About Him - Julia Hellar - ebook
NOWOŚĆ

About Him ebook

Julia Hellar

4,9

2354 osoby interesują się tą książką

Opis

Olivia Hamilton to prawniczka i dziedziczka fortuny, ochrzczona przez media Królową Lodu. Zawsze opanowana, nienaganna, o krok przed innymi. Każdy jej ruch jest przemyślany, bo jedno jest najważniejsze: chronić nazwisko Hamilton. Nawet kosztem siebie.

Matthew Sullivan to jej całkowite przeciwieństwo. Król nowojorskiej rozrywki, właściciel hotelu, kasyna i klubu nocnego. Bogaty, bezczelny i niebezpiecznie charyzmatyczny. Jego życie to niekończący się skandal – i coś, przed czym desperacko ucieka.

Kiedy wizerunkowy kryzys zaczyna zagrażać ich światom, pojawia się rozwiązanie: układ. Fałszywe małżeństwo, które ma naprawić reputację i uciszyć media.

Dla Olivii to szansa na odzyskanie kontroli nad własnym wizerunkiem… i cichy rewanż na byłym narzeczonym.Dla Matthew – jedyna deska ratunku.

 

Problem w tym, że znają się lepiej, niż powinni, a dawna nić porozumienia szybko zamienia się w coś ryzykownie prawdziwego. Bo choć ich związek zaczyna się na papierze, emocje nie uznają kontraktów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 610

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (19 ocen)
18
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kamila15P

Nie oderwiesz się od lektury

Czy można stracić serce dla jakiejś książki? Można!!! Ja dla tej historii przepadłam🩷🫶 Jeden z nielicznych debiutów, który aż tak bardzo mnie pochłonął 🥹🩷 czekam na więcej!!!
60
r3ading_journal

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomenalny debiut Julki Hellar i jej historia prosto z nowojorskiego świata elit 💜 Intrygi, polityka i aranżowane małżeństwo - czego chcieć więcej?
50
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

Absolutnie fenomenalna. Gratuluje debiutu
40
KikiRafik

Nie oderwiesz się od lektury

Nie oderwiesz się
40



Mężo­wi.

Za mi­ło­ść, któ­ra nie musi krzy­czeć, by być wszyst­kim.

Je­steś moim do­mem, moją osto­ją i moim azy­lem.

Od autorki

Ze względu na po­ru­sza­ne te­ma­ty Abo­ut Him jest ksi­ążką prze­zna­czo­ną dla pe­łno­let­nie­go czy­tel­ni­ka. Znaj­dzie­cie tu szcze­gó­ło­we opi­sy zbli­żeń, wul­ga­ry­zmy, mo­tyw prze­mo­cy do­mo­wej, a ta­kże sce­ny po­ka­zu­jące tok­sycz­ne i krzyw­dzące spo­so­by ra­dze­nia so­bie z trau­mą.

Pa­mi­ętaj­cie, pro­szę, że nar­ra­cja pierw­szo­oso­bo­wa za­pra­sza Was do do­głęb­ne­go za­po­zna­nia się z my­śla­mi i uczu­cia­mi bo­ha­te­ra, któ­ry ją pro­wa­dzi. Nie­któ­re z nich mogą wy­dać Wam się ir­ra­cjo­nal­ne, nie­od­po­wied­nie lub na­wet nie­do­pusz­czal­ne, ale my­śląc o nich, nie za­po­mi­naj­cie, że od­wo­łu­ją się do oso­bi­stych do­świad­czeń osób, któ­re nie uzy­ska­ły od­po­wied­nie­go wspar­cia ani po­mo­cy.

Nie po­chwa­lam nie­któ­rych wy­bo­rów czy za­cho­wań pre­zen­to­wa­nych przez głów­nych bo­ha­te­rów i li­czę, że w praw­dzi­wym ży­ciu hi­sto­rie ta­kie jak ta na­le­żą do mniej­szo­ści.

Dro­ga Czy­tel­nicz­ko, Dro­gi Czy­tel­ni­ku!

Je­że­li do­świad­cza­cie lub do­świad­cza­li­ście ma­ni­pu­la­cji lub prze­mo­cy do­mo­wej, pa­mi­ętaj­cie, że ist­nie­ją in­sty­tu­cje, w któ­rych mo­że­cie szu­kać po­mo­cy. Są lu­dzie, któ­rzy udzie­la­ją bez­płat­ne­go wspar­cia, i ser­decz­nie za­chęcam Was, by z nie­go sko­rzy­stać. Mam rów­nież na­dzie­ję, że nie po­zo­sta­je­cie obo­jęt­ni, gdy po­dob­na krzyw­da dzie­je się ko­muś w Wa­szym oto­cze­niu.

Si­ęgnij­cie po tę ksi­ążkę świa­do­mie. Je­śli wspo­mnia­ne sce­ny i opi­sy nie są dla Was trig­ge­ru­jące, ser­decz­nie za­pra­szam do świa­ta no­wo­jor­skiej eli­ty, wiel­kiej po­li­ty­ki, ara­nżo­wa­nych ma­łże­ństw, skan­da­li i kam­pa­nii wy­bor­czych – w tej hi­sto­rii nie za­bra­nie łez, ale rów­nież hu­mo­ru.

Roz­si­ądźcie się wy­god­nie w Wa­szym ulu­bio­nym fo­te­lu, bo przed Wami kil­ka­set stron wspa­nia­łej przy­go­dy!

Prolog

Patrick Geller

Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od zdjęć, któ­re wy­sy­pa­ły się z du­żej sza­rej ko­per­ty zna­le­zio­nej przez moją wspól­nicz­kę na pro­gu ga­bi­ne­tu Tre­vo­ra Sul­li­va­na. Czło­wie­ka ubie­ga­jące­go się o fo­tel se­na­to­ra Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a przez kil­ka ostat­nich lat pe­łni­ące­go funk­cję bur­mi­strza No­we­go Jor­ku. Czło­wie­ka, któ­re­go słup­ki son­da­żo­we spad­ną w mgnie­niu oka, gdy tyl­ko te fo­to­gra­fie uj­rzą świa­tło dzien­ne.

Dla­cze­go to mój pro­blem? Bo je­stem sze­fem dzia­łu PR w jego szta­bie wy­bor­czym.

– I to tak po pro­stu tam le­ża­ło? – za­py­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem.

Re­bec­ca po­ki­wa­ła smęt­nie gło­wą.

– Żad­ne­go pod­pi­su, ad­re­su, nic. Tyl­ko ko­per­ta. Uzna­łam, że to nie jest do­bry znak i le­piej spraw­dzić za­war­to­ść, za­nim zro­bi to Sul­li­van.

– Tak, to zde­cy­do­wa­nie nie jest do­bry znak – wy­mam­ro­ta­łem. – Na­lej mi whi­sky. Mu­szę się na­pić.

Spoj­rza­ła na mnie kar­cąco, ale wsta­ła, po­de­szła do bar­ku i na­la­ła do szklan­ki mi­kro­sko­pij­ną ilo­ść al­ko­ho­lu. Skrzy­wi­łem się, wi­dząc to.

– Wi­ęcej nie do­sta­niesz. Za go­dzi­nę jest kon­fe­ren­cja pra­so­wa, a ty nie będziesz na niej śmier­dział jak sta­ry pi­jus.

– To do­sko­na­ły al­ko­hol, Bec­co.

– No patrz, a śmier­dzisz po nim jak wuj Pe­ter po naj­ta­ńszym wi­nie.

Skrzy­wi­łem się po­now­nie. Nikt nie chcia­łby być po­rów­na­ny do wuja Pe­te­ra. A na pew­no nie ktoś, kto kie­dy­kol­wiek go wi­dział.

– Co z tym zro­bi­my? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc wy­pie­lęgno­wa­nym pa­znok­ciem na zdjęcia le­żące te­raz na sto­li­ku mi­ędzy na­szy­mi fo­te­la­mi.

By­li­śmy w ra­tu­szu, w po­miesz­cze­niu, w któ­rym Tre­vor przyj­mo­wał nie­ofi­cjal­nych go­ści. Sam wła­śnie ko­ńczył wy­wiad dla „New York Ti­me­sa”.

Ści­snąłem pal­ca­mi na­sa­dę nosa.

– My­ślisz, że te zdjęcia tra­fi­ły już do me­diów? – Na samą myśl ob­lał mnie zim­ny pot.

– Nie wiem, Pa­tric­ku. Wy­da­je mi się, że to ostrze­że­nie.

– Ostrze­że­nie?

– Gdy­by to była kon­ku­ren­cja, do­wie­dzie­li­by­śmy się z ga­zet. A gdy­by sta­ły za tym me­dia, do­sta­li­by­śmy prze­ciek od na­szych kon­tak­tów. Przy­pad­ko­wy czło­wiek, któ­ry na­tknąłby się na tę sce­nę pod­czas włó­częgi po mie­ście, wrzu­ci­łby zdjęcia na Fa­ce­bo­oka. A do­star­czo­no je pro­sto pod drzwi ga­bi­ne­tu Sul­li­va­na.

Mia­ła ra­cję.

– Więc kto i co chce nam prze­ka­zać? – za­py­ta­łem.

– Może to ja­kaś zra­nio­na dziew­czy­na?

Skrzy­wi­łem się – ko­lej­ny raz tego dnia. Jesz­cze tro­chę i zo­sta­nie mi na czo­le zmarszcz­ka, któ­rą na­zwę „Tre­vor Sul­li­van”.

– My­ślisz, że śle­dzi­ła­by go aż tak dłu­go, żeby tyl­ko na czy­mś przy­ła­pać?

– W jego wy­pad­ku nie kosz­to­wa­ło­by to aż tyle wy­si­łku. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Świ­ęta praw­da.

Drzwi na­gle się otwo­rzy­ły, a my pod­sko­czy­li­śmy w miej­scu jak para na­sto­lat­ków przy­ła­pa­nych na go­rącym uczyn­ku. Tre­vor Sul­li­van wkro­czył do po­miesz­cze­nia, kle­pi­ąc umi­ęśnio­ny brzuch. Cho­le­ra, wie­le bym dał, by w jego wie­ku tak wy­glądać.

– Wy­bacz­cie, że tyle to trwa­ło – rzu­cił, jak­by ten wy­wiad nie był na­szym po­my­słem. – Ju­lia się wami za­opie­ko­wa­ła?

– Tak, mamy kawę i do­sko­na­łe cia­stecz­ka – mruk­nęła Re­bec­ca, uni­ka­jąc jego spoj­rze­nia.

Sul­li­van za­uwa­żył szklan­kę w mo­jej ręce i zmarsz­czył czo­ło. Czy­li po tej kam­pa­nii wszy­scy wy­lądu­je­my u chi­rur­ga pla­stycz­ne­go.

– Wi­dzę, że po­często­wa­li­ście się czy­mś in­nym. – Za­śmiał się, ale w jego oczach po­ja­wi­ła się po­dejrz­li­wo­ść.

– Mamy pro­blem, Tre­vo­rze – za­częła Re­bec­ca, wbi­ja­jąc mi pa­znok­cie w ra­mię. – Ja­kieś pół go­dzi­ny temu po­szłam do two­je­go ga­bi­ne­tu, ale coś mnie za­trzy­ma­ło.

Wzi­ęła do ręki ko­per­tę i po­da­ła bur­mi­strzo­wi.

Po­li­tyk wy­jął z niej trzy zdjęcia. Sła­ba ja­ko­ść, te­le­fon ko­mór­ko­wy, moc­ne przy­bli­że­nie. Ale jed­no było pew­ne – Mat­thew Sul­li­van, syn Tre­vo­ra, ba­wił się na im­pre­zie z trze­ma ko­bie­ta­mi. Ich stro­je trud­no było na­zwać ubra­nia­mi. Prędzej ko­stiu­ma­mi, co su­ge­ro­wa­ło, że to to­wa­rzy­stwo wy­ma­ga­ło pew­nej opła­ty.

Tre­vor zbla­dł. Pod­nio­słem się i na­la­łem whi­sky do dwóch szkla­nek. Jed­ną po­da­łem jemu, dru­gą Re­bec­ce. Ta jed­nak po­kręci­ła gło­wą i wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła:

– Smród.

– Kim są te ko­bie­ty? – za­py­tał le­d­wo sły­szal­nym gło­sem Sul­li­van.

– Li­czy­li­śmy, że po­wiesz nam, że jed­na z nich to two­ja przy­szła sy­no­wa – rzu­ci­łem kwa­śno.

Bec­ca po­sła­ła mi spoj­rze­nie, któ­re ja­sno mó­wi­ło, jak sła­by był to dow­cip.

– Sy­no­wa? – Tre­vor pod­nió­sł na mnie wzrok. – Czy two­im zda­niem wpu­ści­łbym któ­rąś z tych ko­biet do swo­jej ro­dzi­ny?

No tak, Tre­vor Sul­li­van był mi­strzem wi­ze­run­ku. Cza­sa­mi mie­wa­łem wra­że­nie, że to ja po­wi­nie­nem pła­cić jemu, a nie on mnie. Je­dy­ne za­gro­że­nie dla tej nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii to jego syn.

Jed­nak w mo­jej opi­nii Mat­thew Sul­li­van był ge­niu­szem – aro­ganc­ki, zdy­stan­so­wa­ny, ale dia­bel­nie in­te­li­gent­ny. Gdy tyl­ko po­ja­wiał się w to­wa­rzy­stwie, świat mil­kł.

Tym ra­zem po­sze­dł jed­nak za da­le­ko i zmar­no­wał moją pra­cę, a ta­kże lata sta­rań swo­je­go ojca. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, kogo ob­ra­cał na boku, byle nie da­wał się na tym przy­ła­pać. A przy­naj­mniej nie w sa­mym środ­ku pie­przo­nej kam­pa­nii wy­bor­czej opar­tej na war­to­ściach ro­dzin­nych.

– Roz­ma­wia­łeś już z nim? – za­py­tał Tre­vor.

– Nie było oka­zji. Do­wie­dzie­li­śmy się o tym przed chwi­lą.

– Ma­cie po­my­sł, co z tym zro­bić?

– Mu­si­my przej­rzeć ka­me­ry – po­wie­dzia­ła przy­tom­nie Bec­ca. – Ko­per­ta le­ża­ła pod drzwia­mi two­je­go ga­bi­ne­tu. Nie ma na niej ad­re­su. Ktoś mu­siał ją przy­nie­ść. Może zdjęcia rze­czy­wi­ście były wy­ko­na­ne na zle­ce­nie two­ich prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych, by cię spło­szyć i wy­móc wy­co­fa­nie się z wy­bo­rów.

– I jak ci prze­ciw­ni­cy mie­li­by wpa­ść na to, żeby śle­dzić mo­je­go syna? – za­py­tał, a my spoj­rze­li­śmy na nie­go z po­li­to­wa­niem.

Ka­żdy, kto chcia­łby za­szko­dzić sta­re­mu Sul­li­va­no­wi, wie­dział, że w tym celu na­le­ży po­ła­zić tro­chę za mło­dym.

– Cho­ler­ny gów­niarz – mruk­nął Tre­vor, a ja par­sk­nąłem ci­chym śmie­chem. Na­zy­wa­nie trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nie­go fa­ce­ta gów­nia­rzem wy­da­ło mi się ko­micz­ne.

Na­gle Re­bec­ca wy­da­ła z sie­bie dziw­ny dźwi­ęk i zła­pa­ła w dwa pal­ce swój zło­ty ła­ńcu­szek. W jej oczach po­ja­wił się spe­cy­ficz­ny błysk.

– Mam po­my­sł, co z tym zro­bić… – za­częła po­wo­li. Za­chęci­łem ją uśmie­chem, by mó­wi­ła da­lej. – Jest tro­chę sza­lo­ny, ale nie tyl­ko za­po­bie­gnie skan­da­lo­wi, lecz ta­kże wzmoc­ni twój pro­ro­dzin­ny wi­ze­ru­nek. – Za­mil­kła na chwi­lę, po czym do­da­ła: – Mu­si­my zna­le­źć mu żonę.

Rozdział 1

Olivia Hamilton

Ota­rłam spo­co­ne czo­ło wierz­chem dło­ni. Nie mia­łam po­jęcia, po co wła­ści­wie sa­dzi­łam te nie­szczęsne po­mi­do­ry. Ubz­du­ra­łam so­bie, że chcę mieć wła­sne – zdrow­sze, bez nad­mia­ru che­mii, bla, bla, bla. Pech chciał, że mój ta­ras znaj­do­wał się po naj­bar­dziej za­cie­nio­nej przez drze­wa stro­nie bu­dyn­ku. Nie dało się tam na­cie­szyć ja­kże po­trzeb­ną wi­ta­mi­ną D na­wet w sło­necz­ny dzień, a co do­pie­ro wy­ho­do­wać ja­kie­kol­wiek ro­śli­ny.

– Oli­via? – Z wnętrza miesz­ka­nia do­bie­gł za­sa­pa­ny głos mo­je­go bra­ta.

Wsu­nęłam gło­wę przez uchy­lo­ne drzwi ta­ra­so­we, by dać mu znać, gdzie je­stem.

– Por­tier anon­so­wał cię do­brych kil­ka mi­nut temu. Sła­ba kon­dy­cja, bra­cisz­ku. – Za­śmia­łam się i nad­sta­wi­łam po­li­czek, któ­ry Pa­trick szyb­ko cmok­nął.

– Win­da nie dzia­ła – wy­ja­śnił i usia­dł na rat­ta­no­wym fo­te­lu usta­wio­nym w kącie prze­stron­ne­go ta­ra­su.

– Ow­szem, od kil­ku ty­go­dni. Wi­dać, jak daw­no mnie nie od­wie­dza­łeś – po­wie­dzia­łam, uśmie­cha­jąc się krzy­wo. – Le­mo­nia­dy?

Pa­trick po­ki­wał gło­wą. We­szłam do miesz­ka­nia po do­dat­ko­wą szklan­kę, po czym po­sta­wi­łam ją na sto­li­ku. Usia­dłam na fo­te­lu obok i na­la­łam nam na­po­ju.

– Prze­pra­szam cię, mło­da. Ta kam­pa­nia jest wy­ka­ńcza­jąca.

Tego aku­rat by­łam pew­na.

– Wci­ąż za­cho­dzę w gło­wę, ja­kim cu­dem wzi­ąłeś to zle­ce­nie – rzu­ci­łam, przy­gląda­jąc mu się ba­daw­czo. – Przed­si­ębior­cy chy­ba są przy­jem­niej­szy­mi klien­ta­mi niż po­li­ty­cy. Po­li­ty­ka to szam­bo.

Pa­trick wes­tchnął, po­ci­ągnął łyk le­mo­nia­dy i opa­rł łok­cie na ko­la­nach, wci­ąż trzy­ma­jąc szklan­kę w ręce. Wte­dy do­strze­gł ze­staw ma­łe­go ogrod­ni­ka.

– Co ty wła­ści­wie ro­bisz? – za­py­tał ze zdu­mie­niem.

– Sa­dzę po­mi­do­ry, nie wi­dać? – prych­nęłam. – Nie wiem dla­cze­go, ale uro­iłam so­bie, że będę mieć wła­sne wa­rzy­wa.

– I sa­dzisz je na ta­ra­sie, na czwar­tym pi­ętrze apar­ta­men­tow­ca na Up­per West Side?

– A czy ja pro­si­łam cię o opi­nię? – mruk­nęłam, ale brat uśmiech­nął się tak sze­ro­ko, że nie mo­głam nie od­po­wie­dzieć tym sa­mym.

– Już wi­dzę te na­głów­ki – za­czął. – „Kró­lo­wa Lodu ubru­dzi­ła so­bie ręce”.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi, po­chy­li­łam się w jego stro­nę i szturch­nęłam w ra­mię. Wy­szcze­rzył tyl­ko jesz­cze bar­dziej zęby.

– Wiesz, że nie­na­wi­dzę tego prze­zwi­ska!

„Kró­lo­wa Lodu” – taki przy­do­mek nada­ła mi no­wo­jor­ska pra­sa. Wszyst­ko dla­te­go, że na­le­ża­łam do miej­sco­wej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. A ra­czej na­le­żał do niej mój oj­czym, co au­to­ma­tycz­nie obej­mo­wa­ło też moją mat­kę, mnie i Pa­tric­ka. Ma­ga­zy­ny plot­kar­skie uwiel­bia­ły śle­dzić i opi­sy­wać ży­cie wy­ższych sfer, a ja szcze­rze nie zno­si­łam funk­cjo­no­wa­nia na świecz­ni­ku. Re­pu­ta­cja była wa­żna, więc ro­bi­łam wszyst­ko, co w mo­jej mocy, by utrzy­mać ją nie­na­gan­ną. Jed­nak lu­dzie nie cier­pią ide­ałów – ko­ja­rzą się one z bra­kiem emo­cji, a brak emo­cji z chło­dem. Tak wła­śnie zo­sta­łam Kró­lo­wą Lodu.

Tyl­ko ci, któ­rzy na­praw­dę mnie zna­li, wie­dzie­li, jak da­le­ko znaj­do­wa­łam się od ide­ału.

– A co, gdy­bym ci po­wie­dział, że mam po­my­sł, jak to zmie­nić? – za­gad­nął Pa­trick, spo­gląda­jąc na mnie ba­daw­czo.

Zmru­ży­łam po­wie­ki. Brat pro­wa­dził dużą agen­cję PR-ową, ale ni­g­dy nie wspo­mi­na­łam mu, że chcia­ła­bym ak­tyw­nie pra­co­wać nad zmia­ną wi­ze­run­ku. Ja­sne, nie za­szko­dzi­ło­by mi ocie­ple­nie go, ale nie za­mie­rza­łam tra­cić cza­su na me­dial­ne za­gryw­ki. Moja pra­ca była wy­star­cza­jąco cza­so­chłon­na, a w nie­któ­rych sy­tu­acjach wi­ze­ru­nek har­pii wręcz po­ma­gał.

– Dla­cze­go mam wra­że­nie, że w tym py­ta­niu tkwi pod­tekst, któ­ry może mi się nie spodo­bać? – spy­ta­łam ostro­żnie.

– Bo je­steś praw­nicz­ką, a praw­ni­cy za­wsze szu­ka­ją dru­gie­go dna. – Pa­trick od­sta­wił pu­stą szklan­kę, spló­tł dło­nie i spoj­rzał mi pro­sto w oczy. – Ten po­my­sł może też przy­bli­żyć cię do ty­tu­łu młod­sze­go part­ne­ra w kan­ce­la­rii.

Zmarsz­czy­łam czo­ło.

– Mów.

Do­sko­na­le wie­dział, że cho­re am­bi­cje nie po­zwo­lą mi dłu­go za­do­wa­lać się fo­te­lem star­sze­go praw­ni­ka. Od awan­su dzie­lił mnie już tyl­ko krok – przy­pro­wa­dze­nie ko­lej­ne­go wiel­kie­go klien­ta.

– Mat­thew Sul­li­van jest otwar­ty na to, by prze­nie­ść swój ho­tel pod skrzy­dła Par­ker & Brown. Pod­pi­sa­łby na­wet lo­jal­kę i chce pra­co­wać bez­po­śred­nio z tobą.

Coś tu moc­no nie gra­ło.

– Tak po pro­stu?

– Tak po pro­stu.

– I po­wie­dział o tym to­bie?

– Prze­cież pra­cu­ję z jego oj­cem. Często się wi­du­je­my.

– A jak niby pra­ca z nim mia­ła­by ocie­plić mój wi­ze­ru­nek?

Za­pa­dła ci­sza.

Tu cię mam, bra­cisz­ku.

Pa­trick się za­wa­hał, po czym po­pro­sił:

– Spró­buj po­de­jść do tego z otwar­tym umy­słem.

Mu­sia­łam zro­bić na­praw­dę dziw­ną minę, bo par­sk­nął śmie­chem.

– Już mi się to nie po­do­ba. Chy­ba nie chcę wie­dzieć, co masz mi do po­wie­dze­nia.

– Wi­dzisz? – Wes­tchnął i roz­ło­żył ręce. – Dla­te­go na­zy­wa­ją cię Kró­lo­wą Lodu!

Zmro­zi­łam go wzro­kiem.

– Masz pięć se­kund, żeby to wy­ja­śnić, albo ob­rzu­cę cię na­wo­zem – za­gro­zi­łam, wska­zu­jąc na le­żący obok wo­rek. – I bła­gam, bez mar­ke­tin­go­we­go be­łko­tu. Roz­ma­wia­my moim języ­kiem: pro­stym i kon­kret­nym.

– Nie wiem, czy język praw­ni­ków na­zwa­łbym pro­stym – mruk­nął, wy­ra­źnie uni­ka­jąc mo­je­go spoj­rze­nia.

Po­wo­li wsta­łam, chwy­ci­łam wo­rek i za­częłam wsy­py­wać na­wóz do ręki, uno­sząc brwi w nie­mym ostrze­że­niu. Pa­trick wy­ci­ągnął dło­nie w bła­gal­nym ge­ście. Ten na­wóz rze­czy­wi­ście okrop­nie śmier­dział. By­łam pew­na, że nie zmy­ję z sie­bie tego za­pa­chu przez ty­dzień.

– Mat­thew chce się z tobą oże­nić! – wy­pa­lił, spo­gląda­jąc ner­wo­wo na wo­rek.

Że co?

– Hę?

To naj­lep­sze, na co było mnie stać.

Sta­nęłam jak wry­ta.

Pa­trick scho­wał twarz w dło­niach.

– Ktoś zo­sta­wił w biu­rze Tre­vo­ra zdjęcia, na któ­rych Matt jest z trze­ma pro­sty­tut­ka­mi. A nie, prze­pra­szam – żach­nął się. – Z eks­klu­zyw­ny­mi da­ma­mi do to­wa­rzy­stwa. Tak je przy­naj­mniej okre­ślił, kie­dy pró­bo­wa­łem wy­ja­śnić z nim tę spra­wę.

Wci­ąż sta­łam jak wry­ta, nie do ko­ńca poj­mu­jąc, co to ma wspól­ne­go ze mną.

– Se­rio? Matt musi pła­cić za ta­kie usłu­gi?

– Na­praw­dę wła­śnie to przy­ku­ło two­ją uwa­gę? – Pa­trick uśmiech­nął się ła­god­nie, po czym wes­tchnął i pod­sze­dł do ba­rier­ki. Opa­rł się, spo­gląda­jąc na ru­chli­wą uli­cę w dole. – Od po­cząt­ku kam­pa­nii mam wra­że­nie, że robi wszyst­ko, by utrud­nić nam pra­cę. Na­wet roz­my­śla­li­śmy z Re­bec­cą, czy to nie my sta­no­wi­my po­wód. Może wo­la­łby, by oj­ciec ko­rzy­stał z usług ko­goś in­ne­go, i w ten spo­sób daje nam do zro­zu­mie­nia, że je­ste­śmy zbęd­ni. Ale to były drob­ne zło­śli­wo­ści. Te­raz mamy praw­dzi­we ba­gno. – Po­ta­rł czo­ło, jak­by pró­bo­wał ze­brać my­śli. – Całą kam­pa­nię opar­li­śmy na war­to­ściach ro­dzin­nych. Tre­vor jest pra­wy do bólu, co nie­dzie­lę w ko­ście­le, żona u boku. Po­ma­ga sta­rusz­kom no­sić za­ku­py, od­wie­dza cho­re dzie­ci w szpi­ta­lach, a pani Sul­li­van pro­wa­dzi fun­da­cję na rzecz wal­ki z nie­płod­no­ścią i za­sia­da w za­rządzie or­ga­ni­za­cji wspie­ra­jącej bez­dom­ne zwie­rzęta.

– A kie­dy oni idą spać, mło­dy Sul­li­van ru­sza na pod­bój no­wo­jor­skich bur­de­li – wy­pa­li­łam, po czym, wi­dząc minę bra­ta, po­ha­mo­wa­łam śmiech. – Na­praw­dę my­śli­cie, że taka nie­ska­zi­tel­na po­sta­wa przy­nie­sie zwy­ci­ęstwo w wy­bo­rach w sta­nie Nowy Jork?

Pa­trick uśmiech­nął się lek­ko.

– Nad­miar wol­no­ści bywa dla lu­dzi męczący. Po­trze­bu­ją za­sad i ko­goś, kto od­wo­łu­je się do mo­ral­no­ści. Oczy­wi­ście nie wszy­scy, ale ba­zo­wa­li­śmy na wi­ze­run­ku, któ­ry Tre­vor wy­pra­co­wy­wał la­ta­mi. Dwu­krot­nie wy­bra­no go na bur­mi­strza, więc na­wet zde­pra­wo­wa­ni No­wo­jor­czy­cy ce­nią so­bie cie­pło do­mo­we­go ogni­ska. – Pu­ścił do mnie oko.

– Do­bra, mów po­wa­żnie. Jak chce­cie z tego wy­brnąć? Mam po­móc za­ło­żyć ko­muś spra­wę w sądzie? Au­to­rom zdjęć? To nie będzie pro­ste, Matt jest oso­bą pu­blicz­ną. – Za­my­śli­łam się, opie­ra­jąc ple­ca­mi o ba­rier­kę.

Pa­trick sta­nął pro­sto i spoj­rzał mi w oczy. Ci­sza prze­ci­ąga­ła się nie­zno­śnie, aż na­gle mnie olśni­ło.

– O mój Boże – nie­mal wy­krzyk­nęłam. – Ty na­praw­dę szu­kasz mu żony?!

– Nie, Liv – za­pro­te­sto­wał, kła­dąc mi ręce na ra­mio­nach. – Już zna­la­złem. Te­raz tyl­ko ona musi wy­ra­zić zgo­dę.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Nie wie­dzia­łam też, co zro­bić. Sta­łam tam jak spa­ra­li­żo­wa­na ze wzro­kiem utkwio­nym w bra­cie i z otępie­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy.

– To po­my­sł Re­bek­ki. Je­że­li ogło­si­my za­ręczy­ny, ła­twiej będzie utrzy­my­wać, że wszyst­kie kom­pro­mi­tu­jące zdjęcia to fo­to­mon­taż, de­ep­fa­ke czy inne sztucz­ki.

– Sko­ro Re­bec­ca jest taka kre­atyw­na, to cze­mu sama nie sta­nie z Sul­li­va­nem na ślub­nym ko­bier­cu? – prych­nęłam zi­ry­to­wa­na.

– Bo jest wspó­łwła­ści­ciel­ką agen­cji, któ­ra pro­wa­dzi kam­pa­nię Tre­vo­ra. Prze­kręt czuć na ki­lo­metr.

Za­ci­snęłam pi­ęści. By­łam praw­nicz­ką, na li­to­ść bo­ską! Mia­łam strzec pra­wa i spra­wie­dli­wo­ści, a to całe uda­wa­ne ma­łże­ństwo ni­jak się w to nie wpi­sy­wa­ło.

– Czyś ty ro­zum po­stra­dał? – syk­nęłam. – Na­wącha­łeś się cze­goś? Ude­rzy­łeś w gło­wę? A może masz nie­zdia­gno­zo­wa­ną cho­ro­bę psy­chicz­ną?

– Też cię ko­cham, mło­da. – Uśmiech­nął się de­li­kat­nie, ale ten uśmiech nie ob­jął jego cie­płych cze­ko­la­do­wych oczu. W nich wi­dać było po­wąt­pie­wa­nie i re­zy­gna­cję.

– Dla­cze­go ja? Mało jest ko­biet, któ­re da­ły­by się po­kro­ić za ma­łże­ństwo z Mat­thew Sul­li­va­nem, na­wet uda­wa­ne?

Pa­trick ski­nął gło­wą, przy­zna­jąc mi ra­cję.

– Jest tyl­ko je­den ha­czyk – po­wie­dział. – Nikt inny nie by­łby tak wia­ry­god­ny.

Wy­ba­łu­szy­łam oczy.

– A ja­kim cu­dem ja mam być wia­ry­god­na?

Pod­sze­dł do fo­te­la, na któ­rym wcze­śniej sie­dział, si­ęgnął po ak­tów­kę i wy­jął z niej te­le­fon. Za­czął cze­goś in­ten­syw­nie szu­kać, aż w ko­ńcu po­dał mi urządze­nie.

– Zo­bacz.

Za­częłam prze­glądać ga­le­rię: na pierw­szym zdjęciu sta­łam z Mat­tem na czer­wo­nym dy­wa­nie, obo­je pa­trzy­li­śmy w obiek­tyw. Na ko­lej­nym ta­ńczy­li­śmy na tej sa­mej im­pre­zie. Na jesz­cze in­nym sie­dzie­li­śmy na ław­ce w Cen­tral Par­ku, za­no­sząc się śmie­chem, a ko­lej­ne uka­zy­wa­ło nas cze­ka­jących na hot dogi. Było tego może z dzie­si­ęć ujęć, z któ­rych wi­ęk­szo­ści na­wet nie pa­mi­ęta­łam.

– I co to ma udo­wad­niać? – spy­ta­łam z re­zy­gna­cją. – Zna­my się, by­wa­my w tych sa­mych miej­scach, tak samo jak set­ki in­nych osób.

– Tyl­ko z tobą Matt zo­stał tyle razy przy­ła­pa­ny przez pra­sę. Na przy­kład te zdjęcia z gali cha­ry­ta­tyw­nej wy­gląda­ją, jak­by­ście przy­je­cha­li tam ra­zem.

– Bo tak było – wy­mam­ro­ta­łam.

– Słu­cham?

– Bo tak było! – po­wtó­rzy­łam znu­żo­na. – Kon­cert cha­ry­ta­tyw­ny sprzed kil­ku lat. Mia­łam iść z Ro­ber­tem. Jak już sie­dzie­li­śmy w sa­mo­cho­dzie, za­py­tał, czy mo­że­my zgar­nąć po dro­dze Mat­ta, więc się zgo­dzi­łam, ale za­nim jesz­cze zdąży­li­śmy za­trzy­mać się pod Clou, Ro­bert do­stał pil­ny te­le­fon i mu­siał je­chać do pra­cy. Tym spo­so­bem przy­je­cha­łam na galę z Mat­thew.

– Przez kil­ka dni prze­ko­py­wa­li­śmy się przez pra­sę plot­kar­ską – wes­tchnął Pa­trick. – Uwierz mi, mam na­dzie­ję, że ni­g­dy wi­ęcej nie będę mu­siał tego ro­bić. Matt ma zdjęcia z ró­żny­mi ko­bie­ta­mi, wszyst­kie są dość neu­tral­ne. Tyl­ko ty po­ja­wiasz się na kil­ku i wi­dać, że on jest wte­dy bar­dziej… ludz­ki. Ła­twiej nam będzie do­ro­bić hi­sto­rię wa­szej ukry­wa­nej mi­ło­ści.

To ja­kiś obłęd. Spoj­rza­łam na bra­ta ba­daw­czo.

– Po co ci to, Pat? Po­zwól po pro­stu sta­re­mu Sul­li­va­no­wi prze­grać wy­bo­ry i już.

Mój brat nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy idą po tru­pach do celu. Obo­je mie­li­śmy świet­ne po­sa­dy i od­no­si­li­śmy suk­ce­sy za­wo­do­we. Żad­nych pro­ble­mów fi­nan­so­wych. Poza tym był jesz­cze Si­mon, czy­li dru­gi mąż na­szej mat­ki. Obrzy­dli­wie bo­ga­ty przed­sta­wi­ciel no­wo­jor­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. Pie­kiel­nie wpły­wo­wy i za­wsze go­tów nas chro­nić.

Si­mon był je­dy­nym oj­cem, któ­re­go ko­cha­łam i któ­ry ni­g­dy w ży­ciu nie po­zwo­li­łby na to, by mnie, bra­tu lub ma­mie sta­ła się ja­ka­kol­wiek krzyw­da. Jego na­zwi­sko otwie­ra­ło drzwi da­le­ko poza gra­ni­ca­mi No­we­go Jor­ku, a wpły­wy si­ęga­ły miejsc, o któ­rych kan­dy­dat do se­na­tu mógł tyl­ko po­ma­rzyć.

– A uwie­rzysz, je­śli po­wiem, że na­praw­dę uwa­żam to za do­bre roz­wi­ąza­nie dla cie­bie?

Za­mru­ga­łam za­sko­czo­na.

– Jak niby mia­ło­by mi po­móc ma­łże­ństwo z Sul­li­va­nem? – za­py­ta­łam, po chwi­li do­da­jąc: – Uda­wa­ne ma­łże­ństwo.

– Po pierw­sze ocie­pli­ła­byś swój wi­ze­ru­nek – za­czął, ale na­tych­miast mu prze­rwa­łam:

– Ocie­plę go, wy­cho­dząc za fa­ce­ta, któ­re­go uwa­ża się za naj­wi­ęk­sze­go ca­sa­no­vę w No­wym Jor­ku?

Po­stra­dał ro­zum. To już pew­ne.

– A może wca­le nie jest ca­sa­no­vą? – od­pa­rł Pa­trick z ła­god­nym uśmie­chem. – Matt jest kon­tro­wer­syj­ny, szcze­ry do bólu, krążą o nim prze­ró­żne plot­ki, ale kon­kre­tów brak. Żad­nych. Za­ufaj mi, mło­da. Przej­rza­łem do­nie­sie­nia pra­so­we z ostat­nich pi­ęciu lat.

Zro­bi­ło mi się go żal.

– Nie ma żad­nej opu­bli­ko­wa­nej afe­ry z jego udzia­łem. To, że by­wał z ró­żny­mi ko­bie­ta­mi na even­tach, nie ozna­cza od razu skan­da­licz­nych ro­man­sów. Poza tym, je­śli już się gdzieś po­ja­wia­łaś, on za­zwy­czaj nie miał part­ner­ki albo przy­cho­dził z kimś kom­plet­nie nie­istot­nym. Dużo my­śla­łem o tym wszyst­kim i do­sze­dłem do wnio­sku, że wi­ze­ru­nek ba­wi­dam­ka wzi­ął się z fak­tu, że pro­wa­dzi Clou, a nie dla­te­go, że ska­cze z kwiat­ka na kwia­tek. Oczy­wi­ście po­mi­ja­jąc ostat­nie wy­da­rze­nia i te nie­szczęsne zdjęcia.

Jak się nad tym głębiej za­sta­no­wi­łam, to fak­tycz­nie – nie pa­mi­ęta­łam żad­nej kon­kret­nej afe­ry ma­try­mo­nial­nej z Mat­tem w roli głów­nej. Wi­ze­ru­nek po­żąda­ne­go i kon­tro­wer­syj­ne­go ka­wa­le­ra nie rów­na się wi­ze­run­ko­wi lo­we­la­sa. Chy­ba fak­tycz­nie wszy­scy uzna­li­śmy, że wy­mie­nia part­ner­ki częściej, niż ja zmie­niam po­ściel, tyl­ko dla­te­go, że jest przy­stoj­nym i bo­ga­tym skur­czy­by­kiem, któ­ry ma klub noc­ny.

– Lu­dzie go uwiel­bia­ją, Liv – ci­ągnął Pa­trick. – Jest cha­ry­zma­tycz­ny, dow­cip­ny i pie­kiel­nie sek­sow­ny. Ko­bie­ty pra­gną go na męża, a mężczy­źni chcą być tacy jak on. Ktoś taki nie oże­ni­łby się z lo­do­wa­tą ksi­ężnicz­ką z ki­jem w du­pie.

To ostat­nie było o mnie. Skrzy­wi­łam się, lecz nie sko­men­to­wa­łam.

– Po dru­gie – pod­jął, wi­dząc, że mil­czę – Matt za­de­kla­ro­wał, że je­śli się zgo­dzisz, na­tych­miast prze­nie­sie Clou pod two­ją opie­kę praw­ną.

Szczęka mi opa­dła. Clou to coś wi­ęcej niż ho­tel. Do kom­plek­su na­le­ża­ły też naj­bar­dziej eks­klu­zyw­ny i lu­bia­ny klub noc­ny w mie­ście, oraz ka­sy­no cie­szące się taką samą re­no­mą. Mat­thew Sul­li­van w No­wym Jor­ku był ucie­le­śnie­niem roz­ryw­ki i do­brej za­ba­wy. Dla mo­jej kan­ce­la­rii ozna­cza­ło to mi­lio­no­wy kon­trakt. Dla mnie – po­sa­dę młod­sze­go part­ne­ra.

Na­gle na­su­nęła mi się inna myśl.

– Cze­kaj, cze­kaj – za­częłam, mru­żąc oczy. – Mat­thew jest chęt­ny na tę far­sę? Roz­ma­wia­łeś z nim?

Pa­trick ski­nął gło­wą.

– Jak tyl­ko Bec­ca wpa­dła na po­my­sł ślu­bu, po­je­cha­li­śmy do nie­go z Tre­vo­rem. Zgo­dził się, ale za­żądał pra­wa weta przy wy­bo­rze kan­dy­dat­ki.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy.

– Tak po pro­stu?

– Naj­pierw nas wy­śmiał. My­ślał, że ro­bi­my so­bie jaja. Ale pó­źniej Tre­vor wy­pro­sił wszyst­kich z ga­bi­ne­tu na kwa­drans, po czym wy­sze­dł i po­wie­dział, że spra­wa za­ła­twio­na. Dał nam ty­dzień na zna­le­zie­nie mu sy­no­wej.

– I ro­zu­miem, że moja kan­dy­da­tu­ra ich usa­tys­fak­cjo­no­wa­ła? – Prych­nęłam, a Pa­trick miał na tyle przy­zwo­ito­ści, by zro­bić skru­szo­ną minę.

– Tre­vor twier­dzi, że je­steś ide­ałem. Masz świet­ną re­pu­ta­cję. Mat­thew z ko­lei po pro­stu cię lubi. Mo­gli­by­śmy prze­cież zna­le­źć kom­plet­nie obcą ko­bie­tę, ale sama po­my­śl: Kró­lo­wa Lodu i Król Roz­ryw­ki. Wy­pra­co­wa­ny w ten spo­sób ba­lans po­mo­że wam oboj­gu. Pó­źniej się roz­wie­dzie­cie i po spra­wie. No, i jest jesz­cze je­den plus.

– Za­mie­niam się w słuch – po­wie­dzia­łam z prze­kąsem, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach.

– Ro­bert do­sta­nie sza­łu.

Już otwo­rzy­łam usta, by od­po­wie­dzieć, ale za­raz je za­mknęłam. Tego ar­gu­men­tu nie umia­łam pod­wa­żyć.

Rozdział 2

Olivia

– Pier­do­lisz! – wy­krzyk­nął Ethan.

Sie­dzie­li­śmy w jego ga­bi­ne­cie w kan­ce­la­rii Par­ker & Brown. On roz­par­ty wy­god­nie na skó­rza­nym fo­te­lu, za ma­syw­nym biur­kiem z czar­ne­go mar­mu­ru, ja zaś sku­lo­na na we­lu­ro­wej ka­na­pie w rogu po­miesz­cze­nia. Ro­zej­rza­łam się nie­spo­koj­nie, ale za szkla­ną ścia­ną co­dzien­ny gwar brzmiał do­kład­nie tak, jak za­wsze.

– Mo­żesz się nie wy­dzie­rać? – syk­nęłam. – Nie po­trze­bu­ję sen­sa­cji.

– Och, mała, sen­sa­cja do­pie­ro będzie.

Po­ru­szył su­ge­styw­nie brwia­mi, na co po­ka­za­łam mu środ­ko­wy pa­lec.

– Za­cho­wu­jesz się tak, jak­by spra­wa była prze­sądzo­na – fuk­nęłam.

– A nie jest?

– Wła­ści­wie to jest. Mu­sia­ła­bym po­stra­dać ro­zum, żeby się zgo­dzić.

Zmarsz­czył brwi, ale nic nie po­wie­dział. Za­wsze tak ro­bił, gdy mie­li­śmy inne zda­nie, a on wie­dział, że nie przyj­mę tego naj­le­piej. Po­znał mnie jak nikt inny na świe­cie.

Z Etha­nem War­dem przy­ja­źni­łam się od dziec­ka. Miesz­ka­li­śmy w Los An­ge­les, a po­tem obo­je wy­lądo­wa­li­śmy w No­wym Jor­ku – ja mia­łam wte­dy osiem­na­ście lat, on dwa­dzie­ścia i stu­dio­wał na Co­lum­bii. Rów­nież wy­bra­łam ten uni­wer­sy­tet i dzi­ęki Etha­no­wi prze­szłam przez stu­dia śpie­wa­jąco. Si­mon za­ła­twił nam pra­cę w tej sa­mej kan­ce­la­rii, więc od kil­ku­na­stu lat wi­dy­wa­li­śmy się nie­mal co­dzien­nie. Ja by­łam świad­ko­wą na jego ślu­bie, a on był świad­kiem upad­ku mo­je­go zwi­ąz­ku.

– Jak to mia­ło­by wy­glądać? – za­py­tał w ko­ńcu.

Nie tego się spo­dzie­wa­łam.

– Co masz na my­śli?

– No… – za­czął, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Za­ręcza­jąc się z kimś, po­win­naś być wcze­śniej w zwi­ąz­ku. Co za­mie­rzasz po­wie­dzieć Si­mo­no­wi i Lin­dzie?

– Pa­trick ma plan – wes­tchnęłam. – Zna­my się z Mat­tem od lat. Ci­ągnęło nas do sie­bie nie­mal od po­cząt­ku, ale ja prze­cież by­łam z Ka­na­lią. Ofi­cjal­nie ogło­si­my, że to che­mia mi­ędzy nami roz­bi­ła mój zwi­ązek.

„Ka­na­lia” to piesz­czo­tli­we prze­zwi­sko, któ­rym na­zy­wa­li­śmy z Etha­nem Ro­ber­ta Thomp­so­na. Moją naj­wi­ęk­szą ży­cio­wą po­ra­żkę.

– No patrz! – wtrącił. – A ja my­śla­łem, że wasz zwi­ązek się roz­pa­dł, bo twój na­rze­czo­ny kur­wił się z kim po­pad­nie!

Ob­rzu­ci­łam go mor­der­czym spoj­rze­niem, a on unió­sł ręce w obron­nym ge­ście, po czym udał, że za­my­ka usta na klucz i wy­rzu­ca go za sie­bie.

– Ro­bert ni­g­dy nie przy­zna pu­blicz­nie, że mnie zdra­dzał, a na­wet je­śli… to jed­no nie wy­klu­cza dru­gie­go – po­wie­dzia­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Tak czy ina­czej po roz­sta­niu z nim z wia­do­mych przy­czyn roz­lu­źnił się też mój kon­takt z Mat­tem. Ale wpa­dli­śmy na sie­bie przy­pad­kiem na jed­nej im­pre­zie, wszyst­ko odży­ło i bum! Pie­przo­ny amor ze swo­ją strza­łą.

Ethan wy­glądał, jak­by wła­śnie oglądał swój ulu­bio­ny stand-up. Uba­wio­ny po pa­chy. Cho­ciaż on.

– I to opo­wiesz Si­mo­no­wi i Lin­dzie?

– Po­wiem im, że ten zwi­ązek przez dłu­gi czas nie był na­wet zwi­ąz­kiem, tyl­ko lu­źnym rand­ko­wa­niem, więc nic nie wspo­mi­na­łam. A kie­dy w ko­ńcu zro­zu­mie­li­śmy, że łączy nas praw­dzi­we uczu­cie, Matt od razu wy­sko­czył z pie­rścion­kiem, bo mamy już swo­je lata i pora się ustat­ko­wać, bla, bla, bla.

– No tak, Si­mon na pew­no spoj­rzy na Sul­li­va­na przy­chyl­nie, kie­dy mu wy­zna­cie, że po­łączył was po­pęd sek­su­al­ny.

Zła­pa­łam ga­rść cze­ko­la­do­wych cu­kier­ków z czar­nej, ka­mien­nej misy na sto­li­ku i ci­snęłam nimi w Etha­na. Ten chwy­cił jed­ne­go, od­pa­ko­wał i wsa­dził ca­łe­go do ust.

– Dzi­ęki – wy­be­łko­tał z pe­łną bu­zią.

Ba­zy­li­szek wy­pi­ąłby pie­rś z dumy, gdy­by mógł te­raz zo­ba­czyć moje spoj­rze­nie.

Ward prze­łk­nął, spo­wa­żniał i ode­zwał się:

– Tyl­ko niech twoi ro­dzi­ce nie do­wie­dzą się o za­ręczy­nach z pra­sy! – jęk­nął. – Nie za­słu­gu­ją na coś ta­kie­go.

– Oczy­wi­ście, że nie – prych­nęłam. – Naj­pierw zje­my z nimi ko­la­cję.

Przy­ja­ciel wy­szcze­rzył zęby.

– Wy­glądasz, jak­byś miał za­raz za­kla­skać usza­mi – za­uwa­ży­łam po­dejrz­li­we. – O co cho­dzi?

– Czy­li spra­wa jest prze­sądzo­na.

Już otwie­ra­łam usta, żeby za­prze­czyć, ale tyl­ko prze­wró­ci­łam ocza­mi i ukry­łam twarz w dło­niach.

Ethan wstał z fo­te­la, usia­dł obok i za­mknął mnie w nie­dźwie­dzim uści­sku. Nie wie­dzia­łam cze­mu, ale w tej po­zy­cji za­wsze się roz­lu­źnia­łam – świa­do­mo­ść, że obok jest ktoś, kto może za­sło­nić cały świat, na­wet je­śli to była tyl­ko ilu­zja, da­wa­ła mi ogrom­ne po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa.

– Prze­cież wiesz, że nie mu­sisz tego ro­bić – szep­nął. – To ab­sur­dal­ne i Pa­trick nie po­wi­nien cię o coś ta­kie­go pro­sić. Niech so­bie w dupę wsa­dzi te gad­ki o dzia­ła­niu dla two­je­go do­bra. Chce, żeby sta­ry Sul­li­van wy­grał wy­bo­ry, bo to otwo­rzy mu furt­kę do du­żej po­li­ty­ki.

Czy wspo­mi­na­łam już, że mój brat i mój naj­lep­szy przy­ja­ciel ra­czej za sobą nie prze­pa­da­ją?

– Nie, to nie tak – mruk­nęłam, ale ra­mię Etha­na stłu­mi­ło sło­wa. Za­śmiał się pod no­sem i po­lu­zo­wał uścisk. – On na­praw­dę nie jest zły. I pa­mi­ętaj, że nie mu­szę na cie­bie pa­trzeć, by wie­dzieć, że wła­śnie prze­wra­casz ocza­mi.

Zno­wu się za­śmiał, po czym ob­ró­cił mnie tak, bym mo­gła spoj­rzeć mu w twarz.

– Po­wiedz, że je­steś pew­na w stu pro­cen­tach, że Pa­tric­ko­wi nie cho­dzi tyl­ko o wła­sną dupę, a ci uwie­rzę.

– Je­stem pew­na – oznaj­mi­łam. – A te­raz się od­suń, bo pół kan­ce­la­rii się gapi.

– Cho­ler­ne szkla­ne ścia­ny – mruk­nął, od­su­wa­jąc się.

By­łam prze­ko­na­na, że in­ten­cje bra­ta są do­bre. Nie­za­le­żnie od tego, co uwa­żał Ethan, Pa­trick za­wsze na swój spo­sób się o mnie trosz­czył.

– Sama już nie wiem – za­częłam, ści­sza­jąc głos do szep­tu. – To wszyst­ko brzmi jak wa­riac­two, ale kie­dy my­ślę o ko­rzy­ściach, wi­dzę ich ca­łkiem spo­ro. Awans, PR, no i moja mat­ka w ko­ńcu prze­sta­ła­by joj­czyć, że mu­szę so­bie ko­goś zna­le­źć. A ja na­praw­dę nie chcę te­raz żad­ne­go po­wa­żne­go zwi­ąz­ku.

– Mówi ko­bie­ta roz­wa­ża­jąca przy­jęcie oświad­czyn. – Ward się za­śmiał.

– Fa­łszy­wych oświad­czyn – po­pra­wi­łam go. – Wy­obra­żasz so­bie minę Par­ke­ra na wie­ść, że ści­ągnęłam Clou do kan­ce­la­rii?

Brian Par­ker był part­ne­rem za­rządza­jącym w fir­mie i to jego głos li­czył się naj­bar­dziej, gdy wy­bie­ra­no no­wych part­ne­rów.

– Gdy­by Tre­vor Sul­li­van wy­grał wy­bo­ry, a fir­ma jego syna by­ła­by u nas, sta­ry do­bry Brian zro­bi­łby pod sie­bie z ra­do­ści – przy­znał.

– A po­my­śl o Ka­na­lii – do­rzu­ci­łam zło­śli­we.

– Przy­znaj, że to cię naj­bar­dziej na­kręca. – Ethan wy­szcze­rzył zęby w tak sze­ro­kim uśmie­chu, że ten ob­jął pół twa­rzy.

– Czy mogę być z tobą ab­so­lut­nie szcze­ra? – za­py­ta­łam za­wsty­dzo­na.

Wsu­nął pa­lec pod mój pod­bró­dek i zmu­sił, bym na nie­go spoj­rza­ła.

– Za­wsze masz być ze mną szcze­ra.

– Naj­bar­dziej pra­gnę, żeby lu­dzie mnie po­lu­bi­li.

Wes­tchnął głębo­ko. Do­sko­na­le znał moje naj­wi­ęk­sze kom­plek­sy i lęki.

– I roz­wa­żasz na­wet wzi­ęcie usta­wio­ne­go ślu­bu, by to osi­ągnąć? Liv… – Za­ci­ągnął się moc­no po­wie­trzem, po czym po­now­nie zna­la­złam się w jego ra­mio­nach. – Two­ja prze­szło­ść jest już daw­no za tobą. Si­mon wszyst­ko za­tu­szo­wał. Nikt się do tego nie do­grze­bie. To sie­dzi tyl­ko w to­bie.

Wie­dzia­łam, że ma ra­cję. Na po­zio­mie ra­cjo­nal­nym było to tak samo oczy­wi­ste jak fakt, że po za­mkni­ęciu oczu za­pa­da ciem­no­ść. Ale pew­ne rze­czy wy­kra­cza­ły poza sfe­rę świa­do­me­go my­śle­nia i po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji. Dla­te­go sta­łam się Kró­lo­wą Lodu – przez wi­ęk­szą część ży­cia sta­ra­łam się za bar­dzo i w ko­ńcu prze­sa­dzi­łam. Nie mo­żna być ide­al­nym, bo to przy­po­mi­na in­nym, że oni nie są.

– A co, je­śli ko­goś po­znasz? – za­py­tał Ethan, zmie­nia­jąc te­mat.

– Nie za­mie­rzam ni­ko­go po­zna­wać w naj­bli­ższej przy­szło­ści.

– Okej, może nie w naj­bli­żej przy­szło­ści. Ale prze­cież nie roz­wie­dzie­cie się po kil­ku mie­si­ącach, praw­da?

Za­my­śli­łam się. Nie zna­łam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, bo na­wet przez se­kun­dę nie wy­obra­ża­łam so­bie po­now­ne­go bu­do­wa­nia zwi­ąz­ku. Spró­bo­wa­łam raz i mam na­ucz­kę na sto ko­lej­nych lat.

– Szcze­rze mó­wi­ąc, mam to w no­sie – przy­zna­łam po dłu­ższej chwi­li. – Do­brze mi tak, jak jest. Bez do­dat­ko­wych zo­bo­wi­ązań.

– Po­zwól, że przy­pom­nę: wła­śnie roz­ma­wia­my o two­im ewen­tu­al­nym ślu­bie – mruk­nął Ethan, a ja prze­wró­ci­łam ocza­mi. – Poza tym trud­no za­pla­no­wać, że ni­ko­go nie po­znasz.

