Wszystko w mojej głowie - Joanna Zaręba - ebook

Wszystko w mojej głowie ebook

Joanna Zaręba

4,0

Opis

Życie potrafi zaskakiwać. Pewnego dnia po prostu otwierasz oczy i nic nie jest takie jak dawniej. Prawdę mówiąc, nie pamiętasz, co było dawniej. Amnezja, zupełnie jak w filmach. Cudowne ocalenie z katastrofy samolotu, tropikalna wyspa z cudowną plażą, lazurowe niebo i ty. Brzmi jak początek romantycznych wakacji z kinowego hitu? Pomyłka. W tej produkcji szykuj się na jazdę bez trzymanki. Będziesz uciekać przed wściekłymi psami, tropić mordercę, wchodzić w układy ze śmiercią, a olbrzymi wąż spróbuje pożreć cię na śniadanie. Wątek uczuciowy również ci się nie spodoba. Znaczącą rolę odgrywa w nim siekiera. Owszem, po drodze pojawia się również książę, ale… Może lepiej nie psujmy niespodzianki.

***

„Wszystko w mojej głowie” to doskonale skonstruowana historia. Czytając ją, co i raz masz wrażenie, że już wszystko wiesz, ale po chwili nagły zwrot akcji pozbawia cię tej pewności i na nowo zastanawiasz się, co będzie dalej. To opowieść pobudzająca wyobraźnię, a zarazem zmuszająca do refleksji nad tym, kim jesteśmy i czego tak naprawdę chcemy. Sporo w niej odniesień do znanego nam świata pokazanego w krzywym zwierciadle (choć jeśli się chwilę zastanowisz, dojdziesz do wniosku, że to zwierciadło wcale takie krzywe nie jest).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 522

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wszyst­ko w mo­jej gło­wie

Jo­an­na Za­rę­ba

Co­py­ri­ght © 2020 by Wy­daw­nic­two RM

Wy­daw­nic­two RM, 03-808 War­sza­wa, ul. Miń­ska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na, w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób (elek­tro­nicz­ny, me­cha­nicz­ny) włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wszyst­kie na­zwy han­dlo­we i to­wa­rów wy­stę­pu­ją­ce w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji są zna­ka­mi to­wa­ro­wy­mi za­strze­żo­ny­mi lub na­zwa­mi za­strze­żo­ny­mi od­po­wied­nich firm od­no­śnych wła­ści­cie­li.

Wy­daw­nic­two RM do­ło­ży­ło wszel­kich sta­rań, aby za­pew­nić naj­wyż­szą ja­kość tej książ­ce, jed­nak­że ni­ko­mu nie udzie­la żad­nej rę­koj­mi ani gwa­ran­cji. Wy­daw­nic­two RM nie jest w żad­nym przy­pad­ku od­po­wie­dzial­ne za ja­ką­kol­wiek szko­dę bę­dą­cą na­stęp­stwem ko­rzy­sta­nia z in­for­ma­cji za­war­tych w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji, na­wet je­śli Wy­daw­nic­two RM zo­sta­ło za­wia­do­mio­ne o moż­li­wo­ści wy­stą­pie­nia szkód.

W ra­zie trud­no­ści z za­ku­pem tej książ­ki pro­si­my o kon­takt z wy­daw­nic­twem: [email protected]

ISBN 978-83-8151-389-0 ISBN 978-83-8151-390-6 (epub) ISBN 978-83-8151-391-3 (mobi)

Re­dak­cja: Ju­sty­na Mro­wiecPro­jekt okład­ki: Gra­ży­na Ję­drze­jecKo­or­dy­na­cja pro­duk­cji wer­sji elek­tro­nicz­nej: To­masz ZajbtOpra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mar­cin Fa­bi­jań­skiWe­ry­fi­ka­cja wer­sji elek­tro­nicz­nej: Ju­sty­na Mro­wiec

W po­przek dro­gi po­ro­sty zło­wro­go re­cho­cząc, Za­ta­cza­ją się kiep­sko grze­cho­cząc zę­ba­mi, Ukra­iń­skie mied­ni­ce i wy­mię­kłe wiąz­ki, Roz­włó­czo­ne śmi­ga­ją po­mię­dzy wią­za­mi Czyż­byś ni­g­dy nie wi­dział dro­gi do­kąd­kol­wiek Mię­dzy zna­kiem a trza­skiem szar­pa­nej wi­kli­ny? Ni­g­dy przed­tem nie bru­kwił far­by pta­sim gniaz­dem,

Wśród ze­bra­nych na po­la­nie za­pa­dła peł­na sku­pie­nia i sza­cun­ku ci­sza. Poza ćwier­ka­niem pta­ków i gór­skim wia­trem szu­mią­cym w ko­ro­nach drzew nie sły­chać było nic. Sie­dzą­cy na omsza­łym gła­zie świę­ty mę­drzec po­to­czył pło­ną­cym wzro­kiem po swo­ich wier­nych i uniósł dłoń w ge­ście bło­go­sła­wień­stwa, a jego wier­ni z po­ko­rą po­chy­li­li gło­wy go­to­wi przy­jąć każ­de jego sło­wo ni­czym sło­wo nie­omyl­nej wy­rocz­ni.

Przy­by­li tu czę­sto z bar­dzo da­le­ka, aby do­stą­pić za­szczy­tu wy­słu­cha­nia jego wy­kła­du na te­mat isto­ty praw­dzi­we­go spo­ko­ju i war­to­ści nie­ule­ga­ją­cych ani prą­do­wi cza­su, ani zmie­nia­ją­cym się mo­dom. Nie­któ­rzy z nich li­czy­li nie tyl­ko na oświe­ce­nie umy­słu, ale rów­nież na uzdro­wie­nie cia­ła, wie­dząc, że czy­sty umysł jest pod­sta­wą rów­nież fi­zycz­nej rów­no­wa­gi, gdyż świat fi­zycz­ny po­zo­sta­je za­le­d­wie od­bi­ciem płasz­czy­zny du­cho­wej. Stąd rady guru, roz­ja­śnia­jąc mro­ki my­śli, uwal­nia­ły słu­cha­czy za­rów­no od zło­ści, igno­ran­cji i po­żą­da­nia, jak i rów­nież zba­wien­nie wpły­wa­ły na wszel­kie drę­czą­ce cia­ło do­le­gli­wo­ści. Ocze­ki­wa­li wie­le, ale prze­cież war­to było przyjść tu na tę ci­chą le­śną po­la­nę, za­ry­zy­ko­wać za­ufa­nie w moż­li­wość nie­moż­li­wo­ści, by­le­by tyl­ko cho­ciaż na chwi­lę pod­nieść się z ko­lan kon­sump­cjo­ni­zmu i norm spo­łecz­nych, żeby znów po­czuć się wol­nym czło­wie­kiem.

Sam guru nie przy­po­mi­nał wca­le tych szar­la­ta­nów, z któ­ry­mi tak czę­sto mamy do czy­nie­nia, któ­rych czy­ny opie­wa­ją me­dia, któ­rzy do szczę­ścia po­trze­bu­ją nie oświe­ce­nia, a je­dy­nie pie­nię­dzy, uzna­nia i bez­wa­run­ko­we­go po­słu­szeń­stwa swo­jej trzód­ki. W od­róż­nie­niu od nich on znał praw­dę, tę je­dy­ną i uwal­nia­ją­cą z oko­wów złu­dzeń. Spę­dzał więk­szość swo­je­go ży­cia w tym le­sie, me­dy­tu­jąc na tym ka­mie­niu, ży­wiąc się je­dy­nie ko­rze­nia­mi, grzy­ba­mi oraz ener­gią ko­smo­su. Nie no­sił zbyt wie­le ubrań, zimą i la­tem odzia­ny je­dy­nie w prze­pa­skę na bio­dra i splo­ty wła­snej bro­dy. Straż­ni­cy le­śni pró­bu­ją­cy prze­ko­nać go, żeby pod­czas siar­czy­stych mro­zów schro­nił się w cie­ple ich le­śni­czów­ki, przy­się­ga­li, że na wła­sne oczy wi­dzie­li do­oko­ła nie­go okrąg zie­mi wol­nej od śnie­gu, sto­pio­ne­go ża­rem jego woli. Zwie­rzę­ta zo­sta­wia­ły go w spo­ko­ju, wil­ki i niedź­wie­dzie scho­dzi­ły mu z dro­gi po­słusz­ne sile jego spoj­rze­nia. Nie przyj­mo­wał pie­nię­dzy ani pre­zen­tów, zda­rza­ło się, że ki­jem prze­ga­niał na­trę­tów ofia­ru­ją­cych mu do­bra ma­te­rial­ne. Nie po­zwa­lał też me­diom zbli­żać się do sie­bie, od­ma­wiał wy­wia­dów i nie zdra­dzał ni­g­dy swo­je­go praw­dzi­we­go imie­nia. Dla po­szu­ku­ją­cych oświe­ce­nia był po pro­stu Mi­strzem.

Tym ra­zem na jego wy­kład przy­by­ło oko­ło dwu­dzie­stu osób. Za­zwy­czaj nie przyj­mo­wał wię­cej, ce­niąc so­bie prze­strzeń oso­bi­stą i sa­mot­ność. Z wy­so­ko­ści swo­je­go gła­zu spoj­rzał na nich kry­tycz­nie i wes­tchnął w du­chu. Znów tra­fi­li mu się ślep­cy, nie­wie­dzą­cy na­wet, cze­go na­praw­dę chcą. Ni­g­dy nie py­tał swo­ich uczniów, po co przy­by­li. Wy­star­czał mu rzut oka. Oto męż­czy­zna w pierw­szym rzę­dzie, de­spe­rac­ko pró­bu­ją­cy utrzy­mać po­zy­cję lo­to­su, eks­ka­to­lik, stra­ciw­szy wia­rę po śmier­ci sio­stry, wciąż pró­bu­je od­na­leźć nie tyle Boga, ile sie­bie. Głu­piec nie­wie­dzą­cy, że ani bo­go­wie, ani lu­dzie nie są praw­dzi­wi, nie mogą być od­na­le­zie­ni i nie ura­tu­ją ni­ko­go przed po­grą­że­niem się w wię­zie­niu bytu. Po pra­wej stu­dent, we­ge­ta­ria­nin i bud­dy­sta, my­śli, że zjadł wszyst­kie ro­zu­my, ale tak na­praw­dę jest prze­ra­żo­nym dziec­kiem cze­ka­ją­cym na in­ter­wen­cję mat­ki, któ­ra po­wie mu, co ma ro­bić w ży­ciu. A tam z tyłu ko­bie­ta, któ­rej le­karz na­pro­tech­no­log do­ra­dził uspo­ko­ić umysł, żeby uła­twić zaj­ście w cią­żę. Nie wie­rzy ani w boga, ani w du­cho­wość, ceni tyl­ko pie­nią­dze i ka­rie­rę, ale jest po­słusz­na, więc pil­nie słu­cha rad wy­po­wia­da­nych przez au­to­ry­te­ty. Głup­cy, wszy­scy co do jed­ne­go. Wo­lał­by żyw­cem spa­lić się na tym miej­scu, niż zni­żać się do prze­ma­wia­nia do nich. Mimo to czyż nie ślu­bo­wał wy­zwo­lić nie­zli­czo­ne ży­wo­ta? Czyż i tym peł­za­ją­cym w bło­cie bytu ślep­com nie na­le­ży się szan­sa na oświe­ce­nie? Za­mknął więc oczy, spoj­rzał w sie­bie w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nich słów i prze­mó­wił, ci­chym, spo­koj­nym, ale sta­now­czym i nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu gło­sem.

– Przy­szli­ście do mnie ni­czym ślep­cy szu­ka­ją­cy świa­tła, nie­zda­ją­cy so­bie spra­wy z tego, że słoń­ce daw­no wze­szło, a świat do­oko­ła spo­czy­wa w jego pro­mie­niach. Nie wie­cie, że żeby je uj­rzeć, trze­ba otwo­rzyć oczy. Oczy, któ­rych nie ma­cie, któ­re po­zwo­li­li­ście so­bie wy­rwać, usu­nąć, któ­re sprze­da­li­ście w za­mian za coś, cze­go nie je­ste­ście w sta­nie zo­ba­czyć ani do­tknąć, bo nie ist­nie­je i nie ist­nia­ło ni­g­dy.

Z ust tłu­mu wy­rwa­ło się żar­li­we i smut­ne wes­tchnie­nie. Za­iste, to, co sły­sze­li, brzmia­ło jak mi­stycz­na mą­drość. Guru kon­ty­nu­ował.

– Sprze­da­li­ście moż­li­wość wi­dze­nia świa­ta wła­sny­mi oczy­ma za moż­li­wość wi­dze­nia sie­bie oczy­ma in­nych. Nie je­ste­ście sobą, ale tym, kim – jak my­śli­cie – wi­dzą was inni lu­dzie. Wie­rzy­cie w kłam­stwo, po­dą­ża­cie za złu­dze­niem. Pły­wa­cie w ście­ku, ale mó­wią wam, że to źró­dło kry­sta­licz­nie czy­stej wody ży­cia, a wy wie­rzy­cie im, bo my­śli­cie, że to cno­ta i mą­drość ko­muś tak wie­rzyć. Czy­ta­cie o tym w książ­kach i oglą­da­cie to w te­le­wi­zji, po­zwa­la­cie pa­so­ży­to­wać na so­bie cu­dzym sło­wom. Wpusz­cza­cie je do swo­ich głów, gdzie gnież­dżą się one ni­czym żmi­je i skła­da­ją swo­je ohyd­ne jaja, z któ­rych wy­klu­ją się nie ko­lej­ne żmi­je, ale już hy­dry wie­lo­gło­we, ja­do­wi­te, plu­ją­ce w wa­sze ser­ca tym sa­mym ście­kiem, w ja­kim się nu­rza­cie. Mó­wią wam, że ma­cie po­dą­żać za nimi, a wy po­dą­ża­cie, ale nie jak wier­ni, ale jak że­bra­cy peł­za­ją­cy w ku­rzu za ka­ro­cą wiel­kie­go pana, cze­ka­ją­cy na jał­muż­nę. Tyl­ko że nie ma pana i nie ma ka­ro­cy, a ci, co mó­wią do was, to gło­sy na wie­trze. Nikt nie rzu­ci wam tej jał­muż­ny i nikt nie pod­nie­sie was z bło­ta, nikt na­wet nie przej­mie się wa­szym du­cho­wym upad­kiem, bo nie ma ni­ko­go wo­kół was. Je­ste­ście sami i ni­g­dy ni­ko­go obok was nie było. A wy, ślep­cy, nie po­zna­je­cie się na tym, bo cze­ka­cie, żeby ktoś po­wie­dział wam, kim je­ste­ście i co je­ste­ście war­ci. Kto ma wam to jed­nak po­wie­dzieć, sko­ro ży­je­cie w pu­st­ce?

Wiatr za­wył po­nu­ro w ko­ro­nach bu­ków, a ze­bra­ni za­drże­li trwoż­li­wie. Tego wła­śnie ocze­ki­wa­li, wstrzą­su, so­lid­ne­go kop­nia­ka na ze­wnątrz swo­jej stre­fy kom­for­tu. Sza­lo­ne­go mę­dr­ca prze­ma­wia­ją­ce­go do nich po­środ­ku lasu gdzieś w Biesz­cza­dach, otwie­ra­ją­ce­go ich du­sze na do­zna­nie praw­dzi­we­go świa­ta. W oczach nie­któ­rych lśni­ły łzy wzru­sze­nia.

– Za­iste, świat ten jest ilu­zją i pu­łap­ką na ta­kich jak wy, sła­bych i nie­od­por­nych. Uga­nia­ją­cych się za awan­sem, pie­niędz­mi i wła­dzą. Wa­sze po­czu­cie kon­tro­li jest złu­dze­niem, mo­że­cie zbu­do­wać swój świat ni­czym twier­dzę, a jed­nak przyj­dzie czas, kie­dy ona ru­nie ni­czym do­mek z kart mu­śnię­ty od­de­chem wia­tru. Wa­sze ma­rze­nia za­be­to­no­wa­li­ście ni­czym bun­kry, a jed­nak w ze­tknię­ciu z rze­czy­wi­sto­ścią nie są one ni­czym in­nym od pia­sku. Tar­ga­cie swo­je ży­cia ni­czym wor­ki z ce­men­tem, bu­du­je­cie, ukła­da­cie, przy­bi­ja­cie i skle­ja­cie, a bru­tal­ne ży­cie za­mie­nia wa­sze sta­ra­nia w ru­inę. Nie przy­szło wam do gło­wy, by po­rzu­cić tę ilu­zję? By wyjść z tej pu­łap­ki? Bo­icie się tego, co jest na ze­wnątrz! Tchó­rze i ślep­cy. Czym­że jest brak luk­su­su, a na­wet bie­da i głód w po­rów­na­niu z po­tę­gą uwol­nio­ne­go umy­słu?! Czym­że jest wresz­cie w po­rów­na­niu z wiecz­ny­mi tor­tu­ra­mi, ja­kich wa­sze nie­śmier­tel­ne du­sze do­zna­ją z rąk wa­szych de­mo­nów, któ­re śle­dzą was na każ­dym kro­ku, peł­za­ją za wami ni­czym węże, żrą was niby ro­bac­two.

Tu­taj mę­drzec po­słał po­nu­re spoj­rze­nie w prze­strzeń, a na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz nie­wy­mow­ne­go obrzy­dze­nia i od­ra­zy. Ci z wier­nych, któ­rzy po­dą­ży­li oczy­ma za jego wzro­kiem, nie zo­ba­czy­li ni­cze­go, on jed­nak, jako ob­da­rzo­ny zdol­no­ścią przej­rze­nia wszel­kie­go złu­dze­nia, uj­rzał ohyd­ne, okrwa­wio­ne wid­mo z gębą wy­krzy­wio­ną udrę­ką, ły­pią­ce za­ro­pia­ły­mi śle­pia­mi jak zwy­kle trzy­ma­ją­ce się bli­sko, za­wsze go­to­we do prób od­wie­dze­nia go od je­dy­nej praw­dzi­wej ścież­ki.

– My­śli­cie, że wa­sze de­mo­ny są nie­ma­te­rial­ne, że nie­wi­dzial­ne są­czą jad w wa­sze du­sze i wy­star­czy po­me­dy­to­wać pod krza­kiem, żeby uwol­nić się z ich pu­łap­ki? O, nie­oświe­ce­ni! One są nie tyl­ko w was, one są wa­szą ro­dzi­ną, wa­szy­mi bli­ski­mi, wa­szy­mi sze­fa­mi, le­ka­rza­mi, praw­ni­ka­mi i sprze­daw­ca­mi w wa­szych skle­pach. Nie po­zwo­lą wam uciec, je­że­li nie po­bie­gnie­cie dość szyb­ko, a nie po­bie­gnie­cie, bo du­sze wa­sze są jak by­dło rzeź­ne, wolą się tu­czyć w obo­rze, niż uciec na wol­ność i zrzu­cić oko­wy złu­dzeń. My­śli­cie, że kła­mię? Mylę się albo może prze­sa­dzam? Idź­cie więc do swo­ich ro­dzi­ców, mę­żów, żon, do dzie­ci, do sze­fów, do przy­ja­ciół. Po­wiedz­cie im, że wa­sze ży­cie się od­mie­ni­ło, że rzu­ca­cie w dia­bły ten cały świat gni­ją­cych ukła­dów i roz­kła­da­ją­cej się ma­te­rii. Zo­bacz­cie, co po­wie­dzą na to, czy nie wy­śmie­ją was, nie zgnio­tą swo­ją wyż­szo­ścią, czy nie po­wie­dzą, że zwa­rio­wa­li­ście. Za­iste, wa­ląc w gru­zy swój świat, trzę­sie­cie ich świa­tem i oni nie znio­są tego. Prę­dzej znisz­czą was, niż po­zwo­lą wam się zmie­nić.

Mó­wiąc to, za­drżał cały ze świę­te­go obu­rze­nia, gdyż de­mon, po­włó­cząc krwa­wy­mi strzę­pa­mi nóg, zbli­żył się do nie­go i krzyk­nął roz­dzie­ra­ją­co:

– Nie rób mi tego, jak mo­żesz?!

– My­śli­cie, że jest dla was ra­tu­nek w mi­ło­ści?! – kon­ty­nu­ował guru, igno­ru­jąc de­mo­na. – O ma­lucz­cy moi, my­li­cie się, bo uczu­cie to jest jed­ną z naj­gor­szych pu­ła­pek. By­ło­by dla was le­piej, za­iste, gdy­by­ście zro­dzi­li się jako śli­ma­ki oboj­na­cze albo jako chwa­sty wia­tro­pyl­ne. Nic nie przy­wią­zy­wa­ło­by was do zie­mi tak moc­no, jak czy­ni to owo fał­szy­we uczu­cie. Czym­że jest bo­wiem mi­łość, je­że­li nie ko­lej­ną for­mą wła­sno­ści? Ko­cha­nek wasz po­sia­da was tak, jak­by po­sia­dał sa­mo­chód, psa albo do­la­ry na kon­cie. Spró­buj­cie od­da­lić się ku oświe­ce­niu, a mo­men­tal­nie po­czu­je­cie, jak na wa­szych szy­jach za­ci­ska się ob­ro­ża, jak skra­ca wam smycz. Nie waż­ne, czy uwię­zio­no was prze­mo­cą czy szan­ta­żem emo­cjo­nal­nym, nie li­czy się, czy krzyw­da dzie­je się wam fi­zycz­nie czy psy­chicz­nie. Tak czy owak, je­ste­ście w ba­gnie. A może my­śli­cie, że sko­ro da­li­ście ży­cie dziec­ku, to uzy­ska­li­ście cel w swo­jej eg­zy­sten­cji owa­da na zgni­łym owo­cu? Ha! I to nie­praw­da! Po­wo­ła­li­ście je­dy­nie na świat ko­le­ją uwię­zio­ną cier­pią­cą du­szę! Wstyd i prze­kleń­stwo na wa­sze gło­wy, o ego­iści.

Wiatr w ga­łę­ziach za­wył po­nu­ro i żółk­ną­ce li­ście po­sy­pa­ły się na gło­wy ze­bra­nych.

– Spójrz­cie tyl­ko na to, co wam po­ka­żę. Oto wa­sze uczu­cia, oto wa­sze am­bi­cje, oto wa­sze pie­nią­dze. Oto co trzy­ma was w pu­łap­ce! Po­ka­żę wam wa­sze­go de­mo­na. Oto on!

Tu wska­zał pal­cem za­koń­czo­nym pa­znok­ciem tak dłu­gim i tak ostrym, że bę­dą­cym pra­wie or­lim szpo­nem, na cza­ją­ce­go się wśród nich de­mo­na.

– Pa­trz­cie! – krzyk­nął, a oni zo­ba­czy­li i umknę­li z wrza­skiem.

* * *

Re­na­ta daw­no nie czu­ła się tak źle, a jed­no­cze­śnie tak do­brze. Jed­na de­cy­zja i osiem stan­dar­do­wych wiel­ko­pły­to­wych pię­ter dzie­li­ło świat, w któ­rym żyła do tej pory, od świa­ta, któ­ry miał się dla niej za­cząć, i nie było już w nim miej­sca na ból, strach i upo­ko­rze­nia. Oczy­wi­ście to był zde­cy­do­wa­nie zły, okrop­ny uczy­nek, praw­dę mó­wiąc – grzech śmier­tel­ny, ale czy tak na­praw­dę mia­ła ja­kie­kol­wiek inne wyj­ście? Ostat­nie mie­sią­ce były dla niej pa­smem po­ra­żek, na któ­re nie była przy­go­to­wa­na. Wy­cho­wa­na pod klo­szem, ład­na, bo­ga­ta, in­te­li­gent­na, z fi­gu­rą rów­nie świet­ną jak pra­ca, a mę­żem rów­nie bo­ga­tym jak i przy­stoj­nym, nie spo­dzie­wa­ła się zu­peł­nie, że lu­dzi ta­kich jak ona też do­ty­ka­ją nie­szczę­ścia, ani tym bar­dziej, że lu­bią prze­miesz­czać się i ata­ko­wać sta­da­mi, ni­czym wil­ki. Stąd zro­zu­mia­łe za­ła­ma­nie, ja­kie­go do­zna­ła, gniew, ból i roz­pacz z po­wo­du nie­spra­wie­dli­wo­ści, jaką świat jej oka­zał.

Naj­pierw przy­szło na świat jej dłu­go wy­cze­ki­wa­ne dziec­ko i na­tych­miast oka­za­ło się za­wo­dem dla niej i ca­łej jej ro­dzi­ny. Za­miast uro­cze­go sło­dzia­ka, w ko­ły­sce ga­wo­rzył so­bie we­so­ło mały mon­go­lo­id, na któ­re­go nie mo­gła pa­trzeć i któ­rym ab­so­lut­nie nie dało się chwa­lić przed zna­jo­my­mi, któ­rych dzie­ci już przed uro­dze­niem były po­za­pi­sy­wa­ne do przed­szko­li dla ma­łych ge­niu­szy. Je­dy­nym wyj­ściem wy­da­wa­ło się zor­ga­ni­zo­wa­nie mu za­stęp­czej opie­ki w pla­ców­ce, w któ­rej wie­dzą, co ro­bić z ta­ki­mi przy­pad­ka­mi, pla­ców­ce po­ło­żo­nej moż­li­wie da­le­ko. Tu po raz pierw­szy zbun­to­wał się mąż.

– Chcia­łaś mieć dziec­ko – po­wie­dział – to się nim zaj­muj.

Nie mo­gła uwie­rzyć, że po­tra­fi być taki ską­py. W po­rów­na­niu z tym, co za­ra­bia­ła jego fir­ma, wy­dat­ki na utrzy­ma­nie ma­łe­go w ośrod­ku by­ły­by ni­czym. Zresz­tą, czyż to nie mia­ło być ich wspól­ne dziec­ko? Ich skarb, któ­ry miał po­wią­zać ich du­sze i ser­ca jesz­cze sil­niej niż ślub z kon­kor­da­tem? Pró­bo­wa­ła ne­go­cja­cji, ale uparł się i nie było na­wet mowy o ode­sła­niu dziec­ka. Za­ci­snę­ła więc zęby i za­miast za­in­we­sto­wać w pla­ców­kę opie­kuń­czą, po­świę­ci­ła się jak przy­sta­ło na mat­kę Po­lkę i wy­na­ję­ła dwie nia­nie z dy­plo­ma­mi pie­lę­gnia­rek. Jed­na dy­żu­ro­wa­ła w dzień, dru­ga w nocy. Mimo to urlop ma­cie­rzyń­ski oka­zał się bar­dziej stre­su­ją­cy niż pra­ca i Re­na­ta nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie prze­sta­nie kar­mić pier­sią i wró­ci do biu­ra, gdzie nie było żad­nych pła­czów, be­ka­nia, rzy­ga­nia nie­stra­wio­nym mle­kiem ani brud­nych pie­luch. Zu­peł­nie nie ro­zu­mia­ła, jak Bog­dan może zno­sić ten cały bur­del w domu z taką sto­ic­ką obo­jęt­no­ścią.

Jej ży­cie spo­łecz­ne też ucier­pia­ło, za­pra­sza­nie do domu przy­ja­ció­łek nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę, co im mia­ła po­ka­zać? Wi­zy­ty ro­dzi­ców też ja­koś zro­bi­ły się rzad­sze, mat­ka, któ­ra w cza­sie cią­ży była u niej czę­stym go­ściem, przy­no­si­ła pre­zen­ty i sma­ko­ły­ki, ma­so­wa­ła jej sto­py i po­da­wa­ła po­dusz­ki, na­gle skrę­po­wa­na w obec­no­ści wnu­ka za­czy­na­ła coś prze­bą­ki­wać, że może nie­po­trzeb­nie zde­cy­do­wa­li się na tę cią­żę, co było ab­sur­dem, bo prze­cież sama wier­ci­ła cór­kom dziu­ry w brzu­chu o licz­ne wnu­ki.

I jesz­cze wy­szła na jaw zdra­da jej męża. W tej sy­tu­acji na­praw­dę nie dało się zro­bić ni­cze­go in­ne­go. Nie mia­ła wie­le cza­su, po­chy­li­ła się nad kla­wia­tu­rą i stwo­rzyw­szy nowy do­ku­ment tek­sto­wy, na­pi­sa­ła:

Prze­pra­szam, tak bar­dzo się sta­ra­łam, ale już dłu­żej nie mogę. Nie mam siły, by żyć. Z two­ją ozię­bło­ścią nasz zwią­zek od po­cząt­ku był fik­cją. Mam na­dzie­ję, że mi wy­ba­czysz.

Klik­nę­ła Print i przez chwi­lę, z co­raz szyb­ciej bi­ją­cym ser­cem, wsłu­chi­wa­ła się w szum dru­kar­ki wy­plu­wa­ją­cej list sa­mo­bój­czy. Sta­ry atra­men­to­wy rzęch po­trze­bo­wał chwi­li, żeby prze­lać na pa­pier ten krót­ki, ale dra­ma­tycz­ny prze­kaz. Wresz­cie, kie­dy dru­kar­ka za­koń­czy­ła pra­cę, Re­na­ta sta­ran­nie umie­ści­ła kart­kę na biur­ku przy kom­pu­te­rze, przy­ci­ska­jąc ją por­ce­la­no­wym sło­ni­kiem, żeby nie zdmuch­nął jej wiatr, w koń­cu okno było otwar­te. Wy­glą­da­ło na to, że wszyst­ko było go­to­we, wy­szła na bal­kon i spoj­rza­ła w dół, do zie­mi było na­praw­dę da­le­ko.

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *