Heartless. Nie(chciana) #2 - Leonia Oscar - ebook
NOWOŚĆ

Heartless. Nie(chciana) #2 ebook

Leonia Oscar

4,5

1506 osób interesuje się tą książką

Opis

Santino Brassi przez lata traktował swój związek jak błąd, o którym najchętniej by 

zapomniał. Wszystko się zmienia, gdy Ava wraca i żąda unieważnienia małżeństwa.

Problem w tym, że ich nazwiska ponownie przyciągają niebezpieczeństwo, a jedynym sposobem, by przetrwać, jest odegranie roli idealnej pary.

Tyle że Ava nie jest już kobietą, którą kiedyś zignorował. Nie pozwala się kontrolować i chroni swoją niezależność. A Santino coraz bardziej zatraca się w pragnieniu odkrycia prawdy o ich przeszłości… i samej Avie.

W świecie, gdzie każde uczucie ma swoją cenę, jedno potknięcie może kosztować wszystko. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 481

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (141 ocen)
109
15
3
11
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ptewa

Z braku laku…

Tak samo rozciągnięta jak pierwsza część. I dalej nic się nie dzieje. Ona nie dostępna a on z sinymi j.jami. pisanie o niczym świetnie wychodzi autorce.
167
Scienta

Nie oderwiesz się od lektury

Chcę następną cześć na już 😅, świetnie się czyta, polecam.
92
Dot65

Nie oderwiesz się od lektury

Seria "Invictus Boss" była świetna ale Heartless chyba jeszcze lepszy 🙂 Uwielbiam pióro Leoni Oskar ❤️
81
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

to było tak dobre, kocham tego cwaniaka. Czemu to się tak szybko skończyło?
81
MonikaMonmar

Nie oderwiesz się od lektury

Troche malo akcji czekam na 3 czesc.
70



Dla mo­ich ro­dzi­ców.

Mam na­dzie­ję, że je­ste­ście ze mnie dum­ni.

Ostrzeżenie

Ta ksi­ążka za­wie­ra tre­ści prze­zna­czo­ne wy­łącz­nie dla do­ro­słych od­bior­ców. Po­ja­wia­ją się w niej mo­ty­wy dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej, ma­ni­pu­la­cji, prze­mo­cy (w tym tor­tu­ry oraz sce­ny ero­tycz­ne).

Nie­któ­re wąt­ki mogą być trud­ne lub nie­kom­for­to­we dla wra­żli­wych czy­tel­ni­ków.

Wszyst­kie te za­cho­wa­nia zo­sta­ły wy­kre­owa­ne na po­trze­by tej hi­sto­rii.

1

Santino

– Bras­si, chło­pie! – Wzdry­gnąłem się, sły­sząc pi­jac­ki be­łkot Tho­ra, ale na wi­dok jego ucha­cha­nej i za­ro­śni­ętej gęby na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech. Ale go, kur­wa, schla­łem. – Mu­si­my to po­wtó­rzyć, sta­ry!

– Ja­sne, już pędzę – mruk­nąłem, ale tak, aby mnie usły­szał.

– Lu­bię cię, su­kin­sy­nu! – huk­nął, wa­ląc mnie w ple­cy. Nie by­łem mu dłu­żny i po moim czu­łym klep­ni­ęciu za­bra­kło mu na chwi­lę tchu w tym wiel­kim ciel­sku. – Ja pie­przę, chło­pie. Masz ty parę!

– Da­waj, Thor! – Do­ta­rł do nas krzyk Glo­oma. – Bo będziesz się czo­łgał, pi­ja­ny gno­ju.

Reszt­ką sił utrzy­my­wa­łem pio­no­wą po­zy­cję. Prze­cież nie zbła­źnię się przed tym wi­kin­giem, na Boga! Jesz­cze przyj­dzie mu do tej pu­stej łe­pe­ty­ny myśl, że dał mi radę. No nie ma ta­kiej mo­żli­wo­ści, aby po­ko­nał mnie ja­kiś tam bi­ker.

– Kur­wa! Dzi­ęki Bogu – sap­nąłem.

Trzech pi­ja­ków wła­do­wa­ło się do auta. Thor jak na­rąba­na pa­nien­ka wy­chy­lił się przez okno i ma­chał do nas wci­ąż z tym sze­ro­kim, pi­jac­kim uśmie­chem. Nasi lu­dzie mie­li od­wie­źć ich na­rąba­ne ty­łki do sie­dzi­by, niech tam zaj­mą się nimi klu­bo­we pa­nien­ki.

Ode­tchnąłem z ulgą, gdy wóz znik­nął z za­si­ęgu wzro­ku, i w ko­ńcu mo­głem dać wspar­cie wła­snym no­gom.

– Ja pier­do­lę – sap­nąłem, opie­ra­jąc się o naj­bli­ższą ścia­nę. Zwie­si­łem gło­wę, od­dy­cha­łem głębo­ko chłod­nym po­wie­trzem. Wci­ąż była noc, ale nie­bo już się roz­ja­śnia­ło, za­po­wia­da­jąc ko­lej­ny fan­ta­stycz­ny dzień i nie­ocze­ki­wa­ne wy­zwa­nia, któ­rym będę mu­siał spro­stać. – Ni­g­dy wi­ęcej, sta­ry.

– Słab­niesz, bra­cie.

Unio­słem gło­wę, po­ko­nu­jąc sil­niej­szą niż za­zwy­czaj gra­wi­ta­cję, i spoj­rza­łem ze zło­ścią na sto­jące­go obok mnie Rinę. Gdy mu się przyj­rza­łem, stwier­dzi­łem, że bez wspar­cia w po­sta­ci muru nasz boss le­ża­łby na par­kin­gu i do­go­ry­wał.

Roz­go­nie­nie pi­ja­ne­go to­wa­rzy­stwa to coś, co na wie­ki po­zo­sta­je w męskiej pa­mi­ęci. Te uści­ski, te wy­lew­ne po­że­gna­nia… Za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że to do­me­na ko­biet, ale – jak się wła­śnie prze­ko­na­łem – i nam, fa­ce­tom, się to zda­rza. Ni­g­dy wcze­śniej nie do­szło do ta­kiej sy­tu­acji, ale i ni­g­dy nie było ta­kiej im­pre­zy. Po­trząsnąłem gło­wą, śmie­jąc się ci­cho pod no­sem. Da­lej wkur­wiał mnie ten blon­das, ale już nie pla­no­wa­łem roz­wa­lić go moją gi­we­rą. To zna­czy ocho­tę mia­łem, i to wiel­ką, go­rzej nie­ste­ty z sa­mym wy­ko­na­niem. Te­raz za ka­żdym ra­zem mu­sia­łem so­bie przy­po­mi­nać, że to nasz so­jusz­nik i ja­koś nie­po­li­tycz­nie będzie wy­gląda­ło, je­śli zbry­zgam krwią Tho­ra nasz bra­ter­ski pakt z bi­ke­ra­mi.

Dla wy­ja­śnie­nia – to sło­wa Riny, nie moje. By­łem pe­wien, że ina­czej by śpie­wał te swo­je mądro­ści, gdy­by to na jego ko­bie­cie za­wie­sił oko ten prze­klęty Thor.

– Przy oka­zji… Dzi­ęki za przy­pie­prze­nie mi w szczękę. – Przy­po­mnia­łem so­bie i dla lep­sze­go efek­tu po­ma­so­wa­łem opuch­ni­ęte miej­sce. – Mo­żesz być pe­wien, że ci się od­wdzi­ęczę.

– Na­le­ża­ło ci się jesz­cze za ten lunch z Ale­xią – wy­pluł z sie­bie ury­wa­nym gło­sem. – Kur­wa, ale się na­je­ba­łem.

– Pa­mi­ętli­wy su­kin­syn – mruk­nąłem.

Wal­nąłbym gno­ja, ale po cho­le­rę? Za dużo ener­gii mu­sia­łbym wło­żyć w ten cios, a efekt i tak by mnie nie usa­tys­fak­cjo­no­wał, przy­naj­mniej nie wte­dy, gdy by­łem w ta­kim sta­nie. Jak wa­lić, to po­rząd­nie, a piesz­czo­ty zo­sta­wić dla mo­jej Avy.

Wró­ci­ła do mnie roz­mo­wa z bi­ke­rem. Opa­rłem gło­wę o ścia­nę i przy­mknąłem oczy, za­sta­na­wia­jąc się, jak za­py­tać o to, co pod­su­nął mi Thor.

– Te, Rina, po­wiedz mi coś. Uwo­dzi­łeś swo­ją la­lecz­kę czy tak po pro­stu ją so­bie wzi­ąłeś?

Po­czu­łem na so­bie spoj­rze­nie Se­ba­stia­na i od­wró­ci­łem się w jego stro­nę. Na przy­stoj­nej ja­dacz­ce wi­dać było wy­ra­źne śla­dy nie­prze­spa­nej nocy i wy­pi­te­go al­ko­ho­lu.

– Masz za­miar uwie­ść Avę?

– Zde­cy­do­wa­nie – od­po­wie­dzia­łem bez za­sta­no­wie­nia.

– A co z roz­wo­dem?

– Za­po­mnij o tym – rzu­ci­łem. – Żad­ne­go roz­wo­du nie będzie.

– Ro­zu­miem, że roz­ma­wia­łeś o tym z Avą i to wa­sza wspól­na de­cy­zja?

Daj­cie mi odro­bi­nę cier­pli­wo­ści, bo przy­si­ęgam, moja pi­ęść na­praw­dę spo­tka się z jego gębą.

– A przy­je­bać ci? – wark­nąłem, wi­dząc na jego twa­rzy zło­śli­wy uśmiech.

Rina par­sk­nął śmie­chem, ale za­raz po­tem spo­wa­żniał. Ani tro­chę nie po­do­ba­ła mi się wi­zja tego, co za­mie­rzał po­wie­dzieć.

– Sant, mo­że­my so­bie żar­to­wać, ale wiesz do­sko­na­le, że ona chce unie­wa­żnić wa­sze ma­łże­ństwo. Moja zgo­da na wy­stąpie­nie do sądu to dla niej tyl­ko for­mal­no­ść. Ma w po­wa­ża­niu na­sze tra­dy­cje i całą or­ga­ni­za­cję. Udo­wod­ni­ła już, że świet­nie so­bie ra­dzi bez ma­fii za ple­ca­mi. Zro­bi, co będzie chcia­ła, a jak znaj­dzie łeb­skie­go praw­ni­ka, ten po­pro­wa­dzi ją bez pro­ble­mu.

Ci­śnie­nie wy­sko­czy­ło mi poza ska­lę. Że niby co? Praw­nik? Po­gi­ęło go?

– Nie, do cho­le­ry! – Zde­ner­wo­wa­łem się, wbi­ja­jąc wzrok w Se­ba­stia­na. – Ona jest moja. Z pa­pier­kiem czy bez, ta dziew­czy­na na­le­ży do mnie. Nie ma mo­żli­wo­ści, żeby znik­nęła z mo­je­go ży­cia.

– Ja pie­przę, Sant… Zno­wu cię wzi­ęło – usły­sza­łem. – Słu­chaj, przy­je­dź do mnie po po­łud­niu, to po­ga­da­my. Ale po po­łud­niu, a nie za dwie go­dzi­ny. Mu­szę wy­trze­źwieć.

– A po cho­le­rę? – za­py­ta­łem, ma­jąc w pa­mi­ęci plan uwie­dze­nia żony.

Ta wi­zja za­go­ści­ła w mo­jej gło­wie na do­bre. Może i ten za­ro­śni­ęty wi­king miał ra­cję? Co dziw­ne, nie cho­dzi­ło mi o samą fi­zycz­no­ść. Sam by­łem tym zdzi­wio­ny, gdy do­ta­rło do mnie, że to tej dziew­czy­ny chcę. Z sek­sem czy bez nie­go. To Ava, moja nisz­czy­ciel­ka męskich ma­rzeń, była w tym naj­wa­żniej­sza.

– Po­ga­da­my z moim oj­cem. Może ma coś, co ci po­mo­że.

– Niby w czym? – Par­sk­nąłem pi­jac­kim śmie­chem. – Mam się za­py­tać two­je­go ojca, jak uwie­ść wła­sną żonę?

– Sant, przy­po­mi­nam ci, że łączy cię z nią pie­przo­ny kon­trakt sta­re­go Man­cu­so. Sam po­wie­dzia­łeś, że nie wiesz do­kład­nie, co w nim było, a mam po­wo­dy przy­pusz­czać, że oj­ciec wie wi­ęcej, niż nam się wy­da­je.

Kiw­nąłem, przy­zna­jąc Ri­nie ra­cję. Mia­łem się tym za­jąć, ale wy­szły w mi­ędzy­cza­sie inne spra­wy i ca­łko­wi­cie wy­le­cia­ło mi to z gło­wy. Pa­pier­ki były w po­sia­da­niu Fran­co. Po­nie­waż da­lej był praw­ni­kiem or­ga­ni­za­cji, po­zo­sta­wi­łem wszyst­ko w jego rękach. Ten ich praw­ni­czy be­łkot był dla mnie nie do zro­zu­mie­nia.

Za­ci­snąłem po­wie­ki, wy­rzu­ca­jąc z umy­słu de­struk­cyj­ne my­śli o tym, że Ava odej­dzie. Nie do­pusz­czę do tego! To nie pie­przo­ny ka­prys czy na­głe olśnie­nie. To nie mi­nie, na­wet za sto pie­przo­nych lat. Na­le­ża­ła do mnie. Jak żad­na przed nią i żad­na po niej. Albo Ava, albo nikt. In­nej opcji ani dro­gi w ży­ciu nie wi­dzia­łem. Mo­żna po­wie­dzieć, że do­sta­łem po­rząd­ne­go kopa i się ock­nąłem. Zde­cy­do­wa­nie nie dla­te­go, że do­wie­dzia­łem się praw­dy i że ży­cie Avy było w nie­bez­pie­cze­ństwie.

Lu­dzie, to te cho­ler­ne oczy i to, co ta dziew­czy­na robi ze mną od lat. Czas, abym w ko­ńcu wy­rzu­cił ze łba wszyst­kie wi­zje. Nie by­łem, nie je­stem i ni­g­dy nie będę ta­kim skur­wie­lem jak mój sta­ry. Ni­g­dy!

Za­mil­kli­śmy, po­grąża­jąc się we wła­snych my­ślach, do­pó­ki nie pod­je­cha­ły wozy z ob­sta­wą. Zi­gno­ro­wa­łem za­sko­czo­ne spoj­rze­nie mo­je­go ka­pi­ta­na, po­że­gna­łem się z Se­ba­stia­nem i wła­do­wa­łem swo­je pi­ja­ne dup­sko do auta. Za­mknąłem oczy, od­gra­dza­jąc się od wszyst­kie­go.

Po­trze­bo­wa­łem do­bre­go pla­nu. Ta­kie­go z po­lo­tem i nie­tu­zin­ko­we­go. Na wi­ęk­sze za­lo­ty będę miał czas, na ra­zie mu­sia­łem po­móc Avie wy­jść z kosz­ma­ru wspo­mnień. Nie­ste­ty, by­łem tak na­wa­lo­ny, że chwi­la­mi zu­pe­łnie wy­łącza­łem my­śle­nie, wpa­tru­jąc się tępo w noc­ny wi­dok Los An­ge­les za szy­bą. W ta­kim sta­nie to ra­czej po­wi­nie­nem się mo­dlić, żeby nie zje­bać się ze scho­dów we wła­snym domu, a nie ukła­dać plan uwie­dze­nia żony.

Zim­ny prysz­nic i kil­ka go­dzin snu nie po­sta­wi­ły mnie na nogi. Chy­ba je­stem już za sta­ry na ta­kie im­pre­zy – po­my­śla­łem, gdy po wy­pi­ciu kil­ku fi­li­ża­nek kawy wci­ąż zie­wa­łem. Za­uwa­ży­łem spoj­rze­nia, ja­kie rzu­ca­ła w moją stro­nę dziw­nie mil­cząca dzi­siaj So­fia. Prze­ta­rłem twarz dło­nią i ma­su­jąc pal­ca­mi skroń, sta­łem z po­chy­lo­ną gło­wą. Mo­dli­łem się, żeby ta upar­ta dziew­czy­na w ko­ńcu po­ja­wi­ła się w pie­przo­nej kuch­ni. Już daw­no mi­nęła pora, gdy scho­dzi­ła na śnia­da­nie, a przy­naj­mniej ta­kie od­no­si­łem wra­że­nie. Stwier­dzi­łem, że ten dom jest za duży, przez co mi­ja­li­śmy się z Avą jak dwa stat­ki na pe­łnym mo­rzu.

– So­fio? – Spoj­rza­łem na moją go­spo­dy­nię. – Nie chcia­ła­byś się wy­brać do cór­ki i wnu­ków?

– Mia­ła­bym zo­sta­wić cię sa­me­go? – prych­nęła, wzru­sza­jąc wątły­mi ra­mio­na­mi. – Tym bar­dziej te­raz, gdy cała słu­żba znik­nęła?

Skrzy­wi­łem się, bo szcze­rze mó­wi­ąc, tak skon­cen­tro­wa­łem się na Avie, że zu­pe­łnie za­po­mnia­łem o tej kwe­stii. Ode­rwa­łem się od bla­tu, o któ­ry się opie­ra­łem, i pod­sze­dłem do sta­rusz­ki.

– Moja wina, ko­bie­to – przy­zna­łem, uśmie­cha­jąc się na wi­dok jej zmie­sza­nia. No cóż, sam by­łem za­sko­czo­ny wła­sny­mi sło­wa­mi. Pierw­szy, ale za­pew­ne nie ostat­ni raz przy­zna­łem się do błędu. – Po­pro­szę Avę, żeby ci po­mo­gła. Umber­to do­star­czy li­stę osób, a wy wy­bie­rze­cie, do­brze?

Pro­blem z za­trud­nia­niem od­po­wied­nich lu­dzi po­le­gał na tym, że nie mo­gli­śmy zgło­sić się do biu­ra pra­cy. Nie bra­li­śmy ni­ko­go z uli­cy, żad­nych osób z ogło­sze­nia czy po­le­ce­nia. Tyl­ko nasi. Tyl­ko uro­dze­ni w na­szym świe­cie, któ­rzy do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę z tego, z kim i gdzie przyj­dzie im pra­co­wać. Trzy­ma­nie języ­ka za zęba­mi za­pew­nia­ło ich ro­dzi­nom spo­kój i ochro­nę ca­łej or­ga­ni­za­cji. Te­raz, gdy zro­bi­łem czyst­kę, wy­wa­la­jąc sta­ry per­so­nel, zde­cy­do­wa­nie będę po­trze­bo­wał po­mo­cy Avy. Ale… Może nie tak od razu?

To całe uwo­dze­nie, któ­re pod­su­nęła mi ta za­ro­śni­ęta men­da na mo­to­cy­klu, mo­gło się udać. By­łem w cho­le­rę cier­pli­wym fa­ce­tem, a pla­no­wa­nie to moja do­me­na. Roz­wa­le­nie ru­skiej ban­dy? Nic prost­sze­go. Zor­ga­ni­zo­wa­nie im­pre­zy? No do­bra, to aku­rat gów­nia­ny przy­kład, ale nie ma co się sku­piać na de­ta­lach, a na ca­łej or­ga­ni­za­cji. Przy­pom­nę tyl­ko, że to nie im­prez­ki urządza­ne last mi­nu­te, gdy sta­rzy wy­by­wa­ją na week­end. To nie wie­czo­ry przy pi­wie i ogląda­niu fut­bo­lu. To za­pew­nie­nie ochro­ny sa­me­mu bos­so­wi i na­szym so­jusz­ni­kom. To moja re­pu­ta­cja jako dia­bel­nie do­bre­go con­si­glie­re.

Ale żeby była ja­sno­ść – nie za­le­ża­ło mi tyl­ko na fi­zycz­nym aspek­cie uwo­dze­nia. Ja pra­gnąłem Avy. Ca­łej. Jej hu­mor­ków, któ­re nie­ocze­ki­wa­nie ja­ra­ły mnie jak nie wiem co. Jej em­pa­tii, któ­rej rów­nież chcia­łbym do­świad­czyć. Pra­gnąłem zo­ba­czyć w jej cud­nych oczach coś wi­ęcej niż smu­tek.

Jed­ne­go by­łem pe­wien – nie ma rze­czy, któ­rej bym nie zro­bił, aby zdo­być uczu­cia tej dziew­czy­ny. Mo­gła mnie da­lej nie­na­wi­dzić pod wa­run­kiem, że będzie mnie też ko­chać.

– So­fio, spa­kuj się i jedź do cór­ki – po­le­ci­łem.

– Al, chłop­cze…

– Bez dys­ku­sji, ko­bie­to. Na ja­kiś czas za­my­kam po­sia­dło­ść, a ty za­słu­ży­łaś na od­po­czy­nek. Spra­wą no­we­go per­so­ne­lu zaj­mie­my się za kil­ka ty­go­dni.

– Niby gdzie masz za­miar te­raz miesz­kać, co? – Spoj­rza­ła na mnie, kła­dąc ręce na bio­drach. Ta poza może i dzia­ła­ła, gdy by­łem ma­łym gnoj­kiem, ale na Boga! Mia­łem trzy­dziest­kę na kar­ku, a ta ko­bie­ta wci­ąż trak­to­wa­ła mnie jak ma­łe­go chłop­ca. – Może w jed­nym z tych two­ich klu­bów?

– Prze­pro­wa­dzę się do apar­ta­men­tu. Ra­zem z Avą – do­da­łem z sze­ro­kim uśmie­chem.

Dla­cze­go nie po­my­śla­łem o tym wcze­śniej, do li­cha? Ten wiel­ki dom oka­zał się dla Avy do­sko­na­łą kry­jów­ką. Gdy miesz­ka­ła w od­dziel­nym skrzy­dle, była w sta­nie nie wi­dy­wać mnie ca­ły­mi ty­go­dnia­mi. Co praw­da mój apar­ta­ment w mie­ście po­sia­dał kil­ka sy­pial­ni, więc na do­brą spra­wę rów­nież mógł po­słu­żyć jej za kry­jów­kę, ale pla­no­wa­łem ja­koś ogar­nąć spra­wę. Ma­lo­wa­nie, tyn­ko­wa­nie, pęk­ni­ęta rura w ła­zien­ce czy coś. Kre­atyw­ny ze mnie gość.

– Na­resz­cie za­czy­nasz ro­bić coś sen­sow­ne­go – mruk­nęła. – Ten dom to nie jest dla niej do­bre miej­sce.

Nie­ocze­ki­wa­nie w kuch­ni po­ja­wił się Teo. Już sam jego wzrok wy­star­czył, że­bym się wku­rzył. Sło­wo daję, je­że­li to te cho­ler­ne sy­cy­lij­skie psy, to roz­ka­żę strze­lać do nich jak na strzel­ni­cy. Mój dom, moje za­sa­dy, a jak ko­muś to nie pa­su­je…

– Sze­fie, ma pan go­ścia. Pa­ńska mat­ka przy­je­cha­ła – oznaj­mił ta­kim to­nem, jak­by wła­śnie ogło­sił świa­to­wą za­ra­zę.

Jęk­nąłem, za­my­ka­jąc na chwi­lę oczy. Se­rio?

Ze wszyst­kich mo­żli­wych kosz­ma­rów aku­rat ten mu­siał stać się rze­czy­wi­sto­ścią? Mimo wszyst­ko wo­la­łbym chy­ba Sy­cy­lij­czy­ków. Przy­naj­mniej mia­łbym ja­kąś roz­ryw­kę. Rina wy­dał sta­now­czy roz­kaz. Nie pro­wo­ko­wać do mor­do­bi­cia, do­pó­ki sy­tu­acja z Avą i za­bi­ciem Got­tie­go ja­koś nie przy­schnie. Szko­da, bo z chęcią utrąci­łbym kil­ka łbów. Po­zo­sta­ło mi je­dy­nie wer­bal­ne szczu­cie Sy­cy­lij­czy­ków i na­dzie­ja, że to oni pierw­si wy­sko­czą z ła­pa­mi.

Wy­sze­dłem z kuch­ni i skie­ro­wa­łem się do głów­ne­go holu. To nie tak, że nie­na­wi­dzi­łem wła­snej mat­ki. By­łem w sta­nie zro­zu­mieć, że prze­cho­dzi­ła przez pie­kło, gdy żył oj­ciec, ale pew­nych rze­czy nie mo­głem za­ak­cep­to­wać, tym bar­dziej ro­bio­nych za mo­imi ple­ca­mi. Mru­cząc pod no­sem prze­kle­ństwa, wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Pa­trzy­łem, jak pod­jaz­dem zbli­ża się bia­ły Ben­tley.

Nie mia­łem pie­przo­ne­go po­jęcia, po jaką cho­le­rę się zja­wi­ła. Po­win­na być te­raz gdzieś w Eu­ro­pie, o ile do­brze pa­mi­ęta­łem. Wi­dy­wa­li­śmy się góra dwa razy do roku, i to z przy­mu­su. Mat­ka nie ak­cep­to­wa­ła tego, co ro­bię ani kim je­stem w or­ga­ni­za­cji, nie ro­zu­mia­ła, że za chu­ja nie chcę być bos­sem, a tego wła­śnie pra­gnęła. Syna jako capo di tut­ti capi. Splen­do­ru, sza­cun­ku i wła­dzy, jak­by to ona sama mia­ła rządzić całą Cosa No­strą.

Wiel­kie auto za­trzy­ma­ło się przed głów­nym we­jściem, a ochro­na wy­sy­pa­ła się z ja­dące­go za nim wozu. Par­sk­nąłem śmie­chem, ob­ser­wu­jąc ich idio­tycz­ne za­cho­wa­nie, gdy roz­gląda­jąc się do­oko­ła, z oci­ąga­niem otwo­rzy­li drzwi Ben­tleya i po­mo­gli wy­si­ąść mo­jej mat­ce. Ja pier­do­lę, to już na­praw­dę za­czy­na­ło być co naj­mniej dziw­ne. Mat­ka za­cho­wy­wa­ła się, jak­by była pierw­szą damą! A te mi­ęśnia­ki, któ­rych za­trud­ni­ła, to niby ma­fij­ne Se­cret Se­rvi­ce?

– San­ti­no, mój dro­gi. – Eg­zal­to­wa­ny głos za­świsz­czał mi koło uszu, gdy skła­da­ła mat­czy­ne po­ca­łun­ki za­le­d­wie kil­ka mi­li­me­trów od mo­ich po­licz­ków. Wstrzy­ma­łem od­dech, czu­jąc chmu­rę ostrych, du­szących per­fum. – Mar­nie wy­glądasz.

Zi­gno­ro­wa­łem ostat­nie sło­wa i ski­nąłem gło­wą na Teo, żeby za­jął się lu­dźmi, z któ­ry­mi przy­je­cha­ła – mia­łem na­dzie­ję, że na bar­dzo krót­ką wi­zy­tę ogra­ni­cza­jącą się do po­wi­ta­nia i ewen­tu­al­nie wy­pi­cia fi­li­żan­ki kawy. Od­ha­czo­ne, za­ła­twio­ne, mo­że­my spo­tkać się w przy­szłym roku.

– Co cię spro­wa­dza do Sta­nów? – za­py­ta­łem, gdy tyl­ko roz­sia­dła się w sa­lo­nie.

Nie umknęło mi, jak prze­su­nęła wzro­kiem po ścia­nach. Spraw­dza­ła ro­do­wy ma­jątek czy ja­kie li­cho? A może spo­dzie­wa­ła się zo­ba­czyć śla­dy ja­kie­jś za­cnej ba­lan­gi? Zmie­rzy­łem wzro­kiem mat­kę, za­uwa­ża­jąc, że od ostat­niej wi­zy­ty prze­szła co naj­mniej kil­ka za­bie­gów. Jak tak da­lej będzie ro­bi­ła, pew­ne­go dnia roz­sy­pie się na sto­le chi­rur­gicz­nym w cza­sie ope­ra­cji. Wy­my­śl­cie ja­kiś za­bieg, a od razu wam po­wiem, że go mia­ła, i to na­wet kil­ka razy. Do­bie­ga­ła pi­ęćdzie­si­ąt­ki, a wy­gląda­ła, jak­by nie prze­kro­czy­ła dwu­dzie­stu pi­ęciu lat. Przy­naj­mniej te­raz. Twarz, szy­ja i de­kolt bez jed­nej bo­daj zmarszcz­ki, wszyst­ko wy­gła­dzo­ne, wy­mu­ska­ne, sztucz­ne. Na­wet uśmiech, któ­rym mnie ura­czy­ła.

– Przy­le­cia­łam cię od­wie­dzić, czy to nie wy­star­czy?

No ra­czej nie wy­star­czy – po­my­śla­łem, za­cho­wu­jąc nie­wzru­szo­ny wy­raz twa­rzy. Ta ko­bie­ta ni­g­dy nie ro­bi­ła ni­cze­go, co nie przy­no­si­ło ko­rzy­ści. Za­wsze mia­ła cel i za­zwy­czaj była to kasa, któ­rą ci­ągnęła ode mnie, uwa­ża­jąc, że ma do niej pra­wo. No cóż, za­dba­łem o to, aby ni­cze­go jej nie za­bra­kło, zwi­ęk­szy­łem rocz­ny do­chód, któ­ry oj­ciec zo­sta­wił dla niej w te­sta­men­cie, ku­pi­łem apar­ta­ment… Nie zli­czę tych drob­no­stek, na ja­kie la­ta­mi wy­ci­ąga­ła ode mnie pie­ni­ądze. Nie je­stem skne­rą, nie ża­ło­wa­łem wła­snej mat­ce kasy, ma­jąc kil­ka kont, na któ­rych for­sa le­ża­ła jak na pla­ży w tro­pi­kach.

Sęk w tym, że im wi­ęcej jej da­wa­łem, tym wi­ęcej chcia­ła. Nie in­te­re­so­wa­ło mnie do tej pory, na co wy­da­wa­ła wszyst­kie pie­ni­ądze, a wie­dzia­łem do­sko­na­le, że wi­ęcej niż kil­ka razy do roku by­wa­ła pod kre­ską, co zmu­sza­ło mnie do uzu­pe­łnia­nia jej kon­ta. Vini trzy­mał rękę na pul­sie i za moją zgo­dą za­wsze wpła­cał od­po­wied­nią kwo­tę. Dzi­ęki temu oszczędzał mi nie­wąt­pli­wie nad­pro­gra­mo­wych wi­zyt mat­ki, za co by­łem mu wdzi­ęcz­ny. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­wi­nie­nem to ukró­cić, po­nie­waż za ka­żdym ra­zem kwo­ta sta­wa­ła się co­raz wy­ższa. Zbie­ra­łem się do tego już od ja­kie­goś cza­su, czu­łem, że wła­śnie nad­sze­dł ten dzień. Jak to mó­wią? Zły czas, złe miej­sce?

Ja pie­przę, jak ja nie­na­wi­dzę dra­ma­tów, bab­skich łez i hi­ste­rii.

– Naj­wi­docz­niej nie wy­star­czy. Od­po­wiedz na py­ta­nie.

– San­ti­no, ko­cha­nie…

Wi­dząc, jak nie­spo­koj­nie za­częła się kręcić, uni­ka­jąc pa­trze­nia mi w oczy, wie­dzia­łem, że tym ra­zem będzie chcia­ła na­praw­dę du­żej kwo­ty. Ja pier­do­lę, cza­sa­mi czu­łem się jak pie­przo­ny fun­dusz za­po­mo­go­wy, spe­łnia­jący wszyst­kie jej za­chcian­ki. Dla­cze­go, do dia­bła, nie wy­szła za mąż? Przy­naj­mniej mia­łbym ją z gło­wy, a tak mu­sia­łem się z nią uże­rać.

– Może na­pi­je­my się kawy? – Uśmiech­nęła się do mnie, zu­pe­łnie jak­bym to ja znaj­do­wał się w jej domu. – Za­raz wy­dam dys­po­zy­cje i Ana­sta­zja przy­nie­sie nam tacę do sa­lo­nu.

Za­śmia­łem się ci­cho i usia­dłem na­prze­ciw­ko mat­ki ze skrzy­żo­wa­ny­mi w kost­kach no­ga­mi. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że wkur­wi się na mnie za to, bo we­dług niej taki gest świad­czył o lek­ce­wa­że­niu. Pier­do­le­nie, w ko­ńcu by­łem u sie­bie. Zmarsz­czy­ła brwi, ale chy­ba przy­po­mnia­ła so­bie, że jest po za­bie­gu, bo od razu wy­gła­dzi­ła czo­ło, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po skó­rze. Szwy jesz­cze się trzy­ma­ły, ale jak ma za­miar się roz­sy­pać, to nie w moim pie­przo­nym domu.

– A to może być trud­ne, bo już tu­taj nie pra­cu­je.

Mat­ka spoj­rza­ła na mnie, jak­bym prze­mó­wił do niej w nie­zna­nym języ­ku. Cze­ka­łem na to, co się wy­da­rzy, bo to ona za­trud­ni­ła tę cho­ler­ną dzie­wu­chę. Nie prze­szka­dza­ło jej, że pie­przę się z po­ko­jów­ka­mi, wręcz temu przy­kla­ski­wa­ła. Za­sta­na­wia­łem się dla­cze­go. Ja pier­do­lę, za­częły dręczyć mnie dziw­ne my­śli, wszyst­kie zwi­ąza­ne z tym, co sta­ło się w noc tam­te­go przy­jęcia. Nie pa­mi­ęta­łem, ale chy­ba w nim uczest­ni­czy­ła. Hm… Zna­łem mat­kę. Poza kasą, któ­rej wiecz­nie jej mało, li­czy­ła się dla niej tyl­ko wła­dza. Nie była za­do­wo­lo­na, gdy don Da­nie­lo ka­zał mi po­ślu­bić Avę. Dość po­wie­dzieć, że wręcz pa­ła­ła wście­kło­ścią, ob­no­sząc się na ka­żdym kro­ku ze swo­ją od­ra­zą do dziew­czy­ny.

– Jak to nie pra­cu­je? Zwol­ni­ła się?

– Mo­żesz uznać, że tak – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. – Do­sta­ła zde­cy­do­wa­nie lep­szą pro­po­zy­cję, bar­dziej od­po­wia­da­jącą jej do­świad­cze­niu, i bez wa­ha­nia ją przy­jęła. Po­wiedz mi, mat­ko… – Po­chy­li­łem się, bacz­nie ob­ser­wu­jąc jej lal­ko­wa­tą twarz. By­łem nie­zwy­kle cie­ka­wy. – Czy mia­łaś coś wspól­ne­go z tym, jak słu­żba w tym domu trak­to­wa­ła Avę? To ty ich za­trud­ni­łaś, a przy­naj­mniej wi­ęk­szo­ść z nich.

– Avę? – Za­mru­ga­ła. – Jaką Avę?

– Se­rio? Py­tasz mnie, jak ma na imię moja żona? – Par­sk­nąłem śmie­chem.

– A więc to praw­da, że przy­jąłeś ją z po­wro­tem – wy­sy­cza­ła przez za­ci­śni­ęte gniew­nie usta. – Cie­ka­we, z kim te­raz się pu­ści ta mała dziw­ka.

Za­pło­nął we mnie ku­rew­ski ogień wście­kło­ści. Wbi­łem w nią spoj­rze­nie, pod wpły­wem któ­re­go zbla­dła prze­ra­żo­na. Chy­ba się zo­rien­to­wa­ła, że po­wie­dzia­ła za dużo. Za­ci­snąłem pi­ęść, opie­ra­jąc ją o udo, a fu­ria do­słow­nie za­częła mnie du­sić. Ja­kim, kur­wa, pra­wem po­wie­dzia­ła coś ta­kie­go?

– Ra­dzę ci się do­brze za­sta­no­wić nad na­stęp­ny­mi sło­wa­mi, któ­re opusz­czą two­je usta, mat­ko – wark­nąłem. – Znie­wa­ża­jąc moją żonę, znie­wa­żasz mnie.

– Sant, ko­cha­nie… Prze­cież ja nie chcia­łam – za­częła nie­skład­nie się tłu­ma­czyć, jak­by ze wszyst­kich sił chcia­ła wy­ma­zać to, co po­wie­dzia­ła. – Ale sam mu­sisz przy­znać, że po­ja­wie­nie się tej dziew­czy­ny nie może być przy­pad­ko­we. Je­steś te­raz kimś wa­żnym w or­ga­ni­za­cji. Masz wła­dzę i…

– Mam żonę, któ­rej na­le­ży się sza­cu­nek – wark­nąłem, prze­ry­wa­jąc mat­ce jej wy­po­wie­dź. Za­czy­na­ła mnie wkur­wiać tym pie­prze­niem.

– Żonę, któ­rej na­wet nie do­tknąłeś – syk­nęła, uno­sząc wy­zy­wa­jąco bro­dę.

– To nie two­ja spra­wa, mat­ko. Po raz ko­lej­ny py­tam: czy mia­łaś coś wspól­ne­go z tym, jak słu­żba trak­to­wa­ła Avę?

Za­czy­na­łem tra­cić cier­pli­wo­ść.

– Nie mam po­jęcia, o czym mó­wisz – od­po­wie­dzia­ła, ale za cho­le­rę jej nie uwie­rzy­łem.

– Skąd wie­dzia­łaś, że Ava wró­ci­ła? – zmie­ni­łem te­mat, uwa­żnie przy­gląda­jąc się ka­żde­mu gry­ma­so­wi, jaki po­ja­wiał się na jej twa­rzy.

– Plot­ki o tym, co sta­ło się w noc prze­ka­za­nia wła­dzy przez don Da­nie­la, obie­gły prak­tycz­nie cały nasz świat – od­pa­rła nie­chęt­nie. – Nie ukry­jesz zbrod­ni, gdy są świad­ko­wie.

Po­wi­nie­nem był to prze­wi­dzieć – po­my­śla­łem, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o wy­so­kie opar­cie fo­te­la. Od razu wie­dzia­łem, że nie tęsk­no­ta za mną czy za Los An­ge­les przy­gna­ła ją z ba­jecz­nie dro­gich wo­ja­ży, za któ­re to ja pła­ci­łem. Może i mie­li­śmy na pie­ńku z na­szy­mi bra­ćmi z Sy­cy­lii, ale to nie ozna­cza­ło, że od­ci­ęli­śmy się od nich ca­łko­wi­cie. Wie­le ro­dzin da­lej utrzy­mu­je kon­tak­ty z Sy­cy­lią, mają tam bli­ską i dal­szą ro­dzi­nę. Na wy­spie wci­ąż żyją dwie sio­stry i oj­ciec mat­ki, któ­ry ma prze­ka­zać wła­dzę nad ro­dzi­ną swo­je­mu je­dy­ne­mu sy­no­wi. Sam wie­le lat temu do­słow­nie sprze­dał swo­ją nie­let­nią cór­kę capo z Los An­ge­les, dużo star­sze­mu od niej. Pie­przo­ny Do­na­to Bras­si ta­kie wła­śnie lu­bił. Mło­de, nie­do­świad­czo­ne, prak­tycz­nie jesz­cze dzie­ci.

Wsta­łem po­wo­li, pa­trząc z góry na drob­ną ko­bie­tę. Wci­ąż na­praw­dę pi­ęk­ną, ale w tym sztucz­nym zna­cze­niu. Mia­łem za­miar się do­wie­dzieć, czy prze­czu­cia mnie nie mylą. Do­pie­ro te­raz tak na­praw­dę zro­zu­mia­łem Rinę, gdy sta­nął twa­rzą w twarz z wła­sną mat­ką chcącą za­bić jego ko­bie­tę.

Pod­sze­dłem do fo­te­la, w któ­rym sie­dzia­ła ni­czym kró­lo­wa w cza­sie au­dien­cji z pod­da­ny­mi i pa­trzy­ła na mnie z lek­kim uśmie­chem. Nie po­tra­fi­ła jed­nak ukryć cie­nia w nie­bie­skich oczach. Bała się…

– Ostrze­gam cię, mat­ko. Je­że­li się do­wiem, że to zro­bi­łaś, nie za­wa­ham się.

– Czy ty mnie stra­szysz, San­ti­no? – Jej twarz była jak lo­do­wa ma­ska opa­no­wa­nia. Uda­je? Była świet­ną ak­tor­ką, o czym prze­ko­na­łem się cho­ćby kil­ka mi­nut temu, ale czy by­ła­by w sta­nie zro­bić coś tak po­twor­ne­go? – Je­stem two­ją mat­ką, na Boga! Nie mo­żesz sta­wiać ja­kie­jś tam dzie­wu­chy wy­żej niż wła­snej mat­ki.

– Kil­ka ty­go­dni temu za­sta­na­wia­łem się, czy po­tra­fi­łbym, tak jak Se­ba­stia­no, za­bić wła­sną mat­kę, gdy­by skrzyw­dzi­ła moją ko­bie­tę. Wów­czas tego nie wie­dzia­łem, ale te­raz od­po­wiem – rze­kłem twar­dym gło­sem. – Bez wa­ha­nia i bez za­sta­no­wie­nia. Ava nosi moje na­zwi­sko i jest pod moją ochro­ną. Dla wszyst­kich, na­wet dla cie­bie, jest nie­ty­kal­na. Nie ra­dzę ci po­dej­mo­wać żad­nych dzia­łań czy nie­prze­my­śla­nych kro­ków, bo stra­cisz nie tyl­ko swo­ją po­zy­cję, ale i ży­cie. Zro­zu­mia­łaś?

Spoj­rza­łem na sto­jące­go w pro­gu sa­lo­nu Teo, da­jąc mu znak, że nie­ocze­ki­wa­na wi­zy­ta wła­śnie do­bie­gła ko­ńca. Ktoś, kto nie sza­nu­je Avy, nie ma pra­wa prze­by­wać z nią pod jed­nym da­chem. Nie za­re­ago­wa­łem pięć lat temu, a na­wet da­łem wszyst­kim nie­me przy­zwo­le­nie na to, jak po­tem ją trak­to­wa­li, ale nie po­pe­łnię po­now­nie tego błędu.

– Za­nim wyj­dziesz… – rzu­ci­łem, gdy z wy­so­ko unie­sio­ną bro­dą kro­czy­ła w stro­nę wy­jścia. Za­trzy­ma­ła się, ale nie spoj­rza­ła w moją stro­nę. – Za­pa­mi­ętaj, pro­szę, że to Ava jest pa­nią tego domu. To ona de­cy­du­je o wszyst­kim i to ona w ka­żdej chwi­li może wy­pro­sić cię za próg. Nie zja­wiaj się nie­za­po­wie­dzia­na, to unik­niesz wsty­du i po­ni­że­nia, bo ta­kie za­cho­wa­nie i sło­wa, ja­kie przed chwi­lą usły­sza­łem, nie będą to­le­ro­wa­ne. Teo od­pro­wa­dzi cię do wy­jścia. Two­ja wi­zy­ta wła­śnie się sko­ńczy­ła. Że­gnam.

Nie ogląda­jąc się na za­sko­czo­ną mat­kę, wy­sze­dłem z sa­lo­nu i wbie­głem po scho­dach na pi­ętro miesz­kal­ne. Sta­ra­łem się, jak mo­głem, na­pra­wić wła­sne błędy, a ta­kie sy­tu­acje uzmy­sła­wia­ły mi, jak wiel­kim skur­wie­lem by­łem przez te cho­ler­ne dwa lata, gdy Ava jesz­cze miesz­ka­ła w tym domu. Ilu rze­czy zwi­ąza­nych z nią nie za­uwa­ży­łem?

Za­sta­na­wia­łem się, kto jesz­cze będzie nie­za­do­wo­lo­ny z jej po­wro­tu? Mia­łem tyle ta­jem­nic do roz­wi­kła­nia i wszyst­kie one do­ty­czy­ły tej ru­do­wło­sej dziew­czy­ny. Uzna­łem, że zde­cy­do­wa­nie po­wi­nie­nem przy­spie­szyć do­cho­dze­nie w jej spra­wie. Prze­cież nie będę jej prze­trzy­my­wał, tłu­ma­cząc się pie­przo­ny­mi środ­ka­mi bez­pie­cze­ństwa.

Poza tym chcia­łem wie­dzieć, z czym do­kład­nie przyj­dzie mi się zmie­rzyć, za­nim za­cznę na­ci­skać na Avę. Chcia­łem, by za­ufa­ła mi na tyle, aby wy­znać, co dzia­ło się w jej domu za­rów­no za ży­cia ojca, jak i po­tem. Nie by­łem ja­ki­mś pie­przo­nym fu­ria­tem, któ­ry będzie la­tał jak opęta­ny po Los An­ge­les, strze­la­jąc do lu­dzi. Tych szczur­ków w piw­ni­cy nie li­czy­łem. Po­wiedz­my, że to był wy­pa­dek przy pra­cy. Tak, ta­kie tłu­ma­cze­nie jest w po­rząd­ku. Do cze­go zmie­rzam?

A tak. Nie by­li­śmy osie­dlo­wym gan­giem, któ­ry tłu­cze się z kim po­pad­nie w imię ja­ki­chś wy­my­ślo­nych za­sad. By­li­śmy mło­dym po­ko­le­niem sta­rych ma­fij­nych za­sad. Eg­ze­ku­cja mu­sia­ła mieć swo­je uza­sad­nie­nie. Tak, aby ża­den su­kin­syn nie do­ma­gał się uro­jo­ne­go od­szko­do­wa­nia za do­mnie­ma­ne stra­ty.

Coś czu­łem, że wie­le się zmie­ni w na­szym świe­cie. Zwi­ązek Se­ba­stia­na i Ale­xii to po­tęga, przed któ­rą wszy­scy będą mu­sie­li skło­nić ma­fij­ne gło­wy. Pew­nie nie w smak będzie im nie­ocze­ki­wa­na unia z Ro­sja­na­mi i łączące nas z nimi wi­ęzy krwi. Nie sądzi­łem, aby Rina chciał ujaw­nić świa­tu swo­je po­cho­dze­nie, poza tym ni­ko­go to nie po­win­no ob­cho­dzić. Dla wszyst­kich jest bos­sem i jego sło­wo jest pra­wem.

Za­sta­nów­my się… Kto mó­głby zy­skać, gdy­by in­for­ma­cja o cór­ce don Da­nie­la wy­pły­nęła? Ile ro­dzin uzna­ło­by, że może pod­nie­ść swo­je zna­cze­nie w or­ga­ni­za­cji, gdy­by ich sy­no­wie oże­ni­li się z je­dy­ną dzie­dzicz­ką ro­dzi­ny Ri­vas? Na­praw­dę wie­le i to nie tyl­ko w Sta­nach. Do­kład­nie tyle samo, ile par­szy­wych łapsk by wy­ci­ągni­ęto po moją Avę, gdy­by była wol­na.

Mi­nąłem ko­ry­tarz pro­wa­dzący do apar­ta­men­tów i szyb­kim kro­kiem ru­szy­łem w stro­nę skrzy­dła, w któ­rym miesz­ka­ła moja żona. Już z da­le­ka wi­dzia­łem sto­jące­go przed drzwia­mi Car­la, czy­li Ava jesz­cze nie wy­szła z po­ko­ju.

– Mo­żesz ze­jść na dół. Do­pil­nuj ra­zem z Teo, żeby moja mat­ka opu­ści­ła po­sia­dło­ść jak naj­szyb­ciej.

– Roz­kaz, sze­fie.

Za­pu­ka­łem w dębo­we drzwi i opie­ra­jąc się ra­mie­niem o ścia­nę, cze­ka­łem, aż w ko­ńcu się otwo­rzą. Zmarsz­czy­łem brwi, gdy ze środ­ka nie do­cie­ra­ły do mnie żad­ne od­gło­sy krząta­ni­ny. Zer­k­nąłem na ze­ga­rek – po je­de­na­stej, więc nie było mo­żli­wo­ści, aby Ava wci­ąż spa­ła, praw­da? Za­pu­ka­łem po­now­nie, zde­cy­do­wa­nie gło­śniej i bar­dziej na­tar­czy­wie. Kie­dy w gło­wie mi bły­snęło, że może Ava za­sła­bła albo po­śli­zgnęła się i leży te­raz nie­przy­tom­na, do­słow­nie wy­rwa­łem skrzy­dło z pie­przo­nych za­wia­sów i wpa­dłem do apar­ta­men­tu.

– Ava?

W pa­ni­ce ro­zej­rza­łem się po sy­pial­ni. Łó­żko było po­sła­ne, żad­nych śla­dów dziew­czy­ny w po­ko­ju. W ła­zien­ce za­uwa­ży­łem kil­ka ko­sme­ty­ków sto­jących przy lu­strze i po­now­nie po­czu­łem dziw­ny uścisk w pier­si. Ona mia­ła tak cho­ler­nie mało rze­czy. Nie tyl­ko ubrań, któ­rych na gwa­łt po­trze­bo­wa­ła, ale do­słow­nie wszyst­kie­go. Zgrzy­ta­jąc zęba­mi, wró­ci­łem do sy­pial­ni i zbli­ży­łem się do otwar­tych drzwi bal­ko­no­wych.

– Ava?

Wy­sze­dłem na ta­ras bie­gnący prak­tycz­nie przez całą sze­ro­ko­ść domu. Poza sto­li­kiem i le­ża­kiem nie było tu­taj nic, co pod­po­wie­dzia­ło­by mi, gdzie jest Ava. Może ze­szła do kuch­ni, gdy roz­ma­wia­łem z mat­ką? Nie, cho­le­ra! Gdy­by wy­szła z po­ko­ju, Car­lo nie tkwi­łby na po­ste­run­ku przed we­jściem. Wy­szarp­nąłem z kie­sze­ni te­le­fon i wbie­ga­jąc do apar­ta­men­tu, cze­ka­łem, aż Teo ra­czy ode­brać. Czy ist­nie­je mo­żli­wo­ść, że Ava ucie­kła? Do­słow­nie mnie zmro­zi­ło, bo nie po­do­ba­ło mi się, że mo­gła­by bez ochro­ny opu­ścić po­sia­dło­ść. Nie, kur­wa, nie prze­pu­ści­li­by jej przez bra­mę, do dia­bła.

– Sze­fie, pa­ńska mat­ka…

– W du­pie mam mat­kę – wark­nąłem przez za­ci­śni­ęte zęby, wsze­dłem do swo­jej sy­pial­ni, od razu kie­ru­jąc się do gar­de­ro­by. Z sej­fu wy­jąłem broń i jed­ną ręką wsu­nąłem ją za pa­sek spodni na ple­cach. – Ava znik­nęła. Po­staw wszyst­kie po­ste­run­ki na nogi i ma­cie ją, kur­wa, zna­le­źć.

– Ale sze­fie…

– Za­pła­ci­cie wła­sny­mi łba­mi, je­że­li ona ucie­kła, zro­zu­mia­no?

– Ba­sen – sap­nął. – Za­raz spraw­dzę, czy nie ma jej przy ba­se­nie.

Opa­rłem się o ścia­nę, czu­jąc, jak od­dech za­czy­na mi się uspo­ka­jać. Przez te kil­ka mi­nut, gdy my­śli o tym, że Ava ucie­kła, ma­sa­kro­wa­ły moją gło­wę, pra­wie nie od­dy­cha­łem. Kur­wa mać! Zno­wu się za­czy­na­ło i było na­wet go­rzej niż przed laty. Po­trząsnąłem gło­wą, moc­no za­ci­ąga­jąc po­wie­trze. By­łem to­tal­nym idio­tą, cho­le­ra! Prze­cież wie­dzia­łem, że bez tej ma­łej Ava nie uciek­nie. Fakt, ka­za­łem prze­nie­ść ją w bez­piecz­ne miej­sce, ale sko­ro ni­g­dy wcze­śniej nie była w Los An­ge­les, nie będzie w sta­nie po­wie­dzieć, gdzie do­kład­nie się znaj­du­je. Poza tym Ava nie mia­ła kasy, do­ku­men­tów, do­słow­nie ni­cze­go. Nie sądzę, aby ry­zy­ko­wa­ła, nie te­raz, gdy jej in­stynkt opie­ku­ńczy sku­pił się na tej dziew­czy­nie.

– Stój! – wark­nąłem, pro­stu­jąc się, jak­by przez ścia­nę prze­pły­nął prąd pod wy­so­kim na­pi­ęciem.

Ja pier­do­lę! Sko­ro mo­gła być nad ba­se­nem, to albo się kąpa­ła, albo opa­la­ła. Czy­li co, do dia­bła? Jest ro­ze­bra­na, kur­wa!

– Ani mi się waż zbli­żyć do pie­przo­ne­go ba­se­nu! Skąd wiesz, że tam może być? – za­py­ta­łem, wy­cho­dząc przez drzwi bal­ko­no­we. Zmru­ży­łem oczy i za­ło­ży­łem oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, bo sło­ńce pra­wie mnie ośle­pi­ło.

– Co­dzien­nie tam jest, sze­fie.

Że. Kur­wa. Co?!

Wark­nąłem, roz­gląda­jąc się, ale pie­przo­ne krza­ki za­sła­nia­ły mi wi­dok. Jak­bym miał ma­cze­tę, oso­bi­ście zrów­na­łbym ten pie­przo­ny busz do po­zio­mu tra­wy. Ba­sen! Ja pie­przę, kto to w ogó­le wy­my­ślił? Po chuj mi to gów­no, sko­ro na pal­cach jed­nej ręki mó­głbym po­li­czyć, ile razy się w nim kąpa­łem.

Zsze­dłem po scho­dach z ta­ra­su. Idąc w stro­nę wiel­kie­go ba­se­nu, uwa­żnie śle­dzi­łem oto­cze­nie. Je­że­li Ava na­praw­dę tam była, za­bi­łbym ka­żde­go skur­wie­la, któ­ry miał czel­no­ść i od­wa­gę kręcić się w po­bli­żu. A po­tem oso­bi­ście do­pil­no­wa­łbym za­sy­pa­nia tego gów­na, żeby już nie ku­si­ło Avy.

Za­uwa­ży­łem ją, gdy tyl­ko mi­nąłem pie­przo­ne krza­ki, i w jed­nej se­kun­dzie ci­śnie­nie sko­czy­ło mi poza ska­lę. Jezu Chry­ste! Z dzi­kim war­cze­niem na­ra­sta­jącym w gar­dle przy ka­żdym kro­ku wy­pa­try­wa­łem cza­jących się po za­ro­ślach skur­wie­li. Nie za­uwa­ży­łem ni­ko­go, więc spoj­rza­łem na le­żącą na wiel­kim ma­te­ra­cu ko­bie­cą po­stać. Ta dziew­czy­na mnie, kur­wa, wy­ko­ńczy! Już z da­le­ka mo­głem stwier­dzić, że z pew­no­ścią spędza­ła na sło­ńcu dużo cza­su. Jej ślicz­na bla­da skó­ra – do­pro­wa­dza­jąca mnie do pie­przo­ne­go sza­le­ństwa – przy­bra­ła zło­ty od­cień.

Z tru­dem prze­łk­nąłem, od­kle­ja­jąc język od su­che­go pod­nie­bie­nia, do któ­re­go się przy­kle­ił na wi­dok jej cia­ła. Pra­gnie­nie po­sia­da­nia tej dziew­czy­ny od­bie­ra­ło mi ro­zum. Ku­rew­sko jej pra­gnąłem i rów­nie ku­rew­sko moc­no nie­na­wi­dzi­łem sie­bie za stra­co­ne pięć lat na­sze­go ży­cia. Pie­przo­ny mo­kry sen i ma­rze­nie ka­żde­go fa­ce­ta! Moja sła­bo­ść i po­mie­sza­nie zmy­słów.

Zmy­słów, któ­re na wi­dok na­gich pier­si piesz­czo­nych przez pro­mie­nie sło­ńca pra­wie po­wa­li­ły mnie na ko­la­na. Za­gry­złem usta, zdu­sza­jąc jęk i sta­ra­jąc się zi­gno­ro­wać cho­ler­ną erek­cję. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­sze­dłem do mo­je­go celu.

2

Ava

Le­ża­łam nad ba­se­nem i ma­cha­łam so­bie sto­pą, czu­jąc, jak ka­li­for­nij­skie sło­ńce pie­ści moje cia­ło. Ota­cza­ły mnie ci­sza i spo­kój, jak­by sam fakt, że miesz­ka tu­taj nie­bie­sko­oki De­mon, trzy­mał z da­le­ka wszel­kie owa­dy i inne ży­jące stwo­rze­nia. Taka pie­kiel­na pust­ka, w któ­rej nikt nie śmiał za­kłó­cić mu spo­ko­ju.

Na szczęście mnie to nie do­ty­czy – po­my­śla­łam, po­gła­śnia­jąc mu­zy­kę w te­le­fo­nie. To wła­śnie była ta spra­wa, o któ­rej za­po­mnia­łam, gdy obu­dzi­łam się tam­te­go ran­ka. Te­le­fon od Glo­oma. Mu­siał wy­pa­ść mi z kie­sze­ni, gdy ten gbur bez ser­ca, Bras­si, wy­no­sił mnie z sa­mo­cho­du. Do­brze, że zna­la­zł go Umber­to i od­dał mi moją wła­sno­ść. Mia­łam pra­wo przy­pusz­czać, że gdy­by tra­fił w ręce jego wred­ne­go sze­fa, ten spe­cjal­nie w od­we­cie roz­trza­ska­łby go o naj­bli­ższą ścia­nę. No wie­cie, taki mały akt prze­mo­cy za to ślicz­ne au­tko.

W głębi du­szy cie­szy­łam się z nad­cho­dzące­go week­en­du, bo to ozna­cza­ło, iż Bras­si uda się do swo­ich klu­bów. Jak zwy­kle będzie się ba­wił, pił i pie­przył. Bóg z nim. W domu wte­dy było tak ci­cho, że nie mu­sia­łam za­my­kać się na cały dzień we wła­snej sy­pial­ni, by unik­nąć nie­spo­dzie­wa­ne­go spo­tka­nia. Będę mia­ła czas, żeby na spo­koj­nie się za­sta­no­wić, jak wy­rwać Ta­nyę z jego klat­ki. Ko­lej­na kłót­nia ra­czej nie pchnie spra­wy do przo­du, a mu­sia­łam pa­mi­ętać, że za kil­ka ty­go­dni dziew­czy­na musi wró­cić na stu­dia, więc czas ra­czej na­glił.

Od tam­te­go in­cy­den­tu, gdy w przy­pły­wie ja­kie­jś nie­wy­obra­żal­nej głu­po­ty rzu­ci­łam w nie­go cho­ler­nym Osca­rem, mi­nęło kil­ka dni. Na­zy­wam to głu­po­tą, po­nie­waż do­pie­ro po fak­cie przy­szło mi do gło­wy, że mo­głam go prze­cież za­bić. Mó­wią, że złe­go dia­bli nie bio­rą, ale kto go tam wie? Zna­jąc mo­je­go pe­cha, za­bi­ła­bym go, a don Rina w od­we­cie za śmie­rć wier­ne­go w grze­chu kom­pa­na ska­za­łby mnie na wiecz­ne męki w jed­nym z tych ich słyn­nych ma­ga­zy­nów. Już chy­ba wo­la­ła­bym, żeby mnie za­mor­do­wał. Przy­naj­mniej oszczędzi­łby mi wi­do­ku swo­ich zim­nych oczu, któ­ry­mi za ka­żdym ra­zem mro­ził mnie do szpi­ku ko­ści.

Mu­szę przy­znać, że w tym wy­pad­ku mia­łam wi­ęcej szczęścia niż ro­zu­mu. Dzi­ęki Bogu, po moim olim­pij­skim rzu­cie Bras­si do­stał ja­kie­goś ata­ku i mia­łam czas dać nogę z bi­blio­te­ki. Za­mknęłam się na czte­ry spu­sty we wła­snej sy­pial­ni i na wszel­ki wy­pa­dek za­ba­ry­ka­do­wa­łam drew­nia­ne skrzy­dło ko­mo­dą. Wiem, wiem… Jak wście­kły, to i z tym by so­bie po­ra­dził, ale tak już mia­łam.

O dzi­wo, nie było ob­lęże­nia, wście­kłe­go do­bi­ja­nia się do drzwi, gró­źb wy­krzy­ki­wa­nych z ko­ry­ta­rza czy pró­by wy­wa­że­nia zam­ka. Ta ci­sza po dru­giej stro­nie była chy­ba gor­sza, niż gdy­by fak­tycz­nie urządził na­tar­cie. Dziw­na i tak nie­spo­dzie­wa­na. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, że przez cały czas ci­ągnęłam De­mo­na za ogon. Bras­si był jak la­ska tro­ty­lu z nie­wiel­kim lon­tem. Miał krót­ki za­pal­nik i po­rząd­nie hu­czał przy wy­bu­chu, o czym prze­ko­na­łam się trzy lata temu. Li­czy­łam na to, że jak na­praw­dę go wku­rzę, to sam mnie wy­ko­pie z domu. Wie­cie – tak już osta­tecz­nie, z pod­pi­sa­nym za­ma­szy­ście unie­wa­żnie­niem ma­łże­ństwa. See you ne­ver, Ava. End of sto­ry.

Nie uda­ło się… Su­kin­syn za­grał kar­tą, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam. Ta­nya… Chy­ba już się zo­rien­to­wał, że dla tej dziew­czy­ny by­łam go­to­wa na wszyst­ko. Py­ta­nie, któ­re nie opusz­cza­ło mnie już od ja­kie­goś cza­su, brzmia­ło: czy to obej­mu­je rów­nież po­zo­sta­nie w zwi­ąz­ku z mężczy­zną, któ­re­go nie­na­wi­dzę? Ostat­nio na­wet bar­dziej, bo ro­bił wszyst­ko, żeby mnie wku­rzyć, a ja nie wie­dzia­łam, co się wy­klu­wa w tej jego ma­fij­nej gło­wie. Dla­cze­go, do li­cha, nie po­tra­fi­my czy­tać w ludz­kich umy­słach?

Krót­ko mó­wi­ąc… Pa­ńcio ostat­nio mnie uni­kał, o czym świad­czy­ły wszyst­kie jego sa­mo­cho­dy po­cho­wa­ne w ga­ra­żach. Chy­ba na­wet nie miesz­kał w re­zy­den­cji, ale nie mia­łam za­mia­ru ni­ko­go o to py­tać. Nie in­te­re­so­wał mnie ten fa­cet.

Unio­słam gło­wę, zer­ka­jąc, czy ochro­na jest w za­si­ęgu wzro­ku, po czym, nie wi­dząc ży­wej du­szy, zdjęłam sta­nik. Co? Ka­li­for­nia, lu­dzie! Na­praw­dę ża­ło­wa­łam, że nie mam pie­ni­ędzy, bo zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­bym po­sma­żyć się na pla­ży, a nie nad ba­se­nem. Przy­naj­mniej skne­ra wy­dał tro­chę gro­sza na po­rząd­ny sprzęt. Sze­ro­ki ma­te­rac był tak dia­bel­nie wy­god­ny, że mo­gła­bym tu­taj spać. Wi­dząc ja­śniej­sze śla­dy po ra­mi­ącz­kach, wark­nęłam ze zło­ścią. Za­mknęłam oczy, za­sta­na­wia­jąc się, jak dłu­go będę jesz­cze uwi­ęzio­na w tym do­misz­czu. Pla­no­wa­łam swo­je ży­cie z dala od Bras­sie­go. Ode­tchnęłam głębo­ko, czu­jąc na ca­łym cie­le cie­płe pro­mie­nie.

