The Arrangement - Adriana Locke - ebook
NOWOŚĆ

The Arrangement ebook

Adriana Locke

4,3

1439 osób interesuje się tą książką

Opis

Niesamowity prezes Brewer Air jest moim szefem, a dzięki zakładowi przez następne sześć miesięcy pozostanie moim świeżo poślubionym mężem.

Dlaczego? Ponieważ go o to błagałam.

Mam babcię na utrzymaniu, stos rachunków wyższy ode mnie, a mam metr pięćdziesiąt wzrostu, i muszę znaleźć nowe mieszkanie. I to szybko.

Jasnozielone oczy i ostro zarysowana linia żuchwy Jasona Brewera zapierają mi dech w piersi. Na widok jego uśmiechu uginają się pode mną kolana. Seksowna jest zarówno jego opiekuńcza natura byłego wojskowego bohatera, jak i widok mężczyzny rządzącego w sali konferencyjnej albo pilotującego samolot. 

To wszystko jednak nie ma znaczenia. Jestem zdesperowana, a nie głupia. Wiem, że zobowiązanie na całe życie nie wchodzi w rachubę, a to małżeństwo pozostaje jedynie biznesową transakcją z miliarderem.

Szkoda, że nie wzięliśmy pod uwagę pewnych wypadków.

Przekonuję samą siebie, że wszystko jest w porządku, że zawarliśmy układ będący bardzo przyjemnym sposobem na osiągnięcie wspólnego celu i nie ma się czym martwić.

Poza tym, że…

Jason jest zdeterminowany, aby udowodnić, że możemy stać się dla siebie kimś więcej. Kiedy proponuje nowy układ, sprawy przybierają zupełnie nieoczekiwany obrót.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (17 ocen)
10
3
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Klucha78

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam bardzo serdecznie
00
agk85

Nie oderwiesz się od lektury

Ale jestem pozytywnie zaskoczona. Ta część była zdecydowanie lepsza, niż pierwszy tom. Romans biurowy. Bardzo mi się podobała. Polecam.
00
MagdalenaZwolinska

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka ,czyta się ją jednym tchem.
00
ankasied82

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze się czyta , dobry humor ale też łezki można upuścić. Polecam gorąco
00
MilenaB92

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała 😍🥵 kolejny książkowy mąż.
00



Tytuł oryginału: The Arrangement

Copyright © Adriana Locke 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2025

All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Magiera

Korekta: Aleksandra Krasińska, Martyna Janc, Agnieszka Zwolan

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-071-6 · Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne · Oświęcim 2025

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Osoby

Rodzice

Reid Brewer: rozwiedziony, w areszcie, oczekujący na proces

Rory Brewer: rozwiedziona, próbująca na nowo ułożyć sobie życie

Rodzeństwo

Gannon Brewer: prezes Brewer Group

Jason Brewer: prezes Brewer Air, były wojskowy, pracownik prywatnej firmy ochroniarskiej

Renn Brewer: [The Proposal] emerytowany gracz rugby, mąż Blakely

Ripley Brewer: psycholog sportowy

Bianca Brewer: [Flame] była tymczasowa prezes Brewer Group, przeprowadziła się na Florydę, żona Foxxa Carmichaela

Tate Brewer: dyrektor operacyjny Brewer Group

Rozdział 1

Chloe

– To nauczy cię nie ruszać mojego jedzenia! – Trzymam w dłoni ostatnią jagodową babeczkę posypaną kruszonką. – Myślisz, że skoro ją polizałaś, to powstrzymasz mnie od zjedzenia jej?

Nickie wybucha śmiechem i odstawia na brzeg stolika kubek, na którym widnieje logo Brewer Air.

– Powinno. Czuję obrzydzenie na myśl o zjedzeniu obślinionej przez kogoś babeczki.

– Musisz ujmować to w ten sposób?

– Hej, mówię, co myślę – odpowiada.

Wyglądam przez okno w pomieszczeniu socjalnym. Rozciąga się z niego widok na niewielkie pole golfowe, które zeszłej wiosny powstało na zamówienie kierownictwa firmy. To nieporównanie lepszy pomysł zagospodarowania przestrzeni niż stojące tam wcześniej nieużywane stoły piknikowe – zwłaszcza że dyrekcja zbiera się tam, aby pogadać o codziennych sprawach. W takie dni mamy wyjątkowy widok.

– Zrozum, że żyję dla Dnia Babeczki – wyznaję. – Włożyłam wiele wysiłku w zabezpieczenie tego małego skrawka nieba. Nie przeszkadza mi odrobina śliny.

– Och! Brzmi interesująco. O czym rozmawiamy? – Do pokoju zagląda Jake z księgowości. Miesza swoją kawę, mimo że to zwykła czarna. Szkoda, że to nie jego najbardziej irytująca cecha. – Wymieniamy się opowieściami? Znam kilka, jeśli interesują was trójkąciki. – Unosi brwi, jakbyśmy nie wyłapały podtekstu seksualnego.

– Idź dalej, Jake. – Nie kryję poirytowania jego obecnością.

Mamrocze coś pod nosem, ziejąc swoim typowym czosnkowym oddechem, i wycofuje się na korytarz.

Nickie siada naprzeciwko mnie i szeroko się uśmiecha.

– Nie jestem w stanie stwierdzić, czy Jake się ciebie boi, czy jest tobą zauroczony. Instynkt podpowiada mi, że jego sny zaczynają się od tego, że naga się na niego wspinasz, a kończą scenami z nożem.

– Mam podobne sny o nim, tylko bez tej części o nagości.

Wyrzucam Jake’a z myśli i zanurzam zęby w słodkim, puszystym wypieku. Hamuję jęk, który próbuje się wyrwać z moich ust.

Niewiele jest lepszych rzeczy od pysznych babeczek – zwłaszcza że wszystkie wykraczają poza mój budżet. W tej chwili stać mnie jedynie na tani ramen i kranówkę. Nawet groźba Nickie, że polizała babeczkę, nie jest w stanie powstrzymać mnie od delektowania się przysmakiem.

– Jak w ogóle ją zdobyłaś? – docieka, obserwując mnie z rozbawieniem. – Nie byłaś przypadkiem na porannym spotkaniu, kiedy dostarczono wypieki?

Przysuwam pyszną babeczkę pod nos i napawam się jej słodkim zapachem. Co za aromat.

– W takich chwilach się o ciebie martwię – wyznaje.

Zdejmuję papilotkę z babeczki.

– Tak, byłam na spotkaniu, ale punktualnie o dziewiątej dziesięć się z niego wymknęłam i przechwyciłam nic niepodejrzewającą Wendy, która niosła pudełko Rolling Scones z recepcji. Zakosiłam największą babeczkę, ukryłam ją w szafce pod ekspresem do kawy i wróciłam do sali konferencyjnej, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

– Miałaś to tak idealnie wyliczone?

– Nickie, ta jagodowa babeczka to główna atrakcja mojego tygodnia.

– To smutne.

– Nie musisz mi tego mówić. – Biorę duży kęs i w odpowiedzi na jej zdziwienie unoszę brwi.

Nickie Kennedy nie potrafi tego pojąć. Jednak ja ją rozumiem. Dla osoby jej pokroju, prowadzącej żywot pełen czaru, wyobrażenie sobie, że ktoś mógłby z niecierpliwością czekać na okazję zjedzenia babeczki, musi być zaskakujące. Zapewne wydaje jej się to przesadą – zupełnie jakbym zmyśliła to dla zabawy.

A tak naprawdę jestem aż tak żałosna.

– Czego dotyczyło spotkanie? – Odgarnia kosmyk rudych włosów z ramienia. – W sali konferencyjnej aż buzowało napięcie.

– Nie wiem. Pewnie tak było. Wiele osób miało dzisiaj skwaszone miny.

– Co masz na myśli, mówiąc, że pewnie tak było? – Nickie wybucha śmiechem.

– Jasonowi towarzyszyło dwóch braci.

– Och. Których?

– Gannon i Tate. Roztaczali wokół siebie aurę samców alfa. Spotkaniem zawładnęło niezwykłe Trio Idealnych Brewerów i ciężko było się skoncentrować na czymkolwiek innym.

– Cóż, to tłumaczy, dlaczego dzisiejszego poranka połowa działu kręciła się bez celu, zamiast rejestrować faktury. Próbowały rzucić okiem na Idealne Trio.

Wpycham do ust babeczkę.

– Trzeba przyznać, że stanowią oni dodatkową korzyść tej pracy. Mnie przyciągnęła do tego miejsca wypłata, ale zostaję dla widoków.

– Jak my wszystkie. Poświęciłaś jednak widoki na rzecz babeczki. To wiele o tobie mówi.

– Tylko tyle, że wywody Tate’a były nudne, a mnie burczało w brzuchu. Zaspokojenie głodu i chronienie się przed cierpieniem umysłowym znajduje się na szczycie mojej hierarchii potrzeb. Nawet spektakularne widoki nie są w stanie tego zmienić. Tate jest niesamowity… dopóki nie otwiera ust. – Wybucham śmiechem.

Potrząsa głową, jakbym wygadywała śmieszne rzeczy.

Bracia z rodziny Brewerów, cała piątka, są wprost oszołamiający i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. Nawet ich siostra i matka są pięknościami. Jeden z nich jednak przyćmiewa wszystkich – mój szef Jason.

Prezes Brewer Air jest bezsprzecznie najatrakcyjniejszym mężczyzną, jakiego znam. Piaskowe blond włosy, jasnozielone oczy, wysokie czoło, gęste brwi i wyraźnie zarysowana linia szczęki. Niezwykle inteligentny, kompletny wulkan energii, pewny siebie, a mimo to nieokazujący arogancji. Poznanie go wymaga wysiłku, ale warto, ponieważ po bliższym poznaniu okazuje się świetnym kompanem.

Myślę o tej zabawnej części jego osobowości. Często.

– Skoro mowa o rzeczach, które sporo o tobie mówią – oznajmia, opierając brodę o dłoń. – Oddzwoniłaś do Bodhiego?

– Nie, nie oddzwoniłam – przedrzeźniam ją, na co ona przewraca oczami. – Już kiedy poprosił o mój numer, zaznaczyłam ci, że się do niego nie odezwę.

– Rozumiem, że ma dwadzieścia pięć lat i jest jedynie pomocnikiem kelnera, ale ma potencjał. Poza tym dużo biega podczas lunchu, więc musi mieć świetną kondycję.

– To, że nie chcę się z nim spotkać, nie ma nic wspólnego z jego miejscem pracy. Właściwie podoba mi się myśl, że urabia się tam po łokcie.

– Więc w czym problem?

Wzdycham i siadam na krześle. Nickie również ciężko wzdycha.

Przeprowadzamy taką rozmowę przynajmniej raz w tygodniu. Moja przyjaciółka uważa, że nie można być szczęśliwą i spełnioną bez mężczyzny. Ciągle coś dla mnie planuje. Znamy się od trzech lat – rozpoczęłyśmy pracę w Brewer Air tego samego dnia – i nie widziałam, aby dłużej niż tydzień przetrwała bez męskiego towarzystwa.

Z kolei ja od sześciu miesięcy jestem singielką. Mój ostatni facet nie był ideałem, ale przeważnie miło spędzaliśmy wspólnie czas. Nauczyłam się udawać orgazmy, co jest jasną stroną tego nieudanego związku. Tak sądzę.

– Co zrobisz? – powtarza niczym zdarta płyta. – Zostaniesz wieczną singielką?

– Myślę, że moje życie intymne dręczy cię bardziej niż mnie, Nick.

Pochyla się do przodu i opiera łokcie na stole.

– Ktoś musi się martwić, czy zaliczysz, a padło na mnie.

Jake pojawia się znikąd i otwiera usta, aby wtrącić niepożądany komentarz. Już na samą myśl o tym, że zalicza, wywraca mi się żołądek.

– Idź dalej, Jake – powtarzam.

Pochyla głowę i szybkim krokiem odchodzi w stronę swojego biura.

– Powinnaś bardziej się troszczyć o swoje życie intymne. Wieczność to długi okres. – Nickie nie traci rezonu.

Wpycham resztki babeczki do ust.

– Cóż za wytworne maniery – droczy się. – Wyjdź na miasto w ten weekend i przełknij tak w barze, a szybko znajdziesz towarzystwo.

Wybucham śmiechem i niemal dławię się wypiekiem.

– Przestań.

– Nie, nie przestanę, dopóki nie przekonam cię, że zasługujesz na miłość, czułość i wielkiego, twardego kutasa.

Ocieram serwetką kącik ust i próbuję zapanować nad śmiechem.

– Masz sekretnego chłopaka? – pyta, krzyżując ramiona na piersiach. – Zaczynam myśleć, że tak. To jedyne sensowne wytłumaczenie.

– Zaufaj mi. Gdybym kogoś miała, tobie pierwszej bym powiedziała, tylko po to, żeby zamknąć ci usta.

Kiwa głową i uśmiecha się z zadowoleniem.

Łatwiej udawać mi przed Nickie, że nie jestem zainteresowana umawianiem się na randki. Raz popełniłam błąd i się przed nią otworzyłam, a następnego poranka wkroczyła do biura z albumem zdjęć na telefonie wypełnionym fotkami mężczyzn, którzy jej zdaniem by do mnie pasowali. Tamtego dnia się zorientowałam, że Nickie jest jednoosobową firmą swatającą. Pamiętała ich życiorysy oraz dane i wyliczała je na jednym tchu niczym osoba prowadząca jakiś teleturniej.

To było imponujące, ale jednocześnie wzbudzało niepokój.

Nie jestem przeciwna randkowaniu. Nie jestem oponentką związków ani małżeństwa. Niestety przyciągam jedynie mężczyzn, którzy mnie nie interesują, i brak mi wolnego czasu z powodu góry długów, które w końcu mnie przytłoczą. To są powody mojej samotnej egzystencji. Wolę być jednak samotna niż żałosna.

– Musisz znaleźć czas na to, co jest dla ciebie ważne – oświadcza.

Podnoszę papilotkę po babeczce i uśmiecham się szeroko.

– Znalazłam dzisiaj chwilę na ten mały kąsek, prawda? W tym tygodniu do miasta przyjeżdża wnuczek mojej sąsiadki – wyznaję. – Z Thomasem łączy mnie przyjaźń z korzyściami, a to wystarczy mi na jakiś czas. To najlepsze, na co mnie w tej chwili stać.

– Nie zgadzam się z tobą. Stać cię na więcej.

– Nawet gdybym chciała kogoś poznać, a nie chcę, nie mam na to czasu. W tygodniu po dziesięć godzin jestem poza domem i zaczęłam brać zmiany w Fika’s, jeśli ktoś nie może pracować wieczorami. Muszę też spędzać czas z Mimi, skoro całymi dniami zostaje sama w mieszkaniu. Przy okazji… Czuję się przez to fatalnie. Ledwie znajduję czas na kąpiel i sen. Dręczy mnie z tego powodu poczucie winy.

– Poczucie winy z powodu dbania o siebie jest żałosne.

Wzruszam ramionami.

– Zmagam się z cholernymi długami, niebotycznym czynszem i próbą uchronienia Mimi przed domem opieki, a do tego staram się nie wpaść w tarapaty przez wrednego sąsiada z pierwszego piętra – przerywam, kiedy Nickie posyła mi groźne spojrzenie. – Moje życie opiera się na określonej hierarchii potrzeb, a moje znajdują się na końcu. To w porządku. Nie zawsze tak będzie.

– Mówiłam ci, że w Pliny Building nie jest bezpiecznie.

– A ja tobie, że jest tanio. Daj spokój.

– Czy koszty mają znaczenie, jeśli skończysz martwa?

– Dokonałam wyboru – odpieram. – Mogłam umrzeć z głodu i mieszkać w przyjemniejszej okolicy albo spróbować przetrwać z gościem spod I B. – Przechodzą mnie dreszcze na wspomnienie obleśnego kutasa, który mieszka wygodnie przy wyjściu, a którego mieszkanie muszę mijać za każdym razem, kiedy wychodzę. – Kulka w łeb to szybka i mniej przygnębiająca śmierć. Przynajmniej odeszłabym z pełnym żołądkiem.

Nickie wykrzywia twarz w grymasie.

– To nie jest zabawne.

– Wyluzuj. Żartuję – chichoczę i rzucam papilotkę na stół.

Wypuszcza powietrze z ust, nie chcąc odbiegać od tematu rozmowy, ale przekonuje ją do tego wyraz mojej twarzy.

– Pytałam o poranne spotkanie, bo słyszałam krążące w biurze plotki – wyznaje. – A ty?

– Staram się ich unikać.

– Cóż, te zechcesz usłyszeć – stwierdza, na co unoszę brew. – W księgowości huczy, że chcą ciąć koszty i wkrótce będą redukować etaty – informuje z szeroko otwartymi oczami. – Wszyscy panikują. A skoro jesteś asystentką Jasona Brewera, pomyślałam, że możesz wiedzieć coś, czym mogłabyś się podzielić z najlepszą kumpelą z pracy.

– Wiesz, że obowiązuje mnie umowa o zachowaniu poufności.

– Tak, ale są sposoby, aby powiedzieć coś bez mówienia. Na przykład można mrugnąć raz na „tak” i dwa razy na „nie”.

– Nie. – Śmieję się.

– „Nie” na to, że nie planują redukcji, czy „nie”, bo odmawiasz mi, gdyż jesteś okropną przyjaciółką?

– Nie mogę ci powiedzieć niczego na sto procent, ale wiesz, jak jest z plotkami.

– Nie martwisz się, że coś pójdzie źle i wszyscy stracimy pracę?

– Teoretycznie? Oczywiście. Ale z tego powodu? Nie.

Moja przyjaciółka się podnosi i wygładza spódnicę.

– Dzisiaj rano Walter poprosił mnie o zszywacz. To było jak znak. „Oddaj mi swój zszywacz, bo nie będziesz go już potrzebowała. Wylecisz stąd”. Niemal się z nim o to pokłóciłam, jakby posiadanie materiałów biurowych stanowiło dziewięć dziesiątych praw pracowniczych.

Wybucham śmiechem.

– To dupek. Rozstawia mnie po kątach, jakbym była jego pionkiem. Powinnaś słyszeć, jakim rozkazującym tonem zlecił mi oddanie zszywacza – żali się dramatycznym tonem. – Nie znoszę tego. Proś, nie rozkazuj. Teraz nie mam ochoty już niczym się z nim dzielić. Ani swoim czasem, ani umiejętnościami, ani pieprzonym zszywaczem.

– Nie zazdroszczę ci. – Szczerzę się w uśmiechu. – Dałabym Jasonowi Brewerowi wszystko, czego by zapragnął.

Ktoś odchrząkuje za plecami Nickie. Z moich ust wyrywa się jęk, ponieważ zakładam, że to Jake kolejny raz kombinuje, jak wkręcić się do naszej rozmowy. Zerkam ponad ramieniem przyjaciółki i już mam odesłać go po raz trzeci, kiedy zamieram.

Moja irytacja znika, a usta się rozchylają, aby wypowiedzieć jedno zdanie, gdy dostrzegam mężczyznę stojącego w drzwiach.

Ogarnia mnie zażenowanie.

To nie Jake.

To Jason przysłuchuje się naszej rozmowie. Sprawia wrażenie, jakby tkwił tu od jakiegoś czasu… wystarczająco długo, aby słyszeć mój ostatni komentarz.

Swoje piaskowe blond włosy, idealnie muśnięte słońcem, zaczesał stylowo do tyłu, czym uwydatnił wyraźne rysy twarzy, jasnozielone oczy i gęste brwi, które ściąga, kiedy mnie obserwuje… i uśmiecha się kpiarsko.

„Dałabym Jasonowi Brewerowi wszystko, czego by zapragnął”.

Ciemne spodnie garniturowe przylegają do jego muskularnych ud. Cienki brązowy pasek eksponuje wąską talię. Rękawy śnieżnobiałej koszuli podwinął do łokci, co odsłoniło końcówki tatuaży zdobiących przedramiona.

Na jego widok czuję zaskoczenie i pożądanie. Martwi mnie, że dałam się podsłuchać.

Nickie hamuje śmiech.

– Porozmawiamy później, Chloe. – Z zawadiackim uśmiechem odwraca się do drzwi. – Dzień dobry, panie Brewer. Jak się pan dzisiaj miewa?

– Jak dotąd to był interesujący dzień – odpowiada. Kiwa głową, nie odrywając ode mnie wzroku.

– O tak. Miłego dnia. – Nickie wybucha śmiechem.

– Nawzajem – odpowiada, krzyżuje nogi i wygina usta w rozbawieniu.

– Od dawna tu jesteś? – pytam, kiedy moja zdradziecka przyjaciółka zostawia nas samych. Pomimo wyrazu jego oczu silę się na spokój i pewność siebie.

Przez chwilę wytrzymuje moje spojrzenie, po czym odpycha się od framugi.

– Chloe, zapraszam cię na chwilę do biura.

Cholera.

Rozdział 2

Chloe

Trzy… cztery… pięć… sześć…

Rozlega się dzwonek windy, a drzwi rozsuwają się na piętrze, na którym mieści się gabinet prezesa.

Owiewa mnie powietrze wypełnione zapachem drzewa sandałowego. Ostrożnie stawiam kroki na ciemnej drewnianej podłodze. W pomieszczeniu dominuje wielkie biurko i miedziany samolot zwisający z sufitu na niewidzialnym mocowaniu. Świadczy on o klasie, ale też poczuciu humoru właściciela.

– Dostałaś babeczkę? – pyta siedząca za biurkiem Brandi.

– Pytasz poważnie?

Wybucha śmiechem.

– Przed chwilą wrócił Jason i zakazał mi cię zatrzymywać. Masz iść prosto do jego biura.

– Wezmę to pod uwagę.

Jej oczy połyskują, kiedy opiera się o zagłówek fotela, czekając na mój ruch w przekomarzaniu się z szefem. Nasza wymiana zdań bawi Brandi. Mnie również.

Poznałam Jasona latem, kiedy skończyłam siedem lat. Moi rodzice się właśnie rozwiedli i mama sprzątała w domu jego matki, Rory. Prawodawczyni była na tyle życzliwa, że pozwalała jej zabierać mnie ze sobą. Spędzałam długie słoneczne dni, bawiąc się na olbrzymiej posesji Brewerów z dwójką młodszych dzieci, Biancą i Tate’em.

To było najlepsze lato w moim życiu. W pamięć zapadło mi zwłaszcza jedno upalne lipcowe popołudnie, kiedy Tate zmusił mnie do grania w baseball na porośniętym trawą terenie obok basenu. Zaczynała boleć mnie ręka, ale się nie skarżyłam. Rozpędziłam się, wystrzeliłam piłkę w stronę prowizorycznego boiska i nadepnęłam na osę.

Krzyczałam, jakby mnie mordowano.

Nagle znikąd pojawił się starszy brat Tate’a, wziął mnie w umięśnione ramiona i niczym księżniczkę zaniósł do kuchni. Przez łzy zapamiętałam wszystko w Jasonie – zapach jego potu, życzliwe spojrzenie i poczucie bezpieczeństwa, jakie mi dawał. Stał się moim bohaterem i od tamtej pory byłam nim nieco zauroczona.

Stukam obgryzionymi paznokciami o biurko Brandi.

– Jakie są szanse, że przekonam cię, abyś dla mnie skłamała? Powiedz mu, że miałam coś pilnego do załatwienia w dziale zasobów ludzkich. Albo że się tu pojawiłam, ale gwałtownie się pochorowałam i dla dobra ludzkości musiałam jechać do domu?

– Co tym razem zbroiłaś?

Krzywię się na samo wspomnienie sytuacji w pokoju socjalnym.

– Nie mogę powiedzieć, ale możesz być pewna, że to coś, czego będę koszmarnie żałować do końca życia…

Przerywa nam brzęczyk. Brandi chichocze i naciska guzik w telefonie.

– Słucham, panie Brewer? – odzywa się.

– Czy jest z tobą Chloe?

– Co, do diabła? Nie mogę mieć dzisiaj odrobiny prywatności? – Otwieram szeroko oczy.

– Chodź tutaj – mówi stanowczym i szorstkim tonem, chociaż w jego słowach pobrzmiewa żartobliwa nuta.

Uśmiecham się i robi mi się gorąco.

– Tak jest, proszę pana – odpowiadam słodkim głosikiem, odwracając się w stronę korytarza prowadzącego do jego biura.

Brandi zatrzymuje mnie i podaje mi chusteczkę, po czym naciska przycisk i rozłącza się z Jasonem.

– Wytrzyj buzię. Masz małą niebieską plamkę w kąciku ust. – Pokazuje mi na swoich wargach, gdzie się pobrudziłam. – Nie mogę cię wpuścić do środka, gdy wyglądasz, jakbyś ssała postać z kreskówki.

Odbieram od niej chusteczkę.

– Dlatego płaci ci kupę forsy.

– Pewnie. – Śmieje się i wyciąga w moją stronę mały kosz na śmieci. – Odpłacisz mi się, opowiadając, o co chodzi.

Wrzucam chusteczkę do pojemnika i kieruję się w stronę biura szefa.

– Nie mogę. Pomyśl o najgorszym, a będziesz na tropie.

– Nie jesteś zabawna.

Na horyzoncie wyłaniają się wielkie drzwi prowadzące do gabinetu Jasona. Skręcam jednak i zatrzymuję się w moim biurze. Milczący Jason znajduje się po drugiej stronie ściany łączącej nasze miejsca pracy.

Zapalam światło i sięgam po stojące na biurku lusterko. Po szybkich poprawkach i świeżej warstwie błyszczyka jestem gotowa na spotkanie.

Czuję podekscytowanie. Nie ma znaczenia, że pracuję w Brewer Air od trzech lat, z czego siedem miesięcy jako jego asystentka, ani że znam go przez większość swojego życia, ani to, że traktuję go zarówno jako swojego szefa, jak i przyjaciela. Nie da się przygotować na te zielone oczy i seksowny uśmiech.

Wygładzam sukienkę, poprawiam sweterek w kolorze pudrowego różu i prostuję się.

Pora przejść do działania…

– Chciałeś mnie widzieć? – pytam, bez pukania otwierając drzwi łączące nasze gabinety.

Mężczyzna opiera się o szerokie biurko, wykonane z takiego samego ciemnego drewna jak to należące do Brandi. Jedną rękę przyciska do umięśnionego torsu, a drugą do ust i kciukiem pociera wargę.

Mój Boże, jaki on jest przystojny.

Próbuje mnie zmylić rezerwą oraz opanowanym i nieczytelnym wyrazem twarzy. Tak sobie pogrywa.

Powinien już wiedzieć, że to mnie nie rusza.

– Działasz mi dzisiaj na nerwy – oznajmiam.

Uśmiecha się lekko, z przekąsem.

– Nickie twierdzi, że krążą pogłoski o redukcji etatów – kontynuuję, ruszając w stronę okien wychodzących na okolicę Nashville. – Zapewniłam ją, że to jedynie plotki.

– Słyszałem.

Zerkam na niego przez ramię.

– Słyszałeś plotki?

– Nie, jak o tym z nią rozmawiałaś.

– Podsłuchiwanie to paskudny nawyk, panie Brewer.

– Tak jak mówienie współpracownikom, że zrobiłabyś wszystko dla swojego szefa. – Uśmiecha się bezczelnie.

Rozpływam się pod żarem jego spojrzenia.

– Naprawdę myślisz, że to powiedziałam? – pytam, unosząc brwi. – Bo moim zdaniem słyszysz, co chcesz.

– Mówisz, że nie zrobiłabyś wszystkiego, o co bym cię poprosił?

– Mówisz, że to nie jest to, co chcesz usłyszeć? – Uśmiecham się.

W powietrzu unosi się gęste napięcie.

Łącząca nas relacja nie jest typowa, ale się sprawdza. Praca z dobrym przyjacielem, który mnie tak szalenie pociąga, ma swoje wady. Czuję zazdrość, kiedy kobiety z nim flirtują. Martwię się o jego dobre samopoczucie. Rozważałam nawet spakowanie dodatkowego zestawu majtek do torebki – na dni, kiedy wkłada mój ulubiony czarny garnitur i krawat.

Ma to też swoje zalety. Znam Jasona na tyle dobrze, żeby ubiec jego potrzeby. Wzajemne zaufanie zapewnia bardziej odprężającą atmosferę w pracy. Porozumiewamy się bez wysiłku, a także szanujemy i doceniamy te same rzeczy.

Może i flirtujemy dla zabawy, ale kiedy przychodzi pora na pracę, nie znajdzie się bardziej produktywnego i wydajnego duetu.

Zerkam przez ramię na moje biuro, w którym Brandi ustawia wazon z kwiatami. Feeria barw wygląda ładnie obok stojącej na biurku mrożonej kawy, którą rano przyniósł mi Jason. Nie mam pojęcia, kto mi przysłał bukiet. Ruszam prosto w kierunku Brandi, aby się tego dowiedzieć.

– To dla mnie? – pytam.

– Tak. Wendy przysłała je właśnie z recepcji – oznajmia. – Piękne. Od kogo są?

– Nie mam pojęcia.

Rozgląda się i odzywa ściszonym tonem:

– Czy to ma coś wspólnego z tym, że Jason wezwał cię do swojego biura?

– Zdecydowanie nie. – Wybucham głośnym śmiechem.

– Cóż, pachną nieziemsko. Ciesz się nimi – mówi, po czym wychodzi z mojego gabinetu.

Mały kwadratowy wazon wypełniają różowe i pomarańczowe róże, żółte goździki i jasnozielona gipsówka. Wyciągam ukryty wśród płatków bilecik.

Do zobaczenia w piątek, o siódmej.

Thomas

Thomas? Przewracam oczami, ale w myślach biję mu brawo za starania.

– Od kogo te kwiaty? – Głos Jasona mnie płoszy.

Opiera się o futrynę między naszymi gabinetami i stara ukryć kompletne zaskoczenie, pod fasadą którego kryje się poirytowanie. I dobrze.

– Nie twoja sprawa – odpyskowuję i szeroko się do niego uśmiecham.

Odwraca się i ręką daje mi znak, abym poszła za nim. Kiedy go mijam, wyrywa mi kartkę.

– Hej – protestuję, chociaż nie próbuję jej odzyskać. Napaść na moją prywatność jest warta jego reakcji.

Na widok mroku malującego się w jego spojrzeniu zaciska mi się żołądek, a w moim krwiobiegu szaleją hormony. Wyobrażam sobie, jak mnie łapie i z płonącym wzrokiem przyciska do ściany. Jego palce wbijają się w moją skórę, kiedy podnosi mi bluzkę…

– Kim jest Thomas? – pyta, odrywając mnie od fantazji.

– Przyjacielem.

– Co takiego planujesz w piątek o siódmej? – Spogląda na mnie i zaciska szczękę.

– A jak myślisz? – Mrużę oczy, ale nie udaje mi się ukryć psotnego uśmiechu.

– Nie wiedziałem, że się spotykacie.

– A kto tu mówi o randkach?

Bierze głęboki wdech, jego palce zaciskają się na cienkim kartoniku i żwawo rusza w kierunku swojego biurka.

Szybko się opanowuję i podążam za nim pewnym krokiem. Serce bije mi jak szalone, a jego głos płonie w mojej głowie. „Nie wiedziałem, że się spotykacie”.

Próbuję ukryć uśmiech. Ta sytuacja daje mi więcej frajdy niż spotkanie z Thomasem.

– Mogę odzyskać bilecik? – pytam, wyciągając rękę.

Celowo kładzie go obok telefonu, po czym siada i odchyla się w fotelu, rzucając mi wyzwanie, abym sama go odebrała.

– Nie sądziłem, że się z kimś spotykasz – oznajmia, podpierając podbródek na dłoniach.

– Bo nie spotykam się. – Łapię bilecik, zanim mnie powstrzymuje, i siadam naprzeciwko. – Ale to, że się z nikim nie umawiam, nie oznacza, że nie mam potrzeb.

– Thomas je spełnia?

– W piątek to zrobi. – Uśmiecham się szyderczo. Jason nie wydaje się rozbawiony. – Podjąłeś już decyzję, czy zawrzesz umowę z Rigglen Aeronautics? – zmieniam temat na bezpieczniejszy, czyli na pracę. – Jerry Rigglen codziennie do mnie dzwoni i obiecałam, że damy mu odpowiedź w tym tygodniu.

– Wiedziałabyś, że tak, gdybyś rano nie wymknęła się z sali konferencyjnej.

– Musiałam się czymś zająć.

Rzuca mi podejrzliwe spojrzenie.

– Czy powinienem uznać za zbieg okoliczności to, że moja asystentka wymknęła się ze spotkania w tym samym czasie, kiedy dostarczono wypieki? – mruczy.

– Nie, ponieważ właśnie tak postąpiłam i przepraszam. Miałam poranek z piekła rodem i potrzebowałam czegoś na poprawę humoru. – Uśmiecham się.

– Co takiego ci się przytrafiło? – Na jego twarzy błyskawicznie pojawia się szczera troska. – Coś się stało?

Mięknę pod wpływem jego szmaragdowych oczu.

Zastanawiam się, czy opowiedzieć mu o ostatnich upadkach Mimi – i tym paskudnym dzisiejszego ranka – a także o przerażeniu, jakie odczuwam w związku z jej stanem pogarszającym się szybciej, niż się spodziewałam. Myślę, żeby wyznać mu, że chyba nigdy nie uda mi się uporać z rachunkami. Mam ochotę wyjawić, że w głębi duszy, w mrokach nocnych godzin obawiam się, że każdy dokonany przeze mnie wybór był zły i że na pewnym etapie życia będę wszystkiego żałować.

Jason okazałby mi współczucie, wkroczyłby do akcji i próbowałby pomóc. Dzielenie się z nim moją szarą rzeczywistością przyniosłoby mi ulgę. Mam niewielu przyjaciół i żadnej rodziny poza Mimi, więc szczerość by mi pomogła.

Jednak nie mówię ani słowa.

W Brewer Air nie jestem dziewczyną mieszkającą w jednej z najgorszych dzielnic Nashville. Moje warunki życia nie wpływają na to, jak postrzegają mnie pracownicy, ponieważ nie wie o nich nikt poza Nickie. A jej powiedziałam tylko to, co chciałam.

W pracy jestem normalną dwudziestopięciolatką ze zwyczajnymi problemami. I chcę, aby tak zostało.

Nie potrzebuję współczucia ani rycerza w lśniącej zbroi. Sama muszę rozgryźć, jak uporać się z własnymi problemami.

– Odniesienia Tate’a mnie niemal wykończyły – kłamię. – To właśnie się stało tego ranka. Uwielbiam twojego brata, ale jego wywody są koszmarne.

Jason się rozsiada i przygląda mi z zaciekawieniem, chociaż wyraz jego twarzy świadczy o tym, że niezupełnie mi wierzy.

– Jeśli nie grasz w golfa, taka terminologia do ciebie nie przemawia – mówię szybko, aby odciągnąć jego uwagę od siebie. – Sporo czasu zajęło mi zorientowanie się, że kiedy używał słowa „wózek”1, nie miał na myśli cadillaca. Gdy stwierdził, że „wózek” woził jego kije, siedziałam i się zastanawiałam, dlaczego nie użył terminu „wózek golfowy”2. Potem się zastanawiałam nad modelami cadillaca, a w końcu zaczęłam nucić w myślach piosenkę Cadillac Ranch, której słuchała moja mama, kiedy byłam mała.

– Porozmawiam z nim, aby to zmienił.

– Dziękuję w imieniu pracowników. – Oblizuję wargi. Muszę wypełnić pustkę i kontrolować rozmowę, aby Jason nie wrócił do tematu mojego poranka. – Zwabiłeś mnie do biura, aby omawiać wywody Tate’a? Mogę wracać do pracy? Muszę potwierdzić kilka spotkań na następny tydzień i ustalić z biurem Gannona wykorzystanie jednego z naszych samolotów na spotkanie w Nowym Jorku, piętnastego.

– To wypali?

– Tak, musiałam poprzekładać pewne rzeczy, ale się udało. Skoro już o tym rozmawiamy, Ford Landry przesunął waszą dzisiejszą rozmowę z czternastej na jutro. A, i umówiłam ci masaż w domu na dziewiętnastą.

– Nie potrzebuję cholernego masażu – wzdycha i wbija wzrok w sufit.

– Ależ potrzebujesz. Cały tydzień boli cię głowa.

– Skąd wiesz? – Ponownie skupia na mnie uwagę.

– Bo od poniedziałku masz na biurku butelkę paracetamolu i jesteś bardziej rozdrażniony niż zwykle.

W sekundę jego spojrzenie łagodnieje i ulatnia się z niego poirytowanie. Obserwuję, jak ramiona mu opadają, a zmarszczka na czole się wygładza. Nikły uśmieszek błąka się na jego ustach.

– Przepraszam, że ciężko było ze mną wytrzymać – mówi. – Nie miałem takiego zamiaru.

Wstaję i hamuję śmiech. Jason jest naprawdę dobrym człowiekiem.

– Wiem. Nie było tak źle. Nieraz miewałeś znacznie gorsze chwile.

– Mimo to pracujesz dla mnie.

– Musisz się bardziej wysilić z marudzeniem, żeby się mnie pozbyć. – Puszczam do niego oczko i kieruję się w stronę swojego gabinetu. – Muszę zadzwonić do Rigglena. Dzisiaj, o ile to możliwe.

Nie odpowiada, więc się zatrzymuję, kładę dłoń na futrynie i oglądam się na niego przez ramię. Obserwuje mnie z zaciekawieniem, jakby się zastanawiał, co powiedzieć.

– O co chodzi? – pytam.

– Jestem tutaj szefem, ale mam wątpliwości, czy twoim.

– Mądrala. – Uśmiecham się do niego. – Nie zapomnij, że za dziesięć minut masz rozmowę z Towlinem.

Wstrzymuję oddech, przewidując, że Jason skrzywi się w grymasie. Współczuję mu. Rozmowy z prawnikiem zawsze go stresują, więc nie znoszę wpisywać ich do kalendarza.

– Dzięki – wzdycha. – Nad czym pracujesz dzisiaj po południu?

Czeka mnie masa roboty i bez trudu mogłabym wyrecytować listę zadań, ale jeśli to zrobię, Jason zacznie się nimi martwić. Droczę się z nim i na chwilę odciągam jego myśli od problemów.

– Najpierw podziękuję Thomasowi – oświadczam, a potem szeroko się uśmiecham.

– Nie w moim cholernym czasie.

Chichoczę i ruszam do swojego gabinetu.

– Mówię poważnie, Chloe. – Jego słowa wkradają się do pomieszczenia, zanim zamykam drzwi. Mój chichot przechodzi w śmiech. Rzucam bilecik na biurko.

W tym tygodniu większy ubaw da mi jego zazdrość niż nadgorliwe starania Thomasa w weekend. Gdybyśmy byli w innej sytuacji – gdybym nie pracowała dla Jasona i wierzyła w szczęśliwe zakończenia – mogłabym czerpać znacznie więcej przyjemności z pana Brewera.

Nie w tym życiu. Przekonałam się o tym w bolesny sposób. Życie zupełnie nie przypomina tego, co pokazują w filmach. Wypełniają je radosne i dobre chwile, ale zakończenie zawsze bardziej przypomina dramat niż bajkę.

Szczęśliwe zakończenie, jakie czeka mnie z Jasonem albo kimś innym, będzie miało miejsce jedynie w moich marzeniach.

1 W oryginale pojawia się słowo „caddie”, które używane jest w języku potocznym jako wózek golfowy, ale też może być skrótem od słowa cadillac (przyp. tłum.).

2 W oryginale „golf cart” (przyp. tłum.).