Miłosne perypetie lady Jane - Annie Burrows - ebook

Miłosne perypetie lady Jane ebook

Annie Burrows

3,8
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Osierocona lady Jane trafia pod opiekę dziadka, hrabiego Caxton. Niezadowolony z jej manier hrabia zatrudnia guwernantkę i przygotowuje wnuczkę do londyńskiego debiutu. Jane ma jednak za nic polecenia i zakazy. Pewnej nocy wymyka się na schadzkę i wpada w tarapaty. Z pomocą przychodzi jej nieznajomy kawaler, który za zachowanie dyskrecji oczekuje czegoś w zamian…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 252

Rok wydania: 2025

Oceny
3,8 (59 ocen)
21
14
15
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pivona

Nie oderwiesz się od lektury

Zakręcona
00
Mgm25

Z braku laku…

Bardzo słaba
00



Annie Burrows

Miłosne perypetie lady Jane

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

Tytuł oryginału: An Escapade and an Engagement

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills&Boon Limited, 2012

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska

© 2012 by Annie Burrows

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2025

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

[email protected]

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-291-1625-1

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lord Ledbury utkwił wzrokiem w baldachimie łoża, które odziedziczył po bracie Mortimerze. Kompletnie wybił się ze snu, chociaż jeszcze godzinę wcześniej ze zmęczenia padał z nóg i wydawało mu się, że prześpi cały tydzień. Tymczasem sen nie nadchodził.

Nie cierpiał tego łoża, miękkich, wypchanych pierzem piernatów i stert poduszek. Obłożony nimi, odnosił wrażenie, że się dusi. Nie lubił lokaja. Nic nie mógł na to poradzić, choć miał świadomość, że jest niesprawiedliwy. Nie powinien się czepiać Jenkinsa, bo rzeczywiście służący się starał. Tyle że nie był Fredem, ordynansem. W ciągu sześciu lat jego służby mógł swobodnie pogawędzić z nim przed udaniem się na spoczynek, pośmiać się z groteskowych sytuacji, do których dochodziło podczas wieczornych spotkań towarzyskich.

Musiał rozstać się z Fredem, kiedy przejął Lavenham House. Chociaż przed sprowadzeniem się do rezydencji nie doświadczał podobnych wygód ani nie był otoczony gromadą służby, czuł się samotny i nie na miejscu. Niczym złodziej w cudzym domu, pomyślał z goryczą.

Przewrócił się na bok i zapatrzył na wciąż jarzący się ogień na palenisku marmurowego kominka. Bez munduru nie czuł się sobą. Brakowało mu kolegów pułkowych oraz poczucia przynależności do wspólnoty wojskowych. Cholera, rozmyślał, lepiej by się spało na ławce w parku pod przykryciem ze starego płaszcza wojskowego niż tutaj, w tych betach uważanych za luksus przynależny osobie z jego sfery. Ileż to razy spędził noc pod gołym niebem, budząc się rano w posłaniu przymarzniętym do gruntu. Uświadomił sobie, że na końcu uliczki był niewielki park z ławkami, a stary wojskowy płaszcz wciąż wisiał w szafie, chociaż Jenkins kręcił na to nosem.

Uznał, że musi chociaż na chwilę wyjść z domu Mortimera, wymknąć się spod kurateli jego służby, chociaż miał świadomość, że nie ucieknie od obowiązków, które spadły na niego w związku z nagłą i niespodziewaną śmiercią starszego brata.

Przeklinając pod nosem, wstał z łóżka, po omacku ubrał się w to, co było pod ręką, naturalnie, nie zapominając o płaszczu wojskowym. Włożył go i poczuł się w nim, jak w objęciach przyjaciela. Na powrót stał się majorem Cathcartem, mimo że ludzie uparli się obecnie nazywać go lordem Ledbury.

Przygładził dłonią jasnobrązowe włosy, jak to miał w zwyczaju po wstaniu z łóżka podczas służby wojskowej. Szkoda, że równie łatwo nie dało się uspokoić wzburzonego nastroju. Pokuśtykał w dół po schodach. Fakt, że nie doszedł jeszcze do siebie po rozmowie z dziadkiem, hrabią Lavenham, nie miał większego znaczenia. Był przygotowany na to, że usłyszy coś nieprzyjemnego. To, czego dowiedział się na temat młodszego brata, było szokujące. Jeszcze gorzej przyjął wiadomość, że gdyby Charlie ukrywał skłonność do mężczyzn, on mógłby spokojnie wrócić do pułku, dać się zabić lub okaleczyć i nikogo by to nie zainteresowało. Spełnił wolę dziadka. Zrezygnował z kariery wojskowej i przeprowadził się do Lavenham House. Zakupił nową garderobę, zaczął grać przeznaczoną mu rolę, a jednak…

Na dworze poczuł się lepiej niż w rodowej siedzibie. Odetchnął głęboko. Powietrze było przepojone wilgocią, co nieomylnie zwiastowało nadejście angielskiej wiosny. Do furtki na skwer dotarł szybciej, niż się spodziewał, zważywszy na stan jego nogi. Z zadowoleniem pomyślał, że wyciągnie się na parkowej ławce i poprzez gałęzie drzew będzie patrzył na nocne niebo. Niczego więcej mu nie potrzeba.

Tytuł lordowski przypadł mu niespodziewanie po haniebnej śmierci Mortimera. Teraz on jest ostatnią nadzieją na przedłużenie rodu. Będzie musiał się ożenić, znaleźć pannę godną miana przyszłej hrabiny Lavenham. Właśnie dlatego dzisiejszego wieczoru wybrał się na bal w nowym wcieleniu, jako lord Ledbury. Wzdrygnął się mimowolnie na wspomnienie kobiet, które otoczyły go ścisłym wianuszkiem, gdy tylko pojawił się w rozjarzonej światłami świec sali balowej.

Najwyraźniej pech nie przestał go prześladować, bo gdy doszedł do pierwszej ławki, na której zamierzał się położyć, okazało się, że jest zajęta przez rosłego żołnierza w czerwonym uniformie i kobietę, chyba mu niechętną, sądząc po tym, jak wyrywała się z uścisku.

– Puść ją! – zawołał głosem wyćwiczonym na polach musztry wojskowej tak głośno, że oboje podskoczyli.

– Odczep się – odburknął przez ramię żołnierz.

– Ani mi się śni. To niedopuszczalne i… – Urwał.

Rozpoznał młodą damę. To lady Jayne Chilcott. Zwrócił na nią uwagę podczas minionego balu i wypytywał o nią pana domu, Berry’ego, dawnego kolegę szkolnego, była bowiem bez wątpienia najpiękniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widział w życiu. Udzielając informacji, Berry uśmiechał się złośliwie.

– To lady Jayne Chilcott, zwana Soplem Lodu. Mojej siostrze Lucy bardzo zależało na jej obecności na balu, gdyż ona przebiera w zaproszeniach, jak w ulęgałkach. Jej dziadkiem jest hrabia Caxton, wyniosły staruch. Przyjrzyj się jej zachowaniu, a zrozumiesz, skąd wziął się przydomek.

Zrezygnował z prośby o przedstawienie go owej piękności, obserwował ją tylko z daleka. Wystarczyło pół godziny, aby zgodził się z opinią kolegi. Rzeczywiście sprawiała wrażenie, że z żalem zniżyła się do towarzystwa ludzi tak bardzo niedorównujących jej statusem. Z wyniosłą miną odrzucała zaproszenia do tańca ze strony tłoczących się wokół niej mężczyzn.

Obecnie po wyniosłości nie został nawet ślad. Miał przed sobą młodą dziewczynę, przerażoną i zawstydzoną, bo przyłapano ją w mocno kompromitującej sytuacji. Natomiast jej uwodziciel był wręcz wściekły.

– Powtarzam, natychmiast puść lady Jayne – rozkazał stanowczym głosem Richard.

Był zdecydowany ratować pannę Chilcott z opresji bynajmniej nie ze względu na wrodzoną rycerskość. Na przekór temu, czego dowiedział się o niej od Barry’ego, i co było mówione takim szyderczym tonem, czuł, że początkowe zainteresowanie urodą lady Jayne zmieniło się w miarę upływu balu w coś na kształt zrozumienia dla jej postawy.

Widząc, jak ona opędza się od narzucających się jej mężczyzn, czerpał pocieszenie z faktu, że nie tylko on jest oblężony. Po pewnym czasie bawiła go nawet determinacja, z jaką oboje w dwóch różnych końcach sali odpierali ataki napierających. Tyle że ścielących się do jej stóp mężczyzn tłumaczyła jej niezwykła uroda, podczas gdy wszystkie dopominające się jego uwagi damy młode i starsze były zainteresowane wyłącznie jego świeżo nabytym majątkiem i tytułem.

„Wygląd twojej twarzy niema najmniejszego znaczenia” – pocieszał go dziadek, skupiając wzrok na bruździe, którą wyryła na czole wnuka zabłąkana kula, gdy był zaledwie porucznikiem. „Na pewno nie teraz, skoro jesteś znakomitą partią. Z twoim majątkiem i widokami na tytuł hrabiowski nie musisz się wysilać. Wystarczy, że będziesz bywał, a kandydatki na żonę same cię znajdą”.

Myśl o tym, że będzie musiał się opędzać przed nachalnymi kobietami sprawiła, że wybrał się na bal z największą niechęcią. Słowa dziadka dźwięczały mu w uszach. Nikt nie zwracałby na niego najmniejszej uwagi, gdyby śmierć Mortimera nie wyniosła go tak wysoko. Tak, szedł tam, by się rozejrzeć za żoną, ale czy całe to towarzystwo nie mogło mniej ostentacyjnie okazywać, że interesuje je jedynie jego pozycja towarzyska, a nie on sam?

Czy lady Jayne miałaby tylu starających się, gdyby była równie biedna, jak piękna? Budziła zachwyt nieskazitelną cerą, ustami jak pączek róży i gęstwiną złocistych loków opadających na wdzięcznie zaokrąglone ramiona. Nie zauważył, jakiego koloru były jej oczy, ale ideałem dla tego typu urody powinien być chabrowy.

Gdy wszedł na salę, rzuciła mu zimne, taksujące spojrzenie. Później, kiedy oboje otaczała gromada pochlebców, ich oczy spotkały się i on przez ułamek sekundy był pewny, że chciałaby poskarżyć się mu, jak bardzo doskwiera jej nieszczerość tych ludzi. On chętnie zrobiłby to samo. Niedługo potem opuściła salę balową.

Po jej wyjściu przymus przebywania w tym pomieszczeniu i z tymi ludźmi stał się nie do zniesienia. Richard czuł się zamroczony panującą w przegrzanej sali duchotą. Napięcie, nieopuszczające go od podjęcia decyzji o podporządkowaniu się obowiązkowi wobec rodziny, było nie do wytrzymania przez osłabione długotrwałą chorobą ciało. Nagle wszystko go rozbolało. W głowie na próżno szukał uprzejmych słówek, niezbędnych w salonowych konwersacjach. Z ulgą wyszedł i udał się do Lavenham House. Tyle że dom, w którym zamieszkał, wciąż był domem Mortimera.

Nagle odczuł potrzebę wyładowania na kimś frustracji gromadzącej się w nim od rozmowy z hrabią Lavenham. Mortimer i Charlie byli poza zasięgiem – jeden w grobie, drugi w Paryżu, a nie wypadało rzucać się na własnego dziadka, choćby był w najwyższym stopniu irytujący.

– Wstawaj! – rozkazał żołnierzowi wciąż obejmującemu lady Jayne.

Młodzieniec był jego wzrostu. Chociaż młodszy i zapewne sprawniejszy fizycznie, nie był zaprawiony na polu walki jak on.

Żołnierz wstał niechętnie.

– Przynosisz ujmę swojemu mundurowi – orzekł lord Ledbury, rozdrażniony nonszalancją młokosa. Każdy spośród podkomendnych prężył się na baczność, słysząc taki ton w jego głosie. – Muszę zameldować o tym twoim dowódcom. Oficer nie powinien narzucać się kobiecie. Gdybyś był moim podwładnym, mógłbyś czuć się szczęściarzem, jeśli skończyłoby się na chłoście.

Zanim zdążył dodać, że da nieszczęśnikowi szansę rozstrzygnięcia sprawy w walce na pięści, lady Jayne stanęła między nimi z okrzykiem:

– Nie będzie pan tak okrutny!

– Okrutny? – powtórzył zaskoczony. – Uważa pani, że okrucieństwem jest ratowanie pani z opresji?

Zignorował wewnętrzny głos, który mu przypominał, że szuka okazji do awantury. Ten żołnierz stanął mu na drodze w chwili, kiedy potrzebował kogoś, na kim mógłby się wyładować. Gdyby napotkał młodego oficera obściskującego ładną dziewczynę w Portugalii, mrugnąłby do niego porozumiewawczo i poszedł swoją drogą. Z tą różnicą, że ta dziewczyna nie była słodką senioritą ani znudzoną życiem żoną jakiegoś hreczkosieja. Była młodą angielską damą i nie szukała przygód. Przeciwnie, wyrywała się zuchwalcowi.

– Przyznaję – odezwała się – byłam trochę zaskoczona natarczywością Harry’ego, bo do tej pory nigdy mnie tak nie całował. Głównie jednak bałam się, że ktoś nadejdzie i nas zauważy.

– Naprawdę chce pani, abym uwierzył, że odpychała go pani z obawy, że zostaniecie złapani w dwuznacznej sytuacji?

Bez wątpienia musiała tu przyjść z własnej woli, nawet jeśli potem przestraszyła się tego, co robi.

– Tak! – wykrzyknęła lady Jayne, unosząc wyzywająco głowę. – Nie spodziewam się, że ktoś taki jak pan to zrozumie. Ponieważ mój dziadek zabronił Harry’emu widywać się ze mną, nie pozostaje nam nic innego, jak spotykać się potajemnie.

Co to znaczy „ktoś taki jak pan”?! – zirytował się w duchu. Dlaczego nie jest mu wdzięczna za wybawienie z opresji? I przede wszystkim czemu stoi mu na drodze i nie pozwala dołożyć tej podstępnej, żałosnej imitacji żołnierza?

– Nie pomyślała pani, że dziadkowi mogłoby leżeć na sercu pani dobro? Że byłoby lepiej trzymać się z daleka od tego franta?

Lady Jayne była dość majętną dziedziczką. Berry wspominał, że jej dziadek nie miał żadnych bezpośrednich męskich następców i było powszechnie wiadomo, że ją obdarzy większą częścią swojej fortuny. Rzecz oczywista, że jakiś przybłęda bez grosza przy duszy nie był odpowiednim partnerem dla dziewczyny, która odziedziczy majątek, niezależnie od tego, że Harry miał niewątpliwie pewne zalety – urodziwą twarz, szerokie bary i wielki tupet.

– Zamierza pan nas wydać? – zapytała chłodno.

Harry stanął obok lady Jayne i przycisnął do torsu jej dłoń.

– To się tak nie skończy – oznajmił. – Nie dopuszczę do tego. Przysięgam, ukochana, że nic nas nie rozłączy – dodał.

– Och, Harry, nie wybaczę sobie, jeśli przez niego spotka cię chłosta. – Rzuciła nienawistne spojrzenie lordowi Ledbury. – Wiedziałam, że nie powinnam się godzić na to spotkanie.

Kiedy tak stali i patrzyli na siebie, Richard poczuł, że opuszcza go nagromadzona nieracjonalna złość. Jeśli lady Jayne kocha tego młodego oficera, niezależnie od tego, co on o nim sądził, to nic dziwnego, że ozięble potraktowała adoratorów nadskakujących jej podczas balu. Wiedział, co musiała czuć. Czy dziadek nie odarł go z wszelkich złudzeń, nie podeptał jego uczuć i nie kazał mu wstąpić na drogę, której nie wybrałby z własnej woli? Poczuł się niewygodnie w obranej roli obrońcy poprawności, bo wiedział, że wyjdzie na kompletnego durnia, ale coś nie pozwalało mu odejść i zostawić ich w spokoju.

– Niech pani przestanie zachowywać się jak heroina z taniego melodramatu i zawoła pokojówkę. Czas wracać do domu.

Zwiesiła głowę.

– Chyba nie wyszła pani bez pokojówki?

Pokiwała głową.

To wyglądało znacznie gorzej, niż sądził. W żadnym wypadku nie mógł zostawić jej w towarzystwie mężczyzny, który bez skrupułów zwabił w ustronne miejsce o tak późnej godzinie młodą kobietę, pozbawioną chociażby pozorów ochrony ze strony pokojówki.

– Czuję się zobowiązany odprowadzić panią do domu – oznajmił. – Miejmy nadzieję, że nikt nas nie spostrzeże, inaczej to my będziemy bohaterami skandalu.

Owszem, zamierzał się ożenić, ale nie pod przymusem z ledwo poznaną dziewczyną. Kandydatka na przyszłą hrabinę powinna być kobietą wyjątkową, o której kolejne pokolenia będą mówiły z największym podziwem i szacunkiem. Niekoniecznie trzeba jej szukać w ekskluzywnym Almacku, tym matrymonialnym targowisku, nie musi pochodzić z najwyższych kręgów towarzyskich, natomiast powinna mieć to coś, co każdy momentalnie spostrzeże i doceni. Nawet on, gdy się na nią natknie.

– Na co jeszcze czekasz, człowieku?! – wrzasnął na młodzieńca. – Wracaj do koszar, zanim się rozmyślę, i módl się, żeby nie odkryli twojej nieobecności.

– Zmienił pan zdanie?

– Mogę je zmienić jeszcze raz, jeśli się stąd natychmiast nie ruszysz. Jak się nazywasz i jaki masz stopień?

– Porucznik Kendell. I dziękuję panu.

Harry pocałował lady Jayne w rękę, po czym się ulotnił.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji