Uratuj mnie - Maja Pawlicka - ebook
NOWOŚĆ

Uratuj mnie ebook

Maja Pawlicka

4,1

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Michał przyjeżdża do Zakopanego, by rozliczyć się z przeszłością. Wie jedno – wiadomość o ślubie kobiety, która kiedyś była jego całym światem, zostawiła w nim pustkę, z którą nie potrafi sobie poradzić.
Na jego drodze staje Anastazja – cicha, drobna, zamknięta w sobie, każdego dnia walcząca o przetrwanie. O rachunki. O spokój. O bezpieczeństwo. Wynajmuje pokój obcemu mężczyźnie nie dlatego, że chce, a dlatego, że nie ma wyboru.
Michał nie szuka cudów. Wystarczy mu ciepłe łóżko i łazienka. Jednak nie spodziewa się, że trafi na dziewczynę, która dzieli się obiadem, choć sama ma niewiele. Która drży na każdy dźwięk, ale ma w sobie więcej odwagi, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Im dłużej są blisko, tym trudniej udawać obojętność.
On coraz częściej zapomina, po co przyjechał.
Jej z coraz większym trudem udaje się ukrywać to, przed czym ucieka.
Między nimi rodzi się coś cichego. Delikatnego. Nieoczywistego. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć, bo Michał przyjechał tu przez przeszłość, a Anastazja zrobi wszystko, by ta nigdy już nie powróciła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 546

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (60 ocen)
36
8
7
4
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawe i poruszające wiele strun w ludzkiej głowie Polecam
163
Olo_basia

Nie oderwiesz się od lektury

Dopiero co skończyłam "Uratuj mnie" i ta książka dosłownie mną wstrząsnęła! Nie jest to tylko historia dramatu i traum, ale przede wszystkim głęboka opowieść o radzeniu sobie z nimi, o bólu ukazanym na wiele sposobów i o ludziach, którzy w mniej lub bardziej konwencjonalny sposób wyciągają Cię z czarnej dziury. Ktoś mógłby kręcić nosem na połączenie takiego ciężaru z intensywną erotyką, ale kto wyznacza ramy, w jaki sposób autorka ma pokazać drogę do uzdrowienia? Z ogromną przyjemnością śledziłam przemiany wszystkic bohaterów, nie tylko głównych, ale i tej niesamowitej relacji między Michałem, a Adamem. Życie uczy nas rozumu i adaptacji, a tu to widać idealnie. Ta historia mogła się skończyć na kilka sposobów, ale ten który wybrała Majka, w pełni mnie staysfakcjonuje. Zachwycona zakończeniem, niczego bym nie zmieniła! Gratuluję autorce z całego serca i z niecierpliwością czekam na więcej!
120
Kamila15P

Nie oderwiesz się od lektury

Autorka doskonale potrafi uchwycić emocje i grać na uczuciach nie tylko bohaterów, ale też czytelników. Czułam tak wiele podczas czytania, że nie jestem w stanie wyrazić tego słowa. Tę książke po prostu trzeba przeczytać, aby przeżyć to wszystko, co uchwyciła autorka w losach bohaterów. Nie obejdzie się bez łez!!!
112
Bozena_1952

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna , a emocje się czuje do samego końca . Polecam❤️
80
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna pełna wszelakich emocji historia od Pani Pawlickiej. Choć całkowicie inny ładunek emocjonalny niż w jej debiucie, to nadal ta Pani nie bierze jeńców i sprawi, że nie odezwiecie się od lektury. I jeszcze ON. 👀
81

Popularność




Dla tych, któ­rzy od­wa­ży­li się po­pro­sić o po­moc.

I dla tych, któ­rzy sta­li się czy­imś ra­tun­kiem…

Ostrzeżenie autorskie

Ni­niej­sza ksi­ążka po­ru­sza te­mat, któ­ry może bu­dzić skraj­ne emo­cje. Znaj­du­ją są w niej rów­nież wąt­ki: wy­ko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­ne­go, sa­mo­oka­le­cza­nia oraz krzyw­dy ro­dzin­nej. W hi­sto­rii po­ja­wia­ją się sce­ny ero­tycz­ne.

Prze­zna­czo­na jest dla do­ro­słych i doj­rza­łych czy­tel­ni­ków.

Przed­sta­wio­ne wy­da­rze­nia i po­sta­ci są fik­cją li­te­rac­ką. Au­tor­ka nie uto­żsa­mia się ze wszyst­ki­mi po­gląda­mi czy za­cho­wa­nia­mi bo­ha­te­rów ani nie po­pie­ra dzia­łań, któ­re mogą wzbu­dzać wąt­pli­wo­ści.

Gdzie szukać pomocy

Je­śli czy­tasz te sło­wa, pa­mi­ętaj: nie mu­sisz być sam(-a) z krzyw­dą. Za­słu­gu­jesz na wspar­cie, bez­pie­cze­ństwo i god­no­ść – na­wet je­śli bo­isz się lub nie wie­rzysz, że ktoś Ci po­mo­że. Od­waż się za­dzwo­nić pod je­den z po­da­nych nu­me­rów – roz­mo­wa to pierw­szy krok, któ­ry może zmie­nić Two­je ży­cie.

Ka­żda pro­śba o po­moc jest wa­żna. Cza­sem wy­da­je się, że nic się nie zmie­ni – ale często to wła­śnie od tej roz­mo­wy za­czy­na się dro­ga do re­al­nej po­mo­cy, ochro­ny, a cza­sem no­we­go po­cząt­ku.

Telefony alarmowe i linie wsparcia

Je­śli gro­zi Ci nie­bez­pie­cze­ństwo – za­dzwoń:

112 – nu­mer alar­mo­wy (słu­żby ra­tun­ko­we)

800 12 00 02 – Nie­bie­ska Li­nia (Ogól­no­pol­skie Po­go­to­wie dla Ofiar Prze­mo­cy w Ro­dzi­nie, czyn­ne 24/7)

600 07 07 17 – Cen­trum Praw Ko­biet (ogól­no­pol­ski te­le­fon in­ter­wen­cyj­ny dla ko­biet do­świad­cza­jących prze­mo­cy, do­stęp­ny 24/7)

222 309 900 – Li­nia Po­mo­cy Po­krzyw­dzo­nym (po­moc dla ofiar prze­stępstw: prze­mo­cy do­mo­wej, prze­mo­cy sek­su­al­nej, in­nych; do­stęp­na 24/7)

720 720 020 – SE­XEDPL An­ty­prze­mo­co­wa Li­nia Po­mo­cy (ano­ni­mo­wy te­le­fon po­mo­cy dla do­ro­słych i mło­dzie­ży: prze­moc w zwi­ąz­ku, prze­moc sek­su­al­na, prze­moc psy­chicz­na; do­stęp­ny co­dzien­nie w godz. 12:00–20:00)

116 123 – te­le­fon za­ufa­nia dla do­ro­słych w kry­zy­sie emo­cjo­nal­nym.

Prolog

Michał

Za­ta­piam sto­py w mi­ęk­kim pia­sku, usi­łu­jąc prze­bić się przez co­raz gęst­szy tłum pla­żo­wi­czów, któ­ry zda­je się ro­bić wszyst­ko, by uprzy­krzyć mi i tak wy­star­cza­jąco już iry­tu­jący spa­cer. Sam Ba­łtyk wy­gląda na mniej­szy niż roz­ci­ąga­jące się po ho­ry­zont mo­rze pa­ra­wa­nów. Gdzie nie spoj­rzę, wi­dzę zie­leń i róż, raz po raz tyl­ko prze­ła­ma­ne czer­wie­nią czy po­ma­ra­ńczem. Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru. Wieś ta­ńczy i śpie­wa, ka­żdy chce mieć dla sie­bie ka­wa­łek – bądź co bądź – wspól­nej pla­ży.

Po­ko­nu­ję ko­lej­nych kil­ka­na­ście me­trów i do­cie­ram do ka­mien­nych scho­dów. Oce­niam stan wil­got­no­ści be­to­nu, po czym po­sta­na­wiam na mo­ment przy­si­ąść. Od­kła­dam na bok nie­prak­tycz­ne na pla­ży buty spor­to­we. Wbi­jam pal­ce w mi­ęk­ki, ale zim­ny pia­sek i si­ęgam do kie­sze­ni szor­tów, by wy­ci­ągnąć z niej po­kie­re­szo­wa­ny te­le­fon. W pierw­szym od­ru­chu spraw­dzam po­wia­do­mie­nia. Pocz­ta, pra­ca, por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we… Przy ostat­nim po­sta­na­wiam się na mo­ment za­trzy­mać. Ma­ile po­cze­ka­ją. W ko­ńcu pierw­szy raz od bar­dzo daw­na je­stem na urlo­pie.

Ta z tym, ten tam, ci zje­dli to, a dziec­ko tam­tej zro­bi­ło pierw­szą kup­kę. Zło­to.

Na wi­dok zna­jo­mej twa­rzy prze­su­wam pal­cem po ekra­nie.

Blond wło­sy przy­ci­ąga­ją spoj­rze­nie, tak samo jak lata temu. Dłu­gie, kręco­ne i lśni­ące jak żad­ne inne oka­la­ją przy­pró­szo­ną pie­ga­mi twarz. Oczy błękit­ne, cza­sem wręcz tur­ku­so­we. Do tego to­pi­ący ser­ce uśmiech.

Syl­wia.

Sta­ram się po­wstrzy­mać za­le­wa­jącą mózg falę nie do ko­ńca szczęśli­wych wspo­mnień. Za­raz po­tem zer­kam po­now­nie na ekran.

Przy­gląda­jąc się fo­to­gra­fii, do­cho­dzę do wnio­sku, że po­mi­mo upły­wu lat wy­gląda tak samo do­brze, a może i le­piej.

A obok niej stoi… ktoś.

Sunę spoj­rze­niem po wid­nie­jącym pod zdjęciem opi­sie.

Syl­wia i Mar­cel bio­rą ślub.

Nie po­wi­nie­nem się przej­mo­wać. Nic a nic. W ko­ńcu to ja zo­sta­wi­łem ją po tym, gdy po­sta­no­wi­ła pó­jść w tany z moim ów­cze­snym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Niech ukła­da so­bie ży­cie. Ja swo­je cu­dem po­zbie­ra­łem do kupy. Te­raz jest na­wet nie­źle. Mam faj­ną pra­cę, do­brze za­ra­biam i ro­bię to, co lu­bię. Pla­nu­ję ku­pić dom. A i z Ka­ro­li­ną chy­ba w ko­ńcu wszyst­ko zmie­rza w do­brym kie­run­ku. Może na­wet kie­dyś wy­je­dzie ze mną do Ber­li­na.

W ta­kim ra­zie nie ro­zu­miem tego uczu­cia za­wo­du.

Mam wszyst­ko.

Na­praw­dę.

Anastazja

Wpa­dam do miesz­ka­nia i prze­cho­dzę przez cia­sny ko­ry­tarz, by we­jść do kuch­ni. Przy­sta­ję przy zbyt du­żym jak dla jed­nej oso­by sto­le. Wbi­jam gro­mi­ące spoj­rze­nie w ści­ska­ną w dło­ni ro­ze­rwa­ną ko­per­tę. Wzdy­cham, zroz­pa­czo­na, i ci­skam ka­wa­łek zmi­ęte­go pa­pie­ru na bor­do­wy blat.

Kla­pię ty­łkiem na chy­bo­tli­we krze­sło z my­ślą, że w po­przed­nim ży­ciu mu­sia­łam coś sro­go spie­przyć. Ina­czej nie da się wy­tłu­ma­czyć za­mi­ło­wa­nia losu do do­wa­la­nia mi na ka­żdej mo­żli­wej płasz­czy­źnie. Bru­tal­na kar­ma mo­gła­by się zli­to­wać i ura­czyć mnie krót­kim urlo­pem. W ko­ńcu jak dłu­go mo­żna prze­ska­ki­wać nad rzu­ca­ny­mi pod nogi gi­gan­tycz­ny­mi kło­da­mi? Nic by się nie sta­ło, gdy­by los choć raz ci­snął we mnie ga­łęzią, nie ca­łym pniem.

Za­ci­skam po­wie­ki i si­ęgam po będący ko­lej­nym gwo­ździem do ży­cio­wej trum­ny list. Wci­ągam do płuc haust wca­le nie tak świe­że­go po­wie­trza z na­dzie­ją, że czyn­no­ść ta po­mo­że w okie­łzna­niu emo­cji i po­wstrzy­ma usi­łu­jące opu­ścić oczy łzy. Nie­ste­ty, by prze­czy­tać cho­ler­ne upo­mnie­nie, mu­szę na nie spoj­rzeć.

Wzno­szę spoj­rze­nie ku po­żó­łkłe­mu su­fi­to­wi, po czym kie­ru­ję je w dół.

Było sie­dzieć w zim­nie – kar­cę się w my­ślach za prze­sad­ną roz­rzut­no­ść. I po ciem­ku.

Raz jesz­cze zer­kam na za­pi­sa­ną kart­kę.

– Kur­de, no nie ma szans, że­bym zdo­by­ła tę kasę w tak krót­kim cza­sie – mam­ro­czę pod no­sem, wi­dząc bi­jącą po oczach kwo­tę.

„Trzy ty­si­ące dwie­ście trzy­na­ście zło­tych” po­prze­dzo­ne pod­no­szącym na du­chu zwro­tem „We­zwa­nie do za­pła­ty”.

Wsta­ję z mal­tre­tu­jące­go po­ślad­ki krze­sła i pod­cho­dzę do usta­wio­nej pod oknem ko­mo­dy. Otwie­ram skrze­czącą nie­zno­śnie szu­fla­dę, by przej­rzeć jej za­war­to­ść. Po od­gar­ni­ęciu wa­la­jących się du­pe­re­li chwy­tam gra­na­to­wą ko­per­tę. Prze­li­czam scho­wa­ne w niej pie­ni­ądze.

Ty­si­ąc trzy­sta dwa­dzie­ścia.

– Re­we­la­cja – ko­men­tu­ję stan swo­je­go ma­jąt­ku. Za­raz po­tem wra­cam do sto­łu.

Roz­po­czy­nam roz­my­śla­nia nad pla­nem do­sko­na­łym, któ­ry spra­wi, że licz­ba trzy­ma­nych prze­ze mnie bank­no­tów na­gle ma­gicz­nie się po­troi. Po chwi­li po­sta­na­wiam wpła­cić wszyst­ko na po­da­ne w li­ście kon­to ban­ko­we z my­ślą… że nie będę jeść nic.

Musi mi to wy­star­czyć do ko­ńca mie­si­ąca. Jako że mamy do­pie­ro po­ło­wę lip­ca, ko­lej­nych kil­ka­na­ście dni przyj­dzie mi we­ge­to­wać.

Do­bra.

Nie czas na płacz. Po­be­czę wie­czo­rem. Te­raz trze­ba się za­sta­no­wić.

Je­stem w Za­ko­pa­nem, miej­scu tu­ry­stycz­nym. Prze­wi­ja się tu z mi­lion osób rocz­nie. A wszy­scy oni mu­szą gdzieś spać.

Tyl­ko jak to za­ła­twić?

Stu­kam dłu­go­pi­sem w le­ci­we, la­kie­ro­wa­ne, moc­no już prze­tar­te drew­no.

Wszyst­ko w tym miesz­ka­niu jest sta­re i ob­dra­pa­ne.

Kto ze­chce się tu za­trzy­mać?

Kie­ru­ję wzrok na okno i w my­ślach py­tam spo­gląda­jące­go na mnie z szy­by od­bi­cia: I jesz­cze za to za­pła­cić?

Michał

Pa­trzę w lu­stro i wy­cie­ram ręcz­ni­kiem mo­kre, pra­wie bia­łe wło­sy. Prze­cze­su­ję je pal­ca­mi, roz­trze­pu­jąc przy tym odro­bi­nę. Wy­krzy­wiam twarz w kwa­śnym gry­ma­sie, gdy wi­dzę, jak smut­ne zda­ją się moje oczy. Zwy­kle do­strze­ga­łem w nich iskrę. We­so­ło­ść, któ­ra te­raz ja­koś przy­ga­sła. Gdy­by przyj­rzeć im się uwa­żniej, nie wy­da­ją się na­wet zie­lo­ne. In­ten­syw­ny od­cień tęczó­wek za­stąpi­ła wy­pło­wia­ła sza­ro­ść. Po­kle­pu­ję dło­ńmi spa­lo­ne sło­ńcem po­licz­ki, po czym myję zęby.

Po kil­ku mi­nu­tach ru­szam do po­ko­ju, by spa­ko­wać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Ko­szul­ki, spodnie, szor­ty i oczy­wi­ście bok­ser­ki. W ra­zie po­trze­by resz­tę do­ku­pię.

Pa­ku­ję wszyst­ko do czar­nej tor­by, kie­ru­ję się do wy­jścia, zgar­nia­jąc po dro­dze klu­cze, port­fel i te­le­fon. Za­my­kam drzwi od po­ko­ju.

– Po­wo­dze­nia. – Sły­szę za ple­ca­mi głos Zuzy. Od­wra­cam się, ki­wam ko­le­żan­ce gło­wą, aż w ko­ńcu zbie­gam po drew­nia­nych scho­dach.

Sia­da­jąc za kie­row­ni­cą gra­na­to­we­go Nis­sa­na, spo­glądam na wiel­ki szyld z na­pi­sem „Osto­ja”.

– To je­dzie­my – bąkam pod no­sem, za­nim od­pa­lę sil­nik.

Po­jęcia nie mam, czy do­brze ro­bię, słu­cha­jąc rady Ada­ma. W ko­ńcu to przez nie­go nie je­stem z Syl­wią. Ale mu­szę się prze­ko­nać. Do­wie­dzieć, czy to uczu­cie pust­ki i sa­mot­no­ści to re­ak­cja na jej przy­szły ślub, czy może po pro­stu cze­goś mi bra­ku­je.

Bo może wca­le nie mam wszyst­kie­go.

Prze­je­żdżam przez otwar­tą na oścież bra­mę i ru­szam w dzie­si­ęcio­go­dzin­ną tra­sę do Za­ko­pa­ne­go.

Anastazja

W su­mie nie­wa­żny jest ten śmie­szy kar­ton z na­pi­sem będącym do­wo­dem mej de­spe­ra­cji. Istot­ne będzie to, jak się za­pre­zen­tu­ję. Nie po­win­nam wy­glądać wy­zy­wa­jąco, żeby nie przy­gar­nąć pod dach ja­kie­goś psy­cho­pa­ty. Naj­le­piej też, gdy­bym nie wy­gląda­ła jak ja. W ra­zie gdy­by miał po­ja­wić się on.

Pod­cho­dzę do sza­fy i rzu­cam okiem na zie­jące bie­dą pó­łki. Wy­bie­ram pierw­sze z brze­gu leg­gin­sy, sza­rą blu­zę i ta­kie same te­ni­sów­ki.

Nie jest źle – my­ślę, zwi­ązu­jąc wło­sy w kit­kę.

Po­pra­wiam opa­da­jące na twarz czar­ne pa­sma i si­ęgam po le­żącą na łó­żku tek­tu­rę, któ­ra – ozdo­bio­na na­pi­sem „po­kój do wy­na­jęcia” – sta­no­wi na­ma­cal­ny do­wód tego, jak bar­dzo je­stem nie­za­rad­na.

Wy­cho­dzę, naj­pierw z miesz­ka­nia, za­raz po­tem z ka­mie­ni­cy. Nim za­pusz­czę się w głąb za­nie­dba­ne­go po­dwó­rza, omia­tam ner­wo­wym wzro­kiem oko­li­cę. Pod­cho­dzę do wnęki na śmie­ci, wy­glądam za róg.

Po do­kład­nym oba­da­niu te­re­nu wy­ściu­biam nos za bra­mę, po czym od razu ru­szam w kie­run­ku dwor­ca.

Prze­bi­jam się przez tłum i nie­mal wy­mio­tu­ję na myśl, że ka­żda mi­ja­na oso­ba może być nim. Po­go­da nie za­chęca, a licz­ba na­ło­żo­nych na gło­wy kap­tu­rów po­ra­ża. Za­kry­te twa­rze zda­ją się wbi­jać we mnie spoj­rze­nia le­d­wie wi­docz­nych oczu. Gdy za­ci­snę po­wie­ki, z od­mętów spo­wi­te­go stra­chem umy­słu wy­ła­nia się wy­krzy­wio­na w zło­śli­wym uśmie­chu twarz.

Przy­spie­szam kro­ku. Będąc w po­ło­wie dro­gi, już nie truch­tam, lecz bie­gnę ile sił w no­gach.

Wkra­czam na pe­ron, za­my­kam oczy i wrzu­cam na twarz naj­sztucz­niej­szy uśmiech, jaki dane było oglądać wy­sia­da­jącym z po­ci­ągu przy­jezd­nym. Roz­pusz­czam wło­sy.

To nie pierw­sze two­je upo­ko­rze­nie, Ana­sta­zjo. Za­gryź zęby i prze­łk­nij to.

Ko­lej­ny raz.

Rozdział 1

Michał

Wy­chwa­la­ne pod nie­bio­sa gór­skie kra­jo­bra­zy ewi­dent­nie mają mnie w po­wa­ża­niu, jako że kie­dy zbli­żam się do celu pod­ró­ży, wszyst­kie szczy­ty skąpa­ne są w gęstej ni­czym mle­ko mgle. Ostat­ni od­ci­nek tra­sy dłu­ży się nie­mi­ło­sier­nie przez roz­ci­ągni­ęte na dro­dze sznu­ry wy­pe­łnio­nych tu­ry­sta­mi aut. W wi­ęk­szo­ści ta­ki­mi, co lu­bu­ją się w po­my­ka­niu w klap­kach na Gie­wont. Kto wie, może ja rów­nież z oka­zji po­by­tu w sto­li­cy pol­skich gór sko­rzy­stam i w ko­ńcu po­zwie­dzam. Bo cho­ciaż w sa­mym Za­ko­pa­nem by­łem kil­ka razy, cza­su na wędrów­ki wów­czas nie zna­la­złem. Za­miast tego za­zwy­czaj były to spo­tka­nia zwi­ąza­ne z pra­cą. Jed­no jest pew­ne – je­śli tym ra­zem po­sta­no­wię wy­brać się w góry, za­ło­żę od­po­wied­nie obu­wie.

Na ra­zie jed­nak mam inne spra­wy do ogar­ni­ęcia. Pierw­sza to noc­leg, gdyż od­po­wie­dzial­nie wy­je­cha­łem z Ostoi i za­po­mnia­łem za­re­zer­wo­wać miej­sce do spa­nia. Za­czy­nam wąt­pić, czy fakt, iż uwa­żam się za w mia­rę in­te­li­gent­ne­go, ma od­zwier­cie­dle­nie w rze­czy­wi­sto­ści. Po­my­ślę o tym pó­źniej. Jak już będę miał gdzie spędzić noc. Po­ło­żę się i za­cznę kon­tem­plo­wać wła­sną głu­po­tę.

A mam nad czym du­mać.

Dru­ga spra­wa jest dużo bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Tu­taj po­mo­że tyl­ko cud, na któ­ry – nie ukry­wam – li­czę.

Naj­pierw mu­szę jed­nak po­ko­nać ostat­nie ki­lo­me­try dro­gi, któ­ra po­zo­sta­je usła­na skąpa­ny­mi w pe­łnym sło­ńcu sa­mo­cho­da­mi.

Na ogół lu­bię spędzać czas w tra­sie. Prze­ry­wa­na szu­mem sil­ni­ka ci­sza po­ma­ga zre­se­to­wać zmęczo­ny ci­ągłą pra­cą umy­sł. Nie ma na­wet zna­cze­nia, ja­kim au­tem aku­rat pod­ró­żu­ję. Wa­żne, abym był wów­czas sam. Tym ra­zem jed­nak nie jadę, a sto­ję w gi­gan­tycz­nym kor­ku. Fraj­da z tego żad­na.

Nu­dzi mi się.

Dla­te­go kie­dy w ko­ńcu – po dzie­si­ęciu go­dzi­nach dro­gi prze­pla­ta­nej wie­lo­ma spędzo­ny­mi w bez­ru­chu kwa­dran­sa­mi – wje­żdżam do wsi, któ­ra bar­dzo chce być mia­stem, od­czu­wam wy­ra­źną ulgę. Tak wiel­ką, że aż wzdy­cham prze­ci­ągle, po czym roz­ci­ągam usta w zmie­sza­nym z ziew­ni­ęciem uśmie­chu.

Omia­tam wzro­kiem mi­ja­ną oko­li­cę prze­ko­na­ny, że pre­zen­to­wa­ła­by się ona dużo bar­dziej ma­low­ni­czo, gdy­by nie sta­do wi­ta­jących mnie na wje­ździe bil­bor­dów. Już wiem, gdzie ku­pić ta­pe­tę, zlew czy też kto wy­czy­ści mi szam­bo.

Wszyst­ko je­ste­śmy w sta­nie oszpe­cić. Na­wet Ta­try.

Pierw­sze miej­sce, do któ­re­go po­sta­na­wiam się skie­ro­wać, to dwo­rzec PKP. Pa­mi­ętam jesz­cze z cza­sów li­ceum, że to tu­taj mo­żna było do­rwać noc­leg od naj­bar­dziej zde­spe­ro­wa­nych osób. Nie po­trze­ba mi wie­le. Wy­star­czy ma­te­rac do spa­nia i to­a­le­ta. Jeść mogę na mie­ście. Jest też mo­żli­wo­ść, że je­śli z mo­ich pla­nów nic nie wyj­dzie, to ape­tyt nie będzie mi do­pi­sy­wał.

Par­ku­ję auto mi­ędzy dwo­ma au­to­bu­sa­mi z na­dzie­ją, że za­pew­nią one choć odro­bi­nę cie­nia i tak roz­grza­nej już ka­ro­se­rii. Dzi­ęki temu po za­ła­twie­niu miej­sca do spa­nia wró­cę do sa­mo­cho­du, a nie do pie­kar­ni­ka. Za­nim wy­si­ądę, si­ęgam po bu­tel­kę, by upić łyk wy­ga­zo­wa­nej wody. Zgar­niam port­fel i te­le­fon, po czym wy­sia­dam z Nis­sa­na. Ma­su­ję za­sty­głe bar­ki. Nie­przy­jem­nie wil­got­ną dłoń przy­kła­dam do ze­sztyw­nia­łe­go kar­ku. Prze­cie­ram oczy i roz­wie­ram usta w od­ga­nia­jącym reszt­ki znu­że­nia ziew­ni­ęciu. Mniej śpi­ący, ru­szam w stro­nę we­jścia do bu­dyn­ku dwor­ca. Stam­tąd uda­ję się pro­sto na pe­ron.

Roz­glądam się po stra­szącej sza­ro­ścią i daw­ną świet­no­ścią oko­li­cy z my­ślą, że mo­gli­by się bar­dziej po­sta­rać, je­śli cho­dzi o wy­gląd bądź co bądź wi­zy­tów­ki tego miej­sca. Prze­wi­ja­ją się tu rocz­nie ta­bu­ny tu­ry­stów, a dwo­rzec wy­gląda jak żyw­cem wy­jęty z pe­ere­low­skie­go se­ria­lu.

Z po­ci­ągów wy­cho­dzą wła­śnie ko­lej­ni mi­ło­śni­cy gór­skich wędró­wek, a ja po­sta­na­wiam wmie­szać się w tłum i po­szu­kać oso­by, któ­ra nie będzie przy­pra­wia­ła o ciar­ki od pierw­sze­go wej­rze­nia.

Moja uwa­ga kie­ru­je się ku po­py­cha­nej przez przy­jezd­nych dziew­czy­nie. Nie wiem, ile może mieć lat. Wy­da­je się młod­sza ode mnie. Opa­lo­ną twarz prze­cie­ra dło­nią, któ­rą za­raz przy­kła­da do czo­ła. Nie­ustan­nie po­pra­wia si­ęga­jące ra­mion wło­sy, za­kła­da­jąc lśni­ące pa­sma za ucho. Oczy mru­ży, a usta wy­gi­na w czy­mś, co po­win­no przy­po­mi­nać uśmiech. Z na­ci­skiem na „po­win­no”. Gdy­by przyj­rzeć jej się uwa­żniej, wi­dać wy­ma­lo­wa­ne na sym­pa­tycz­nej buzi zmie­sza­nie.

Dłu­ższą chwi­lę, z ro­snącym po­czu­ciem na­głej tro­ski, lu­stru­ję drob­ną po­stać. Nie da się ukryć, że jest sama, wy­ra­źnie za­gu­bio­na w miej­scu, w któ­rym za­pew­ne być nie chce. Może tra­fić na ja­kie­goś czu­ba, któ­ry za­pra­gnie cze­goś wi­ęcej niż tyl­ko po­ko­ju.

Do­bra, co tam, idę. Ura­tu­ję ją przed tym praw­do­po­dob­nym psy­cho­lem – my­ślę, po czym ru­szam z miej­sca. Po­ko­nu­ję dzie­lące nas me­try i przy­sta­ję obok nie­zna­jo­mej.

– Ile za ten noc­leg?! – py­tam, a wła­ści­wie krzy­czę, spra­wia­jąc, że dziew­czy­na pod­ska­ku­je wy­stra­szo­na i wpa­da na prze­cho­dzącą mi­ędzy nami ko­bie­tę. Ude­rza ją przy oka­zji trzy­ma­ną w dło­ni tek­tu­rą.

– Patrz, jak sto­isz! – woła zde­cy­do­wa­nie zbyt gło­śno tu­ryst­ka. O to­nie, ja­kie­go uży­wa, nie wspom­nę.

– To pani po­win­na uwa­żać. Nie jest trud­no wy­mi­nąć oso­bę, któ­ra się nie ru­sza, ale taką, któ­ra bie­gnie, ow­szem. – Nie otrzy­mu­ję w za­mian nic po­nad prych­ni­ęcie tu­ryst­ki i spoj­rze­nie wiel­kich jak ta­la­rze oczu mo­jej przy­szłej go­spo­dy­ni.

O ile oczy­wi­ście ze­chce nią być.

– Pfff. Nie mam cza­su – od­pie­ra blon­dyn­ka, od­wra­ca się na pi­ęcie i ru­sza z im­pe­tem w nie­wia­do­mym kie­run­ku.

– Słu­cham? – pyta nie­zna­jo­ma, kie­dy w ko­ńcu zo­sta­je­my sami. Nie li­cząc ty­si­ąca ota­cza­jących nas osób. – Zna­czy… nie mu­siał pan – stwier­dza, a gdy­by nie to, że uda­je mi się od­czy­tać sło­wa z ru­chu pe­łnych warg, za­pew­ne nie mia­łbym po­jęcia, o czym mówi. – Mogę ja­koś po­móc?

– Tak. Py­ta­łem, w ja­kiej ce­nie jest ten noc­leg – mó­wię, wska­zu­jąc gło­wą brązo­wą tek­tu­rę.

– Sze­śćdzie­si­ąt pięć za dobę.

Z pew­no­ścią nie jest nie­śmia­ła, sko­ro stoi tu­taj z tą nie­co już za­mok­ni­ętą pro­wi­zo­rycz­ną re­kla­mą. A jed­nak wy­raz twa­rzy ma ra­czej nie­pew­ny.

Co nie po­win­no mnie dzi­wić, jako że za­miast się ode­zwać, sto­ję jak ten słup i wbi­jam w nią na­tar­czy­we spoj­rze­nie.

– Ale mogę opu­ścić. – Uśmie­cha się pó­łgęb­kiem. – Do sze­śćdzie­si­ęciu.

– A gdzie? – py­tam i przy­su­wam się tro­chę, bo od tych krzy­ków za mo­ment stra­cę głos, a będzie mi jesz­cze po­trzeb­ny. – I nie ma po­trze­by. Cena jest okej – do­da­ję nie­co bez sen­su. W ko­ńcu po­jęcia nie mam, jak wy­gląda pro­po­no­wa­ny przez nią po­kój.

Bio­rę głębo­ki wdech, po któ­rym czu­ję aro­mat mi­ęty wy­pe­łnia­jący nos. To miła od­mia­na po kil­ku­go­dzin­nym wącha­niu odświe­ża­cza po­wie­trza o za­pa­chu sztucz­ne­go lasu.

– Przy Kru­pów­kach. O tam. – Wska­zu­je pal­cem, jed­nak nic mi to nie mówi. – Za tym wiel­kim sza­rym pen­sjo­na­tem.

Ki­wam gło­wą, cho­ciaż na­dal po­jęcia nie mam, o któ­rej po­pie­la­tej ka­mie­ni­cy opo­wia­da. Gdy sunę wzro­kiem we wska­za­nym kie­run­ku, wi­dzę ich pięć, a ró­żnią się tyl­ko ko­lo­rem wy­sta­wio­nych na bal­ko­ny kwia­tów.

– Z ła­zien­ką? – do­py­tu­ję, po­chy­lam się i przy­su­wam ucho do jej twa­rzy. Chy­ba zbyt bli­sko lub szyb­ko, bo znów cofa się jak opa­rzo­na.

– Tak – mam­ro­cze pod no­sem, uśmie­cha­jąc się przy tym prze­pra­sza­jąco.

W od­po­wie­dzi przy­ta­ku­ję i po­dob­nie jak ona uno­szę lek­ko kąci­ki ust.

– Do­bra, bio­rę.

Tym ra­zem ra­czy mnie sze­ro­kim uśmie­chem. Ta­kim z ro­dza­ju roz­ja­śnia­jących twarz.

– Za mną – za­rządza, od­wra­ca się i ru­sza przed sie­bie.

Mknie przo­dem, ja­ki­mś cu­dem od­naj­du­jąc dro­gę do wy­jścia z tego na­pie­ra­jące­go wręcz tłu­mu. Mądrzej by­ło­by iść obok niej i w ten spo­sób prze­dzie­rać się przez mo­rze tu­ry­stów.

Wy­cho­dzi­my w ko­ńcu z dwor­ca. Po za­czerp­ni­ęciu świe­że­go po­wie­trza do­strze­gam sto­jący kil­ka me­trów od nas kiosk z przy­kle­jo­ną do szy­by fo­to­gra­fią za­pie­kan­ki. Od razu do­pa­da mnie głód, gdy czu­ję za­pach sma­żo­nych pie­cza­rek.

– Ana­sta­zja albo, je­śli wo­lisz, Ana. – Od­wra­cam się na dźwi­ęk ła­god­ne­go gło­su. – Tak mam na imię.

Po­pra­wia opa­da­jące na twarz i tar­ga­ne go­rącym wia­trem wło­sy. Cały czas uni­ka mo­je­go wzro­ku. Do­pie­ro gdy nie­znacz­nie się po­chy­lam, po­sta­na­wia skrzy­żo­wać na­sze spoj­rze­nia. Jej jest tak zie­lo­ne, że aż zda­je się nie­na­tu­ral­ne.

– A ty? – pyta, wy­ci­ąga­jąc rękę w po­wi­tal­nym ge­ście.

– Mi­chał. – Rów­nież po­da­ję jej dłoń, za­sko­czo­ny tym, że nie­prze­rwa­nie się uśmie­cha. – Mo­żesz dać mi ad­res. Jesz­cze bym tu coś zja­dł. – Wska­zu­ję gło­wą me­ta­lo­wą budę. – Po­tem przyj­dę.

Ana­sta­zja pa­trzy to na mały bu­dy­nek, to na mnie, po czym od­po­wia­da:

– Mam obiad. Tu­taj nie ra­dzę. Kie­dyś było spo­ko, ale… – Roz­kła­da ręce w ge­ście re­zy­gna­cji.

Raz jesz­cze rzu­cam okiem na pa­pie­ro­wy wi­ze­ru­nek za­pie­kan­ki. Za­raz po­tem pa­trzę już na to­wa­rzysz­kę.

– Do­bra. Pro­wa­dź – mó­wię i znów ru­szam tuż za nią.

Mogę jej się te­raz przyj­rzeć na spo­koj­nie. Czar­ne, si­ęga­jące ra­mion wło­sy od­bi­ja­ją pa­da­jące na nie świa­tło. Mi­mo­wol­nie pa­trzę w dół i od razu do­cho­dzę do wnio­sku, że musi upra­wiać ja­kiś sport. Tyl­ko oso­ba ćwi­cząca może po­chwa­lić się ta­ki­mi po­ślad­ka­mi. I to w leg­gin­sach.

No… jest ład­na. Na­wet bar­dzo.

Co nie po­win­no mnie in­te­re­so­wać.

– Jesz­cze ka­wa­łek. – Z po­to­ku my­śli wy­ry­wa­ją mnie sło­wa Ana­sta­zji. – Kil­ka me­trów.

Rze­czy­wi­ście po chwi­li za­trzy­mu­je się pod wy­so­ką na trzy pi­ętra ka­mie­ni­cą w ko­lo­rze zmie­sza­nej z ró­żem sza­ro­ści. Ta­kie tro­chę ko­cie wy­mio­ci­ny. Tynk tu i ów­dzie już od­pa­dł i uka­zał wszyst­kie war­stwy po­ło­żo­nej wcze­śniej far­by.

Nie znam mo­jej no­wej go­spo­dy­ni, a i tak wiem, że to miej­sce do niej nie pa­su­je. Ana­sta­zja zda­je się de­li­kat­na, a to… Pa­trzę w górę na za­pa­ro­wa­ne, oto­czo­ne ob­dar­ty­mi, drew­nia­ny­mi ra­ma­mi okna. A to nie za bar­dzo. Mam na­dzie­ję, że tu nie miesz­ka.

– To tu. Trze­cie pi­ętro.

Na klat­ce scho­do­wej tem­pe­ra­tu­ra jest ni­ższa o co naj­mniej kil­ka stop­ni. Za­pach wil­go­ci przy­ćmie­wa na­wet tę uro­czą woń mi­ęty, któ­ra uno­si się wo­kół Ana­sta­zji.

Przy­cho­dzi mi na myśl, że w ta­kim bu­dyn­ku pew­nie wy­na­jąłem ja­kąś mi­kro­ka­wa­ler­kę. W tej ce­nie to ist­na oka­zja. Znio­sę na­wet żyw­cem wy­ci­ętą z hor­ro­ru klat­kę scho­do­wą. Strach do­tknąć po­ręczy. Nie wia­do­mo, w co wsa­dzę dłoń.

Wcho­dzi­my po­wo­li. Scho­dy są nad wy­raz stro­me. Po pi­ja­ku? Po­wo­dze­nia.

– To tu.

Ana­sta­zja wcho­dzi pierw­sza. Chwi­lę krząta się po po­miesz­cze­niu, po czym wy­nu­rza gło­wę zza drzwi i za­pra­sza­jącym ge­stem dło­ni woła mnie do środ­ka.

– Pro­szę. – Jej pew­no­ść sie­bie odro­bi­nę zma­la­ła. – To twój po­kój. – Wska­zu­je na drzwi po le­wej. – A to mój. – Po­ka­zu­je na pra­wo.

Uno­szę brwi za­sko­czo­ny.

– Ty też tu miesz­kasz? – py­tam, choć zda­je się to oczy­wi­ste.

Wbi­ja oczy w buty. Jest za­baw­nie ni­ska. Wi­dzę czu­bek jej gło­wy.

– No tak. Prze­pra­szam, że nie po­wie­dzia­łam, ale pew­nie byś się nie zgo­dził, a ja… – Ła­pie po­wie­trze, gdyż od szyb­ko­ści, z jaką to mówi, do­pa­da ją za­dysz­ka. – Po­trze­bu­ję kasy, a ty nie wy­glądasz jak psy­chol.

Po pierw­sze, do­brze, że apa­ry­cją nie przy­po­mi­nam se­ryj­ne­go mor­der­cy, ale ktoś po­wi­nien jej po­wie­dzieć, że tacy na ogół nie ocie­ka­ją krwią na środ­ku dro­gi. Po dru­gie, wszyst­ko mi jed­no. Będę miał gdzie spać, a zo­stać tu­taj mogę naj­wy­żej mie­si­ąc. Po­tem mu­szę wra­cać do mo­ich la­sów.

– Do­bra, zo­sta­nę – mó­wię, a na po­licz­kach Ana­sta­zji wy­kwi­ta­ją dwa so­czy­ste ru­mie­ńce. – Tyl­ko nie je­stem w sta­nie po­wie­dzieć, na jak dłu­go. Naj­wy­żej mie­si­ąc. Może być też tyl­ko ty­dzień. Wszyst­ko za­le­ży, jak się spra­wy po­to­czą.

– Su­per. – Za­czy­na truch­tać le­ciut­ko i kla­skać. Je­śli za­wsze z ra­do­ści tak robi, to już wiem, skąd te kszta­łt­ne po­ślad­ki. – Od­grze­ję nam obiad. Idź może po ba­ga­że. Mi­cha­le, tak?

– Tak, Ana­sta­zjo.

Znów pa­trzy na mnie ja­koś dziw­nie, jesz­cze bar­dziej za­ru­mie­nio­na. Może my­śli, że ją pod­ry­wam? Mam na­dzie­ję, że nie. Pew­nie mi się wy­da­je. Nie je­stem w ko­ńcu tak prze­pi­ęk­ny jak je­ba­ny Adam Do­bro­wol­ski, któ­ry do­ra­dził mi ten przy­jazd. Do te­raz nie wiem, dla­cze­go go po­słu­cha­łem.

Do­bra, wiem. Je­stem już zde­spe­ro­wa­ny.

Wy­cho­dzę i ru­szam ku gro­żącym po­ła­ma­niem kar­ku scho­dom. Kto to w ogó­le pro­jek­to­wał?

Kur­de, za­po­mnia­łem za­py­tać o par­king. Po­sta­na­wiam zro­bić to pó­źniej, kie­dy już wró­cę z ba­ga­żem.

Anastazja

Pod­cho­dzę do za­pa­ro­wa­nej od wil­go­ci szy­by. Uno­szę lek­ko ro­le­tę i spo­glądam na za­sło­ni­ęte kłęba­mi gra­na­to­wych chmur nie­bo. Wpa­trzo­na w po­nu­ry kra­jo­braz, za­czy­nam się za­sta­na­wiać, co mną kie­ro­wa­ło, kie­dy po­sta­no­wi­łam przy­jąć pod dach ob­ce­go mężczy­znę. Zde­cy­do­wa­nie roz­sąd­niej­szym wy­bo­rem by­ła­by w mo­jej sy­tu­acji ko­bie­ta. Tyl­ko że ona, nie­wa­żne jak sil­na i wa­lecz­na, nie obro­ni­ła­by mnie przed nim. I cho­ciaż mój przy­szły wspó­łlo­ka­tor nie ma obo­wi­ąz­ku ro­bić dla mnie cze­go­kol­wiek, już na dwor­cu po­ka­zał, że nie po­zo­sta­je bier­ny w sy­tu­acjach, w któ­rych inni przy­my­ka­ją oczy. Po­trze­bu­ję urlo­pu od ogląda­nia się za sie­bie. Ro­bię to nie­ustan­nie od nie­co po­nad trzech lat. Śpi­ący za ścia­ną Mi­chał spra­wi, że i ja będę w sta­nie zmru­żyć po­wie­ki na dłu­żej niż go­dzi­nę.

A czy to ra­cjo­nal­ne? Oczy­wi­ście, że nie. Tyl­ko że całe moje ży­cie już od daw­na ta­kie nie jest.

Za­po­wia­da się kon­kret­na bu­rza. Oby okna nie prze­cie­kły, bo moja ostat­nia de­ska ra­tun­ku zre­zy­gnu­je z po­ko­ju, za­nim jesz­cze się w nim na do­bre roz­go­ści. Pi­ęk­ne, ma­low­ni­cze je­zio­ro po­środ­ku wąt­pli­wej ja­ko­ści apar­ta­men­tu nie za­chęca do noc­le­gu.

Wy­da­je się przy­ja­zny i nie­gro­źny. Wra­że­nie to po­tęgu­ją nie­mal bia­łe wło­sy i we­so­łe zie­lo­ne oczy. To do­brze. Nie było ła­two stać dziś z tym dur­nym kar­to­nem. Cały czas czu­łam wbi­te w ple­cy – za­pew­ne uro­jo­ne – oce­nia­jące spoj­rze­nia. Nie mia­łam jed­nak wy­jścia. Czynsz za miesz­ka­nie wzró­sł tak bar­dzo, że nie po­ra­dzę so­bie bez do­dat­ko­we­go źró­dła do­cho­du. A opła­ta za ogrze­wa­nie zmio­tła mnie już osta­tecz­nie. Pie­ni­ądze daw­no mi się sko­ńczy­ły. W mi­ędzy­cza­sie może i tro­chę do­ro­bi­łam, ale chcia­ła­bym w ko­ńcu po­czuć się sta­bil­niej w tym moim roz­chwia­nym ży­ciu. Nad­cho­dzący wrze­sień na­pa­wa na­dzie­ją. Ale je­śli nie wy­naj­mę po­ko­ju, będę ja­dła tynk i po­pi­ja­ła go desz­czów­ką. Tą wpa­da­jącą przez okno.

Bar­dzo ci dzi­ęku­ję.

Prze­cho­dzę do kuch­ni, wy­ci­ągam z lo­dów­ki małe garn­ki z wczo­raj­szym obia­dem, po czym usta­wiam je na ga­zów­ce.

Pach­nie sma­ko­wi­cie. Jak naj­bar­dziej na­da­je się do spo­ży­cia, no i jest dużo lep­sze niż ra­ry­ta­sy z bla­sza­ka na dwor­cu.

Sły­szę kro­ki na ko­ry­ta­rzu. Wra­ca.

Do­bra, pora na lep­szy uśmiech.

Nie ma co stra­szyć go tym ob­li­czem, któ­re wita mnie co­dzien­nie rano w lu­strze. Może je­śli będę cały czas się tak wy­mu­sze­nie uśmie­cha­ła, wkręcę sama sie­bie, że to jed­nak jest praw­dzi­we. Ta­kie pla­ce­bo.

Nie, Ana­sta­zjo, nie ucie­kłaś z domu z jed­ną re­kla­mów­ką. A przy oka­zji – stać cię na czynsz za miesz­ka­nie.

Moje ży­cie to ist­na baj­ka. A mam do­pie­ro nie­spe­łna dwa­dzie­ścia pięć lat.

Otwie­ra drzwi i wcho­dzi, śmiesz­nie duży, do za­baw­nie ma­łe­go przed­po­ko­ju. Tor­bę ma co praw­da nie­wiel­ką, ale ja, gdy się wy­pro­wa­dza­łam, mia­łam jesz­cze mniej­szą.

Cie­ka­we, czy on też ucie­ka?

Nie, to bez sen­su. Nie ma szans. Ta­kich jak on nie spo­ty­ka to, co przy­da­rza się ta­kim jak ja. Za­pew­ne przy­je­chał na urlop. Jest bar­dzo ład­nie umi­ęśnio­ny, to­też wy­si­łek fi­zycz­ny mu nie strasz­ny. Po­wędru­je po gó­rach, po czym wró­ci do domu, pra­cy i przy­ja­ciół, może też do dziew­czy­ny, na­rze­czo­nej, a na­wet żony. Jest przy­stoj­ny i do­brze wy­cho­wa­ny. Coś oko­ło trzy­dziest­ki. Je­śli cha­rak­ter do­rów­nu­je jego uro­dzie, to za­po­wia­da się na ide­ał.

Pa­trzy na mnie chwi­lę i wska­zu­je gło­wą na drzwi swo­je­go po­ko­ju. Przy­ta­ku­ję, więc wcho­dzi do sie­bie, zo­sta­wia tor­bę i wra­ca, uśmie­cha­jąc się lek­ko.

Sur­fer z do­łecz­ka­mi w po­licz­kach na pew­no nie jest se­ryj­nym mor­der­cą. Zresz­tą wszyst­ko oka­że się dziś w nocy. Je­śli obu­dzę się rano cała i zdro­wa, zna­czy, że in­tu­icja mnie nie za­wio­dła. No, chy­ba że w ogó­le się nie obu­dzę. Ale to aku­rat nie zro­bi ni­ko­mu ró­żni­cy.

Na­wet mnie sa­mej.

– Go­łąb­ki i ziem­nia­ki. Może nie ja­kieś wy­szu­ka­ne, ale do­bre. Mam taką na­dzie­ję.

Wy­ci­ągam z szaf­ki dwa duże ta­le­rze, bo cho­ciaż nie wy­glądam, lu­bię zje­ść.

– Pach­ną sma­ko­wi­cie – mówi tak szyb­ko, jak­by nie roz­dzie­lał słów. I jest gło­śny. Usta­wi­łby ka­żde­go. Kto wie? Może na­wet jego.

– Sia­daj, już po­da­ję. – Wska­zu­ję krze­sło.

Nie ko­rzy­sta z za­pro­sze­nia i sta­je obok mnie. Wpa­tru­je­my się te­raz w za­war­to­ść zie­lo­ne­go ron­dla. Sły­chać tyl­ko pal­nik i bul­go­ta­nie sosu.

– Spo­ko, sam so­bie na­ło­żę – in­for­mu­je, rzu­ca­jąc mi po­god­ne spoj­rze­nie.

Ła­pie za ły­żkę i wy­ci­ąga z garn­ka ka­pu­ścia­ne za­wi­ni­ąt­ko. Na­stęp­nie si­ęga po mój ta­lerz i robi to samo.

– Ile? – mówi ca­łkiem nor­mal­nie, ale brzmi, jak­by na­wo­ły­wał ko­goś z sa­me­go Gie­won­tu. Aż wło­ski na cie­le sta­ją dęba.

– Je­den – mó­wię i wy­ci­ągam z garn­ka po du­żej por­cji ziem­nia­ków.

Sia­da­my w ko­ńcu i za­czy­na­my po­si­łek. W nie­zno­śnej ci­szy sły­chać ka­żde mla­śni­ęcie, a na­wet prze­ły­ka­nie. Kie­dy si­ęgam po sól, Mi­chał przy­gląda mi się wy­ra­źnie za­in­try­go­wa­ny.

– Coś nie tak? – py­tam tro­chę wy­stra­szo­na, ale za­do­wo­lo­na z pre­tek­stu do prze­rwa­nia mil­cze­nia. Może i ma do­łecz­ki, ale na­dal jest dla mnie ca­łkiem obcy.

– A nic. Dużo masz tych ziem­nia­ków. Wi­ęcej ode mnie. – Wska­zu­je gło­wą na ta­lerz.

– Moja mama po­wta­rza­ła, że le­piej mnie ubie­rać niż kar­mić.

Kiwa gło­wą, jak­by za­ak­cep­to­wał moją od­po­wie­dź. Jem da­lej w gro­bo­wej ci­szy i w to­wa­rzy­stwie nie­zna­jo­me­go.

Kur­de, do cze­go mnie ta moja de­spe­ra­cja do­pro­wa­dzi­ła?

Rozdział 2

Michał

– Było pysz­ne – mó­wię do sie­dzącej na­prze­ciw­ko Ana­sta­zji. Od­ry­wa wzrok od ta­le­rza, by skie­ro­wać go na mnie. – Naj­pew­niej zde­cy­do­wa­nie lep­sze niż to, co chcia­łem zje­ść na dwor­cu. Sko­ńczy­łaś? – py­tam, na co nie­mo przy­ta­ku­je. Zbie­ram brud­ną za­sta­wę i za­no­szę do zle­wu. – Jest tu­taj może zmy­war­ka?

– Nie – in­for­mu­je Ana­sta­zja, udo­wad­nia­jąc tym sa­mym, że ra­zem z ziem­nia­ka­mi nie po­łk­nęła języ­ka.

Pa­trzę to na nią, to na pe­łen zlew, po czym za­czy­nam zmy­wać. Po umy­ciu na­czyń pa­trzę w stro­nę nad­zwy­czaj ci­chej go­spo­dy­ni.

I w ży­ciu nie wi­dzia­łem, żeby ktoś był aż tak zdzi­wio­ny.

– Prze­pra­szam – od­zy­wam się po zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­giej, wy­pe­łnio­nej krępu­jącą ci­szą chwi­li. – Ty go­to­wa­łaś… – Wska­zu­ję gło­wą na garn­ki. – Po­my­śla­łem, że cho­ciaż po­zmy­wam.

Wy­ci­ągam dłoń po ręcz­nik, kie­dy sły­szę ci­che, ale sta­now­cze „nie” w wy­ko­na­niu Ana­sta­zji.

– Mia­łam to wszyst­ko już go­to­we. Dzi­ęku­ję bar­dzo, ale do­ko­ńczę sama – za­pew­nia, sta­jąc obok mnie. – Daj. – Za­bie­ra mi z dło­ni ba­we­łnia­ną szmat­kę. Pod­no­si wzrok. – Roz­go­ść się w po­ko­ju – po­le­ca, wska­zu­jąc ski­nie­niem gło­wy wąski ko­ry­tarz.

Znów przy­glądam się jej chy­ba tro­chę zbyt dłu­go, bo spe­szo­na opusz­cza gło­wę.

– Do­bra, prze­pra­szam, że się tak pa­no­szę… – za­czy­nam sam nie wiem do­kąd zmie­rza­jącą roz­mo­wę, któ­ra zda­je się wpędzać Anę w jesz­cze wi­ęk­sze za­kło­po­ta­nie. – Cały czas po so­bie sprzątam – rzu­cam, pa­trząc na już pu­sty zlew. – Od­ruch i po­dzi­ęko­wa­nie.

Ana­sta­zja przy­my­ka wy­ba­łu­szo­ne ze zdzi­wie­nia oczy.

Od­wra­cam się, za­su­wam krze­sło i ru­szam w stro­nę ko­ry­ta­rza.

– To będę u sie­bie – mó­wię. – W ra­zie gdy­byś mnie po­trze­bo­wa­ła – do­po­wia­dam i nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, któ­ra za­pew­ne nie na­dej­dzie, w ko­ńcu ru­szam „do sie­bie”.

Po­kój jest mały, ład­ny i schlud­ny. Wi­ęcej po­wie­dzieć o nim nie mo­żna.

Przy­sta­ję po­środ­ku nie­du­że­go po­miesz­cze­nia i sunę po nim le­d­wo przy­tom­nym wzro­kiem. Dwu­oso­bo­we łó­żko wy­gląda na wy­god­ne, ale tro­chę przy­krót­kie. Czer­wo­na po­ściel co praw­da śred­nio pa­su­je do se­le­dy­no­wych ścian, ale wa­żne, żeby była czy­sta. Do dys­po­zy­cji mam sza­fę i mały te­le­wi­zor, któ­re­go nie pla­nu­ję uży­wać. Za to chęt­nie prze­czy­tam zo­sta­wio­ne przez Ana­sta­zję ksi­ążki.

Je­stem wy­ko­ńczo­ny po pod­ró­ży, a do tego chy­ba tro­chę za dużo zja­dłem.

Oci­ęża­ły i pad­ni­ęty jak ni­g­dy, po­sta­na­wiam od razu się po­ło­żyć. Wy­ci­ągam zbyt dłu­gie nogi na zbyt krót­kim łó­żku, kie­dy sły­szę pu­ka­nie do drzwi. Ci­che i de­li­kat­ne, jak wła­ści­ciel­ka ude­rza­jących o pły­tę wió­ro­wą dło­ni.

– Jezu – mam­ro­czę pod no­sem. Od razu się jed­nak za tę nie­uprzej­mo­ść kar­cę.

To nie wina Ana­sta­zji, że je­cha­łem tu­taj dłu­go, a tra­sa na­le­ża­ła do naj­nud­niej­szych, ja­kie dane było mi po­ko­nać. Dla­te­go nie zwa­ża­jąc na fakt, że już le­d­wo wi­dzę na oczy, mó­wię znów nie­co za gło­śno:

– Tak?!

Uno­szę gło­wę w ocze­ki­wa­niu na od­po­wie­dź. Coś tam mru­czy, zde­cy­do­wa­nie zbyt ci­cho i nie­śmia­ło, przez co mu­szę zwlec się z łó­żka i otwo­rzyć drzwi.

Gdy to ro­bię, pierw­sze, co wi­dzę, to przy­po­mi­na­jący małą pal­mę ku­cyk wy­ra­sta­jący z czub­ka gło­wy przy­gląda­jącej mi się uwa­żnie Ana­sta­zji. Nie­mal mru­żę oczy, któ­re ośle­pia żółć jej dre­so­wej blu­zy.

– Masz może ocho­tę na kawę? – pyta i wci­ska mi do ręki fio­le­to­wy ku­bek w kszta­łcie jeża.

Przej­mu­ję go z my­ślą, że w ży­ciu nie wi­dzia­łem tak dziw­nej rze­czy. Pier­ni­ko­we lud­ki, skrza­ty czy lisy, ow­szem. Ale jeże? I to fio­le­to­we?

– Zro­bi­łam dla sie­bie i po­my­śla­łam, że może też się na­pi­jesz – tłu­ma­czy, wy­cze­ku­jąco we mnie wga­pio­na.

Choć kawy spe­cjal­nie nie pi­jam, tym ra­zem po­sta­na­wiam zro­bić wy­jątek.

– Chęt­nie – od­po­wia­dam.

Bio­rę ko­lej­ny łyk i wbi­jam wzrok w ścia­nę za Ana­sta­zją.

– Su­per. To ja idę po­bie­gać, jak­by co. – Mi­ęk­ki głos spra­wia, że spo­glądam w dół. – Tu­taj masz klu­cze. Bra­ma, scho­wek. – Uno­szę py­ta­jąco brwi. – Tam jest ro­wer. Miesz­kam tu już do­syć dłu­go i wiem, że zde­cy­do­wa­nie le­piej prze­miesz­czać się po Za­ko­pa­nem nim, a nie au­tem czy tak­sów­ką.

– Okej.

– No, a tu­taj do miesz­ka­nia – do­po­wia­da, ma­cha­jąc mi przed twa­rzą klu­czem sta­rym jak sama Osto­ja. – Bo pew­nie chcesz gdzieś wy­jść, go­dzi­na aku­rat od­po­wied­nia na po­zna­nie noc­ne­go ży­cia gó­ra­li.

– A ty na dłu­go wy­cho­dzisz? – py­tam, na co w mo­ment po­wa­żnie­je.

– Będę nie­dłu­go – in­for­mu­je. Od­wra­ca się na pi­ęcie i ru­sza w kie­run­ku drzwi. – Pa!

– Pa – mó­wię prze­ci­ągle już sam do sie­bie i za­my­kam drzwi po­ko­ju.

Wra­cam do łó­żka i po kil­ku mi­nu­tach w ko­ńcu zda­ję się od­po­wied­nio roz­lu­źnio­ny. Na­ci­ągam ko­łdrę na gło­wę, przy­tu­lam twarz do mi­ęk­kiej po­dusz­ki i ku ogrom­nej ucie­sze ogłu­pia­łe­go ze zmęcze­nia mó­zgu – od­pły­wam.

Anastazja

Za­wi­ązu­ję buty, po­pra­wiam kit­kę, na­ci­ągam je­bit­nie żó­łtą blu­zę i star­tu­ję. Wiem, że świe­cę się jak ża­ró­wa, ale do­szłam do wnio­sku, że może dzi­ęki temu uda mi się po­zo­stać na wi­do­ku. Je­śli tu przyj­dzie, na myśl o czym już mam ciar­ki, będzie ocze­ki­wał mnie wy­stra­szo­nej i scho­wa­nej. A nie bie­ga­jącej w neo­no­wej sty­lów­ce.

Kie­dyś słu­cha­łam mu­zy­ki pod­czas bie­ga­nia.

Ale to było daw­no temu, kie­dy jesz­cze by­łam, w jego mnie­ma­niu, „grzecz­na” i „nie aż tak dur­na”.

Dzi­ęku­ję, o ła­skaw­co.

Od trzech lat tego nie ro­bię. Słu­cha­jąc ulu­bio­nych utwo­rów, na­wet ci­cho, czło­wiek tra­ci czuj­no­ść. A na to nie mogę so­bie po­zwo­lić. Je­den nie­ostro­żny ruch czy mo­ment za­po­mnie­nia i wró­cę do miej­sca, w któ­rym nikt nie chcia­łby się zna­le­źć.

Prze­mie­rza­jąc do­brze zna­ną tra­sę, przy­glądam się ka­żde­mu drze­wu i za­gaj­ni­ko­wi. Pa­trzę na twa­rze mi­ja­nych prze­chod­niów i za ka­żdym ra­zem od­czu­wam ulgę, kie­dy się oka­zu­je, że to nie on.

Jego jesz­cze tu nie ma.

Gdy­by był, nie by­ło­by mnie.

Bie­gam sze­ść ki­lo­me­trów co dru­gi dzień. Nie dla zdro­wia czy smu­kłej syl­wet­ki. Mu­szę być spraw­na, żeby się obro­nić. A naj­le­piej uciec bez ko­niecz­no­ści ro­bie­nia tego. Żeby znów nie za­bra­kło mi siły, kie­dy przyj­dzie wal­czyć o ży­cie.

Przy­śpie­szam i pa­trzę na roz­ci­ąga­jący się przede mną gór­ski kra­jo­braz. Po­win­nam być za­chwy­co­na. A nie by­łam w gó­rach ani razu.

Gdy do­bie­gam do oko­licz­ne­go su­per­mar­ke­tu, wiem, że pora za­wra­cać. Do­kład­nie trzy ki­lo­me­try i sie­dem me­trów. Ku­pu­ję małą wodę i ru­szam w dro­gę po­wrot­ną. Tym ra­zem bie­gnę dużo szyb­ciej. Po­chy­lam się lek­ko do przo­du, za­gry­zam zęby i nie zwa­żam na pie­kący ból w łyd­kach.

Je­śli się po­ja­wi, będę mu­sia­ła ucie­kać po­mi­mo bólu.

Po chwi­li wi­dzę ma­ja­czącą w od­da­li „luk­su­so­wą” ka­mie­ni­cę, w któ­rej to przy­szło mi spędzić ostat­nie trzy lata. Wła­śnie ta­kiej szu­ka­łam po przy­je­ździe. Sta­rej i strasz­nej. Ko­niecz­nie w cen­trum. Żad­na będąca przy zdro­wych zmy­słach ko­bie­ta nie chcia­ła­by tu miesz­kać. Nie tyl­ko przez „cza­ru­jącą” oko­li­cę, ale też nie­ade­kwat­ny do stan­dar­dów, za­trwa­ża­jąco wy­so­ki czynsz.

On naj­praw­do­po­dob­niej jest pe­wien, że nie mam fun­du­szy na ja­kie­kol­wiek lo­kum. O tym, że miesz­kam przy jed­nej z naj­dro­ższych ulic w Pol­sce, w ogó­le nie po­my­śli. Do cza­su oczy­wi­ście. I je­śli mi się po­szczęści. W prze­ciw­nym ra­zie znaj­dzie mnie wszędzie.

Za­trzy­mu­ję się do­pie­ro po prze­kro­cze­niu bra­my. Upi­jam łyk wody, kie­dy sły­szę coś na kszta­łt pła­czu lub skom­le­nia. Podąża­jąc za dźwi­ękiem, pod­cho­dzę do jego źró­dła. A jest nim nic in­ne­go jak wiel­ki, upchni­ęty we wnękę, skąpa­ny w ciem­no­ści kon­te­ner na śmie­ci.

Uro­czo – my­ślę, ro­bi­ąc pierw­szy krok w przód. Przy dwóch ko­lej­nych już so­czy­ście prze­kli­nam.

Po­chy­lam się nad kla­pą, uchy­lam ją lek­ko. Wy­tężam wzrok i cze­kam, aż ten przy­zwy­czai się do pa­nu­jące­go do­oko­ła mro­ku. Po kil­ku mru­gni­ęciach po pra­wej do­strze­gam za­rys cze­goś ru­cho­me­go. Przy­su­wam się jesz­cze bar­dziej i orien­tu­ję, że pa­trzę na le­żące je­den na dru­gim małe kot­ki. Bez za­sta­no­wie­nia si­ęgam po sto­jący obok kon­te­ne­ra kar­ton. Prze­kła­dam je de­li­kat­nie. Spraw­dzam, czy nie krwa­wią i przede wszyst­kim czy żyją.

Z ta­kim pa­kun­kiem i ka­pi­ący­mi na tek­tu­rę łza­mi zmie­rzam do swo­jej kry­jów­ki na trze­cim pi­ętrze.

Michał

Po bli­żej nie­okre­ślo­nym cza­sie bu­dzi mnie do­bie­ga­jący z przed­po­ko­ju sze­lest. Pró­bu­ję zlek­ce­wa­żyć ha­łas, od­wra­ca­jąc się na dru­gi bok i przy­kry­wa­jąc gło­wę po­dusz­ką. Jed­nak po pi­ęciu mi­nu­tach dziw­nych dźwi­ęków i cze­goś, co brzmi jak płacz, po­sta­na­wiam wy­jść i zo­ba­czyć, co ta­kie­go robi moja kur­cza­ko­wo­żó­łta go­spo­dy­ni.

Otwie­ram drzwi po­ko­ju, wy­glądam na ko­ry­tarz, a moim oczom uka­zu­je się sie­dząca po tu­rec­ku Ana­sta­zja. Z trze­ma ma­ły­mi ko­ta­mi. Ru­dym, czar­nym i ła­cia­tym.

– Prze­pra­szam. Obu­dzi­łam cię? – pyta, usi­łu­jąc wy­rwać pa­lec z pyszcz­ka nie­mal po­ma­ra­ńczo­we­go ko­cia­ka. – Nie mogę ich ogar­nąć.

Ma ra­cję – zde­cy­do­wa­nie nie może. Je­den wspi­na się po jej czar­nych wło­sach, zmie­rza­jąc ku czub­ko­wi gło­wy. Dru­gi usi­łu­je wsko­czyć na rękaw blu­zy, a trze­ci od­da­la się, by zwie­dzić oko­li­cę.

– Nie wie­dzia­łem, że masz małe kot­ki – za­uwa­żam, ści­ąga­jąc jej z gło­wy jed­ne­go z nich.

– Nie mam. Zna­la­złam je pod śmiet­ni­kiem. Ktoś je wy­rzu­cił – in­for­mu­je ła­mi­ącym się gło­sem.

Pod­cho­dzę bli­żej i ku­cam, żeby przyj­rzeć się zwie­rza­kom.

– Trze­ba je na­kar­mić – stwier­dzam od­kryw­czo, uda­jąc, że nie za­uwa­żam spły­wa­jących po po­licz­kach Ana­sta­zji łez i co­raz bar­dziej drżącej bro­dy. – Chy­ba przy­da się też ja­kiś we­te­ry­narz. Zo­ba­czy, czy nie są cho­re. Mają dziw­nie skle­jo­ne oczy – za­uwa­żam, przy­gląda­jąc się czar­ne­mu pyszcz­ko­wi.

Za­bie­ra­my zwie­rzy­niec i ru­sza­my do kuch­ni.

– Kur­de, nie mam nic. Nie mogą do­stać mle­ka kro­wie­go.

Znów zwie­sza gło­wę, przez co nie je­stem w sta­nie za­uwa­żyć, czy na­dal pła­cze. Po to­nie gło­su wnio­sku­ję jed­nak, że tak.

– Pod­ja­dę do skle­pu – pro­po­nu­ję od razu, otrzy­mu­jąc w za­mian spoj­rze­nie cie­lęcych oczu.

– Se­rio?

– Tak, se­rio. Jak coś pro­po­nu­ję, to na ogół na po­wa­żnie, nie dla śmie­chu – mó­wię zbyt gło­śno, a Ana­sta­zja smut­nie­je.

Bra­wo, Mi­cha­le. Zgnój ko­bie­tę ra­tu­jącą małe kot­ki. Kar­cę się w du­chu i usi­łu­ję przy­wo­łać na twarz ła­god­ny, po­krze­pia­jący uśmiech.

– To co ku­pić? I gdzie? – Prze­ry­wam krępu­jącą, trwa­jącą zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­go ci­szę.

Pod­cho­dzi bli­żej i przy­sta­je na­prze­ciw­ko.

– Daj te­le­fon. – Wy­ci­ąga dłoń. – Wpi­szę ci ad­res.

Si­ęgam do kie­sze­ni spodni, po czym po­da­ję jej roz­trza­ska­ne­go Sam­sun­ga. Przy­gląda mu się dłu­ższą chwi­lę, za­bie­ra urządze­nie i wpi­su­je lo­ka­li­za­cję.

– Su­per. To co mam wzi­ąć? – py­tam, zer­ka­jąc kątem oka na ad­res, pod któ­ry mam się udać. Co i tak nic mi nie daje. Prze­cież nie znam Za­ko­pa­ne­go.

– Mle­ko dla ko­ci­ąt. Tam jest kli­ni­ka ca­ło­do­bo­wa, więc na pew­no mają – mówi, po czym wy­ci­ąga z port­fe­la bank­not. – To po­win­no wy­star­czyć. – Stoi ze ści­ska­ną w ręku stó­wą.

Go­łym okiem wi­dać, że jej się nie prze­le­wa. Nie sta­ła­by z kar­to­nem na dwor­cu, gdy­by było ina­czej.

– Ja za­pła­cę. Przy oka­zji ty i koty też po­je­dzie­cie. Niech je od razu zba­da­ją. – Wkła­dam zwie­rza­ki po­now­nie do pu­dła. – Nie jest zno­wu tak pó­źno. Może na­wet nie po­li­czą za noc­ny dy­żur.

Pod­no­szę ko­cią ar­mię i pod­cho­dzę do nie­prze­rwa­nie zszo­ko­wa­nej Ana­sta­zji.

– Tak. No… – mam­ro­cze pod no­sem, znów na mnie nie pa­trząc. Chwy­ta opa­da­jące na czo­ło pa­smo wło­sów i za­kła­da je za ucho.

– No? – po­pędzam ją, raz jesz­cze kar­cąc się za nie­ade­kwat­ny do sy­tu­acji, zbyt su­ro­wy ton. – Prze­pra­szam. Strasz­nie je­stem dziś nie­uprzej­my. Nie wiem dla­cze­go. To chy­ba brak snu tak na mnie dzia­ła – tłu­ma­czę się, wi­dząc wy­ma­lo­wa­ne na opa­lo­nej twa­rzy zmie­sza­nie.

– Nie mam kasy – mówi ci­cho, na­dal wpa­trzo­na w podło­gę. – Na weta. Już le­d­wo mam na to mle­ko – do­da­je i prze­cie­ra dło­ńmi wil­got­ne oczy.

– Za we­te­ry­na­rza też za­pła­cę – pro­po­nu­ję, bo wi­dać przed mo­men­tem nie wy­ra­zi­łem się wy­star­cza­jąco ja­sno. Spo­glądam na śpi­ące w kar­to­nie ko­cia­ki. – Bo se­rio te oczy mnie nie­po­ko­ją.

– Do­bra, ale zo­ba­czy­my, ile wyj­dzie i od­li­czę ci od noc­le­gu.

Kręcę ener­gicz­nie gło­wą.

– Nie. Za­pła­cę nor­mal­nie i za noc­leg, i za koty – rzu­cam i omia­tam spoj­rze­niem kuch­nię. Już sam wy­gląd po­miesz­cze­nia świad­czy o tym, że Ana­sta­zji opła­ta za noc­leg jest bar­dziej niż po­trzeb­na. – Tyl­ko cho­dźmy – mó­wię, wska­zu­jąc gło­wą w kie­run­ku drzwi.

Ru­szam gwa­łtow­nie, na co Ana od­ska­ku­je w lewo.

– Prze­pra­szam. Z na­tu­ry je­stem eks­pre­syj­ny – tłu­ma­czę się i z za­do­wo­le­niem ob­ser­wu­ję, jak kiwa gło­wą.

– To zu­pe­łnie ina­czej niż ja – oznaj­mia, przy­sta­jąc przy szaf­ce z bu­ta­mi. Wsu­wa adi­da­sy, roz­pusz­cza i roz­trze­pu­je wło­sy. – Cho­dźmy. – Prze­pusz­cza mnie przo­dem.

Anastazja

Te scho­dy i małe koty to pro­sze­nie się o śmie­rć. Do­brze, że przede mną idzie Mi­chał, w ra­zie cze­go spad­nę na nie­go. Pew­nie na­wet nie drgnie. Jest wy­so­ki jak drze­wo i zda­je się twar­dy ni­czym ka­mień.

Po­ko­nu­ję ko­lej­ne stop­nie z my­ślą, że je­śli uda mi się kie­dyś uciec na tyle da­le­ko, że będę pew­na, iż on mnie nie znaj­dzie, za­miesz­kam na par­te­rze. Albo cho­ciaż w bu­dyn­ku bez ła­mi­ących kark scho­dów.

Do­cho­dzi dwu­dzie­sta pierw­sza, więc gdy wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz, wita nas zwia­stu­jąca ry­chły mrok sza­ro­ść. O tej po­rze sta­ram się nie za­pusz­czać da­lej niż na po­dwór­ko. A to i tak tyl­ko w nad­zwy­czaj­nych sy­tu­acjach. W ci­ągu trzech lat wy­szłam po zmro­ku za­le­d­wie kil­ka razy.

Przy­sta­ję przed bra­mą, by ob­rzu­cić czuj­nym wzro­kiem po­dwó­rze. Wi­dząc, że jest pu­ste, ru­szam pędem przed sie­bie. Roz­glądam się przy tym na boki, żeby się upew­nić, że w żad­nej z licz­nych skry­tek i wnęk nie ma jego. Na dźwi­ęk od­pa­la­ne­go auta pod­ska­ku­ję i ła­pię na mo­ment ra­mię to­wa­rzy­sza.

– Stra­chli­wa je­steś – grzmi, idąc obok.

Rze­czy­wi­ście do naj­cich­szych nie na­le­ży.

Aż tak wi­dać, że le­d­wie tu od­dy­cham? – my­ślę i wzru­szam ra­mio­na­mi.

By­łam prze­ko­na­na, że je­stem lep­szą ak­tor­ką. Mia­łam wie­le lat na do­jście do per­fek­cji. Jak wi­dać, zmar­no­wa­łam cały ten czas i nie na­uczy­łam się na­wet tego.

– Nie no, tak szyb­ko cho­dzę – bąkam pod no­sem, nie zwal­nia­jąc tem­pa.

Mi­chał do­trzy­mu­je mi kor­ku, gdy prze­cho­dzi­my przez bra­mę. Pa­trzę w lewo, spo­glądam w pra­wo. Zer­kam na przy­gląda­jące­go mi się fa­ce­ta.

– Tam – oznaj­mia i po­ka­zu­je pal­cem sto­jące ka­wa­łek od nas za­par­ko­wa­ne przy dro­dze auta. – Gra­na­to­wy.

Za­czy­na kro­czyć we wska­za­nym kie­run­ku, a ja podążam za nim ni­czym upier­dli­wy, na­mol­ny i ubo­gi cień.

– Pro­szę. – Otwie­ra drzwi auta.

Wska­ku­ję do nie­go od razu, za­pi­nam pas i od­dy­cham z ulgą. Przy­kle­jam czo­ło do szy­by, żeby oba­dać wzro­kiem po­bli­skie drze­wa i krza­ki.

Mi­chał zaj­mu­je miej­sce za kie­row­ni­cą.

– Wszyst­ko do­brze? – pyta, a po to­nie gło­su wnio­sku­ję, że nie uda­je za­in­te­re­so­wa­nia.

– Tak. Je­dźmy, pro­szę.

Jest bar­dzo źle. Je­że­li nie ru­szy­my, za mo­ment za­cznę się du­sić, krzy­czeć lub mdleć. Może mi się po­szczęści i nie będę wy­mio­to­wać.

– Do­bra. Tyl­ko trzy­maj koty. Nie chcę któ­re­goś przy­pad­ko­wo na­dep­nąć.

Przy­glądam mu się z my­ślą, że jest od nie­go wy­ższy. Pa­trząc na ca­łkiem ład­nie za­ry­so­wa­ny bi­ceps, do­cho­dzę do wnio­sku, że za­pew­ne też sil­niej­szy.

Zła­ma­łby go wpół.

Ale nie zła­mie.

Nie ma co się łu­dzić. Szko­da by­ło­by mu za­cho­du. Jest taki… Nie wiem. Wi­dać, że lep­szy.

– Za­wsze tak wy­cho­dzisz z domu? Jak nin­ja? – pyta i do­pie­ro te­raz za­uwa­żam, że on rów­nież przy­gląda mi się kątem oka.

– Tyl­ko po zmro­ku – rzu­cam i od razu gry­zę się w język.

– Bo­isz się ciem­no­ści? – do­cie­ka, od­wra­ca twarz w moją stro­nę i uśmie­cha się lek­ko, jak­by chciał do­dać mi otu­chy.

Tro­chę przy­kre, że naj­bli­ższą mi oso­bą jest obcy z dwor­ca PKP.

– Tak – od­po­wia­dam krót­ko z na­dzie­ją, że to za­ła­twi spra­wę.

– Okej – rzu­ca tyl­ko, a ja od­dy­cham z ulgą.

Michał

Par­ku­ję auto pod kli­ni­ką, za­do­wo­lo­ny, że Ana­sta­zja zdąży­ła się tro­chę uspo­ko­ić. Od­dy­cha wol­niej, a gdy kie­ru­je ku mnie spoj­rze­nie, wy­da­je się ono zde­cy­do­wa­nie mniej roz­bie­ga­ne.

– We­dług na­wi­ga­cji je­ste­śmy na miej­scu. – Spo­glądam na opusz­czo­ny par­king i sto­jący po­środ­ku nie­go bu­dy­nek. – To tu­taj, tak? – do­cie­kam, na co kiwa gło­wą.

Znów szyb­ko i ner­wo­wo. Przy­ci­ska czo­ło do szy­by. Pro­stu­je się, po czym pa­trzy w moją stro­nę.

– Idzie­my? – py­tam, przy­wra­ca­jąc ją do rze­czy­wi­sto­ści.

Po­pra­wia wło­sy, po­cie­ra dło­ńmi roz­pa­lo­ne do czer­wo­no­ści po­licz­ki.

– Tak, cho­dźmy.

Wy­sia­da z auta i ru­sza pędem do kli­ni­ki, zo­sta­wia­jąc mnie da­le­ko w tyle.

Ru­szam za nią wol­nym kro­kiem.

Kie­dy wcho­dzę do środ­ka, Ana­sta­zji nie ma w po­cze­kal­ni. Sły­szę do­cho­dzący z ga­bi­ne­tu sym­pa­tycz­ny głos, a przez mlecz­ną szy­bę do­strze­gam za­rys jej cia­ła.

Kur­de, ten jej strach nie daje mi spo­ko­ju. To nie jest taki zwy­kły nie­po­kój. Wy­da­je się au­ten­tycz­nie prze­ra­żo­na.

A ja wścib­ski. I dur­ny. Jak wi­dać, mało mi ra­to­wa­nia la­sek po prze­jściach. Już po­mi­jam fakt, że przy­je­cha­łem jed­ną z nich od­zy­skać.

Albo nie. Sam nie wiem. Już w po­ło­wie dro­gi do Za­ko­pa­ne­go za­cząłem wąt­pić w słusz­no­ść swej de­cy­zji.

Do­cho­dzący z ga­bi­ne­tu głos sta­je się bar­dziej do­no­śny, to­też wsta­ję i – uzbro­jo­ny w kar­tę płat­ni­czą – ru­szam w kie­run­ku re­cep­cji.

– Dzi­ęku­ję bar­dzo.

Ana­sta­zja wy­cho­dzi ze swo­ją nową ko­cią świ­tą i po­sy­ła we­te­ry­na­rzo­wi ten sam uśmiech, któ­rym ura­czy­ła mnie na dwor­cu.

Sze­ro­ki, pi­ęk­ny.

W chuj nie­szcze­ry.

– Za­ła­twio­ne? Wszyst­ko z nimi do­brze? – py­tam, gdy przy­sta­je obok.

– Ten czar­ny ma koci ka­tar. – Ale mam leki. Przy oka­zji resz­ta też do­sta­nie. – Milk­nie na mo­ment. Bie­rze głębo­ki wdech i wy­pusz­cza po­wo­li po­wie­trze. – Przy­wió­złbyś nas na kon­tro­lę? – pyta, uno­si twarz i ra­czy mnie spoj­rze­niem, któ­re­mu nie da się od­mó­wić.

Przy­naj­mniej ja nie po­tra­fię.

– Ja­sne. Nie ma spra­wy – od­po­wia­dam i chy­ba pierw­szy raz wi­dzę, że uśmie­cha się szcze­rze. – Za­pła­cę i idzie­my – za­rządzam, po czym pod­cho­dzę do re­cep­cji i re­gu­lu­ję ra­chu­nek.

Wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz, gdzie zdąży­ło się roz­pa­dać. Ści­ągam więc blu­zę, żeby okryć nią koty i Ana­sta­zję.

– Po­dob­no nie prze­pa­da­ją za wodą, a ty chy­ba nie chcesz być cho­ra – tłu­ma­czę, kie­dy zno­wu pa­trzy na mnie tymi sar­ni­mi ocza­mi.

Od­wra­cam twarz i chrząkam. Kie­dy zer­kam na Anę po­now­nie, wi­dzę ją bie­gnącą do auta.

– Nie to! – wo­łam, kie­dy szar­pie się z drzwia­mi For­da, cho­ciaż przy­je­cha­ła Nis­sa­nem.

Szyb­ko się re­flek­tu­je i wska­ku­je do wła­ści­we­go po­jaz­du.

– Nie bój się. W ra­zie po­trze­by cię obro­nię – rzu­cam nie­dba­le, zaj­mu­jąc miej­sce za kie­row­ni­cą.

Kur­wa – prze­kli­nam fakt, że na ogół naj­pierw mó­wię, po­tem my­ślę.

Ana­sta­zja mil­czy dłu­ższą chwi­lę, a pó­źniej za­czy­na pła­kać. Gło­śno. Na­wet bar­dzo.

Nie wiem, czy ją po­kle­pać po ra­mie­niu, czy co. Sie­dzi i cała się trzęsie. Koty pod­chwy­tu­ją me­lo­dię i za­czy­na­ją wtó­ro­wać.

Boże.

Ist­ny chór roz­pa­czy.

– Już do­brze – mó­wię jak do pi­ęcio­lat­ka, któ­ry zda­rł ko­la­no na pla­cu za­baw.

W ko­ńcu po­kle­pu­ję ją lek­ko. Pod­no­si twarz i pa­trzy na mnie, po czym znów za­czy­na łkać.

– Sor­ry – bąka, wy­cie­ra­jąc gila w żó­łt­ko, któ­re na­dal ma na so­bie. – Mam zły dzień. Ża­ło­sne – mówi, głasz­cząc czar­ne­go kota.

Na­praw­dę nie chcę wie­dzieć. Nie mu­szę. Nie po­wi­nie­nem.

– Co?

Po cho­le­rę mi całe to ga­da­nie do sie­bie w my­ślach, sko­ro i tak nic nie daje?

Zero od­po­wie­dzi. Za­snęła. W pół mi­nu­ty. Na­wet nie.

Może to i le­piej. Wy­ci­ągam rękę i przy­my­kam kar­ton z ko­ta­mi, żeby nie ro­ze­szły się po au­cie.

Nie ma po­trze­by, że­bym wie­dział o niej wi­ęcej niż to ko­niecz­ne. Czy­li jak ma na imię i ile kosz­tu­je po­kój w jej miesz­ka­niu. Może na­wet po­wi­nie­nem się wy­nie­ść.

Ale mam zo­sta­wić ją z tymi pro­ble­ma­mi fi­nan­so­wy­mi?

Ja pier­do­lę.

Trze­ba było zro­bić re­zer­wa­cję przed wy­jaz­dem z Ostoi. Tyl­ko wte­dy co?

Na­wet te koty mia­ły­by prze­sra­ne.

Rozdział 3

Anastazja

Roz­sia­dam się na krze­śle i przy­su­wam do odra­pa­ne­go sto­łu. Wle­piam wzrok w blat z my­ślą, że sko­ro już po­sta­no­wi­łam urządzić so­bie z miesz­ka­nia ho­stel, to mo­głam tę de­chę przy­kryć cho­cia­żby ob­ru­sem.

Rzu­cam okiem w stro­nę za­pa­ro­wa­ne­go okna. Wzdy­cham bez­gło­śnie, krzy­wię się na myśl o co­raz moc­niej za­ci­na­jącym desz­czu i nad­ci­ąga­jącej nie­uchron­nie bu­rzy.

Szczęśli­wie Mi­chał po­sze­dł już do sie­bie i za­pew­ne te­raz smacz­nie śpi. Nie da się ukryć, że od­po­czy­nek mu się na­le­ży. Z tego, co mó­wił, ma za sobą dzie­si­ęcio­go­dzin­ną pod­róż i czas spędzo­ny na nia­ńcze­niu mnie oraz ko­tów. Nic dziw­ne­go, że po przy­je­ździe z kli­ni­ki po­że­gnał się kul­tu­ral­nie i za­wi­nął do po­ko­ju.

Przy­kła­dam pal­ce do skro­ni, za­czy­nam po­cie­rać je naj­pierw de­li­kat­nie, za­raz jed­nak zwi­ęk­szam na­cisk. Po­ran­ne ćmie­nie za­mie­ni­ło się w upo­rczy­we pul­so­wa­nie już nie tyl­ko czo­ła, ale ca­łej gło­wy.

Dość mi wsty­du jak na je­den dzień. Dziś los za­ser­wo­wał mi com­bo upo­ko­rzeń. A nie da się ukryć, że w ci­ągu ostat­nich trzech lat prze­ży­łam ich nie­co mniej niż wcze­śniej. Nic dziw­ne­go, sko­ro od mo­men­tu, gdy za­miesz­ka­łam w tym za­je­żdża­jącym stęchli­zną apar­ta­men­cie, od­da­ję się nie ży­ciu, a nud­nej we­ge­ta­cji.

Wsta­ję i wy­ci­ągam z szaf­ki bu­tel­kę wód­ki, przy oka­zji zgar­niam też kie­li­szek. Sta­wiam wszyst­ko na sto­le, po czym kie­ru­ję się do lo­dów­ki po schło­dzo­ne wino. Do tego trun­ku na­czy­nia już nie po­sia­dam, to­też zgar­niam z su­szar­ki umy­ty przez Mi­cha­ła ku­bek. Re­cho­czę pod no­sem, gdy przed ocza­mi sta­je mi wy­raz twa­rzy mo­je­go go­ścia, kie­dy ka­za­łam mu z tego jeża pić kawę.

Na­pe­łniam fio­le­to­we cac­ko czer­wo­nym al­ko­ho­lem, do ca­ło­ści do­le­wam kie­li­szek wód­ki. Sia­dam, upi­jam łyk wy­krzy­wia­jące­go twarz „drin­ka” i kie­ru­ję wzrok na mo­ich no­wych ma­łych przy­ja­ciół. Gdy rudy wska­ku­je na czar­ne­go, roz­ci­ągam usta w sze­ro­kim uśmie­chu. To za­ska­ku­je mnie tak bar­dzo, że aż nie­ru­cho­mie­ję na dłu­ższą chwi­lę i pró­bu­ję wy­grze­bać z pa­mi­ęci sy­tu­ację, pod­czas któ­rej by­łam cho­cia­żby za­do­wo­lo­na. O szczęściu nie wspo­mi­na­jąc.

Dzi­ęku­ję ci bar­dzo.

Do­brze, że zde­cy­do­wa­łam się na tre­ning o tej nie­oczy­wi­stej dla mnie po­rze. Gdy­by nie po­wo­do­wa­na de­spe­ra­cją wi­zy­ta na dwor­cu, wy­bra­ła­bym się na prze­bie­żkę dużo wcze­śniej, by wró­cić do domu przed przy­pra­wia­jącą o dresz­cze sza­ro­ścią wie­czor­ne­go nie­ba. Rano pew­nie by­ło­by po kot­kach. Udu­si­ły­by się przy­gnie­cio­ne śmie­cia­mi i nikt nie usły­sza­łby ich ci­che­go pi­sku.

Ja, kie­dy mia­łam jesz­cze na­dzie­ję, też pró­bo­wa­łam wo­łać o po­moc. Do­kład­nie dwa razy. Pa­mi­ętam, bo po ka­żdej pró­bie bar­dzo dłu­go mu­sia­łam być ci­cho.

Ko­lej­ny łyk i jesz­cze je­den. On mnie tak na­uczył. Oszczęd­niej, bo szyb­ciej. A ja, je­śli już piję, to musi być ta­nio. Al­ko­ho­lu w ustach nie mia­łam od bar­dzo daw­na, więc skut­ki jego dzia­ła­nia po­win­nam po­czuć od razu. Nie chcę się upić. Po­trze­bu­ję roz­lu­źnie­nia, któ­re wy­ci­szy wi­ru­jące w gło­wie oba­wy o to, co będzie… Ju­tro, za ty­dzień, mie­si­ąc czy rok.

– Chy­ba okno prze­cie­ka. – Sły­szę za­spa­ny głos Mi­cha­ła.

Wzdy­cham prze­ci­ągle, prze­kli­na­jąc pod no­sem los, na­tu­rę i ko­goś lub coś, co było na tyle bez­my­śl­ne, że nas stwo­rzy­ło. Przy­ci­skam dłoń do czo­ła, po­cie­ram kil­ka razy z na­dzie­ją, że pro­sty gest po­mo­że ze­brać my­śli.

Nic z tego.

– Jezu, jaki wstyd – mam­ro­czę pod no­sem.

Pod­no­szę się i zwle­kam ty­łek ze skrzy­pi­ące­go krze­sła. Rzu­cam prze­ci­ągłe spoj­rze­nie po­grążo­ne­mu w ciem­no­ści ko­ry­ta­rzo­wi, po czym ru­szam. Po­włó­czę no­ga­mi, a ka­żdy krok zda­je się bar­dziej oci­ęża­ły od po­przed­nie­go. Gdy pod­no­szę wzrok i do­strze­gam sto­jące­go w pro­gu po­ko­ju Mi­cha­ła, mam ocho­tę zro­bić po­zba­wio­ny gra­cji, ale bar­dzo dla mnie cha­rak­te­ry­stycz­ny w tył zwrot.

– Co się sta­ło? – py­tam i za­trzy­mu­ję się na­prze­ciw­ko nie­go. Od razu od­su­wa się i pusz­cza mnie przo­dem. – A, okno.

Wcho­dzę i przy­sta­ję po­środ­ku. Zre­zy­gno­wa­na opusz­czam ra­mio­na. Za­raz jed­nak się re­flek­tu­ję i po­ły­kam przy­sło­wio­wy kij od mio­tły. Taka nie­na­tu­ral­nie wy­pro­sto­wa­na zmie­rzam w kie­run­ku ora­nej desz­czem szy­by. Sta­ję przy pa­ra­pe­cie, sama nie wiem po co. Prze­cież tego okna nie na­pra­wię. Mam ocho­tę kop­nąć je z ca­łej siły, żeby ta głu­pia uszczel­ka, czy cho­le­ra wie co, wy­le­cia­ła i dała mi świ­ęty spo­kój.

– No ciek­nie – mó­wię ci­cho, od­kry­wa­jąc tym sa­mym praw­dę ob­ja­wio­ną.

Raz jesz­cze wle­piam wście­kłe spoj­rze­nie w odra­pa­ny z far­by olej­nej pa­ra­pet. Zdąży­ła zro­bić się na nim ca­łkiem spo­ra ka­łu­ża. Woda spły­wa na par­kiet.

Od­wra­cam się na pi­ęcie i wra­cam do Mi­cha­ła. By­ło­by mi ła­twiej za­cho­wać zim­ną krew, gdy­by ode­zwał się cho­ciaż sło­wem. Za­miast tego stoi opar­ty o fra­mu­gę i wle­pia we mnie uwa­żne spoj­rze­nie.

– Po­cze­kaj, pro­szę – mó­wię, a w moim gło­sie po­brzmie­wa re­zy­gna­cja. – Ogar­nę to.

Wy­mi­jam go szyb­ko, wy­cho­dzę z po­ko­ju, by we­jść do ła­zien­ki. Chwy­tam mop, rol­kę pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków i wra­cam do mo­je­go go­ścia. Prze­my­kam przed nim z na­dzie­ją, że wy­glądam nie­co mniej ża­ło­śnie, niż się czu­ję. A już o sa­mym fak­cie, że za­pew­ne mi się te­raz przy­gląda, sta­ram się nie my­śleć.

– Po­mo­gę.

Pod­cho­dzi i – kie­dy ja wy­cie­ram ka­łu­żę pod ramą okna – on za­bie­ra się za ogar­nia­nie par­kie­tu. Mu­szę przy­znać, że to bar­dzo miłe i ca­łkiem nowe do­świad­cze­nie, bo­wiem od śmier­ci ro­dzi­ców, a po­tem bab­ci, nikt mi ni­g­dy nie po­mó­gł.

Na­wet te dwa razy.

– Już chy­ba jest su­cho. – Pod­ska­ku­ję na dźwi­ęk do­no­śne­go gło­su. – Pa­ra­pet też – mówi i sta­je obok.

W mo­ment prze­ry­wam ner­wo­we pu­co­wa­nie. Ob­le­wam się roz­grze­wa­jącym cia­ło ru­mie­ńcem.

Chrząkam ci­cho, za­kry­wa­jąc usta dło­nią.

Si­ęgam po ręcz­nik i pod­kła­dam go pod okno z na­dzie­ją, że cho­ciaż tro­chę ogra­ni­czy iry­tu­jące już ciek­ni­ęcie. Bio­rę głębo­ki wdech i od­wra­cam się twa­rzą do nie­go.

– Do­bra – za­czy­nam za­dzi­wia­jąco pew­nym to­nem. – Zro­zu­miem, je­że­li nie będziesz chciał tu zo­stać.

Mi­chał jest miły, do­bry. Taki się przy­naj­mniej wy­da­je.

Zu­pe­łnie inny niż on.

– Śpij może u mnie – kon­ty­nu­uję, wpa­trzo­na w po­god­ne zie­lo­ne oczy. – Zmie­nia­łam po­ściel. – Od­ru­cho­wo wska­zu­ję na sto­jące przed nami łó­żko. – Ja zo­sta­nę tu­taj.

Milk­nę w ko­ńcu. I od razu tego ża­łu­ję, jako że całe to pi­skli­we traj­ko­ta­nie było lep­sze niż uwie­ra­jąca mózg ci­sza. Szcze­gól­nie ta w wy­ko­na­niu nad wy­raz gło­śne­go Mi­cha­ła.

Daw­no nie czu­łam się tak skrępo­wa­na jak te­raz, gdy sto­ję przed nim w tym za­sra­nym sta­ni­ku spor­to­wym, o któ­rym ca­łkiem za­po­mnia­łam.

Kto w ogó­le pa­ra­du­je tak ubra­ny z ob­cym mężczy­zną pod da­chem? Prze­cież to wy­gląda jak za­pro­sze­nie.

Prze­ła­mu­ję wstyd i spo­glądam na przy­stoj­ną, sku­pio­ną twarz. Krzy­żu­ję na­sze spoj­rze­nia, a gdy wi­dzę, jak pod­no­si dłoń, żeby prze­cze­sać nią pra­wie bia­łe wło­sy, przez krót­ką chwi­lę mam wra­że­nie, że to mnie tak do­ty­ka. De­li­kat­nie, le­d­wo wy­czu­wal­nie.

Ina­czej niż kie­dy­kol­wiek do­ty­kał mnie on.

Na­praw­dę bra­ku­je mi bli­sko­ści. Co za­ska­ku­je, sko­ro to jej naj­bar­dziej się oba­wiam.

Chy­ba. Może. Sama już nie wiem.

W ko­ńcu ni­g­dy nie by­łam z ni­kim bli­sko z wła­snej woli, po­wo­do­wa­na chęcią czu­cia się do­brze, a nie stra­chem.

No nic. Pora po raz ko­lej­ny prze­łk­nąć pi­gu­łkę o do­brze mi zna­nym i ostat­nio ulu­bio­nym sma­ku upo­ko­rze­nia.

– Do­bra, za­bio­rę tyl­ko koty i będziesz mógł się tam prze­nie­ść – rzu­cam ci­cho, pod­cho­dzę do drzwi, mi­jam Mi­cha­ła i chy­ba lek­ko go sztur­cham.

Wi­dać „ta­nio i szyb­ko” za­czy­na spe­łniać swo­ją po­win­no­ść.

– Po­cze­kaj – pro­si, czym spra­wia, że za­trzy­mu­ję się od razu. – Zo­sta­nę i na­pra­wię ci to okno – oświad­cza, spra­wia­jąc, iż czu­ję się jesz­cze go­rzej niż przed mo­men­tem.

Ten je­den raz chcia­łam wy­jść na oso­bę od­po­wie­dzial­ną, pa­nu­jącą nad czym­kol­wiek. Jak do tej pory szło mi ca­łkiem nie­źle. Gdy­by po­mi­nąć płacz pod kli­ni­ką, uda­wa­ło mi się za­cho­wać jako taki po­ziom god­no­ści. Co praw­da do­strze­gam spo­sób, w jaki Mi­chał na mnie pa­trzy, i za­uwa­żam bi­jący z zie­lo­nych tęczó­wek żal zmie­sza­ny z li­to­ścią.

Wolę jed­nak to niż wście­kło­ść, któ­ra w mo­ment prze­ista­cza się w nie­na­wi­ść. I wte­dy nie po­zo­sta­je nic in­ne­go, jak cze­kać.

I być ci­cho.

Od­wra­cam twarz w stro­nę przy­gląda­jące­go mi się mężczy­zny i do­cho­dzę do wnio­sku, że nic bar­dziej „ja­sne­go” nie wi­dzia­łam. Cała jego po­stać zda­je się pro­mie­nieć i spra­wia, że im bli­żej je­stem, tym bez­piecz­niej się czu­ję. Jak­by ta ema­nu­jąca od nie­go siła roz­ta­cza­ła aurę, w któ­rej mo­gła­bym się ukryć. Po­prze­by­wać choć chwi­lę. Na­bra­ła­bym wte­dy sił na ko­lej­ne kopy w twarz. Czy te re­al­ne, po­zo­sta­wia­jące si­nia­ki, czy me­ta­fo­rycz­ne, ra­ni­ące samą du­szę.

To ta­kie ża­ło­sne. Ja je­stem ża­ło­sna. Moje pra­gnie­nie uwa­gi i mi­ło­ści jest ża­ło­sne.

– Nie mu­sisz – opo­nu­ję ci­cho, bo gło­śno nie po­tra­fię. – To chy­ba nie był do­bry po­my­sł. – Kręcę gło­wą, roz­kła­da­jąc ręce. – Nie mam wa­run­ków ani pie­ni­ędzy, żeby przyj­mo­wać tu go­ści. Nie­po­trzeb­nie po­szłam na ten dwo­rzec. Na pew­no znaj­dziesz coś in­ne­go, na­wet w lep­szej ce­nie – wy­krztu­szam, nie sta­ra­jąc się już po­wstrzy­mać wy­brzmie­wa­jące­go w gło­sie za­wo­du samą sobą.

Mi­chał prze­chy­la gło­wę i przy­gląda mi się z uwa­gą. Po­cie­ra dło­nią opa­lo­ny po­li­czek, ma­su­je pal­ca­mi grzbiet pro­ste­go nosa.

– Ale kasy po­trze­bu­jesz – od­zy­wa się po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Więc albo zo­sta­nę tu ja, albo będziesz mu­sia­ła po­szu­kać ko­goś in­ne­go. A nie wiesz, na kogo tra­fisz.

Oczy­wi­ście ma ra­cję. Po­trze­bu­ję go­tów­ki bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek i nie chcę ni­ko­go in­ne­go pod da­chem te­goż re­we­la­cyj­ne­go apar­ta­men­tu z ma­low­ni­czym oczkiem wod­nym po­środ­ku sy­pial­ni.

Ale je­stem już tak przy­bi­ta, zre­zy­gno­wa­na i upo­ko­rzo­na jego bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia mo­imi pra­wie na­gi­mi pier­sia­mi, że po­sta­na­wiam wy­jść. Naj­le­piej bie­giem, nie do­ty­ka­jąc go.

– Idę – ogła­szam ochry­ple i ru­szam w kie­run­ku drzwi.

Z ka­żdym kro­kiem robi mi się co­raz go­ręcej. Po­jęcia nie mam, czy to wino i wód­ka, czy może jego obec­no­ść spra­wia, że czu­ję coś, o co w ży­ciu bym sie­bie nie po­sądzi­ła. A może to spo­sób, w jaki mi się przy­gląda? Inny niż jesz­cze przed mo­men­tem. Mru­ży lek­ko oczy i prze­chy­la gło­wę. Prze­ły­ka gło­śno śli­nę, spra­wia­jąc, że sku­piam wzrok na po­ru­sza­jącym się ja­błku Ada­ma.

Pora iść. Już… – my­ślę, po czym wy­ko­nu­ję wy­da­ne so­bie po­le­ce­nie.

– Śpij – na­ka­zu­ję i za­trzy­mu­ję się na mo­ment, uda­jąc, że gdzieś tam we mnie cza­ją się reszt­ki pew­no­ści sie­bie. – Po­ga­da­my o tym rano. Nie prze­szka­dzam ci.

Tym ra­zem chcę go wy­mi­nąć, utrzy­mu­jąc bez­piecz­ną od­le­gło­ść, ale po­ty­kam się o wła­sne oci­ęża­łe sto­py i tra­cę rów­no­wa­gę. Za­ta­czam się, a za pod­po­rę przed upad­kiem słu­ży mi twar­da, opa­da­jąca i uno­sząca się szyb­ko pie­rś.

Pa­trzę w górę, a zie­leń jego tęczó­wek nie zio­nie już li­to­ścią.

Nie za­bie­ram dło­ni.

Michał

Spo­glądam po­wo­li w dół i na­tra­fiam na nie­sa­mo­wi­tą zie­leń lśni­ących od łez oczu.

To naj­gor­sze, co mogę od­wa­lić.

Nie rób tego. Nie rób.

Kur­wa.

Po­sra­ne mó­wie­nie do sie­bie w my­ślach.

– Po­cze­kaj – pro­szę, za­nim się od­su­nie.

Ła­pię ją za ra­mię i przy­ci­ągam. Za­my­kam w ob­jęciach. Przy­ci­skam do pier­si.

Jak to mo­żli­we, że jest tak drob­na, a zda­je się wy­pe­łniać sobą całe po­miesz­cze­nie?

Nie mam do­sta­tecz­nych po­kła­dów sil­nej woli, by od­wró­cić wzrok od tych oczu. Wzdy­cha lek­ko i ci­cho. Uno­szę dłoń, a dru­gą ręką przy­tu­lam Ana­sta­zję jesz­cze moc­niej. Mu­skam kciu­kiem przy­gry­zio­ną lek­ko dol­ną war­gę. Od­gar­niam za­sła­nia­jące czo­ło czar­ne pa­sma.

– Mi­chał? – pyta, ale ani drgnie. Wręcz prze­ciw­nie, zda­je się przy­le­gać do mnie tak bar­dzo, jak­by chcia­ła po­łączyć nas w jed­no.

Mru­gam kil­ka razy z na­dzie­ją, że to po­mo­że mi opa­no­wać na­ra­sta­jące pod­nie­ce­nie. Tyl­ko że gdy wi­dzę roz­ma­rzo­ny wy­raz ślicz­nej buzi, wiem, że nie ma szans.

Ja pier­do­lę.

– Bar­dzo chcę cię te­raz po­ca­ło­wać – szep­czę za­sko­czo­ny tym, jak in­ten­syw­nie od­czu­wam jej bli­sko­ść. Prze­su­wam opusz­ka­mi po za­ró­żo­wio­nym po­licz­ku. – Bar­dzo. – Sunę wzro­kiem w dół i za­trzy­mu­ję go na otu­lo­nych mi­ęk­kim ma­te­ria­łem pier­siach. – Mogę?

Kiwa lek­ko gło­wą.

Po­chy­lam się i ca­łu­ję ją naj­pierw de­li­kat­nie, le­d­wie wy­czu­wal­nie, po­tem już moc­niej. Wbi­jam język do ust, a dło­nie prze­su­wam ni­żej. Otu­lam nimi krągłe po­ślad­ki. Za­ci­skam lek­ko pal­ce. Mru­czę, gdy za­rzu­ca mi ra­mio­na na szy­ję. Od­chy­lam gło­wę, czu­jąc za­to­pio­ne we wło­sach pal­ce.

– Nie wiem, co się dzie­je – szep­czę usta w usta, za­do­wo­lo­ny z tego, jak roz­lu­źnio­na zda­je się te­raz być. – Nie znam cię. Ale bar­dzo chcia­łbym się z tobą ko­chać. Te­raz – oznaj­miam, brzmi­ąc przy tym już na­wet nie jak de­spe­rat, ale jak czub, za któ­re­go się nie mia­łem.

Od­chy­la gło­wę.

– Ja z tobą też – wy­zna­je dużo pew­niej ode mnie.

Jed­nym ru­chem pod­no­szę ją i roz­ci­ągam usta w uśmie­chu, czu­jąc owi­ni­ęte wo­kół pasa szczu­płe nogi.

Jest lek­ka, mi­ęk­ka, jak­by ak­sa­mit­na i przy­jem­na w do­ty­ku.

Pod­cho­dzę do łó­żka, od­kła­dam Anę na ma­te­rac. Po­chy­lam się nad nik­nącym w czer­wo­nej po­ście­li cia­łem. Przy­su­wa się do mnie i wtu­la moc­no. Ota­czam ją ra­mio­na­mi i ści­skam tak, aby mo­gła uciec, je­śli ze­chce, ale żeby jed­no­cze­śnie po­czu­ła się tro­chę bez­piecz­niej.

Dla­cze­go to ro­bię?

Nie wiem. Może to te oczy, łzy, koty albo pier­si. A może wszyst­ko na­raz.

Uno­szę po­wo­li jej ręce i ści­ągam fio­le­to­wy biu­sto­nosz, na któ­ry usil­nie sta­ra­łem się nie pa­trzeć od mo­men­tu, kie­dy we­szła do po­ko­ju. Rzu­cam go gdzieś da­le­ko, nie zwa­ża­jąc na to, gdzie wy­lądu­je. Uj­mu­ję gład­ką twarz w dło­nie, aby sku­pić się na po­ciem­nia­łych oczach.

Jezu, jaki smu­tek – my­ślę, łącząc na­sze spoj­rze­nia na dłu­ższą chwi­lę. Taki wszech­ogar­nia­jący. Naj­gor­szy, bo po­zba­wio­ny na­dziei.

Po­chy­lam się, by za­mknąć roz­chy­lo­ne za­lot­nie usta ko­lej­nym po­ca­łun­kiem. De­lek­tu­ję się sma­kiem mi­ęk­kich warg. Sunę po nich ko­ńców­ką języ­ka i przy­gry­zam.

– Tu­taj – roz­ka­zu­je, chwy­ta moją dłoń i pro­wa­dzi ku ob­na­żo­nym pier­siom.

Za­ci­skam na nich pal­ce. Ści­skam lek­ko sut­ki, po czym po­chy­lam się i za­czy­nam ca­ło­wać raz je­den, raz dru­gi. Tward­nie­ją i ciem­nie­ją.

Pod­pie­ram się na łok­ciach, pod­ci­ągam, by zrów­nać na­sze twa­rze. Zsu­wam dło­nie z pier­si i za­trzy­mu­ję na ta­lii. Za­mie­ram na mo­ment w ocze­ki­wa­niu na po­zwo­le­nie.

Ana­sta­zja przy­gry­za war­gę i szep­cze pod­nie­ca­jąco:

– Tak.

Czu­ję prze­szy­wa­jący cia­ło dreszcz na­ra­sta­jące­go wci­ąż po­żąda­nia. Wsu­wam więc dłoń w ko­ron­ko­we majt­ki i do­ty­kam de­li­kat­nie tego, co za­kry­wa­ją. Roz­kła­da sze­rzej nogi i przyj­mu­je moje pal­ce z ci­chym jękiem za­do­wo­le­nia.

– Na pew­no? – py­tam, cały czas zszo­ko­wa­ny tym, jak jej pra­gnę.

Chcę być naj­bli­żej, jak to mo­żli­we. A to ozna­cza, że mu­szę być w niej.

– Tak – szep­cze i wy­ci­ąga dłoń.

Przy­tu­lam do niej po­li­czek, ca­łu­ję ak­sa­mit­ne wnętrze. Nie prze­sta­jąc pa­trzeć w przy­gląda­jące mi się z za­cie­ka­wie­niem oczy, kie­ru­ję się w dół. Ła­pię w usta mi­ęk­ką pie­rś, dra­żnię bro­daw­kę. Wsu­wam pal­ce mi­ędzy war­gi sro­mo­we, od­naj­du­ję i de­li­kat­nie ma­su­ję wil­got­ną łech­tacz­kę.

Wsta­ję i ści­ągam bok­ser­ki. Si­ęgam do tor­by, wy­ci­ągam z niej pre­zer­wa­ty­wę. Po za­ło­że­niu jej kie­ru­ję spoj­rze­nie na Ana­sta­zję. Ona spo­gląda w dół, a jej oczy zda­ją się ro­bić co­raz ciem­niej­sze.

Zdej­mu­ję jej majt­ki.

– Roz­łóż nogi, pro­szę – mó­wię ci­cho, jed­no­cze­śnie sam roz­su­wam jej ko­la­na.

Kła­dę się mi­ędzy nimi i pod­pie­ram na łok­ciach. Nie chcę jej przy­gnie­ść swo­im ci­ęża­rem. Kie­dy w nią wcho­dzę, Ana­sta­zja pod­no­si gło­wę, by spoj­rzeć mi w oczy. Choć na za­ru­mie­nio­nej z pod­nie­ce­nia twa­rzy ma­lu­je się roz­kosz, nie wy­da­je żad­ne­go dźwi­ęku.

Ani wes­tchnie­nia.

Za­czy­nam po­ru­szać się co­raz szyb­ciej i czu­ję przy­jem­ne cie­pło. Tak inne od wszyst­kie­go, cze­go do tej pory do­świad­czy­łem. Sam nie wiem, czym jest ono spo­wo­do­wa­ne. Może to przez ten smu­tek.

To naj­smut­niej­szy seks, jaki w ży­ciu upra­wia­łem.

W ko­ńcu, gdy przy­spie­szam, po ka­żdym pchni­ęciu spo­mi­ędzy mi­ęk­kich warg wy­do­by­wa­ją się le­d­wie sły­szal­ne jęk­ni­ęcia. Ana­sta­zja obej­mu­je mnie no­ga­mi, wy­pi­na pier­si i do­ci­ska je do mo­jej klat­ki.

Po chwi­li za­czy­na szczy­to­wać, ale za­miast krzy­czeć z roz­ko­szy, za­sła­nia usta dło­nią. Tyl­ko za­mkni­ęte oczy i drżące cia­ło po­ka­zu­ją, że czu­je to, co ja, kie­dy opa­da spo­co­na i zdy­sza­na na wil­got­ną od na­szych ciał po­ściel.

Wsta­ję, żeby przy­kryć ją ko­cem. Wi­dzę, że leży nie­ru­cho­mo i wpa­tru­je się w na­dal ciek­nące okno.

– Po­cze­kaj chwi­lę – pro­szę, po czym wy­cho­dzę, żeby się upew­nić, że koty na­dal żyją i mają się do­brze.

Kie­dy wi­dzę, że śpią, przy­my­kam ich pro­wi­zo­rycz­ny ko­jec i wra­cam do Ana­sta­zji.

– Prze­pra­szam – do­cie­ra do mo­ich uszu już od pro­gu. – Na­praw­dę. To nie tak… Nie je­stem taka.

Nie po­win­na prze­pra­szać. Prze­cież to ja po­rwa­łem ją z podło­gi i rzu­ci­łem na łó­żko. To ja za­cząłem roz­bie­rać. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać, że to, co wy­da­rzy­ło się przed mo­men­tem, nie jest jej co­dzien­no­ścią. Ale nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Mnie sa­me­go za­ska­ku­je to, co po­czu­łem. Jak bar­dzo tego za­pra­gnąłem. Wy­star­czył tyl­ko do­tyk jej drob­nej dło­ni.

Zde­cy­do­wa­nie nie ona po­win­na wy­po­wia­dać te sło­wa.

A jed­nak się nie od­zy­wam. Bio­rę ją w ra­mio­na i ukła­dam ty­łem do sie­bie. Przy­le­gam cia­łem do drob­nych ple­ców i obej­mu­ję w pa­sie. Dru­gą rękę wkła­dam pod jej gło­wę, żeby uło­ży­ła się wy­god­niej. Przy­kry­wam nas obo­je.

– Do­bra­noc, Ana­sta­zjo – mó­wię le­d­wie sły­szal­nie i czu­ję spa­da­jącą na przed­ra­mię cie­płą łzę.

Co ja zro­bi­łem?

Co­py­ri­ght © for the text by Maja Paw­lic­ka

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ewa Wo­źniak

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak

Dru­ga ko­rek­ta po skła­dzie:

Ewa Wo­źniak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Na­ta­lia Resz­ka @pro­sta­na­ta­lia­resz­ka

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-59-3

Spis treści

Ostrzeżenie autorskie

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka