Zanim się pojawiłaś - Judith McNaught - ebook

Zanim się pojawiłaś ebook

Judith McNaught

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Piękna, pełna temperamentu, ognistowłosa młoda Amerykanka przypływa statkiem do Londynu. W porcie czeka wytworny arystokrata Stephen Westmorland. Dziewczyna ulega jednak nieszczęśliwemu wypadkowi, a kiedy odzyskuje przytomność w domu Stephena, okazuje się, że straciła pamięć i własna tożsamość stanowi dla niej zagadkę. Między obojgiem rodzi się namiętne uczucie, lecz na skutek niefortunnego splotu okoliczności każde z nich bierze to drugie za kogo innego. 
[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Krasnymstawie 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole 
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (7) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (2) 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 628

Rok wydania: 1998

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

 

ZANIM

SIĘ

POJAWIŁAŚ

 

Biblioteczka pod Różą poleca:

 

Victoria Holt

Droga do raju

Jedwabna zemsta

Gniazdo węży

Legenda o siódmej dziewicy Dwór na wrzosowisku Pocałunek Judasza

Dom Menfreyów

Ruchome piaski

Demoniczny kochanek

 

Robert James Waller

Co się wydarzyło w Madison County

Zaloty w Cedrowym Zakątku

 

Barbara Wood

Kraina snów

Płomień duszy

 

Karen Robards

Pewne lato

Spacer po północy

 

La Vyrle Spencer

Serce w listopadzie

Słodycz i gorycz

 

Barbara Taylor Bradford

Inna miłość

Potajemny romans

 

Maeve Binchy

W kręgu przyjaciół

W tym roku będzie inaczej

Liliowy autobus

Echa

 

Susanna Kearsley

Mariana

 

Deirdre Purcell

Kraina dzieciństwa

Wyspa kamieni

Wszystko przez tancerza

 

Judith McNaught

Coś wspaniałego

 

Judith McNaught

 

ZANIM

SIĘ

POJAWIŁAŚ

 

przełożyła

Beata Dziemińska

 

Prószyński i S-ka

 

Warszawa 1998

 

Ilustracja na okładce:

P.W.A. International

 

Opracowanie merytoryczne: Wiesława Karaczewska

 

Opracowanie techniczne:

Elżbieta Babińska

 

Korekta:

Anna Sidorek

 

Skład i łamanie:

Tomasz Mędliński

Opracowanie graficzne serii:

Zombie Sputnik Corporation

 

ISBN 83-7180-952-2

 

Biblioteczka pod Różą

 

Wydawca:

PRÓSZYŃSKI I S-KA SA

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

 

Druk:

Opolskie Zakłady Graficzne SA

45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12

 

Bohaterami moich powieści są postacie fikcyjne, ale zupełnie wyjątkowe - mężczyźni i kobiety odznaczający się odwagą, lojalnością i poczuciem humoru, uczciwi i troszczący się o dobro innych.

Niniejszą powieść mam jednak zaszczyt dedykować dwóm całkowicie autentycznym osobom, charakteryzującym się dokładnie tymi samymi cechami, co bohaterowie moich powieści, które ośmielę się też nazwać swoimi przyjaciółmi...

Pauli Marr, z wyrazami wdzięczności i podziwu za to, jaka jest, oraz za to, że była ze mną zawsze, towarzysząc mi zarówno w zabawnych, jak i dramatycznych momentach mojego życia...

 

oraz

 

Keithowi Spaldingowi. Zawsze wyobrażałam sobie, że przybędzie mi z pomocą rycerz w lśniącej zbroi, pędzący na żwawym rumaku i dzierżący lancę w dłoni. Nigdy natomiast nie pomyślałabym, że przyjedzie on BMW, z aktówką w ręce! Mimo, Keith, że użyłeś innego środka transportu i rodzaju broni, żaden średniowieczny rycerz nie dorówna ci uczciwością, lojalnością, dobrocią oraz dowcipem. Dzięki tobie moje życie stało się pełniejsze.

 

Pragnę podziękować również czterem innym osobom.

 

Brooke Barhorst, Christopherowi Fehligowi i Tracy horst - z powodów, które są im dobrze znane,

 

a także

 

Megan Ferguson - za to, że jest absolutnie wyjątkową dziewczyną.

Judith McNaught

 

Rozdział 1

 

Oparta o stos atłasowych poduszek piętrzący się w pomiętej pościeli, Helene Devernay z zadowoleniem obserwowała opalony, muskularny tors swojego kochanka. Tymczasem on - Stephen David Elliott Westmoreland, hrabia Langford, baron Ellingwood, piąty wicehrabia Hargrove, wicehrabia Ashbourne - wkładał właśnie na ramiona koszulę, którą poprzedniego wieczoru rzucił bezładnie u stóp łóżka.

- Czy nadal zamierzasz wybrać się ze mną do teatru w przyszłym tygodniu? - zapytała.

Podnosząc z podłogi swój fular, Stephen zerknął na nią ze zdziwieniem.

- Oczywiście.

Gdy odwrócił się w stronę wiszącego nad kominkiem lustra i zaczął zręcznie układać cienki jedwab w skomplikowane fałdy wokół szyi, zauważył, że Helene bacznie mu się przygląda.

- Dlaczego pytasz?
- W przyszłym tygodniu rozpoczyna się sezon i do Londynu przyjeżdża Monica Fitzwaring. Mówiła mi o tym moja fryzjerka, która również ją czesze.
- Więc? - rzekł, stojąc przed lustrem i wpatrując się nieruchomo w jej odbicie. Jego twarz nie zdradzała cienia reakcji.

Helene westchnęła, przekręciła się na drugi bok i podparła na łokciu. Zaczęła mówić otwarcie, choć z żalem w głosie:

- Chodzą plotki, że w końcu zamierzasz jej się oświadczyć, na co zarówno ona, jak i jej ojciec czekają przez ostatnie trzy lata.
- Takie chodzą plotki? - rzucił od niechcenia, ale lekko zmarszczył brwi, dając jej odczuć swoje niezadowolenie z powodu, że poruszyła temat, którym - w jego mniemaniu - nie powinna się w ogóle interesować.

Helene pojęła tę bezsłowną reprymendę oraz idące za nią ostrzeżenie, mimo to postanowiła dalej korzystać z przywileju, jaki dawał jej trwający od kilku lat, całkowicie jawny i przynoszący obojgu nad wyraz wiele przyjemności romans.

- Dawniej również dochodziły mnie plotki o tym, że aspirujesz do ręki takiej czy innej panny - zauważyła cicho. - Nigdy jednak nie prosiłam cię, abyś to potwierdzał lub temu zaprzeczał.

Stephen bez słowa odwrócił się i sięgnął po marynarkę leżącą na kwiecistym szezlongu. Włożył ją i skierował się w stronę łóżka, aby wreszcie poświęcić całą swoją uwagę leżącej na nim kobiecie. Gdy stał, spoglądając na nią z góry, poczuł, że opuszcza go złość. Wsparta na łokciu, ze złotymi lokami opadającymi na nagie piersi i ramiona, Helene Devernay wyglądała czarująco. Uważał ją za nadzwyczajną kochankę: nie tylko piękną, ale inteligentną, bezpośrednią i bywałą w świecie. Była zbyt rozsądna, aby żywić nadzieje na propozycję małżeństwa z jego strony, gdyż w przypadku kobiety o jej pozycji zupełnie nie wchodziło to w rachubę, oraz zbyt niezależna, aby pragnąć wiązać się z kimkolwiek na całe życie. Posiadała zatem przymioty, które cementowały ich związek. W każdym razie tak się Stephenowi wydawało.

- Ale teraz chcesz, abym potwierdził lub zaprzeczył, że zamierzam poprosić Monicę Fitzwaring o rękę? - zapytał ściszonym głosem.

Helene odpowiedziała ciepłym, kuszącym uśmiechem, któremu zwykle nie potrafił się oprzeć.

- Tak.

Stephen strząsnął pyłek z marynarki, podparł się rękoma i spojrzał chłodno.

- A gdybym to potwierdził?
- Wówczas, drogi panie, powiedziałabym, że popełniasz wielki błąd. Lubisz ją, ale to nie jest ani wielka miłość, ani nawet wielka namiętność. Ta kobieta może ci jedynie dać swoją urodę, koligacje i ewentualnie dziedzica. Ale nie posiada twojej siły woli oraz inteligencji i chociaż zadba o ciebie należycie, nigdy cię nie zrozumie. Ona będzie cię zanudzać, ty zaś będziesz ją jedynie irytował, onieśmielał i ranił.
- Dziękuję, Helene. To dla mnie wielki honor, że tak troszczysz się o moje sprawy osobiste i dzielisz się ze mną swymi przemyśleniami na temat, jak powinienem układać sobie życie.

Po tej uszczypliwej uwadze uśmiech Helene przybladł nieco, ale nie zgasł zupełnie.

- Widzisz? - zaczęła łagodnie. - Ton twojej wypowiedzi sprawił, że czuję się słusznie zbesztana i ostrzeżona, tymczasem Monica Fitzwaring w takiej sytuacji byłaby albo kompletnie zdruzgotana, albo śmiertelnie obrażona.

Widziała, jak twarz mu tężeje, podczas gdy jego głos stał się lodowato uprzejmy:

- Pani wybaczy, madame, jeśli kiedykolwiek ośmieliłem się zwrócić do niej nie dość elegancko - rzekł, chyląc głowę w ironicznym ukłonie.

Helene wyciągnęła rękę i chwyciła Stephena za marynarkę, chcąc w ten sposób zmusić go, aby usiadł. Gdy próba się nie powiodła, cofnęła dłoń i uśmiechnęła się szerzej, aby złagodzić jego gniew.

- Nie słyszałam, abyś do kogokolwiek zwracał się nieelegancko, Stephenie. Właściwie im bardziej jesteś rozgniewany, tym bardziej stajesz się „elegancki”, aż w końcu jesteś tak elegancki, tak skrupulatny i poprawny, że efekt jest wręcz niebywały. Można by rzec... piorunujący!

To mówiąc, zadygotała z przerażenia, i Stephen mimo woli roześmiał się.

- Naprawdę tak sądzę - rzekła, uśmiechając się do niego. - Kiedy stajesz się zimny i zły, wiem, jak... - Wstrzymała oddech, gdyż nagle wsunął swą dużą dłoń pod kołdrę i prowokacyjnie zaczął pieścić jej pierś.
- Chcę cię tylko ogrzać - wyjaśnił, gdy wyciągnęła do niego ramiona i przytuliła go do siebie.
- I odwrócić moją uwagę.
- Obawiam się, że w tym celu przydałoby się futro.
- Żeby mnie ogrzać?
- Żeby odwrócić twoją uwagę.

Przybliżył do niej usta, po czym z rozkoszą oddał się przyjemności ogrzewania i odwracania uwagi swojej kochanki.

Około piątej znów stał ubrany.

- Stephen - wyszeptała sennie, gdy nachylał się, aby złożyć na jej czole pożegnalny pocałunek.
- Tak?
- Muszę ci coś wyznać.
- Żadnych wyznań - przypomniał. - Umówiliśmy się przecież na samym początku: żadnych wyznań, żadnych wyrzutów, żadnych obietnic. Oboje tego chcieliśmy.

Helene nie mogła zaprzeczyć, ale tym razem czuła, że musi postąpić wbrew przyjętej wspólnie zasadzie.

- Muszę ci jednak wyznać, że jestem okrutnie zazdrosna o Monicę Fitzwaring.

Stephen wyprostował się i westchnął niecierpliwie. Wiedział, że zdecydowana jest o tym mówić, nie starał się jednak zachęcać jej do tego, lecz spoglądał na nią, marszcząc czoło.

- Rozumiem, że chcesz mieć dziedzica - zaczęła nieco speszona, a na jej pełnych ustach pojawił się słaby uśmiech. - Ale czy nie mógłbyś poślubić kobiety, której uroda bladłaby nieco przy mojej? Najlepiej, gdyby to była kłótliwa jędza z krogulczym nosem i o małych oczkach.

Rozbawiło go jej poczucie humoru, ale chcąc ostatecznie zakończyć ten temat, rzekł:

- Monica Fitzwaring nie powinna stanowić dla ciebie żadnego zagrożenia, Helene. Ona dobrze wie o naszym związku i nie odważyłaby się stawać nam na drodze, nawet gdyby bardzo tego chciała.
- Skąd ta pewność?
- Sama mi o tym powiedziała - odrzekł spokojnie, ale jego kochanka nie wyglądała na przekonaną, więc dodał: - Aby ostatecznie zaspokoić twoją ciekawość, wyjaśniam, że posiadam już dziedzica w osobie syna mojego brata. Co więcej, ani obecnie, ani w przyszłości nie zamierzam wiązać się z kobietą tylko po to, aby spłodzić potomka, jak nakazuje obyczaj.

Gdy zakończył swój wywód, spostrzegł, że na twarzy Helene maluje się zdziwienie i zakłopotanie, a jej kolejne pytanie świadczyło o tym, że czegoś tutaj nie pojmuje:

- Po cóż zatem taki mężczyzna jak ty w ogóle miałby się żenić?

Stephen skrzywił się i lekceważąco wzruszył ramionami, gdyż najwyraźniej wszelkie inne powody uznawał za banalne, niedorzeczne i wyimaginowane.

- Nie istnieją żadne uzasadnione powody, aby mężczyzna taki jak ja miał się z kimkolwiek wiązać węzłem małżeńskim - rzekł z przekonaniem, nie ukrywając swej pogardy dla nudnych historyjek o szczęściu małżeńskim i świętości życia rodzinnego, powtarzanych w kręgach bądź co bądź dość subtelnej i wyrafinowanej socjety, do której należał.

Helene przyglądała mu się bacznie, jej twarz promieniała zaciekawieniem i uwagą. Powoli zaczynała go rozumieć.

- Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie poślubiłeś Emily Lathrop. Jako jedna z niewielu kobiet w Anglii szczyci się ona doskonałą urodą oraz figurą, jest wysoko urodzona i posiada znakomite maniery, co powinno czynić z niej godną kandydatkę na żonę członka rodziny Westmorelandów i matkę jego spadkobiercy. Każdy wie, że pojedynkowałeś się z jej mężem. Nie zabiłeś go jednak i nie poślubiłeś jej nawet w rok później, kiedy stary lord Lathrop wyzionął ducha.

Ubawił Stephena ten dość niestosowny kolokwializm, jakiego użyła Helene dla opisania okoliczności śmierci lorda Lathropa. Wzmianka o pojedynku natomiast nie wzbudziła w nim żadnych emocji.

- Stary Lathrop ubzdurał sobie, że będzie bronił honoru Emily i położy kres wszelkim plotkom na jej temat, jeśli wyzwie na pojedynek jednego z jej domniemanych kochanków. Nie rozumiem tylko, dlaczego wybrał właśnie mnie spośród całego legionu potencjalnych kandydatów.
- Najwyraźniej starość kompletnie zaćmiła mu rozum.

Stephen rzucił na nią badawcze spojrzenie.

- Dlaczego tak uważasz?
- Słyniesz przecież z kunsztu posługiwania się pistoletem w czasie pojedynku.
- Dziesięcioletnie dziecko pokonałoby wówczas Lathropa - rzekł Stephen, jakby nie słysząc pochwały. - Był na tyle stary i niedołężny, że nie potrafił nieruchomo utrzymać pistoletu w dłoni i aby to zrobić, musiał go chwycić oburącz.
- A mimo to pozwoliłeś mu odjechać cało z Rockham Green?

Stephen skinął głową.

- Uznałem, że w takich okolicznościach nie wypada go zabijać.
- To bardzo szlachetne z twojej strony, zwłaszcza że zostałeś przez niego sprowokowany i w obecności świadków wyzwany na pojedynek, a mimo to udałeś, żeś chybił i uratowałeś jego honor.
- Niczego nie udawałem, Helene. Wycofałem się.

Wycofanie się było równoznaczne z wyrażeniem skruchy i przyznaniem się do winy. W nadziei, że usłyszy od Stephena inne wytłumaczenie, dlaczego stojąc dwadzieścia kroków od lorda Lathropa, nie mierzył w niego, lecz prosto w niebo, Helene wycedziła wolno:

- Chcesz przez to powiedzieć, że byłeś kochankiem Emily Lathrop? Przyznałeś się do winy?
- Tak.
- Czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie?
- Możesz - rzekł, choć ledwie ukrywał rosnące zniecierpliwienie z powodu tych dociekań na temat jego życia osobistego.

Urządziwszy rzadki pokaz kobiecego braku zdecydowania, Helene najpierw odwróciła wzrok, jakby zbierając się na odwagę, a następnie wzniosła oczy ku Stephenowi i uśmiechnęła się kusząco, chociaż z zakłopotaniem. Stephen pewnie nie oparłby się jej spojrzeniom, gdyby w tej samej chwili nie został poddany oburzającemu przesłuchaniu, które sprawiło, że całkowicie zapomniał o wszelkich, i tak dość liberalnie przez siebie traktowanych, zasadach savoir-vivre’u.

- Cóż takiego miała w sobie ta Emily Lathrop, że poszedłeś z nią do łóżka?

Niechęć, jaką wzbudziło w nim to pytanie, była niczym w porównaniu z oburzeniem, jakie poczuł, słysząc kolejne:

- Co takiego robiła tobie, dla ciebie albo z tobą w łóżku, czego ja nie potrafię?
- W rzeczy samej - odparł, leniwie cedząc słowa. - Było coś, Co szczególnie mi w niej odpowiadało.

Helene tak bardzo chciała poznać sekret drugiej kobiety, że nie zauważyła ironii w jego głosie.

- Co takiego szczególnie ci w niej odpowiadało?

Wzrok Stephena padł na usta kochanki.

- Czy mam ci pokazać? - zapytał, a gdy znacząco kiwnęła głową, oparł dłonie o poduszkę i pochylił się nad leżącą na niej kobietą tak nisko, że jego tors znalazł się ledwie parę cali ponad jej głową. - Czy masz absolutną pewność, że chcesz wziąć udział w tym pokazie? - wyszeptał lubieżnie.

Skinęła głową tak figlarnie i zachęcająco, że prawie zapomniał o swym gniewie. Ogarniała go na przemian wesołość i wściekłość.

- Pokaż, co tak bardzo ci w niej odpowiadało - wyszeptała, gładząc jego ramię.

Stephen zasłonił ręką usta zupełnie zaskoczonej Helene i dodał z uśmiechem:

- Nie zadawała mi niepotrzebnych pytań ani o ciebie, ani o kogokolwiek innego. I to właśnie tak bardzo mi w niej odpowiadało.

Spojrzała na niego oczyma pełnymi trwogi i tym razem wyczuła nutę ostrzeżenia w jego pozornie łagodnym głosie.

- Czy moja dociekliwa piękność wreszcie zrozumiała?

Skinęła głową i aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, delikatnie zaczęła muskać językiem jego dłoń. Stephen zaśmiał się, ale cofnął rękę, gdyż nie miał już ochoty na erotyczne igraszki ani też nie chciał kontynuować tej rozmowy. Złożył tylko szybki pocałunek na czole swojej kochanki i wyszedł.

 

Była noc. Wilgotna, gęsta mgła okryła ulice miasta. Gdzieniegdzie przebijało przez nią wątłe światło ledwie tlących się latarni. Stephen odebrał od lokaja wodze swego zaprzęgu i łagodnie odezwał się do pary młodych, idealnie dobranych kasztanków, które ze zniecierpliwieniem stukały kopytami i potrząsały grzywami. W mieście były po raz pierwszy i choć Stephen poluzował wodze, dość niepewnie ruszyły przed siebie wolnym kłusem. Mgła sprawiła, że koń prowadzący się znarowił. Płoszył go nawet dźwięk stukotu jego własnych kopyt o bruk oraz cienie ulicznych latarni, a kiedy nagle, gdzieś z lewej strony, trzasnęły zamykane drzwi, w popłochu rzucił się galopem do przodu. Stephen natychmiast ściągnął wodze i zaprzęg skręcił w stronę Middleberry Street. Jakiś czas konie pędziły szybkim kłusem, aż wreszcie stopniowo zwolniły biegu. Naraz dał się słyszeć wrzask bezdomnego kota, który ledwie zdążył umknąć przed lawiną jabłek toczących się ze straganu z owocami prosto na bruk. W tym samym momencie gwałtownie otwarły się drzwi pubu i silne światło zalało ulicę. Zaczęło się istne piekło: psy wyły, oszalałe konie ślizgały się i rwały do przodu; jakiś człowiek chwiejnym krokiem wyszedł z pubu i zniknął pomiędzy stojącymi powozami... po czym nagle pojawił się tuż przed powozem Stephena.

Stephen nie zdążył nawet krzyknąć.

 

Rozdział 2

 

Wsparty na lasce, sędziwy lokaj stał w skromnym salonie i z należnym szacunkiem słuchał, jak znakomity gość opowiada o przedwczesnej śmierci jego pana. Dopóki lord Westmoreland mówił, służący nie śmiał okazać żadnej reakcji, ale gdy tamten skończył, stary Hodgkin wyraził swoje ubolewanie:

- To wielka tragedia zarówno dla biednego lorda Burletona, jak i dla łaskawego pana. Wypadki zdarzają się jednak i nic nie można na to poradzić. A to był doprawdy wielce nieszczęśliwy wypadek.
- Pod kołami powozu zginął człowiek i nie nazwałbym tego „nieszczęśliwym wypadkiem” - odrzekł Stephen z goryczą.

Nie ulegało wątpliwości, że za poranny wypadek winą należało obarczyć młodego barona, który kompletnie pijany wytoczył się nagle na środek ulicy prosto pod koła powozu Stephena. Jednakże Stephen, który trzymał wodze zaprzęgu, wyszedł z wypadku bez szwanku, tymczasem młody Burleton leżał martwy. Co gorsza, nikt nie opłakiwał jego śmierci, i to właśnie wydało się Stephenowi największą niesprawiedliwością.

- Czy wasz pan ma jakichś krewnych, którym osobiście mógłbym wyjaśnić okoliczności całego zajścia?

Hodgkin pokręcił głową i z przerażeniem uświadomił sobie nagle, że jest bez pracy i być może już do końca życia nie znajdzie żadnej posady. Posadę u Burletona otrzymał tylko dlatego, że nikt inny nie zgodziłby się pracować jako lokaj, stangret i kucharz w jednej osobie, w dodatku za śmiesznie niskie wynagrodzenie.

Nieco zakłopotany swoim chwilowym załamaniem, które mogłoby świadczyć o braku dobrych manier, Hodgkin odchrząknął i rzekł:

- Jak... jak już wspominałem, lord Burleton nie ma żadnych bliskich krewnych. Na służbie u barona byłem zaledwie od trzech tygodni i nic mi nie wiadomo o... - Przerwał i nagle spojrzał z przerażeniem. - Na Boga! Byłbym zapomniał o jego narzeczonej! Ślub miał się odbyć w tym tygodniu.

Coraz większe poczucie winy targało Stephenem. Opanował się jednak i spokojnie zapytał:

- Kim jest ta dama i gdzie mogę ją znaleźć?
- Wiem tylko, że baron poznał ją, bawiąc pewnego razu za granicą, oraz że mieszka ona w Ameryce, a jutro przypływa statkiem do Anglii. Z uwagi na zły stan zdrowia jej ojciec nie mógł przybyć wraz z nią, dlatego też dama ta najprawdopodobniej podróżuje w towarzystwie kuzynki lub znajomej. Ubiegłej nocy lord Burleton świętował swój wieczór kawalerski. To wszystko, co wiem.
- Czy zna pan jej nazwisko? Jak lord Burleton zwracał się do niej?

Nieco podenerwowany niecierpliwymi pytaniami lorda Westmorelanda oraz zawstydzony swym brakiem pamięci, Hodgkin rzekł wymijająco:

- Jak już wspomniałem, na służbie u barona byłem od niedawna, toteż jeszcze nie dopuszczał do żadnych konfidencji. W mojej obecności mówił o niej „moja narzeczona” lub „moja pani”.
- Zastanów się dobrze. Musiał przecież choć raz wymienić jej imię czy nazwisko!
- Nie... ja... Zaraz. Tak! Coś sobie przypominam. Jej nazwisko kojarzyło mi się z moimi ulubionymi wakacjami w Lancashire. Lancaster! - wykrzyknął zachwycony Hodgkin. - Nazywa się Lancaster, a na imię ma Sharon... Nie... Charise! Charise Lancaster!

W uznaniu dla wysiłków służącego hrabia pokiwał głową, po czym zarzucił go kolejnymi pytaniami:

- Jak się nazywa statek, którym ma przypłynąć?

Hodgkin był dumny z siebie i wydawał się niezwykle odprężony. Z zachwytu aż stuknął laseczką o podłogę i wykrzyknął:

- „Morning Star”!

Nagle zdał sobie sprawę ze swojego gorszącego zachowania i aż cały poczerwieniał.

- Czy wiesz coś jeszcze? Chciałbym wiedzieć jak najwięcej, aby móc ją odnaleźć.
- Przypomniałem sobie parę innych szczegółów. Nie chciałbym jednak być posądzony o rozgłaszanie plotek.
- Mów - rzekł Stephen szorstko, choć wcale nie chciał, aby tak to zabrzmiało.
- Jest to młoda dama, „całkiem ładniutka”, jak mawiał baron. Odniosłem również wrażenie, że to ona była szaleńczo w nim zakochana i pragnęła wyjść za niego. Dla jej ojca natomiast najważniejszy był tytuł szlachecki.

Gdy Stephen usłyszał, że owa dama była „szaleńczo zakochana” w młodym baronie, stracił nadzieję, że zaręczyła się z nim jedynie z wyrachowania.

- A Burleton? - zapytał, wkładając rękawiczki. - Dlaczego chciał się żenić?
- Wydaje mi się, że podzielał uczucia swojej narzeczonej.
- Znakomicie - mruknął ponuro Stephen, kierując się w stronę drzwi.

Gdy wyszedł, Hodgkin zaczął rozmyślać nad własną sytuacją. Był bez pracy i praktycznie bez wszelkich środków do życia. Jeszcze przed chwilą rozważał, czy nie poprosić lorda Westmorelanda o to, aby zarekomendował go komuś. Obawiał się jednak, że jego prośba na nic by się nie zdała i świadczyłaby jedynie o arogancji. W ciągu dwóch długich lat, kiedy to starał się o posadę u lorda Burletona, zrozumiał, że nikt nie chce u siebie ochmistrza, lokaja czy stangreta, którego ręce naznaczone są starością, plecy przygarbione, a ciało tak niedołężne, że nie jest już w stanie wyprężyć się i żwawiej poruszyć.

Ogarnięty żalem Hodgkin wtulił głowę w ramiona. Coraz bardziej bolały go stawy, więc powoli odwrócił się i poczłapał przez ponury salon w kierunku służbówki. Był już w pół drogi, gdy usłyszał krótkie, niecierpliwe pukanie. Zawrócił i nieśpiesznie ruszył z powrotem w stronę drzwi wejściowych.

- Tak, łaskawy panie?
- Gdy wychodziłem, przyszło mi na myśl, że nagła śmierć Burletona pozbawiła cię szans uzyskania należnego wynagrodzenia za twą pracę - zaczął leniwie lord Westmoreland. - Pan Wheaton, mój sekretarz, dopilnuje, aby wypłacono ci odprawę. - Już miał odejść, gdy dodał jeszcze: - Prawdę mówiąc, potrzebuję kompetentnej służby domowej. Jeśli nie myślisz jeszcze o zaprzestaniu pracy, skontaktuj się z moim sekretarzem. On omówi z tobą wszystkie szczegóły.

Po czym wyszedł.

Hodgkin zamknął drzwi, stanął tyłem do nich i przez chwilę z niedowierzaniem wpatrywał się w obskurne pomieszczenie. Nagle poczuł przypływ energii, wstąpiło w niego nowe życie. Obiecano mu posadę, i to w jednym z najznamienitszych i najbardziej wpływowych domów w całej Europie!

Miał nadzieję, że nie otrzymał tej propozycji jedynie z litości. Hrabia Langford słynął z tego, że nie rozpieszczał swojej służby. Mówiono też, że jest nadzwyczaj wymagającym człowiekiem, że wszystkich traktuje z rezerwą. Ale jego dom oraz służba reprezentowały najwyższy poziom europejski.

Przez jakiś czas Hodgkin nie mógł jednak odpędzić dręczącej myśli, że hrabia zaofiarował mu tę posadę wyłącznie z litości. Naraz z nie ukrywaną dumą i zadowoleniem przypomniał sobie jego słowa. Otóż lord Westmoreland wyraźnie podkreślił, że Hodgkin jest człowiekiem kompetentnym. Użył dokładnie tego słowa: kompetentny!

Kompetentny!

Hodgkin powoli podszedł do wiszącego w holu lustra i opierając dłoń na czarnej gałce laseczki, przyjrzał się uważnie swemu odbiciu. Kompetentny...

Wyprostował plecy i choć odczuwał przy tym nieznaczny ból, uniósł wyżej wąskie ramiona. Drugą ręką wygładził przód czarnej, ale mocno już wyblakłej marynarki. Nie wyglądał staro, a już na pewno nie więcej niż na swoje siedemdziesiąt trzy lata! W każdym razie lord Westmoreland wcale nie uważał go za zgrzybiałego i bezwartościowego starca. Przeciwnie! Stephen David Elliott Westmoreland, hrabia Langford, uznał, że Albert Hodgkin będzie kompetentnym pracownikiem w jego własnym domu! Lord Westmoreland, który posiadał majątki w całej Europie, jak również arystokratyczne tytuły odziedziczone po swojej matce oraz przekazane wraz z całym dziedzictwem przez dwóch innych przodków, jest zdania, że Albert Hodgkin będzie cennym służącym w jednej z jego wspaniałych rezydencji!

Przechylił na bok głowę, starając się wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał w eleganckiej, zielono-złotej liberii, jaką noszą tam lokaje, ale obraz, który zobaczył, był niewyraźny, jakby zamglony. Podniósł rękę i szczupłymi palcami dotknął kącików oczu. Były wilgotne.

Otarł łzy i naraz zapragnął rzucić w kąt swoją laskę i zacząć tańczyć. Ale nie przystało tego czynić człowiekowi, który wkrótce miał stać się członkiem służby lorda Stephena Westmorelanda.

 

Rozdział 3

 

Pomarańczowa kula słońca zdążyła już zniknąć za horyzontem, gdy do powozu stojącego w porcie od samego rana podszedł marynarz.

- Właśnie przypłynął „Morning Star” - poinformował Stephena, który oparty o drzwiczki swojego powozu, z założonymi rękami obserwował pijacką burdę rozgrywającą się w pobliskim pubie. Stangreci Stephena znacznie bardziej niż ich pan zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa czyhającego w portowych dokach, toteż trzymali w pogotowiu pistolety. Marynarz zauważył to, zanim jeszcze podniósł rękę, aby wskazać wpływający do portu statek, którego żagle już ledwie było widać w zapadającym zmierzchu.
- Oto i on - rzekł. - Trochę spóźniony.

Stephen wyprostował się i kiwnął na stangreta, aby rzucił marynarzowi jakiś grosz w podzięce za jego fatygę, po czym ruszył powoli w stronę nabrzeża. Żałował, że w chwili powitania narzeczonej Burletona nie będzie przy nim ani jego matki, ani szwagierki. Spodziewał się bowiem, że wiadomość o śmierci narzeczonego młoda dziewczyna przyjmie jako dotkliwy cios, który obecność innych kobiet mogłaby nieco złagodzić.

- To chyba jakiś koszmar! - wykrzyknęła Sheridan Bromleigh, gdy chłopiec okrętowy po raz drugi przybył do niej z wiadomością, że „pewien dżentelmen” oczekuje jej na nabrzeżu. Zakładała oczywiście, że owym dżentelmenem jest lord Burleton. - Niech czeka. Powiedz mu, że umarłam. Albo nie, powiedz mu, że jestem niedysponowana.

Trzasnęła drzwiami, zamknęła je na zasuwę, po czym oparła się o nie plecami i spojrzała na pokojówkę siedzącą w rogu ich wspólnej kajuty i nerwowo ściskającą w pulchnych rękach pomiętą chusteczkę.

- To jakiś straszliwy koszmar. Meg, czy to się skończy, kiedy obudzę się rano?

Meg tak gwałtownie pokręciła głową, że aż zafalowały wstążki na jej czepku.

- To nie sen. Będziesz musiała porozmawiać z baronem i o wszystkim mu powiedzieć. Co więcej, musisz to zrobić tak, żeby uwierzył i zanadto się nie zdenerwował.
- Zatem nie mogę mu wyznać prawdy - rzekła Sheridan z goryczą w głosie. - Chyba nie będzie zbytnio wzburzony, gdy mu powiem, że jego narzeczona wysiadła gdzieś u wybrzeży Anglii, choć tak naprawdę zaginęła.
- Nie zaginęła, lecz uciekła! Pan Morrison porwał naszą pannę Charise, kiedy zawinęliśmy do przedostatniego portu.
- Nieważne, jak to się stało. Ważne, że ojciec oraz narzeczony panny Charise powierzyli ją mojej opiece, a ja nie wypełniłam swojego obowiązku. Więc teraz nic innego mi nie zostaje jak zsiąść ze statku i opowiedzieć o tym wszystkim baronowi.
- Nie możesz tego zrobić! - wykrzyknęła Meg. - Poślą nas za to do więzienia! Musisz tak to powiedzieć, żeby baron łaskawie się z nami obszedł i przyjął nas do siebie. Nie mamy przecież gdzie się podziać ani za co wrócić, bo panna Charise zabrała wszystkie pieniądze i nie zostawiła nam ani szylinga.
- Znajdę jakąś pracę - rzekła Sherry drżącym głosem i bez większego przekonania, po czym rozejrzała się bezradnie po kajucie, podświadomie szukając jakiegoś schronienia.
- Nie masz żadnych referencji - przypomniała Meg ze łzami w oczach. - Pomyśl, gdzie będziemy dziś nocować, skoro nawet nie mamy pieniędzy na hotel? Pewnie skończymy w rynsztoku albo jeszcze gorzej!
- Cóż gorszego może nam się przytrafić? - rzekła Sheridan, a gdy Meg już otwierała usta, aby jej odpowiedzieć, powstrzymała ją gestem dłoni i odzyskawszy swoje poczucie humoru, dodała: - Nie, Meg, błagam. Mam nadzieję, że nie masz na myśli targu niewolnic.

Meg zbladła, otworzyła szeroko usta i zdławionym szeptem powtórzyła:

- Targu... niewolnic?
- Na miłość boską, Meg! To był tylko żart... Niezręczny żart.
- Jeśli tam wyjdziesz i powiesz mu prawdę, wtrącą nas do więzienia.
- Dlaczego ciągle mówisz o tym więzieniu? - wybuchnęła Sherry niemal histerycznie.
- Bo w tym kraju obowiązują zasady prawa, droga pani, a my... my je złamałyśmy. Wprawdzie nieświadomie, ale kogo to obchodzi? Tutaj wtrącają cię do więzienia i nie zadają żadnych pytań ani nie słuchają żadnych wyjaśnień. W tym kraju decydujący głos mają tylko ludzie z wyższych sfer. A jeżeli baron powie, że zabiłyśmy czy sprzedały pannę Charise i ukradłyśmy jej pieniądze, lub posądzi nas o coś jeszcze bardziej nikczemnego? Będzie świadczył przeciwko nam, a kim my jesteśmy? Nikim. Więc prawo będzie po jego stronie.

Sheridan miała ochotę powiedzieć coś wesołego i podnoszącego na duchu, ale straciła swój dawny wigor i entuzjazm. Przez ostatnie tygodnie żyła w ciągłym napięciu, ciężko chorowała w czasie podróży morskiej, kroplą zaś, która przepełniła kielich goryczy, była ucieczka Charise. Nigdy nie powinna była się zgodzić na propozycję ojca Charise. Nie przewidziała, że ta głupia i zepsuta siedemnastoletnia dziewczyna sprawi jej tyle kłopotu. Wmawiała sobie, że zdrowy rozsądek i praktyczna natura w połączeniu z dobrymi manierami, jakie wyniosła ze szkoły panny Talbot - do której uczęszczała również Charise - pozwolą jej pokonać wszelkie trudności, jakie mogłyby się pojawić w czasie ich wspólnej wyprawy. Surowy ojciec Charise tak mocno wierzył w zalety Sheridan, że spośród wielu innych, starszych i znacznie bardziej doświadczonych kandydatek ją właśnie wybrał na opiekunkę dla swej córki w czasie podróży do Anglii, nie mogąc dziewczynie osobiście towarzyszyć ze względu na nagłą chorobę serca. A przecież Sheridan była zaledwie trzy lata starsza od Charise. Naturalnie Gharise miała duży wpływ na decyzję ojca. Tak długo się wdzięczyła i przymilała do niego, prosząc, aby panna Bromleigh towarzyszyła jej w podróży, że w końcu przystał na to. Przecież to panna Bromleigh pomagała jej pisać listy do barona i wydawała się inna niż te wszystkie kobiety o surowych twarzach, z którymi przeprowadzał rozmowy. Panna Bromleigh była wymarzoną towarzyszką podróży. „Panna Bromleigh sprawi, że nie będę tęsknić za domem i nie zechcę zaraz wracać do papy do Ameryki, tylko wyjdę za mąż za barona!” - przekonywała ojca chytrze.

Po części było to prawdą. Ale teraz właśnie na pannę Bromleigh spadła odpowiedzialność za ucieczkę Charise z nieznajomym. Cała ta historia przypominała trochę wątek z romansów, którymi zaczytywały się obie młode kobiety w czasie podróży. Ciotka Cornelia tak bardzo była przeciwna tym powieściom i głoszonym przez nie „bezsensownym romantycznym ideom”, że Sheridan musiała je czytywać po kryjomu, pod kołdrą. W ciszy i samotności rozkoszowała się opisami zalotów oraz scen miłosnych, rozkochana w młodych, przystojnych dżentelmenach, którzy byli ich bohaterami. A potem opierała się o miękkie poduszki, zamykała oczy i wyobrażała sobie, że jest piękną damą o złotych lokach opadających na dekolt wytwornej sukni, tańczącą na balu, albo też przechadza się po parku, wsparta na ramieniu wybranka, podczas gdy złote loki wymykają się jej spod modnego kapelusza. Czytała to tak wiele razy, że opisy ulubionych scen mogła recytować z pamięci, a bohaterce nadawała swoje imię...

Baron chwycił rękę Sheridan, przycisnął ją do ust, po czym wyznał jej swoje gorące uczucie: „Jesteś, pani, moją jedyną miłością...”

Hrabia był tak oczarowany urodą Sheridan, że na chwilę zupełnie stracił panowanie nad sobą i całując ją w policzek, rzekł: „Proszę mi wybaczyć moje zachowanie, ale nie mogę już tego dłużej kryć. Uwielbiam panią!”

Ale to jeszcze nic w porównaniu z jej ulubioną sceną, którą szczególnie chętnie czytała:

Książę wziął ją w objęcia i mocno do siebie przytulił. „Chociażbym miał sto królestw, wszystkie oddałbym za ciebie, najdroższa - rzekł. - Byłem nikim, zanim się pojawiłaś”.

Leżąc w łóżku, snuła w wyobraźni wciąż nowe wątki, wymyślała dialogi i sytuacje, wybierała miejsca, w których miały się rozgrywać sceny jej romansów, ale ich bohater był zawsze ten sam. Sheridan, która sama go stworzyła, doskonale znała każdy szczegół jego wyglądu. Jej wybranek był wysoki i szalenie przystojny, miał gęste ciemne włosy i cudowne błękitne oczy - uwodzicielskie, przenikliwe i tryskające humorem. Był też niezwykle męski, silny i odważny, a zarazem mądry, łagodny i cierpliwy. Bardzo lubił się śmiać, a ona chętnie go bawiła, opowiadając mu zabawne anegdoty. Uwielbiał również książki, dzięki którym posiadł niezwykle wszechstronną wiedzę. Był człowiekiem bardziej bywałym w świecie niż Sheridan, ale nie okazywał dumy ani zarozumiałości. Ograniczeni i aroganccy ludzie zawsze napawali ją odrazą i wręcz nienawidziła, gdy ktoś jej rozkazywał. Musiała wprawdzie znosić bez protestów władczy ton ojców swoich uczennic, ale nigdy nie ścierpiałaby tego u własnego męża.

Bohater romansów Sheridan miał przecież zostać jej mężem. Wyobrażała sobie, że oświadczając się jej, pada na kolana i mówi: „Zanim się pojawiłaś, nie wiedziałem, czym jest szczęście... nie wiedziałem, czym jest miłość... Nie potrafiłem żyć ani kochać, zanim cię ujrzałem...” Bardzo chciała wierzyć, że jest mu naprawdę potrzebna i uwielbiana nie tylko za swoją urodę. Gdy więc oświadczy się jej w taki cudowny, wręcz zniewalający sposób, jak mogłaby mu odmówić? I wzięliby ślub ku zazdrości wszystkich mieszkańców Richmond w stanie Virginia. Potem on zabrałby ją wraz z ciotką Cornelią do wspaniałej rezydencji na wzgórzu, gdzie wiedliby szczęśliwy żywot, martwiąc się jedynie o to, co na siebie włożyć. By szczęście było pełne, jej ojciec wkrótce zamieszkałby z nimi.

Siedząc samotnie w ciemności, Sheridan zastanawiała się, czy kiedykolwiek pozna takiego mężczyznę. Ale gdyby nawet tak się stało, gdyby rzeczywiście panna Sheridan Bromleigh spotkała dżentelmena będącego wzorem wszelkich cnót, zapewne nie zostałaby w ogóle przez niego zauważona. Codziennie rano, gdy szła do szkoły, gładko uczesana, z rudymi włosami zwiniętymi w skromny koczek, nikt nawet nie przypuszczał, że Sheridan Bromleigh - ogólnie uważana już za starą pannę - jest taką niepoprawną romantyczką.

Oszukiwała siebie i innych, karząc im wierzyć, że jest uosobieniem praktycyzmu i pracowitości. Przez tę jej pewność siebie Charise skazana została na nędzny byt, albowiem zdecydowała się spędzić życie u boku zupełnie przeciętnego człowieka zamiast prawdziwego arystokraty. Jeśli jej ojciec wkrótce nie umrze z rozpaczy, to pewnie resztę swych dni spędzi na obmyślaniu skutecznych sposobów obrzydzenia życia Sheridan i ciotce Cornelii. A Meg, skromna i bojaźliwa pokojówka, która przez ostatnie pięć lat ciężko pracowała u Charise, nie dość że zostanie wyrzucona z posady, to - bez odpowiednich referencji - pewnie już nigdy nie znajdzie przyzwoitego zajęcia.

Należało jednak pamiętać, że były to najbardziej optymistyczne prognozy, które mogły się spełnić pod warunkiem, że Sheridan i Meg zdołają jakoś powrócić do Ameryki. W przeciwnym razie Meg widziała siebie w angielskim więzieniu, spędzającą tam resztę życia, a i Sheridan - rozważna i kompetentna Sheridan Bromleigh - miała dziwne przeczucie, że znajdzie się z nią w jednej celi.

Gdy tak Sheridan rozmyślała o ogromie nieszczęść, jakich się stała przyczyną: o swojej naiwnej ufności w stosunku do innych, o dziecinnej tęsknocie, by ujrzeć wspaniały Londyn oraz eleganckich, angielskich arystokratów, o których tyle czytała w swoich powieściach, poczuła, jak łzy bólu i goryczy spływają po jej policzkach. Powinna była posłuchać ciotki Cornelii, która całymi latami tłumaczyła jej, że tęsknota za wspaniałościami tego świata to jakby próba wyjścia poza własny krąg społeczny, że duma jest w oczach Boga grzechem równie ciężkim jak chciwość i lenistwo oraz że kobiecą skromność mężczyźni wyżej cenią niż tylko urodę.

Sheridan dość późno zdała sobie sprawę z mądrości, która kryła się w tych słowach. Zawsze starała się słuchać uwag ciotki, ale tak bardzo się od niej różniła, że nie potrafiła ich zaakceptować, zwłaszcza gdy chodziło o podróż do Anglii. Ciotka uwielbiała prorokować. Wierzyła także w siłę tradycji i ponad wszystko ceniła codzienną rutynę, co doprowadzało Sherry do szaleństwa.

 

Rozdział 4

 

Sheridan siedziała teraz w ciasnej kajucie, tępo wpatrując się w Meg. Cóż by dała za to, żeby znaleźć się z powrotem w niewielkim, trzypokojowym domku w Richmond, zasiąść naprzeciwko ciotki Cornelii i przy filiżance letniej herbaty rozmyślać o monotonnym życiu, upływającym wyłącznie na popijaniu letniej herbaty.

Jeżeli Meg miała rację, mówiąc o brytyjskim kodeksie prawnym, oznaczało to, że Sheridan już nigdy nie zasiądzie w swoim domu i nigdy więcej nie zobaczy ciotki. Ta myśl napawała ją istnym przerażeniem.

Gdy sześć lat temu zamieszkała ze starszą siostrą swojej matki, wiadomość, że już nigdy nie zobaczy Cornelii Faraday, tylko szczerze by ją ucieszyła, ale wówczas ojciec nie pozostawił jej wyboru. Wcześniej podróżowała z nim wozem załadowanym najrozmaitszymi towarami, od futrzanych błamów i perfum poczynając, na widłach i stalowych garnkach kończąc. Wszystkie towary, zarówno luksusowe, jak i te codziennego użytku, ojciec Sheridan sprzedawał lub wymieniał na inne w wiejskich domach i gospodarstwach znajdujących się na trasie.

„Trasa” wiodła tymi drogami, które najbardziej im się podobały - zimą woleli podążać na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża, latem zaś na północ. Czasami zbaczali na zachód, urzeczeni cudownym widokiem zachodzącego słońca, albo na północny-wschód, jeżeli jakiś szumiący potok płynął właśnie w tym kierunku. Zimą, gdy głęboki śnieg utrudniał lub zupełnie uniemożliwiał wędrówkę, ojciec Sheridan - Irlandczyk z pochodzenia - w zamian za ciepły nocleg najmował się do pracy u jakiegoś gospodarza lub właściciela sklepu.

Nic zatem dziwnego, że zanim dziewczynka skończyła dwanaście lat, sypiała w najróżniejszych miejscach: w stodole na sianie i w usłanym puchami łożu w domu pełnym rozbawionych dam w aksamitnych sukniach o jaskrawych barwach oraz głębokich dekoltach, w których falowały obfite biusty. Bez względu jednak na to, czy właścicielką kwatery była krzepka wiejska gospodyni, surowa żona pastora czy też dama w purpurowej sukni z aksamitu obszytej czarnym boa z piór, każda z nich z takim samym zapałem matkowała Sheridan i rozpieszczała Patricka. Ojciec Sheridan - zawsze uśmiechnięty i niezwykle uprzejmy, a za schronienie i strawę gotów wykonać nawet najcięższą pracę - szybko zaskarbiał sobie sympatię pań domu, które chętnie podsuwały mu podwójną porcję jadła, piekły jego ulubione ciasta, a nawet cerowały mu ubranie.

Wieje serca okazywały również Sheridan. Czule żartowały sobie z burzy jej rudych włosów i zaśmiewały się, gdy ojciec zwracał się do niej „moja ty marcheweczko”. Gdy dziewczynka wyrażała chęć pomocy przy zmywaniu naczyń, pozwalały jej stawać obok siebie na stołku, a przed wyjazdem wyposażały ją w igły oraz kawałki materiału, aby mogła uszyć swojej lalce, Amandzie, nową kołderkę lub sukienkę. Sheridan ściskała je, mówiąc, że obie z Amandą są im niezmiernie za to wdzięczne, na co one uśmiechały się z zadowoleniem. Następnie, całując Sherry na pożegnanie, szeptały jej do ucha, że będzie z niej kiedyś piękna kobieta, na co ona uśmiechała się z niedowierzaniem. Gdy wóz się oddalał, machały jeszcze, wołając: „Szczęśliwej podróży!”, „Wracajcie niebawem!”

Bywało, że gospodarz, u którego się zatrzymywali, chciał oddać ojcu Sheridan własną córkę za żonę lub zachęcał go, aby postarał się o rękę córki sąsiada. Przystojny Irlandczyk uśmiechał się, ale jego oczy wypełnione były smutkiem, gdy mówił: „Dziękuję, ale nie mogę. To byłaby bigamia, bo matka Sheridan nadal żyje w moim sercu”.

Radość w oczach Patricka Bromleigha nikła jedynie na wspomnienie żony i Sheridan odczuwała wówczas niepokój, aż do chwili, gdy ojciec znów stawał się sobą. Od czasu kiedy mama Sherry i jej maleńki braciszek umarli na jakąś ostrą infekcję, tatuś stał się milczący, jakby nieobecny. Siedział przy kominku w ich skromnej chacie, popijając whisky; nie dbał o to, że zboże usycha na polu, nie myślał o nowym zasiewie. Z nikim nie rozmawiał, nie golił się, sam nie jadł i nie interesowało go, czy zwierzęta są nakarmione. Sześcioletnia Sheridan, która dotąd trochę pomagała mamie, teraz musiała wziąć na siebie cały trud prowadzenia domu.

Ojciec nie widział starań swej córki, ani też jej porażek czy cierpienia. Pewnego pechowego dnia dziewczynka poparzyła sobie rękę, smażąc jajecznicę dla ojca. Ledwie powstrzymując się od łez bólu, jaki odczuwała, nie tylko fizycznie, ale i w duszy, Sheridan poszła nad strumień, taszcząc ze sobą zaległe pranie i resztkę ługu, którą znalazła w domu. Uklękła nad brzegiem, ostrożnie zanurzyła w wodzie flanelową koszulę ojca i nagle przed jej oczyma przemknęły obrazy z przeszłości, chwile spędzone w tym właśnie miejscu.

Zobaczyła matkę, która pierze bieliznę, cicho nucąc ulubione melodie, podczas gdy ona sama pilnuje małego Jamiego pluskającego się w strumyku. Przypomniała sobie, jak maleńki braciszek rozkosznie taplał się w wodzie, rozchlapując ją tłuściutkimi rączkami. Mama uwielbiała śpiewać i chętnie uczyła Sheridan angielskich piosenek, które potem razem nuciły przy pracy. Czasem przerywała na chwilę i przechyliwszy głowę, słuchała śpiewu córki, uśmiechając się z dumą. Innym razem obejmowała ją i mocno do siebie przytulając, mówiła: „Twój głos jest tak słodki i niezwykły, jak ty sama”.

Na wspomnienie tamtych cudownych dni łzy zaczęły dziewczynce płynąć po twarzy. W uszach ciągle miała matczyny śpiew, a oczyma wyobraźni nadal widziała matkę, która śmieje się, obserwując beztroskie igraszki Jamiego oraz zupełnie przemokniętą od tych zabaw Sheridan. „Zaśpiewaj nam coś - mówiła do córki. - Zaśpiewaj nam, mój aniołku...”

Sheridan chętnie spełniłaby prośbę mamy, gdyby nie to, że głos jej się łamał, a oczy miała pełne łez. Otarła je dłonią i naraz spostrzegła, że nurt strumienia porwał koszulę ojca, która odpłynęła już zbyt daleko, aby można jej było dosięgnąć. Dziewczynka przykucnęła i w wyobraźni wtuliła twarz w matczyny fartuch, łkając z żalu i przerażenia. Dłużej nie potrafiła być odważna i dorosła. Otoczona łanem polnych kwiatów, oszołomiona zapachem świeżej trawy, kołysała się, lamentując żałośnie.

- Gdzie jesteś, mamo? Gdzie jesteś? Tęsknię za tobą. Tęsknię za Jamiem! - wołała głosem ochrypłym od płaczu. - Wróć, proszę. Wróć do mnie i do taty. Błagam, wróć. Sama nie daję już sobie rady, mamo. Nie potrafię sama. Nie potrafię...

Jej żałosną litanię przerwał nagle głos ojca. Nie był to już smutny, martwy i przerażająco obcy głos, który słyszała przez ostatnich kilka miesięcy, ale ten znany wcześniej, przepełniony miłością i troską. Ojciec przykucnął obok i przytulił ją do siebie.

- Ja też sam już nie daję rady - rzekł do Sheridan, kołysząc ją w ramionach. - Ale razem na pewno sobie poradzimy, mój skarbie. - Otarł łzy z policzków córki. - A może wyjedziemy stąd i ruszymy w świat, ty i ja. Każdy dzień będzie dla nas nową przygodą. Kiedyś wiele podróżowałem i miałem mnóstwo przygód. W Anglii, w Sherwyn’s Glen, poznałem twoją matkę. Pewnego dnia i my pojedziemy do Sherwyn’s Glen, ale przybędziemy tam w wielkim stylu. Inaczej, niż kiedy wyjeżdżałem stamtąd z twoją matką. I zbudujemy tam nowy dom.

Przed śmiercią mama opowiadała Sheridan o pięknej angielskiej wiosce, w której przyszła na świat. Z tęsknotą wspominała malownicze krajobrazy, drogi wysadzane drzewami i wiejskie potańcówki, na których czasem bywała. Swojej córce dała na imię Sheridan, bo tak nazywała się pewna wyjątkowo piękna odmiana róż: miały one mnóstwo cudownych, purpurowych kwiatów, wspaniale kontrastujących z bielonym płotem okalającym plebanię, wokół której bujnie rosły.

Patrick Bromleigh dopiero po śmierci żony powziął decyzję o powrocie do Sherwyn’s Glen. Sheridan intrygowało jednak, dlaczego jej ojciec tak bardzo chce wracać tam, gdzie mieszkał dziedzic Faraday - człowiek dumny i zły, który wynosił się ponad wszystkich i wcale nie okazał się dobrym sąsiadem, kiedy jej tata zbudował dom tuż obok jego rezydencji, tak jak tego pragnął.

Ojciec Sheridan po raz pierwszy zetknął się Faradayem po przyjeździe z Irlandii. Koń, którego przywiózł wówczas ze sobą, był tak cenny i piękny, że dziedzic zapragnął kupić go dla swojej córki. Patrick Bromleigh, który nie miał w Irlandii żadnych żyjących krewnych, postanowił pozostać tam, dokąd przyjechał, i nająć się do pracy u jakiegoś właściciela ziemskiego jako parobek oraz stajenny. Biedna Sheridan, dopiero gdy skończyła jedenaście lat, dowiedziała się, że zimny, niegodziwy, okrutny i znienawidzony dziedzic Faraday był rodzonym ojcem jej matki!

Zawsze zastanawiała się, dlaczego tata zabrał mamę z jej ukochanych rodzinnych stron i wywiózł do odległej Ameryki oraz czemu podążyła za nimi starsza siostra matki, która następnie osiadła w Richmond i już nie pozwoliła się stamtąd ruszyć. Dziwne wydawało jej się również, że w tę daleką podróż obie panie zabrały jedynie podręczny bagaż oraz konia zwanego Finish Line. Matka Sheridan musiała być niezwykle do niego przywiązana, skoro zdecydowała się zabrać go ze sobą, zwłaszcza że opłata za przewóz zwierzęcia statkiem była bardzo wysoka. Niestety, wkrótce po przybyciu do Ameryki i tak musiała sprzedać swego ulubieńca.

Rodzice rzadko i niechętnie opowiadali o swoim wyjeździe z Anglii. Musiały się z tym wiązać przykre wspomnienia, chociaż Sheridan nie potrafiła pojąć dlaczego. Pytała ojca, ale on nieugięcie zachowywał w tej sprawie milczenie i nigdy nie zaspokoił ciekawości córki. Musiała zatem czekać aż do chwili, kiedy będzie wreszcie mogła tam powrócić i wszystkiego się dowiedzieć. Już obmyślała chytry sposób zadawania zawoalowanych pytań, dzięki którym zdoła osiągnąć cel, gdy tylko znajdzie się na miejscu. Jeśli zaś chodzi o jej ojca, on zamierzał osiągnąć swój cel, grając w karty oraz w kości. Wszystkie swoje oszczędności postanowił zainwestować w hazard i przy każdej nadarzającej się sposobności grał. I chociaż nie miał szczęścia do gier hazardowych - o czym wiedział zarówno on sam, jak i Sheridan - miał nadzieję, że może kiedyś los się odmieni.

- Wiesz, co mi jest potrzebne, skarbie? - mówił, uśmiechając się wesoło. - Dobra passa przy odpowiednim stole. Miewałem passę w dawnych dobrych czasach i teraz znów takie nadchodzą. Czuję to.

Nigdy jej nie okłamywał, więc i tym razem mu wierzyła. I tak podróżowali razem, rozmawiając zarówno o życiu doczesnym, jak i o sprawach wyższych; od obyczajów mrówek poczynając, na stworzeniu wszechświata kończąc. Ich wędrowne życie dziwiło wielu ludzi: początkowo sama Sherry również myślała o nim ze zgrozą, szybko jednak je pokochała.

Zanim opuścili farmę, sądziła, że cały świat ogranicza się do dobrze jej znanego skrawka łąki i że poza jego granicami nie istnieje nic więcej. A teraz podziwiała wciąż nowe krajobrazy wyłaniające się zza każdego zakrętu drogi i poznawała ciekawych ludzi. Wielu jechało w tym samym kierunku co oni, przybywając lub udając się do tak odległych miejsc jak Missisipi, Ohio, a nawet Meksyk!

Opowiadali zdumiewające historie o dalekich krajach oraz życiu i obyczajach ludzi tam mieszkających. Podobnie jak jej ojciec, Sheridan była niezwykle uprzejma i życzliwa dla wszystkich i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwała się ich opowieściom. Zdarzało się zatem, że zachęceni tym podróżni całymi tygodniami podążali za wozem Bromleighów. W tym czasie Sheridan wiele się nauczyła. Ezekiel i Mary, Murzyni o skórze niczym lśniący, czarny węgiel, skręconych w spirale włosach i niepewnym spojrzeniu, opowiadali o Afryce, skąd pochodzili i gdzie nosili całkiem inne imiona. Sheridan nauczyła się od nich dziwnej, rytmicznej pieśni, która - chociaż nie była podobna do żadnej znanej dziewczynce melodii - sprawiała, że jej serce zaczynało mocniej bić.

Mary i Ezekiel odeszli w swoją stronę, w niecały zaś rok później, pewnego ponurego, zimowego dnia, za jednym z zakrętów drogi spotkali pewnego Indianina. Miał białe włosy i pomarszczoną, ogorzałą cerę, podobną do wyschniętej zwierzęcej skóry. Choć sam był stary i zgrzybiały, dosiadał młodego i niezwykle energicznego konia. Patrick Bromleigh zaproponował Indianinowi, aby uwiązał konia do ich wozu i sam usiadł na koźle. Indianin, zagadnięty przez Sheridan, powiedział, że na imię mu Śpiący Pies. Wieczorem, na prośbę dziewczynki, zaśpiewał przy obozowym ognisku pieśń indiańską, wydobywając z siebie szereg gardłowych dźwięków przy akompaniamencie uderzeń dłońmi o kolana. Było to coś tak dziwacznego i niemelodyjnego, że Sheridan, nie chcąc zranić uczuć starego Indianina, zmusiła się do uśmiechu. Mężczyzna wyczuł jednak niepewność oraz zaskoczenie dziewczynki, przerwał więc i mrużąc oczy, rzekł do niej rozkazującym tonem:

- Teraz ty zaśpiewaj!

Sheridan, która często zasiadała przy ognisku, śpiewając piosenki i rozprawiając z nieznajomymi, chętnie przystała na propozycję Indianina. Wybrała zasłyszaną od ojca irlandzką piosenkę o pewnym młodzieńcu, który stracił ukochaną. Gdy śpiewała o tym, jak młody człowiek szlocha za swoją oblubienicą, Śpiący Pies nagle wydał dziwny dźwięk, ni to prychnięcie, ni to śmiech. Krótki rzut oka na rozbawioną minę Indianina potwierdził obawy Sheridan i tym razem ona przerwała swój występ w pół słowa.

- Tylko kobiety płaczą - rzekł wyniosłym tonem Indianin, wskazując palcem na dziewczynkę.
- Ale Irlandczycy też - rzekła Sheridan szczerze zasmucona. - W każdym razie o tym opowiada ta piosenka, a nauczył mnie jej mój tata, który jest Irlandczykiem. - Spojrzała na ojca, Szukając u niego potwierdzenia swoich słów, i dodała niepewnie: - Mężczyźni z Irlandii też czasem płaczą, prawda, tatusiu?

Ojciec spojrzał na nią rozbawiony, po czym wylał do ogniska fusy po wypitej kawie i rzekł:

- Jak sądzisz, skarbie, co by się stało, gdybym przyznał ci rację? Czy Śpiący Pies nie pomyślałby wtedy sobie, że Irlandia to smutny kraj, zamieszkany przez skorych do płaczu ponuraków, którzy najchętniej zanudzaliby wszystkich swoimi problemami? Czy chciałabyś tego? Gdybym natomiast powiedział, że nasi mężczyźni nie płaczą, wówczas poczułabyś się oszukana. A czy tego byś naprawdę chciała? - Ojciec zamrugał oczami, obmyślając jakiś fortel, i rzekł na koniec: - A co by było, gdybym powiedział, że przekręciłaś trochę słowa piosenki, bo tak naprawdę płaczą tylko Włosi?

Ojciec tak zręcznie wybrnął z sytuacji, jakby grał w „Co by było, gdyby...” - ulubioną zabawę słowną, którą wymyślili razem z Sheridan. Umilała im ona czas w ciągu ostatnich trzech lat wspólnego podróżowania. Czasami, całkiem na poważnie, zastanawiali się: „Co by było, gdyby koń nagle okulał?”; innym razem wymyślali zupełnie absurdalne problemy, w rodzaju: „Co by było, gdybyśmy spotkali wróżkę, która chciałaby spełnić jedno nasze życzenie?” Treść pytań nie była tu jednak najistotniejsza. Celem zabawy było bowiem znalezienie jak najlepszego rozwiązania w jak najkrótszym czasie. Sheridan nabrała w tym tak wielkiej wprawy, że pewnego razu ojciec z nie ukrywaną dumą oświadczył, iż będzie musiał dobrze się napocić, żeby dorównać córce.

Sheridan zmarszczyła czoło, obmyślając przez chwilę rozwiązanie aktualnego problemu, po czym z uśmiechem oznajmiła:

- Najlepiej będzie, jeżeli udasz, że masz coś pilnego do zrobienia, i w ten sposób wykręcisz się od odpowiedzi na trudne pytanie. W innym wypadku marnie skończysz.
- Masz słuszność - rzekł ojciec ze śmiechem, po czym życząc Śpiącemu Psu dobrej nocy, uczynił tak, jak poradziła mu córka.

To serdeczne pożegnanie nie zrobiło najmniejszego wrażenia na Indianinie, który jeszcze przez jakiś czas ze stoickim spokojem obserwował zza ogniska Sheridan, po czym wstał i bez słowa zniknął w gęstym lesie, udając się tam na nocny spoczynek.

Nazajutrz Śpiący Pies zaproponował Sheridan przejażdżkę na swoim koniu. Dziewczynka podejrzewała, że dostąpiła tego honoru wyłącznie dlatego, iż stary Indianin wolał wygodnie jechać wozem, choć chcąc zachować twarz, nigdy otwarcie nie przyznałby się do tego. Sheridan, która dotychczas jeździła wyłącznie na ich starej, wysłużonej chabecie, popatrzyła na żwawego, pięknego ogiera z podnieceniem, choć nie bez obaw. Już chciała grzecznie odmówić, gdy zauważyła pełne zachęty spojrzenie Indianina. Przybrała zatem mocno rozżalony ton i wymijająco oznajmiła, że nie ma siodła. Śpiący Pies popatrzył na nią wyniośle i oświadczył, że indiańskie kobiety jeżdżą konno na oklep.

Sheridan nie mogła już dłużej znieść przeszywającego wzroku Indianina oraz świadomości, że zdaje on sobie sprawę z paraliżującego strachu, jaki ona odczuwa. Gotowa zaryzykować życie i zdrowie dla ratowania reputacji własnej oraz całej irlandzkiej młodzieży, podeszła do Indianina i wzięła lejce z jego ręki. Widząc, że mężczyzna nie zamierza nawet pomóc jej wspiąć się na konia, podprowadziła zwierzę do wozu, wgramoliła się do niego, a następnie przez kilka kolejnych minut mozolnie usiłowała przerzucić nogę przez koński grzbiet.

Gdy wreszcie dosiadła konia, szczerze tego pożałowała: z jego grzbietu ziemia wydawała się bardzo odległa i wyjątkowo twarda. Tego dnia Sherry spadła na nią pięć razy i niemal czuła, jak stary Indianin i jego uparty koń w głębi duszy się z niej naśmiewają. Gdy po raz szósty wspinała się na koński grzbiet, była tak obolała i wściekła, że szarpnęła wodze, chwyciła konia za ucho i szepnęła mu w nie pewne niemieckie przekleństwo, którego nauczyła się od pewnego małżeństwa z Niemiec podróżującego do Pensylwanii. Następnie, usadowiwszy się wygodnie, ze złością w głosie wydała mu polecenie, aby ruszył. Już po paru minutach zorientowała się, że indiańskie konie lepiej reagują na ostre polecenia niż na łagodne przemowy, ogier bowiem przestał wyrywać do przodu oraz kołysać z boku na bok i posłusznie ruszył lekkim kłusem.

Tego wieczoru usiadła przy obozowym ognisku, by popatrzeć, jak ojciec przygotowuje kolację; długo jednak nie mogła znaleźć wygodnej pozycji, tak bardzo bolały ją plecy. Naraz jej wzrok skrzyżował się z badawczym spojrzeniem Śpiącego Psa, choć od chwili gdy uwiązała jego konia do wozu, za wszelką cenę starała się unikać wzroku Indianina. Zamiast rzucić jakąś złośliwą uwagę na temat mizernych w porównaniu z młodymi Indiankami umiejętności jeździeckich Sheridan, Indianin obserwował ją przez dłuższy czas w migotliwym świetle ognia i na koniec zapytał:

- Co oznacza twoje imię?
- Co oznacza moje imię? - powtórzyła Sheridan, jakby nie rozumiejąc pytania.

Śpiący Pies kiwnął głową. Sheridan wyjaśniła mu wówczas, że jej imię pochodzi od nazwy kwiatu rosnącego w Anglii - w kraju jej matki, który leży daleko za morzem. Indianin skrzywił się. Zaskoczona jego reakcją Sheridan zapytała:

- Jak zatem powinnam mieć na imię?
- Ty nie kwiat - rzekł Śpiący Pies, bacznie przyglądając się jej piegowatej twarzy i niesfornym rudym lokom. - Ty ogień. Jasny płomień.
- Co takiego? - wykrzyknęła Sheridan, zaśmiewając się, gdy pojęła aluzję. - Chodzi panu o to, że moje włosy wyglądają, jakby płonęły?

Sheridan, która była wręcz niepoprawnie wszystkiego ciekawa, a urazy w sercu nigdy nie nosiła dłużej niż przez godzinę, odnosiła się do Indianina ze zwykłą sobie życzliwością i ciepłem, pomimo że miał on szorstkie usposobienie i źle ułożonego konia.

- Z powodu moich włosów tatuś nazywa mnie marcheweczką - rzekła, uśmiechając się wesoło. - Marchewka to takie pomarańczowe warzywo... czyli... no... coś takiego jak kukurydza.
- Biali ludzie nie posiadają takiej umiejętności nadawania imion, jaką mają Indianie.

Sheridan uważała, że lepiej mieć imię kojarzące się z warzywem niż z jakimś tam psem, ale przez grzeczność powstrzymała się od komentarza i zapytała tylko:

- A jakie imię nadałby mi Indianin?
- Płonące Włosy - oświadczył Śpiący Pies. - A gdybyś była chłopakiem, nazwałbym cię Ponad Wiek Mądry.
- Co takiego? - zdumiała się Sheridan.
- Jesteś mądra, ale nie stara, tylko młoda - nieporadnie wytłumaczył Indianin.
- Nie znoszę, gdy mówi się o mnie, że jestem mądra! - wykrzyknęła Sheridan, ale od razu jakby bardziej polubiła starego Indianina. - Ponad Wiek Mądry - powtórzyła, spoglądając filuternie na rozbawionego tą wymianą zdań ojca.
- Ty dziewczyna. Dziewczyny nie są tak mądre. Twoje imię Płonące Włosy - zaprotestował Śpiący Pies, a poczucie męskiej wyższości, jakie nagle okazał, przytłumiło radość Sheridan.

Mimo to nie przestała go lubić i postanowiła powstrzymać się od ostrej riposty, pokazując w ten sposób tatusiowi, iż rzeczywiście jest mądrą dziewczynką, czego Śpiący Pies nie chciał przyznać.

- Płonące Włosy to bardzo ładne imię - rzekła tylko.

Śpiący Pies po raz pierwszy uśmiechnął się ze zrozumieniem, a jego rozjaśniona twarz odmłodniała o ładnych parę lat. Dobrze wiedział, że sprowokował Sheridan, i docenił to, że jednak powstrzymała się od komentarza.

- Ponad Wiek Mądra - rzekł i uśmiechnął się jeszcze szerzej, spoglądając na ojca Sheridan.

Ojciec kiwnął głową na znak, że całkowicie z nim się zgadza. Sheridan pomyślała, że życie naprawdę jest cudowne, niezależnie bowiem od tego, jak bardzo ludzie na pozór różnią się od siebie, w gruncie rzeczy okazują się zupełnie podobni. Wszyscy tak samo lubią się śmiać, gawędzić, snuć marzenia... oraz udawać, że są dzielni i wytrwali w cierpieniu, że nie mają żadnych kłopotów, lecz tylko czasami zły humor. A ten na szczęście szybko mija.

 

Rozdział 5

 

Następnego ranka przy śniadaniu ojciec Sheridan zwrócił uwagę na niezwykle piękny, bogato zdobiony pas pleciony z rzemieni, którym Śpiący Pies przepasywał swoje skórzane bryczesy. Indianin wyjaśnił, że zrobił go sam. W ciągu krótkiej chwili ubito interes: Śpiący Pies zgodził się wyrabiać pasy i bransolety, które ojciec Sheridan miał sprzedawać na trasie wędrówki.

Za zgodą nowego wspólnika ojca Sheridan nazwała swojego konia Szybki Biegacz i w ciągu następnych dni jeździła wyłącznie na nim. Podczas gdy ojciec i Śpiący Pies dostojnie podróżowali wozem, Sheridan, pochylona nisko nad końskim grzbietem, galopowała naprzód i znów zawracała ku nim. Jej rozpuszczone włosy splatały się z rozwianą końską grzywą i jasnobłękitne niebo wypełniał dziewczęcy śmiech. Gdy zdołała wreszcie pokonać strach przed jazdą wyciągniętym galopem, z dumą w głosie zapytała Śpiącego Psa, czy już mogłaby konkurować z młodymi Indianami. Spojrzał wówczas na nią tak, jakby ów pomysł był nie tyle absurdalny, co niemożliwy do zrealizowania, następnie cisnął w trawę ogryzek jabłka.

- Ponad Wiek Mądra potrafiłaby to podnieść, siedząc na grzbiecie galopującego konia? - zapytał, wskazując na ogryzek.
- Oczywiście że nie - odrzekła Sherry nieco zbita z tropu.
- A Indianin tak.

W ciągu następnych trzech lat Sherry nauczyła się zarówno tej, jak i wielu innych sztuczek, na których widok jej ojciec od czasu do czasu wydawał okrzyki przerażenia. Śpiący Pies natomiast witał każdy jej sukces pomrukiem wyrażającym aprobatę, po czym natychmiast rzucał kolejne wyzwanie, któremu prędzej czy później Sherry zawsze zdołała sprostać, choć początkowo wydawało się niemożliwe do wykonania. Skomplikowane rzemiosło Śpiącego Psa okazało się znakomitym źródłem dochodów, dzięki zaś nadzwyczajnym talentom łowieckim i wędkarskim Indianina cała trójka odżywiała się lepiej niż zwykle. Mimo że ludzie uważali ich za osobliwe trio - stary Indianin, młoda dziewczyna w spodniach z jeleniej skóry, która potrafi galopować, nie tylko siedząc na oklep, ale nawet tyłem do kierunku jazdy, oraz sympatyczny, z natury łagodny Irlandczyk, który uwielbia hazard i uprawia go regularnie, choć w granicach rozsądku - Sherry starała się nie zwracać na to uwagi. Jej zdaniem, to właśnie ludzie mieszkający w rojnych, zatłoczonych miastach, takich jak Baltimore, Augusta i Charlotte, wiedli nienormalne, pełne ograniczeń życie. Dlatego też w najmniejszym stopniu nie przejmowała się tym, że gromadzenie pieniędzy na zbudowanie nowego domu w Sherwyn’s Glenn zajmuje ojcu tyle czasu.

Opowiedziała o tym Raphaelowi Benavente, przystojnemu, dwudziestoparoletniemu Hiszpanowi o niebieskich oczach, który jadąc z St. Augustine do Savannah postanowił przyłączyć się do nich.

- Cara mi - rzekł wtedy, śmiejąc się serdecznie. - To dobrze, że ci się nie śpieszy, bo twój ojciec jest kiepskim hazardzistą. Zeszłej nocy siedziałem naprzeciwko niego w pensjonacie madame Gertrudy i widziałem, jak wszyscy dookoła oszukiwali.
- Tatuś nie oszukuje! - zaprotestowała Sherry, z oburzenia zrywając się na równe nogi.
- Nie przeczę. Tyle tylko, że robią to inni, a on nic nie zauważa - rzekł Hiszpan i aby uspokoić dziewczynkę, chwycił ją za rękę.

Na samą myśl o tym, że ktoś wyłudził od jej ojca ciężko zarobione pieniądze, Sherry zdenerwowała się jeszcze bardziej. Nagle jej wzrok padł na rewolwer, który młody człowiek nosił u boku.

- Powinieneś był ich zastrzelić! Wystrzelać wszystkich, ot co!
- Obawiam się, querida, że nie mógłbym zrobić czegoś takiego, sam bowiem również oszukiwałem - rzekł, rozbawiony niemal do łez.

Sheridan wyszarpnęła rękę z jego uścisku.

- I ty też oszukiwałeś mojego ojca?
- Wcale nie - powiedział, bezskutecznie usiłując przybrać poważny wyraz twarzy. - Oszukuję tylko wtedy, gdy jestem do tego zmuszony, czyli wówczas, kiedy robią to inni. Poza tym oszukuję jedynie tych, którzy próbują mnie oszukać.

Jak się później dowiedziała, Raphael był prawdziwym mistrzem hazardu i jak to sam określił, za „liczne występki” został wypędzony z rodzinnego domu - dużej meksykańskiej hacjendy.

Sheridan ponad wszystko ceniła swoją niewielką rodzinę i z przerażeniem słuchała, że są tacy rodzice, którzy potrafią własne dzieci wyrzucić z domu. Z nie mniejszym przerażeniem myślała również o tym, co Raphael mógł uczynić, że tak okrutnie z nim postąpiono. Gdy pewnego razu napomknęła o tym swemu ojcu, on przytulił ją do siebie, zapewniając, że Raphael wyjawił mu powód, dla którego został wypędzony z domu: podobno miało to związek z pewną damą, o którą młody Hiszpan zanadto się troszczył, chociaż była zamężna.

Sheridan zaakceptowała to wyjaśnienie i nie zadawała już więcej pytań, po części dlatego, że znała ojca i wiedziała, jak starannie dobiera on współtowarzyszy podróży pod względem charakteru, a po części dlatego, że nie chciała myśleć źle o Raphaelu. Choć miała dopiero dwanaście lat, uważała, że Raphael Benavente jest najprzystojniejszym i najbardziej czarującym mężczyzną na świecie - oczywiście zaraz po jej ojcu.

Młody Hiszpan opowiadał Sherry wspaniałe historie, żartował sobie z jej chłopięcej brawury i powtarzał, że będzie kiedyś bardzo, bardzo piękną kobietą. Mówił, że Bóg dał jej oczy tak szare jak chłodne burzowe chmury, aby pasowały do jej ognistych włosów. Choć do tej pory Sheridan wcale nie dbała o swą powierzchowność, teraz miała nadzieję, że przepowiednie Raphaela się spełnią i że zaczeka on, aby osobiście się o tym przekonać. Tymczasem cieszyła się jego towarzystwem, mimo że ciągle traktował ją jak dziecko.

W przeciwieństwie do większości podróżnych, jakich spotykali, Rafe zawsze miał przy sobie mnóstwo pieniędzy, ale nigdy nie potrafił jasno określić celu swojej wędrówki. Uprawiał hazard częściej niż ojciec Sheridan, a wygrane pieniądze wydawał, na co tylko chciał. Gdy pewnego dnia zatrzymali się na przedmieściach Savannah w Georgii, młody Hiszpan nagle zniknął. Nie było go przez cztery dni i noce. Wrócił dopiero piątego dnia, okropnie cuchnący perfumami i whisky. Przypomniawszy sobie rok wcześniej podsłuchaną rozmowę grupki kobiet podróżujących ze swymi mężami do Missouri oraz oceniwszy stan, w jakim znajdował się Raphael, bystra dziewczynka uznała, że musiał on być u „ladacznicy”. Chociaż nie miała najmniejszego pojęcia, kto to taki, z tamtej podsłuchanej rozmowy dowiedziała się, że ladacznica jest kobietą niegodną szacunku, posiadającą tajemniczą moc „sprowadzania uczciwych mężczyzn z drogi cnoty”. Sherry nie wiedziała dokładnie, co sprawia, że kobieta staje się niegodna szacunku, ale najwyraźniej wiedziała wystarczająco dużo, aby zareagować instynktownie.

Gdy owego dnia Rafe wrócił nie ogolony i woniejący pachnidłami nierządnic, Sherry rzuciła się na kolana, wypowiadając słowa dziecinnej modlitwy. Z trudem powstrzymując się od płaczu, prosiła Boga o zdrowie dla swego przyjaciela. Ale już po chwili zazdrość wzięła górę nad strachem, toteż przez resztę dnia Sherry chodziła obrażona, bocząc się na wszystkich, i nawet pochlebstwa Raphaela nie zdołały jej udobruchać. Młody Hiszpan wzruszył tylko ramionami i poszedł sobie, udając, że nic go to nie obchodzi. Następnego wieczoru pojawił się jednak w obozie z figlarnym uśmiechem na ustach i gitarą w ręce. Udając, że nie widzi Sherry, usiadł po przeciwnej stronie ogniska i zaczął grać.

Sherry nieraz słyszała grę na gitarze, nikt jednak nie grał tak, jak robił to Rafe. Pod zwinnymi palcami Hiszpana struny drgały dziwnym, pulsującym rytmem, który sprawiał, że serce jej biło szybciej, a stopy poruszały się w takt rozbrzmiewającej muzyki. Nagle tempo zmieniło się i rozbrzmiała niezwykle rzewna melodia, tak żałosna, że wydawać się mogło, iż sama gitara płacze. Trzecia melodia, którą zagrał Rafe, była szalenie lekka i wesoła. Spojrzał wtedy na Sherry poprzez płomienie i mrugnąwszy do niej porozumiewawczo, zaczął śpiewać piosenkę, najwyraźniej kierując jej słowa do współtowarzyszki podróży. Jego pieśń opowiadała historię pewnego mężczyzny, który zaczął doceniać to, co posiadał, darzyć szacunkiem kobietę, która go kochała, dopiero wówczas, gdy to wszystko stracił. Zanim Sherry zdołała otrząsnąć się z wrażenia po wysłuchaniu tej pieśni, Raphael zaczął grać następną, niezwykle piękną i melodyjną. Sherry dobrze ją znała, toteż młody Hiszpan zachęcił ją, aby zaśpiewała wraz z nim.

Śpiewanie było ulubioną rozrywką wielu podróżujących grup, między innymi Bromleighów, ale tej nocy Sherry czuła się dziwnie niezręcznie i nieśmiało. W końcu jednak zmusiła się, by zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na muzyce, na niebie i nocy. Śpiewała razem z Raphaelem, a jego głęboki baryton był interesującym kontrapunktem dla wysokich tonów jej głosu.

Otworzyła oczy dopiero na dźwięk oklasków i była zupełnie oszołomiona, widząc grupkę obozowiczów z sąsiedztwa, którzy przyszli posłuchać jej śpiewu.

Od tamtej pory wiele razy śpiewała przy akompaniamencie Rafe’a, a tłum gromadził się wokół nich, by słuchać. Gdy zajeżdżali do wiosek i małych miasteczek, napotkani tam ludzie w dowód wdzięczności obdarowywali ich żywnością, a nawet pieniędzmi. W ciągu następnych miesięcy Rafe uczył ją grać na gitarze oraz mówić po hiszpańsku. Choć w sztuce gry na gitarze Sherry nie zdołała osiągnąć perfekcji swojego mistrza, to po hiszpańsku już wkrótce mówiła niemal tak dobrze jak on. Poznała też dzięki niemu podstawy języka włoskiego, którego Rafe nie znał jednak zbyt dobrze. Sherry poprosiła swego przyjaciela, aby miał oko na ludzi, z którymi grywa jej ojciec, i od pewnego czasu wygrane tatusia zaczęły wyraźnie rosnąć. Młody Hiszpan zaczął nawet przekonywać Patricka do jakichś niesłychanie interesujących wspólnych przedsięwzięć, w których mieli być partnerami, a choć owe pomysły wydawały się Sherry zupełnie nieprawdopodobne, ojciec przysłuchiwał się im z wielkim zainteresowaniem.

Jedynie Śpiący Pies nie wyglądał na zachwyconego obecnością Rafe’a. Odnosił się do niego z nie ukrywaną dezaprobatą, nie odzywając się wiele, i tylko gdy został bezpośrednio o coś zagadnięty, odpowiadał mrukliwie, pod warunkiem jednak, że istotnie uznał to za konieczne. Odsunął się nawet od Sherry, a gdy wielce tym przygnębiona zapytała ojca, dlaczego tak się dzieje, odparł, że pewnie Indianinowi jest przykro, pewna młoda dama bowiem spędza z nim znacznie mniej czasu niż wówczas, gdy nie było Rafę. Od tamtej pory Sherry starała się częściej zasięgać rady starego Indianina, a na wozie siadała obok niego, nie zaś obok Raphaela.

W ich niewielkiej karawanie ponownie zapanowała radość i harmonia; znów wszystko wydało się idealne i trwałe... gdy pewnego dnia ojciec Sherry postanowił odwiedzić niezamężną siostrę jej matki, mieszkającą w Richmond, w stanie Virginia.

 

Rozdział 6

 

Sheridan była niezwykle podniecona perspektywą poznania jedynej żyjącej krewnej, ale gdy znalazła się w niewielkim, dusznym domku ciotki Cornelii, poczuła się bardzo niezręcznie. Obawiała się bowiem, że potłucze kruche bibelociki lub poplami koronkowe serwetki, które zajmowały wszystkie możliwe płaskie powierzchnie. Pomimo że starała się zachowywać szalenie ostrożnie, odniosła przykre wrażenie, iż ciotka wcale jej nie lubi oraz najwyraźniej nie pochwala niczego, co Sherry kiedykolwiek odważyła się zrobić lub powiedzieć. Owe przypuszczenia potwierdziły się, gdy w niecałe dwa dni po ich przyjeździe dziewczynka przypadkowo podsłuchała rozmowę między ciotką i ojcem. Siedziała właśnie na podnóżku i wyglądała na ulicę, a zza ściany dobiegały przytłumione odgłosy rozmowy. Na dźwięk swojego imienia odwróciła się zdziwiona i mocno zaintrygowana.

Wstała więc i cichutko przecisnęła się pomiędzy meblami, po czym przyłożyła ucho do drzwi. W jednej chwili potwierdziły się jej podejrzenia: ciotka Cornelia, wykładająca podstawy dobrych manier w szkole dla dziewcząt z zamożnych domów, była oburzona zachowaniem Sheridan i gromkim głosem beształa za to jej ojca Patricka.

- Należałyby ci się baty za to, jak wychowałeś swoje dziecko - oświadczyła pogardliwym i pełnym dezaprobaty tonem, którego ojciec Sheridan na ogół nie tolerował, a już na pewno nigdy nie wysłuchiwał go w pokornym milczeniu, tak jak zdawał się to czynić teraz. - Ta dziewczyna nie umie czytać ani pisać, a gdy zapytałam, jakie zna modlitwy, odparła, że „bardzo się męczy, klęcząc”. Następnie oświadczyła, cytuję: „Pan Bóg pewnie tak samo nie lubi kaznodziejów walących Biblią o pulpit kazalnicy, jak i nierządnic sprowadzających uczciwych mężczyzn z drogi cnoty”.

- Posłuchaj, Cornelio... - zaczął ojciec, a w jego głosie słychać było coś, co brzmiało jak tłumiony śmiech.

Cornelia Faraday najwyraźniej to zauważyła, bowiem nagle opętała ją - jak mawiał Rafe - diabelska wściekłość.

- Nie myśl, że dam się nabrać na twój fałszywy urok, ty... ty łajdaku. Uwiodłeś moją siostrę, roztaczając przed nią kolorowe wizje cudownego życia w Ameryce, aż w końcu wyszła za ciebie i zgodziła się na włóczęgę po świecie. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie próbowałam jej od tego odwieść, mało, co gorsza, sama podążyłam za nią! Ale już dłużej nie mogę się temu biernie przyglądać, nie mogę milczeć, patrząc, jak jedyną córkę mojej siostry wystawiasz na pośmiewisko! Ta dziewczyna wygląda groteskowo, choć jest już w tym wieku, że niedługo mogłaby wyjść za mąż. Tymczasem ani nie zachowuje się, jak przystało kobiecie; ani nawet nie jest do kobiety podobna. Wątpię, czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że jest nią! Ubiera się wyłącznie w spodnie i buty do konnej jazdy, jest opalona jak dzikuska i przeklina niczym poganka! Ma włosy w nieładzie, pożałowania godne maniery, jest nieprzyzwoicie szczera i nie wie, co oznacza słowo „kobiecy”. Zuchwale oświadczyła, że nie myśli jeszcze o zamążpójściu, ale „darzy sympatią” jakiegoś Raphaela Benavente i być może pewnego dnia poprosi go, aby się z nią ożenił. Ta młoda dama - używam tego określenia raczej umownie w odniesieniu do Sheridan - zamierza złożyć mężczyźnie propozycję małżeństwa, a wybranek jej serca jest nikim innym, tylko zwykłym hiszpańskim włóczęgą, który - o czym poinformowała mnie z dumą - wie wszystko, łącznie z tym, jak oszukiwać w kartach! A teraz chciałabym usłyszeć twoje zdanie na ten temat - zakończyła podniesionym głosem, w którym brzmiała triumfalna złość.

Sherry wstrzymała oddech i w radosnym podnieceniu oczekiwała, kiedy ojciec wygłosi tyradę w jej obronie, ciskając ostre słowa prosto w twarz tej pełnej nienawiści, zgorzkniałej kobiecie, która zręcznymi pytaniami zaskarbiła sobie jej zaufanie, by następnie wykorzystać przeciwko niej wszystko, co usłyszała.

- Sherry wcale nie przeklina! - odparł ojciec niezbyt pewnie, choć najwyraźniej był u kresu wytrzymałości nerwowej.

W przeciwieństwie do innych osób, ciotka Cornelia wcale nie przejęła się tym, że Patrick Bromleigh zaczyna tracić panowanie nad sobą.

- A właśnie że przeklina! - wykrzyknęła. - Dziś rano uderzyła się w łokieć i zaklęła w dwóch językach! Sama słyszałam!
- Skąd zatem mogłaś wiedzieć, co mówiła? - złośliwie zapytał Patrick.
- Wystarczająco dobrze znam łacinę, by wiedzieć, że Dios mio! jest bluźnierstwem.
- To po prostu znaczy „mój Boże” - próbował się bronić Patrick i po chwili dodał bez większego przekonania: - Może Sherry miała tylko ochotę się pomodlić, a ty niepotrzebnie się zamartwiasz, że ona tego nie robi.

Sherry pochyliła się i zajrzała przez dziurkę od klucza. Zobaczyła ojca: był czerwony na twarzy ze złości albo tylko z zakłopotania oraz miał zaciśnięte pięści. Naprzeciwko niego stała ciotka Cornelia, zimna i niewzruszona, niczym posąg z kamienia.

- Widzę, że równie mało wiesz o pacierzach, jak o swojej córce - rzuciła pogardliwie. - Wzdragam się na myśl o tym, z jakimi ludźmi przestawała dotąd Sheridan, ale z tego, co usłyszałam, wnoszę, że byli to wulgarni hazardziści. Chodziła nieprzyzwoicie ubrana, a ty pozwalałeś, żeby pijacy i szulerzy, tacy jak ten Benavente, patrzyli na nią. Bóg jeden wie, jakie sprośne myśli mogły przyjść do głowy temu Hiszpanowi i innym mężczyznom, gdy widzieli te rozwichrzone rude włosy, jak u rozpustnicy. A ten jej drugi ulubieniec, ten Indianin, który śpi z psami, to jakiś dzikus, który...

Ledwie ciotka Cornelia wspomniała Śpiącego Psa, Patrick z wściekłości zacisnął zęby. Gdy Sherry to zobaczyła, w jednej chwili obleciał ją strach, ale jednocześnie miała nadzieję, że ojciec wleje ciotce za to, że nawygadywała tyle niegodziwości. On jednak przemówił do niej głosem zaprawionym zjadliwym szyderstwem:

-