Mu­sia­łam chy­ba przy­snąć, po­nie­waż obu­dzi­ły mnie pie­cze­nie skó­ry i cień, któ­ry za­wi­snął nade mną. Nie otwo­rzy­łam oczu, mruk­nęłam, prze­kręca­jąc się na brzuch, i prze­su­nęłam w bok, aby wy­do­stać się z cie­nia. Ci­chy, wi­bru­jący głos za­ła­sko­tał mnie w gar­dło, gdy z głębo­kim od­de­chem po­czu­łam po­now­ne dzia­ła­nie ożyw­czej wi­ta­mi­ny D. Przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że wci­ąż mru­czę, ale już nie tak miło. Dziw­ne… Prze­cież nic nie ro­bi­łam, a jed­nak ten cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwi­ęk wci­ąż brzęczał mi w uszach.

Unio­słam po­wie­ki, a po­nie­waż le­ża­łam zwró­co­na twa­rzą w stro­nę domu, wi­dzia­łam sze­ro­ki pas zie­le­ni. Żad­nych dzi­kich zwie­rząt, któ­re mo­gły­by wy­da­wać tak gro­źne od­gło­sy. Gro­źne, po­nie­waż z ka­żdą chwi­lą to mru­cze­nie zmie­nia­ło się w war­cze­nie. A może to ja­kieś urządze­nie, któ­re­go uży­wa ochro­na albo ogrod­nik? Już mia­łam zi­gno­ro­wać te ha­ła­sy, gdy kątem oka do­strze­głam no­gaw­kę spodni. Ca­łkiem od­je­cha­nych spodni z tak ostrym kan­tem, że mo­żna by się za­sta­no­wić, czy da się ich użyć do pod­ci­ęcia ko­muś gar­dła. Naj­le­piej wła­ści­cie­lo­wi owych por­te­czek.

Pro­szę, pro­szę… Ksi­ęciu­nio z roz­bi­tym sa­mo­cho­dzi­kiem ra­czył za­wi­tać do swo­je­go zam­ku – po­my­śla­łam. Cie­ka­we, jak dłu­go ten wstręt­ny fa­cet mnie ob­ser­wo­wał. Do­dam, że jesz­cze kil­ka chwil temu le­ża­łam z na­gim biu­stem, do li­cha! Wes­tchnęłam, prze­ci­ąga­jąc się jak kot­ka, i za­mknęłam oczy. Mia­łam za­miar igno­ro­wać obec­no­ść Bras­sie­go tak dłu­go, jak to tyl­ko mo­żli­we.

Chwi­la­mi do­cho­dzi­łam do wnio­sku, że ja na­praw­dę po­win­nam za­si­ęgnąć po­ra­dy ja­kie­goś spe­cja­li­sty. Coś mu­sia­ło być ze mną nie tak, sko­ro jak ma­gnes przy­ci­ąga­łam ta­kie kre­atu­ry. Przy­znam, że Bras­si nie był naj­gor­szym, ja­kie­go prze­zna­cze­nie wrzu­ci­ło w moje ży­cie. Mia­łam do czy­nie­nia z praw­dzi­wy­mi po­two­ra­mi i mimo to wy­szłam z tego cało. Te­raz ła­two się z tego śmiać czy żar­to­wać, ale trzy lata temu, gdy obu­dzi­łam się na podło­dze wła­snej sy­pial­ni, po­si­nia­czo­na i za­krwa­wio­na, nie pa­mi­ęta­jąc ni­cze­go, co sta­ło się w nocy… Wierz­cie, nie było mi do śmie­chu. Przez ja­kiś czas ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się przy­po­mnieć so­bie co­kol­wiek. Twarz, za­pach, głos. My­śla­łam, że dzi­ęki temu znaj­dę od­po­wie­dzi, któ­rych szu­ka­łam. Po­tem do­szłam do wnio­sku, że los jed­nak był dla mnie ła­ska­wy, wy­ma­zu­jąc te wspo­mnie­nia. Po­zo­stał lęk przed lu­dźmi, z któ­rym nie mia­łam na­wet za­mia­ru wal­czyć. Nie po tym, co wy­da­rzy­ło się w moim ży­ciu.

– Może dość już, kur­wa, tego przed­sta­wie­nia?!

Drgnęłam gwa­łtow­nie, gdy nade mną roz­le­gł się war­czący głos. Tak po­grąży­łam się w my­ślach, że za­po­mnia­łam o nie­mi­łym to­wa­rzy­stwie. Unio­słam gło­wę i spoj­rza­łam przez ra­mię na sto­jące­go obok mężczy­znę. Lu­dzie świ­ęci! Z nie­ba lał się pie­przo­ny żar, roz­ta­pia­jąc wszyst­ko i wszyst­kich, a ksi­ęciu­nio jak zwy­kle w ko­szu­li z dłu­gim ręka­wem, wspo­mnia­nych spodniach i oczy­wi­ście w od­je­cha­nych bu­tach. Je­dy­nym od­stęp­stwem był wi­dok lu­strza­nych oku­la­rów, w któ­rych przez chwi­lę wi­dzia­łam od­bi­cie wła­snej twa­rzy i gór­nej części cia­ła.

Cie­ka­we, czy Bras­si zda­wał so­bie spra­wę z tego, że za­re­je­stro­wa­łam, gdzie w da­nym mo­men­cie się gapi. Może jesz­cze tego nie wy­ła­pał, ale mój ty­łek nie po­tra­fi mó­wić, więc nie było po­trze­by tak się na nie­go lam­pić.

– Za­sła­niasz mi sło­ńce – mruk­nęłam, kła­dąc gło­wę po­now­nie na ma­te­rac.

– Avo, do ja­snej cho­le­ry… Nie masz na so­bie pie­przo­ne­go sta­ni­ka!

Wzdry­gnęłam się, sły­sząc nad sobą to prze­pe­łnio­ne wście­kło­ścią wark­ni­ęcie. Co mu do tego? Nie uwie­rzę, że jesz­cze ni­g­dy nie wi­dział ko­bie­cych cyc­ków w pe­łnym sło­ńcu. Na­pa­trzył się na nie przez wszyst­kie te lata, wy­ma­cał pew­nie też, więc o co się te­raz pru­je?

– Ja­koś nie mam z tym pro­ble­mu – od­pa­rłam, da­lej go igno­ru­jąc.

– Avo, do cho­le­ry! – ryk­nął, po­chy­la­jąc się nade mną. – W za­sa­dzie, ko­cha­nie – wy­mru­czał w moja szy­ję – to ja chy­ba też.

Po­czu­łam na kar­ku go­rący od­dech i cie­pło ema­nu­jące z jego cia­ła. Za bli­sko… Za dusz­no…

Zro­bi­ło mi się sła­bo, ob­le­pił mnie lo­do­wa­ty pot, mro­żąc mi­ęśnie. W gar­dle od razu po­ja­wi­ła się prze­szko­da, blo­ku­jąc do­stęp po­wie­trza. Za­ci­snęłam pal­ce na brze­gu ma­te­ra­ca, czu­jąc nad­cho­dzący atak pa­ni­ki. Nie, nie, nie! Nie zno­wu!

W ułam­ku se­kun­dy po­now­nie za­la­ły mnie wspo­mnie­nia. Noc, od­gło­sy mu­zy­ki, któ­ra jak tru­jący roz­pu­stą dym snu­ła się po ko­ry­ta­rzach re­zy­den­cji. Stu­kot bu­tów i śmiech… Ci­sza, mgła ści­ska­jąca moje ser­ce, jak­by mia­ła ręce.

– Od­dy­chaj, ko­cha­nie…

Ten ci­chy, ochry­pły szept przeda­rł się przez od­głos dzi­ko bi­jące­go ser­ca. Pisz­czący dźwi­ęk brzmiał w mo­jej gło­wie jak nie­prze­rwa­ny od­głos gwizd­ka. Taki cien­ki, wku­rza­jący, wwier­ca­jący się głębo­ko w cia­ło. Jed­nak gdy sły­szysz go we wła­snych my­ślach, któ­re przy­wo­łu­ją ob­ra­zy z prze­szło­ści, pra­wie po­zba­wia­jąc cię przy­tom­no­ści, nie je­steś w sta­nie z nim wal­czyć. Wie­dzia­łam, że wi­zje te nie są praw­dzi­we, że to tyl­ko wy­twór mo­jej wy­obra­źni, któ­ra pod wpły­wem prze­ra­że­nia i stra­chu pod­su­nęła mi je w pa­mi­ęci.

– Avo, ko­cha­nie, od­dy­chaj!

W nie­prze­rwa­nym, od­bie­ra­jącym od­dech pi­sku zno­wu po­ja­wi­ło się coś, co ode­rwa­ło moją uwa­gę od prze­szło­ści. Dy­sząc ci­ężko, po­czu­łam jak duża, cie­pła dłoń ła­pie mnie w pa­sie i prze­kręca na ple­cy. Twarz mu­snął od­dech, tak bli­sko ust, że czu­łam jego smak, któ­ry zo­sta­wiał na mo­ich war­gach. Zna­jo­ma woń po­wo­li roz­pra­sza­ła wspo­mnie­nia.

– Od­dy­chaj… Wła­śnie tak, spo­koj­nie…

Sło­wa mają dziw­ną moc. Pod­da­ło się im moje cia­ło, jak­by za­miast mi­ęk­kich nut wy­krzy­ki­wa­no roz­ka­zy. Otwo­rzy­łam usta i do płuc wda­rł się ożyw­czy haust po­wie­trza wy­mie­sza­ny z za­pa­chem męskich per­fum. Kręci­ło mi się w gło­wie, gdy ła­pi­ąc łap­czy­wie po­wie­trze, sta­ra­łam się wy­rwać do ko­ńca z uści­sku prze­ra­że­nia.

– Prze­pra­szam, ko­cha­nie.

Otwo­rzy­łam oczy, ale na­tych­miast je za­mknęłam, gdy ostre sło­ńce po­ra­zi­ło mnie, po­zba­wia­jąc na chwi­lę wzro­ku. W tym sa­mym mo­men­cie wszyst­kie moje zmy­sły mo­men­tal­nie oży­ły. Aro­mat stał się in­ten­syw­niej­szy, bar­dziej ostry, i spra­wiał, że wszyst­ko we mnie za­częło się trząść. Skó­ra zro­bi­ła się tak wra­żli­wa, że ka­żdym po­rem czu­łam, jak prze­su­wa­ją się po mnie męskie dło­nie. Nie spra­wia­ły bólu, nie roz­dzie­ra­ły skó­ry i nie zo­sta­wia­ły krwa­wych śla­dów. Za to de­li­kat­nie mu­ska­ły moje ra­mio­na, prze­no­sząc się w stro­nę twa­rzy.

Na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że z mo­ich oczu nie­prze­rwa­nie pły­ną łzy, do­pó­ki nie po­czu­łam opu­szek wy­cie­ra­jących wil­goć.

– Spójrz na mnie, ko­cha­nie.

Za­mru­ga­łam, czu­jąc na twa­rzy cie­pły po­wiew wy­dy­cha­ne­go po­wie­trza, pach­nące­go kawą. Ode­tchnęłam z ulgą, gdy w tym ca­łym oszo­ło­mie­niu do­ta­rło do mnie, że nie je­stem w sy­pial­ni, a mężczy­zna, któ­ry te­raz się nade mną na­chy­la i do­ty­ka mo­je­go cia­ła, to nie na­past­nik. Uchy­li­łam po­wie­ki i choć wie­dzia­łam, że Bras­si jest bli­sko, nie spo­dzie­wa­łam się, że zo­ba­czę te prze­szy­wa­jące nie­bie­skie spoj­rze­nie od­da­lo­ne od mo­jej twa­rzy o za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów.

Wes­tchnęłam za­sko­czo­na, gdy prze­su­nął pal­ca­mi wzdłuż mo­jej szczęki, ko­ści po­licz­ko­wych, po czym do­tknął miej­sca, gdzie jesz­cze ja­kiś czas temu mia­łam śla­dy pa­znok­ci Au­re­lii.

– Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć.

Od­chrząk­nęłam, nie wie­dząc, co wła­ści­wie po­win­nam po­wie­dzieć. To pierw­szy raz, gdy Bras­si był tak bli­sko, nie li­cząc mo­men­tów, gdy mnie nió­sł. Nie ba­łam się, a przy­naj­mniej nie jego. Przez chwi­lę, gdy nie wi­dzia­łam jego twa­rzy i gdy po­chy­lił się nad mo­imi ple­ca­mi, wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złam się w szpo­nach kosz­ma­rów męczących mnie przez dłu­gie ty­go­dnie. Nie wi­dzia­łam w nich twa­rzy mężczy­zny, ale czu­łam jego od­dech na kar­ku. Pach­niał ina­czej niż Bras­si, a jed­nak w pierw­szej chwi­li za­re­ago­wa­łam pa­ni­ką i pa­ra­li­żu­jącym stra­chem. Nie by­łam w sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wać tego za­pa­chu, ko­ja­rzył mi się tyl­ko z tam­tą nocą.

– W po­rząd­ku – wy­chry­pia­łam, ucie­ka­jąc wzro­kiem przed prze­szy­wa­jącą mocą błysz­czących oczu mężczy­zny.

Czu­łam się za­wsty­dzo­na i cho­ler­nie bez­rad­na, po­nie­waż ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie to wła­śnie Bras­si stał się świad­kiem mo­jej nie­ocze­ki­wa­nej sła­bo­ści. Po­win­nam być sil­niej­sza. Po­win­nam prze­wi­dzieć, że w ka­żdej chwi­li może stać się coś ta­kie­go. Co­kol­wiek chcia­ła­bym o nim po­wie­dzieć, nie był głup­cem. Zo­rien­tu­je się, po­zna mój sła­by punkt i go wy­ko­rzy­sta.

3

Santino

By­łem głup­cem! Od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że to uwo­dze­nie nie będzie taką pro­stą spra­wą. Mo­gli­by­ście uznać, że fa­cet taki jak ja, z ta­kim do­świad­cze­niem z ko­bie­ta­mi, po­wi­nien przy­naj­mniej wie­dzieć, w czym rzecz. Otóż my­li­cie się, i to bar­dzo. Z pew­no­ścią za­brzmi to źle, ale ni­g­dy na­wet nie mu­sia­łem się sta­rać. To wszyst­ko przy­cho­dzi­ło mi zbyt ła­two i pro­sto. Żad­nych uczuć, sama fi­zycz­no­ść. Przez lata sche­mat był do­kład­nie ten sam, zmie­nia­ły się tyl­ko twa­rze. Ni­g­dy nie za­bie­ga­łem o żad­ną ko­bie­tę, bo ni­g­dy żad­nej nie pra­gnąłem.

Do cza­su, gdy po­pa­trzy­łem w te prze­klęte ja­sno­zie­lo­ne oczy i ku­rew­sko się prze­ra­zi­łem.

A te­raz? Sta­łem w miej­scu i nie mia­łem po­jęcia, co po­wi­nie­nem zro­bić. Ła­two mó­wić o uwie­dze­niu ko­bie­ty, ale moja Ava była inna. Wci­ąż kru­cha i taka po­dat­na na zra­nie­nie. Sta­ra­ła się być wo­jow­nicz­ką, po­ka­zu­jąc mi za ka­żdym ra­zem, że wal­czy i się mnie nie boi, ale w jej spoj­rze­niu wci­ąż krył się wy­raz za­gu­bie­nia i nie­pew­no­ści. W tej chwi­li naj­istot­niej­sze dla mnie było prze­bi­cie się przez ba­rie­rę, któ­rą Ava od­gro­dzi­ła się od lu­dzi. Ża­den ze mnie psy­cho­log, do cho­le­ry, i ni­g­dy nie mia­łem do czy­nie­nia ze stre­sem po­ura­zo­wym. Cała spra­wa była o tyle skom­pli­ko­wa­na, że Ava prak­tycz­nie ze mną nie roz­ma­wia­ła, a jak już, to nie o gwa­łcie.

Po­pe­łni­łem dużo błędów w zwi­ąz­ku z nią i na­szym ma­łże­ństwem. Na­praw­dę wie­le by­łem w sta­nie zro­bić, jed­nak nie mo­głem cof­nąć cza­su, choć nie ma­rzy­łem o ni­czym in­nym. Przyj­dzie mi za­pła­cić za wła­sne grze­chy, ale na ra­zie mia­łem szcze­ry za­miar za­cząć na­pra­wiać sto­sun­ki mi­ędzy nami. Skrzy­wi­łem się, gdy w mo­jej gło­wie za­brzmiał wy­raz „sto­sun­ki”. Ja pie­przę! Ko­lej­ne sło­wo na mo­jej li­ście, któ­re­go mu­szę się wy­strze­gać jak ognia, aby zu­pe­łnie nie zwa­rio­wać.

Czas za­pie­przał, a ja nie wie­dzia­łem, co czy­nić. Ava cho­ler­nie mnie prze­ra­zi­ła swo­im ata­kiem pa­ni­ki. Kur­wa! Przez chwi­lę, gdy jak za­mro­czo­ny idio­ta po­chy­la­łem się nad nią, wdy­cha­jąc za­pach jej roz­grza­ne­go cia­ła, zu­pe­łnie za­po­mi­na­łem, cze­go do­świad­czy­ła. Spra­wa z pie­przo­nym Got­tim wci­ąż była świe­ża i z pew­no­ścią przy­wo­ła­ła wspo­mnie­nia.

Poj­mo­wa­łem jed­no – Ava pa­nicz­nie boi się do­ty­ku. Wi­dzia­łem już kil­ka razy, jak re­agu­je, gdy do­ty­ka jej mężczy­zna. Naj­pierw Glo­om, a po­tem Thor. Pod­ska­ki­wa­ła, czu­jąc ich dło­nie na swo­im cie­le, i wy­ra­źnie się spi­na­ła. Nie za­uwa­ży­łem rów­nież, żeby sama z sie­bie do­ty­ka­ła in­nych lu­dzi. Mia­łem pie­przo­ne prze­czu­cie, że ten strach jest w niej od daw­na. To nie tyl­ko trau­ma po gwa­łcie, ale ten jej cho­ler­ny brat, któ­re­go ro­ze­rwa­łbym na strzępy, gdy­by skur­wiel żył.

Jak w ta­kim ra­zie mia­łem za­cząć uwo­dze­nie, sko­ro Ava pa­ni­ko­wa­ła przy naj­lżej­szym do­ty­ku?

Unio­słem się, uwal­nia­jąc dziew­czy­nę z klat­ki mo­je­go cia­ła, i z bul­go­czącym wark­ni­ęciem ze­rwa­łem z sie­bie ko­szu­lę. Ja pier­do­lę! Na wi­dok jej na­gich pier­si do­słow­nie do­sta­łem pie­przo­nej chci­cy. Co ja bym z nimi, kur­wa, zro­bił! Sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na te cu­dow­no­ści mu­śni­ęte sło­ńcem, kuc­nąłem przed Avą, trzy­ma­jąc w ręku ko­szu­lę.

– Ubierz się, pro­szę – po­le­ci­łem, zer­ka­jąc za ple­cy dziew­czy­ny, czy ża­den z pa­tro­lu­jących te­ren żo­łnie­rzy nie leży gdzieś w krza­kach.

– Na li­to­ść bo­ską, Bras­si – jęk­nęła, za­sła­nia­jąc dło­ńmi pier­si. Kur­wa, tro­chę za pó­źno, bo ich ob­raz wża­rł się w mój mózg i nie ma chu­ja, że­bym za­po­mniał. – Nikt mnie nie wi­dzi, a ja chcę się opa­lać.

– Nie, Avo – wark­nąłem, igno­ru­jąc bo­lące­go fiu­ta, któ­ry na­pie­rał na za­mek spodni. – Przy­po­mi­nam, że po te­re­nie kręci się pie­przo­na ar­mia na­pa­lo­nych su­kin­sy­nów. Nie chcesz chy­ba, że­bym za­czął cho­ler­ne eg­ze­ku­cje, je­że­li któ­ryś z nich choć na cie­bie spoj­rzy.

– Masz chy­ba ja­kąś pa­ra­no­ję, Bras­si – par­sk­nęła, kła­dąc się z po­wro­tem na ma­te­ra­cu.

Za­zgrzy­ta­łem zęba­mi, czu­jąc, jak przez wkur­wie­nie ska­cze mi ci­śnie­nie. Nie dość, że mu­sia­łem po­ra­dzić so­bie z od­bie­ra­jącą mi zdro­wy roz­sądek erek­cją, to jesz­cze ta upar­ta dziew­czy­na. Ko­lej­ne wark­ni­ęcie wy­mknęło się z mo­ich za­ci­śni­ętych ust, gdy Ava, kom­plet­nie mnie igno­ru­jąc, roz­ło­ży­ła się na brzu­chu. Chwa­ła Panu, że nie wy­sta­wi­ła na wi­dok swo­ich pier­si, bo nie mia­łem pie­przo­ne­go po­jęcia, ile we mnie może jesz­cze być sil­nej woli.

– Avo… – za­cząłem, kon­tro­lu­jąc spo­koj­ny od­dech, żeby nie zio­nąć ogniem wście­kło­ści. Ta dziew­czy­na jak nikt inny po­tra­fi­ła jed­nym sło­wem i jed­nym ge­stem wy­wo­łać moją fu­rię. – Dla­cze­go nie masz ko­stiu­mu? W prze­bie­ral­ni jest ich pół skle­pu. Za­miast le­żeć, idź po­pły­wać – rzu­ci­łem w ostat­nim od­ru­chu de­spe­ra­cji.

Prze­cież jak będzie w wo­dzie, to nie będzie świe­cić go­ły­mi cy­cusz­ka­mi, praw­da?

– Nie umiem pły­wać – mruk­nęła, na­wet nie od­wra­ca­jąc gło­wy.

Ja pier­do­lę! Wsta­łem, bo im dłu­żej by­łem tak bli­sko jej pra­wie na­gie­go cia­ła, tym z co­raz wi­ęk­szym tru­dem pa­no­wa­łem nad sobą. Jezu Chry­ste! Na wy­ci­ągni­ęcie ręki mia­łem ko­bie­tę, któ­ra od lat od­bie­ra­ła mi spo­kój. Jej roz­grza­ne pro­mie­nia­mi sło­ńca cia­ło cho­ler­nie mnie ku­si­ło. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, jak pach­nie. De­li­kat­nie, nie­win­nie, ale i zmy­sło­wo. Wci­ąż mia­łem w płu­cach ten za­pach. Chcia­łem prze­su­nąć no­sem po ca­łym jej cie­le, upew­nić się, że we wszyst­kich miej­scach pach­nie tak samo. Po­czuć mi­ęk­ką skó­rę, we­ssać się w pier­si i przy­gry­zać zęba­mi twar­de, ró­żo­we sut­ki. Do­tknąć pal­ca­mi ka­żde­go za­głębie­nia, ka­żdej krzy­wi­zny tego sek­sow­ne­go cia­ła, by na ko­niec wsu­nąć je pod te pie­przo­ne ba­we­łnia­ne majt­ki opi­na­jące po­ślad­ki. Kur­wa! Po­trząsnąłem gło­wą i kła­dąc dłoń na pul­su­jącej erek­cji, do­ci­snąłem fiu­ta do brzu­cha, tłu­mi­ąc jęk czy­stej fru­stra­cji i pod­nie­ce­nia.

Od­blask bi­jący od la­zu­ro­wej toni ba­se­nu ośle­pił mnie na se­kun­dę. Spoj­rza­łem w bok, a po­tem po­now­nie na le­żącą spo­koj­nie Avę. Po­my­sł, któ­ry wła­śnie do mnie przy­sze­dł, był na­praw­dę dzie­cin­ny.

– Nie umiesz pły­wać – po­wtó­rzy­łem.

Wy­ci­ągnąłem z kie­sze­ni te­le­fon, rzu­ci­łem go na tra­wę i pod­sze­dłem do ma­te­ra­ca. Zła­pa­łem Avę za kost­ki i po­ci­ągnąłem, śmie­jąc się, gdy pi­snęła za­sko­czo­na.

– Bras­si, od­bi­ło ci?

Nie pie­prząc się, chwy­ci­łem ją za bio­dra i po­de­rwa­łem. Za­nim zdąży­ła przy­wa­lić mi pi­ęścią, ob­jąłem ją ra­mie­niem i bez za­sta­no­wie­nia wrzu­ci­łem do wody. Je­że­li mnie okła­ma­ła, do­pły­nie do brze­gu i za­cznie mnie wy­zy­wać na czym świat stoi. Przyj­mę to z po­ko­rą, bo te cho­ler­ne cyc­ki będą w wo­dzie, a nie, kur­wa, na wierz­chu! A jak fak­tycz­nie nie umie pły­wać…

O kur­wa! Zo­ba­czy­łem, jak cia­ło Avy opa­da na dno, i spa­ni­ko­wa­ny wsko­czy­łem do wody. Prze­ci­na­jąc jej po­wierzch­nię, za­nur­ko­wa­łem, a po­tem zła­pa­łem dziew­czy­nę w pa­sie i przy­ci­ągnąłem do swo­je­go cia­ła. Wy­pły­nąłem z nią na po­wierzch­nię.

Ava za­częła kasz­leć, wy­plu­wa­jąc wodę, któ­rej zdąży­ła się opić, i gdy z wście­kło­ścią spoj­rza­ła na mnie, mało nie do­sze­dłem w spodniach.

– Po­grza­ło cię, Bras­si?! Prze­cież po­wie­dzia­łam, że nie umiem pły­wać, idio­to!

Uśmiech­nąłem się, czu­jąc, jak jej szczu­płe cia­ło przy­le­ga do mnie. Mo­głem pod­ho­lo­wać nas do brze­gu, żeby Ava uchwy­ci­ła się po­ręczy oka­la­jącej ba­sen, ale tak na do­brą spra­wę… po co? To me­ta­lo­we gów­no nie będzie mia­ło z tego żad­nej przy­jem­no­ści, na­to­miast ja z całą roz­ko­szą we­zmę na sie­bie jej zło­ść.

– My­śla­łem, że żar­tu­jesz, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­łem, prze­su­wa­jąc dło­nią po na­gich ple­cach Avy.

– Ty my­śla­łeś? – prych­nęła, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie wy­pe­łnio­ne nie­opi­sa­ną zło­ścią. – I prze­stań mnie, do cho­le­ry, ma­cać!

– Jak so­bie ży­czysz.

Tak za­pa­mi­ęta­le mnie wy­zy­wa­ła, że na­wet nie zda­ła so­bie spa­wy, że zna­le­źli­śmy się w nie­co płyt­szej części ba­se­nu, gdzie po­ziom wody si­ęgał mi pra­wie do po­ło­wy szyi. Sta­nąłem na dnie i od­su­nąłem ręce od cia­ła Avy. Mo­men­tal­nie za­częła osu­wać się pod po­wierzch­nię i ucze­pi­ła się mnie jak ma­łp­ka, owi­ja­jąc nogi do­oko­ła mo­ich bio­der. Do­ci­snęła pier­si do mo­jej na­giej klat­ki pier­sio­wej, a w gar­dle za­wi­bro­wał mi war­czący od­głos czy­stej przy­jem­no­ści.

– Chcesz mnie uto­pić? – Par­sk­nęła, wy­plu­wa­jąc wodę, i wcze­pi­ła się pal­ca­mi w moje bar­ki. – Wy­nieś mnie na brzeg.

Mu­sia­ła wcze­śniej sma­ro­wać się ja­ki­mś kre­mem albo olej­kiem, bo jej cia­ło co chwi­lę ze­śli­zgi­wa­ło się pro­sto do wody. Sa­pa­ła śmiesz­nie, sta­ra­jąc się jak naj­mniej mnie do­ty­kać, ale nie mia­ła ta­kiej szan­sy. Sta­łem spo­koj­nie, trzy­ma­jąc ręce z da­le­ka od Avy, do­kład­nie tak, jak so­bie tego ży­czy­ła.

– Bras­si, do cho­le­ry!

– Mu­sisz ra­dzić so­bie sama. Prze­cież za­bro­ni­łaś mi się do­ty­kać.

Z uśmie­chem ob­ser­wo­wa­łem, jak wal­czy dziel­nie, aby utrzy­mać się na po­wierzch­ni i, broń cię Pa­nie Boże, nie do­ty­kać mnie. Dziw­ny i dzie­cin­ny po­my­sł, ale sami przy­zna­cie, że mógł za­dzia­łać. Sko­ro Ava boi się być do­ty­ka­na, to niech sama mnie do­ty­ka. Przy­zwy­czai się, na­uczy bli­sko­ści, a ja będę w tym cza­sie umie­rał – uzna­łem, gdy jej noga przy­ci­snęła mo­je­go twar­de­go fiu­ta. Stłu­mi­łem jęk, spi­na­jąc się. Za­ci­snąłem pal­ce i mo­dli­łem się o cier­pli­wo­ść, w szcze­gól­no­ści do tej ru­do­wło­sej ku­si­ciel­ki.

– Prze­stań stękać i wy­nieś mnie na brzeg!

– Nie stękam, ko­cha­nie – wy­du­si­łem. – Sta­ram się ze wszyst­kich sił, żeby nie zła­pać cię i nie za­cząć ca­ło­wać, a po­tem nie przy­przeć do ścia­ny ba­se­nu, że­byś za­częła jęczeć, za­miast na mnie krzy­czeć.

– Co? – Za­mru­ga­ła szyb­ko.

Tyle nie­win­no­ści w jed­nym za­gu­bio­nym spoj­rze­niu. Do ja­snej cho­le­ry! Po­chy­li­łem gło­wę, opa­rłem się czo­łem o czo­ło Avy i sta­ra­łem po­wstrzy­mać przed po­pe­łnie­niem błędu. Wie­dzia­łem, że dla niej to będzie za szyb­ko, a to uwo­dze­nie to nie ma­can­ki w ba­se­nie, a po­tem szyb­ki nu­me­rek w wo­dzie. Nie z tą dziew­czy­ną i zde­cy­do­wa­nie nie te­raz.

– Cze­go jesz­cze nie umiesz? – wy­szep­ta­łem w jej usta, czu­jąc, jak od­dech dziew­czy­ny za­mie­ra, a cia­ło przy­le­ga do mnie.

Chy­ba na­wet nie zda­wa­ła so­bie z tego spra­wy, a ja nie mia­łem za­mia­ru jej o tym mó­wić. To były moje wy­kra­dzio­ne chwi­le, któ­re mia­łem pa­mi­ętać do ostat­nie­go tchu. Unio­słem dłoń i po­wo­li zbli­ży­łem do twa­rzy Avy. Jej oczy roz­sze­rzy­ły się na uła­mek se­kun­dy, de­li­kat­nie się spi­ęła, gdy cze­ka­ła, aż jej do­tknę. Prze­su­nąłem opusz­ka­mi po mo­krych po­licz­kach, za­kła­da­jąc wło­sy za ucho, i od­sło­ni­łem jej ślicz­ną twarz.

Wszyst­kie si­nia­ki znik­nęły i – co tu dużo mó­wić – by­łem głup­cem, gdy twier­dzi­łem, że Ava jest ład­na. Ja pier­do­lę, jest po­wa­la­jąco pi­ęk­na. Kro­ple wody wi­sia­ły na jej dłu­gich rzęsach, a w oczach za­uwa­ży­łem odro­bi­nę cie­ka­wo­ści, gdy kciu­kiem mu­ska­łem jej mi­ęk­kie usta. Mia­łem prze­je­ba­ne, lu­dzie! Już chy­ba wo­la­łem, gdy wy­gląda­ła tak ni­ja­ko i bez­barw­nie. Ubra­na w te pie­przo­ne blu­zy z kap­tu­rem, pod któ­ry­mi się cho­wa­ła. Toć prze­cież gdy­by te­raz wy­szła poza po­sia­dło­ść, jak nic spo­wo­do­wa­ła­by cho­ler­ne za­miesz­ki, a ja la­ta­łbym jak po­je­ba­ny, roz­wa­la­jąc su­kin­sy­nów, któ­rzy by na nią pa­trzy­li.

– Nie umiem wal­czyć – po­wie­dzia­ła szep­tem.

Za­ci­snąłem usta, po­wstrzy­mu­jąc się przed wy­rzu­ce­niem z sie­bie ste­ku naj­gor­szych prze­kle­ństw. Nie po­win­na na­wet o tym my­śleć, bo to moim obo­wi­ąz­kiem było za­pew­nie­nie jej bez­pie­cze­ństwa. Ja­sne, sta­ry – pie­przo­ne su­mie­nie od razu ze­rwa­ło się z wred­nym przy­po­mnie­niem. Już po­ka­za­łeś, jaki je­steś w tym za­je­bi­sty. Zi­gno­ro­wa­łem po­czu­cie winy, któ­re ści­snęło mi ser­ce.

– A chcia­ła­byś się na­uczyć? – Uśmiech­nąłem się na wi­dok eks­cy­ta­cji w jej oczach. – W po­rząd­ku, ko­cha­nie. Od ju­tra za­cznie­my. Rano ba­sen, a po­tem si­łow­nia. Mu­sisz tyl­ko wie­dzieć dwie rze­czy.

– Ja­kie?

– Będę mu­siał cię do­ty­kać i ty też będziesz mnie do­ty­ka­ła. Dasz radę?

Za­gry­zła usta, za­sta­na­wia­jąc się nad mo­imi sło­wa­mi. Ja­kim, kur­wa, cu­dem by­łem w sta­nie stać spo­koj­nie i roz­ma­wiać, pod­czas gdy Ava opla­ta­ła mnie jak bluszcz, wci­ska­jąc swo­je na­gie cy­cusz­ki w moją klat­kę pier­sio­wą? Była na mnie tak sku­pio­na, że nie za­uwa­ży­ła, gdy ob­jąłem ją w pa­sie, przy­ci­ąga­jąc bli­żej. Pło­nąłem – i to tak in­ten­syw­nie, że za­czy­na­łem tra­cić roz­sądek. Jak za­raz nie sko­ńczy­my tej za­ba­wy, nic i nikt mnie nie po­wstrzy­ma przed po­sma­ko­wa­niem Avy. Będzie mo­kro, będzie śli­sko, będzie gło­śno…

– I będę cię ca­ło­wał. – Mu­snąłem war­ga­mi usta dziew­czy­ny.

– Ale…

– Ci­chut­ko… Tyl­ko ca­ło­wał, ko­cha­nie. Na ra­zie – do­da­łem ci­szej.

Zna­la­złem swój spo­sób. Nie był ide­al­ny, ale na obec­ną chwi­lę nie mia­łem nic in­ne­go. Ku­rew­sko pra­gnąłem Avy i z ka­żdym dniem to pra­gnie­nie sta­wa­ło się co­raz in­ten­syw­niej­sze, co­raz go­ręt­sze. Przy­ci­ągnąłem ją do sie­bie, oplo­tłem ra­mio­na­mi, po­ca­ło­wa­łem na­gie ra­mię i scho­wa­łem twarz w za­głębie­niu jej szyi. Zwy­kłe cmok­ni­ęcie, po któ­rym, tak jak się spo­dzie­wa­łem, ze­sztyw­nia­ła w mo­ich ra­mio­nach. To będą cho­ler­nie trud­ne dni – po­my­śla­łem, prze­su­wa­jąc się w ba­se­nie.

Za­trzy­ma­łem się, gdy woda si­ęga­ła mi za­le­d­wie do pasa. Roz­lu­źnia­jąc uścisk, przy­ci­snąłem Avę do kra­wędzi. Wstrzy­ma­ła gwa­łtow­nie od­dech, pa­trząc na mnie roz­sze­rzo­ny­mi ze stra­chu ocza­mi.

– Do tego też mu­sisz się przy­zwy­cza­ić, ko­cha­nie – mruk­nąłem za­chryp­ni­ętym gło­sem, do­ci­ska­jąc bio­dra do jej mi­ęk­kie­go brzu­cha. – Pra­gnę cię, Avo. Cho­ler­nie moc­no, i nie mam za­mia­ru tego ukry­wać. Nie je­stem na­sto­lat­kiem, a ty nie je­steś pierw­szą lep­szą dziew­czy­ną.

– Nic się nie zmie­ni­ło, Bras­si. – Ucie­kła wzro­kiem przed moim spoj­rze­niem. – Da­lej chcę unie­wa­żnić to ma­łże­ństwo.

– Daj nam szan­sę. Nie je­stem już tym sa­mym fa­ce­tem. Zmie­ni­łem się.

– To bez zna­cze­nia. – Ode­pchnęła się ode mnie.

Po­zwo­li­łem na to, choć mu­sia­łem za­ci­snąć pal­ce, żeby nie przy­ci­ągnąć tego upar­ciu­cha i nie po­ka­zać jej… No wła­śnie, cze­go? Wci­ąż się mnie bała. Może nie fi­zycz­nie, ale zde­cy­do­wa­nie mi nie ufa­ła. Jed­nak im bar­dziej Ava mnie od sie­bie od­py­cha­ła, tym bar­dziej chcia­łem ją do sie­bie prze­ko­nać. To ci­ężka wal­ka to­czo­na z sa­mym sobą. Z jed­nej stro­ny był fa­cet, któ­ry od­dy­chał pra­wa­mi ma­fii przez całe swo­je ży­cie i na­uczył się brać wszyst­ko, na co ma ocho­tę. On nie zwra­ca­łby uwa­gi na sprze­ciw Avy i wzi­ąłby to, co mu się na­le­ża­ło jako mężo­wi. Nie­czu­ły na łzy i płacz ko­bie­ty.

Ale, kur­wa, by­łem też ja, mężczy­zna łak­nący Avy jak ni­cze­go in­ne­go na świe­cie. Pra­gnąłem, żeby ona mnie chcia­ła, żeby nie wzdry­ga­ła się z prze­ra­że­nia, gdy jej do­ty­kam, i żeby ona rów­nież mnie do­tknęła.

Chcia­łem, żeby Ava mnie po­ko­cha­ła.

Ro­zu­mia­łem, co po­wi­nie­nem zro­bić, ale nie­cier­pli­wo­ść i eks­cy­ta­cja do­słow­nie mnie du­si­ły, gdy wi­dzia­łem, jak ten sek­sow­ny, ob­le­czo­ny mo­krą ba­we­łną ty­łek mo­jej żony od­da­la się w stro­nę domu. Opa­rłem gło­wę o brzeg ba­se­nu, na­bra­łem po­wie­trza i za­nu­rzy­łem się w chłod­nej wo­dzie.

Za­częło się po­lo­wa­nie, a ja ku­rew­sko moc­no chcia­łem schwy­tać moją zwie­rzy­nę.

Co­py­ri­ght © for the text by Le­onia Oscar

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ewa Wo­źniak

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-10-2

Spis treści

Ostrzeżenie

1

2

3

Punkty orientacyjne

Okład­ka