– Nie do­ce­niasz mnie. – Wy­szcze­rzy­łam zęby.

Usły­sze­li­śmy ci­che pu­ka­nie w szkla­ne drzwi i jed­no­cze­śnie od­wró­ci­li­śmy gło­wy. W pro­gu stał Tom, mój asy­stent.

– Ekhem… Oli­vio – za­czął nie­pew­nie. – Chy­ba po­win­naś to zo­ba­czyć. – Po­słał mi bła­gal­ne spoj­rze­nie, za któ­rym kry­ło się coś jesz­cze. Roz­ba­wie­nie?

Co, u dia­bła?

Wsta­łam, a Ethan pod­nió­sł się ra­zem ze mną, wy­ra­źnie za­nie­po­ko­jo­ny. Tom po­pro­wa­dził nas dłu­gim, ele­ganc­kim ko­ry­ta­rzem, przy któ­rym znaj­do­wa­ły się ga­bi­ne­ty młod­szych part­ne­rów. Prze­szli­śmy przez ciem­ne drzwi do dru­gie­go skrzy­dła kan­ce­la­rii. Już z da­le­ka wi­dzia­łam, że w moim ga­bi­ne­cie coś było nie tak.

Dużo „cze­goś”. Ser­ce za­częło wa­lić mi jak osza­la­łe, gdy do­ta­rło do mnie, co to ta­kie­go.

Pi­wo­nie. Dzie­si­ąt­ki, może na­wet set­ki pi­wo­nii. Sze­ść gi­gan­tycz­nych bu­kie­tów usta­wio­nych przy biur­ku. Bia­ły, mar­mu­ro­wy blat na zło­tych no­gach ide­al­nie wspó­łgrał z ich de­li­kat­nie ró­żo­wym od­cie­niem. A za­pach… był po­wa­la­jący.

Za­ma­rłam z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Za­raz za mną do po­miesz­cze­nia wsze­dł Ethan. Po­nie­waż zro­bi­łam gwa­łtow­ny przy­sta­nek, wpa­dł na mnie z im­pe­tem. Za­chwia­łam się, ale pod­trzy­mał moje ra­mię.

– Jesz­cze to – rzu­cił Tom niby od nie­chce­nia, wśli­zgu­jąc się do ga­bi­ne­tu i wręcza­jąc mi ele­ganc­ką, gra­na­to­wą ko­per­tę z wy­pi­sa­nym zło­ty­mi li­te­ra­mi na­pi­sem „CLOU”.

Ja pier­do­lę.

– Ja pier­do­lę – po­wtó­rzył za mo­imi my­śla­mi Ethan.

– Też bym tak po­wie­dział, ale mi nie wy­pa­da – do­rzu­cił Tom, pusz­cza­jąc oko.

– Trze­ba przy­znać Mat­thew, że ma roz­mach – stwier­dził Ward, mu­ska­jąc de­li­kat­nie je­den z kwia­tów. – Co jest w ko­per­cie?

Za­rów­no on, jak i Tom wpa­try­wa­li się we mnie wy­cze­ku­jąco, jak­by moim obo­wi­ąz­kiem było na­tych­miast sta­nąć przed nimi na bacz­no­ść i wy­re­cy­to­wać za­war­to­ść. A ko­per­ta wca­le nie była mała ani cien­ka.

Nie wie­dzia­łam, co ro­bić. Ga­pi­łam się to na bu­kie­ty, to na Etha­na i Toma, to na ko­per­tę. Za­wład­nęła mną fala sprzecz­nych emo­cji.

By­łam w kil­ku­let­nim zwi­ąz­ku, ale Ro­bert ni­g­dy nie przy­słał mi kwia­tów do pra­cy. A to na­praw­dę miłe. Z in­nej stro­ny – to prze­cież moja cho­ler­na pra­ca, więc Mat­thew zro­bił po­ka­zów­kę przed wszyst­ki­mi wspó­łpra­cow­ni­ka­mi. Tyl­ko dla wła­snej ko­rzy­ści. Nie po to, by było mi miło. Do tego… czu­łam się nie­zręcz­nie, bo nie przy­wy­kłam do tak spek­ta­ku­lar­nych ge­stów.

– Do­bra, ko­niec wi­do­wi­ska – wes­tchnął Ethan, chwy­ta­jąc Toma za ra­mię i po­py­cha­jąc go w stro­nę wy­jścia. – Zrób nam kawę, co? Na­wet nie mu­sisz jej tu przy­no­sić.

Po­sła­łam przy­ja­cie­lo­wi kar­cące spoj­rze­nie.

– Nie po­wiesz mi chy­ba, że­bym też wy­sze­dł? – za­py­tał z wy­ra­źną ura­zą, gdy za To­mem za­mknęły się drzwi.

Za­ci­snęłam po­wie­ki i mach­nęłam lek­ce­wa­żąco ręką w stro­nę sza­rej na­ro­żnej ka­na­py. Ethan wy­szcze­rzył zęby w osza­ła­mia­jącym uśmie­chu, roz­sia­dł się wy­god­nie i po­kle­pał miej­sce obok sie­bie. Wes­tchnęłam ci­ężko, ale usia­dłam, wci­ąż kur­czo­wo trzy­ma­jąc ko­per­tę w rękach.

– No już, otwie­raj – po­na­glił. – Zo­bacz­my, co wiel­ki Mat­thew Sul­li­van wy­my­ślił, żeby pod­bić ser­ce mo­jej Liv.

– „Wiel­ki Mat­thew Sul­li­van”? – par­sk­nęłam.

– Spo­ro mo­żna o nim po­wie­dzieć, ale nie to, że jest mały.

Fakt – był bar­dzo wy­so­ki, bar­dzo in­te­li­gent­ny, bar­dzo bo­ga­ty i bar­dzo po­pu­lar­ny. Za dużo tych „bar­dzo”.

Chy­ba za­czy­na­łam się do nie­go uprze­dzać.

– Może ty otwórz – po­wie­dzia­łam, wci­ska­jąc ko­per­tę w ręce Etha­na.

Spoj­rzał na mnie z po­li­to­wa­niem.

– Se­rio? Pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy też mam ci wręczyć w jego imie­niu? – za­kpił.

Au­to­ma­tycz­nie pac­nęłam go w ra­mię.

– Nie tak gło­śno!

Prych­nął ci­cho pod no­sem, wzi­ął ko­per­tę i roz­da­rł ją. Za­mknęłam oczy, czu­jąc ścisk w żo­łąd­ku.

– To vo­ucher – ode­zwał się po chwi­li. – Na kurs ta­ńca to­wa­rzy­skie­go.

Że co?

– Słu­cham?

– Wła­śnie – rzu­cił, przy­gląda­jąc się kar­to­ni­ko­wi z unie­sio­ny­mi brwia­mi. – Skąd, do cho­le­ry, Sul­li­van wie, że uwiel­biasz ta­niec to­wa­rzy­ski?

Wy­rwa­łam mu vo­ucher. Gru­by, kre­mo­wy pa­pier z ele­ganc­kim czar­nym na­dru­kiem i zło­ty­mi ak­cen­ta­mi. Do­łączo­ny był fol­der in­for­ma­cyj­ny utrzy­ma­ny w rów­nie wy­szu­ka­nym sty­lu.

– To szko­ła Ja­me­so­na i Sy­lvii Cli­fto­nów! – krzyk­nęłam.

– Ro­zu­miem, że to ktoś zna­ny? – do­cie­kał Ethan, spo­gląda­jąc na ulot­kę in­for­ma­cyj­ną.

– Mo­żna tak po­wie­dzieć – za­częłam, szu­ka­jąc w gło­wie naj­lep­sze­go po­rów­na­nia. – To Mi­cha­el Jor­dan ta­ńca to­wa­rzy­skie­go i jego żona, w tym fa­chu po­noć na­wet lep­sza niż on.

– Fiu, fiu, Sul­li­van się nie cac­ka. Po­patrz tyl­ko, tu wszyst­ko jest do­pi­ęte na ostat­ni gu­zik. Wspo­mnie­li na­wet, jaki mo­del bu­tów po­win­naś ku­pić.

– Bo w in­nych ta­ńczy się stan­dard, a w in­nych ła­ci­nę – wy­ja­śni­łam, wpa­tru­jąc się w za­pro­sze­nie z ro­snącym zdu­mie­niem.

Od­kąd przy­je­cha­łam do No­we­go Jor­ku, ta­niec to­wa­rzy­ski sta­no­wił dla mnie for­mę uciecz­ki od co­dzien­ne­go stre­su. Nie że­bym była w tym wy­bit­na. Ab­so­lut­nie nie. Ale Si­mon po­sta­wił so­bie za punkt ho­no­ru zna­le­zie­nie cze­goś, co po­zwo­li­ło­by mi oczy­ścić umy­sł z ci­ążącej na mnie pre­sji: boks, ka­ra­te, ba­sen, te­nis. Aż w ko­ńcu do­sta­li­śmy za­pro­sze­nie na wy­staw­ny ban­kiet w Bia­łym Domu, gdzie obo­wi­ązy­wa­ły pew­ne stan­dar­dy. Chcia­łam czy nie, zo­sta­łam za­pi­sa­na na ta­niec to­wa­rzy­ski. I prze­pa­dłam.

– Se­rio, Liv. Skąd Sul­li­van wie, że to two­je re­me­dium na wszyst­ko, co złe? – za­py­tał Ethan, prze­wier­ca­jąc mnie wzro­kiem. – Wie­dział na­wet, żeby nie ku­po­wać żad­nej zum­by-srum­by, tyl­ko od razu z gru­bej rury. To tro­chę nie­po­ko­jące.

– Nie prze­sa­dzaj – wes­tchnęłam. – Pa­mi­ętasz, jak kie­dyś za­pi­sa­łam się z Ro­ber­tem na kurs na Bro­okly­nie?

– Oczy­wi­ście, że pa­mi­ętam. Ka­na­lia wte­dy cały czas jęczał, że musi się tłuc przez pół mia­sta w kor­kach.

– To wszyst­ko przez to, że nie wy­bra­łam ele­ganc­kiej szko­ły na Man­hat­ta­nie. Zresz­tą nie­wa­żne. By­wa­ło tak, że Ro­bert miał inne spra­wy i wte­dy je­ździł ze mną Matt.

– Że co? – Ethan zro­bił wiel­kie oczy.

– To, co sły­szysz. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go nie ja?!

– Ta­aak, Ka­na­lia na pew­no ska­ka­łby ze szczęścia, gdy­byś uczył się ze mną ta­ńczyć rum­bę – za­kpi­łam. Re­la­cja mo­je­go by­łe­go na­rze­czo­ne­go i naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la ni­g­dy nie na­le­ża­ła do naj­lep­szych. Na­wet wte­dy, gdy Ethan był już z Me­gan.

– Le­piej, że ta­ńczył ją Mat­thew Sul­li­van? – prych­nął, a ja przy­ło­ży­łam pal­ce do skro­ni i za­częłam de­li­kat­nie je ma­so­wać. Mia­łam dość.

– Ka­na­lia ufa mu bez­gra­nicz­nie – mruk­nęłam.

– To się chy­ba nie­dłu­go zmie­ni. – Wy­szcze­rzył ide­al­nie rów­ne bia­łe zęby. Nie­na­wi­dzi­łam go za nie. Moje za­wdzi­ęcza­ły swój wy­gląd la­tom pra­cy or­to­don­tów i sto­ma­to­lo­gów oraz ty­si­ącom wy­da­nych do­la­rów. Jego – czy­stej ge­ne­ty­ce.

Wy­rwa­łam mu z dło­ni ko­per­tę, z któ­rej wy­pa­dł bia­ły kar­to­nik z gra­na­to­wą ob­wo­lu­tą.

– „Za­dzwoń do mnie” – od­czy­tał Ethan, za­gląda­jąc mi przez ra­mię.

Pod spodem był tyl­ko ciąg cyfr.

Na­gle po­czu­łam, jak­by w po­ko­ju zro­bi­ło się nie­zno­śnie go­rąco. Do­ta­rło do mnie, że nie cho­dzi tu o zwy­kłe pod­pi­sa­nie umo­wy na ob­słu­gę praw­ną, ale o praw­dzi­we ma­łże­ństwo! Cho­ler­ny ślub, w któ­rym uczest­ni­czyć będzie też dru­ga oso­ba z krwi i ko­ści. I na do­da­tek z ki­lo­gra­mem mi­ęśni, bo mó­wi­li­śmy o Mat­thew Sul­li­va­nie.

Czy­ste sza­le­ństwo.

– Liv. – Ethan zła­pał mnie za bro­dę i zmu­sił, że­bym na nie­go spoj­rza­ła. – Nie rób tego.

Co?

– Nie rób tego – po­wtó­rzył, jak­by czy­tał mi w my­ślach. – Znam cię. Wy­ko­ńczysz się emo­cjo­nal­nie. Jak wy­obra­żasz so­bie or­ga­ni­zo­wa­nie ślu­bu z kimś, kogo pra­wie nie znasz, a kto de fac­to ma zo­stać zwi­ąza­ny z tobą jesz­cze umo­wą na ob­słu­gę praw­ną?

– Już or­ga­ni­zo­wa­łam ślub z kimś, kogo ko­cha­łam. Obo­je wie­my, jak to się sko­ńczy­ło – po­wie­dzia­łam, wpa­tru­jąc się w nie­go har­do.

Czy na­praw­dę chcia­łam tej ma­ska­ra­dy z Mat­tem? Nie. To wie­dzia­łam na pew­no. Ale czy do­strze­ga­łam plu­sy z tym zwi­ąza­ne? Zde­cy­do­wa­nie tak. Awans za­wo­do­wy i spo­łecz­ny. Ra­do­ść mo­jej mat­ki. Spo­kój ojca. Tyl­ko czy po­tra­fię tak uda­wać? Cho­dzić z nim na ko­la­cje, sie­dzieć obok nie­go, a do tego ta cho­ler­na kam­pa­nia wy­bor­cza.

Mój szef osza­la­łby z ra­do­ści.

– Wyj­dź – po­wie­dzia­łam tak na­gle, że Ethan za­mru­gał ze zdzi­wie­nia.

– Słu­cham?

Wes­tchnęłam, po czym uści­snęłam uspo­ka­ja­jąco jego dłoń.

– Chcia­ła­bym zo­stać sama. Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać. – Wska­za­łam bro­dą kar­to­nik z nu­me­rem te­le­fo­nu.

Zmie­rzył mnie ba­daw­czym wzro­kiem, ale osta­tecz­nie wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i wy­sze­dł.

Wsta­łam, na­la­łam so­bie wody z krysz­ta­ło­wej ka­raf­ki, po czym roz­sia­dłam się wy­god­nie za biur­kiem, cały czas mi­ęto­sząc w dło­ni kar­to­nik, któ­ry już nie wy­glądał tak ele­ganc­ko, jak na po­cząt­ku.

Za­mknęłam oczy i wzi­ęłam głębo­ki wdech. Ci­ąży­ła mi świa­do­mo­ść, że je­śli się na to zgo­dzę, całe moje ży­cie zo­sta­nie wy­wró­co­ne do góry no­ga­mi. I to nie je­dy­na kon­se­kwen­cja, jaka by mnie cze­ka­ła.

Wy­ko­na­ła­bym pół kro­ku wstecz. Pro­sto w ra­mio­na nie­da­le­kiej prze­szło­ści.

Wzi­ęłam do ręki iPho­ne’a, po czym spraw­dzi­łam nu­mer za­pi­sa­ny w kon­tak­tach jako „Mat­thew Sul­li­van”. Ró­żnił się od tego z kar­to­ni­ka. Wzi­ęłam ko­lej­ny wdech, wpi­sa­łam od­po­wied­ni ciąg cyfr i na­ci­snęłam zie­lo­ną słu­chaw­kę.

Pierw­szy sy­gnał. Dru­gi. Trze­ci.

– Oli­via – usły­sza­łam głębo­ki, lek­ko za­chryp­ni­ęty głos, na dźwi­ęk któ­re­go wy­pu­ści­łam z sy­kiem po­wie­trze. Na­wet nie czu­łam, że je wstrzy­my­wa­łam. Po­pra­wi­łam się na sie­dze­niu.

– Skąd wie­dzia­łeś, że to ja?

– Oprócz cie­bie tyl­ko trzy oso­by mają ten nu­mer. Bio­rąc pod uwa­gę, że obcy kon­takt za­dzwo­nił w dniu, w któ­rym wy­sła­łem ci pre­zent, ła­two zgad­nąć, że wła­śnie od­zy­wa się czwar­ta wa­żna oso­ba.

„Czwar­ta wa­żna oso­ba”?

Przy­szła żona fak­tycz­nie może być wa­żna w ży­ciu mężczy­zny – za­kpi­łam w my­ślach.

– Dzi­ęku­ję za vo­ucher – ode­zwa­łam się ci­cho, po czym już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie do­da­łam: – Ale te kwia­ty mo­głeś so­bie da­ro­wać.

Ze słu­chaw­ki do­bie­gł mnie głębo­ki, męski śmiech.

– Prze­cież lu­bisz pi­wo­nie – za­uwa­żył.

– Ow­szem, ale zro­bi­ły fu­ro­rę w kan­ce­la­rii, gdy ku­rie­rzy je wno­si­li.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział z nutą skru­chy. – Chcia­łem wy­słać je do domu, ale nie znam two­je­go ak­tu­al­ne­go ad­re­su.

To mia­ło sens. Miesz­ka­nie, w któ­rym kie­dyś ży­łam z Ka­na­lią, te­raz wy­naj­mo­wa­łam uro­czej pa­rze les­bi­jek. Nie mo­głam tam zo­stać po roz­sta­niu – za dużo wspo­mnień.

– To tro­chę nie­po­ko­jące, że tak do­sko­na­le pa­mi­ętasz, co lu­bię – mruk­nęłam. W du­chu bła­ga­łam, żeby nie wy­mó­wił te­raz tego imie­nia. By nie wspo­mniał, że kon­sul­to­wał to z nim.

– Pew­nych rze­czy się nie za­po­mi­na, Oli­vio.

Od jego uwo­dzi­ciel­skie­go tonu prze­szły mnie ciar­ki.

– Wiem też, że nie lu­bisz whi­sky, lo­dów i soku po­mi­do­ro­we­go.

To praw­da. Nie lu­bi­łam tych rze­czy.

– Nie­zła pa­mi­ęć – wes­tchnęłam, kręcąc się na fo­te­lu jak dziec­ko.

– Zjedz ze mną ko­la­cję – wy­pa­lił nie­spo­dzie­wa­nie.

– Co pro­szę?

– Chcia­łbym, że­byś po­szła ze mną na ko­la­cję – po­wtó­rzył roz­ba­wio­ny.

– Ale… dla­cze­go?

Bra­wo, Oli­vio. Wła­śnie do­sta­łaś me­dal w kon­kur­sie na me­le­pe­tę roku.

– Bo bar­dzo chcę cię za­ob­rącz­ko­wać, pan­no Ha­mil­ton, ale mam wra­że­nie, że nie do ko­ńca po­dzie­lasz mój en­tu­zjazm. – I niby jego ton stał się ofi­cjal­ny, ale po­dej­rze­wa­łam, że w oczach ta­ńczy­ły wła­śnie dia­bel­skie ogni­ki. – Dla­te­go chcia­łbym do­stać szan­sę, by przed­sta­wić ci swo­je ar­gu­men­ty.

Za­le­gła ci­sza. Cała sy­tu­acja po­now­nie zwa­li­ła mi się na gło­wę. On tam był. Żywy czło­wiek, któ­ry miał w tym tkwić ra­zem ze mną. To zna­cząco wy­kra­cza­ło poza czy­sto teo­re­tycz­ną pro­po­zy­cję Pa­tric­ka.

– Pro­szę – do­dał ła­god­nie, a ja zmarsz­czy­łam nos. – Chcia­łbym tyl­ko po­roz­ma­wiać. Je­że­li uznasz, że to za dużo, od­sta­wię cię grzecz­nie do domu, za­nim przy­nio­są de­ser.

Prych­nęłam.

– My­ślisz, że zre­zy­gnu­ję z de­se­ru? Chy­ba nie pa­mi­ętasz mnie tak do­brze, jak ci się wy­da­je.

Co ja, do kur­wy nędzy, wy­pra­wiam?!

Matt znów się za­śmiał. To brzmia­ło… przy­jem­nie.

– Pod­ja­dę po cie­bie do kan­ce­la­rii. Wy­star­czy, że po­wiesz…

– Nie! – prze­rwa­łam mu sta­now­czo. – To zna­czy… le­piej spo­tkaj­my się w ja­ki­mś mało za­tło­czo­nym miej­scu. Może w two­im biu­rze? Sama do­ja­dę.

Po­ta­rłam ner­wo­wo czo­ło.

– A wło­żysz bur­kę, żeby nikt cię nie roz­po­znał po we­jściu do Clou? – za­drwił.

– Bar­dzo za­baw­ne – rzu­ci­łam po­iry­to­wa­na. – Będę koło ósmej, zdążysz zje­ść ko­la­cję – za­żar­to­wa­łam.

– Je­że­li chcesz unik­nąć tłu­mów, Oli­vio, to przy­pom­nę ci, że Clou to ho­tel z ka­sy­nem i klu­bem noc­nym. Wie­czo­ra­mi jest tam dość tłocz­no – po­wie­dział wy­ra­źnie znie­cier­pli­wio­ny.

– Wy­bra­łam tę go­dzi­nę nie po to, by się ukry­wać, Matt – prych­nęłam. – Po pro­stu o siód­mej ko­ńczę ostat­nie spo­tka­nie z klien­tem.

– Do­brze, prze­pra­szam – wes­tchnął. – Będę cze­kał po ósmej. Moje biu­ro znaj­du­je się na czter­dzie­stym pi­ętrze. Gdy wej­dziesz, zgłoś w re­cep­cji, że je­steś moim go­ściem, a ob­słu­ga wska­że ci od­po­wied­nią win­dę i poda kod.

– Dzi­ęku­ję – mruk­nęłam, czu­jąc, jak coś ci­ężkie­go osia­da mi na żo­łąd­ku. Już mia­łam się roz­łączać, gdy Mat­thew do­dał:

– Oli­vio?

– Tak?

– Na­praw­dę nie mogę się do­cze­kać, żeby cię zno­wu zo­ba­czyć.

Odło­ży­łam te­le­fon i opa­dłam na biur­ko, cho­wa­jąc twarz w ra­mio­nach.

To nie mo­gło dziać się na­praw­dę.

Rozdział 3

Matthew Sullivan

O tej po­rze w Sen­su­al pa­no­wa­ła wy­jąt­ko­wa ci­sza. Klub był jesz­cze za­mkni­ęty, a nie­licz­ni pra­cow­ni­cy krząta­li się za­jęci swo­imi obo­wi­ąz­ka­mi.

Sie­dzia­łem w jed­nej z lóż z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i zer­ka­łem na Mar­thę, me­na­dżer­kę. Spraw­dza­ła, czy al­ko­hol ujęty w za­mó­wie­niu po­kry­wa się z fak­tu­rą. W grę wcho­dzi­ła za­wrot­na kwo­ta, więc wy­ma­ga­łem pe­łnej zgod­no­ści. U mnie nie było miej­sca na tani i nie­smacz­ny kok­tajl.

Sie­dzia­łem tak i mi­ęto­li­łem w dło­ni pacz­kę fa­jek, za­sta­na­wia­jąc się, jak wy­rzu­cić z sie­bie to, co po­wi­nie­nem po­wie­dzieć, i ile zębów przez to stra­cę.

– Wy­duś to wresz­cie. – Rob przy­glądał mi się ba­daw­czo znad bu­tel­ki piwa.

– Co ta­kie­go? – burk­nąłem. Ro­bi­łem wszyst­ko, by od­wlec nie­unik­nio­ne.

– Pa­lisz tyl­ko wte­dy, gdy je­steś wkur­wio­ny albo bar­dzo ze­stre­so­wa­ny.

Miał ra­cję. Na ogół nie lu­bi­łem pa­pie­ro­sów. Śmier­dzi od nich wszyst­ko, a to nie za­chęca kon­tra­hen­tów do wspó­łpra­cy ani ko­biet do sek­su. Tyl­ko jak, do cho­le­ry, po­wie­dzieć naj­lep­sze­mu kum­plo­wi, że za­mie­rzam oże­nić się z jego daw­ną na­rze­czo­ną? Prze­cież nie cho­dzi­ło o kil­ku­ty­go­dnio­wą przy­go­dę. To Oli­via, pie­przo­na, Ha­mil­ton. Je­dy­na ko­bie­ta, któ­rą Ro­bert na­praw­dę ko­chał, ale prze­ro­sło go to na tyle, że kom­plet­nie się po­gu­bił. Po ich roz­sta­niu spędzi­li­śmy trzy ty­go­dnie w Bang­ko­ku i le­piej nie mó­wić, co tam wy­czy­nia­li­śmy.

– Sta­ry, nie mam ca­łe­go dnia – mruk­nął, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. – O siód­mej mu­szę być na dru­gim ko­ńcu mia­sta.

– Ko­bie­ta? – rzu­ci­łem, uno­sząc brew.

– Nie. Kur­wa, ty tyl­ko o jed­nym. – Prze­wró­cił ocza­mi. – Sa­rah ma uro­dzi­ny.

– Czy­li ko­bie­ta. – Par­sk­nąłem śmie­chem.

– Ja pier­do­lę – burk­nął z po­li­to­wa­niem. – Przy­po­mi­nam, że to moja ma­co­cha, fu­ja­ro.

Oczy­wi­ście, że o tym wie­dzia­łem. Tak samo jak o tym, że jego oj­ciec zdra­dzał mat­kę z Sa­rah na dłu­go przed roz­wo­dem, a owo­cem ro­man­su jest Brian, młod­szy brat Ro­ber­ta. Wie­dzia­łem też, że jego star­sza sio­stra – Vi­vian – ma fio­ła na punk­cie ró­żo­wych ka­brio­le­tów, a gdy pod­je­żdża ta­kim pod swo­ją kli­ni­kę den­ty­stycz­ną i wkła­da far­tuch le­kar­ski, wszyst­kim opa­da szczęka. Zna­łem go na wy­lot i to dzia­ła­ło w obie stro­ny. Tyl­ko on ro­zu­miał, w jak głębo­kim szam­bie sie­dzę, i tyl­ko dzi­ęki nie­mu jesz­cze nie osza­la­łem, nie wy­lądo­wa­łem z igłą w żyle w ja­ki­mś rynsz­to­ku albo w pier­dlu za za­bój­stwo wła­sne­go ojca.

Mu­sia­łem w ko­ńcu to zro­bić. Ze­brać się na od­wa­gę i wy­znać, jak gów­nia­nym przy­ja­cie­lem by­łem. Ego­istycz­nym, nie­god­nym jego uwa­gi mętem.

– Że­nię się – wy­du­si­łem wresz­cie.

Ro­bert za­ka­słał, wy­plu­wa­jąc piwo. Klep­nąłem go kil­ka razy w ple­cy, aż spoj­rzał na mnie za­łza­wio­ny­mi ocza­mi.

– Dla­cze­go mam wra­że­nie, że mó­wisz po­wa­żnie? – za­py­tał ochry­płym gło­sem, po czym od­chrząk­nął.

– Bo mó­wię – od­po­wie­dzia­łem i jed­nym hau­stem opró­żni­łem szklan­kę.

Ski­nąłem na dziew­czy­nę z ob­słu­gi, by przy­nio­sła nam na­stęp­ną ko­lej­kę.

Za­pa­dła ci­ężka ci­sza. Pró­bo­wa­łem wy­my­ślić, jak prze­jść do jesz­cze moc­niej­szej re­we­la­cji. Tej, któ­ra wbi­je mu nóż w ple­cy.

– Zmu­sił cię? – wy­pa­lił.

Oczy­wi­ście, że się do­my­ślił. Nie mu­sia­łem ni­cze­go wy­ja­śniać. On od razu wie­dział.

– Zo­ba­czył zdjęcia i wy­mu­sił na to­bie ślub dla po­pra­wy wi­ze­run­ku?

Kiw­nąłem tyl­ko gło­wą, wci­ąż nie mo­gąc spoj­rzeć mu w oczy.

– Kur­wa mać! – ryk­nął, a wszy­scy obec­ni na sali spoj­rze­li na nas zdzi­wie­ni. – Trze­ba w ko­ńcu coś zro­bić z tym sta­rym ku­ta­sem!

Ryan, bar­man, pod­sze­dł i po­sta­wił przed nami ko­lej­ne drin­ki. Rzu­cił mi prze­lot­ne spoj­rze­nie, upew­nia­jąc się, że wszyst­ko jest pod kon­tro­lą. Moi pra­cow­ni­cy do­sko­na­le zna­li Ro­ber­ta, ale Ryan za­wsze za­cho­wy­wał czuj­no­ść.

– Nie za­da­łeś jed­ne­go, bar­dzo wa­żne­go py­ta­nia – mruk­nąłem, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. Za­ci­ągnąłem się moc­no. Wi­dząc nie­zro­zu­mie­nie na twa­rzy przy­ja­cie­la, do­da­łem: – Nie chcesz wie­dzieć, kogo oj­ciec wy­brał mi za żonę?

Może nie do ko­ńca oj­ciec – to po­my­sł Gel­le­ra, a Tre­vor tyl­ko onie­miał z za­chwy­tu. Jed­nak mia­łem pra­wo weta i nie sko­rzy­sta­łem z nie­go. Oli­via była wspa­nia­łą ko­bie­tą i z nią cały ten cyrk wy­da­wał się ła­twiej­szy do prze­łk­ni­ęcia.

Je­stem ego­istą w ka­żdym je­ba­nym calu.

– Ko­goś z nie­po­szla­ko­wa­ną re­pu­ta­cją, świet­nym wy­kszta­łce­niem, z bo­ga­tej i zna­nej ro­dzi­ny – wy­li­czał po­wo­li Ro­bert. – Żeby spe­łni­ła wy­ma­ga­nia two­je­go ojca, musi być pi­ęk­na, nie­prze­ci­ęt­nie in­te­li­gent­na, oby­ta w to­wa­rzy­stwie, ale jed­no­cze­śnie na tyle zde­spe­ro­wa­na, by się na to zgo­dzić. – Od­sta­wił z hu­kiem bu­tel­kę.

– Bin­go – mruk­nąłem, opie­ra­jąc łok­cie o sto­lik i cho­wa­jąc twarz w dło­niach.

Ide­al­ny opis Oli­vii Ha­mil­ton. Pi­ęk­nej, bły­sko­tli­wej cór­ki Si­mo­na Ha­mil­to­na. No­wo­jor­skiej Kró­lo­wej Lodu.

– Po­wiedz, kur­wa, że żar­tu­jesz – wy­ce­dził przez za­ci­śni­ęte zęby.

Spoj­rza­łem na nie­go i po­zwo­li­łem, by wy­czy­tał wszyst­ko z mo­ich oczu. Tak, za­mie­rza­łem po­ślu­bić jego eks.

O ile ona się zgo­dzi.

– Po­wiedz, że nie cho­dzi o ko­bie­tę, z któ­rą sam mia­łem wzi­ąć ślub – wy­jąkał.

Szok prze­ro­dził się w gniew, a zło­ść Ro­ber­ta po­wo­li prze­cho­dzi­ła na mnie. Ze­rwał się na rów­ne nogi, prze­wra­ca­jąc bu­tel­kę. Piwo wy­la­ło się na sto­lik i ska­py­wa­ło na podło­gę.

– Matt, do kur­wy! – ryk­nął, a wszy­scy w klu­bie na mo­ment znie­ru­cho­mie­li.

– Uspo­kój się – syk­nąłem, rów­nież wsta­jąc.

Pró­bo­wa­łem zła­pać go za ra­mię, by prze­nie­ść roz­mo­wę do mo­je­go apar­ta­men­tu, ale ode­pchnął mnie i ude­rzył pi­ęścią w twarz.

Po­czu­łem pie­kący ból pro­mie­niu­jący od szczęki, przez po­li­czek, aż do oka, któ­re za­częło pul­so­wać. Cie­pła stru­żka krwi z roz­ci­ętej war­gi ście­kła mi po bro­dzie. Za­chwia­łem się, pchni­ęty siłą cio­su.

Za­słu­ży­łem.

Ryan pod­bie­gł i chwy­cił Ro­ber­ta od tyłu za ra­mio­na, unie­mo­żli­wia­jąc wy­pro­wa­dze­nie ko­lej­ne­go ude­rze­nia. Po chwi­li przy­bie­gła Mar­tha i przy­ło­ży­ła mi coś chłod­ne­go do twa­rzy. Od­su­nąłem jed­nak jej dłoń i mach­nąłem bar­ma­no­wi, żeby pu­ścił mo­je­go kum­pla.

Na­praw­dę za­słu­ży­łem.

Kiw­nąłem na pra­cow­ni­ków, że mogą ode­jść, co nie­chęt­nie zro­bi­li.

Ro­bert opa­rł dło­nie o uda, ci­ężko dy­sząc.

– Jest tyle, kur­wa, ko­biet w tym je­ba­nym mie­ście – wy­ce­dził. – A ty mu­sia­łeś wy­brać wła­śnie ją?

– Nie ja de­cy­do­wa­łem – wy­mam­ro­ta­łem, sta­ra­jąc się pa­no­wać nad emo­cja­mi. – To po­my­sł jej bra­ta.

Pod­nió­sł na mnie spoj­rze­nie. Cała zło­ść ustąpi­ła miej­sca nie­do­wie­rza­niu.

– Pa­trick? To po­my­sł Pa­tric­ka?

Kiw­nąłem gło­wą.

– Pro­wa­dzi kam­pa­nię wy­bor­czą ojca. Mo­że­my usi­ąść? – za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na gra­na­to­wą ka­na­pę.

– Wiem, że pra­cu­je z Tre­vo­rem. Wi­dzie­li­śmy się prze­cież kil­ka razy – prych­nął. Jego szczęki były tak moc­no za­ci­śni­ęte, że dzi­wi­łem się, że w ogó­le może mó­wić. – Ni­g­dy bym nie po­wie­dział, że dla swo­je­go zy­sku jest w sta­nie po­świ­ęcić Oli­vię.

– To nie do ko­ńca tak wy­gląda – burk­nąłem, sia­da­jąc. Nie spodo­ba­ło mi się to sfor­mu­ło­wa­nie. – Ona też spo­ro zy­ska.

Ro­bert ro­ze­śmiał się gorz­ko.

– Ja­sne! Do­sta­nie wspa­nia­łe­go Mat­thew Sul­li­va­na! Z desz­czu pod je­ba­ną ryn­nę!

– To, że ty ją zdra­dza­łeś, nie ozna­cza, że ja też będę – od­wark­nąłem, czu­jąc na­ra­sta­jącą iry­ta­cję.

Zmie­rzył mnie wście­kłym wzro­kiem.

– A więc to ma­łże­ństwo wca­le nie będzie lip­ne? Za­mie­rzasz ją uwie­ść i po­su­wać?

Te­raz to ja mia­łem ocho­tę przy­wa­lić w twarz jemu.

– Usza­nu­ję ka­żdą jej de­cy­zję. Ale, do kur­wy nędzy, Ro­bert! Ona jest pi­ęk­ną ko­bie­tą, a ja tyl­ko fa­ce­tem, któ­ry na do­da­tek będzie na sek­su­al­nej abs­ty­nen­cji! My­ślisz, że je­że­li coś za­su­ge­ru­je, to się jej oprę?

Nie będę uda­wał świ­ęte­go. Gdy­by Oli­via Ha­mil­ton – z jej osza­ła­mia­jący­mi wło­sa­mi, nie­na­gan­ną fi­gu­rą i no­ga­mi do nie­ba – chcia­ła się ze mną prze­spać, z chęcią wzi­ąłbym ją tu, na tym sto­le.

– Za­raz przy­pier­do­lę ci jesz­cze raz – wark­nął, dy­go­cząc z ha­mo­wa­nej fu­rii.

Mie­rzy­li­śmy się spoj­rze­nia­mi. Czu­łem pul­su­jący ból pra­wej stro­ny twa­rzy i dzi­ęki Bogu za nie­go, bo tyl­ko on jesz­cze mnie otrze­źwiał, przez co nie stra­ci­łem nad sobą kon­tro­li.

Pora za­dać ostat­ni cios.

– Prze­nio­sę Clou pod jej opie­kę praw­ną. Zo­sta­nie part­ne­rem w Par­ker & Brown.

Ro­bert po­kręcił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy­li tra­cę nie tyl­ko przy­ja­cie­la, ale też naj­wi­ęk­sze­go klien­ta?

– Zro­bię wszyst­ko, by się zgo­dzi­ła, Rob. Wiesz, o co to­czy się gra.

Opa­dł zre­zy­gno­wa­ny na opar­cie ka­na­py i ukrył twarz w dło­niach. Tkwił tak dłu­ższą chwi­lę, po czym po­wie­dział po­ko­na­nym gło­sem:

– Czy­li jesz­cze się nie zgo­dzi­ła?

– Dzi­siaj z nią o tym po­ga­dam.

Po­ki­wał gło­wą.

– Py­ta­ła o mnie?

Mia­łem ocho­tę prze­wró­cić ocza­mi.

– Nie.

Po­now­nie po­ki­wał gło­wą.

– Dzi­wisz się? – rzu­ci­łem, mie­rząc go spoj­rze­niem pe­łnym po­li­to­wa­nia.

– Ani tro­chę – przy­znał ci­cho. – Ile to ma trwać?

– Oko­ło trzech lat. Oj­ciec chce ogło­sić za­ręczy­ny jak naj­szyb­ciej, ale Pa­trick po­sta­wił wa­ru­nek, że naj­pierw mu­si­my spo­tkać się z ich ro­dzi­ca­mi. Po­tem kil­ka mie­si­ęcy na or­ga­ni­za­cję ślu­bu, więc do ko­ńca kam­pa­nii wy­bor­czej po­win­no być po wszyst­kim. Dwa lata ma­łże­ństwa i roz­wód. Od­dam jej po nim wszyst­ko, cze­go będzie chcia­ła.

– Na­wet Clou? – za­kpił Ro­bert.

– Wąt­pię, by Oli­via Ha­mil­ton ma­rzy­ła o Clou. – Za­śmia­łem się, a on mi za­wtó­ro­wał.

Naj­wi­ęk­szy kry­zys chy­ba był już za­że­gna­ny, co przy­jąłem z nie­ma­łą ulgą. Ro­bert wie­dział, że na sza­li jest coś znacz­nie wa­żniej­sze­go niż jego duma.

– Kup jej pi­wo­nie – po­wie­dział na­gle.

– Co?

– Mó­wi­łeś, że dzi­siaj się z nią spo­ty­kasz. Kup jej pi­wo­nie. Lubi je.

Wzi­ąłem głębo­ki wdech.

– Już to zro­bi­łem.

Za­mknął oczy i po­ta­rł skroń.

– Wy­sła­łem dzi­siaj do biu­ra Oli­vii kwia­ty i za­pro­sze­nie na kurs ta­ńca to­wa­rzy­skie­go.

Przez jego twarz prze­mknął cień iry­ta­cji.

– Tak bar­dzo spodo­ba­ło ci się za­stępo­wa­nie mnie na tym kur­sie, że po­sta­no­wi­łeś pó­jść na ca­ło­ść?

Si­ęgnąłem po na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa, sta­ra­jąc się nie dać wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. To ostat­nie, cze­go było mi trze­ba, je­że­li nie chcę stra­cić przy­ja­cie­la.

– To jej się po­do­ba­ło. Była wte­dy taka lek­ka i wol­na, że to pierw­sza rzecz, któ­ra przy­szła mi do gło­wy.

Ro­bert mil­czał, za­że­no­wa­ny. Ni­g­dy nie zo­ba­czył tej szczęśli­wej i roz­lu­źnio­nej Oli­vii, bo nie po­sze­dł z nią na ani jed­ną lek­cję, co ona skrzęt­nie ukry­wa­ła przed ca­łym świa­tem.

Na­gle na jego twa­rzy wy­kwi­tł zło­śli­wy uśmiech.

– Co? – burk­nąłem po­dejrz­li­we, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

Na­gle po­ja­wi­ła się Mar­tha z po­piel­nicz­ką. Spoj­rza­ła wy­mow­nie na umiesz­czo­ną na ścia­nie ta­blicz­kę, któ­ra mó­wi­ła, że w klu­bie pa­nu­je za­kaz pa­le­nia. Wy­szcze­rzy­łem zęby i kiw­nąłem gło­wą w po­dzi­ęko­wa­niu, ale tyl­ko ob­da­rzy­ła mo­je­go przy­ja­cie­la po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i zwró­ci­ła się do mnie:

– Masz, po­sie­dź z tym chwi­lę, bo spuch­nie ci pół twa­rzy. – Po­da­ła mi ko­lej­ną ście­recz­kę, w któ­rą za­wi­nęła lód.

Chwy­ci­łem ją z ulgą i przy­ci­snąłem do po­licz­ka.

– Więc? – Wró­ci­łem spoj­rze­niem do Ro­ber­ta. – Cze­mu su­szysz zęby?

Po­pra­wił się na ka­na­pie i wzi­ął piwo do ręki.

– Na pew­no była wkur­wio­na – rzu­cił we­so­ło.

– O co?

– O to, że zro­bi­łeś szop­kę w kan­ce­la­rii – od­po­wie­dział trium­fal­nie.

– Taaa, zdąży­ła mi to wy­po­mnieć przez te­le­fon. – Par­sk­nąłem śmie­chem, na co Thomp­son zno­wu spo­chmur­niał.

– Czy­li roz­ma­wia­łeś z nią o ślu­bie?

– Gel­ler przed­sta­wił jej plan. Oli­via roz­wa­ża to od paru dni, a mnie ko­ńczy się czas, któ­ry do­sta­łem od ojca.

Ro­bert spoj­rzał na mnie, a jego oczy po­now­nie za­pło­nęły gnie­wem.

– A co, je­śli twój sta­ry zno­wu coś od­wa­li?

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łem, kom­plet­nie nie poj­mu­jąc, o co mu cho­dzi. – Prze­cież nic jej nie zro­bi.

– On może nie.

Z hu­kiem odło­ży­łem ścier­kę z lo­dem na sto­lik. Nie­mal wszyst­kie moje mi­ęśnie się spi­ęły. Wie­dzia­łem, do cze­go pił, i kom­plet­nie nie chcia­łem tego słu­chać.

– Będzie bez­piecz­na – wark­nąłem, po czym za­ci­ągnąłem się moc­no pa­pie­ro­sem.

– Je­steś pe­wien? – za­szy­dził. – Bo ja nie do ko­ńca.

– Po­wie­dzia­łem, że będzie bez­piecz­na! – krzyk­nąłem, a Thomp­son unió­sł wy­mow­nie brwi.

– Prze­cież po­win­ni­ście ra­zem za­miesz­kać. Je­że­li uwa­żasz, że twój oj­ciec przez trzy lata nic nie od­wa­li, to je­steś idio­tą. Po ja­kie­jś ak­cji wró­cisz do domu i spoj­rzysz jej spo­koj­nie w twarz? – za­py­tał, kła­dąc na­cisk na sło­wo „spo­koj­nie”.

Mil­cza­łem. Wie­dzia­łem, że chce mnie spro­wo­ko­wać i udo­wod­nić swo­ją ra­cję. Po­now­nie się za­ci­ągnąłem, po czym strze­pa­łem po­piół do po­piel­nicz­ki.

– Spoj­rzę do­kład­nie tak samo, jak pa­trzę te­raz na cie­bie – po­wie­dzia­łem pew­nie.

Wy­buch­nął pe­łnym iro­nii śmie­chem.

– Po­słu­chaj uwa­żnie – za­cząłem, wa­żąc ka­żde sło­wo. – Nie pla­no­wa­łem tego. Ma­łże­ństwo z oso­bą, któ­rą le­d­wo znam, nie jest szczy­tem mo­ich ma­rzeń. Tym bar­dziej nie jest nim ma­łże­ństwo z two­ją byłą na­rze­czo­ną. Ale sta­ło się, mle­ko wy­la­ne. Oj­ciec ja­sno za­su­ge­ro­wał, do cze­go do­pro­wa­dzę, je­śli tego nie zro­bię, a do­sko­na­le wiesz, że są dla mnie rze­czy wa­żniej­sze niż mój i twój kom­fort.

Ro­bert wy­ci­ągnął z pacz­ki pa­pie­ro­sa i za­czął ob­ra­cać go w pal­cach. Sie­dzie­li­śmy w ci­szy. Ka­żdy ana­li­zo­wał wła­sne po­ło­że­nie i za­sta­na­wiał się, do­kąd to do­pro­wa­dzi na­szą przy­ja­źń. Nie chcia­łem tra­cić je­dy­ne­go praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la.

– Gel­ler to fiut – stwier­dził po dłu­ższej chwi­li. – Uwa­żaj na nie­go.

– Dla­cze­go?

– Jest pod­stęp­ną men­dą, któ­ra ci­ągle pod­bu­rza­ła Oli­vię prze­ciw­ko mnie.

Par­sk­nąłem śmie­chem.

– Może po pro­stu zna się na lu­dziach?

Otwo­rzył usta, by za­opo­no­wać, ale za­miast tego po­kręcił gło­wą z re­zy­gna­cją.

– Nie­wy­klu­czo­ne.

Ro­bert ni­g­dy nie ukry­wał, że to on za­wa­lił i że to przez nie­go roz­pa­dł się ich zwi­ązek. Wzi­ął winę w ca­ło­ści na sie­bie.

– Dla­cze­go wła­ści­wie mają ró­żne na­zwi­ska? Inny oj­ciec? – za­py­ta­łem przy­ja­cie­la, a na jego twa­rzy po­ja­wił się dziw­ny wy­raz. Jak­by się za­sta­na­wiał, ile może zdra­dzić.

– Ha­mil­ton nie jest bio­lo­gicz­nym oj­cem Liv. Ma na­zwi­sko po oj­czy­mie, a Gel­ler zo­stał przy ro­do­wym.

– Czy­li zmie­ni­ła je po prze­pro­wadz­ce do No­we­go Jor­ku?

– Wła­ści­wie przed. Lin­da za­częła spo­ty­kać się z Si­mo­nem, gdy jesz­cze miesz­ka­li w Los An­ge­les. Oli­via szyb­ko skra­dła ser­ce Ha­mil­to­na i sta­ła się jego uko­cha­ną có­recz­ką.

Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy ze zdzi­wie­nia. To nie do ko­ńca nor­mal­ne.

– Na­praw­dę przy­jęła na­zwi­sko mężczy­zny, któ­ry był wte­dy tyl­ko chło­pa­kiem jej mat­ki? Co ta­kie­go od­wa­lił jej oj­ciec, że tak bar­dzo chcia­ła się od­ci­ąć?

Ro­bert za­mil­kł, a ja po­jąłem, że nie tyl­ko moja ro­dzi­na skry­wa tru­py w sza­fie.

– O to mu­sisz już za­py­tać na­rze­czo­ną – prych­nął, ak­cen­tu­jąc ostat­nie sło­wo.

„Na­rze­czo­ną”.

Pierw­szy raz ktoś wy­mó­wił to na głos, a mnie za­ci­snął się żo­łądek. W na­tło­ku wy­da­rzeń na­wet nie ana­li­zo­wa­łem, jak to będzie wy­glądać w prak­ty­ce. Wspól­ne even­ty w kam­pa­nii, bale cha­ry­ta­tyw­ne i rand­ki dla pa­pa­raz­zich – to tyl­ko wierz­cho­łek góry lo­do­wej. Głębiej kry­ły się uro­dzi­ny mo­ich sio­strze­nic, obia­dy u mat­ki, wy­jścia ze zna­jo­my­mi, wspól­ne śnia­da­nia i ko­la­cje. Po pro­stu… co­dzien­no­ść.

Ro­bert po­kle­pał mnie po­krze­pia­jąco po ple­cach.

– Ja­koś to ogar­nie­my, sta­ry – po­wie­dział w ko­ńcu. – Sy­tu­acja jest chu­jo­wa i ja też po­trze­bu­ję cza­su, by po­ukła­dać to so­bie w gło­wie, ale wci­ąż je­ste­śmy kum­pla­mi. Tyl­ko nie proś, że­bym zo­stał two­im świad­kiem. To po­nad moje siły.

– Oli­via będzie nie­po­cie­szo­na – mruk­nąłem.

Wy­krzy­wił war­gi w czy­mś w ro­dza­ju gorz­kie­go uśmie­chu.

Le­żący na sto­li­ku te­le­fon za­czął wi­bro­wać, a na ekra­nie po­ja­wi­ło się na­zwi­sko mo­jej se­kre­tar­ki.

– Bo­ska Me­lin­da. – Ro­bert wy­szcze­rzył zęby. Śli­nił się do niej od dłu­ższe­go cza­su. Cho­ler­ny pies na baby.

– Za­po­mnij – wark­nąłem i ode­bra­łem po­łącze­nie. – Co jest? – rzu­ci­łem do słu­chaw­ki.

– To ja py­tam, co jest – burk­nęła. Moje re­la­cje z Me­lin­dą były spo­ro lu­źniej­sze niż ty­po­wo za­wo­do­we. Po­zwa­la­ła so­bie na wie­le, do­pro­wa­dza­jąc swo­im ci­ętym języ­kiem do sza­łu.

– O czy­mś za­po­mnia­łem? – Pró­bo­wa­łem po­ła­pać się w tym, co mo­głem po­mi­nąć.

– Za­po­mnia­łeś – po­twier­dzi­ła. – Za­po­mnia­łeś mi po­wie­dzieć, że wie­czo­rem masz spo­tka­nie z oj­cem i jego szta­bem, a ja trza­skam nad­go­dzi­ny.

Wy­pro­sto­wa­łem się.

– Nie mam żad­ne­go spo­tka­nia z oj­cem, tyl­ko z Oli­vią Ha­mil­ton. Nie mu­sisz zo­sta­wać.

Ro­bert drgnął. Na dźwi­ęk tego na­zwi­ska po­now­nie chwy­cił pacz­kę z faj­ka­mi.

– No to masz nie­ak­tu­al­ne in­for­ma­cje – prych­nęła. – Przed chwi­lą dzwo­ni­ła asy­stent­ka bur­mi­strza, by po­twier­dzić, że będą we trój­kę.

Za­ci­snąłem po­wie­ki, a krew w mo­ich ży­łach za­częła pły­nąć dwa razy szyb­ciej. Pie­przo­ny Tre­vor Sul­li­van.

– Chy­ba rze­czy­wi­ście mu­szę zak­tu­ali­zo­wać wie­dzę – wark­nąłem. – I za­raz to zro­bię.

Roz­łączy­łem się bez po­że­gna­nia i wy­bra­łem ko­lej­ny nu­mer.

Pla­no­wa­łem spędzić ten wie­czór z Liv – po­roz­ma­wiać i przed­sta­wić swo­je ra­cje. Wy­pra­co­wać ja­kieś kom­pro­mi­sy do­ty­czące nad­cho­dzących ty­go­dni. Po­znać ją le­piej i po­zwo­lić choć tro­chę po­znać sie­bie. Ale oj­ciec na wszyst­kim mu­siał po­ło­żyć swo­je łap­ska.

– Kan­ce­la­ria Par­ker & Brown, te­le­fon Oli­vii Ha­mil­ton, w czym mogę po­móc? – ode­zwał się ni­ski, męski głos.

Od­su­nąłem słu­chaw­kę od ucha, by zy­skać pew­no­ść, że wy­bra­łem od­po­wied­ni nu­mer.

– Dla­cze­go od­bie­rasz jej pry­wat­ny te­le­fon? – wark­nąłem.

– Nie od­bie­ram – pa­dła chłod­na od­po­wie­dź. – Pan­na Ha­mil­ton jest na spo­tka­niu i usta­wi­ła prze­kie­ro­wa­nie roz­mów na nu­mer słu­żbo­wy.

Mu­sia­łem po­li­czyć do pi­ęciu, żeby nie ob­rzu­cić go ste­kiem wy­zwisk.

– Masz do­stęp do jej ka­len­da­rza?

– Chce pan umó­wić spo­tka­nie? Oba­wiam się, że musi pan za­cze­kać, aż Oli­via sko­ńczy.

„Oli­via”. Więc to nie asy­stent – uży­wa­nie imie­nia pani me­ce­nas by­ło­by mało pro­fe­sjo­nal­ne.

– Już je­stem umó­wio­ny na wie­czór, ale wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że za­szły po­wa­żne zmia­ny, i chcia­łbym wy­ja­śnić to z nią.

Po dru­giej stro­nie za­le­gła głu­cha ci­sza.

– Mat­thew Sul­li­van, zga­dza się? – za­py­tał fa­cet, a ja po­czu­łem, jak ci­śnie­nie po­now­nie mi ska­cze. Czy­żby coś wie­dział?

– Tak. Z kim roz­ma­wiam?

– Mie­li­śmy oka­zję się po­znać. Ethan Ward – oznaj­mił.

Od razu sta­nął mi przed ocza­mi wy­so­ki, ru­do­wło­sy ko­leś, któ­ry ci­ągle kręcił się obok Liv i do­pro­wa­dzał Ro­ber­ta do sza­łu. W złym zna­cze­niu tego sło­wa. Bar­dzo złym.

– Dla­cze­go od­bie­ra pan jej słu­żbo­wy te­le­fon? Prze­cież ma asy­sten­ta.

– Nie mu­szę nic panu tłu­ma­czyć, Sul­li­van – za­kpił Ward. – Ale dla pana spo­ko­ju wy­ja­śnię, że Oli­via spo­dzie­wa się te­le­fo­nu od wa­żne­go klien­ta, a ja je­stem upo­wa­żnio­ny do tego, by go ode­brać. Jak już mó­wi­łem, jest w tej chwi­li na spo­tka­niu.

Dla mo­je­go spo­ko­ju?

– Niech do mnie za­dzwo­ni, gdy sko­ńczy – wy­ce­dzi­łem i już chcia­łem się roz­łączyć, ale wte­dy usły­sza­łem:

– Pew­nie już nie zdąży. Ale je­śli cho­dzi o pa­ński pro­blem: Liv roz­ma­wia­ła z bra­tem o dzi­siej­szych pla­nach, a Pa­trick naj­wy­ra­źniej prze­ka­zał tę in­for­ma­cję da­lej.

Wie­dział. Mu­siał wie­dzieć. Fala wście­kło­ści prze­la­ła się przez mój or­ga­nizm.

Po­now­nie roz­łączy­łem się bez sło­wa i ci­snąłem te­le­fo­nem w ścia­nę.

– Coś nie py­kło? – Ro­bert nie krył roz­ba­wie­nia, pa­trząc na szcząt­ki iPho­ne’a.

– Ethan Ward – wark­nąłem.

Po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

– Na nie­go też uwa­żaj. Na bank już mu po­wie­dzia­ła. Ko­leś od lat ma do niej sła­bo­ść, mimo że jest żo­na­ty. A Liv trak­tu­je go jak bra­ta i ni­cze­go nie wi­dzi. W su­mie… – Na­gle urwał, dra­pi­ąc się pal­cem po bro­dzie. – Był taki mo­ment, w któ­rym my­śla­łem, że ta żona jest tyl­ko przy­kryw­ką, by do­brać się Liv do maj­tek.

Za­je­bi­ście.

Co­py­ri­ght © for the text by Ju­lia Hel­lar

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-69-2

Spis treści

Od autorki

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka