Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Piękna, pełna temperamentu, ognistowłosa młoda Amerykanka przypływa statkiem do Londynu. W porcie czeka wytworny arystokrata Stephen Westmorland. Dziewczyna ulega jednak nieszczęśliwemu wypadkowi, a kiedy odzyskuje przytomność w domu Stephena, okazuje się, że straciła pamięć i własna tożsamość stanowi dla niej zagadkę. Między obojgiem rodzi się namiętne uczucie, lecz na skutek niefortunnego splotu okoliczności każde z nich bierze to drugie za kogo innego.
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Krasnymstawie
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (3)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (7)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (2)
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 628
Rok wydania: 1998
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZANIM
SIĘ
POJAWIŁAŚ
Biblioteczka pod Różą poleca:
Victoria Holt
Droga do raju
Jedwabna zemsta
Gniazdo węży
Legenda o siódmej dziewicy Dwór na wrzosowisku Pocałunek Judasza
Dom Menfreyów
Ruchome piaski
Demoniczny kochanek
Robert James Waller
Co się wydarzyło w Madison County
Zaloty w Cedrowym Zakątku
Barbara Wood
Kraina snów
Płomień duszy
Karen Robards
Pewne lato
Spacer po północy
La Vyrle Spencer
Serce w listopadzie
Słodycz i gorycz
Barbara Taylor Bradford
Inna miłość
Potajemny romans
Maeve Binchy
W kręgu przyjaciół
W tym roku będzie inaczej
Liliowy autobus
Echa
Susanna Kearsley
Mariana
Deirdre Purcell
Kraina dzieciństwa
Wyspa kamieni
Wszystko przez tancerza
Judith McNaught
Coś wspaniałego
Judith McNaught
ZANIM
SIĘ
POJAWIŁAŚ
przełożyła
Beata Dziemińska
Prószyński i S-ka
Warszawa 1998
Ilustracja na okładce:
P.W.A. International
Opracowanie merytoryczne: Wiesława Karaczewska
Opracowanie techniczne:
Elżbieta Babińska
Korekta:
Anna Sidorek
Skład i łamanie:
Tomasz Mędliński
Opracowanie graficzne serii:
Zombie Sputnik Corporation
ISBN 83-7180-952-2
Biblioteczka pod Różą
Wydawca:
PRÓSZYŃSKI I S-KA SA
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
Druk:
Opolskie Zakłady Graficzne SA
45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12
Bohaterami moich powieści są postacie fikcyjne, ale zupełnie wyjątkowe - mężczyźni i kobiety odznaczający się odwagą, lojalnością i poczuciem humoru, uczciwi i troszczący się o dobro innych.
Niniejszą powieść mam jednak zaszczyt dedykować dwóm całkowicie autentycznym osobom, charakteryzującym się dokładnie tymi samymi cechami, co bohaterowie moich powieści, które ośmielę się też nazwać swoimi przyjaciółmi...
Pauli Marr, z wyrazami wdzięczności i podziwu za to, jaka jest, oraz za to, że była ze mną zawsze, towarzysząc mi zarówno w zabawnych, jak i dramatycznych momentach mojego życia...
oraz
Keithowi Spaldingowi. Zawsze wyobrażałam sobie, że przybędzie mi z pomocą rycerz w lśniącej zbroi, pędzący na żwawym rumaku i dzierżący lancę w dłoni. Nigdy natomiast nie pomyślałabym, że przyjedzie on BMW, z aktówką w ręce! Mimo, Keith, że użyłeś innego środka transportu i rodzaju broni, żaden średniowieczny rycerz nie dorówna ci uczciwością, lojalnością, dobrocią oraz dowcipem. Dzięki tobie moje życie stało się pełniejsze.
Pragnę podziękować również czterem innym osobom.
Brooke Barhorst, Christopherowi Fehligowi i Tracy horst - z powodów, które są im dobrze znane,
a także
Megan Ferguson - za to, że jest absolutnie wyjątkową dziewczyną.
Judith McNaught
Oparta o stos atłasowych poduszek piętrzący się w pomiętej pościeli, Helene Devernay z zadowoleniem obserwowała opalony, muskularny tors swojego kochanka. Tymczasem on - Stephen David Elliott Westmoreland, hrabia Langford, baron Ellingwood, piąty wicehrabia Hargrove, wicehrabia Ashbourne - wkładał właśnie na ramiona koszulę, którą poprzedniego wieczoru rzucił bezładnie u stóp łóżka.
Podnosząc z podłogi swój fular, Stephen zerknął na nią ze zdziwieniem.
Gdy odwrócił się w stronę wiszącego nad kominkiem lustra i zaczął zręcznie układać cienki jedwab w skomplikowane fałdy wokół szyi, zauważył, że Helene bacznie mu się przygląda.
Helene westchnęła, przekręciła się na drugi bok i podparła na łokciu. Zaczęła mówić otwarcie, choć z żalem w głosie:
Helene pojęła tę bezsłowną reprymendę oraz idące za nią ostrzeżenie, mimo to postanowiła dalej korzystać z przywileju, jaki dawał jej trwający od kilku lat, całkowicie jawny i przynoszący obojgu nad wyraz wiele przyjemności romans.
Stephen bez słowa odwrócił się i sięgnął po marynarkę leżącą na kwiecistym szezlongu. Włożył ją i skierował się w stronę łóżka, aby wreszcie poświęcić całą swoją uwagę leżącej na nim kobiecie. Gdy stał, spoglądając na nią z góry, poczuł, że opuszcza go złość. Wsparta na łokciu, ze złotymi lokami opadającymi na nagie piersi i ramiona, Helene Devernay wyglądała czarująco. Uważał ją za nadzwyczajną kochankę: nie tylko piękną, ale inteligentną, bezpośrednią i bywałą w świecie. Była zbyt rozsądna, aby żywić nadzieje na propozycję małżeństwa z jego strony, gdyż w przypadku kobiety o jej pozycji zupełnie nie wchodziło to w rachubę, oraz zbyt niezależna, aby pragnąć wiązać się z kimkolwiek na całe życie. Posiadała zatem przymioty, które cementowały ich związek. W każdym razie tak się Stephenowi wydawało.
Helene odpowiedziała ciepłym, kuszącym uśmiechem, któremu zwykle nie potrafił się oprzeć.
Stephen strząsnął pyłek z marynarki, podparł się rękoma i spojrzał chłodno.
Po tej uszczypliwej uwadze uśmiech Helene przybladł nieco, ale nie zgasł zupełnie.
Widziała, jak twarz mu tężeje, podczas gdy jego głos stał się lodowato uprzejmy:
Helene wyciągnęła rękę i chwyciła Stephena za marynarkę, chcąc w ten sposób zmusić go, aby usiadł. Gdy próba się nie powiodła, cofnęła dłoń i uśmiechnęła się szerzej, aby złagodzić jego gniew.
To mówiąc, zadygotała z przerażenia, i Stephen mimo woli roześmiał się.
Przybliżył do niej usta, po czym z rozkoszą oddał się przyjemności ogrzewania i odwracania uwagi swojej kochanki.
Około piątej znów stał ubrany.
Helene nie mogła zaprzeczyć, ale tym razem czuła, że musi postąpić wbrew przyjętej wspólnie zasadzie.
Stephen wyprostował się i westchnął niecierpliwie. Wiedział, że zdecydowana jest o tym mówić, nie starał się jednak zachęcać jej do tego, lecz spoglądał na nią, marszcząc czoło.
Rozbawiło go jej poczucie humoru, ale chcąc ostatecznie zakończyć ten temat, rzekł:
Gdy zakończył swój wywód, spostrzegł, że na twarzy Helene maluje się zdziwienie i zakłopotanie, a jej kolejne pytanie świadczyło o tym, że czegoś tutaj nie pojmuje:
Stephen skrzywił się i lekceważąco wzruszył ramionami, gdyż najwyraźniej wszelkie inne powody uznawał za banalne, niedorzeczne i wyimaginowane.
Helene przyglądała mu się bacznie, jej twarz promieniała zaciekawieniem i uwagą. Powoli zaczynała go rozumieć.
Ubawił Stephena ten dość niestosowny kolokwializm, jakiego użyła Helene dla opisania okoliczności śmierci lorda Lathropa. Wzmianka o pojedynku natomiast nie wzbudziła w nim żadnych emocji.
Stephen rzucił na nią badawcze spojrzenie.
Stephen skinął głową.
Wycofanie się było równoznaczne z wyrażeniem skruchy i przyznaniem się do winy. W nadziei, że usłyszy od Stephena inne wytłumaczenie, dlaczego stojąc dwadzieścia kroków od lorda Lathropa, nie mierzył w niego, lecz prosto w niebo, Helene wycedziła wolno:
Urządziwszy rzadki pokaz kobiecego braku zdecydowania, Helene najpierw odwróciła wzrok, jakby zbierając się na odwagę, a następnie wzniosła oczy ku Stephenowi i uśmiechnęła się kusząco, chociaż z zakłopotaniem. Stephen pewnie nie oparłby się jej spojrzeniom, gdyby w tej samej chwili nie został poddany oburzającemu przesłuchaniu, które sprawiło, że całkowicie zapomniał o wszelkich, i tak dość liberalnie przez siebie traktowanych, zasadach savoir-vivre’u.
Niechęć, jaką wzbudziło w nim to pytanie, była niczym w porównaniu z oburzeniem, jakie poczuł, słysząc kolejne:
Helene tak bardzo chciała poznać sekret drugiej kobiety, że nie zauważyła ironii w jego głosie.
Wzrok Stephena padł na usta kochanki.
Skinęła głową tak figlarnie i zachęcająco, że prawie zapomniał o swym gniewie. Ogarniała go na przemian wesołość i wściekłość.
Stephen zasłonił ręką usta zupełnie zaskoczonej Helene i dodał z uśmiechem:
Spojrzała na niego oczyma pełnymi trwogi i tym razem wyczuła nutę ostrzeżenia w jego pozornie łagodnym głosie.
Skinęła głową i aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, delikatnie zaczęła muskać językiem jego dłoń. Stephen zaśmiał się, ale cofnął rękę, gdyż nie miał już ochoty na erotyczne igraszki ani też nie chciał kontynuować tej rozmowy. Złożył tylko szybki pocałunek na czole swojej kochanki i wyszedł.
Była noc. Wilgotna, gęsta mgła okryła ulice miasta. Gdzieniegdzie przebijało przez nią wątłe światło ledwie tlących się latarni. Stephen odebrał od lokaja wodze swego zaprzęgu i łagodnie odezwał się do pary młodych, idealnie dobranych kasztanków, które ze zniecierpliwieniem stukały kopytami i potrząsały grzywami. W mieście były po raz pierwszy i choć Stephen poluzował wodze, dość niepewnie ruszyły przed siebie wolnym kłusem. Mgła sprawiła, że koń prowadzący się znarowił. Płoszył go nawet dźwięk stukotu jego własnych kopyt o bruk oraz cienie ulicznych latarni, a kiedy nagle, gdzieś z lewej strony, trzasnęły zamykane drzwi, w popłochu rzucił się galopem do przodu. Stephen natychmiast ściągnął wodze i zaprzęg skręcił w stronę Middleberry Street. Jakiś czas konie pędziły szybkim kłusem, aż wreszcie stopniowo zwolniły biegu. Naraz dał się słyszeć wrzask bezdomnego kota, który ledwie zdążył umknąć przed lawiną jabłek toczących się ze straganu z owocami prosto na bruk. W tym samym momencie gwałtownie otwarły się drzwi pubu i silne światło zalało ulicę. Zaczęło się istne piekło: psy wyły, oszalałe konie ślizgały się i rwały do przodu; jakiś człowiek chwiejnym krokiem wyszedł z pubu i zniknął pomiędzy stojącymi powozami... po czym nagle pojawił się tuż przed powozem Stephena.
Stephen nie zdążył nawet krzyknąć.
Wsparty na lasce, sędziwy lokaj stał w skromnym salonie i z należnym szacunkiem słuchał, jak znakomity gość opowiada o przedwczesnej śmierci jego pana. Dopóki lord Westmoreland mówił, służący nie śmiał okazać żadnej reakcji, ale gdy tamten skończył, stary Hodgkin wyraził swoje ubolewanie:
Nie ulegało wątpliwości, że za poranny wypadek winą należało obarczyć młodego barona, który kompletnie pijany wytoczył się nagle na środek ulicy prosto pod koła powozu Stephena. Jednakże Stephen, który trzymał wodze zaprzęgu, wyszedł z wypadku bez szwanku, tymczasem młody Burleton leżał martwy. Co gorsza, nikt nie opłakiwał jego śmierci, i to właśnie wydało się Stephenowi największą niesprawiedliwością.
Hodgkin pokręcił głową i z przerażeniem uświadomił sobie nagle, że jest bez pracy i być może już do końca życia nie znajdzie żadnej posady. Posadę u Burletona otrzymał tylko dlatego, że nikt inny nie zgodziłby się pracować jako lokaj, stangret i kucharz w jednej osobie, w dodatku za śmiesznie niskie wynagrodzenie.
Nieco zakłopotany swoim chwilowym załamaniem, które mogłoby świadczyć o braku dobrych manier, Hodgkin odchrząknął i rzekł:
Coraz większe poczucie winy targało Stephenem. Opanował się jednak i spokojnie zapytał:
Nieco podenerwowany niecierpliwymi pytaniami lorda Westmorelanda oraz zawstydzony swym brakiem pamięci, Hodgkin rzekł wymijająco:
W uznaniu dla wysiłków służącego hrabia pokiwał głową, po czym zarzucił go kolejnymi pytaniami:
Hodgkin był dumny z siebie i wydawał się niezwykle odprężony. Z zachwytu aż stuknął laseczką o podłogę i wykrzyknął:
Nagle zdał sobie sprawę ze swojego gorszącego zachowania i aż cały poczerwieniał.
Gdy Stephen usłyszał, że owa dama była „szaleńczo zakochana” w młodym baronie, stracił nadzieję, że zaręczyła się z nim jedynie z wyrachowania.
Gdy wyszedł, Hodgkin zaczął rozmyślać nad własną sytuacją. Był bez pracy i praktycznie bez wszelkich środków do życia. Jeszcze przed chwilą rozważał, czy nie poprosić lorda Westmorelanda o to, aby zarekomendował go komuś. Obawiał się jednak, że jego prośba na nic by się nie zdała i świadczyłaby jedynie o arogancji. W ciągu dwóch długich lat, kiedy to starał się o posadę u lorda Burletona, zrozumiał, że nikt nie chce u siebie ochmistrza, lokaja czy stangreta, którego ręce naznaczone są starością, plecy przygarbione, a ciało tak niedołężne, że nie jest już w stanie wyprężyć się i żwawiej poruszyć.
Ogarnięty żalem Hodgkin wtulił głowę w ramiona. Coraz bardziej bolały go stawy, więc powoli odwrócił się i poczłapał przez ponury salon w kierunku służbówki. Był już w pół drogi, gdy usłyszał krótkie, niecierpliwe pukanie. Zawrócił i nieśpiesznie ruszył z powrotem w stronę drzwi wejściowych.
Po czym wyszedł.
Hodgkin zamknął drzwi, stanął tyłem do nich i przez chwilę z niedowierzaniem wpatrywał się w obskurne pomieszczenie. Nagle poczuł przypływ energii, wstąpiło w niego nowe życie. Obiecano mu posadę, i to w jednym z najznamienitszych i najbardziej wpływowych domów w całej Europie!
Miał nadzieję, że nie otrzymał tej propozycji jedynie z litości. Hrabia Langford słynął z tego, że nie rozpieszczał swojej służby. Mówiono też, że jest nadzwyczaj wymagającym człowiekiem, że wszystkich traktuje z rezerwą. Ale jego dom oraz służba reprezentowały najwyższy poziom europejski.
Przez jakiś czas Hodgkin nie mógł jednak odpędzić dręczącej myśli, że hrabia zaofiarował mu tę posadę wyłącznie z litości. Naraz z nie ukrywaną dumą i zadowoleniem przypomniał sobie jego słowa. Otóż lord Westmoreland wyraźnie podkreślił, że Hodgkin jest człowiekiem kompetentnym. Użył dokładnie tego słowa: kompetentny!
Kompetentny!
Hodgkin powoli podszedł do wiszącego w holu lustra i opierając dłoń na czarnej gałce laseczki, przyjrzał się uważnie swemu odbiciu. Kompetentny...
Wyprostował plecy i choć odczuwał przy tym nieznaczny ból, uniósł wyżej wąskie ramiona. Drugą ręką wygładził przód czarnej, ale mocno już wyblakłej marynarki. Nie wyglądał staro, a już na pewno nie więcej niż na swoje siedemdziesiąt trzy lata! W każdym razie lord Westmoreland wcale nie uważał go za zgrzybiałego i bezwartościowego starca. Przeciwnie! Stephen David Elliott Westmoreland, hrabia Langford, uznał, że Albert Hodgkin będzie kompetentnym pracownikiem w jego własnym domu! Lord Westmoreland, który posiadał majątki w całej Europie, jak również arystokratyczne tytuły odziedziczone po swojej matce oraz przekazane wraz z całym dziedzictwem przez dwóch innych przodków, jest zdania, że Albert Hodgkin będzie cennym służącym w jednej z jego wspaniałych rezydencji!
Przechylił na bok głowę, starając się wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał w eleganckiej, zielono-złotej liberii, jaką noszą tam lokaje, ale obraz, który zobaczył, był niewyraźny, jakby zamglony. Podniósł rękę i szczupłymi palcami dotknął kącików oczu. Były wilgotne.
Otarł łzy i naraz zapragnął rzucić w kąt swoją laskę i zacząć tańczyć. Ale nie przystało tego czynić człowiekowi, który wkrótce miał stać się członkiem służby lorda Stephena Westmorelanda.
Pomarańczowa kula słońca zdążyła już zniknąć za horyzontem, gdy do powozu stojącego w porcie od samego rana podszedł marynarz.
Stephen wyprostował się i kiwnął na stangreta, aby rzucił marynarzowi jakiś grosz w podzięce za jego fatygę, po czym ruszył powoli w stronę nabrzeża. Żałował, że w chwili powitania narzeczonej Burletona nie będzie przy nim ani jego matki, ani szwagierki. Spodziewał się bowiem, że wiadomość o śmierci narzeczonego młoda dziewczyna przyjmie jako dotkliwy cios, który obecność innych kobiet mogłaby nieco złagodzić.
Trzasnęła drzwiami, zamknęła je na zasuwę, po czym oparła się o nie plecami i spojrzała na pokojówkę siedzącą w rogu ich wspólnej kajuty i nerwowo ściskającą w pulchnych rękach pomiętą chusteczkę.
Meg tak gwałtownie pokręciła głową, że aż zafalowały wstążki na jej czepku.
Meg zbladła, otworzyła szeroko usta i zdławionym szeptem powtórzyła:
Sheridan miała ochotę powiedzieć coś wesołego i podnoszącego na duchu, ale straciła swój dawny wigor i entuzjazm. Przez ostatnie tygodnie żyła w ciągłym napięciu, ciężko chorowała w czasie podróży morskiej, kroplą zaś, która przepełniła kielich goryczy, była ucieczka Charise. Nigdy nie powinna była się zgodzić na propozycję ojca Charise. Nie przewidziała, że ta głupia i zepsuta siedemnastoletnia dziewczyna sprawi jej tyle kłopotu. Wmawiała sobie, że zdrowy rozsądek i praktyczna natura w połączeniu z dobrymi manierami, jakie wyniosła ze szkoły panny Talbot - do której uczęszczała również Charise - pozwolą jej pokonać wszelkie trudności, jakie mogłyby się pojawić w czasie ich wspólnej wyprawy. Surowy ojciec Charise tak mocno wierzył w zalety Sheridan, że spośród wielu innych, starszych i znacznie bardziej doświadczonych kandydatek ją właśnie wybrał na opiekunkę dla swej córki w czasie podróży do Anglii, nie mogąc dziewczynie osobiście towarzyszyć ze względu na nagłą chorobę serca. A przecież Sheridan była zaledwie trzy lata starsza od Charise. Naturalnie Gharise miała duży wpływ na decyzję ojca. Tak długo się wdzięczyła i przymilała do niego, prosząc, aby panna Bromleigh towarzyszyła jej w podróży, że w końcu przystał na to. Przecież to panna Bromleigh pomagała jej pisać listy do barona i wydawała się inna niż te wszystkie kobiety o surowych twarzach, z którymi przeprowadzał rozmowy. Panna Bromleigh była wymarzoną towarzyszką podróży. „Panna Bromleigh sprawi, że nie będę tęsknić za domem i nie zechcę zaraz wracać do papy do Ameryki, tylko wyjdę za mąż za barona!” - przekonywała ojca chytrze.
Po części było to prawdą. Ale teraz właśnie na pannę Bromleigh spadła odpowiedzialność za ucieczkę Charise z nieznajomym. Cała ta historia przypominała trochę wątek z romansów, którymi zaczytywały się obie młode kobiety w czasie podróży. Ciotka Cornelia tak bardzo była przeciwna tym powieściom i głoszonym przez nie „bezsensownym romantycznym ideom”, że Sheridan musiała je czytywać po kryjomu, pod kołdrą. W ciszy i samotności rozkoszowała się opisami zalotów oraz scen miłosnych, rozkochana w młodych, przystojnych dżentelmenach, którzy byli ich bohaterami. A potem opierała się o miękkie poduszki, zamykała oczy i wyobrażała sobie, że jest piękną damą o złotych lokach opadających na dekolt wytwornej sukni, tańczącą na balu, albo też przechadza się po parku, wsparta na ramieniu wybranka, podczas gdy złote loki wymykają się jej spod modnego kapelusza. Czytała to tak wiele razy, że opisy ulubionych scen mogła recytować z pamięci, a bohaterce nadawała swoje imię...
Baron chwycił rękę Sheridan, przycisnął ją do ust, po czym wyznał jej swoje gorące uczucie: „Jesteś, pani, moją jedyną miłością...”
Hrabia był tak oczarowany urodą Sheridan, że na chwilę zupełnie stracił panowanie nad sobą i całując ją w policzek, rzekł: „Proszę mi wybaczyć moje zachowanie, ale nie mogę już tego dłużej kryć. Uwielbiam panią!”
Ale to jeszcze nic w porównaniu z jej ulubioną sceną, którą szczególnie chętnie czytała:
Książę wziął ją w objęcia i mocno do siebie przytulił. „Chociażbym miał sto królestw, wszystkie oddałbym za ciebie, najdroższa - rzekł. - Byłem nikim, zanim się pojawiłaś”.
Leżąc w łóżku, snuła w wyobraźni wciąż nowe wątki, wymyślała dialogi i sytuacje, wybierała miejsca, w których miały się rozgrywać sceny jej romansów, ale ich bohater był zawsze ten sam. Sheridan, która sama go stworzyła, doskonale znała każdy szczegół jego wyglądu. Jej wybranek był wysoki i szalenie przystojny, miał gęste ciemne włosy i cudowne błękitne oczy - uwodzicielskie, przenikliwe i tryskające humorem. Był też niezwykle męski, silny i odważny, a zarazem mądry, łagodny i cierpliwy. Bardzo lubił się śmiać, a ona chętnie go bawiła, opowiadając mu zabawne anegdoty. Uwielbiał również książki, dzięki którym posiadł niezwykle wszechstronną wiedzę. Był człowiekiem bardziej bywałym w świecie niż Sheridan, ale nie okazywał dumy ani zarozumiałości. Ograniczeni i aroganccy ludzie zawsze napawali ją odrazą i wręcz nienawidziła, gdy ktoś jej rozkazywał. Musiała wprawdzie znosić bez protestów władczy ton ojców swoich uczennic, ale nigdy nie ścierpiałaby tego u własnego męża.
Bohater romansów Sheridan miał przecież zostać jej mężem. Wyobrażała sobie, że oświadczając się jej, pada na kolana i mówi: „Zanim się pojawiłaś, nie wiedziałem, czym jest szczęście... nie wiedziałem, czym jest miłość... Nie potrafiłem żyć ani kochać, zanim cię ujrzałem...” Bardzo chciała wierzyć, że jest mu naprawdę potrzebna i uwielbiana nie tylko za swoją urodę. Gdy więc oświadczy się jej w taki cudowny, wręcz zniewalający sposób, jak mogłaby mu odmówić? I wzięliby ślub ku zazdrości wszystkich mieszkańców Richmond w stanie Virginia. Potem on zabrałby ją wraz z ciotką Cornelią do wspaniałej rezydencji na wzgórzu, gdzie wiedliby szczęśliwy żywot, martwiąc się jedynie o to, co na siebie włożyć. By szczęście było pełne, jej ojciec wkrótce zamieszkałby z nimi.
Siedząc samotnie w ciemności, Sheridan zastanawiała się, czy kiedykolwiek pozna takiego mężczyznę. Ale gdyby nawet tak się stało, gdyby rzeczywiście panna Sheridan Bromleigh spotkała dżentelmena będącego wzorem wszelkich cnót, zapewne nie zostałaby w ogóle przez niego zauważona. Codziennie rano, gdy szła do szkoły, gładko uczesana, z rudymi włosami zwiniętymi w skromny koczek, nikt nawet nie przypuszczał, że Sheridan Bromleigh - ogólnie uważana już za starą pannę - jest taką niepoprawną romantyczką.
Oszukiwała siebie i innych, karząc im wierzyć, że jest uosobieniem praktycyzmu i pracowitości. Przez tę jej pewność siebie Charise skazana została na nędzny byt, albowiem zdecydowała się spędzić życie u boku zupełnie przeciętnego człowieka zamiast prawdziwego arystokraty. Jeśli jej ojciec wkrótce nie umrze z rozpaczy, to pewnie resztę swych dni spędzi na obmyślaniu skutecznych sposobów obrzydzenia życia Sheridan i ciotce Cornelii. A Meg, skromna i bojaźliwa pokojówka, która przez ostatnie pięć lat ciężko pracowała u Charise, nie dość że zostanie wyrzucona z posady, to - bez odpowiednich referencji - pewnie już nigdy nie znajdzie przyzwoitego zajęcia.
Należało jednak pamiętać, że były to najbardziej optymistyczne prognozy, które mogły się spełnić pod warunkiem, że Sheridan i Meg zdołają jakoś powrócić do Ameryki. W przeciwnym razie Meg widziała siebie w angielskim więzieniu, spędzającą tam resztę życia, a i Sheridan - rozważna i kompetentna Sheridan Bromleigh - miała dziwne przeczucie, że znajdzie się z nią w jednej celi.
Gdy tak Sheridan rozmyślała o ogromie nieszczęść, jakich się stała przyczyną: o swojej naiwnej ufności w stosunku do innych, o dziecinnej tęsknocie, by ujrzeć wspaniały Londyn oraz eleganckich, angielskich arystokratów, o których tyle czytała w swoich powieściach, poczuła, jak łzy bólu i goryczy spływają po jej policzkach. Powinna była posłuchać ciotki Cornelii, która całymi latami tłumaczyła jej, że tęsknota za wspaniałościami tego świata to jakby próba wyjścia poza własny krąg społeczny, że duma jest w oczach Boga grzechem równie ciężkim jak chciwość i lenistwo oraz że kobiecą skromność mężczyźni wyżej cenią niż tylko urodę.
Sheridan dość późno zdała sobie sprawę z mądrości, która kryła się w tych słowach. Zawsze starała się słuchać uwag ciotki, ale tak bardzo się od niej różniła, że nie potrafiła ich zaakceptować, zwłaszcza gdy chodziło o podróż do Anglii. Ciotka uwielbiała prorokować. Wierzyła także w siłę tradycji i ponad wszystko ceniła codzienną rutynę, co doprowadzało Sherry do szaleństwa.
Sheridan siedziała teraz w ciasnej kajucie, tępo wpatrując się w Meg. Cóż by dała za to, żeby znaleźć się z powrotem w niewielkim, trzypokojowym domku w Richmond, zasiąść naprzeciwko ciotki Cornelii i przy filiżance letniej herbaty rozmyślać o monotonnym życiu, upływającym wyłącznie na popijaniu letniej herbaty.
Jeżeli Meg miała rację, mówiąc o brytyjskim kodeksie prawnym, oznaczało to, że Sheridan już nigdy nie zasiądzie w swoim domu i nigdy więcej nie zobaczy ciotki. Ta myśl napawała ją istnym przerażeniem.
Gdy sześć lat temu zamieszkała ze starszą siostrą swojej matki, wiadomość, że już nigdy nie zobaczy Cornelii Faraday, tylko szczerze by ją ucieszyła, ale wówczas ojciec nie pozostawił jej wyboru. Wcześniej podróżowała z nim wozem załadowanym najrozmaitszymi towarami, od futrzanych błamów i perfum poczynając, na widłach i stalowych garnkach kończąc. Wszystkie towary, zarówno luksusowe, jak i te codziennego użytku, ojciec Sheridan sprzedawał lub wymieniał na inne w wiejskich domach i gospodarstwach znajdujących się na trasie.
„Trasa” wiodła tymi drogami, które najbardziej im się podobały - zimą woleli podążać na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża, latem zaś na północ. Czasami zbaczali na zachód, urzeczeni cudownym widokiem zachodzącego słońca, albo na północny-wschód, jeżeli jakiś szumiący potok płynął właśnie w tym kierunku. Zimą, gdy głęboki śnieg utrudniał lub zupełnie uniemożliwiał wędrówkę, ojciec Sheridan - Irlandczyk z pochodzenia - w zamian za ciepły nocleg najmował się do pracy u jakiegoś gospodarza lub właściciela sklepu.
Nic zatem dziwnego, że zanim dziewczynka skończyła dwanaście lat, sypiała w najróżniejszych miejscach: w stodole na sianie i w usłanym puchami łożu w domu pełnym rozbawionych dam w aksamitnych sukniach o jaskrawych barwach oraz głębokich dekoltach, w których falowały obfite biusty. Bez względu jednak na to, czy właścicielką kwatery była krzepka wiejska gospodyni, surowa żona pastora czy też dama w purpurowej sukni z aksamitu obszytej czarnym boa z piór, każda z nich z takim samym zapałem matkowała Sheridan i rozpieszczała Patricka. Ojciec Sheridan - zawsze uśmiechnięty i niezwykle uprzejmy, a za schronienie i strawę gotów wykonać nawet najcięższą pracę - szybko zaskarbiał sobie sympatię pań domu, które chętnie podsuwały mu podwójną porcję jadła, piekły jego ulubione ciasta, a nawet cerowały mu ubranie.
Wieje serca okazywały również Sheridan. Czule żartowały sobie z burzy jej rudych włosów i zaśmiewały się, gdy ojciec zwracał się do niej „moja ty marcheweczko”. Gdy dziewczynka wyrażała chęć pomocy przy zmywaniu naczyń, pozwalały jej stawać obok siebie na stołku, a przed wyjazdem wyposażały ją w igły oraz kawałki materiału, aby mogła uszyć swojej lalce, Amandzie, nową kołderkę lub sukienkę. Sheridan ściskała je, mówiąc, że obie z Amandą są im niezmiernie za to wdzięczne, na co one uśmiechały się z zadowoleniem. Następnie, całując Sherry na pożegnanie, szeptały jej do ucha, że będzie z niej kiedyś piękna kobieta, na co ona uśmiechała się z niedowierzaniem. Gdy wóz się oddalał, machały jeszcze, wołając: „Szczęśliwej podróży!”, „Wracajcie niebawem!”
Bywało, że gospodarz, u którego się zatrzymywali, chciał oddać ojcu Sheridan własną córkę za żonę lub zachęcał go, aby postarał się o rękę córki sąsiada. Przystojny Irlandczyk uśmiechał się, ale jego oczy wypełnione były smutkiem, gdy mówił: „Dziękuję, ale nie mogę. To byłaby bigamia, bo matka Sheridan nadal żyje w moim sercu”.
Radość w oczach Patricka Bromleigha nikła jedynie na wspomnienie żony i Sheridan odczuwała wówczas niepokój, aż do chwili, gdy ojciec znów stawał się sobą. Od czasu kiedy mama Sherry i jej maleńki braciszek umarli na jakąś ostrą infekcję, tatuś stał się milczący, jakby nieobecny. Siedział przy kominku w ich skromnej chacie, popijając whisky; nie dbał o to, że zboże usycha na polu, nie myślał o nowym zasiewie. Z nikim nie rozmawiał, nie golił się, sam nie jadł i nie interesowało go, czy zwierzęta są nakarmione. Sześcioletnia Sheridan, która dotąd trochę pomagała mamie, teraz musiała wziąć na siebie cały trud prowadzenia domu.
Ojciec nie widział starań swej córki, ani też jej porażek czy cierpienia. Pewnego pechowego dnia dziewczynka poparzyła sobie rękę, smażąc jajecznicę dla ojca. Ledwie powstrzymując się od łez bólu, jaki odczuwała, nie tylko fizycznie, ale i w duszy, Sheridan poszła nad strumień, taszcząc ze sobą zaległe pranie i resztkę ługu, którą znalazła w domu. Uklękła nad brzegiem, ostrożnie zanurzyła w wodzie flanelową koszulę ojca i nagle przed jej oczyma przemknęły obrazy z przeszłości, chwile spędzone w tym właśnie miejscu.
Zobaczyła matkę, która pierze bieliznę, cicho nucąc ulubione melodie, podczas gdy ona sama pilnuje małego Jamiego pluskającego się w strumyku. Przypomniała sobie, jak maleńki braciszek rozkosznie taplał się w wodzie, rozchlapując ją tłuściutkimi rączkami. Mama uwielbiała śpiewać i chętnie uczyła Sheridan angielskich piosenek, które potem razem nuciły przy pracy. Czasem przerywała na chwilę i przechyliwszy głowę, słuchała śpiewu córki, uśmiechając się z dumą. Innym razem obejmowała ją i mocno do siebie przytulając, mówiła: „Twój głos jest tak słodki i niezwykły, jak ty sama”.
Na wspomnienie tamtych cudownych dni łzy zaczęły dziewczynce płynąć po twarzy. W uszach ciągle miała matczyny śpiew, a oczyma wyobraźni nadal widziała matkę, która śmieje się, obserwując beztroskie igraszki Jamiego oraz zupełnie przemokniętą od tych zabaw Sheridan. „Zaśpiewaj nam coś - mówiła do córki. - Zaśpiewaj nam, mój aniołku...”
Sheridan chętnie spełniłaby prośbę mamy, gdyby nie to, że głos jej się łamał, a oczy miała pełne łez. Otarła je dłonią i naraz spostrzegła, że nurt strumienia porwał koszulę ojca, która odpłynęła już zbyt daleko, aby można jej było dosięgnąć. Dziewczynka przykucnęła i w wyobraźni wtuliła twarz w matczyny fartuch, łkając z żalu i przerażenia. Dłużej nie potrafiła być odważna i dorosła. Otoczona łanem polnych kwiatów, oszołomiona zapachem świeżej trawy, kołysała się, lamentując żałośnie.
Jej żałosną litanię przerwał nagle głos ojca. Nie był to już smutny, martwy i przerażająco obcy głos, który słyszała przez ostatnich kilka miesięcy, ale ten znany wcześniej, przepełniony miłością i troską. Ojciec przykucnął obok i przytulił ją do siebie.
Przed śmiercią mama opowiadała Sheridan o pięknej angielskiej wiosce, w której przyszła na świat. Z tęsknotą wspominała malownicze krajobrazy, drogi wysadzane drzewami i wiejskie potańcówki, na których czasem bywała. Swojej córce dała na imię Sheridan, bo tak nazywała się pewna wyjątkowo piękna odmiana róż: miały one mnóstwo cudownych, purpurowych kwiatów, wspaniale kontrastujących z bielonym płotem okalającym plebanię, wokół której bujnie rosły.
Patrick Bromleigh dopiero po śmierci żony powziął decyzję o powrocie do Sherwyn’s Glen. Sheridan intrygowało jednak, dlaczego jej ojciec tak bardzo chce wracać tam, gdzie mieszkał dziedzic Faraday - człowiek dumny i zły, który wynosił się ponad wszystkich i wcale nie okazał się dobrym sąsiadem, kiedy jej tata zbudował dom tuż obok jego rezydencji, tak jak tego pragnął.
Ojciec Sheridan po raz pierwszy zetknął się Faradayem po przyjeździe z Irlandii. Koń, którego przywiózł wówczas ze sobą, był tak cenny i piękny, że dziedzic zapragnął kupić go dla swojej córki. Patrick Bromleigh, który nie miał w Irlandii żadnych żyjących krewnych, postanowił pozostać tam, dokąd przyjechał, i nająć się do pracy u jakiegoś właściciela ziemskiego jako parobek oraz stajenny. Biedna Sheridan, dopiero gdy skończyła jedenaście lat, dowiedziała się, że zimny, niegodziwy, okrutny i znienawidzony dziedzic Faraday był rodzonym ojcem jej matki!
Zawsze zastanawiała się, dlaczego tata zabrał mamę z jej ukochanych rodzinnych stron i wywiózł do odległej Ameryki oraz czemu podążyła za nimi starsza siostra matki, która następnie osiadła w Richmond i już nie pozwoliła się stamtąd ruszyć. Dziwne wydawało jej się również, że w tę daleką podróż obie panie zabrały jedynie podręczny bagaż oraz konia zwanego Finish Line. Matka Sheridan musiała być niezwykle do niego przywiązana, skoro zdecydowała się zabrać go ze sobą, zwłaszcza że opłata za przewóz zwierzęcia statkiem była bardzo wysoka. Niestety, wkrótce po przybyciu do Ameryki i tak musiała sprzedać swego ulubieńca.
Rodzice rzadko i niechętnie opowiadali o swoim wyjeździe z Anglii. Musiały się z tym wiązać przykre wspomnienia, chociaż Sheridan nie potrafiła pojąć dlaczego. Pytała ojca, ale on nieugięcie zachowywał w tej sprawie milczenie i nigdy nie zaspokoił ciekawości córki. Musiała zatem czekać aż do chwili, kiedy będzie wreszcie mogła tam powrócić i wszystkiego się dowiedzieć. Już obmyślała chytry sposób zadawania zawoalowanych pytań, dzięki którym zdoła osiągnąć cel, gdy tylko znajdzie się na miejscu. Jeśli zaś chodzi o jej ojca, on zamierzał osiągnąć swój cel, grając w karty oraz w kości. Wszystkie swoje oszczędności postanowił zainwestować w hazard i przy każdej nadarzającej się sposobności grał. I chociaż nie miał szczęścia do gier hazardowych - o czym wiedział zarówno on sam, jak i Sheridan - miał nadzieję, że może kiedyś los się odmieni.
- Wiesz, co mi jest potrzebne, skarbie? - mówił, uśmiechając się wesoło. - Dobra passa przy odpowiednim stole. Miewałem passę w dawnych dobrych czasach i teraz znów takie nadchodzą. Czuję to.
Nigdy jej nie okłamywał, więc i tym razem mu wierzyła. I tak podróżowali razem, rozmawiając zarówno o życiu doczesnym, jak i o sprawach wyższych; od obyczajów mrówek poczynając, na stworzeniu wszechświata kończąc. Ich wędrowne życie dziwiło wielu ludzi: początkowo sama Sherry również myślała o nim ze zgrozą, szybko jednak je pokochała.
Zanim opuścili farmę, sądziła, że cały świat ogranicza się do dobrze jej znanego skrawka łąki i że poza jego granicami nie istnieje nic więcej. A teraz podziwiała wciąż nowe krajobrazy wyłaniające się zza każdego zakrętu drogi i poznawała ciekawych ludzi. Wielu jechało w tym samym kierunku co oni, przybywając lub udając się do tak odległych miejsc jak Missisipi, Ohio, a nawet Meksyk!
Opowiadali zdumiewające historie o dalekich krajach oraz życiu i obyczajach ludzi tam mieszkających. Podobnie jak jej ojciec, Sheridan była niezwykle uprzejma i życzliwa dla wszystkich i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwała się ich opowieściom. Zdarzało się zatem, że zachęceni tym podróżni całymi tygodniami podążali za wozem Bromleighów. W tym czasie Sheridan wiele się nauczyła. Ezekiel i Mary, Murzyni o skórze niczym lśniący, czarny węgiel, skręconych w spirale włosach i niepewnym spojrzeniu, opowiadali o Afryce, skąd pochodzili i gdzie nosili całkiem inne imiona. Sheridan nauczyła się od nich dziwnej, rytmicznej pieśni, która - chociaż nie była podobna do żadnej znanej dziewczynce melodii - sprawiała, że jej serce zaczynało mocniej bić.
Mary i Ezekiel odeszli w swoją stronę, w niecały zaś rok później, pewnego ponurego, zimowego dnia, za jednym z zakrętów drogi spotkali pewnego Indianina. Miał białe włosy i pomarszczoną, ogorzałą cerę, podobną do wyschniętej zwierzęcej skóry. Choć sam był stary i zgrzybiały, dosiadał młodego i niezwykle energicznego konia. Patrick Bromleigh zaproponował Indianinowi, aby uwiązał konia do ich wozu i sam usiadł na koźle. Indianin, zagadnięty przez Sheridan, powiedział, że na imię mu Śpiący Pies. Wieczorem, na prośbę dziewczynki, zaśpiewał przy obozowym ognisku pieśń indiańską, wydobywając z siebie szereg gardłowych dźwięków przy akompaniamencie uderzeń dłońmi o kolana. Było to coś tak dziwacznego i niemelodyjnego, że Sheridan, nie chcąc zranić uczuć starego Indianina, zmusiła się do uśmiechu. Mężczyzna wyczuł jednak niepewność oraz zaskoczenie dziewczynki, przerwał więc i mrużąc oczy, rzekł do niej rozkazującym tonem:
Sheridan, która często zasiadała przy ognisku, śpiewając piosenki i rozprawiając z nieznajomymi, chętnie przystała na propozycję Indianina. Wybrała zasłyszaną od ojca irlandzką piosenkę o pewnym młodzieńcu, który stracił ukochaną. Gdy śpiewała o tym, jak młody człowiek szlocha za swoją oblubienicą, Śpiący Pies nagle wydał dziwny dźwięk, ni to prychnięcie, ni to śmiech. Krótki rzut oka na rozbawioną minę Indianina potwierdził obawy Sheridan i tym razem ona przerwała swój występ w pół słowa.
Ojciec spojrzał na nią rozbawiony, po czym wylał do ogniska fusy po wypitej kawie i rzekł:
Ojciec tak zręcznie wybrnął z sytuacji, jakby grał w „Co by było, gdyby...” - ulubioną zabawę słowną, którą wymyślili razem z Sheridan. Umilała im ona czas w ciągu ostatnich trzech lat wspólnego podróżowania. Czasami, całkiem na poważnie, zastanawiali się: „Co by było, gdyby koń nagle okulał?”; innym razem wymyślali zupełnie absurdalne problemy, w rodzaju: „Co by było, gdybyśmy spotkali wróżkę, która chciałaby spełnić jedno nasze życzenie?” Treść pytań nie była tu jednak najistotniejsza. Celem zabawy było bowiem znalezienie jak najlepszego rozwiązania w jak najkrótszym czasie. Sheridan nabrała w tym tak wielkiej wprawy, że pewnego razu ojciec z nie ukrywaną dumą oświadczył, iż będzie musiał dobrze się napocić, żeby dorównać córce.
Sheridan zmarszczyła czoło, obmyślając przez chwilę rozwiązanie aktualnego problemu, po czym z uśmiechem oznajmiła:
To serdeczne pożegnanie nie zrobiło najmniejszego wrażenia na Indianinie, który jeszcze przez jakiś czas ze stoickim spokojem obserwował zza ogniska Sheridan, po czym wstał i bez słowa zniknął w gęstym lesie, udając się tam na nocny spoczynek.
Nazajutrz Śpiący Pies zaproponował Sheridan przejażdżkę na swoim koniu. Dziewczynka podejrzewała, że dostąpiła tego honoru wyłącznie dlatego, iż stary Indianin wolał wygodnie jechać wozem, choć chcąc zachować twarz, nigdy otwarcie nie przyznałby się do tego. Sheridan, która dotychczas jeździła wyłącznie na ich starej, wysłużonej chabecie, popatrzyła na żwawego, pięknego ogiera z podnieceniem, choć nie bez obaw. Już chciała grzecznie odmówić, gdy zauważyła pełne zachęty spojrzenie Indianina. Przybrała zatem mocno rozżalony ton i wymijająco oznajmiła, że nie ma siodła. Śpiący Pies popatrzył na nią wyniośle i oświadczył, że indiańskie kobiety jeżdżą konno na oklep.
Sheridan nie mogła już dłużej znieść przeszywającego wzroku Indianina oraz świadomości, że zdaje on sobie sprawę z paraliżującego strachu, jaki ona odczuwa. Gotowa zaryzykować życie i zdrowie dla ratowania reputacji własnej oraz całej irlandzkiej młodzieży, podeszła do Indianina i wzięła lejce z jego ręki. Widząc, że mężczyzna nie zamierza nawet pomóc jej wspiąć się na konia, podprowadziła zwierzę do wozu, wgramoliła się do niego, a następnie przez kilka kolejnych minut mozolnie usiłowała przerzucić nogę przez koński grzbiet.
Gdy wreszcie dosiadła konia, szczerze tego pożałowała: z jego grzbietu ziemia wydawała się bardzo odległa i wyjątkowo twarda. Tego dnia Sherry spadła na nią pięć razy i niemal czuła, jak stary Indianin i jego uparty koń w głębi duszy się z niej naśmiewają. Gdy po raz szósty wspinała się na koński grzbiet, była tak obolała i wściekła, że szarpnęła wodze, chwyciła konia za ucho i szepnęła mu w nie pewne niemieckie przekleństwo, którego nauczyła się od pewnego małżeństwa z Niemiec podróżującego do Pensylwanii. Następnie, usadowiwszy się wygodnie, ze złością w głosie wydała mu polecenie, aby ruszył. Już po paru minutach zorientowała się, że indiańskie konie lepiej reagują na ostre polecenia niż na łagodne przemowy, ogier bowiem przestał wyrywać do przodu oraz kołysać z boku na bok i posłusznie ruszył lekkim kłusem.
Tego wieczoru usiadła przy obozowym ognisku, by popatrzeć, jak ojciec przygotowuje kolację; długo jednak nie mogła znaleźć wygodnej pozycji, tak bardzo bolały ją plecy. Naraz jej wzrok skrzyżował się z badawczym spojrzeniem Śpiącego Psa, choć od chwili gdy uwiązała jego konia do wozu, za wszelką cenę starała się unikać wzroku Indianina. Zamiast rzucić jakąś złośliwą uwagę na temat mizernych w porównaniu z młodymi Indiankami umiejętności jeździeckich Sheridan, Indianin obserwował ją przez dłuższy czas w migotliwym świetle ognia i na koniec zapytał:
Śpiący Pies kiwnął głową. Sheridan wyjaśniła mu wówczas, że jej imię pochodzi od nazwy kwiatu rosnącego w Anglii - w kraju jej matki, który leży daleko za morzem. Indianin skrzywił się. Zaskoczona jego reakcją Sheridan zapytała:
Sheridan, która była wręcz niepoprawnie wszystkiego ciekawa, a urazy w sercu nigdy nie nosiła dłużej niż przez godzinę, odnosiła się do Indianina ze zwykłą sobie życzliwością i ciepłem, pomimo że miał on szorstkie usposobienie i źle ułożonego konia.
Sheridan uważała, że lepiej mieć imię kojarzące się z warzywem niż z jakimś tam psem, ale przez grzeczność powstrzymała się od komentarza i zapytała tylko:
Mimo to nie przestała go lubić i postanowiła powstrzymać się od ostrej riposty, pokazując w ten sposób tatusiowi, iż rzeczywiście jest mądrą dziewczynką, czego Śpiący Pies nie chciał przyznać.
Śpiący Pies po raz pierwszy uśmiechnął się ze zrozumieniem, a jego rozjaśniona twarz odmłodniała o ładnych parę lat. Dobrze wiedział, że sprowokował Sheridan, i docenił to, że jednak powstrzymała się od komentarza.
Ojciec kiwnął głową na znak, że całkowicie z nim się zgadza. Sheridan pomyślała, że życie naprawdę jest cudowne, niezależnie bowiem od tego, jak bardzo ludzie na pozór różnią się od siebie, w gruncie rzeczy okazują się zupełnie podobni. Wszyscy tak samo lubią się śmiać, gawędzić, snuć marzenia... oraz udawać, że są dzielni i wytrwali w cierpieniu, że nie mają żadnych kłopotów, lecz tylko czasami zły humor. A ten na szczęście szybko mija.
Następnego ranka przy śniadaniu ojciec Sheridan zwrócił uwagę na niezwykle piękny, bogato zdobiony pas pleciony z rzemieni, którym Śpiący Pies przepasywał swoje skórzane bryczesy. Indianin wyjaśnił, że zrobił go sam. W ciągu krótkiej chwili ubito interes: Śpiący Pies zgodził się wyrabiać pasy i bransolety, które ojciec Sheridan miał sprzedawać na trasie wędrówki.
Za zgodą nowego wspólnika ojca Sheridan nazwała swojego konia Szybki Biegacz i w ciągu następnych dni jeździła wyłącznie na nim. Podczas gdy ojciec i Śpiący Pies dostojnie podróżowali wozem, Sheridan, pochylona nisko nad końskim grzbietem, galopowała naprzód i znów zawracała ku nim. Jej rozpuszczone włosy splatały się z rozwianą końską grzywą i jasnobłękitne niebo wypełniał dziewczęcy śmiech. Gdy zdołała wreszcie pokonać strach przed jazdą wyciągniętym galopem, z dumą w głosie zapytała Śpiącego Psa, czy już mogłaby konkurować z młodymi Indianami. Spojrzał wówczas na nią tak, jakby ów pomysł był nie tyle absurdalny, co niemożliwy do zrealizowania, następnie cisnął w trawę ogryzek jabłka.
W ciągu następnych trzech lat Sherry nauczyła się zarówno tej, jak i wielu innych sztuczek, na których widok jej ojciec od czasu do czasu wydawał okrzyki przerażenia. Śpiący Pies natomiast witał każdy jej sukces pomrukiem wyrażającym aprobatę, po czym natychmiast rzucał kolejne wyzwanie, któremu prędzej czy później Sherry zawsze zdołała sprostać, choć początkowo wydawało się niemożliwe do wykonania. Skomplikowane rzemiosło Śpiącego Psa okazało się znakomitym źródłem dochodów, dzięki zaś nadzwyczajnym talentom łowieckim i wędkarskim Indianina cała trójka odżywiała się lepiej niż zwykle. Mimo że ludzie uważali ich za osobliwe trio - stary Indianin, młoda dziewczyna w spodniach z jeleniej skóry, która potrafi galopować, nie tylko siedząc na oklep, ale nawet tyłem do kierunku jazdy, oraz sympatyczny, z natury łagodny Irlandczyk, który uwielbia hazard i uprawia go regularnie, choć w granicach rozsądku - Sherry starała się nie zwracać na to uwagi. Jej zdaniem, to właśnie ludzie mieszkający w rojnych, zatłoczonych miastach, takich jak Baltimore, Augusta i Charlotte, wiedli nienormalne, pełne ograniczeń życie. Dlatego też w najmniejszym stopniu nie przejmowała się tym, że gromadzenie pieniędzy na zbudowanie nowego domu w Sherwyn’s Glenn zajmuje ojcu tyle czasu.
Opowiedziała o tym Raphaelowi Benavente, przystojnemu, dwudziestoparoletniemu Hiszpanowi o niebieskich oczach, który jadąc z St. Augustine do Savannah postanowił przyłączyć się do nich.
Na samą myśl o tym, że ktoś wyłudził od jej ojca ciężko zarobione pieniądze, Sherry zdenerwowała się jeszcze bardziej. Nagle jej wzrok padł na rewolwer, który młody człowiek nosił u boku.
Sheridan wyszarpnęła rękę z jego uścisku.
Jak się później dowiedziała, Raphael był prawdziwym mistrzem hazardu i jak to sam określił, za „liczne występki” został wypędzony z rodzinnego domu - dużej meksykańskiej hacjendy.
Sheridan ponad wszystko ceniła swoją niewielką rodzinę i z przerażeniem słuchała, że są tacy rodzice, którzy potrafią własne dzieci wyrzucić z domu. Z nie mniejszym przerażeniem myślała również o tym, co Raphael mógł uczynić, że tak okrutnie z nim postąpiono. Gdy pewnego razu napomknęła o tym swemu ojcu, on przytulił ją do siebie, zapewniając, że Raphael wyjawił mu powód, dla którego został wypędzony z domu: podobno miało to związek z pewną damą, o którą młody Hiszpan zanadto się troszczył, chociaż była zamężna.
Sheridan zaakceptowała to wyjaśnienie i nie zadawała już więcej pytań, po części dlatego, że znała ojca i wiedziała, jak starannie dobiera on współtowarzyszy podróży pod względem charakteru, a po części dlatego, że nie chciała myśleć źle o Raphaelu. Choć miała dopiero dwanaście lat, uważała, że Raphael Benavente jest najprzystojniejszym i najbardziej czarującym mężczyzną na świecie - oczywiście zaraz po jej ojcu.
Młody Hiszpan opowiadał Sherry wspaniałe historie, żartował sobie z jej chłopięcej brawury i powtarzał, że będzie kiedyś bardzo, bardzo piękną kobietą. Mówił, że Bóg dał jej oczy tak szare jak chłodne burzowe chmury, aby pasowały do jej ognistych włosów. Choć do tej pory Sheridan wcale nie dbała o swą powierzchowność, teraz miała nadzieję, że przepowiednie Raphaela się spełnią i że zaczeka on, aby osobiście się o tym przekonać. Tymczasem cieszyła się jego towarzystwem, mimo że ciągle traktował ją jak dziecko.
W przeciwieństwie do większości podróżnych, jakich spotykali, Rafe zawsze miał przy sobie mnóstwo pieniędzy, ale nigdy nie potrafił jasno określić celu swojej wędrówki. Uprawiał hazard częściej niż ojciec Sheridan, a wygrane pieniądze wydawał, na co tylko chciał. Gdy pewnego dnia zatrzymali się na przedmieściach Savannah w Georgii, młody Hiszpan nagle zniknął. Nie było go przez cztery dni i noce. Wrócił dopiero piątego dnia, okropnie cuchnący perfumami i whisky. Przypomniawszy sobie rok wcześniej podsłuchaną rozmowę grupki kobiet podróżujących ze swymi mężami do Missouri oraz oceniwszy stan, w jakim znajdował się Raphael, bystra dziewczynka uznała, że musiał on być u „ladacznicy”. Chociaż nie miała najmniejszego pojęcia, kto to taki, z tamtej podsłuchanej rozmowy dowiedziała się, że ladacznica jest kobietą niegodną szacunku, posiadającą tajemniczą moc „sprowadzania uczciwych mężczyzn z drogi cnoty”. Sherry nie wiedziała dokładnie, co sprawia, że kobieta staje się niegodna szacunku, ale najwyraźniej wiedziała wystarczająco dużo, aby zareagować instynktownie.
Gdy owego dnia Rafe wrócił nie ogolony i woniejący pachnidłami nierządnic, Sherry rzuciła się na kolana, wypowiadając słowa dziecinnej modlitwy. Z trudem powstrzymując się od płaczu, prosiła Boga o zdrowie dla swego przyjaciela. Ale już po chwili zazdrość wzięła górę nad strachem, toteż przez resztę dnia Sherry chodziła obrażona, bocząc się na wszystkich, i nawet pochlebstwa Raphaela nie zdołały jej udobruchać. Młody Hiszpan wzruszył tylko ramionami i poszedł sobie, udając, że nic go to nie obchodzi. Następnego wieczoru pojawił się jednak w obozie z figlarnym uśmiechem na ustach i gitarą w ręce. Udając, że nie widzi Sherry, usiadł po przeciwnej stronie ogniska i zaczął grać.
Sherry nieraz słyszała grę na gitarze, nikt jednak nie grał tak, jak robił to Rafe. Pod zwinnymi palcami Hiszpana struny drgały dziwnym, pulsującym rytmem, który sprawiał, że serce jej biło szybciej, a stopy poruszały się w takt rozbrzmiewającej muzyki. Nagle tempo zmieniło się i rozbrzmiała niezwykle rzewna melodia, tak żałosna, że wydawać się mogło, iż sama gitara płacze. Trzecia melodia, którą zagrał Rafe, była szalenie lekka i wesoła. Spojrzał wtedy na Sherry poprzez płomienie i mrugnąwszy do niej porozumiewawczo, zaczął śpiewać piosenkę, najwyraźniej kierując jej słowa do współtowarzyszki podróży. Jego pieśń opowiadała historię pewnego mężczyzny, który zaczął doceniać to, co posiadał, darzyć szacunkiem kobietę, która go kochała, dopiero wówczas, gdy to wszystko stracił. Zanim Sherry zdołała otrząsnąć się z wrażenia po wysłuchaniu tej pieśni, Raphael zaczął grać następną, niezwykle piękną i melodyjną. Sherry dobrze ją znała, toteż młody Hiszpan zachęcił ją, aby zaśpiewała wraz z nim.
Śpiewanie było ulubioną rozrywką wielu podróżujących grup, między innymi Bromleighów, ale tej nocy Sherry czuła się dziwnie niezręcznie i nieśmiało. W końcu jednak zmusiła się, by zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na muzyce, na niebie i nocy. Śpiewała razem z Raphaelem, a jego głęboki baryton był interesującym kontrapunktem dla wysokich tonów jej głosu.
Otworzyła oczy dopiero na dźwięk oklasków i była zupełnie oszołomiona, widząc grupkę obozowiczów z sąsiedztwa, którzy przyszli posłuchać jej śpiewu.
Od tamtej pory wiele razy śpiewała przy akompaniamencie Rafe’a, a tłum gromadził się wokół nich, by słuchać. Gdy zajeżdżali do wiosek i małych miasteczek, napotkani tam ludzie w dowód wdzięczności obdarowywali ich żywnością, a nawet pieniędzmi. W ciągu następnych miesięcy Rafe uczył ją grać na gitarze oraz mówić po hiszpańsku. Choć w sztuce gry na gitarze Sherry nie zdołała osiągnąć perfekcji swojego mistrza, to po hiszpańsku już wkrótce mówiła niemal tak dobrze jak on. Poznała też dzięki niemu podstawy języka włoskiego, którego Rafe nie znał jednak zbyt dobrze. Sherry poprosiła swego przyjaciela, aby miał oko na ludzi, z którymi grywa jej ojciec, i od pewnego czasu wygrane tatusia zaczęły wyraźnie rosnąć. Młody Hiszpan zaczął nawet przekonywać Patricka do jakichś niesłychanie interesujących wspólnych przedsięwzięć, w których mieli być partnerami, a choć owe pomysły wydawały się Sherry zupełnie nieprawdopodobne, ojciec przysłuchiwał się im z wielkim zainteresowaniem.
Jedynie Śpiący Pies nie wyglądał na zachwyconego obecnością Rafe’a. Odnosił się do niego z nie ukrywaną dezaprobatą, nie odzywając się wiele, i tylko gdy został bezpośrednio o coś zagadnięty, odpowiadał mrukliwie, pod warunkiem jednak, że istotnie uznał to za konieczne. Odsunął się nawet od Sherry, a gdy wielce tym przygnębiona zapytała ojca, dlaczego tak się dzieje, odparł, że pewnie Indianinowi jest przykro, pewna młoda dama bowiem spędza z nim znacznie mniej czasu niż wówczas, gdy nie było Rafę. Od tamtej pory Sherry starała się częściej zasięgać rady starego Indianina, a na wozie siadała obok niego, nie zaś obok Raphaela.
W ich niewielkiej karawanie ponownie zapanowała radość i harmonia; znów wszystko wydało się idealne i trwałe... gdy pewnego dnia ojciec Sherry postanowił odwiedzić niezamężną siostrę jej matki, mieszkającą w Richmond, w stanie Virginia.
Sheridan była niezwykle podniecona perspektywą poznania jedynej żyjącej krewnej, ale gdy znalazła się w niewielkim, dusznym domku ciotki Cornelii, poczuła się bardzo niezręcznie. Obawiała się bowiem, że potłucze kruche bibelociki lub poplami koronkowe serwetki, które zajmowały wszystkie możliwe płaskie powierzchnie. Pomimo że starała się zachowywać szalenie ostrożnie, odniosła przykre wrażenie, iż ciotka wcale jej nie lubi oraz najwyraźniej nie pochwala niczego, co Sherry kiedykolwiek odważyła się zrobić lub powiedzieć. Owe przypuszczenia potwierdziły się, gdy w niecałe dwa dni po ich przyjeździe dziewczynka przypadkowo podsłuchała rozmowę między ciotką i ojcem. Siedziała właśnie na podnóżku i wyglądała na ulicę, a zza ściany dobiegały przytłumione odgłosy rozmowy. Na dźwięk swojego imienia odwróciła się zdziwiona i mocno zaintrygowana.
Wstała więc i cichutko przecisnęła się pomiędzy meblami, po czym przyłożyła ucho do drzwi. W jednej chwili potwierdziły się jej podejrzenia: ciotka Cornelia, wykładająca podstawy dobrych manier w szkole dla dziewcząt z zamożnych domów, była oburzona zachowaniem Sheridan i gromkim głosem beształa za to jej ojca Patricka.
- Należałyby ci się baty za to, jak wychowałeś swoje dziecko - oświadczyła pogardliwym i pełnym dezaprobaty tonem, którego ojciec Sheridan na ogół nie tolerował, a już na pewno nigdy nie wysłuchiwał go w pokornym milczeniu, tak jak zdawał się to czynić teraz. - Ta dziewczyna nie umie czytać ani pisać, a gdy zapytałam, jakie zna modlitwy, odparła, że „bardzo się męczy, klęcząc”. Następnie oświadczyła, cytuję: „Pan Bóg pewnie tak samo nie lubi kaznodziejów walących Biblią o pulpit kazalnicy, jak i nierządnic sprowadzających uczciwych mężczyzn z drogi cnoty”.
- Posłuchaj, Cornelio... - zaczął ojciec, a w jego głosie słychać było coś, co brzmiało jak tłumiony śmiech.
Cornelia Faraday najwyraźniej to zauważyła, bowiem nagle opętała ją - jak mawiał Rafe - diabelska wściekłość.
- Nie myśl, że dam się nabrać na twój fałszywy urok, ty... ty łajdaku. Uwiodłeś moją siostrę, roztaczając przed nią kolorowe wizje cudownego życia w Ameryce, aż w końcu wyszła za ciebie i zgodziła się na włóczęgę po świecie. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie próbowałam jej od tego odwieść, mało, co gorsza, sama podążyłam za nią! Ale już dłużej nie mogę się temu biernie przyglądać, nie mogę milczeć, patrząc, jak jedyną córkę mojej siostry wystawiasz na pośmiewisko! Ta dziewczyna wygląda groteskowo, choć jest już w tym wieku, że niedługo mogłaby wyjść za mąż. Tymczasem ani nie zachowuje się, jak przystało kobiecie; ani nawet nie jest do kobiety podobna. Wątpię, czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że jest nią! Ubiera się wyłącznie w spodnie i buty do konnej jazdy, jest opalona jak dzikuska i przeklina niczym poganka! Ma włosy w nieładzie, pożałowania godne maniery, jest nieprzyzwoicie szczera i nie wie, co oznacza słowo „kobiecy”. Zuchwale oświadczyła, że nie myśli jeszcze o zamążpójściu, ale „darzy sympatią” jakiegoś Raphaela Benavente i być może pewnego dnia poprosi go, aby się z nią ożenił. Ta młoda dama - używam tego określenia raczej umownie w odniesieniu do Sheridan - zamierza złożyć mężczyźnie propozycję małżeństwa, a wybranek jej serca jest nikim innym, tylko zwykłym hiszpańskim włóczęgą, który - o czym poinformowała mnie z dumą - wie wszystko, łącznie z tym, jak oszukiwać w kartach! A teraz chciałabym usłyszeć twoje zdanie na ten temat - zakończyła podniesionym głosem, w którym brzmiała triumfalna złość.
Sherry wstrzymała oddech i w radosnym podnieceniu oczekiwała, kiedy ojciec wygłosi tyradę w jej obronie, ciskając ostre słowa prosto w twarz tej pełnej nienawiści, zgorzkniałej kobiecie, która zręcznymi pytaniami zaskarbiła sobie jej zaufanie, by następnie wykorzystać przeciwko niej wszystko, co usłyszała.
W przeciwieństwie do innych osób, ciotka Cornelia wcale nie przejęła się tym, że Patrick Bromleigh zaczyna tracić panowanie nad sobą.
Sherry pochyliła się i zajrzała przez dziurkę od klucza. Zobaczyła ojca: był czerwony na twarzy ze złości albo tylko z zakłopotania oraz miał zaciśnięte pięści. Naprzeciwko niego stała ciotka Cornelia, zimna i niewzruszona, niczym posąg z kamienia.
Ledwie ciotka Cornelia wspomniała Śpiącego Psa, Patrick z wściekłości zacisnął zęby. Gdy Sherry to zobaczyła, w jednej chwili obleciał ją strach, ale jednocześnie miała nadzieję, że ojciec wleje ciotce za to, że nawygadywała tyle niegodziwości. On jednak przemówił do niej głosem zaprawionym zjadliwym szyderstwem: