Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na słonecznych plażach Honolulu sława i śmierć idą w parze. Kiedy hollywoodzka gwiazda filmowa Shelah Fane zostaje znaleziona martwa, sprawa szybko okazuje się bardziej skomplikowana, niż ktokolwiek przypuszczał. Każdy z jej otoczenia skrywa sekret – zazdrosny narzeczony, ambitny reżyser i tajemniczy wróżbita. Inspektor Charlie Chan, znany ze swojej przenikliwości i niekonwencjonalnych metod, wkracza do akcji, by rozwikłać zagadkę, której korzenie sięgają daleko poza ocean. Czy morderca popełnił błąd, który stanie się jego zgubą? A może przeszłość skrywa tajemnice, których nie powinno się ujawniać?
Charlie Chan. Tom 4
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przygnębiające wrażenie sprawia wodna pustynia Pacyfiku. Statek niczym zagubiony sunie przez bezkresne przestrzenie nieba i wody. Tylko płynąc od wysp koralowych ku wybrzeżom Kalifornii, można zupełnie niespodziewanie – jak gdyby w połowie drogi – dotrzeć do domu. Tak przynajmniej wydawało się pasażerom „Oceanica”, którzy tego cichego, lipcowego poranka stali na pokładzie. Nierzeczywiste i trudne do opisania było to wrażenie, gdy tuż po wschodzie słońca z morza wynurzyły się brunatne, spowite mgłą szczyty. W miarę zbliżania się statku, ich kontury stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu zachwyconym oczom ukazała się jaśniejąca zielenią wyspa Oahu.
„Oceanic” skręcił w kanał portowy, mijając Diamond Head, którego sylwetka wznosi się ku niebu jak wielki lew, prężący się do skoku.
Na pokładzie przypływającego parowca stała kobieta, spoglądając na łagodnie wznoszące się wybrzeże Waikiki i rozciągające się na nim białe mury Honolulu, które – poza wieżą Aloha – prześwitywały przez korony drzew. Podczas całej monotonnej podróży z Tahiti ta piękna, licząca może trochę ponad trzydzieści lat kobieta, była nieustannie w centrum uwagi wszystkich pasażerów „Oceanica”. Rozpoznano by ją z pewnością w najdalszych zakątkach świata, gdyż była to Shelah Fane, gwiazda filmowa, której sława niemal dorównywała królewskiej.
Przez osiem lat fachowcy filmowi mrużyli oczy, mówiąc: „W tej kobiecie tkwi fortuna”. Obecnie jednak zaczęli już potrząsać głowami ze sceptycyzmem: „Coś jest nie tak. Ona się kończy”. Istnieje wiele pięknych powiedzeń o nieuniknionym końcu, nad którymi zastanawiają się gwiazdy filmowe, gdy nocami nie mogą zasnąć. A Shelah Fane ostatnio często nie mogła sypiać.
W tej chwili jej oczy, pełne smutnej zadumy, spoglądały na szczyt Tantalusa otoczony wieńcem jasnych obłoczków.
Odwróciła się na dźwięk znajomych kroków i spojrzała w uśmiechniętą twarz wysokiego, barczystego mężczyzny.
– Och, Alan – zawołała. – Jak się pan dziś czuje?
– Trochę niespokojnie – odrzekł, stając przy niej.
Jego twarz, poorana bruzdami i spalona podzwrotnikowym słońcem, miała kolor niemal czarnobrunatny.
– To już koniec podróży, Shelah, przynajmniej dla pani – dodał, kładąc swoją dłoń na jej ręce. – Czy nie żal pani?
Zawahała się przez chwilę.
– Właściwie... tak. Myślę, że mogłabym tak płynąć przez całą wieczność.
– Ja również – odparł i z żywym zainteresowaniem, typowym dla Anglików wobec każdego nowego portu, spojrzał w stronę Honolulu.
Statek zatrzymał się właśnie u wlotu do portu i czekał na przybycie urzędników celnych i sanitarnych, których łódź motorowa szybko się zbliżała.
– Ale pani nie zapomniała? – zwrócił się Anglik ponownie do Shelah Fane. – Dla mnie podróż nie jest jeszcze zakończona. Wie pani, że dziś w nocy zmuszony jestem zostawić tu panią. O północy popłynę tym statkiem dalej, lecz zanim odjadę, muszę poznać pani odpowiedź.
Skinęła głową.
– Otrzyma ją pan przed odjazdem. Przyrzekam to panu.
Przez chwilę wpatrywał się badawczo w jej twarz. Od czasu ukazania się lądu zaszła w niej uderzająca zmiana. W jej dotąd marzycielskich oczach pojawił się niepokój, a drobne stopy nerwowo stukały o pokład. Nagle ogarnęła go trwoga – trwoga, że tę kobietę, którą zdążył pokochać w ciągu tych kilku minionych tygodni, może utracić na zawsze.
– Dlaczego pani zwleka? – zawołał. – Niechże pani odpowie mi teraz!
– Nie, nie – zaprotestowała. – Nie teraz. Później. – Odwróciła głowę. – Czy to nie reporterzy są w tej łodzi motorowej?
Poranny wiatr rozwiewał jasne włosy przystojnego młodego człowieka, który z pośpiechem do niej podbiegł. Zdawało się, że wiecznie palące słońce tej sennej wyspy nie zdołało zrobić najmniejszego uszczerbku na jego energii.
– Halo, panno Fane. Czy pani mnie jeszcze poznaje? Spotkaliśmy się podczas pani podróży na południe. Jim Bradshaw z biura podróży, agent specjalista od pięknych krajobrazów. Jesteśmy przeszczęśliwi z pani przybycia, a oto dowód – zawiesił na jej ramieniu pachnącą girlandę kwiatów.
Mężczyzna, którego nazwała Alanem, odszedł bez słowa.
– To bardzo miłe z pańskiej strony – rzekła Shelah Fane z uśmiechem. – Oczywiście, że pana pamiętam. Wydawał się pan wtedy tak zachwycony moim widokiem. Zresztą, także i teraz...
Uśmiechnął się.
– To związane jest z moim zawodem. Jestem, że tak powiem, rogożką na progu Hawajów z napisem „Witaj”, wyplecionym dużymi literami. To wyspa słynąca z gościnności – muszę przecież dbać o to, by to, co głoszę, rzeczywiście było prawdą. Jeśli zaś chodzi o panią, to rzecz jasna nie wymaga to żadnego wysiłku. – Zauważył, że rzuca na pokład spojrzenia pełne wyczekiwania. – Istotnie, bardzo mi przykro, że szanowni panowie z prasy zapewne jeszcze wszyscy spoczywają w objęciach Morfeusza. Choć właściwie, nie można im robić z tego wyrzutu, prawda? Proszę mi za to opowiedzieć, co słychać. Czy tam, na Tahiti, nakręcono już ten wielki film mórz południowych?
– Niezupełnie – odrzekła. – Chcielibyśmy nakręcić jeszcze kilka ujęć tutaj, w Honolulu. Tu można żyć o wiele wygodniej, a ponadto sceneria jest, jak pan wie, co najmniej równie piękna.
– Czy ja wiem? – zawołał młody chłopak z entuzjazmem. – Lepiej proszę mnie o to zapytać! Egzotyczne rośliny, kwitnące drzewa, wiecznie zielone wzgórza, lśniący błękit nieba z żeglującymi po nim białymi obłokami – wiosenny sen niezmiennego podzwrotnikowego świata!
– To brzmi bardzo pięknie – roześmiała się Shelah.
– Zostanie pani jakiś czas w Honolulu, panno Fane?
Skinęła głową.
– Sprowadziłam tu moją służbę – powiedziała. – Wynajęto dla mnie dom na wybrzeżu. Zabija mnie to wieczne życie hotelowe, zwłaszcza w obliczu nieustającej ciekawości ludzkich oczu. Mam nadzieję, że dom jest dostatecznie obszerny...
– Tak jest istotnie – potwierdził skwapliwie. – Byłem tam wczoraj. Wszystko czeka gotowe na pani przybycie. Widziałem pani lokaja i sekretarkę, Julię O’Neill. Zresztą, chciałbym zapytać, gdzie wyszukuje pani takie sekretarki?
Shelah uśmiechnęła się.
– Och, Julia jest właściwie nie tylko sekretarką. Raczej jakby prawie córką, chociaż to jest oczywiście nonsensem, ponieważ jesteśmy niemal w tym samym wieku. Byłam w przyjaźni z jej matką, a gdy zmarła cztery lata temu, wzięłam dziecko do siebie. Czasem trzeba zrobić jakiś dobry uczynek – dodała, spuszczając skromnie oczy.
– Naturalnie – potwierdził. – Jak inaczej można by dostać się do nieba? Julia opowiadała mi, jak wzruszająco dobra była pani dla niej.
– Jestem za to sowicie wynagradzana – zapewniła gwiazda filmowa. – Julia ma tyle wdzięku!
– Prawda? – zawołał Bradshaw z entuzjazmem. – Gdyby nie to, że właśnie zapomniałem swojego słownika rymów, napisałbym na poczekaniu poemat na jej cześć.
Shelah Fane spojrzała na niego uważnie.
– Lecz przecież Julia jest tu dopiero od dwóch dni.
– Tak, ja również. Skoczyłem na parę godzin do Los Angeles i wróciłem z nią tym samym statkiem. Naprawdę, była to najpiękniejsza przejażdżka, jaką przeżyłem. Proszę sobie wyobrazić – światło księżyca, srebrne fale, piękna dziewczyna.
– Sądzę, że będę musiała się temu trochę bliżej przyjrzeć – zauważyła Shelah Fane.
Dwoje z jej towarzyszy podróży zbliżyło się do nich: zmęczony, o znudzonej twarzy mężczyzna, który wyglądał jak wycięty z żurnala modnych bulwarowych krawców w Hollywood, oraz ładna, młoda dziewczyna, mająca może dwadzieścia lat. Shelah poddała się konieczności:
– Pan Bradshaw, z biura podróży – przedstawiła. – A to jest panna Diana Dixon, która gra w moim nowym filmie, oraz Huntley van Horn, mój partner.
Panna Dixon, nie tracąc czasu, wyrzucała słowa pełne zachwytu:
– Honolulu jest wprost czarujące! Zawsze jestem tak szczęśliwa, ilekroć tutaj wracam – tyle tu piękna!
– Uspokój się – przerwała jej Shelah. – Pan Bradshaw wie o tym wszystkim co najmniej równie dobrze.
Bradshaw skłonił się uprzejmie.
– Lecz zawsze cieszy mnie, gdy słyszę potwierdzenie mojego zdania, zwłaszcza z tak pięknych ust – powiedział, a następnie zwrócił się do van Horna: – Widziałem pana w różnych filmach.
Van Horn uśmiechnął się drwiąco.
– Przypuszczam, że krajowcy z Borneo również mieli do tego sposobność. Czy Shelah wspominała już coś panu o naszym ostatnim filmie?
– Dotąd bardzo niewiele – odrzekł Bradshaw. – Czy ma pan w nim dobrą rolę?
– Rola jest istotnie dobra. Przedstawiam typ podupadłego człowieka, który upada coraz niżej i niżej.
– Cóż innego mógłbyś robić! – wtrąciła diwa złośliwie.
– Tarzam się, że tak powiem, w bagnisku i czuję się przy tym wybornie – ciągnął van Horn, niezbity z tropu – aż nagle, może pan wierzyć lub nie, zostaję uratowany! Właściwie zrehabilitowany przez miłość tego dziecka o ciemnej skórze.
– Jakiego dziecka? – spytał zdziwiony Bradshaw. – Ach, ma pan na myśli pannę Fane. To brzmi bajecznie, lecz proszę przestać i nie opowiadać mi dalej.
Zwrócił się ponownie do Shelah: – Jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, że zamierza pani nakręcić kilka scen w Honolulu. W naszym biurze podróży nie moglibyśmy sobie życzyć niczego lepszego. Lecz teraz muszę spieszyć dalej. Na pokładzie jest jeszcze jedna czy dwie inne znakomitości. Na przykład pan Alan Jaynes – szalenie bogaty.
– To właśnie z nim rozmawiałam, kiedy pan nadszedł – rzekła Shelah.
– Bardzo dziękuję. Natychmiast go odszukam. Kopalnie diamentów, Południowa Afryka – to brzmi nader obiecująco. Widzi pani, my tutaj, na Hawajach, robimy wiele dla sztuki, ale dla pieniędzy, gdy zawijają one do portu, wystąpilibyśmy najchętniej z flagami i moździerzami. Zapewne później jeszcze się zobaczymy – po tych słowach pobiegł przez pokład.
Troje aktorów ruszyło wolno wzdłuż barierki.
– Oto Val – rzekł Huntley van Horn. – Czy nie wygląda jak żywa reklama podzwrotnikowego świata?
Val Martino, reżyser filmowy Shelah, krępy, siwowłosy człowiek w nieskazitelnym białym stroju, zbliżał się szybko do nich. Ponad płomiennoczerwonym krawatem jaśniała jego szeroka twarz tej samej niemal barwy. Widocznie Martino nigdy specjalnie nie troszczył się o mało znaczące sprawy, takie jak ciśnienie krwi czy dieta.
– No – zawołał do nich – nareszcie jesteśmy tutaj. Dzięki Bogu, że załatwiliśmy się z Tahiti. Czy to był ktoś z prasy, z kim pani rozmawiała, Shelah?
– Właściwie nie. Agent z biura podróży.
– Spodziewam się, że starała się pani powiedzieć jak najwięcej o naszym nowym filmie. Wie pani przecież, że każda reklama jest na wagę złota.
– Ach, niech pan już skończy z tym filmem – westchnęła.
„Oceanic” zbliżył się powoli do mola, na którym czekała zaskakująco nieliczna grupa ludzi. Shelah Fane rzucała na nich badawcze, choć lekko rozczarowane spojrzenia. Właściwie spodziewała się dziewcząt szkolnych ubranych na biało, z kwiatami i śpiewem. Tak właśnie było podczas jej pierwszego przyjazdu, ale trudno było wymagać, żeby sytuacja się powtórzyła. Zresztą była dopiero siódma rano.
– Oto Julia – zawołała nagle. – Tam, na końcu mola. Widzicie? Daje mi znaki! – zaczęła powiewać chusteczką.
– A któż stoi przy niej? – spytał van Horn. – Wygląda jak Tarneverro.
– Bo to właśnie Tarneverro – odparła panna Dixon.
– A cóż on tu robi? – zapytał ze zdziwieniem.
– Może jest tu dlatego, że go wezwałam – odparła spokojnie Shelah Fane.
Podeszła do niej czarno ubrana pokojówka.
– Co się stało, Anno?
– Urzędnicy celni, łaskawa pani, otwierają wszystko. Byłoby lepiej, gdyby pani sama przyszła. Może uda się pani z nimi pomówić.
– Porozmawiam z nimi – rzekła gwiazda filmowa z naciskiem i poszła za dziewczyną do kabiny.
– A co ty na to? – odezwał się van Horn. – Posyła specjalne wezwanie do Hollywood i każe przyjechać temu głupiemu wróżbicie...
– Dlaczego głupiemu? – przerwała mu panna Dixon z oburzeniem. – Tarneverro jest wręcz niesamowity! Powiedział mi zdumiewające rzeczy o mojej przeszłości, a także i przyszłości. Nie podejmuję żadnych decyzji, nie radząc się go najpierw. Shelah robi tak samo.
Martino niecierpliwie potrząsnął głową.
– Wy, kobiety w Hollywood, naprawdę powariowałyście z tymi wróżbitami. Biegacie do nich i powierzacie im wszystkie swoje tajemnice. Wyobraźcie sobie tylko, co by się stało, gdyby któryś z nich wpadł na pomysł opublikowania swych wspomnień. Dokłada się wszelkich starań, by ustrzec nasz zawód przed skandalami, a jaki z tego pożytek?
– Zupełnie żaden, mój drogi – odparł van Horn, rzucając zamyślone spojrzenie na wysoką, smukłą sylwetkę wróżbity. – Biedna Shelah. To właściwie wzruszające, jak bardzo w niego wierzy. Domyślam się, że zamierza zapytać Tarneverra, czy powinna poślubić Alana Jaynesa, czy nie.
– Oczywiście – skinęła głową panna Dixon. – Chce wiedzieć, czy będzie z nim szczęśliwa. Gdy Jaynes się jej oświadczył, następnego dnia wysłała wiadomość do Tarneverra. W końcu, dlaczego by nie? Małżeństwo to poważna sprawa.
Martino wzruszył ramionami.
– Wystarczyłoby mnie zapytać, mógłbym jej równie dobrze wywróżyć. Powinna przecież wiedzieć, że jej kariera filmowa jest prawie u schyłku. Za sześć miesięcy upływa jej kontrakt, a, przypadkiem wiem – to pozostaje, oczywiście, między nami – że nie zostanie odnowiony. Powinna chwycić tego diamentowego króla, nim się rozmyśli. Ale nie, ona najpierw biegnie do jakiegoś podejrzanego szarlatana. To typowe. Nigdy się nie nauczycie.
Formalności portowe zostały szybko załatwione. „Oceanic” zarzucił kotwicę. Shelah Fane jako pierwsza zeszła po pomoście i wpadła w szeroko otwarte ramiona swojej sekretarki. Julia była młoda, pełna życia i niezepsuta; jej radość była szczera.
– Dom czeka na ciebie, Shelah. Wszystko ułożyło się wspaniale. Jest tutaj Jessop, znaleźliśmy także chińskiego kucharza, który jest po prostu czarodziejem. Chodź, wóz już czeka.
– Zaraz, kochanie – diwa spojrzała w ciemne, na wpół przymknięte oczy mężczyzny stojącego obok Julii. – Tarneverro, jakaż to dla mnie ulga, że pan przyjechał. Ale przecież wiedziałam, że mogę na pana liczyć.
– Zawsze – odrzekł poważnie wróżbita.
Hałaśliwy tłum wysiadających pasażerów narastał bezustannie. Pokojowa Anna nadeszła obładowana taką ilością pudeł i walizek, że Tarneverro pospieszył jej z pomocą. W tej samej chwili pojawili się również Alan Jaynes i Bradshaw. Ten ostatni przywitał Julię tak gorąco i entuzjastycznie, jak gdyby właśnie powrócił z wielomiesięcznej podróży morskiej po dalekich krajach. Jaynes natychmiast podszedł do Shelah.
– Będę ogromnie niespokojny! – powiedział. – Czy mogę przyjść dziś po południu?
– Naturalnie – zgodziła się. – Zresztą, jest tutaj Julia, przecież wie pan już o niej. Julio, proszę podać panu Jaynesowi nasz numer mieszkania.
– Kalakaua Avenue, tuż za Grand Hotelem.
Julia udzieliła mu wskazówek, a on zwrócił się do Shelah, by się pożegnać:
– Nie chciałbym pani dłużej zatrzymywać.
– Jeszcze moment – rzekła gwiazda filmowa. – Pragnęłabym zapoznać pana z jednym starym przyjacielem z Hollywood. Tarneverro, proszę, podejdź tutaj.
Wróżbita natychmiast przekazał walizki szoferowi Shelah i przystąpił do grupy. Jaynes rzucił na niego nieco zdziwione spojrzenie.
– Tarneverro, chciałabym zapoznać pana z Alanem Jaynesem – rzekła Shelah Fane.
– Bardzo mi miło – mruknął Anglik, podając mu rękę. Lecz w chwili, gdy spojrzał mu w twarz, ogarnęło go nagle uczucie głębokiej niechęci. Stał tu w obliczu jakiejś olbrzymiej siły; nie była to jednak siła mięśni, którą sam posiadał i potrafił zrozumieć, lecz coś innego – niesamowitego i dziwnie niepokojącego.
– Przepraszam, lecz jestem zmuszony natychmiast odejść – dorzucił pospiesznie i zniknął w tłumie.
Julia poprowadziła ich do czekającego wozu. Gdy okazało się, że Tarneverro zajął pokój w Grand Hotelu, Shelah zaproponowała mu, że go tam podwiezie. Usiadł obok niej.
– Słyszałem, że zamierza pani jakiś czas tutaj pozostać? – zapytał.
– Mam nadzieję, że może przez miesiąc – odrzekła Shelah. – Mniej więcej dwa tygodnie będą nam jeszcze potrzebne na ukończenie filmu, a potem zamierzam zrobić sobie czternastodniowe ferie. Naprawdę ich potrzebuję, Tarneverro. Jestem zmęczona, bardzo zmęczona.
– Niepotrzebnie mi to pani mówi – odpowiedział. – Mam oczy.
Miał oczy, istotnie – zimne i przeszywające, takie, które naprawdę mogły wzbudzać trwogę. Wóz minął stary pałac królewski i gmach sądowy, po czym zjechał na Kalakaua Avenue.
– Jestem panu bardzo wdzięczna, że pan tu przyjechał – rzekła Shelah do swojego towarzysza.
– Proszę mi nie dziękować – odpowiedział spokojnie. – Gdy otrzymałem pani telegram, wybrałem się natychmiast. Mnie również potrzeba był trochę wypoczynku. Moja praca nie jest przecież dziecinną igraszką. Zresztą powiedziała mi pani, że jestem potrzebny. To wystarczyło. To zawsze wystarcza.
Julia zaczęła teraz gawędzić o wyspach. Wspominała ciepłe, pieszczące fale Waikiki, czarodziejski urok muzyki krajowców w ciszy purpurowych nocy, a także wiele nieznanych i osobliwych rzeczy, które na każdym kroku można spotkać na ulicach.
– Wszystko to, prawda – uśmiechnęła się Shelah – przypomina trochę Jimmy’ego Bradshawa w jego najpiękniejszych lirycznych momentach.
Julia roześmiała się.
– Tak, zdaje się, że właśnie cytowałam Jimmy’ego. Czy widziałaś go, Shelah?
– Owszem, widziałam – odparła gwiazda filmu.
– On jest naprawdę miły – zapewniała ją Julia – zwłaszcza jeśli nie przemawia stylem urzędowym.
W tej chwili przez gęstwinę wspaniałych palm rozbłysły przed nimi różowe mury Grand Hotelu, a Shelah poleciła szoferowi podjechać bliżej.
– Muszę jak najprędzej pomówić z panem – zwróciła się do Tarneverra. – Chcę pana o wiele rzeczy zapytać. Widzi pan...
Przerwał jej, unosząc szczupłą dłoń.
– Proszę, niech pani nic mi nie mówi – uśmiechnął się. – Proszę pozwolić mi samemu wszystko wyjaśnić.
Spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
– O, naturalnie. Lecz potrzebuję pańskiej rady, Tarneverro. Musi mi pan znów pomóc, tak jak robił to pan wcześniej.
Skinął poważnie głową.
– Spróbuję. Czy mi się uda? Któż to może wiedzieć? Proszę przyjść do mnie o godzinie jedenastej. Pokój numer dziewiętnaście, na pierwszym piętrze. Będę na panią czekał.
– Tak, tak – jej głos drżał. – Muszę się dziś zdecydować. Przyjdę!
Tarneverro skłonił się raz jeszcze. Kiedy samochód ruszył, Shelah poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie Julii, pełne niezadowolenia, a niemal wręcz nieukrywanej nagany.
Portier hotelowy dotknął ramienia Tarneverra.
– Przepraszam, jakiś pan czeka na pana. Tam, w głębi.
Wróżbita odwrócił się i dostrzegł niezwykle otyłego Chińczyka, zbliżającego się zaskakująco lekkim krokiem. Twarz mężczyzny, barwy kości słoniowej, miała wyraz niemal tępoty. Matowe, senne oczy spoglądały niemrawo. Jakiś niezbyt inteligentny Chińczyk – pomyślał Tarneverro, zastanawiając się, co mogła oznaczać ta wizyta.
Gość ze Wschodu położył rękę na piersi i ukłonił się zaskakująco głęboko, jak na swoje gabaryty.
– Przepraszam tysiąckrotnie – przemówił. – Czy mam ten niezwykły zaszczyt mówić z wielkim Tarneverro?
– Jestem Tarneverro – odrzekł tamten krótko. – Czego pan sobie życzy?
– Czy mógłbym prosić o poświęcenie mi chwili uwagi? – kontynuował Chińczyk. – Nazywam się Harry Wing, jestem skromnym kupcem na tej wyspie. Czy byłoby zbyt wielkim zuchwalstwem z mojej strony, gdybym poprosił pana o rozmowę w cztery oczy?
Tarneverro wzruszył ramionami.
– W jakim celu?
– Sprawa jest wielkiej wagi. Czy mógłbym prosić o rozmowę w pańskim pokoju?
Wróżbita przez chwilę wpatrywał się w nieruchome oblicze tej twarzy, pod którą zdawało się nie być żadnego życia. W końcu ustąpił.
– Chodź pan – powiedział i poprowadził go po schodach do swojego pokoju.
Gdy tam dotarli, zwrócił się znowu do swego osobliwego gościa, który postępował za nim bezszelestnie. Firanki zostały odsunięte od szerokich okien, tak, że cały pokój tonął w blasku światła. Przezornie, jak zawsze, Tarneverro wybrał pokój od strony gór. Chłodny wiatr, ciągnący nieustannie od Koolau, wypełniał wnętrze orzeźwiającym powiewem, wpadając przez otwarte okna.
Wyraz twarzy Chińczyka pozostał niezmieniony, nawet gdy wróżbita obdarzył go badawczym spojrzeniem.
– A zatem? – zapytał Tarneverro.
– Pan jest słynnym Tarneverro – zaczął pokornie Harry Wing. – Całe Hollywood patrzy na pana z podziwem. Podnosi pan czarne zasłony, spoglądając daleko w niepewną przyszłość. Choć dla oczu zwykłego śmiertelnika jest ona czarna jak noc, dla pana, jak mówią, jest przejrzysta niczym najczystsze szkło. Czy wolno mi dodać, że ta sława towarzyszyła panu aż do Hawajów, że przylgnęła do pańskich śladów? Wieść o pańskich mistycznych zdolnościach przebiegła już niczym burza przez ulice tego miasta.
– Tak? – wtrącił Tarneverro krótko. – Ale o co chodzi?
– Jestem, jak wspomniałem, skromnym kupcem – rzekł Harry Wing. – Pragnę teraz mówić zupełnie otwarcie. W spokojnym rytmie mojego niepozornego życia niespodziewanie ukazuje się sposobność, która kusi swoim uwodzicielskim obliczem. Mógłbym połączyć mój handel z interesami mego kuzyna z północnych prowincji. Przyszłość wydaje się świetlana, a jednak ogarniają mnie wątpliwości. Czy to połączenie przyniesie mi szczęście? Czy mój kuzyn okaże się tak uczciwy, jak naturalnie miałbym prawo tego oczekiwać? Czy mogę mu zaufać? Krótko mówiąc, pragnąłbym, aby pan uchylił dla mnie zasłonę przyszłości. Jestem gotów sowicie pana za to wynagrodzić.
Oczy Tarneverra zwężyły się, po czym długo wpatrywały w tego niespodziewanego klienta. Chińczyk trwał nieruchomy jak posąg Buddy – w rozpiętym płaszczu, z rękami w kieszeniach spodni. Przez dłuższą chwilę wzrok wróżbity zatrzymał się na pewnym miejscu kamizelki gościa, tuż pod kieszonką na zegarek.
– To niemożliwe – powiedział z nagłym zdecydowaniem. – Przybyłem tutaj, aby odpocząć, i nie mam najmniejszej ochoty oddawać się swojemu zawodowi.
– A jednak niektórzy twierdzą – zauważył Chińczyk – że urządzał pan już seanse.
– Wyłącznie z przyjaźni względem jednego czy dwóch dyrektorów hotelu – przerwał Tarneverro. – Nie otrzymałem za to żadnego wynagrodzenia i bynajmniej nie zamierzam świadczyć swoich usług szerszej publiczności.
Harry Wing wzruszył ramionami.
– A więc moja wizyta kończy się przykrym rozczarowaniem.
Na ciemnym obliczu jasnowidza zadrgał zwycięski uśmiech.
– Proszę usiąść – powiedział. – Sam spędziłem jakiś czas w Chinach i wiem dobrze, jak wielkim zainteresowaniem cieszą się tam wróżbici wszelkiego rodzaju. Dlatego, gdy opowiedział mi pan, po co pan do mnie przyszedł, przez chwilę rzeczywiście wierzyłem, że mówi pan prawdę.
Gość zmarszczył czoło.
– Nie rozumiem.
Ciągle jeszcze się uśmiechając, Tarneverro usiadł na krześle naprzeciw Chińczyka.
– Tak, panie Wing, przez chwilę dałem się zwieść. Lecz potem mój skromny talent przyszedł mi z pomocą. Był pan tak uprzejmy, by wspomnieć o moim powodzeniu. Rzeczywiście odniosłem pewne sukcesy. Dlaczego? Ponieważ, przypadkowo, jestem również trochę medium.
– My, Chińczycy, również potrafimy wiele wyczytać z innych.
– Pozwolę sobie wyjaśnić. Kiedy wcześniej pana słuchałem, ogarnęło mnie jakieś parapsychologiczne wrażenie. Miałem odczucie... odczucie – czego? Surowych ludzi siedzących na posterunkach policyjnych, zaprzysiężonych do ochrony prawa. Detektywów ścigających złoczyńców, doprowadzających ich do schwytania, a potem przed oblicze trybunału. Takie, mój przyjacielu, były moje odczucia! Dość dziwne, nie uważa pan?
Tępy wyraz zniknął nagle z twarzy gościa. W małych, czarnych oczach zabłysnął podziw.
– Tak, odgadł pan to rzeczywiście zdumiewająco. Ja, co prawda, osobiście nie wierzę w odczucia parapsychologiczne. Przed kilkoma minutami zauważyłem, że pańskie oczy z nagłym zrozumieniem spoczęły na tym miejscu mojej kamizelki, skąd dopiero co odpiąłem odznakę detektywa. Szpilka pozostawiła, niestety, niezatarte ślady. Pan sam jest detektywem pierwszej klasy i mogę panu jedynie pogratulować.
Tarneverro przechylił głowę i roześmiał się.
– Brawo! – zawołał. – A więc pan jest detektywem, panie…
– Nazywam się Chan – rzekł otyły Chińczyk, wykrzywiając twarz grymasem uśmiechu. – Komisarz Chan z policji kryminalnej w Honolulu. Niedawno jeszcze sierżant, lecz z okazji wielkich zmian w tutejszej policji wynagrodzono mnie ponad miarę moich skromnych zasług. Ten właśnie podstęp, który przybrał tak żałosny obrót, nie był moim pomysłem, jeśli wolno mi to dodać na swoje usprawiedliwienie. Zwróciłem uwagę memu naczelnikowi, że musiałby pan być człowiekiem najzupełniej tępego umysłu, by dać się na to złapać. A ponieważ okazało się, że jest pan bystry ponad wszelką miarę, rzecz ta naturalnie się nie udała. Lecz to nie powód do nieprzyjaźni. Wstąpiłem jedynie, by zwrócić pańską łaskawą uwagę na pewien przepis, według którego nie wolno panu w tym przyjemnym mieście zajmować się swoją tajemniczą sztuką bez specjalnego zezwolenia. Jako że moje skromne słowa dotarły już do uszu mędrca, zrywam się pospiesznie do odwrotu.
Tarneverro powstał również.
– Nie będę zajmował się moim zawodem w tym mieście – zapewnił. Teraz, gdy strząsnął z siebie aurę tajemniczości, której chętnie i z powodzeniem używał w kontaktach z żądnymi sensacji gwiazdami filmowymi, sprawiał wrażenie człowieka zupełnie naturalnego, a nawet sympatycznego. – Bardzo miło było mi pana poznać, panie komisarzu. A wracając raz jeszcze do moich detektywistycznych zdolności, muszę w zaufaniu przyznać, że są mi one nadzwyczajnie pomocne w moim zawodzie.
– Domyślam się – odparł Chan. – Lecz właściwie powinien je pan wykorzystywać w służbie publicznej. W Los Angeles miało miejsce tak wiele sensacyjnych morderstw, których tajemnice zostały nierozwiązane i zapomniane. Z gorączkowym zainteresowaniem zagłębiałem się w te sprawy. Na przykład sprawa Taylora – co za osobliwy splot niezwykłych okoliczności, a wszystko do dziś dnia okryte tajemnicą. Albo sprawa Denny’ego Mayo, słynnego aktora i człowieka o wyjątkowej urodzie, który pewnej nocy został znaleziony zamordowany w swoim domu. Jak to już dawno się stało – przeszło trzy lata temu – a Denny Mayo wciąż nie doczekał się sprawiedliwości ze strony policji w Los Angeles.
– I nigdy nie będzie pomszczony – dodał wróżbita.– Nie, panie komisarzu, nie chciałbym mieć nic wspólnego z tymi sprawami. Uważam za przyjemniejsze zajmowanie się przyszłością lub spokojniejszą naturą przeszłości Hollywood.
– Oby pozostał pan niezmiennie na tej drodze mądrości – odpowiedział Chan. – Mimo to zawsze z radością przyjmę pańską bezcenną pomoc, gdyby kiedyś taka dręcząca tajemnica ukazała mi swoje zagadkowe oblicze. A teraz chciałbym się pożegnać, panie Tarneverro. Wrażenie pańskiej niezwykłej mądrości pozostanie na długo wyryte w mojej ubogiej pamięci.
Gdy bezszelestnie wysunął się z pokoju, Tarneverro spojrzał na zegarek. Z zachowaniem całkowitego spokoju poczynił przygotowania: ustawił mały stolik na środku pokoju, a na nim położył lśniący kryształ, który wydobył z szuflady swojego biurka. Potem podszedł do okna i zasunął firanki w taki sposób, że jasne światło ustąpiło miejsca nastrojowemu półmrokowi. Rozejrzał się z lekkim wzruszeniem ramion. Sceneria z pewnością nie dorównywała efektowności jego pracowni w Los Angeles, ale to musiało wystarczyć. Następnie usiadł przy oknie, wyjął z kieszeni gruby list, otworzył go i zaczął czytać.
Gdy Shelah Fane punktualnie o jedenastej zapukała do jego drzwi, przyjął ją od razu. Była ubrana na biało i sprawiała wrażenie młodszej niż wtedy w porcie, lecz jej oczy zdradzały trwogę i zmęczenie. Tarneverro ponownie przywdział oficjalną maskę: był chłodny, odpychający, pozbawiony sympatii. Posadziwszy ją przy małym stoliku za kryształem, zasunął firanki do końca, aż pokój pogrążył się w niemal całkowitym mroku.
– Tarneverro, musi pan powiedzieć, co mam zrobić – zaczęła.
Usiadł naprzeciw niej.
– Proszę poczekać – rozkazał krótko i przez chwilę wpatrywał się nieruchomo w kryształ. – Widzę panią przy balustradzie na pokładzie parowca, w srebrnym świetle księżyca. Jest pani ubrana w lśniącą suknię wieczorową – złotą jak pani włosy. Tej samej barwy szal okrywa pani ramiona. Jakiś mężczyzna stoi obok i podaje pani okulary. Pani podnosi je do oczu i widzi niknące światła wybrzeża Papeete. To port, z którego wypłynęła pani przed kilkoma godzinami.
– Tak, tak – szepnęła Shelah. – O Tarneverro, skąd pan wie...
– Ten człowiek odwraca się. Widzę go niewyraźnie, lecz zdaje mi się, że go poznaję. Dziś rano, na molo – Alan Jaynes – czy nie tak brzmiało jego nazwisko? Prosi panią o coś – o pani rękę, być może, lecz pani wstrząsa głową z wahaniem. Pragnęłaby pani powiedzieć „tak”, a jednak tego pani nie czyni. Odkłada pani odpowiedź. Dlaczego? Czuję, że pani tego człowieka kocha.
– Tak – odpowiedziała. – Ach, naprawdę go kocham, Tarneverro. Poznałam go w Papeete, byliśmy tam razem tylko przez tydzień. Jeden tydzień w tym czarodziejskim świecie. Już pierwszej nocy na statku – tak, jak pan to właśnie powiedział – zaczął mi mówić o swej miłości. I do dziś dnia nie dałam mu stanowczej odpowiedzi. Tak bardzo chciałabym powiedzieć „tak”, tak bardzo pragnęłabym zdobyć jeszcze trochę szczęścia. Zdaje mi się, że naprawdę na to zasłużyłam. A jednak – lękam się.
Spojrzał w jej twarz swoimi przenikliwymi oczyma.
– Pani się lęka. Czy jest coś w pani przeszłości, co mogłoby zatruć jej życie?
– Ależ skąd! – krzyknęła.
– Coś, co stało się już dawno?
– Nie, nie – to nieprawda!
– Nie potrafi mnie pani okłamać, Shelah. Jak dawno się to zdarzyło? Nie umiem tego ściśle oznaczyć, lecz muszę to wiedzieć koniecznie.
Wiatr igrał z firankami. Oczy Shelah Fane błądziły bezradnie po mrocznym pokoju, by znów spocząć na twarzy Tarneverra.
– Jak dawno temu? – spytał ponownie surowym głosem. Westchnęła głęboko.
– Minęły trzy lata. Dokładnie w zeszłym miesiącu – odpowiedziała, niemal niedosłyszalnie, drżącym głosem.
Wstrzymał na chwilę oddech, gdy jego myśli pracowały z zawrotną szybkością. Czerwiec, przed trzema laty. Wpatrzył się w kryształ, a jego wargi lekko poruszyły się.
– Denny Mayo – wyszeptał cicho. – Chodzi o Denny’ego Mayo. Ach, tak. Teraz wszystko rozumiem.
Wiatr rozwiał firanki, a bezlitosne światło padło szeroką smugą na twarz Shelah Fane. Jej oczy, pełne szaleńczego lęku, wpiły się w twarz wróżbity.
– Nie powinnam była tu przychodzić – jęknęła.
– Co z Dennym Mayo? – pytał dalej, głosem jeszcze bardziej nieugiętym. – Mam mówić, czy raczej pani wszystko opowie?
Drżąc na całym ciele, wskazała na okno.
– Balkon. Tam jest balkon.
Jak gdyby chcąc uspokoić przerażone dziecko, podniósł się i wyjrzał na zewnątrz. Po chwili wrócił do stołu.
– Tak, tam jest balkon – powiedział spokojnie. – Ale nikogo na nim nie ma.
Znów usiadł naprzeciw niej, a jego władcze spojrzenie zdawało się pochwycić ją w pułapkę, z której nie było ucieczki.
– A więc!? – rzucił Tarneverro.