ka­łem ze śmie­chu, ale Szy­mo­nowi wcale nie było we­soło, jakby coś się w nim zmie­niło; prze­stał się wy­głu­piać i rze­czy­wi­ście po­twier­dził słowa ro­dzi­ców. Tro­chę szkoda, bo te­raz nie mieli tam nic – oprócz swo­ich czy­stych su­mień i co­dzien­nych mszy albo mo­dlitw. Z tego względu za niego pa­cierz też od­ma­wia­łem rzadko, bo prze­cież i tak miał tego nad­miar. Ale oczy­wi­ście ta­cie mó­wi­łem, że obu wspo­mi­nam w mo­dli­twie.

On na­dal ich ko­chał, choć to ja od za­wsze by­łem jego ulu­bio­nym sy­nem. Mia­łem czy­stą kartę, a on wciąż żył na­dzieją, że nie pójdę w ślady braci. Nie zro­bi­łem tego i na pewno nie zro­bię, bo nie in­te­re­sują mnie chłopcy, a mo­dli­twy mam już tyle, że wszystko mi się prze­le­wało. Nie zniósł­bym wię­cej. Cza­sem za­sta­na­wia­łem się tylko, dla­czego tak dużo jej po­trze­bo­wa­li­śmy.

Jest jesz­cze mama, Pa­try­cja. Od za­wsze pra­co­wała w bi­blio­tece i ota­czała się sto­sem ksią­żek. Od­kąd pa­mię­tam, no­siła wiel­kie, kan­cia­ste oku­lary i za­wsze miała zwią­zane włosy. Była ładna, bo ani szczer­bata, ani wy­chu­dzona, tylko wciąż taka za­my­ślona, jakby świat wo­kół niej nie ist­niał. Te­raz roz­my­ślała czę­ściej niż wtedy, gdy miesz­ka­li­śmy w domu w gó­rach. Cza­sem na­wet mnie to prze­ra­żało, bo za­nim od­po­wie­działa na py­ta­nie, mi­jały dłu­gie mi­nuty. Kie­dyś była tro­chę we­sel­sza, ale my­ślę, że tak jak ja nie lu­biła tego domu; bra­ko­wało jej gór­skiego po­wie­trza i po­przed­niej pracy. Co­raz czę­ściej prze­by­wała w ko­mórce, co­raz dłu­żej tam spała. Wie­lo­krot­nie przy­ła­pa­łem ją na tym, jak rano wy­śli­zgi­wała się po ci­chu spo­mię­dzy pó­łek. Kiedy mnie zo­ba­czyła, uda­wała, że do­piero tam we­szła, ale ja zna­łem prawdę. Całe szczę­ście, że sło­iki nie za­wa­liły się na nią. Od­kąd prze­nie­śli­śmy się do blusz­czo­wego domu, była taka zmę­czona. Zda­rzało się, że za­sy­piała też przy stole, na ka­na­pie, bo w ko­mórce mu­siało być jej bar­dzo nie­wy­god­nie.

Mama była tro­chę mniej wy­ma­ga­jąca niż tata, sama cza­sem za­po­mi­nała o mo­dli­twie. Pa­mię­tam, jak kie­dyś przed pój­ściem spać nie wzięła ksią­żeczki, nie od­mó­wiła także dzie­siątki ró­żańca, nie po­ca­ło­wała na­wet świę­tej fi­gurki i nie prze­że­gnała się przed ob­raz­kiem. Tata się wku­rzył. Nie do­stała la­nia jak ja, bo była na to za duża, ale tata wciąż krzy­czał, że nie można o tym za­po­mi­nać. Że je­ste­śmy już na do­brej dro­dze, aby w końcu oczy­ścić się z grze­chów i za­cząć jesz­cze raz. Nie ro­zu­mia­łem, co to do­kład­nie zna­czy, ale kiedy ko­lej­nego wie­czoru mama klę­czała zwró­cona twa­rzą do ob­razu, a pod jej ko­la­nami były ziarna gro­chu, zda­łem so­bie sprawę, że trzeba prze­strze­gać tych za­sad. Pil­no­wa­łem póź­niej, żeby ni­gdy nie za­po­mnieć o wie­czor­nej mo­dli­twie, bo tak dłu­gie klę­cze­nie wy­da­wało mi się mało przy­jemne.

Ach, był­bym za­po­mniał. Była jesz­cze moja sio­strzyczka, Gaja. Miesz­kała z nami przez dwa ty­go­dnie i wtedy czu­łem się tro­chę mniej sa­motny, ale od­kąd mu­siała znik­nąć, znów by­łem sam.

Ja i moje kroki.

***

Wy­glą­da­łem przez okno, kiedy tata przy­ci­nał ga­łę­zie na wy­so­kich krze­wach. Dom nie­mal z każ­dej strony po­ro­śnięty był blusz­czem. Z drogi nie spo­sób było od­na­leźć wej­ścia do niego, jak w tej bajce o Śpią­cej Kró­lew­nie, któ­rej za­mek przez sto lat zdą­żył po­ro­snąć krze­wami.

Tata miał dłu­gie no­życe, które zręcz­nie ści­nały ga­łę­zie. Lu­bi­łem pa­trzeć, jak to robi, ob­ser­wo­wać jego siłę i spa­da­jące li­ście, które wi­ro­wały na wie­trze. Znaj­do­wał się pew­nie w od­le­gło­ści nie więk­szej niż dwa­dzie­ścia kro­ków od okna, ale nie mo­głem do niego wyjść, bo dziś znów zo­sta­łem uka­rany. Spę­dza­łem czas w domu przez tę głu­pią mo­dli­twę, o któ­rej za­po­mnia­łem. Te nowe za­sady były dziwne, nie lu­bi­łem ich, wo­la­łem te, które były wcze­śniej – nikt nie mu­siał mo­dlić się aż tyle, usta­wiać ob­ra­zów i fi­gu­rek. Wy­star­czyło po­wie­dzieć kilka słów przed snem i mama była za­do­wo­lona, a tata to na­wet o to nie py­tał. Te­raz rzadko kiedy cho­dził uśmiech­nięty. Cho­ciaż my­ślę, że mo­dli­li­śmy się wię­cej niż nie­jedna ro­dzina i tak na­prawdę wię­cej niż kto­kol­wiek w ciągu ostat­nich lat. Ale jego nic nie cie­szyło, wciąż był po­nury, miał dziwną minę, zu­peł­nie inną od tej, którą wi­dy­wa­łem na jego twa­rzy, gdy miesz­ka­li­śmy w gó­rach. Tam by­li­śmy szczę­śliwi. A tu, na od­lu­dziu, w blusz­czo­wym domku, ni­komu się nie po­do­bało.

– To tylko tak na ra­zie – mó­wił tata, kiedy pew­nego let­niego wie­czoru pa­ko­wa­li­śmy wa­lizki do du­żego sa­mo­chodu.

– Ale ja nie chcę wy­jeż­dżać! Nie chcę zo­sta­wiać na­szego domu! – krzy­cza­łem i tu­pa­łem jak małe dziecko, cho­ciaż skoń­czy­łem już czter­na­ście lat.

Mimo to tata nie zgo­dził się, że­by­śmy zo­stali. Pa­mię­tam, że po­bie­głem wtedy do mamy i pró­bo­wa­łem ją prze­ko­nać, na­wet tro­chę pła­ka­łem, bo to za­wsze na nią dzia­łało. Ona jed­nak sie­działa z ka­mienną twa­rzą, zwró­cona do okna, i po­wta­rzała, że tak bę­dzie le­piej. Ale jak może być le­piej, kiedy zo­sta­wiasz dom, ko­le­gów, wszystko, co ko­chasz, i wy­jeż­dżasz gdzieś, gdzie nie znasz ni­kogo? Zmiany wcale nie są do­bre. Nie dla nas. Może dla do­ro­słych, któ­rzy czę­sto po­wta­rzają, że za­czy­nają ży­cie od nowa, bo roz­padł im się zwią­zek albo zwol­niono ich z pracy. Ja nie chcia­łem za­czy­nać ni­czego od nowa.

– Mamo, ale dla­czego nie mo­żemy zo­stać tu­taj? Prze­cież do­piero co re­mon­to­wa­li­śmy po­kój Gai, ten dom jest taki piękny, taki duży! Ma­cie ja­kieś kło­poty?

– Nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, Toni, je­śli o to py­tasz – od­po­wie­działa su­cho.

Za­wsze na­zy­wała mnie tak piesz­czo­tli­wie, bo twier­dziła, że to pa­suje do mnie bar­dziej niż zwy­kłe „An­tek”, ale lu­bi­łem to. Czu­łem się wtedy wy­róż­niony, bo Pa­weł i Szy­mon nie mieli ani ta­kich zdrob­nień, ani wzglę­dów u mamy.

Zmarszczka na jej czole się uwy­dat­niła. Wciąż pa­trzyła przez okno na gór­skie szczyty po­lane bia­łym pu­chem.

– Mamy pie­nią­dze. Dużo pie­nię­dzy.

– To dla­czego mu­simy wy­je­chać?

– Nie zro­zu­miesz.

– Skąd wiesz?

– Toni!

– Chyba mam prawo wie­dzieć? – na­le­ga­łem.

– Cza­sem trzeba po­dej­mo­wać pewne de­cy­zje, na­wet je­śli się tego nie chce. Skar­bie, nie martw się, przy­zwy­cza­isz się do no­wego miej­sca. Tata mó­wił, że tam jest tro­chę inny kli­mat, cie­plej, niż­sze ci­śnie­nie, dużo drzew. – Przy­gar­nęła mnie do sie­bie i po­gła­skała po gło­wie jak małe dziecko.

– Czy to, co mó­wił tata, to prawda? Od­zy­skamy Gaję?

Mama wciąż wpa­try­wała się w okno, nie­ru­choma, blada. Czu­łem jed­nak, że po tym py­ta­niu in­ten­syw­ność jej piesz­czoty stała się wy­raź­niej­sza. Od­su­ną­łem się lekko i po­pa­trzy­łem w jej nie­bie­skie oczy, które w po­łą­cze­niu z czar­nymi wło­sami dziś wy­glą­dały upior­nie.

– Gaja bę­dzie znowu z nami?

– Nie wiem. Je­śli tata tak mó­wił, to może coś w tym jest.

– A Pa­weł? Szy­mon? Oni wszy­scy zo­staną tu? Wła­ści­wie do­kąd je­dziemy?

– Gdzieś da­lej, chyba za mia­sto. Tam bę­dzie tro­chę spo­koj­niej. Szy­mon nie może opusz­czać za­konu, te­raz tam jest jego dom, a Pa­weł, cóż… My­ślę, że woli swoje miesz­ka­nie, poza tym tata nie zgo­dziłby się, żeby miesz­kał tu­taj, kiedy… kiedy…

– Kiedy wciąż robi te brzyd­kie rze­czy, tak? Ale prze­cież mó­wi­łaś, że nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, nie mo­gła­byś dać ich Paw­łowi, żeby nie mu­siał jeź­dzić do tych fa­ce­tów?

Mama wes­tchnęła. Po­tarła ręką o rękę i wi­dzia­łem, że od­po­wiedź przy­cho­dzi jej z tru­dem.

– On nie weź­mie na­szych pie­nię­dzy, ko­cha­nie. Ale to za­wsze bę­dzie jego dom, więc je­śli ze­chce, może do niego wró­cić. Szy­mon oczy­wi­ście też. Nie sprze­da­jemy go, po pro­stu na ra­zie mu­simy się prze­pro­wa­dzić, pewne zmiany są nie­unik­nione.

– Ale wró­cimy tu nie­długo? To coś ta­kiego jak dłu­gie wa­ka­cje? – Otwo­rzy­łem sze­roko oczy, bo wciąż nie­wiele ro­zu­mia­łem. Zwłasz­cza że jesz­cze mie­siąc temu tata la­tał jak sza­lony i prze­bu­do­wy­wał po­łowę domu, żeby Gai było wy­god­nie.

Biedna mała Gaja, mó­wiła mama, kiedy znik­nęła. Głu­pia Gaja, pod­po­wia­dał głos w mo­jej gło­wie. To przez nią wszystko się ze­psuło, te­raz mu­sie­li­śmy je­chać gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Może nie­po­trzeb­nie py­ta­łem o to, czy do nas wróci, bo mama znów tak strasz­nie po­smut­niała? Choć by­łem już duży i rzadko kiedy się wzru­sza­łem, pa­mię­tam, że pła­ka­łem przez po­łowę drogi do no­wego miej­sca, i wy­da­wało mi się, że ma­mie też było smutno i źle. Sie­działa mil­cząca, tylko tata cią­gle mó­wił i mó­wił o no­wym domu, o pew­nych zmia­nach, ja­kie miały na­dejść, o za­sa­dach, mo­dli­twie.

– …tam bę­dziemy bez­piecz­niejsi, zmiany są bar­dzo po­trzebne, bo w gó­rach nie za­zna­li­by­śmy już szczę­ścia. Lu­dzie nie dają nam zu­peł­nie żyć, uwzięli się na nas okrop­nie. Ostat­nie dni były bar­dzo cięż­kie, ale uda się to wszystko od­bu­do­wać i prze­pro­sić Boga za prze­szłe krzywdy. Prawda, ko­cha­nie?

– Co? – Mama wy­rwała się z za­my­śle­nia. – A, tak. Zmiany, zmiany. Na pewno bę­dzie wspa­niale.

– Czy lu­dzie są dla nas nie­do­brzy przez Pawła? Czy to dla­tego, że Gaja mu­siała znik­nąć, tato? Wi­dzia­łem te na­pisy na bra­mie. My­ślą, że coś jej zro­bi­li­śmy? – za­py­ta­łem, kiedy za­trzy­ma­li­śmy się na jed­nej ze sta­cji, żeby zjeść hot dogi i na­peł­nić bak.

Lu­bi­łem ją, cho­ciaż była taka po­marsz­czona i pisz­cząca, bar­dzo ją lu­bi­łem. Ale te­raz jej nie lu­bię, bo my­ślę, że gdyby była da­lej z nami, ni­g­dzie by­śmy nie mu­sieli wy­jeż­dżać. Nikt nie rzu­całby tymi ka­mie­niami w okno i nie ry­so­wał po na­szych ścia­nach dziw­nych cza­szek.

Sły­sza­łem wtedy, jak mama ci­cho za­łkała, a po­tem za­tkała ręką usta.

– Igor, Igor, zrób coś, bo ja w ten spo­sób nie mogę. Nie dam rady. Po­wiedz mu, po­wiedz, że to nie my!

– Toni, weź głę­boki od­dech i opa­nuj się, bo twoja hi­ste­ria w ni­czym nie po­może. Pa­mię­taj: je­ste­śmy do­brzy. A Gaja wróci. Je­śli bę­dziemy długo i żar­li­wie się mo­dlić i kiedy tylko mama doj­dzie do sie­bie, kiedy wszy­scy się tro­chę po­zbie­ramy, ona wróci. Obie­cuję ci to, synu.

Przez całą drogę nie po­ru­sza­li­śmy już tego te­matu, ale ja wciąż za­sta­na­wia­łem się, kiedy na­stąpi ten mo­ment, w któ­rym Gaja znów bę­dzie z nami, i czy wtedy my też wró­cimy do domu. Nie wi­dzia­łem jesz­cze miej­sca, w któ­rym mie­li­śmy za­miesz­kać, ale czu­łem, że bę­dzie dużo gor­sze niż po­przed­nie.

Kiedy do­je­cha­li­śmy do celu i tata po­wie­dział, że to tu­taj, a po­tem uśmiech­nął się nie­mrawo, znie­ru­cho­mia­łem. Tuż przed nami była pustka. Drzewa, po­roz­rzu­cane ga­łę­zie, ja­kaś ru­dera i opusz­czone fa­bryki albo coś po­dob­nego do nich. W każ­dym ra­zie wiel­kie i brzyd­kie. To nie było to, o czym my­śla­łem. To nie był dom. To na pewno nie mógł być nasz dom.

Ale kilka mi­nut póź­niej, kiedy tata za­niósł tam wa­lizki, moja na­dzieja pry­sła.

– Wcho­dzi­cie? Trzeba prze­cież się roz­pa­ko­wać – rzu­cił, gdy wy­szedł po ko­lejną z to­reb. Nie mo­głem ode­rwać wzroku od jego ka­mien­nej twa­rzy, jakby zu­peł­nie nie wpły­nęło na niego to miej­sce, do któ­rego nas przy­wiózł.

– Je­steś pewny, że to tu­taj? – za­gad­nęła ci­cho mama, a on je­dy­nie kiw­nął głową i ko­lejny raz wy­mi­nął ją w dro­dze po ba­gaże.

A więc nie mia­łem już złu­dzeń. To miał być nasz nowy dom. Na szczę­ście tym­cza­sowy. Prze­cież nie mo­gli­śmy miesz­kać w ta­kim miej­scu przez dłuż­szy czas, prawda

***

Dni mi­jały, a my wciąż po­zo­sta­wa­li­śmy na od­lu­dziu. Wła­śnie dziś mi­nęło pół roku, od­kąd tata przy­wiózł nas do blusz­czo­wego domku. Gaja jesz­cze nie wró­ciła, a mama ro­biła się co­raz bled­sza. Uśmie­chała się tylko wtedy, gdy wy­jeż­dżała do pracy, ale gdy wra­cała, znów na twa­rzy po­ja­wiał się tylko po­nury gry­mas. Poza tym schu­dła. Su­kienki wi­siały na niej jak na wie­sza­kach, a długi war­kocz fran­cu­ski, który za­wsze za­pla­tała, był już tylko my­sim ogon­kiem. Je­dy­nie ga­łę­zie wo­kół domu i ostre li­ście ro­sły jak sza­lone.

Ode­tchną­łem głę­boko i znów sku­pi­łem wzrok na wi­doku za oknem. Tata pod­niósł se­ka­tor do góry i wy­ko­nał kilka szyb­kich ru­chów. Uśmiech­nął się do mnie, mimo że jesz­cze dwie go­dziny temu krzy­czał, że je­stem nie­wdzięcz­nym i ze­psu­tym dziec­kiem. Oczy­wi­ście od­wza­jem­ni­łem uśmiech, bo nie chcia­łem się znowu na­ra­żać, i wzią­łem do ręki pierw­szą lep­szą książkę. Czas w tym miej­scu pły­nął wol­niej niż gdzie­kol­wiek. Wy­cze­ki­wa­łem wie­czoru, a póź­niej po­ranka, by­leby tylko urwać się stąd na kilka go­dzin i po­być z ko­le­gami. Przez parę chwil po­żyć ich ży­ciem i opo­wie­ściami o nor­mal­nym domu bez za­sad, kar i blusz­czu, który za­ci­skał się wo­kół bu­dynku.

A z dnia na dzień co­raz bar­dziej także wo­kół nas sa­mych. Mia­łem dość. Sześć dłu­gich mie­sięcy spra­wiło, że coś za­czy­nało się we mnie bun­to­wać. Po­trze­bo­wa­łem nor­mal­no­ści, a nie pa­mię­ta­łem już na­wet jej smaku. Od­rzu­ci­łem książkę i – mimo ko­lej­nego głu­piego za­kazu – ru­szy­łem do taty. Może je­śli spy­tam, czy mu po­móc, bę­dzie dla mnie mil­szy?

Otwo­rzy­łem drew­niane drzwi, które skrzy­piały jesz­cze bar­dziej, od­kąd się tu wpro­wa­dzi­li­śmy, i przedar­łem się przez za­słonę z blusz­czu. By­łem zły, że tata – za­miast przy­ci­nać to, co po­ra­sta dom – za­jął się je­dy­nie krze­wami. Dla­czego po­zwa­lał, by okna były prze­sło­nięte wła­śnie w ten spo­sób? Zro­bi­łem kilka kro­ków w jego stronę.

– Toni – zwró­cił się do mnie od razu, kiedy sta­ną­łem przy nim. Usta miał za­ci­śnięte, a jego twarz na­wet i tym ra­zem nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji. – Mia­łeś zo­stać w domu i czy­tać książkę.

– Chcę ci po­móc – od­po­wie­dzia­łem pew­nie, ale on uniósł je­dy­nie brew i odło­żył na mo­ment se­ka­tor.

– Masz po­ję­cie, synu, że w tym domu obo­wią­zują pewne za­sady? Że od­kąd wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Biesz­czad, sta­ramy się żyć we­dług okre­ślo­nych re­guł?

– Tak, ale… – za­czą­łem, choć wie­dzia­łem, że nie da mi dojść do głosu.

– Mo­dli­twa o prze­ba­cze­nie. To jest te­raz prio­ry­tet, więc je­śli nie po­tra­fisz speł­nić choć tej jed­nej rze­czy, to w jaki spo­sób chcesz mi po­móc?

Wy­glą­dał na wku­rzo­nego, choć wi­dzia­łem, że jesz­cze się ha­mo­wał, na pewno chciał po­wie­dzieć coś moc­niej­szego. Wziął do ręki se­ka­tor i znów uniósł do góry, tym ra­zem wy­ko­nu­jąc szybki ruch. Ga­łę­zie opa­dły z trza­skiem na zie­mię, a w niego wstą­pił ja­kiś dziwny szał, bo ciął raz po raz, nie zwra­ca­jąc uwagi na mnie ani na to, że ostrze nie daje już rady.

– Tato…

– Idź do domu, Toni. Za­mknij się i po pro­stu wróć do ksią­żek, bo nie chcę słu­chać już tych two­ich głu­pich wy­mó­wek. Mia­łeś do wy­ko­na­nia jedną rzecz – syk­nął i szybko otarł pot z czoła. – Uklęk­nąć i po­mo­dlić się, prze­pro­sić za wszyst­kie grze­chy na­szej ro­dziny. – Jego głos stał się do­no­śniej­szy, a od­dech wy­raź­nie przy­spie­szył. – Ale znów tego nie zro­bi­łeś. Do cho­lery, ro­bi­cie wszystko nie tak, psu­je­cie to, co so­bie za­pla­no­wa­łem. A ja wiem! – za­śmiał się zło­wiesz­czo. – Wiem, że je­śli wszystko po­szłoby zgod­nie z pla­nem, to za kilka dni, może ty­go­dni, mama za­szłaby w ciążę i wresz­cie prze­pro­wa­dzi­li­by­śmy się do in­nego miej­sca. Ale nie! – krzyk­nął i złą­czył se­ka­tor. – Nie mo­głeś wy­ko­nać pro­stego za­da­nia, za­wsze mu­sisz ro­bić coś na prze­kór!

Ode­tchną­łem głę­boko. Chcia­łem czuć gniew i bar­dzo sta­ra­łem się, by mój głos brzmiał pew­nie, ale on nie prze­sta­wał mó­wić i się na­krę­cać. Na­gle od­rzu­cił se­ka­tor i za­ci­snął ręce w pię­ści.

– Gdy­byś się po­słu­chał, gdy­by­ście wszy­scy ro­bili to, co do was na­leży, nie sta­łoby się nic złego! A te­raz jej nie ma i nic tego nie zmieni! Ty prze­klęty ba­cho­rze, je­steś tak samo nie­udolny jak twoi bra­cia. Ni­czego nie po­tra­fisz zro­bić do­brze!

Chry­ste. Co w niego wstą­piło? Pa­trzy­łem, jak z mi­nuty na mi­nutę sta­wał się co­raz bar­dziej czer­wony. Mia­łem wra­że­nie, że za chwilę mnie ude­rzy, a kiedy znów się­gnął po se­ka­tor, mo­men­tal­nie się uchy­li­łem. Spoj­rzał na mnie gniew­nym wzro­kiem i mach­nął je­dy­nie ręką.

– Ja też nie chcia­łem, żeby ode­szła – rzu­ci­łem. – Gdyby Gaja żyła, wszystko by­łoby do­brze.

– Gaja… – po­wtó­rzył. – Ona wróci. Mu­simy się tylko po­sta­rać, a moja có­reczka znów tu bę­dzie i tym ra­zem bę­dzie tak, jak na­leży. Tamto dziecko… było złe. Tak. Trzeba my­śleć w ten spo­sób – do­dał bez­gło­śnie i spoj­rzał gdzieś w dal. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy, a wiatr roz­wie­wał oka­la­jące dom li­ście blusz­czu.

– Jak to złe?

– Idź do domu – wark­nął.

– O czym ty mó­wisz?

– Idź do tego cho­ler­nego domu i nie wy­chodź, do­póki ci nie po­wiem! – krzyk­nął i wtedy cały mój mi­sterny plan, by jak naj­szyb­ciej dać mu do zro­zu­mie­nia, że za­sady, które wpro­wa­dził, i cała ta prze­pro­wadzka były błę­dem, spa­lił na pa­newce.

Wy­stra­szy­łem się. Tym ra­zem na­prawdę – wi­dzia­łem w jego oczach, że je­śli znów za­pro­te­stuję, zrobi coś gor­szego niż tylko krzyki i groźby, a tym ra­zem nie chcia­łem do­stać la­nia. W gło­wie jed­nak wciąż mia­łem jego słowa i ten pu­sty wzrok, któ­rym wpa­try­wał się w prze­strzeń. Dla­czego mó­wił, że Gaja była zła? Prze­cież… roz­pa­czał po niej tak samo jak mama, a może na­wet jesz­cze bar­dziej?

Roz­dział 2

Pa­try­cja

Dzień w bi­blio­tece dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. Lu­dzie przy­cho­dzili co prawda od­dać książki i wy­po­ży­czyć coś no­wego, ale ja pa­trzy­łam tylko na ze­gar i mia­łam wra­że­nie, że jego wska­zówki nie po­ru­szają się wcale. Kie­dyś lu­bi­łam swoją pracę, ale te­raz na­wet ona nie spra­wiała mi żad­nej przy­jem­no­ści – to były je­dy­nie głu­pie go­dziny od ósmej do szes­na­stej. Od­bie­ra­nie bzdur­nych te­le­fo­nów, or­ga­ni­zo­wa­nie spo­tkań au­tor­skich i wy­słu­chi­wa­nie nie­speł­nio­nych po­etek, które mia­sto wci­skało nam na ja­kieś wie­czorki li­te­rac­kie.

O pięt­na­stej mo­dli­twa.

Ese­mes Igora wy­rwał mnie z za­my­śle­nia i spra­wił, że na mo­jej skó­rze po­ja­wił się nie­przy­jemny dreszcz. Póź­niej przy­szła ko­lejna wia­do­mość.

Włącz ka­merę i ustaw te­le­fon przed sobą, że­bym wi­dział, że to ro­bisz. Słowa mają być wy­po­wia­dane wy­raź­nie, nie spiesz się, bo bę­dziesz je po­wta­rzać, do­póki nie wy­ko­nasz tego po­praw­nie.

Moje palce już wy­stu­ki­wały od­po­wiedź, że to na­prawdę głu­pie i po­win­ni­śmy ze wszyst­kim skoń­czyć, ale wie­dzia­łam, że to spro­wa­dzi tylko więk­sze kło­poty. A po po­wro­cie do domu będę mu­siała zmie­rzyć się z jego gnie­wem, dla­tego scho­wa­łam swoją dumę do kie­szeni i ro­zej­rza­łam się po bi­blio­tece. W ką­cie sie­działo tylko kil­koro dzie­cia­ków; prze­pi­sy­wali coś ze słow­nika, więc ode­szłam za re­gał i po­łą­czy­łam się z Igo­rem na What­sAp­pie. Za­mknę­łam oczy i zro­bi­łam znak krzyża – choć czu­łam, jak moje po­liczki płoną ze wstydu – a po­tem ci­cho, twa­rzą do te­le­fonu, zmó­wi­łam krótką mo­dli­twę, pro­sząc jed­no­cze­śnie w my­ślach Boga, żeby nikt tej szopki nie usły­szał. Na szczę­ście wszy­scy byli za­jęci swo­imi spra­wami, a Igor usa­tys­fak­cjo­no­wany, więc kiedy tylko rzu­ci­łam koń­cowe „amen”, całe na­pię­cie ze mnie ze­szło. On na­tych­miast prze­rwał po­łą­cze­nie, ale za­raz po­tem na­pi­sał, że to wszystko dla na­szego do­bra i je­śli bę­dziemy to kon­ty­nu­ować, to na pewno los ze­śle nam nową Gaję. Znacz­nie lep­szą od po­przed­niej.

Ale czy Bóg mógł wy­słu­chać ko­goś, kto mo­dli się z obo­wiązku? Kto wcale nie jest w tym wszyst­kim szczery, a te co­dzienne po­le­ce­nia po pro­stu go do­bi­jają? Wąt­pię. Igor jed­nak w to wie­rzył. Ob­se­syj­nie wie­rzył, że tylko to nam po­może, a ja wie­dzia­łam, że żadna siła wyż­sza nie sprawi, że na­gle zajdę w ciążę i zmyję z sie­bie po­przed­nie grze­chy.

Po­pra­wi­łam oku­lary i za­ję­łam się książ­kami, które nie­dawno przy­je­chały do bi­blio­teki i trzeba je było od­po­wied­nio opi­sać. Z jed­nej strony dzień dłu­żył mi się strasz­nie, a z dru­giej – nie chcia­łam po­wrotu do blusz­czo­wego domku i tego, co tam na mnie cze­kało. Igor mó­wił, że prze­cież ży­jemy jak nor­malna ro­dzina, wy­cho­dzimy do pracy, nie za­my­kamy się jak dzi­wacy, cho­ciaż po tam­tej sy­tu­acji po­win­ni­śmy za­paść się pod zie­mię. Ale to nie­prawda. Nic nie było nor­malne. Od pół roku nic już nie było ta­kie samo. Ży­li­śmy od mo­dli­twy do mo­dli­twy, od nocy do nocy. A te były naj­gor­sze. Kiedy tylko czu­łam na so­bie jego wzrok, kiedy szep­tał mi do ucha to swoje: „Pa­try­cjo, już czas”, do­pa­dała mnie gę­sia skórka.

Za­mknę­łam oczy i wró­ci­łam pa­mię­cią do dnia, w któ­rym uro­dziła się Gaja. Igor osza­lał z ra­do­ści na punk­cie swo­jej pierw­szej córki. Do szpi­tala przy­wiózł całe torby ubra­nek, smocz­ków, pie­luch, jak­bym uro­dziła co naj­mniej tro­jaczki, i – je­śli mam być szczera – to osza­la­łam z mi­ło­ści i ra­do­ści zu­peł­nie jak on. Moja ide­alna księż­niczka, pierw­sza có­reczka. Wy­ma­rzona.

Toni przy­glą­dał się sio­strze z za­cie­ka­wie­niem, a kiedy do­tknął jej po­liczka i po­gła­skał de­li­kat­nie, mała łza spły­nęła po moim po­liczku. Wie­dzia­łam, że bę­dzie cu­dow­nym bra­tem i te­raz wszystko się zmieni, znów bę­dziemy pełną ro­dziną, a my­śli o Pawle i Szy­mo­nie, któ­rzy wy­brali taką, a nie inną drogę, zejdą na dal­szy plan. Ale póź­niej… póź­niej wszystko się zmie­niło. Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę, bo przy­wo­ły­wa­łam to wspo­mnie­nie i jed­no­cze­śnie chcia­łam, żeby jak naj­szyb­ciej znik­nęło. Na szczę­ście usły­sza­łam głos zza kom­pu­tera i wtedy wszystko się roz­ma­zało.

A ja znów by­łam tu i te­raz, jak lalka za­wie­szona na sznur­kach, wy­ko­nu­jąca se­rię po­le­ceń i wy­uczo­nych uśmie­chów, by­leby tylko stwa­rzać po­zory nor­mal­no­ści.

Masz nor­malną pracę, Pa­try­cjo. Masz dom w spo­koj­nej oko­licy.

Masz ko­cha­ją­cego męża i dziel­nego syna przy so­bie.

Ale ja wi­dzia­łam to ina­czej. Mia­łam pracę, która wy­peł­niała mi czas, bo ina­czej po­wie­si­ła­bym się na pierw­szym sznurku. Mia­łam dom na od­lu­dziu i mo­dli­twę o od­ku­pie­nie, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam.

Mia­łam męża, który w nocy zmie­niał się w ko­goś zu­peł­nie in­nego. Oraz syna, któ­remu bra­ko­wało swo­body i kon­tak­tów z daw­nymi ko­le­gami. Żadna z tych rze­czy, o któ­rych mó­wił Igor, nie była nor­malna.

Masz mnie, Pa­try­cjo. Wciąż masz mnie, cho­ciaż już dawno po­wi­nie­nem cię zo­sta­wić, ale za bar­dzo cię ko­cham, żeby to zro­bić. Nie­na­wi­dzę sie­bie za to, ale taka jest prawda. Roz­grze­szam cię za wszystko, co zro­bi­łaś, ale nie je­stem Bo­giem. To Jego po­win­naś jesz­cze pro­sić o prze­ba­cze­nie.

Za­ci­snę­łam po­wieki, aż bo­lało. A może ja wcale nie ża­ło­wa­łam? Może chcia­łam, żeby tak się stało, i to on po­wi­nien od­po­ku­to­wać za wszystko, przed czym ucie­kał? Nie zda­wał so­bie sprawy, że ja do­sko­nale wie­dzia­łam, przed czym tak się cho­wał. Ide­alne kłam­stwo prze­stało być ide­alne w mo­men­cie, gdy po­zna­łam prawdę, a on, Igor, już na za­wsze stra­cił w mo­ich oczach.

***

Za­mknę­łam drzwi bi­blio­teki i wdy­cha­łam świeże wio­senne po­wie­trze. Czu­łam zde­ner­wo­wa­nie, gdy skie­ro­wa­łam się do sa­mo­chodu. Chcia­łam wró­cić inną drogą, dłuż­szą, ale Toni na pewno się za mną stę­sk­nił i miał już dość sa­mot­no­ści. Kiedy uru­cho­mi­łam sil­nik, by­łam jesz­cze bar­dziej ze­stre­so­wana niż wcze­śniej, bo uświa­do­mi­łam so­bie, że wła­śnie dziś Gaja mia­łaby nieco po­nad pół roku. Czy sie­dzia­łaby już? A może mia­łaby te same pro­blemy roz­wo­jowe co Toni w jej wieku? Może sły­sza­ła­bym już pierw­sze sy­laby, które skła­dają się na to wy­cze­kane „mamo”? Chry­ste.

Przy­spie­szy­łam i wto­pi­łam się w wie­czorny ko­rek, który z mi­nuty na mi­nutę gi­nął gdzieś w od­dali. By­łam już na pu­stej dro­dze pro­wa­dzą­cej do blusz­czo­wego domu. Na szczę­ście dni były co­raz dłuż­sze. Tam, gdzie się prze­pro­wa­dzi­li­śmy, nie po­sta­wiono żad­nej la­tarni, a droga była wą­ska i wy­bo­ista. Po zmroku ciężko się pro­wa­dziło. Zimą… zimą było ze mną źle, więc to Igor za­wo­ził mnie i przy­wo­ził z po­wro­tem, bo nie by­łam w sta­nie spo­koj­nie pro­wa­dzić. Nie przy­zna­wa­łam się, ale nie tylko zmrok mnie pa­ra­li­żo­wał, głów­nie po­wo­do­wało to wspo­mnie­nie ma­lut­kiej Gai. Mo­men­tami my­śla­łam, by skrę­cić sa­mo­cho­dem na prze­ciw­le­gły pas, a kiedy Igor przy­spie­szał, mia­łam ob­se­syjne wręcz my­śli, by wy­trą­cić mu kie­row­nicę z rąk. Może ja­kimś cu­dem to za­uwa­żył i dla­tego, gdy po­pro­si­łam o to, by to on nas za­wo­ził, nie od­mó­wił. By­łam mu za to wdzięczna. To chyba je­dyna po­zy­tywna rzecz, jaką mo­głam z nim po­wią­zać. Chwi­lowa wdzięcz­ność.

Od­dy­cha­łam co­raz szyb­ciej i bar­dziej płytko, gdy po kwa­dran­sie pod­je­cha­łam pod blusz­czowy do­mek. Igor już nie pra­co­wał w ogro­dzie, ro­bił wła­śnie ko­la­cję dla To­niego. Ja nie mia­łam ochoty na krzą­ta­nie się w kuchni. Sta­ra­łam się trzy­mać, ale w środku coś roz­ry­wało mnie ka­wa­łek po ka­wałku. We­szłam pod prysz­nic. Za­zwy­czaj woda tu była le­dwo let­nia, ale tym ra­zem zro­biła się lo­do­wato zimna. Chwilę póź­niej ża­rówka w de­ko­ra­cyj­nej lam­pie za­mi­go­tała i zga­sła. Trwało to do­słow­nie kilka se­kund, jed­nak wy­star­czyło, żeby prze­szedł mnie dreszcz nie­po­koju, a tętno przy­spie­szyło. Wy­obraź­nia pod­su­wała mi różne wy­ja­śnie­nia tej sy­tu­acji. Od zwy­kłej awa­rii, która na od­lu­dziu nie jest ni­czym nie­zwy­kłym, po głu­pie żarty Igora. Kiedy świa­tło znów się po­ja­wiło, ode­tchnę­łam z ulgą, cho­ciaż coś z tyłu głowy mó­wiło mi, że ten dom jest zły nie tylko przez to, co ro­bił mój mąż, ale i przez to, że w jego mu­rach kryła się jesz­cze inna hi­sto­ria. A może po pro­stu wa­rio­wa­łam i nie było się czym de­ner­wo­wać?

Wy­tar­łam się szybko i po­ma­sze­ro­wa­łam do sa­lonu. Usia­dłam na ka­na­pie, wpa­tru­jąc się w za­słonę. Bluszcz roz­ra­stał się tak bar­dzo, że na­wet mimo od­sło­nię­tych okien nie­wiele było wi­dać. Toni ukła­dał od nie­chce­nia puz­zle. Wi­dok gór­skich szczy­tów na ma­łych ka­wa­łecz­kach, które do­pa­so­wy­wał do sie­bie, wpra­wiał mnie we wzru­sze­nie, jak więk­szość rze­czy tu­taj. Kie­dyś nie roz­kle­ja­łam się tak szybko. By­łam twarda, rzadko się uża­la­łam nad sobą, ale to wszystko, co działo się od utraty Gai, zu­peł­nie mnie za­ła­mało. Po­trze­bo­wa­łam ko­goś sil­nego i sta­now­czego, ko­goś ta­kiego jak mój mąż lata temu, by za­cząć nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Ale te­raz jego siła nie miała w so­bie nic po­krze­pia­ją­cego.

W końcu usie­dli­śmy wszy­scy do ko­la­cji, którą po­prze­dziła krótka mo­dli­twa i po­dzię­ko­wa­nie za to, że mo­gli­śmy za­cząć na nowo.

– …amen. Smacz­nego, ko­chani. – Igor uśmie­chał się do nas, cho­ciaż wie­dzia­łam, że ten uśmiech to jedna z jego te­atral­nych, wy­uczo­nych ról. Ra­czej gry­mas niż mina szczę­śli­wego czło­wieka. – Jak w pracy, ko­cha­nie? – Wie­dzia­łam, że tym też nie był za­in­te­re­so­wany, ale grzecz­nie od­po­wie­dzia­łam, że to samo co za­wsze. Jego tro­skli­wość od mie­sięcy była pod­szyta już tylko nutką fał­szy­wo­ści.

– Dziś był tro­chę mniej­szy ruch i mia­łam wię­cej czasu na nad­ro­bie­nie za­le­głych za­jęć. A to­bie jak mi­nął?

– Ogar­ną­łem tylko jedno zle­ce­nie w stu­diu, a po­tem po­rząd­ko­wa­łem ogród, do­póki twój syn nie po­sta­no­wił mi prze­szko­dzić.

– Nasz syn – po­pra­wi­łam go, ale on je­dy­nie uniósł ką­cik warg i za­jął się je­dze­niem zupy. Pa­trzy­łam, jak ze sto­ic­kim spo­ko­jem pod­nosi łyżkę, a po­tem od­kłada ją i wy­ciera ro­giem bia­łej ser­wety usta. Te, które kie­dyś uwiel­bia­łam ca­ło­wać, te, które te­raz szep­tały mi je­dy­nie straszne rze­czy. Igor przy­gryzł lekko wargi i po­tarł ob­rączkę.

– Tak. Nasz nie­wdzięczny syn, który my­śli, że ba­wimy się w ja­kąś głu­pią grę, że to wy­cieczka, z któ­rej za chwilę wró­cimy. – Jego ton był chłodny, nie wy­ra­żał żad­nych emo­cji. – Syn, który nie sto­suje się do za­sad, choć prze­cież jest tym grzecz­nym dziec­kiem, tym ulu­bio­nym. Więc dla­czego? – Wbił we mnie wzrok, ale po­krę­ci­łam je­dy­nie głową. – Po­wiem ci dla­czego: bo cię ob­ser­wuje. Wie, że naj­chęt­niej już te­raz ucie­kła­byś stąd, i za­czyna się bun­to­wać, ale ja na to nie po­zwolę, Pa­try­cjo. Je­ste­śmy ro­dziną i ra­zem przej­dziemy przez to wszystko, co wy­daje ci się dziwne.

– Dziwne? To jest… – Chcia­łam do­dać „chore i po­pie­przone”, ale ska­pi­tu­lo­wa­łam. Prze­wró­ci­łam je­dy­nie oczami i przy­glą­da­łam mu się bez słowa, bo czy­tał ze mnie jak z otwar­tej księgi.

– Jedz – po­na­glił.

– Za­raz.

– Zjedz te­raz, bo za chwilę bę­dzie zimne! – Lekko pod­niósł głos, a ja spu­ści­łam wzrok na ta­lerz. At­mos­fera w ma­łej ja­dalni stała się nie do wy­trzy­ma­nia, od­li­cza­łam je­dy­nie se­kundy, by skoń­czyć po­si­łek, za­mknąć się choć na chwilę w ła­zience i po­być sama ze sobą.

– Chciał­bym za­pro­sić tu ko­goś – ode­zwał się na­gle Toni, nie pa­trząc na Igora, choć na pewno zda­wał so­bie sprawę, że ten znów od­mówi.

– Jesz­cze nie te­raz.

– A kiedy? Nu­dzę się tu­taj. Nu­dzę, ro­zu­miesz? – Sły­sza­łam pre­ten­sję w jego gło­sie, ale sta­ra­łam się nie prze­ry­wać. Pod­świa­do­mie chcia­łam, żeby wy­buch­nął i po­wie­dział ojcu to, co sie­działo we mnie od mie­sięcy. To miej­sce mnie za­bi­jało. Dzień po dniu.

– Toni… – Igor ści­skał wi­de­lec. Wi­dzia­łam, jak pró­buje pa­no­wać nad sobą, ale był co­raz bliż­szy wy­bu­chu gniewu. – Jak tylko wszystko się ułoży, na pewno za­pro­sisz ko­goś do sie­bie. Prze­cież mo­żemy cię za­wieźć do Adama, Ka­mila. To mili chłopcy, ich ro­dzice też są do­brymi ludźmi.

– To nie są moi ko­le­dzy. Lu­bię Krzyśka.

– Krzy­siek jest z nie­peł­nej ro­dziny.

– I co to zmie­nia? – Toni wzru­szył ra­mio­nami.

– Niby nic, ale to nie­od­po­wiedni ko­lega dla cie­bie. Ma złe wzorce, mógłby ci coś na­ga­dać albo ścią­gnąć na złą drogę, a my sta­ramy się żyć do­brze. – Igor pod­niósł szklankę i wy­pił dusz­kiem wodę, a po­tem prze­niósł wzrok na mnie. Sku­li­łam się pod jego spoj­rze­niem, bo wy­da­wało mi się, że na­wią­zuje wła­śnie do mnie. Ale on do­po­wie­dział, że Pa­weł też wpadł w złe to­wa­rzy­stwo i skoń­czył, jak skoń­czył.

– Ja nie je­stem nim! Nie będę się od­da­wał fa­ce­tom, tato! – Toni wstał i za­ci­snął pię­ści. – Chcę wró­cić do domu. Chcę do mo­jej daw­nej szkoły i zna­jo­mych. Dziś mija pół roku, od­kąd przy­je­cha­li­śmy do tej okrop­nej ru­dery, w któ­rej na­wet przez okno nie można wyj­rzeć, bo wszę­dzie są krzaki. Dla­czego ich nie wy­tniemy? Dla­czego nie mo­żemy nor­mal­nie pa­trzeć przez wszyst­kie okna, tylko przez to, które wy­cho­dzi na tył domu? Tu ni­kogo nie ma, a wciąż się cho­wamy, jak­by­śmy byli ja­cyś trę­do­waci. Ni­czego nie ro­zu­miem! Dla­czego mu­simy ro­bić to wszystko jak ja­cyś dzi­wacy?

– Tak jest bez­piecz­niej. Poza tym mó­wi­łem już coś na te­mat po­wrotu. Wy­je­dziemy stąd do­piero wtedy, gdy od­zy­skamy na­szą Gaję.

– Czyli kiedy?

– To za­leży głów­nie od mamy.

– Mamo? – Toni pa­trzył na mnie prze­ni­kli­wie. – Chcę wró­cić do domu, nie mogę tu już wy­trzy­mać, nie daję rady…

Ja też, synu, ja też!

– To nie ta­kie pro­ste, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą. – Na pewno wy­je­dziemy, gdy tylko za­mkniemy z tatą pewne sprawy. Wró­cisz do daw­nej szkoły i ko­le­gów, ale… jesz­cze nie te­raz.

– A kiedy? Kiedy?! Nie­na­wi­dzę jej, wiesz? Nie­na­wi­dzę Gai, bo gdyby się nie uro­dziła, a po­tem nie znik­nęła, nie mu­sie­li­by­śmy tu­taj przy­jeż­dżać. Nie­na­wi­dzę tego domu, mo­dli­twy i tych okrop­nych ga­łęzi, które ude­rzają co noc w okna. I tego, że śpisz w ko­mórce. I je­steś dziwna. Oboje je­ste­ście dziwni! Może na­prawdę to wy ją za­bi­li­ście i lu­dzie mó­wią prawdę! – wy­buch­nął.

– Dość! – Igor ude­rzył pię­ścią w stół. – Usiądź, gów­nia­rzu, do­kończ je­dze­nie i po pro­stu za­mknij gębę na ten te­mat, bo nie masz o ni­czym po­ję­cia. Pa­weł też za­czy­nał od kłótni, a po­tem się wy­pro­wa­dził i pusz­cza jak zwy­kła… – Za­ci­snął usta, ale nie do­koń­czył. – Gdyby mo­dlił się gor­li­wiej, gdyby słu­chał wszyst­kiego, co do niego mó­wi­łem, by­łoby w po­rządku!

– To nie Pa­weł jest pro­ble­mem – rzu­cił Toni.

– A kto?

– Nie wiem. Może za­py­taj Boga, bo skoro wszystko mu mó­wisz, to na pewno bę­dzie wie­dział, ja prze­cież je­stem tylko nie­wdzięcz­nym dziec­kiem!

– Ni­gdy się tak nie za­cho­wy­wa­łeś. Toni… – Spoj­rza­łam na niego zdez­o­rien­to­wana.

– Bo nie mia­łem po­wodu, bo wie­rzy­łem, że to tylko na chwilę, ale wy cią­gle kła­mie­cie. Jest coś, o czym nie wiem, dla­tego tu je­ste­śmy, dla­tego mu­simy się ukry­wać jak szczury! Ale i tak ucieknę – za­śmiał się przez łzy – a wy mnie nie zła­pie­cie, zo­sta­nie­cie so­bie tu­taj, w tym głu­pim blusz­czu!

– Dość tego, smar­ka­czu! – wrza­snął Igor. – Zo­staw ta­lerz i idź do swo­jego po­koju. Nie zjesz ju­tro śnia­da­nia, to może te wszyst­kie głu­poty wyjdą ci z głowy. Do po­koju! – wark­nął, a Toni za­ci­snął je­dy­nie pię­ści i osten­ta­cyj­nie od­su­nął się od stołu.

– Do­brze, tato. Trzy­maj nas tu da­lej jak zwie­rzęta w klatce. Może w końcu te krzaki cał­ko­wi­cie ode­tną drogę do domu i bę­dziemy uwię­zieni na za­wsze. Na pewno tego byś chciał, nie?

– Jesz­cze słowo, a po­ża­łu­jesz! – Igor mie­rzył go wście­kłym wzro­kiem.

– I tak nie będę się mo­dlił. To ni­czego nie zmie­nia, jest tylko co­raz go­rzej! – wy­buch­nął. W jego oczach znów do­strze­głam łzy. – Mama wcale nie za­cho­dzi w ciążę, a Gai jak nie było, tak nie ma. Mam dość cze­ka­nia, dość sze­ściu dłu­gich mie­sięcy w tym miej­scu. Nie­na­wi­dzę go! I wiesz co? Ty też go nie zno­sisz. Wcale nie je­steś tu szczę­śliwy, bo nikt nie byłby za­do­wo­lony, miesz­ka­jąc na od­lu­dziu. Tato, pro­szę… – Na­gle zmie­nił ton. – Wy­jedźmy, nie chcę tu dłu­żej być, to miej­sce jest okropne.

– My­ślisz, kurwa, że chcia­łem tu przy­jeż­dżać? My­ślisz, że mi tu do­brze? Że nie wo­la­łem swo­jego domu za­miast tej brud­nej klitki? Gdyby twoja matka… – za­czął, ale na­tych­miast prze­rwa­łam. Nie chcia­łam, by wcią­gał dziecko w na­sze sprawy i ob­wi­niał mnie za prze­pro­wadzkę.

– Dość. Toni, po­słu­chaj taty i idź do po­koju, a póź­niej po­roz­ma­wiamy.

– Ja­sne. Po­ga­damy i jak zwy­kle nic z tego nie wy­nik­nie. Pójdę, bo ja tak chcę, a wy so­bie siedź­cie do rana i roz­ma­wiaj­cie o za­sa­dach! Aa, mamo, tylko nie za­po­mnij iść do łóżka, za­miast spać w ko­mórce, bo w końcu półki się na cie­bie za­walą i też umrzesz! – krzyk­nął, a mnie prze­szedł dreszcz.

To… za­bo­lało. Gdyby wie­dział, że wcale nie chcia­łam tam być, może nie byłby tak okrutny, ale nie po­tra­fi­łam się wy­tłu­ma­czyć. Nie chcia­łam wcią­gać go w to ba­gno, w któ­rym tkwi­łam od pół roku, więc pewne sprawy wo­la­łam prze­mil­czeć, ale gdy tak wpa­try­wa­łam się w jego twarz, do­szło do mnie, jak strasz­nie to wszystko prze­ży­wał.

– Chcę, żeby wró­cił mój tata, ten, z któ­rym można było po­roz­ma­wiać o wszyst­kim, a nie ja­kiś psy­chol, co cią­gle każe się mo­dlić i ukry­wać, mimo że ni­kogo tu nie ma! Przed kim ty się cho­wasz, tato? Co ta­kiego złego zro­bi­li­śmy? Dzieci umie­rają wszę­dzie i nikt się nie wy­pro­wa­dza.

To było dla niego za dużo. Igor wstał i gwał­tow­nie szarp­nął To­niego za rękę.

– Chcesz zo­ba­czyć psy­chola? Tak? – war­czał pod no­sem, cią­gnąc go za sobą. – To wchodź tam, gdzie śpi matka, i nie wyj­dziesz do rana, a jak za­czniesz się du­sić i bać, to bę­dziesz mu­siał so­bie wy­dra­pać dziurę w tych drzwiach, smar­ka­czu. Wtedy do­ce­nisz, że masz wy­godne łóżko i swój po­kój. My­ślisz, że to za­bawa? Da­lej, kurwa, my­ślisz, że to wy­cieczka do lasu? – Po­pchnął go na drzwi, za któ­rymi była ko­mórka. – Nie, to nie jest wy­cieczka, przy­zwy­cza­jaj się do tej my­śli, że nie je­ste­śmy tu na chwilę.

– To nie­nor­malne! Nie chcę się wciąż ukry­wać! Mamo?

– Zje­dzą nas żyw­cem, jak wró­cimy, więc do­ceń, smar­ka­czu, że masz tu­taj spo­kój i ci­szę. Do­ceń, że nikt nie puka ci w okno. Już za­po­mnia­łeś, jak ktoś zbił szybę, jak ka­mień o mały włos nie wy­lą­do­wał na two­jej twa­rzy? Chcesz tam wró­cić? Pro­szę bar­dzo. Wy­pier­da­laj.

– Igor! Nie mów tak, nie w ten spo­sób. – Za­tka­łam usta rę­kami i pa­trzy­łam, jak obaj się sza­mo­czą.

– Bę­dziesz mo­dlił się tak długo, jak długo ja uznam to za sto­sowne. Za braci, za mamę, za sie­bie. Ro­zu­miesz? To ja – za­ak­cen­to­wał – je­stem tu od usta­la­nia, co bę­dziemy ro­bić, a czego nie. – Znów pchnął go na ścianę. Mie­rzyli się wzro­kiem. Po­de­szłam bli­żej i do­tknę­łam ra­mie­nia Igora.

– Zo­staw… Toni ma prawo nie go­dzić się na ta­kie wa­runki! To jesz­cze dziecko, bra­kuje mu ko­le­gów, daw­nych zna­jo­mych, zro­zum go. – Spró­bo­wa­łam ode­pchnąć męża. Wi­dzia­łam, jak wal­czy ze sobą, żeby nie ude­rzyć chło­paka, w końcu jed­nak nie wy­trzy­mał i spo­licz­ko­wał go, drugą ręką wciąż przy­trzy­mu­jąc syna tuż przy ścia­nie. Toni syk­nął, a ja mo­men­tal­nie za­mknę­łam oczy, bo prze­szedł mnie dreszcz. Ten dom spra­wiał, że od­da­la­li­śmy się od sie­bie, że agre­sja brała górę nad roz­sąd­kiem.

– Ni­gdy wię­cej nie na­zwie mnie psy­cho­lem. Je­śli ktoś tu jest wa­ria­tem, to na pewno nie ja – fuk­nął i jak gdyby ni­gdy nic, od­szedł w kie­runku stołu.

– A wła­śnie, że je­steś chory! Oboje je­ste­ście – wrza­snął Toni i po­biegł na górę. Chwilę po­tem usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami.

Ode­tchnę­łam gło­śno. Z jed­nej strony cie­szy­łam się, że syn się po­sta­wił, z dru­giej wie­dzia­łam, że spo­wo­duje to więk­szą fru­stra­cję Igora w nocy. A tym sa­mym i mój ból.

– Za­do­wo­lona? – prych­nął. – Patrz, jak go roz­pu­ści­łaś, ale ja nie dam sobą tak po­mia­tać. Póki jest pod moim da­chem, bę­dzie ro­bił to, co ze­chcę. Przy­je­cha­li­śmy tu w jed­nym celu: od­po­ku­to­wać wszyst­kie grze­chy i za­cząć sta­ra­nia o Gaję, nie mogę so­bie po­zwo­lić na żadne nie­ści­sło­ści.

– Ude­rzy­łeś syna.

– Na­le­żało mu się. Gdyby cie­bie na­zwał wa­riatką, zro­bił­bym to samo, my­ślisz, że za­leży mi tylko na sza­cunku dla mnie? Je­śli bę­dziemy po­zwa­lać so­bie na nie­sub­or­dy­na­cję, to wszystko szlag trafi i nasz dom bę­dzie znów zwy­kłym bu­dyn­kiem, a nie oazą, w któ­rej znaj­du­jemy uko­je­nie.

Z nie­wia­do­mych przy­czyn przy­szło mi do głowy, by po­wie­dzieć mu, że to wcale nie jest nasz dom i Toni nie chce tu być, ale za­miast tego oznaj­mi­łam:

– On ma ra­cję. Po­wi­nien sam de­cy­do­wać, z kim bę­dzie się spo­ty­kał. Jest grzecz­nym chłop­cem, nie spra­wia pro­ble­mów i nie są­dzę, żeby kie­dy­kol­wiek stało się z nim to, co z Paw­łem.

– Grzeczni chłopcy, mó­wisz. Je­śli jest z nimi tak samo jak z tymi grzecz­nymi dziew­czyn­kami, to wtedy twoja teo­ria upada. Jak mó­wili na cie­bie, ko­cha­nie? Grzeczna, śliczna Pati. Ku­rew­ska, nie­wdzięczna la­dacz­nica, mó­wię ja!

Za­mknę­łam oczy. Te słowa bo­lały, ale było w nich ziarno prawdy. Bo prze­cież tak na­zy­wało się ko­biety, które zdra­dzały swo­ich mę­żów dla chwi­lo­wej ucie­chy. Ko­biety ta­kie jak ja… Sęk w tym, że nie mia­łam wy­rzu­tów su­mie­nia, ja­kich by ocze­ki­wał. Tuż przed zdradą po­zna­łam se­kret Igora. Brudny, okropny po­stę­pek mo­jego męża, przy któ­rym moje prze­wi­nie­nie bla­dło i tra­ciło na zna­cze­niu. Ale nie mo­głam mu jesz­cze o tym po­wie­dzieć. Nie mo­głam też ni­g­dzie tego zgło­sić, bo to by znisz­czyło moją ro­dzinę. Za­bi­łoby resztkę mi­ło­ści To­niego do ojca i jego jesz­cze dzie­cięcą wiarę w to, że nie mamy nic za uszami. A… mie­li­śmy wiele, tylko on nie mógł się o tym do­wie­dzieć.

– Pew­nie masz ra­cję – zdo­by­łam się tylko na to. – Ale Toni jest inny, ni­gdy nie zro­biłby ni­czego ta­kiego, to ko­chane dziecko.

Igor opu­ścił głowę, prze­żu­wał wolno kęs za kę­sem i nie od­po­wia­dał już na moje prośby, by dać sy­nowi wię­cej swo­body. Nie na­wią­zy­wał też do tego, kiedy wró­cimy do domu w gó­rach, choć prze­cież zna­łam prawdę. Wró­cimy, gdy Gaja znów bę­dzie z nami.

Uro­dzisz mi córkę. Bę­dzie na­sza. Moja i twoja, Pa­try­cjo. Je­śli uda się szybko, może po­je­dziemy do domu. Może lu­dzie za­po­mną, że spla­mi­łaś na­sze mał­żeń­stwo. To jest twoja kara.

– Jak zmy­jesz na­czy­nia po ko­la­cji, przyjdź do ła­zienki. Dziś nie chcę tego ro­bić w ko­mórce, chcę wi­dzieć nas w lu­strze. W świe­tle. Masz te­raz płodne, co? – py­tał mnie o to, jakby za­ga­dy­wał o po­godę, a mnie mdliło na sam dźwięk tego okre­śle­nia.

Czu­łam się jak kró­lik do­świad­czalny. Kró­lik wy­ko­rzy­sty­wany do eks­pe­ry­mentu. I tym wła­śnie by­łam. Od­kąd zna­leź­li­śmy się w blusz­czo­wym domku, Igor usil­nie sta­rał się, bym za­szła w ko­lejną ciążę. A ja się ba­łam. Ba­łam się, że je­śli się uda, nie po­ko­cham tego dziecka, które nie zo­sta­nie po­częte z mi­ło­ści, tylko z dziw­nego przy­musu. Ale jesz­cze gor­szym lę­kiem na­pa­wała mnie myśl, że uro­dzi się syn. Co wtedy? Co zrobi Igor? Prze­cież nie miał nad tym kon­troli, nie mógł za­pla­no­wać płci, a chciał tylko jej. Ko­lej­nej córki.

– Dziś boli mnie brzuch, chyba okres przyj­dzie wcze­śniej – rzu­ci­łam nie­śmiało, ale usły­sza­łam jego szy­der­czy śmiech.

– Dwa ty­go­dnie wcze­śniej? Prze­cież masz owu­la­cję. To ide­alny dzień, żeby spło­dzić na­szą córkę. Mu­sisz to od­po­ku­to­wać, ko­cha­nie. By­ła­byś bar­dzo nie­wdzięczna, gdy­byś po­zba­wiła nas ta­kiego daru. Prze­cież wiesz, że wtedy bę­dziemy na­prawdę szczę­śliwi, wtedy w końcu bę­dziemy pełną ro­dziną. Mia­łem trójkę dzieci. Pawła, Szy­mona i To­niego. Pa­weł nie jest już moim sy­nem, od­kąd robi te obrzy­dliwe rze­czy, więc po­trze­buję córki na jego miej­sce. I na miej­sce tam­tej Gai.

– Igor… – po­wtó­rzy­łam ci­cho jego imię, ale to już od dawna nie dzia­łało. Nie mia­łam żad­nej wła­dzy, od­kąd do­wie­dział się o mo­jej zdra­dzie.

– Pa­try­cjo?

– Na­prawdę źle się czuję dziś, może ju­tro rano przed pracą? Je­den dzień nie zrobi róż­nicy.

Znów prych­nął.

– Po pro­stu przyjdź do ła­zienki. Im szyb­ciej Gaja bę­dzie na świe­cie, tym szyb­ciej bę­dziemy szczę­śliwi i wró­cimy do tej ca­łej nor­mal­no­ści, o którą tak pro­si­cie. Prze­cież to przez cie­bie tu je­ste­śmy, to przez cie­bie Toni nie jest wśród swo­ich ko­le­gów. Kotku, przez twoją cho­lerną zdradę mu­sie­li­śmy się wy­nieść z domu, bo nie da­wali nam żyć. Ty je­steś je­dyną osobą od­po­wie­dzialną za obecny stan rze­czy.

– Ale nie mu­sie­li­śmy ucie­kać do ta­kiego miej­sca!

– Mnie się tu po­doba. Nie ma lu­dzi, nikt nie za­gląda w okna, nie ma wścib­skich spoj­rzeń. I nikt nie usły­szy krzyku. A ty cza­sem lu­bisz to ro­bić, prawda?

Za­ci­snę­łam usta.

– To nie dom. To wię­zie­nie. Blusz­czowe wię­zie­nie!

– Za­mknij się, głu­pia. Je­śli nie chcesz po­znać praw­dzi­wego zna­cze­nia tych słów, to po pro­stu za­mknij się! – rzu­cił chłodno. Pa­trzy­li­śmy na sie­bie z wro­go­ścią, po daw­nej mi­ło­ści nie zo­stał na­wet ślad.

Tym ra­zem to ja za­ci­snę­łam pię­ści. Czu­łam, że lada chwila znów wy­buchnę pła­czem. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łam od­na­leźć w Igo­rze tego męż­czy­znę, któ­rego po­zna­łam lata temu. Opie­kuń­czego, dba­ją­cego o ro­dzinę, ale te wspo­mnie­nia były tak od­le­głe… A na­wet je­śli ja­kieś przy­cho­dziło mi na myśl, to wy­star­czyło jego zimne spoj­rze­nie i wra­cało wszystko to, co było tu i te­raz. Chłód. Ciem­ność. Od­lu­dzie. Mo­dli­twa. Seks.

Nie chcę. Nie chcę mieć wię­cej dzieci, po­wta­rza­łam bez­gło­śnie, choć mój mózg mó­wił co in­nego. Utrata Gai była tak do­tkliwa, że chcia­łam ją za­stą­pić kimś in­nym.

– Je­śli uro­dzi się syn… – za­czę­łam, ale on nie dał mi dojść do głosu.

– Bę­dziemy mieć córkę. I bę­dzie nie­winna, nie po­zwolę, by stało się z nią coś ta­kiego jak z Paw­łem czy z tobą.

A je­śli nie? Je­śli nie? Nie­spo­kojne my­śli krą­żyły po mo­jej gło­wie, ale Igor uprze­dził mnie i od­po­wie­dział:

– Bę­dziemy sta­rać się tak długo, aż to bę­dzie dziew­czynka.

– To nie za­leży od nas.

– Więc le­piej, żeby los był dla nas ła­skawy. Wstaw na­czy­nia do zmy­warki, a ja pójdę po­roz­ma­wiać z To­nim, bo robi się co­raz bar­dziej wy­szcze­kany, i po­tem po­cze­kam na cie­bie w ła­zience. Nie wchodź do po­koju, sam się zajmę tym gów­nia­rzem.

Uśmiech­nął się jak daw­niej, ale ja nie czu­łam się na si­łach, by to od­wza­jem­nić. Nie czu­łam się na si­łach do ni­czego oprócz funk­cjo­no­wa­nia w try­bie praca–dom–praca. Nie chcia­łam też od­cho­dzić, mimo że na pewno po­ra­dzi­ła­bym so­bie fi­nan­sowo jako sa­motna matka, a Toni był na tyle duży, że nie po­trze­bo­wałby sta­łej opieki, gdy­bym cho­dziła do pracy. Mimo to ja­kaś cząstka mo­jej du­szy chciała jesz­cze przez parę chwil zo­stać z Igo­rem. Nie z przy­zwy­cza­je­nia. Nie z na­dziei, że się nam ułoży, lecz z głu­piego prze­świad­cze­nia, że on też po­wi­nien od­po­ku­to­wać za wszystko, co zro­bił. I to ja po­win­nam go uka­rać. Mu­sia­łam tylko mieć plan na to, by się ze­mścić.

I czas. Dużo czasu.

Wznio­słam oczy do góry i wpa­try­wa­łam się w drew­niane skle­pie­nie, jak­bym wi­działa tam praw­dziwe niebo i gwiazdy. A po­tem po­pro­si­łam w du­chu, żeby los czy co­kol­wiek, co nami rzą­dzi, spra­wił, abym miała córkę. Je­śli już mu­sia­łam być w ciąży, je­śli nie mia­łam in­nego wyj­ścia, niech to bę­dzie córka. Gaja.

Wtedy te męki się skoń­czą. Wtedy prze­tnę ten cho­lerny bluszcz, a Igor zo­sta­nie sam ze swoją winą i swoim brud­nym su­mie­niem.

Roz­dział 3

Pa­try­cja

Z ła­zienki sły­sza­łam, jak Toni znów wy­dziera się na Igora. Od ko­la­cji nie prze­szła mu złość na ojca. Za­wsze był taki wraż­liwy na ból, słowa in­nych, ale i na zmiany, które ostat­nio wciąż nas do­ty­kały. Igor tłu­ma­czył mu, że jego za­cho­wa­nie było nie­wła­ściwe i dla ni­kogo to nie jest ła­twa sy­tu­acja. Obie­cy­wał, że je­śli bar­dzo się po­sta­ramy, to wróci do ko­le­gów i daw­nej szkoły, ale te wi­zje sta­wały się co­raz bar­dziej od­le­głe. Po­woli prze­sta­wa­łam w nie wie­rzyć…

Ode­tchnę­łam głę­boko i po­pra­wi­łam ma­ki­jaż, bo zmy­cie go sta­wiało mnie od razu w gor­szym świe­tle. Igor uwa­żał, że skoro zdra­dzi­łam go, bę­dąc wy­ma­lo­waną „jak la­dacz­nica”, on też za­słu­gi­wał na to samo. Prze­su­nę­łam pędz­lem po po­liczku i roz­sma­ro­wa­łam na nim bron­zer, a po­tem szminką pod­kre­śli­łam pełne usta. Wciąż by­łam piękną ko­bietą, ale ostat­nie mie­siące spra­wiły, że moja cera po­sza­rzała, a pod oczami wid­niały cie­nie. Brzuch też nie wró­cił do formy sprzed po­rodu – za­mie­nił się w coś mięk­kiego, w po­duszkę, która z ła­two­ścią amor­ty­zo­wa­łaby ude­rze­nia. Dla­czego o tym po­my­śla­łam? Prze­cież Igor ni­gdy mnie nie ude­rzył. Na­wet wtedy, gdy do­wie­dział się o zdra­dzie, wy­star­czyła mu je­dy­nie słowna agre­sja. To na To­nim wy­ła­do­wy­wał swoją złość… Nie­mniej te dziwne my­śli gdzieś się we mnie za­gnieź­dziły.

Usia­dłam na brzegu wanny i ob­ser­wo­wa­łam swoje od­bi­cie w ma­łym lu­strze. Ła­zienka była je­dy­nym ład­nym miej­scem w tym domku. Miała piękną ar­ma­turę i czarne płytki, które – mimo wid­nie­ją­cego na nich ku­rzu – i tak da­wały olśnie­wa­jący efekt. Splo­tłam ręce i cze­ka­łam, aż Igor do­łą­czy do mnie. Ale choć rze­czy­wi­ście dziś by­łam w środku cy­klu i po­win­nam kwit­nąć, nie mia­łam żad­nej ochoty na seks.

Mia­łaś piękny dom, Pa­try­cjo.

Mia­łaś piękną có­reczkę, pracę ma­rzeń i przy­ja­ciół. Mo­żesz tam wró­cić, mo­żesz tam wró­cić, je­śli tylko bę­dziesz chciała. Po­sta­raj się.

Za­ci­snę­łam zęby. Pró­bo­wa­łam skie­ro­wać my­śli na inny tor, kiedy Igor po­ja­wił się w ła­zience ubrany je­dy­nie w ciemne spodnie. Gdyby zo­ba­czył go ktoś inny, uznałby, że jest nie tylko przy­stojny, ale i do­brze zbu­do­wany. Mimo swo­ich czter­dzie­stu dwóch lat wy­glą­dał wciąż tak do­brze jak kie­dyś. Dżin­sowe spodnie lekko zwi­sały – już po­zba­wione pa­ska. Na twa­rzy był wi­doczny kil­ku­dniowy za­rost. Gdyby nie to, co zro­bił… Może umia­ła­bym pa­trzeć na niego oczami in­nych ko­biet. Pró­bo­wa­łam, z ca­łych sił pró­bo­wa­łam wró­cić my­ślami do mo­mentu, gdy spło­dzi­li­śmy Pawła, Szy­mona czy To­niego. Na­wet w naj­bar­dziej na­mięt­nych chwi­lach mój mąż był czuły i de­li­katny, aż do… Nie. Nie chcia­łam o tym my­śleć.

Wró­ci­łam pa­mię­cią do okresu sprzed kil­ku­na­stu lat. Miesz­ka­li­śmy wszy­scy w piątkę w domu w gó­rach. Noc. Ciemno. Wino, ko­la­cja i my wpa­tru­jący się w niebo pełne gwiazd. Przez na­tłok wspo­mnień prze­bi­jał się szum wody. Spo­glą­da­łam na Igora, który pa­trzył na mnie z za­ciętą miną, ale po chwili zo­ba­czy­łam, jak znów się uśmiech­nął. Kie­dyś to wła­śnie ten jego uśmiech mnie za­uro­czył. Był nieco ło­bu­zer­ski, jak u se­ria­lo­wego chło­paka z są­siedz­twa.

Nie wiem, co było tego przy­czyną, ale ta ła­godna twarz spra­wiła, że po­czu­łam się tro­chę bar­dziej po­krze­piona. Wy­cią­gnął do mnie rękę.

– Chodź, umyję cię.

Chrząk­nę­łam, bo by­łam już pod prysz­ni­cem, ale chcia­łam mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą. Umia­łam uda­wać. Umia­łam to ro­bić rów­nie do­brze jak on.

Su­nę­łam wolno w jego stronę. Zrzu­ci­łam szla­frok, a po­tem majtki i sta­nik, by wresz­cie sta­nąć pod stru­mie­niem cie­płej – o dziwo! – wody. Szyba prysz­ni­cowa mo­men­tal­nie po­kryła się parą. Igor przy­glą­dał mi się przez mo­ment, a po­tem ścią­gnął ubra­nie i do­łą­czył do mnie.

Chcia­łam się roz­paść. Kuc­nąć pod tą wodą i roz­pła­kać – jak zwy­kle, gdy zo­sta­wa­łam sama – ale nie mo­głam oka­zać sła­bo­ści.

Pierw­szy do­tyk spra­wił, że coś prze­wró­ciło mi się w żo­łądku. Wie­dzia­łam, że Igor nie pla­nuje żad­nej gry wstęp­nej, że li­czy się tylko jego za­do­wo­le­nie. Sam akt. Mimo tego on się­gnął po żel i wy­lał na rękę, a po­tem de­li­kat­nie, na­prawdę bar­dzo sub­tel­nie mył mnie.

– By­łaś bar­dzo brudna, Pa­try­cjo – rzu­cił. – Ale już jest do­brze. Zmy­łem z cie­bie wszystko, co złe.

Dwu­znacz­ność tych słów była iry­tu­jąca, pie­kła, bo­lała. Jed­nak wie­dzia­łam, że on był jesz­cze bar­dziej brudny. Tak na­prawdę oboje by­li­śmy ska­żeni i sta­ra­li­śmy się ze­trzeć coś, czego nie zmyje ża­den płyn ani de­ter­gent.

– Roz­luź­nij się. – To brzmiało jak ko­menda. Su­che, bez­na­miętne po­le­ce­nie. – Jak bę­dziesz bar­dzo mo­kra, to wtedy…

– Wiem, jak działa ko­biece ciało – prze­rwa­łam szybko, bo na­prawdę nie chcia­łam słu­chać o moim ślu­zie ani o tym, że plem­niki wolą wil­goć. Kiw­nął głową i ob­ró­cił mnie w swoją stronę. Od­rzu­cił myjkę, która spa­dła gdzieś da­leko, po czym wpił się w moje usta gwał­tow­nie i szybko. Pod­da­łam się temu, bo nie chcia­łam pro­te­sto­wać, nie chcia­łam od­ma­wiać, krzy­czeć, żeby Toni nie usły­szał. Nie mo­głam być tą, którą mąż bie­rze wbrew jej woli. To zda­rza się in­nym, in­nym!

Wma­wia­łam so­bie, że tak jest le­piej, a może po pro­stu nie chcia­łam prze­ko­nać się, co by było, gdy­bym się po­sta­wiła? Za­mknę­łam oczy i zna­la­złam się w prze­szło­ści. Kil­ka­na­ście lat młod­sza i szczę­śliw­sza. Upra­wia­łam seks z męż­czy­zną mo­jego ży­cia, a żadne pro­blemy jesz­cze nas nie do­ty­czyły. Wla­łam w ten akt cały swój żal, całą swoją go­rycz i nie­prze­tra­wioną ża­łobę, ale mimo to, mimo tych sta­rań, kiedy Igor osią­gnął speł­nie­nie, po mo­ich po­licz­kach znów po­le­ciały łzy.

Je­steś słaba, Pa­try­cjo.

Ileż można się ma­zać? Weź się w garść i za­cznij wdra­żać w ży­cie swój plan. Krok po kroku.

Pa­try­cjo, sły­szysz? Sły­szysz?

Otwo­rzy­łam oczy, a kro­ple wody mie­szały się z mo­imi łzami. Od­wró­cona ty­łem do Igora na szczę­ście nie by­łam zmu­szona, by mu to po­ka­zy­wać.

– Oby to za­dzia­łało – wes­tchnął. – Bo mam wra­że­nie, że już ni­gdy nie do­cze­kam się córki, a wtedy… – Na­chy­lił się nade mną i skub­nął w ucho. – Zo­sta­niemy tu na dużo dłu­żej. A może na za­wsze? – Jego głos był zimny, prze­szy­wał na wskroś.

Dwie mi­nuty póź­niej wy­tar­łam się i ru­szy­łam do sy­pialni. Ob­ję­łam swój miękki brzuch, który te­raz wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej pa­skudny, i sku­lona w em­brio­nal­nej po­zy­cji, pró­bo­wa­łam za­snąć. Na próżno. Już po chwili usły­sza­łam głos Igora, który py­tał, czy na pewno od­mó­wi­łam mo­dli­twę przed snem, w któ­rej prze­pra­sza­łam za to, co się stało, i dzię­ko­wa­łam za ko­lejny do­bry dzień.

Nie mia­łam siły na kłót­nie, dla­tego po­słusz­nie wsta­łam i klęk­nę­łam przy łóżku, ale w du­chu nie od­mó­wi­łam żad­nej mo­dli­twy. A przy­naj­mniej nie ta­kiej, ja­kiej ży­czyłby so­bie on. Za­miast do Boga zwra­ca­łam się do ko­goś in­nego, a na moje usta ci­snęło się po pro­stu: „Idź do dia­bła”.

Kiedy po­ło­ży­li­śmy się oboje do łóżka, od­wró­ci­łam się na drugi bok i za­mknę­łam oczy.

– Może trzy­maj nogi w gó­rze, co? – Długo nie na­cie­szy­łam się ci­szą. – A ju­tro znów wró­cimy do ko­mórki. Nie po­do­ba­łaś mi się w świe­tle. Tro­chę zbrzy­dłaś po tam­tej ciąży i cycki ci wi­szą, a prze­cież kar­mi­łaś krótko, więc naj­le­piej bę­dzie nam w ciem­no­ści. Do­szłaś cho­ciaż?

Za­ci­snę­łam wargi.

– Tak.

Na­chy­lił się nade mną i rzu­cił pro­sto do ucha:

– Nie kłam, Pa­try­cjo. Wcale nie mia­łaś or­ga­zmu.

– Skąd…

– Wsłu­chaj się w swój głos, kiedy kła­miesz. Od­kąd wy­szło, że Gaja to nie moja córka, przy każ­dym kłam­stwie in­to­na­cja jest zu­peł­nie inna. Jak­byś się mnie bała – za­wie­sił głos. – Bo­isz się wła­snego męża, skar­bie? Prze­cież ja cię chro­nię. Gdyby nie ja… Gdy­bym nie dał ci dru­giej szansy po zdra­dzie, nie mia­ła­byś ni­kogo. Dla­czego nie do­szłaś? Prze­cież w cza­sie owu­la­cji bar­dzo się chce i ko­bie­tom ła­two o speł­nie­nie. Wy­daje mi się, że słabo się sta­rasz o na­szą Gaję.

Mia­łam ochotę za­kryć po­duszką uszy, nie słu­chać tych wszyst­kich bredni na te­mat cy­klu i mo­jego ciała, ale on mó­wił i mó­wił.

– A może ty lu­bisz z uży­ciem siły, co? Z Ka­ro­lem tak mia­łaś? – Jego głos, mimo ostrych słów, był tak spo­kojny… I wła­śnie to naj­bar­dziej mnie nie­po­ko­iło. Na­gle zna­lazł się tuż nade mną. Przy­ci­snął mnie do łóżka i wpa­try­wał się w moje oczy, a jego ręce błą­dziły po szyi.

– Mógł­bym cię tu udu­sić i nikt by na­wet tego nie usły­szał. – Uśmiech­nął się i przez mo­ment na­pa­wał moim stra­chem. Ści­snął ręce, a ja po­czu­łam, jak mo­men­tal­nie bra­kuje mi tchu. Za­czę­łam wierz­gać no­gami i do­piero wtedy roz­luź­nił chwyt.

– Ni­gdy wię­cej tak nie rób – wy­sa­pa­łam. Czu­łam się oszo­ło­miona i odrę­twiała przez spo­sób, w jaki się ze mną ob­szedł. Bez­duszny i po­zba­wiony na­wet odro­biny daw­nej czu­ło­ści. – Zwa­rio­wa­łeś?

– Oj, Patka, żar­to­wa­łem. Je­steś strasz­nie sztywna. Le­piej, że­byś uro­dziła już to dziecko, bo seks z tobą jest taki mę­czący. Zero za­an­ga­żo­wa­nia. Jak­bym ru­chał dmu­chaną lalkę, a nie żonę. A te­raz weź, kurwa, te nogi do góry!

Roz­dział 4

Pa­try­cja

Obu­dził mnie kosz­mar. Ten sam od wielu mie­sięcy. Krzyk, prze­raź­liwy jęk no­wo­rodka w łó­żeczku i ja bie­gnąca zo­ba­czyć, co się dzieje. A po­tem ci­sza. Jakby coś na­gle w jego ma­łym umy­śle się prze­sta­wiło, ka­zało być ci­cho. I ten brak ja­kie­go­kol­wiek dźwięku był gor­szy niż wszystko inne. Dźwi­gnę­łam się do po­zy­cji sie­dzą­cej i pa­trzy­łam, jak Igor jesz­cze śpi. Ciem­ność i zimno w tym domu po­ra­żały mnie do głębi. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak to na­prawdę było. Dwa ty­go­dnie spę­dzone z Gają i ta pa­miętna środa, kiedy w domu po­ja­wił się Ka­rol. Fa­cet, z któ­rym spę­dzi­łam w ba­rze do­brych kilka go­dzin, a po­tem tra­fi­li­śmy ra­zem do łóżka. Głu­pia przy­goda, skok w bok i wie­czór nie­wart za­pa­mię­ta­nia, który jed­nak od­ci­snął swoje piętno.

Ka­rol był oj­cem Gai. Nie są­dzi­łam, że bę­dzie chciał się do niej przy­znać, ale kiedy prze­stą­pił próg na­szego domu, za­częło się pie­kło. Nie in­te­re­so­wał się córką, gdy by­łam w ciąży, wy­sy­łał je­dy­nie zdaw­kowe wia­do­mo­ści, że to zbyt duża kom­pli­ka­cja, a ja nie chcia­łam od niego żad­nych ali­men­tów. Wszystko za­pla­no­wa­łam tak, by to Igor był oj­cem dziecka. Miał ni­gdy nie po­znać prawdy i mo­głoby się udać. Na­prawdę mo­głoby być do­brze.

Od słowa do słowa, Ka­rol wy­znał, że prze­my­ślał wszystko i chciałby uczest­ni­czyć w ży­ciu dziecka, że nie może po­zwo­lić na to, by ktoś inny ro­ścił so­bie do niego prawo. Za­mar­łam. Pa­trzy­łam to na Igora, to na Ka­rola, ko­ły­sząc Gaję w ra­mio­nach, ale mimo to córka nie chciała prze­stać pła­kać.

– O czym on mówi, Pa­try­cja? O czym on, do ja­snej cho­lery, mówi?! Znasz go?

Igor pa­trzył na mnie naj­pierw zdez­o­rien­to­wany, a po­tem wku­rzony, ale wy­czy­tał z mo­jej twa­rzy, że to prawda. Do­tar­cie pod­czas ich kłótni do łó­żeczka, które znaj­do­wało się na pię­trze, za­jęło mi zde­cy­do­wa­nie wię­cej czasu niż zwy­kle. Ko­lana mia­łam jak z waty. Uspo­ko­je­nie pła­czą­cego ma­leń­stwa trwało ko­lejne pięt­na­ście mi­nut. Wszystko się na­gle po­sy­pało. Cały mój plan za­tar­cia śla­dów zdrady zo­stał zni­we­czony, bo on, fa­cet z baru, na­gle po­czuł w so­bie po­trzebę za­opie­ko­wa­nia się córką ob­cej ko­biety. Ba­łam się zejść. Pa­mię­tam, że bar­dzo się ba­łam, kiedy do­tar­łam do sa­lonu, ale Ka­rola już tam nie było. Od­głosy kłótni uci­chły, a w miej­scu, gdzie stali wcze­śniej, cze­kał je­dy­nie Igor. Miał czer­woną twarz i za­ci­skał pię­ści.

– Wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem, że Pa­weł nie po­szedł się pusz­czać ot tak! To twoje geny, twoje ku­rew­skie geny.

Igor mó­wił i mó­wił, wciąż mnie wy­zy­wa­jąc, i choć miał ra­cję, to wcale nie było mi wstyd. Tam­tego wie­czoru, gdy tra­fi­łam do baru z Ka­ro­lem, do­wie­dzia­łam się cze­goś o Igo­rze. To był cios, któ­rego nie mo­głam znieść, przy­naj­mniej nie na trzeźwo. Wy­szłam pod pre­tek­stem spę­dze­nia wie­czoru u ko­le­żanki i upi­łam się w pierw­szym pod­rzęd­nym ba­rze. Al­ko­hol to kiep­skie roz­wią­za­nie, ale było mi wstyd za wła­snego męża i pró­bo­wa­łam uto­pić ten żal w pro­cen­tach. Za­po­mnia­łam o ca­łym świe­cie, o za­sa­dach, mo­ral­no­ści, na­wet o za­bez­pie­cze­niu. Po­tem wszystko po­szło zbyt szybko.

– Gdzie jest Gaja? – za­py­tał na­gle Igor.

– W swoim łó­żeczku, śpi. – Spoj­rza­łam na niego po­dejrz­li­wie, bo prze­cież do­sko­nale wi­dział, jak wcho­dzi­łam z dziec­kiem po scho­dach na górę.

– Do­brze. Niech śpi. Wie­czo­rem wyj­dziesz z domu z To­nim, bo dawno nie by­li­ście ni­g­dzie ra­zem. Ja zo­stanę z Gają. Od­cią­gniesz mleko i zo­sta­wisz bu­telkę, że­bym mógł ją na­kar­mić. Nie mam ochoty te­raz na cie­bie pa­trzeć. Mu­szę po­my­śleć.

Wy­da­wał się prze­ko­nany do tego, co mówi, ale ja nie ro­zu­mia­łam, skąd na­gle ten ła­godny ton. Do­piero co wy­zy­wał mnie od naj­gor­szych. To brzmiało jak ja­kiś beł­kot sza­leńca.

– Zdra­dzi­łaś mnie, zdra­dzi­łaś po tylu la­tach. Ja bym cię ni­gdy… – Znów za­ci­snął pię­ści i spoj­rzał przez okno. – Mo­głaś mi po­wie­dzieć, że cze­goś ci bra­kuje, czy ko­niecz­nie mu­sia­łaś iść do in­nego? Jak Toni to przyj­mie?

– Jego w to nie mie­szaj.

– My­śla­łaś o nim, gdy to ro­bi­łaś? Kurwa, my­śla­łaś o czym­kol­wiek? Na­wet się nie za­bez­pie­czy­łaś, a mi przy­po­mi­na­łaś o tym na­wet w naj­bar­dziej spon­ta­nicz­nym sek­sie. A nie, prze­pra­szam, ja­kiś ty­dzień po tym, jak niby ko­le­żanka od­wio­zła cię za­laną w trupa, ła­ska­wie po­zwo­li­łaś bez pre­zer­wa­tywy. Niech po­my­ślę… Dla­czego? Je­steś od­ra­ża­jąca!

Spu­ści­łam głowę.

Ty też. Ty też, ko­cha­nie. Ale jesz­cze ci nie po­wiem, że wiem o tym. Jesz­cze nie.

Za­miast tego oznaj­mi­łam, że nie mam ochoty wy­cho­dzić i trzeba usta­lić pewne rze­czy, skoro już wia­domo, że Ka­rol nie od­pu­ści.

– To nie była pro­po­zy­cja. A temu świ­rowi nic się nie na­leży. Gaja jest moja. Na­sza. Od po­czątku była i nikt nie za­bie­rze mi na­szej dziew­czynki. – Zbli­żył się do mnie, ale szybko się od­su­nę­łam. Nie mia­łam po­ję­cia, czy ze­chce mnie uka­rać, wo­la­łam być ostrożna. Ale on spoj­rzał mi w oczy ła­god­nie i znów po­wtó­rzył, że chce zo­stać sam na sam z córką, a prze­by­wa­nie ze mną dziś za bar­dzo go boli. I że mnie to też do­brze zrobi, bo je­stem zmę­czona.

– Po­wiem ma­mie, żeby przy­szła. Nie miała jesz­cze oka­zji zo­ba­czyć wnuczki – za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo. Chcia­łam ko­lejny raz za­pro­te­sto­wać, bo mia­łam wra­że­nie, że w tej ca­łej zło­ści i roz­pa­czy Igor nie za­opie­kuje się nią na­le­ży­cie, ale wtedy na dole po­ja­wił się Toni.

– Chcesz iść z mamą na pizzę i au­to­maty?