Ostatni wyrok - Bartosz Lech Grykowski - ebook

Ostatni wyrok ebook

Bartosz Lech Grykowski

3,8
32,50 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Podejrzane interesy, poważne nadużycia władzy i zadawnione spory w środowisku warszawskich prawników Warszawa 2016. W toalecie sądu okręgowego w przerwie rozprawy rozwodowej Alicji i Marcela Zawistowskich zostaje znalezione ciało sędzi Anety Kowalczyk. Młody prokurator Tomasz Wilczur mający opinię karierowicza chce jak najszybciej wskazać sprawcę i zamknąć śledztwo. Dysponując skąpymi dowodami, oskarża radcę prawnego Piotra Radeckiego. Obrony Radeckiego podejmuje się jego szef i przyjaciel Artur Wieloszewski, ale oskarżony nie ułatwia mu zadania, konsekwentnie milcząc. Kiedy wraz z rozwojem śledztwa na jaw wychodzą niejasne powiązania zamordowanej, a trop prowadzi do warszawskiego ratusza i sprawy reprywatyzacji nieruchomości, Wieloszewski musi połączyć siły z Krzysztofem Lasotą, blogerem piszącym o sprawach kryminalnych, który wykazuje spore zainteresowanie podejrzanymi interesami Zawistowskiego i nadużyciami w prokuraturze. Dzięki nowym informacjom zdeterminowany Wieloszewski dociera do brudnych urzędniczych interesów i spraw, o których niejedna rodzina wolałaby milczeć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 400

Rok wydania: 2020

Oceny
3,8 (26 ocen)
8
9
5
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ostatni wyrok

Copyright © 2020 by Bartosz Lech Grykowski

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz/ artnovo.pl

Zdjęcia użyte na okładce: © Tarik GOK/ Adobe Stock, © Darq/ Shutterstock

Zdjęcie autora: © Agnieszka Łukaszewicz

Redakcja: Weronika Dapczyńska

Korekta: Aleksandra Pietrzyńska, Marta Chmarzyńska, Maria Zając

ISBN: 978-83-66512-87-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

W celu umożliwienia racjonalnego przeprowadzenia odbudowy stolicy i dalszej jej rozbudowy zgodnie z potrzebami Narodu, w szczególności zaś szybkiego dysponowania terenami i właściwego ich wykorzystania, wszelkie grunty na obszarze m. st. Warszawy przechodzą z dniem wejścia w życie niniejszego dekretu na własność gminy m. st. Warszawy.

art. 1 Dekretu o własności i użytkowaniu gruntówna obszarze m.st. Warszawy z dnia 26 października 1945 roku

Właściciel nieruchomości, który utracił jej własność z chwilą wejścia w życie dekretu z 26.10.1945 r. – o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy, pozostaje jej posiadaczem samoistnym w złej wierze.

Postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 1 grudnia 2010 r. I CSK 35/10

2 lutego 2016 roku, wtorek

Mimo późnej pory i padającego deszczu aktywność policji w okolicy budowy na Bagateli przyciągnęła uwagę sporej grupki gapiów.

Komisarz Bedyński obrzucił zbiorowisko niechętnym spojrzeniem. Gdyby to zależało od niego, wprowadziłby zakaz zbliżania się do miejsca przestępstwa wszelkich nieupoważnionych osób na odleg­łość mniejszą niż sto metrów. I nie obchodziło go, czy ta cała tłuszcza faktycznie przeszkadza funkcjonariuszom. We wścibstwie tych ludzi zwyczajnie było coś głęboko niestosownego.

Tej nocy denerwowali go jeszcze bardziej niż zwykle. Bynajmniej nie chodziło o to, że przyszli napawać się tragedią i ludzkim nieszczęściem. Przyczyny jego irytacji były dużo bardziej prozaiczne. Najpierw kolejna kłótnia z żoną, a potem to wezwanie. Jazda do trupa w środku nocy szczególnie go nie ruszała – taka praca – ale czy musieli znaleźć ciało właśnie na placu budowy, a nie w jakimś ciepłym, przytulnym apartamencie? Złość komisarza sięgnęła zenitu, gdy wysiadł z nagrzanego samochodu i pomyślał, że pewnie czeka go kilka godzin na chłodzie.

Trudno. Niezależnie od tego, co myślał o zgromadzonych, nie mógł się ich pozbyć.

Spojrzał na budynek. Prace były dość zaawansowane, choć wciąż sporo brakowało do stanu zamkniętego. Nowoczesna elewacja mogła się podobać komuś o mniej konserwatywnym guście niż Bedyński, ale nawet taka osoba szybko doszłaby do wniosku, że w najmniejszym stopniu nie pasuje do okolicy.

Paulina Dużyńska, współpracowniczka komisarza, popatrzyła na niego zniecierpliwiona.

– Nad czym się tak zastanawiasz?

– Ile musiał wziąć w łapę ktoś z biura konserwatora zabytków, żeby to coś tu stanęło… I ile lat musiałbym pracować, nic nie jedząc, żeby zarobić na mieszkanie tutaj.

– Na oba pytania odpowiedź brzmi: bardzo dużo – roześmiała się.

– Swoją drogą, to niesamowite – kontynuował, kiedy wchodzili do środka. – Przecież to zwykła plomba, wciskają teraz budynki w każdy skrawek wolnej powierzchni. Ludzie siedzą tu jeden na drugim. A tymczasem moi rodzice mają dom w Zielonce, porządny, murowany, z dużą piwnicą i garażem. I wiesz co? Pewnie za cały ten dom mogliby kupić schowek w tym apartamentowcu… Gdzie tu sens?

– Lokalizacja i standard robią swoje.

– Jasne. – Bedyński wzruszył ramionami. – Ale chyba może mi się to nie podobać?

– Oczywiście. – Policjantka się uśmiechnęła.

Dobrze znała jego humory i świetnie wiedziała, co jest przyczyną złego nastroju, choć po drodze starała się go rozweselić.

– I do tego jeszcze te nazwy. Brzozowski Development – spojrzał na logo znajdujące się na ogrodzeniu – nie ma już dobrych, polskich określeń?

Na placu budowy szybko się uspokoił. Był przede wszystkim zawodowcem. Niezależnie od tego, jak bardzo się irytował, wiedział dobrze, jakie są jego zadania.

Ciało znajdowało się na pierwszym piętrze, na klatce schodowej.

– Stróż twierdzi, że niczego nie widział, ale to emeryt, jakich wielu. Dorabia, żeby przeżyć – wyjaśnił nowo przybyłym funkcjonariusz, który pierwszy pojawił się na miejscu zbrodni. – Nawet nie usiłował zaprzeczyć, że mógł przysnąć albo pójść do sklepu po wodę. Twierdzi, że przecież i tak nikt tu niczego nie kradnie. Znalazł ciało podczas obchodu i jedyne, co może powiedzieć, to że trzy godziny wcześniej go tam jeszcze nie było. Skontaktował się już z nami ktoś od dewelopera. Są bardzo zmartwieni, bo ta sytuacja wpłynie na opóźnienie budowy.

– Typowe – mruknął Bedyński. – Ale to już nie nasz problem. My mamy zabójstwo do rozwikłania.

Zatrzymał się i spojrzał prosto w szeroko otwarte, martwe oczy młodej kobiety.

11 marca 2016 roku, piątek

Gmach Sądu Okręgowego w Warszawie przy alei „Solidarności” wyglądał tak samo jak w niemal każde piątkowe popołudnie. Większość rozpraw już się zakończyła, po korytarzach kręcili się tylko nieliczni interesanci. Jedynie biuro podawcze cieszyło się jeszcze pewnym zainteresowaniem odwiedzających – od czasu do czasu do okienka podchodził zdyszany pracownik kancelarii, aby rzutem na taśmę złożyć jeszcze przed weekendem apelację czy inne terminowe pismo.

Było tylko jedno miejsce, do którego nie dotarł wszechobecny spokój. Atmosfera pod drzwiami sali numer 235 z każdą minutą stawała się coraz bardziej napięta.

Rozprawa w postępowaniu rozwodowym między Marcelem Zawistowskim a Alicją Zawistowską rozpoczęła się równo o 8.30. Tego dnia co prawda miały zostać przesłuchane jedynie matka Marcela, Renata Zawistowska, i jego teściowa, Maria Brzozowska, obu paniom jednak, najwyraźniej dla dodania animuszu, towarzyszyli mężowie. Obecni byli też siostra Alicji Łucja i oczywiście pełnomocnicy obu stron.

W sumie dziewięć osób – wszystkie zgromadzone w wąskim korytarzu starej, nieodnowionej jeszcze części budynku zajmowanej przez sąd praski – oczekiwało na zakończenie przerwy ogłoszonej tuż przed 14.00.

Piotr Radecki, radca prawny w kancelarii Gac Łemkowska Wieloszewski, był zmęczony. Miał już dość wzajemnych pretensji, kąśliwych komentarzy kierowanych względem siebie przez przedstawicieli obu rodzin, niechęci, którą niemal dało się wyczuć w powietrzu.

Oczywiście mogłoby być jeszcze gorzej – myślał, patrząc na swoją przeciwniczkę w tym postępowaniu, mecenas Milenę Glińską. Matka jej klientki, Maria Brzozowska, nie dawała jej praktycznie chwili wytchnienia. Nie tylko nieustannie wypytywała pełnomocniczkę córki o wszelkie możliwe kwestie, lecz także co chwila pouczała ją, co i w jaki sposób powinna robić. Było to tym bardziej absurdalne, że najwyraźniej sama nie do końca rozumiała ani co się wokół niej dzieje, ani co leży w najlepszym interesie jej córki. Piotr, chociaż starał się nie podsłuchiwać, dowiedział się już kilku ciekawych rzeczy o zamierzeniach strony przeciwnej.

Milena Glińska była z kolei nie tyle spokojna, ile zwyczajnie zobojętniała – najwyraźniej zdążyła się już przyzwyczaić do zachowania pani Brzozowskiej, tonując ją jedynie w najbardziej krytycznych momentach.

Główna zainteresowana, Alicja Zawistowska, stała oparta o ścianę, skupiając się tylko na widoku za oknem naprzeciw. Nie zwracała najmniejszej uwagi na matkę, choć jeszcze rano, na początku rozprawy, kilka razy próbowała przywoływać ją do porządku.

Piotr nieco dłużej zatrzymał wzrok na tej trzydziestodwuletniej szatynce, którą uważał za wyjątkowo piękną i fascynującą kobietę. Już w tej chwili wiedział o niej tyle, że chwilami odnosił wrażenie, jakby doskonale ją znał – a przecież o wszystkich szczegółach jej życia, nawet tych, o których nie ma pojęcia większość jej znajomych czy przyjaciół, dopiero się dowie. Postępowanie w końcu jeszcze trwa.

Kiedy przeniósł wzrok na Łucję Brzozowską, napotkał jej potępiające spojrzenie – niewątpliwie zorientowała się, w jaki sposób patrzył na jej starszą siostrę. Ciągle jeszcze nie potrafił do końca zrozumieć relacji łączącej te dwie kobiety. Z jednej strony były ze sobą bardzo blisko związane, z drugiej wyczuwał w Łucji wyraźny żal – to ona była tym niedocenianym dzieckiem i nawet teraz wciąż porównywano ją ze starszą siostrą. Piotr wiedział jednak, że jest znacznie bystrzejsza, niż sądzą jej rodzice.

Mierzyli się wzrokiem dłuższą chwilę, jakby żadne nie chciało ustąpić.

– Mecenasie, mam pytanie – zwrócił się do niego Marcel Zawistowski, dzięki czemu wycofał się z tej walki na spojrzenia bez poczucia porażki.

– Tak, słucham?

– Czy ta przerwa potrwa jeszcze długo? Mam kilka ważnych telefonów do wykonania, a to wszystko strasznie się przeciąga.

– Nie wiem – westchnął Piotr, spoglądając na zegarek. – Sędzia i ławniczki miały wrócić już dziesięć minut temu. Równie dobrze mogą się pojawić za minutę, jak i za pół godziny.

– Ale nie muszę być na sali?

– Nie ma pan takiego obowiązku, ale mogą się dziać jeszcze ważne rzeczy, sąd na pewno wyznaczy kolejny termin rozprawy. Warto, żeby pan od razu określił, czy nie koliduje z innymi pana obowiązkami.

– No dobra – westchnął Marcel. – Nie będę odchodzić daleko i w razie czego się rozłączę.

Przyłożył telefon do ucha i przeszedł na koniec korytarza, aby we względnym spokoju odbyć rozmowę. Wcześniej jednak zatrzymał się przy Fryderyku Brzozowskim, swoim teściu. Wymienili kilka zdań, Fryderyk wzruszył ramionami i uśmiechnął się niepewnie.

Kiedy się na nich patrzyło, odnosiło się wrażenie, że są idealną ilustracją starej mądrości ludowej, zgodnie z którą kobieta wybiera sobie za męża mężczyznę podobnego do ojca. Fryderyk i Marcel przypominali raczej braci niż teścia i zięcia. Ten sam dystyngowany, czasem trochę flegmatyczny styl bycia, nienaganna uprzejmość wobec każdego, nawet wroga, te same gesty… do tego fizyczne podobieństwo.

Ale to nie z tego powodu stanowili prawdziwy fenomen, z jakim mecenas Radecki jeszcze nigdy się nie spotkał.

Ważniejsze od łączącego ich powinowactwa były bowiem więzi biznesowe. Odkąd niemal dziesięć lat temu Marcel Zawistowski dołączył do zespołu pracowni architektonicznej Brzozowski i Wspólnicy, wiele się zmieniło. Marcel stał się siłą napędową firmy, prowadził ją do sukcesu, który jeszcze kilka lat wcześniej wydawał się niewyobrażalny.

Nie trzeba było psychologa, żeby wiedzieć, że Fryderykowi Brzozowskiemu cały ten rozwód jest nie w smak. Marcel był dla niego przede wszystkim kluczowym wspólnikiem, a nie niewiernym zięciem.

Alicja z wyraźną złością spojrzała na przejaw ich zażyłości.

Dziwnie spokojnie zachowywała się za to matka Marcela. Piotr bardzo obawiał się Renaty Zawistowskiej, od kiedy tylko dowiedział się, kim jest. Renata była bowiem sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, a jak wiadomo, prawnicy są najgorszymi klientami.

Młody radca prawny miał wszelkie podstawy, aby przypuszczać, że Zawistowska będzie kwestionować każde jego posunięcie, zgłaszać niezliczone własne pomysły, słowem – wtrącać się we wszystko. Tymczasem do tej pory zachowywała się bardzo przyzwoicie, pozwalając mu wykonywać swoją pracę.

Przerwa się przeciągała, trwała już czterdzieści minut, nie poinformowano nawet, kiedy się zakończy. Wszyscy byli coraz bardziej znudzeni i zniecierpliwieni – może poza Marcelem, który rozpoczynał właśnie kolejną rozmowę z jakimś kontrahentem.

Piotr, choć był do tego przyzwyczajony – ostatecznie niekończące się oczekiwanie na korytarzu sądowym stanowiło nieodłączną część jego zawodu – tym razem nie był już w stanie wytrzymać. Parcie na pęcherz stawało się nie do zniesienia. Musiał się wysikać.

A toaleta była tak niedaleko. Za dwie minuty będzie z powrotem.

21 marca 2016 roku, poniedziałek

Artur westchnął głęboko.

– Na pewno dasz sobie radę?

– Oczywiście – odparła stanowczo Agnieszka Rosłan. – Dla ciebie istnieje tylko ta jedna sprawa, więc pozwól mi zadbać o to, żebyś miał wolną głowę – nikt cię nie będzie niepokoił. Wiesz przecież, że zajmę się wszystkim, chyba już udowodniłam, że potrafię to zrobić – powiedziała łagodnie, wyczuwając jego wątpliwości.

Artur Wieloszewski, wspólnik kancelarii Gac Łemkowska Wieloszewski, wiedział to doskonale. Agnieszka nie raz sprawdziła się w sytuacjach kryzysowych i stresowych. Problem w tym, że zbyt często patrzył na nią, jakby była tą samą dziewczyną, która tuż po studiach przyszła do kancelarii. Nie potrafił się nawet przyzwyczaić do nowego nazwiska i – choć wyszła za mąż już ponad dwa lata temu – regularnie przedstawiał ją nowym klientom jako Agnieszkę Sójkę. To nazwisko o wiele lepiej do niej pasowało. Myślał o tym, jak ogromnie zmieniła się przez te wszystkie lata. Dojrzała, zmądrzała – bardziej niż którykolwiek z jego pracowników. Pozostała przy tym nadal tą samą filigranową blond trzpiotką, której promienny uśmiech potrafił zmiękczyć nawet najbardziej zatwardziałego klienta czy przeciwnika. Taka powierzchowność sprawiała co prawda, że wielu ludzi ją lekceważyło, ale zdążyła się już nauczyć wykorzystywać to na swoją korzyść.

Dzisiaj się nie uśmiechała, była smutna, choć nie roztrzęsiona.

– Dam sobie radę – powtórzyła.

– Wiem – westchnął. – Ale pamiętaj, że nie wiadomo, jak długo to potrwa. Wierzę, że sobie poradzisz, ale nie chciałbym, żeby się to odbiło na twoim życiu. Jeśli nie będzie szło dobrze, możesz zapomnieć o wracaniu do domu o czasie. Robert pewnie nie będzie zadowolony.

– E tam, o wychodzeniu do domu o czasie zapomniałam już dawno temu. – Uśmiechnęła się. – Miło, że tak się troszczysz o moje życie małżeńskie, ale z tym też dam sobie radę. Radziłam już sobie z gorszymi kryzysami.

– Nie troszczę się o twoje małżeństwo, ale o swoje bezpieczeństwo – roześmiał się Artur.

Nieustanna zazdrość męża Agnieszki już dawno stała się przedmiotem niezbyt stosownych żartów wśród starszych pracowników kancelarii. Był to jednak grząski grunt. Agnieszka może i pogodziła się z zachowaniem męża, miała więc do niego dystans, ale na dłuższą metę przytyki kolegów bardzo ją męczyły.

Na twarzy kobiety pojawił się nieco wymuszony uśmiech.

– Przepraszam, nie powinienem – zreflektował się Artur.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała. – W każdym razie dam radę, nie musisz się o nic obawiać.

Minął przystanek i mikroskopijną pętlę autobusową, na której właśnie zatrzymała się stopięćdziesiątkadwójka. Wysiadło z niej kilka osób. Gdy był jeszcze na aplikacji, regularnie korzystał z tej linii, jednej z najbardziej specyficznych w Warszawie. Jeździły nią dwie kategorie ludzi – działkowicze i osoby odwiedzające osadzonych. Pierwsi kierowali swe kroki w lewo, do rodzinnych ogródków działkowych. Drudzy wybierali wąską i ponurą ulicę Ciupagi, która prowadziła ich prosto do bram aresztu.

Wjechał w tę uliczkę, minął kilka domów, przejechał między drzewami i już po chwili jego oczom ukazał się majestatyczny mur Aresztu Śledczego Warszawa–Białołęka, który na stronie internetowej z dumą reklamował się jako „największy areszt w Europie”. Cóż, dość wątpliwy atut. Klienci tego zakładu i tak nie mieli wielkiego wyboru, nawet jeśliby chcieli skorzystać z usług konkurencji.

Niemal dokładnie naprzeciw głównego wejścia znajdowało się niewielkie osiedle. Mieszkańcy kilku stojących na odludziu bloków mieli za sąsiada moloch przeznaczony dla półtora tysiąca osadzonych. Między budynkami urządzono nawet plac zabaw, więc siedząc na huśtawce, można było przyglądać się wieżom strażniczym czy bieg­nącemu po szczycie murów drutowi kolczastemu.

Szczęśliwie zdołał zaparkować na jednym z licznych półdzikich miejsc pomiędzy blokami. Jeszcze przez chwilę pozostał w samochodzie, aby sprawdzić, czy nie ma żadnych nieodebranych połączeń. Spojrzał na najnowsze maile – nic na szczęście nie wymagało jego reakcji. Przez kilka kolejnych godzin miał być całkiem odcięty od świata. Wysłał jeszcze SMS-a do Natalii, że przez dłuższy czas będzie poza zasięgiem.

Zrobił wszystko. Nie mógł już dłużej odwlekać tego, co nieuniknione. Nie zapowiadało się na przyjemną wizytę, ale w końcu nie zmierzał do miejsca, do którego ktokolwiek przychodziłby dla przyjemności.

W dyżurce podał swoje dane, zostawił oba telefony i odebrał plakietkę gościa.

– Wie pan, dokąd iść? – spytał funkcjonariusz.

Artur pokiwał głową. Po chwili zabrzmiał brzęczyk i otworzyły się drzwi prowadzące do świata zupełnie innego niż ten, który pozostał za murami.

Szeroka ulica wiodąca do budynku administracyjnego była – jak podczas niemal każdej wizyty Artura w tym areszcie – cicha i spokojna. Ani jednej żywej duszy w zasięgu wzroku. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie czmychnąć i nie pospacerować po rozległym terenie zakładu, ale jak zawsze powstrzymała go myśl, że z pewnością ktoś zwróci uwagę na nietypowe zachowanie. Zresztą, nawet gdyby nikt go nie obserwował, i tak nie miał ochoty przedłużać swojej wizyty w tym ponurym miejscu.

Ostatecznie udał się prosto do administracji. Na parterze skorzystał z toalety – uczynił to z pewną obawą, że ktoś go stamtąd wyprosi, gdyż nie była oznaczona jako obiekt dla odwiedzających. Nic takiego się jednak nie stało, nadal nikt nie zwracał na niego uwagi.

Po chwili dotarł do działu ewidencji na pierwszym piętrze. Przed drzwiami czekała młoda dziewczyna – pewnie aplikantka, uznał.

– Dzień dobry – przywitał się.

Spojrzała na niego spłoszona.

– Dzień dobry.

– Długo pani czeka?

– Nie wiem, może kilka minut, nie mam zegarka.

Artur regularnie popełniał ten sam błąd. Przywiązany do czasomierza w telefonie niemal nigdy nie nosił zegarka, co okazywało się zgubne w zakładach karnych i aresztach, gdzie brak wiedzy o upływającym czasie tylko potęgował dłużenie się każdej chwili.

Tym razem szczęśliwie wszystko poszło dość gładko – niebawem pojawiło się dwóch funkcjonariuszy. Artur podał nazwisko tymczasowo aresztowanego, przedstawił otrzymane od prokuratora zezwolenie na widzenie i już kilka chwil później był szczęśliwym posiadaczem niewielkiego kwitka uprawniającego do spotkania z nieszczęśnikiem, który nie mógł dobrowolnie opuścić tych murów.

Po załatwieniu formalności udał się do budynku, w którym odbywały się widzenia adwokackie. Nie spieszył się. Z jednej strony chciał mieć to wszystko za sobą, z drugiej – najchętniej w ogóle by tu nie przychodził.

Niestety, biorąc pod uwagę osobę klienta i charakter sprawy, przypuszczał, że w najbliższych miesiącach będzie tu częstym gościem.

Strażnik otworzył mu kratę w odrapanym baraku, odebrał świstek z ewidencji i powiedział:

– Zapraszam do pokoju numer trzy.

Niewielkie pomieszczenie wyglądało, jakby czas – w najlepszym razie – zatrzymał się w nim na początku lat dziewięćdziesiątych. Stolik i krzesła standardem przypominały wyposażenie sal szkolnych, i to jeszcze z czasów szkoły podstawowej Artura. Jeśli chodzi o design i funkcjonalność, można było o nich powiedzieć w zasadzie tyle, że stół miał blat, a krzesło – siedzisko i oparcie. Wszystkie meble łączył zaś fakt, że miały po cztery nogi, i pochodzenie z epoki, w której słowa „ergonomia” i „estetyka” należały co najwyżej do gatunku science fiction.

Podszedł do okna. Jego myśli powędrowały do kancelarii i klientów, którymi powinien się zajmować, a dla których nie będzie miał czasu, bo w pełni pochłonie go ta jedna sprawa. Zganił się w myślach za te wątpliwości. Musiał zaufać Agnieszce. Sprawdziła się już wielokrotnie przy gaszeniu rozmaitych pożarów, nie było żadnych powodów, żeby teraz w nią wątpić.

Zresztą, dobrze wiedział, że najważniejsze nie są te obawy, ale poczucie, że tak naprawdę nie powinien tu być, że powinien się odsunąć i powierzyć tę sprawę komuś obcemu, kto będzie miał do niej odpowiedni dystans.

Usłyszał skrzypienie drzwi. Odwrócił się i spojrzał na strażnika, który wprowadził aresztowanego.

Artur znał Piotra Radeckiego od niemal dziesięciu lat. Widywał go w różnych sytuacjach – chorego, na ciężkim kacu, porzuconego przez dziewczynę czy śmiertelnie zmęczonego po tym, jak przez dwadzieścia pięć godzin nie wychodził z pracy. Piotr nigdy jednak nie wyglądał tak źle jak teraz. Wydawał się równocześnie smutny i przestraszony.

Usiedli po przeciwnych stronach stolika. Nie odzywali się do siebie. Żeby opanować niezręczną ciszę, Artur zaczął wyciągać z aktówki dokumenty i układać je na blacie. W końcu przerwał milczenie.

– Jak się czujesz?

Piotr zmusił się do uśmiechu.

– Nieźle. Jeśli rzeczywistość więzienną znasz z książek Kinga, nawet bardzo dobrze. Nikt mnie jeszcze nie próbował gwałcić, z nikim nie musiałem się bić ani nie starałem się o protekcję jakiegoś gangu. Ale i tak zrobię wszystko, żeby się stąd wyrwać. Duszę się tu. Samo zamknięcie, to, że nie mogę iść, dokąd chcę, robić, co chcę, doprowadza mnie do szaleństwa. Wyciągnij mnie stąd, proszę.

– Nie będę ci mówić, że zdziałamy cuda – odpowiedział po chwili Wieloszewski. – Równie dobrze jak ja wiesz, jak to wygląda.

Obaj to wiedzieli. Choć Artur uważał, że co do zasady większość wydawanych przez sądy wyroków jest słuszna, to jednak widział wystarczająco wiele zwyczajnie niesprawiedliwych rozstrzygnięć, aby bezkrytycznie wierzyć w wymiar sprawiedliwości. Kiedy taka niesprawiedliwość spotykała innych, łatwiej było przekonać samego siebie, że to konieczna cena działania systemu, ale kiedy zagrażała bezpośrednio jego przyjacielowi, nie dało się jej tak zwyczajnie zaakceptować.

– Na wstępie jedna sprawa. Przyjechałem tu dzisiaj, bo nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy cię zostawić bez opieki. Jestem cały czas do twojej dyspozycji. Ale chciałbym się upewnić, czy nie wolałbyś, żeby twoim obrońcą został ktoś z zewnątrz, ktoś z trzeźwym spojrzeniem, niezaangażowany emocjonalnie.

Piotr spojrzał za okno. Wzrokiem śledził wronę, która przeleciała nad murem z jakąś zdobyczą w dziobie, aby ostatecznie wylądować na trawniku.

– Artur, chcę, żebyś to był ty. Nie mam co do tego wątpliwości, jesteś jedynym prawnikiem, któremu ufam na tyle, żeby powierzyć mu swoją wolność. Jeśli uważasz, że potrzebujesz wsparcia czy to innych adwokatów, czy detektywów, biegłych czy kogokolwiek innego, bierz ich do pomocy, gdy tylko uznasz to za stosowne. Ale chcę, żebyś to ty był liderem i podejmował wszystkie decyzje, właśnie dlatego, że jesteś osobiście zaangażowany i że ci zależy. Jeśli dojdziesz do wniosku, że to zaangażowanie zaciemnia ci obraz, śmiało konsultuj się z kimś, kto potraktuje to po prostu jak kolejną sprawę. Ale chcę, żeby ostatnie słowo należało do ciebie.

– Rozumiem – odparł Artur. – Nawet jeśli nie do końca się zgadzam. Ale skoro to twoja świadoma decyzja, jestem gotów ją zaakceptować.

– Cieszę się. W biurze wszystko dobrze?

– Tak, chociaż panuje niewielkie rozprężenie. Wszyscy mają wymówkę, żeby nie pracować, bo się o ciebie martwią.

– To masz dodatkową motywację, żeby mnie jak najszybciej wypuścili. – Piotr się uśmiechnął. – Ale przejdźmy do konkretów. Co mają?

Artur przypomniał sobie spotkanie z prokuratorem i wszystko, czego się dowiedział. Prawdę mówiąc, póki co w aktach, z którymi pozwolono mu się zapoznać, konkretów było niewiele. Dokumenty rozpoczynały się standardową notatką policyjną sporządzoną przez funkcjonariuszy, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce zdarzenia – do pokoju numer 238B, a konkretnie koedukacyjnej toalety w nieodnowionej jeszcze części sądu okręgowego przy alei „Solidarności”.

Policjantów wezwał pracownik ochrony sądu, który odnalazł ciało; zaraz za notatką znajdował się protokół dokumentujący jego przesłuchanie. Ochroniarz, pan Łukasz Solski, zeznał, że jego i jego kolegów zaalarmowały protokolantka i ławniczki, biorące udział w rozprawie razem z sędzią Anetą Kowalczyk, kiedy przerwa – zaplanowana na trzydzieści minut – zaczęła się niebezpiecznie przedłużać. Trwała już niemal dwie godziny. Dochodziła szesnasta, było po godzinach pracy, a z sędzią nie dało się w żaden sposób skontaktować. Pan Solski przypuszczał więc, że mogła zasłabnąć. Nie był zupełnie przygotowany na widok, który ujrzał w toalecie.

Obraz udokumentowano zdjęciami, które umieszczono tuż za protokołem przesłuchania Łukasza Solskiego. Na dwudziestu kolorowych fotografiach technicy uwiecznili miejsce zbrodni, łącznie z poodłupywanymi i niemal całkowicie pozbawionymi fug białymi kafelkami na ścianach i szaro-białą terakotową szachownicą na podłodze.

Oczywiście zdjęcia te były tylko wprowadzeniem. Pokazywały tło, otoczenie zbrodni. Dopiero na kolejnych fotograf z pieczołowitą, wręcz chorobliwą dokładnością utrwalił całe okrucieństwo popełnionego morderstwa.

Ciało znajdowało się w odrapanej kabinie. Sędzia Kowalczyk siedziała na sedesie oparta o ścianę. Otwarte oczy nadawały szarej twarzy upiornego wyrazu. Zdjęcia przedstawiały zmarłą z różnych perspektyw, na tyle, na ile to było możliwe w ciasnym pomieszczeniu.

Wśród akt umieszczono także fotografie znalezionych przy ciele dowodów rzeczowych. Pierwszym był długi łańcuszek. Arturowi dłuższą chwilę zajęło wymyślenie, co to jest. Na zdjęciu widniał element spłuczki.

– Mają niewiele, a równocześnie bardzo dużo – odpowiedział Artur. – W zasadzie nic nowego. Długopis, odciski palców, nagrania z monitoringu, ustalili też czas zgonu.

– To jakiś absurd – żachnął się Piotr. – Wytłumaczyłem im przecież, co z tym długopisem. A odciski? Ta toaleta była najbliżej naszej sali, na pewno korzystałem tego dnia z obu kabin. Mam chodzić do kibla w rękawiczkach czy co?

– Spokojnie, ja ci wierzę.

Naprawdę tak było. Niezależnie od łączącej go z Piotrem przyjaźni Artur uważał drugi z zabezpieczonych przy ciele dowodów rzeczowych – firmowy długopis kancelarii Gac Łemkowska Wieloszewski i Wspólnicy – za zupełnie nieistotny. Niemniej to właśnie znalezienie długopisu sprawiło, że prokurator zainteresował się młodym radcą prawnym. Wobec braku innych dowodów i rangi sprawy nieszczęsny przyrząd do pisania uruchomił machinę sprawiedliwości skierowaną przeciw Piotrowi Radeckiemu.

Jedenastego marca w gmachu sądu okręgowego przy Solidarności prace ekipy śledczej trwały wiele godzin. W tym czasie przesłuchano chyba wszystkich, którzy byli obecni w tym skrzydle budynku podczas morderstwa sędzi. Były to w większości działania czysto rutynowe, z wyjątkiem przesłuchania Piotra Radeckiego, który w pierwszej chwili nie rozumiał pytań dotyczących długopisu. W końcu jednak przedstawił swoją wersję – Artur czytał ją wielokrotnie poprzedniego wieczoru: „Czekałem na koniec przerwy. Nie byłem już w stanie wytrzymać i musiałem iść do toalety. Kiedy załatwiałem potrzeby fizjologiczne, zadzwonił telefon. Długopis był w kieszeni z telefonem, wypadł mi i potoczył się do drugiej kabiny”.

I dalej: „Na pytanie przesłuchującego: »Dlaczego nie próbował Pan wydobyć długopisu?« – Wiedziałem, że ktoś tam jest, nie chciałem czekać ani rozmawiać z osobą w drugiej kabinie, długopis nie miał dużej wartości”.

W normalnych okolicznościach to wyjaśnienie zapewne okazałoby się wystarczające. Ale to nie były normalne okoliczności. Sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga została zamordowana na terenie najbardziej znanego w Polsce budynku sądu, w miejscu chronionym i monitorowanym ze wszystkich stron. To było niczym policzek wymierzony wymiarowi sprawiedliwości. Prokurator Tomasz Wilczur musiał mieć podejrzanego i kiedy tylko złapał trop, nie odpuścił. Z gmachu sądu wyszedł dopiero po północy, ale dopiął swego.

Długopis stanowił punkt zaczepienia – prokurator, nie mając innego, przyjął, że mordercą jest Piotr Radecki, a potem zaczął szukać dodatkowych dowodów, które mogłyby potwierdzić tę tezę. Wewnątrz kabiny, w której zginęła sędzia Kowalczyk, znajdowały się odciski palców mecenasa Radeckiego.

W korytarzu bezpośrednio przylegającym do toalety 238B nie było co prawda działającego monitoringu, ale jedna z okolicznych kamer zarejestrowała Piotra zmierzającego w tamtą stronę o 14.32 – w tym samym czasie, w którym prawdopodobnie zginęła sędzia. Z zeznań innych świadków wynikało, że Piotr przebywał przed salą nieprzerwanie od godziny 15.10 do chwili, kiedy przybyła policja. To jednak w żaden sposób nie poprawiało jego sytuacji. Nikt nie widział sędzi Kowalczyk żywej po tej godzinie, a opinia lekarza sądowego ani trochę nie rozstrzygała kwestii.

Piotr uderzył w stół.

– To jest jakiś absurd. Przecież są tam pewnie odciski palców setek osób. A nagranie? Przechodziłem korytarzem obok. W ten sposób mogą powiązać z miejscem zbrodni każdego, kto był w okolicy. – Z każdym słowem mówił coraz głośniej. – A gdzie artykuł piąty, gdzie domniemanie niewinności?

– Zgadzam się – odezwał się spokojnie Artur – i też mnie to bulwersuje. To niesprawiedliwe, ale chwilowo niewiele z tym zrobimy. Skupmy się na konkretach, krytykowanie systemu przyniesie tylko frustrację.

– Wiem – westchnął Piotr. – Ale trudno mi się z tym pogodzić. Wiesz, niby dobrze to rozumiem. To, czy trafisz na właściwego sędziego czy prokuratora, może przesądzić o całym twoim życiu. Tylko że kiedy chodzi o klienta, jest inaczej. Powtarzamy sobie, że to niesprawiedliwość, ale nie jesteśmy w stanie zmienić świata. Wygląda to zupełnie inaczej, kiedy to twoje życie jest na szali. – Uśmiechnął się smutno. – Nieważne. Szkoda czasu na gadanie, z którego nic nie wynika.

– Słuchaj, jestem tu dla ciebie – odparł Artur. – Jeśli chcesz się wygadać, nie krępuj się, mam cały dzień.

– Nie – odpowiedział stanowczo Piotr. – Nie chcę być kolejnym klientem, który przez dziesięć godzin wałkuje ten sam temat i dwudziesty raz pyta, czy na pewno wygramy. Z lękami sam sobie poradzę, bo wiem, że merytorycznie będziesz nade mną czuwać. Co mamy na tapecie?

– Najpierw posiedzenie w sądzie apelacyjnym. Zażalenie widziałeś, wiele więcej nie mogę dodać.

– Utrzymają tymczasowe aresztowanie, prawda?

– Prawie na pewno. Nie będę ci robić fałszywej nadziei. Przygotuj się, że posiedzisz tu co najmniej do czerwca. Chociaż moim zdaniem na tych dowodach prokuratura nie dostanie kolejnych trzech miesięcy. Już okręgowy, ogłaszając postanowienie, powiedział, że prokurator powinien się pospieszyć, bo to trochę mało… chociaż oczywiście w uzasadnieniu tego nie napisali.

– Jasne, po co wiązać sobie ręce.

– Właśnie tak. No i oczywiście pytanie, co prokuratura znajdzie w tym czasie. Musimy mieć nadzieję, że lepszego podejrzanego, wtedy powinieneś wyjść od razu. Gorzej, jeśli znajdą przeciwko tobie coś jeszcze. Wtedy na trzech miesiącach się nie skończy.

– Niczego nie znajdą – zapewnił Piotr.

– Jesteś pewien? Wyglądasz, jakbyś sam siebie chciał przekonać, że nie ma żadnego ryzyka. Ale jeśli jest coś jeszcze, cokolwiek, muszę o tym wiedzieć.

– Nie, nie. Sam wiesz, jak to jest. Kiedy stawka jest wysoka, myślisz o wszystkim. Ale wydaje mi się, że poza długopisem niczego już nie zgubiłem.

Kiedy Artur odebrał telefon z depozytu i wreszcie mógł spojrzeć na zegarek, okazało się, że spędził u Piotra ponad cztery godziny. Wciąż jednak było dość wcześnie. Kolejne spotkanie tego dnia miał zaplanowane dopiero na dziewiętnastą.

Jadąc w stronę centrum, rozważał wszystko, co wiedział. Prokuratura dysponowała nielicznymi poszlakami. Artur od początku sądził, że aresztowanie Radeckiego to strzał na ślepo. Po prostu był jedyną osobą, którą w jakikolwiek sposób udało się powiązać z miejscem i czasem zbrodni.

Dzięki temu Wilczur zyskał trzy miesiące, żeby znaleźć cokolwiek, co mogłoby mu pomóc pogrążyć Radeckiego i wnieść przeciwko niemu akt oskarżenia. Oczywiście tliła się też nadzieja, że w tym czasie pojawi się lepszy podejrzany.

Artur nie chciał jednak liczyć na szczęście. Obiecał Piotrowi, że zrobi wszystko, żeby go wyciągnąć, i zamierzał dotrzymać słowa.

Jako adwokat działający w polskich realiach przyzwyczaił się, że może korzystać jedynie z dowodów zgromadzonych w postępowaniu, ewentualnie dostarczonych przez klienta. Nie był bohaterem powieści Grishama – nie prowadził śledztwa, nie poszukiwał świadków, nie ustalał alibi. Nie takie było jego zadanie i nikt tego od niego nie oczekiwał. Tym razem jednak czuł, że musi wykroczyć poza te ciasne ramy, które wyznaczał wykonywany zawód. Znał co najmniej dwie osoby, które mogły mu pomóc. Z pierwszą umówił się na wieczór. Z drugą postanowił porozmawiać teraz, by wykorzystać pół godziny, które – optymistycznie licząc – miała mu zająć droga powrotna z Białołęki.

– Dzień dobry, panie mecenasie, czym mogę służyć? – Głos rozległ się już po dwóch sygnałach.

– Panie Bernardzie, chciałbym prosić pana o pomoc.

Bernard Kosa był detektywem, którego usługi Artur wielokrotnie polecał swoim klientom, gdy potrzebowali coś ustalić lub odnaleźć. Artur tylko raz musiał skorzystać z jego pomocy w prywatnej sprawie, ale wielokrotnie miał okazję weryfikować jego umiejętności, kiedy wykorzystywał zdobyte przez niego materiały w sądzie.

– Oczywiście, jestem do dyspozycji. Proszę tylko powiedzieć, jaki ma pan problem, a my go rozwiążemy. W końcu rozwiązywanie problemów to nasza specjalność. – Detektyw się roześmiał.

– Cieszę się, chociaż sprawa jest dość delikatna…

– Zakładam, że chodzi o pana Radeckiego?

– Tak. Mogłem się spodziewać, że się pan domyśli.

– Co byłby ze mnie za detektyw, gdybym na to nie wpadł?! Zresztą, przewiduję potrzeby moich klientów, zanim sami je sobie uświadomią, oto moje motto. Ale wracając do sprawy, nietrudno się było domyślić. Choć przyznam, że jest to zlecenie, którego wolałbym nie przyjmować.

– Czyli nie mogę liczyć na pana wsparcie?

– Tego nie powiedziałem. Współpracowałem z mecenasem Radeckim między innymi przy sprawie pani Jodkowskiej, uważam, że to nie tylko doskonały fachowiec, lecz także wspaniały człowiek, i jest mi zwyczajnie przykro, że spotyka go taka niesprawiedliwość. Więc oczywiście wolałbym, żeby pan Radecki nie popadł w kłopoty, ale dołożę wszelkich starań, żeby panu pomóc.

– Cieszę się, że to słyszę. Bardzo liczyłem na pana wsparcie.

– Rozumiem, że chce się pan jak najszybciej spotkać?

– Tak, nie mogę tylko dziś wieczorem. Kiedy mógłbym do pana podjechać w najbliższym czasie?

– Zawsze działamy tak szybko, jak wymaga tego sytuacja. Już sprawdzam w kalendarzu. To można przesunąć – mruknął sam do siebie. – Tu mogę wrócić wcześniej. Jutro o dwunastej? – zaproponował. – Ewentualnie później…

– Dwunasta będzie ok – wszedł mu w słowo Artur. – Będę u pana w biurze. Co mam ze sobą zabrać?

– Jak zwykle, wszystkie istotne dokumenty, choć przypuszczam, że nie ma tego zbyt dużo.

– Niestety nie. W ogóle niewiele wiadomo.

– Proszę się tym nie martwić. Jak tylko zajmę się tą sprawą, będzie pan miał więcej niż dość materiału.

Za pięć siódma Artur wszedł do Costy na Nowym Świecie. Chciał zaprosić przyjaciela na kolację do nieco bardziej wykwintnego lokalu, ten jednak uparł się, żeby spotkanie było tak bardzo nieformalne, jak to tylko możliwe, i żeby – jak się wyraził – trzymali low profile.

Zobaczył przyjaciela, jak tylko przekroczył próg – prawdę mówiąc, nie sposób było przeoczyć ogromnego mężczyzny, niemal wypełniającego sobą każde pomieszczenie, w którym przebywał. Prokurator Amadeusz Lawenda mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt, a dzięki regularnemu wysiłkowi fizycznemu i uprawianiu sportu cieszył się znakomitą sylwetką.

Na widok Artura twarz wielkoluda rozjaśnił uśmiech.

Wieloszewski przecisnął się między stolikami.

– Artur! Jesteś wreszcie. – Głos Amadeusza był tubalny i donoś­ny. Adwokat domyślał się, że prokurator musi robić niezwykłe wrażenie, kiedy grzmi na podejrzanych.

– Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedział.

Podali sobie dłonie. Uścisk Amadeusza był silny, na szczęście Artur zdążył się już do niego przyzwyczaić.

– Widzę, że już zamówiłeś. Wezmę jakąś kawę i za chwilę do ciebie wracam.

Po kilku minutach wreszcie siedzieli naprzeciwko siebie, popijając napoje: prokurator – świeżo wyciskany sok, adwokat – kolejną już kawę tego dnia.

– Nie za późno na kofeinę?

Artur lekceważąco machnął dłonią.

– Muszę być jeszcze długo na chodzie. Zresztą, mam wrażenie, że kawa zupełnie już na mnie nie działa.

– A co z tym zdrowym trybem życia, o którym ciągle mówisz?

– Chyba już na zawsze pozostanie w planach. Poza tym i tak nie będę mieć emerytury, więc nie ma wielkiego sensu dbać o siebie.

– Jeszcze możesz przejść na dobrą stronę.

– W sensie do budżetówki? Nie, dzięki, chyba nie umiałbym się już przestawić. Poza tym mam wrażenie, że ostatnio nie ma klimatu dla adwokatów, którzy chcieliby zostawać sędziami i prokuratorami. Raczej promuje się świeży narybek ze „szkoły krakowskiej”. – Artur chciał jeszcze dodać, że wcale nie uważa, aby pełnienie funkcji prokuratora było równoznaczne z byciem po słusznej stronie, ale się powstrzymał. Nie przyszedł tu w końcu po to, żeby się spierać.

Wybór ścieżki zawodowej stanowił jeden z dwóch punktów, w których nigdy nie udało im się dojść do porozumienia. Amadeusz był serdecznym przyjacielem Artura, pewnie nawet najbliższym. Poznali się jeszcze na studiach, wynajmowali wspólnie mieszkanie. Polubili się niemal od razu – mieli podobny temperament, wspólne zainteresowania, dobrze spędzało im się razem czas. Wspólnie zdawali egzaminy, przeżyli razem niejedną imprezę.

To Artur z całych sił odradzał Amadeuszowi małżeństwo z Renatą – wtedy po raz pierwszy się poróżnili. Mimo to świadkował im potem na ślubie, a jeszcze później – pomagał przyjacielowi przy burzliwym rozwodzie i w licznych sporach z byłą żoną.

A potem Lawenda rozpoczął aplikację prokuratorską. Była to druga – po wyborze żony – z jego życiowych decyzji, której Artur nie potrafił zaakceptować. Wieloszewski musiał jednak uczciwie przyznać, że Amadeusz realizował ten cel konsekwentnie – wiedział, co chce robić, zanim jeszcze zaczął studiować.

Wieloszewski nie traktował tych deklaracji poważnie, jednak im bardziej zbliżały się egzaminy wstępne na aplikację, tym częściej ta kwestia stawała się kością niezgody. Przy okazji pisania pracy magisterskiej dochodziło między nimi wręcz do regularnych sprzeczek. Nigdy nie udało im się osiągnąć porozumienia. Amadeusz mocno obstawał przy swoim i nie zamierzał ustąpić.

Artur nie mógł tego zrozumieć. Aplikacja prokuratorska była dla niego równoznaczna z wyborem kariery urzędniczej. On zaś miał zupełnie inne plany – chciał zostać adwokatem albo radcą prawnym, założyć własną kancelarię, a przyjaciela widział w roli znakomitego wspólnika, na którego zawsze można liczyć.

Wyobrażał sobie, że razem będą podbijać świat, wygrywać kolejne sprawy i reprezentować najbardziej prestiżowych klientów.

Życie tymczasem nie raz zweryfikowało jego obraz świata, aż w końcu pojął, dlaczego Amadeusz wybrał zawód prokuratora, czasem pogardliwie nazywanego przez adwokatów paprotką czy wazonem.

Nie decydowały tu jednak bezpieczeństwo socjalne i pewność zatrudnienia, stanowiące wartości bezcenne w dobie nieustannej walki o klienta. Nie, Amadeuszowi tak naprawdę chodziło o coś innego, do czego przyznał się kiedyś Arturowi podczas zakrapianego spotkania. To zaczęło się wiele lat wcześniej, jeszcze w rodzinnym Pułtusku. Państwo Lawendowie – prości, choć bardzo serdeczni, życzliwi i pomocni ludzie – mieli jednoznaczną wizję zawodu, jaki syn powinien wykonywać.

„Mieliśmy sąsiada, prokuratora Grońskiego” – tłumaczył tamtego wieczoru Amadeusz. „Nawiasem mówiąc, jak się później dowiedziałem, straszny leń i raczej bezwartościowy pijak. Miał całą serię dyscyplinarek, a utrzymał się w urzędzie tylko dlatego, że kiedy ktoś wreszcie postanowił się za niego zabrać, był już na tyle stary, że wszystkim zrobiło się go żal i pozwolili mu dotrwać do emerytury. Ale dla moich rodziców stanowił uosobienie sukcesu. Wykonywał ważny zawód, był człowiekiem władzy, nawet więcej – on miał władzę… Pamiętam, jak pękali z dumy, kiedy dostałem się na prawo. Mama miała łzy w oczach już na samą myśl o tym, że kiedyś jej syn może zostać prokuratorem. Oczywiście mogłem wybrać coś innego, ale… wiedziałem, że bym ich zawiódł. Nawet gdybym został partnerem w Baker McKenzie, dla moich rodziców nic by to nie znaczyło w porównaniu z perspektywą, że ich syn mógłby być prokuratorem”. Lawenda się uśmiechnął. „Zresztą po tylu latach słuchania o tym, sam nabrałem przekonania, że to coś wyjątkowego. Ot i cała historia. Cokolwiek byś zrobił, nie zmieniłbyś mojego zdania”.

Wtedy ich drogi się rozeszły. Spotykali się często prywatnie, pozostali przyjaciółmi, ale w sferze zawodowej zetknęli się tylko raz, przy sprawie Wojtka Czarneckiego. Sprawie, o której Artur z wielu powodów wolałby zapomnieć.

Tym razem ich spotkanie mieściło się w szarej strefie – nie miało charakteru oficjalnego, ale nie zapowiadało się też na zwykłą pogawędkę dwóch przyjaciół.

– Możemy wałkować ten temat jeszcze dziesiątki razy. – Amadeusz uśmiechnął się, kończąc temat wyboru ścieżki zawodowej – ale żaden z nas nie da się przekonać.

– Pewnie nie.

– Co u ciebie słychać? Jak się czujesz jako świeży żonkoś?

– Całkiem nieźle, chociaż po pół roku to nie taki znowu świeży.

– E tam. Moje pierwsze małżeństwo trwało siedem lat, a w drugim zaraz będę mieć trzecią rocznicę. Trochę ci jeszcze brakuje do mojego porządnego stażu. A lata spędzone z Renatą należałoby liczyć podwójnie. – Uśmiechnął się gorzko.

Od czasu rozwodu z Renatą Lawenda każde spotkanie rozpoczynał od narzekań i opowieści na temat eksżony. Artur najgorzej wspominał okres, gdy syn prokuratora, Tymek, był jeszcze mały, a także chwile dokonywania najważniejszych wyborów – przede wszystkim dotyczących szkoły. Wtedy praktycznie nie rozmawiali o niczym innym.

Ostatnio sytuacja trochę się poprawiła. Chyba obojgu znudziło się już toczenie ciągłej wojny, w dodatku okrzepli w nowych związkach. Odkąd Amadeusz wziął kolejny ślub, narzekania na poprzednią żonę stawały się coraz bardziej rytualne, choć oczywiście nigdy nie przepuścił okazji, żeby podkreślić, jak wielki błąd popełnił, pakując się w tamten związek.

– Jak na razie jestem szczęśliwy – odpowiedział ostrożnie Artur, nie chcąc prowokować zbędnej dyskusji.

– I oby tak było! – Amadeusz uniósł zamaszyście szklankę z sokiem, jak gdyby chciał wznieść nią toast. – Oby nasze obecne małżeństwa okazały się udane i szczęśliwe! I aby nasze dzieci mogły się razem bawić.

– Jeszcze nie podjęliśmy tej kwestii z Natalią – odparł Artur – ale na pewno nasze dziecko od Tymka będzie dzielić niemal pokolenie…

– Nie mówię o Tymku. – Lawenda uśmiechnął się szeroko. – Spodziewamy się z Eweliną córeczki. I lepiej się pospieszcie, bo inaczej i ją będzie dzielić pokolenie od waszego potomka.

– To świetna wiadomość. Bardzo się cieszę! – wykrzyknął entuzjastycznie Artur. Wiedział, jak bardzo Amadeusz przeżywał to, że był dla syna tylko weekendowym tatą, i miał szczerą nadzieję, że tym razem wszystko potoczy się inaczej.

– Wy też nie zwlekajcie, życie jest za krótkie.

– Będziesz jedną z pierwszych osób, które się dowiedzą, obiecuję.

– Trzymam cię za słowo. A teraz przejdźmy do rzeczy, bo zakładam, że chciałbyś już usłyszeć, czego się dowiedziałem.

– Tak, ale najpierw chciałbym jeszcze raz przeprosić, że cię o to prosiłem. Wiem, że nie powinienem tego robić, i bardzo ci dziękuję, że nie kazałeś mi spadać.

Amadeusz milczał przez chwilę.

– Rozmawiając z tobą, nie tylko narażam całą swoją karierę, ale przede wszystkim łamię zasady, w które wierzę. Gdybyś poprosił mnie o podobną pomoc w innej sprawie, nie wiem, czy bylibyśmy jeszcze przyjaciółmi. Ale rozumiem, ile ta sprawa dla ciebie znaczy. Dlatego umówmy się, powiem, czego się dowiedziałem, i już nigdy nie wrócimy do tematu.

Artur potwierdził skinieniem głowy. Prokurator kontynuował:

– Tomek Wilczur jest ambitny, bardzo ambitny. Bardziej pasowałby do amerykańskiego filmu niż polskiej prokuratury. Chce awansować, odnosić sukcesy, ale jest bardzo kompetentny, to trzeba mu przyznać. To tak tytułem wstępu, żebyś wiedział, z kim masz do czynienia. Czasy się zmieniają. Rządzący wierzą w prokuraturę jako narzędzie silnego państwa. To tworzy przestrzeń dla młodych, ambitnych prokuratorów. I Wilczur na pewno jest takim młodym wilkiem, nomen omen. Nie boi się wyzwań, jest głodny sukcesu. Na swoim koncie ma już trochę błyskotliwie przeprowadzonych spraw, ale ciągle jeszcze czeka na taką, która ostatecznie ugruntuje jego pozycję. Odpowiednio głośną, medialną, kontrowersyjną.

– Nie wiem dlaczego, ale niepokoi mnie to, co mówisz. Ten Wilczur nie wygląda na kogoś, kto chciałby się przyznać do błędu i wypuścić podejrzanego.

– Bo na pewno taki nie jest. Być może, decydując o aresztowaniu Radeckiego, postawił wszystko na jedną kartę, ale skoro to zrobił, to znaczy, że jest wystarczająco pewny swego, żeby podjąć ryzyko.

– Nie mam pojęcia, na czym może opierać tę pewność. I trochę mnie to martwi – westchnął Artur. – Dowody, które mają łączyć Piotrka z morderstwem, są tak słabe, że trudno je nawet nazwać poszlakami…

– Nie chcę rozmawiać o szczegółach – wszedł mu w słowo Amadeusz. – Nie ja prowadzę tę sprawę i nie jestem uprawniony, żeby się tym zajmować. Ale trochę popytałem. Kolega kolegi, koleżanka koleżanki, sporo można ustalić, nasz światek nie jest w końcu aż tak duży. Wilczur jest bardzo pewny siebie. Sądzi, że to właśnie ta sprawa, która zwróci na niego uwagę mediów i przełożonych. Nawet nie bierze pod uwagę możliwości wycofania się z Radeckiego. Sąd okręgowy co prawda przyklepał tymczasowe aresztowanie, ale równocześnie dość ostro przejechał się po wniosku, że jest słaby, że mało dowodów. A tymczasem Wilczur w ogóle się tym nie przejął.

– Może po prostu robi dobrą minę do złej gry?

– Nie sądzę. Nigdy nie zetknąłem się z nim osobiście, ale wszyscy podkreślają, jak dobrym jest prokuratorem. Wiem, że część spośród moich kolegów i koleżanek trafiła do tego zawodu na zasadzie selekcji negatywnej, ale on do nich nie należy. Zna się na swojej robocie i jest w niej naprawdę dobry. Jeśli zupełnie nie wziął sobie do serca przytyków sądu i wydaje się nie martwić tym, że ma tak słabe dowody, to może znaczyć tylko jedno.

– Wie, że w ciągu tych trzech miesięcy je zdobędzie?

– Dokładnie tak. Być może nawet już je ma, ale nie w sensie procesowym. Oficjalne kanały komunikacji są powolne, ale sporo można uzyskać nieformalnie.

– Co masz na myśli?

– Legitymacja prokuratora otwiera wiele drzwi. Nie masz pojęcia, jak wiele można się dowiedzieć poza protokołem. Oczywiście potem trzeba to potwierdzić twardymi dowodami, ale przynajmniej wiesz już, czego szukasz. Pamiętaj, że tylko zgaduję, ale myślę, że Wilczur już wie, że wkrótce dostanie jakiś dokument, odpowiedź z urzędu… cokolwiek, co zmieni obraz tej sprawy i jednoznacznie pogrąży Radeckiego. Z jakiegoś powodu jeszcze tego dokumentu nie ma, ale pewnie już rozmawiał z osobami odpowiedzialnymi, wysondował je i doskonale wie, co w nim będzie.

– Ale to niemożliwe. Piotrek twierdzi, że nie ma niczego takiego.

Amadeusz Lawenda uniósł brwi.

– Artur, może nie jestem adwokatem, ale jedną rzecz wiem na pewno o wykonywaniu tego zawodu. Czy naprawdę twoi klienci zawsze ci wszystko mówią?

– No nie. Prawie zawsze coś zatajają. Ale Piotrek jest inny, wie, jaka jest stawka…

Amadeusz wzruszył ramionami.

– Myślisz, że to coś zmienia? Kiedy jesteś oskarżony o morderstwo, nie myślisz racjonalnie. Ba, sam pewnie straciłbym w takiej sytuacji głowę, chociaż zajmuję się tym na co dzień. Zresztą to może być coś, o czym nie wie, albo coś, co wydaje mu się nieistotne.

– Może tak jest. Może naprawdę to coś nieistotnego. – Artur miał wrażenie, że w ten sposób tylko zaklina rzeczywistość.

– Może. Ale nie liczyłbym na to. – Amadeusz dopił resztkę soku, głośno siorbiąc. – Wilczur nie należy do ludzi, którzy popełnialiby tak banalne błędy. Przykro mi, że nie potrafię powiedzieć ci nic bardziej konkretnego. Po prostu musisz być gotowy na przełom, który niebawem nastąpi, i to niestety korzystny dla twojego przeciwnika.

– Niezbyt to pocieszające.

– Wiem i przykro mi. Naprawdę wolałbym móc ci powiedzieć, że prokurator popełnił błąd i teraz tylko szuka sposobu, żeby zachować twarz.

– Mimo zawodowej solidarności? – Artur się uśmiechnął.

– Cóż, obaj z Wilczurem jesteśmy prokuratorami, ale to jedyne, co nas łączy. A ty jesteś moim przyjacielem i wiem, że to dla ciebie ważne. Zresztą z tego, co o nim słyszałem, bez wahania podłożyłby mi świnię, gdyby tylko mógł dzięki temu awansować. No i nie przesadzajmy. Nie jestem naiwny, dobrze wiem, że w naszej firmie popełnia się błędy. I bardzo bym chciał, żeby tak było w tym przypadku. Ale na razie wszystko wskazuje na to, że Wilczur ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie.

Po spotkaniu z Amadeuszem Artur nie był w najlepszym nastroju. Musiał wszystko przemyśleć i poukładać sobie w głowie. Postanowił przejść się do stacji metra. Spacer w chłodny wiosenny wieczór wydawał mu się najlepszym sposobem, żeby oczyścić umysł.

Przez całą drogę zastanawiał się nad tym, co powiedział Amadeusz. Prokurator nie przekazał zbyt wielu konkretów, ale Artur był pewien, że przyjaciel zweryfikował wszystko na tyle, na ile mógł.

To znaczyło, że należało się pożegnać z nadzieją na szybką, łatwą i przyjemną sprawę – a jeszcze godzinę wcześniej najbardziej liczył właśnie na to, że za kilka dni prokuratura znajdzie innego podejrzanego.

Z drugiej strony trudno mu było sobie wyobrazić, jaki atut może jeszcze skrywać Tomasz Wilczur. Przecież Piotr po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Jakie rewelacyjne dowody mógł znaleźć oskarżyciel?

W tej sytuacji Artur musiał się poważniej zastanowić nad kolejnymi krokami… Brak jakichkolwiek konkretnych danych wcale nie ułatwiał podjęcia decyzji. Dobrze, że umówił się z Kosą. Detektyw przynajmniej zacznie działać, może nawet na coś wpadnie.

Była jeszcze jedna osoba, do której mógł się zwrócić o pomoc, chociaż wolałby tego nie robić. Kiedy dotarł na peron metra kursującego w stronę Ursynowa, wyciągnął z kieszeni telefon. Wśród kilkunastu otwartych w przeglądarce kart był jeden artykuł, do którego w ostatnich dniach regularnie wracał.

Sędzia zamordowana w toalecie sądu okręgowego. Czy może być wdzięczniejszy temat dla kogoś, kto zajmuje się zbrodnią?

Oczywiście są tematy budzące większe emocje – ataki pedofilów, morderstwa dzieci, zbiorowe gwałty – typowe tabloidowe zbrodnie, idealne do przyciągnięcia publiczki. Sam zresztą regularnie się o tym przekonuję, widząc liczbę wejść na poszczególne wpisy na tym blogu (niepobity dotąd rekord przypada na notki poświęcone Madzi z Sosnowca).

Opisywanie takich przypadków jest jednak dla badacza zbrodni, takiego jak ja, intelektualnym fast foodem. Proszę mi wybaczyć dosadność, w pełni pojmuję tragedie, jakie przeżywają bliscy ofiar. Po prostu nie podoba mi się, jak wielką popularnością cieszą się takie wulgarne zbrodnie. Uważam, że należałoby jak najszybciej ukarać sprawców, oddać należną cześć ofiarom, a nad samymi czynami spuścić zasłonę milczenia.

Tymczasem zdarzenie, do którego doszło 11 marca, jest jak wyrafinowany posiłek – trudno powiedzieć, czy to bardzo klasyczne danie, przyrządzone z największą pieczołowitością i zaserwowane z godną oprawą, czy też może wytwór kuchni fusion, wykorzystujący klasykę dla stworzenia czegoś nowatorskiego.

Co my tu bowiem mamy?

Najpierw – miejsce zbrodni. Sąd okręgowy przy Solidarności. Śmiało można powiedzieć, że nie ma ważniejszego miejsca dla polskiego wymiaru sprawiedliwości. Budynek oddany do użytku ledwie trzy miesiące przed wybuchem wojny w jej trakcie odegrał niepoślednią rolę dzięki swojemu położeniu na samej granicy getta. Po wojnie działy się w nim wielkie i małe dramaty sądownicze – procesy polityczne lat pięćdziesiątych, wyroki śmierci, afera mięsna, ale też rejestracja „Solidarności”, potem narodziny polskiej mafii i sprawy przestępczości zorganizowanej.

Wyliczać można by długo, ale chyba jeszcze nigdy w tym gmachu nie rozsądzano sprawy zabójstwa, którego dokonano w jego murach!

Druga kwestia – w ostatni piątek doszło do wydarzenia bez precedensu. Sędziowie byli już atakowani, wyzywani, nawet oblewani kwasem, ale chyba jeszcze nigdy żaden nie został zamordowany, i to na terenie sądu. Zabójstwo sędziego, zwłaszcza w takim miejscu, jest jak wyzwanie rzucone wymiarowi sprawiedliwości.

Trzecia – mamy niemal do czynienia z zagadką zamkniętego pokoju. Każdy, kto bywa w sądzie okręgowym, wie, że w piątkowe popołudnie jest tam raczej sennie. Budynek może jest i ogromny, ale przebywa w nim wtedy garstka ludzi. Teoretycznie wszyscy są sprawdzani na bramkach, w praktyce jednak bywa z tym różnie – toga i machnięcie legitymacją pozwalają wnieść na teren sądu nawet karabin maszynowy (uprzedzając pytania w komentarzach – tego nie próbowałem, ale bez trudu udawało mi się wnosić ostry nóż, oczywiście tylko w ramach eksperymentu). Po uwzględnieniu kamer, licznych ochroniarzy, do tego funkcjonariuszy policji, którzy na co dzień załatwiają w budynku różne sprawy, śmiało można powiedzieć, że nikt nie powinien się tam zakraść niepostrzeżenie. No właśnie: nie powinien.

Wreszcie podejrzany, określony w komunikacie prokuratury krótko: jako „Piotr R., radca prawny”. Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą o tym, że uwielbiam się bawić w rozszyfrowywanie kalamburów prokuratury i ustalanie, jak naprawdę nazywa się podejrzany ukryty za bezosobowymi inicjałami. Tym razem niestety konkurencja zdołała mnie ubiec i jego nazwisko jest już powszechnie znane. Nie będę go tu powtarzać, bo każdy, kto potrafi posługiwać się googlem, może to łatwo ustalić, nie ma to też wielkiego znaczenia – Piotr R. nie jest bowiem tuzem palestry, znanym radcą prawnym, który występowałby w ważnych czy liczących się sprawach. Ot, zwykły szaraczek, wyrobnik, jakich pełno w tym fachu. W końcu na garstkę tych, o których czytamy w gazetach, przypada masa nic nieznaczących przeciętniaków.

Nie będę się tu bawić w ferowanie wyroków i rozważanie, czy faktycznie pan mecenas jest winny, tym na pewno zajmą się moi konkurenci. Ale aż chciałoby się popuścić wodze fantazji i poszukać motywu, który mógł skłonić sfrustrowanego pełnomocnika do tak drastycznych działań. Czy było to niezadowolenie z absurdalnego rozstrzygnięcia sądu? A może poirytowanie wynikające z jednej z największych bolączek naszego sądownictwa – konieczności wielomiesięcznego oczekiwania na kolejny termin?

Ale żarty na bok. Z ciekawością będę oczekiwał tego, co przyniesie śledztwo. Prokurator Wilczur dał się już poznać jako dociekliwy śledczy (więcej o jego wyczynach: TU i TU). Na razie o sprawie wiadomo niewiele. Można by pomyśleć, że dowody są mocne, skoro sąd zdecydował się na tymczasowe aresztowanie podejrzanego, tak naprawdę jednak prokuratura może jedynie wykazać, że był na miejscu zbrodni… czyli w toalecie. A kiedy ostatnio sprawdzałem tę kwestię, załatwianie potrzeb fizjologicznych nie było jeszcze przestępstwem. Na pewno jednak, jeśli dojdzie do skazania, sprawa ta będzie warta odnotowania w kronikach kryminalnych pod hasłem „Wpadł przez firmowy gadżet”.

Mam przeczucie, że możemy się tu spodziewać jeszcze wielu zwrotów akcji.

Prokurator działa w widocznym pośpiechu – o czym wyraźnie świadczy fakt, że zdecydował o zatrzymaniu podejrzanego już wieczorem w dniu zabójstwa, po trwających kilka godzin intensywnych przesłuchaniach. Presja przełożonych, własna ambicja? Któż to wie! Wy na pewno możecie się spodziewać jeszcze niejednego wpisu poświęconego morderstwu w toalecie numer 238B w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Pociąg wjechał na stację z głośnym piskiem. Artur wszedł do wagonu. Był jednym z czterech pasażerów, usiadł obok obściskującej się pary, która nie zwracała uwagi na świat wokół, i chłopaka z długimi, przetłuszczonymi czarnymi włosami i zbuntowaną miną.

Wpatrując się w ciemność za oknem, po raz kolejny rozważał, co wynika z tego artykułu.

Wpis umieszczony na blogu zbyszka_rozpruwacza był dość typowym przykładem charakterystycznej dla blogera maniery, która zresztą mocno pogłębiła się od czasu, gdy Artur po raz pierwszy przeczytał jeden z jego tekstów, już ponad sześć lat temu.

Z każdego akapitu przebijało przekonanie autora o jego talentach dziennikarskim i literackim, zdaniem Artura niezbyt uzasadnione. Trudny do zniesienia styl był jednak nieważny wobec kilku istotnych szczegółów. Prokuratura nie ujawniła dotąd oficjalnie niemal niczego, co dotyczyłoby zabójstwa. Bloger tymczasem dobrze wiedział, że dowody przeciwko Piotrowi Radeckiemu są słabe i wystarczają ledwie do powiązania go z miejscem zbrodni. Najwyraźniej znał też przebieg wydarzeń w dniu zabójstwa. To samo w sobie oczywiście niewiele znaczyło – kluczowa była wzmianka o firmowym gadżecie i numerze toalety, w której odnaleziono ciało.

Kiedy pojawił się ten wpis, Artur zadał sobie trochę trudu, aby wszystko zweryfikować. W żadnym innym miejscu nie zdołał znaleźć podanych przez blogera informacji, co znaczyło, że autor wpisu musiał samodzielnie do nich dotrzeć.

I tu pojawiało się kluczowe pytanie – czy Artur mógł to w jakiś sposób wykorzystać? Zbyszek_rozpruwacz dał się poznać w sieci jako popularny bloger piszący od lat o sprawach kryminalnych – zarówno o tych budzących największe emocje, jak i tych mniej znanych. Był o wiele bardziej kompetentny w tej dziedzinie niż wielu dziennikarzy mediów głównego nurtu, do tego posiadał niezwykłe wręcz umiejętności zdobywania informacji, co powodowało, że już kilka razy na ustalone przez niego szczegóły powoływały się duże portale, cytowano go też w tradycyjnych mediach.

Artur, prawdopodobnie jako jeden z nielicznych, znał prawdziwą tożsamość blogera, który kilka lat wcześniej zgłosił się do niego z propozycją układu polegającego na wymianie informacji.

Po