Okno skąpane w mroku - Gillig Rachel - ebook + audiobook + książka

Okno skąpane w mroku ebook i audiobook

Gillig Rachel

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

219 osób interesuje się tą książką

Opis

Elspeth potrzebuje potwora. Potwora, którym być może jest ona sama.

Łut szczęścia nie wystarczy Elspeth Spindle do uchronienia się przed niebezpieczeństwami spowitego mgłą Blunder. Dziewczyna potrzebuje potwora, którego nazywa Koszmarem. Ten starożytny duch uwięziony w jej umyśle broni jej i chroni wszystkich jej sekretów.

Jednak nic nie przychodzi za darmo. Zwłaszcza magia ma swoją cenę.

Pewnego dnia Elspeth napotyka na leśnej drodze tajemniczego rozbójnika. Wtedy jej życie wywraca się do góry nogami. Wrzucona w świat cieni i kłamstw, dołącza do grupy mającej na celu wyzwolenie królestwa Blunder spod zatruwającej go mrocznej magii. A rozbójnik? Tak się składa, że jest siostrzeńcem samego króla, kapitanem groźnych wojowników w Blunder… i zdrajcą.

Razem muszą zebrać dwanaście Kart Opatrzności – klucz do zdobycia lekarstwa przeciwko magicznej infekcji. Jednak stawka z każdą chwilą rośnie, a wzajemne przyciąganie Elspeth i kapitana jest coraz trudniejsze do odparcia. W dodatku dziewczyna musi stawić czoła swojemu najmroczniejszemu sekretowi: Koszmar powoli przejmuje kontrolę nad jej umysłem. A ona może nie być w stanie go powstrzymać.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                                                                   Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 11 min

Oceny
4,5 (707 ocen)
473
162
51
19
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tusz_na_papierze

Nie oderwiesz się od lektury

Ja poproszę o więcej takich książek. Więcej książek, które są fantastyką przez duże F, zatracają czytelnika w swoim świecie i pozostawiają kaca czytelniczego na wiele dni. Mięsista, fascynującą, wciągająca i zaskakująca historia. Oryginalny świat magii związany z kartami, świat pełen szarości, nie ma tu prostego podziału na białe i czarne, a do tego różnorodni bohaterowie, którzy są autentyczni. Do tego udawane zaloty, misja, moce i ten sarkastyczy głos w głowie... Karty, które dając odbierają. Karty, które miały być darem a stają się przekleństwem. Karty, które mogą zmienić wszystko ... I zagadki! O losie , jakie są ta genialne zagadki, tropy i wierszowane informacje, które mają swoje drugie dno! Ja mogę ją czytać bez końca, skończyć i zaczynać od początku. Jeśli lubicie magię, poszukiwania, zagadki, wyścig z czasem, strach, mrok i wyrazistych bohaterów to pozycja obowiązkowa dla Was. Ja chcę jeszcze raz !
90
Ruddaa
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

jakie to było BOSKIE!!!! Chce juz kolejny tom!!!!
40
Justa1912

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna!!!! Zakochałam się od razu i nie mogę się doczekać następnego tomu. Wszystko w tej książce było dobre, bohaterowie, wykreowany świat, fabuła. NOWA MIŁOŚĆ 💕💕💕💕
30
Lenalja

Nie oderwiesz się od lektury

Totalnie brak mi słów. Niesamowity klimat, pełen mroku, przerażający aż do szpiku kości. Nie mogłam się oderwać, totalnie nie mogłam się oderwać. Świetnie poprowadzony wątek romantyczny, wyjątkowa magia, trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony! Zakończenie, które złamało mi serce, rozerwało na małe kawałki! Nic tutaj nie jest proste, magia ma swoją cenę i bez względu na wszystko trzeba ją zapłacić. Jestem w szoku, jestem zakochana i będę bardzo mocno czekać na drugi tom 🤭 Genialna historia, która pochłonęła moją duszę, która wciągnęła mnie w ciemność z której nie potrafię się teraz wydostać. Dopracowana w każdym szczególe, pełna mroku, bólu, strachu, a jednocześnie ma w sobie coś pięknego. Świetnie wykreowani bohaterowie, angażująca historia pełna emocji, zwroty akcji, które wbijają w fotel, świetnie przemyślany i opisany świat przedstawiony. Nie zabrakło tutaj niczego, każde postawione słowo doskonale dopasowane. Zdecydowanie warta przeczytania ❤️
20
sinkevot

Nie oderwiesz się od lektury

Wow, w końcu coś innego… ;)
10

Popularność




Copyright © 2023

Rachel Gillig

Wydawnictwo Nowe Strony

All right reserved

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Sandra Pętecka

Edyta Giersz

Joanna Boguszewska

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-996-8

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miałam dziewięć lat, kiedy uzdrowiciele przyszli po mnie po raz pierwszy.

Mojego wujka i jego ludzi nie było w domu. Kuzynka Ione i jej bracia bawili się w kuchni, przez co moja ciotka nie usłyszała walenia do drzwi. Zorientowała się, co się dzieje, dopiero gdy mężczyźni w białych kitlach pojawili się na środku jej salonu.

Nie miała czasu, żeby mnie ukryć. Spałam, zwinięta niczym kot, odpoczywając na parapecie. Potrząsnęła mną, jej głos był ochrypły ze strachu.

– Uciekaj do lasu – wyszeptała, uchylając okno, i delikatnie wypchnęła mnie na zewnątrz.

Niestety nie upadłam na miękką, nagrzaną letnim słońcem trawę. Moja głowa uderzyła o kamień, a ja zamrugałam, walcząc z mdłościami, wywołanymi zawrotami i majaczącymi mi przed oczami ciemnymi plamami. Poczułam, jak moją czaszkę pokrywa gorąca, lepka krew.

Słyszałam, że obcy chodzą po domu, ich kroki były ciężkie od złowrogich zamiarów.

 W s t a w a j,  rozbrzmiał głos w mojej głowie.  W s t a w a j,   E l s p e t h. 

Podniosłam się na chwiejnych nogach, rozpaczliwie próbując ruszyć w kierunku linii drzew znajdujących się po drugiej stronie ogrodu. Spowiła mnie mgła i chociaż nie miałam przy sobie swojego talizmanu, skierowałam się ku drzewom.

Jednak ból w mojej głowie okazał się zbyt silny.

Ponownie upadłam, a sącząca się z głowy krew skapywała mi na szyję. Złapią mnie, zapłakałam, czując, że ze strachu tracę zmysły. A potem zabiją.

 N i k t   c i ę   n i e   t k n i e,   d z i e c k o,  burknął w odpowiedzi głos.  A   t e r a z   w s t a w a j! 

Próbowałam, naprawdę. Zawzięcie. Jednakże uraz był na tyle poważny, że po pięciu desperackich krokach – znajdując się tak blisko skraju lasu, że mogłam poczuć jego ziemisty, wilgotny zapach – upadłam nieprzytomna na ziemię.

Teraz już wiem, że to, co zdarzyło się później, nie było snem. Nie mogło nim być. Kiedy ludzie tracą przytomność, całkowicie się wyłączają. Nie są wtedy w stanie śnić. Dlatego wiem, że to wcale nie był sen. A jednak nie umiem inaczej nazwać stanu, w którym się wtedy znalazłam.

Zaczęła we mnie wnikać mgła, gęsta i ciemna. Nadal znajdowałam się w ogrodzie ciotki. Moje zmysły wzroku i słuchu były nienaruszone. Mogłam nawet poczuć powietrze czy to, jak twarda była ziemia, na której spoczywała moja głowa. Jedyne, czego nie byłam w stanie zrobić, to się poruszyć.

Pomocy, załkałam cienkim głosikiem. Pomóż mi.

Wewnątrz mojego umysłu rozbrzmiały kroki, ciężkie i niecierpliwe. Po policzkach spływały mi łzy. Zamrugałam, próbując coś dostrzec, ale bez powodzenia. Wzrok miałam zamglony, odnosiłam wrażenie, jakbym próbowała dojrzeć coś pod wodą.

Przeraźliwie ostry ból rozszedł się po moich ramionach, a siateczka żył ukrytych pod skórą nagle pociemniała, zamieniając płynącą w nich krew w czarny tusz.

Krzyczałam. Krzyczałam, dopóki nie pociemniało mi w oczach, a otaczający mnie świat nie zniknął.

Obudziłam się pod drzewem starej olchy, osłonięta mgłą i bujną, leśną roślinnością. Ból, który czułam w żyłach, zniknął. Jakimś cudem, pomimo rozcięcia na głowie, udało mi się dotrzeć na krawędź lasu. Uciekłam uzdrowicielom.

Będę żyć.

Oddychając głęboko, zaszlochałam ze szczęścia, mój umysł nadal walczył z powoli ustępującą paniką, która próbowała mnie ogarnąć.

Tak było, dopóki nie usiadłam, a moich rąk nie przeszył ból. Spojrzałam w dół. Dłonie miałam zdarte do żywego mięsa, a palce mokre od krwi w miejscu, gdzie połamałam paznokcie. Trawa wokół mnie była mocno wzruszona. Coś albo ktoś ją zgniótł.

Coś albo ktoś pomógł mi bezpiecznie doczołgać się przez mgłę.

Nigdy mi nie powiedział, jak tamtego dnia poruszył moim ciałem, ratując mnie. To był jeden z jego wielu sekretów, milczących tajemnic spowijających ciemność, którą wspólnie dzieliliśmy.

A jednak wtedy po raz pierwszy przestałam się bać Koszmaru – głosu w mojej głowie, potwora z niepokojącymi żółtymi oczami i upiornym, głębokim głosem. Po jedenastu latach całkowicie przestałam się go bać.

Nawet jeśli wciąż powinnam.

***

Tamtego ranka ruszyłam przez las w stronę miasta, chcąc spotkać się z Ione. Deszczowe chmury przysłoniły śliską, gęsto porośniętą mchem ścieżkę. Las, błotnisty i wilgotny, gromadził w sobie wodę, jak gdyby przygotowywał się na nieuchronną zmianę pory roku. Pośród szmaragdowej zieleni gdzieniegdzie wyróżniały się krzewy derenia, a jego czerwono-pomarańczowe owoce lśniły we mgle, płomienne i dumne.

Musiałam wystraszyć ptaki odpoczywające wśród liści bukszpanu. Na widok mojego niezgrabnego chodu, pośpiesznie wzbiły się w powietrze, machając skrzydłami w spowijającej otoczenie gęstej mgle. Naciągnęłam kaptur na oczy i zagwizdałam melodię. To była jego piosenka, jedna z wielu, które On wymrukiwał w ciemnych zakamarkach mojego umysłu. Stara, przesiąknięta smutkiem melodia przyjemnie rozbrzmiewała mi w uszach. Gdy ostatnie dźwięki wydostały się z moich ust, żałowałam, że to już koniec.

Sięgnęłam w głąb swojego umysłu – wyczuwałam ciemność. Jednak kiedy nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, skierowałam wzrok z powrotem na rozciągającą się przede mną ścieżkę.

Gdy droga stała się zbyt błotnista, weszłam w głąb lasu i zatrzymałam się przy krzaku jeżyn, pełnego czarnych, soczystych jagód. Zanim je zjadłam, wyciągnęłam z kieszeni talizman, kruczą nóżkę, i przesunęłam po niej palcami. Mgła majacząca na skraju ścieżki kurczowo się mnie trzymała.

Mrówki, zanęcone zapachem jagodowego soku, zaczęły wspinać się po moich lepkich od soku palcach. Chociaż starałam się strząsnąć je wszystkie i tak poczułam na języku cierpki, kwaskowaty smak – najwyraźniej musiałam połknąć kilka razem z owocami. Wytarłam ręce o sukienkę, której ciemny, bawełniany materiał pochłonął jeżynowe plamy.

Ione czekała na mnie na końcu drogi, tuż na skraju lasu. Objęłyśmy się, po czym ona złapała mnie za ramię, próbując dojrzeć moją twarz skrytą pod kapturem.

– Mam nadzieję, że nie zboczyłaś ze ścieżki, Bess?

– Tylko na momencik – odrzekłam, wpatrując się w roztaczające się przed nami ulice.

Stałyśmy na skraju Blunder, sieci wybrukowanych, wypełnionych sklepami zaułków napawających mnie o wiele większą grozą niż majaczący za moimi plecami ciemny las. Po tygodniach spędzonych w domu położonym w środku lasu miejski gwar, składający się z mieszanki ludzkich i zwierzęcych odgłosów, głośno dźwięczał mi w uszach. Przed nami szybko przejechał powóz, końskie kopyta głośno uderzały o starą, kamienną drogę. W budynku, koło którego stałyśmy, trzy piętra nad nami jakiś mężczyzna wylał przez okno pomyje. Brudna woda rozprysnęła się na wszystkie strony, w tym na rąbek mojej czarnej sukienki. Gdzieś rozbrzmiewał płacz dziecka oraz podniesione głosy kobiet. Stojący przy swoich kramach kupcy donośnie zachwalali swoje towary, w oddali zabił dzwon, a miejski krzykacz relacjonował najnowsze wieści o trzech aresztowanych rozbójnikach.

Wciągnęłam powietrze, klucząc uliczkami za Ione. Zwolniłyśmy tempo przy kupieckich straganach, przesuwając palcami po nowych materiałach, wystających zza sklepowych witryn. Ione zapłaciła miedziaka za kilka różowych wstążek i uśmiechnęła się do sprzedawcy, odsłaniając niewielką przerwę między przednimi zębami. Obecność tej dziewczyny działała na mnie kojąco.

Byłam bardzo przywiązana do mojej złotowłosej kuzynki.

Nie mogłyśmy się od siebie bardziej różnić. Ona była szczera – prawdziwa. Dało się czytać z jej twarzy jak z otwartej księgi, podczas gdy moje myśli skrywała starannie wyćwiczona maska. Ona była żywa pod każdym względem, głośno wyrażała swoje potrzeby, niepokoje i wszystko inne. Miała w sobie tego rodzaju swobodę, która przyciągała do niej i ludzi, i zwierzęta. Zdawało się, że nawet drzewa ulegały jej czarowi, dostosowując ruch gałęzi do jej kroku. Wszyscy ją kochali. A ona kochała ich. Nawet jeśli jej to szkodziło.

Ione nie udawała. Ona po prostu istniała.

Zazdrościłam jej tego. W porównaniu do niej przypominałam raczej wystraszone zwierzątko, cały czas niespokojne. Dlatego potrzebowałam Ione, mojej ciepłej i spokojnej tarczy. Szczególnie w dni takie jak ten, dzień mojego imienia, kiedy odwiedzałam dom ojca.

Głęboko w zakamarkach umysłu rozbrzmiał dźwięk zgrzytających zębów. Zawtórowałam mu, robiąc to samo, jednocześnie zaciskając dłonie w pięści, jednak nic to nie dało – nie byłam w stanie kontrolować jego pojawiania się i znikania. W tej samej chwili przepychający się obok mnie chłopiec zbyt długo utkwił spojrzenie w mojej twarzy. W odpowiedzi posłałam mu fałszywy uśmiech i odwróciłam się, przesuwając palcami po zmarszczonych brwiach, dopóki nie poczułam, że moja twarz nie wyraża żadnej emocji. To była sztuczka, którą mistrzowsko opanowałam przez lata wpatrywania się w lustro – modelując twarz niczym glinę, aż nie osiągnęłam oczekiwanego efektu – powściągliwego, niczym niewyróżniającego się wyglądu osoby niemającej nic do ukrycia.

Czułam Go, jak obserwuje Ione moimi oczami. Odezwał się w końcu gładkim głosem:  Z ł o t o w ł o s e   d z i e w c z ę   l i c o   m a   b e z   s k a z y.   Z ł o t o w ł o s e   d z i e w c z ę   z b y t   z w y c z a j n e   j e s t   n a   k r ó l e w s k i e   p o k a z y.   Z ł o t o w ł o s e   d z i e w c z ę   w   c i e n i u   p o m i n i ę t a.   Z ł o t o w ł o s e   d z i e w c z ę   s e r c a   k r ó l a   n i e   s p ę t a. 

Cicho, zwróciłam się do niego, odwracając się plecami do kuzynki.

Ione nie miała pojęcia, co zrobiła ze mną infekcja. W każdym razie nie wiedziała, w jak wielkim stopniu na mnie wpłynęła. Nikt o tym nie wiedział. Nawet moja ciotka Opal, która wzięła mnie do siebie, kiedy majaczyłam, targana gorączką. Natomiast w nocy, kiedy mój stan się pogorszył, wciskała wełnę w szparę pomiędzy drzwiami a podłogą i nie otwierała okien, żebym nie obudziła pozostałych dzieci swoim płaczem. Dawała mi wywary nasenne i okładała moje palące żyły zimnymi kompresami. Czytała książki, które kiedyś dzieliła z moją mamą. Kochała mnie i opiekowała się pomimo konsekwencji, jakie wiązały się z ukrywaniem zarażonego dziecka.

Gdy w końcu udało mi się wyjść z pokoju, mój wuj i kuzyni wpatrywali się we mnie w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak magii – czegokolwiek, co mogłoby mnie zdradzić.

Jednak ciotka była stanowcza. Rzeczywiście, złapałam gorączkę, której tak się obawiano w Blunder, ale to by było na tyle – infekcja nie pozostawiła po sobie magii. Ani Hawthornowie, ani nowa rodzina mojego ojca nie zostaliby uznani za winnych ukrywania zarażonego dziecka tak długo, jak całe to zdarzenie pozostawało tajemnicą.

Dzięki temu, ja mogłam pozostać przy życiu.

Właśnie w taki sposób tworzyło się najlepsze kłamstwa – dodając odpowiednio małą ilość prawdy, żeby całość brzmiała wystarczająco wiarygodnie. Po pewnym czasie sama zaczęłam wierzyć, że nie dysponuję żadną magią. Ostatecznie nie wykazywałam żadnych oczywistych oznak, które zazwyczaj towarzyszyły zainfekowanym – żadnych nowych magicznych umiejętności czy niecodziennych przeczuć. Dorastałam w naiwnym przeświadczeniu, że byłam jedynym dzieckiem, które przeżyło infekcję bez szwanku.

Ale ten czas starałam się wymazać z pamięci – okres mojej niewinności, przed Kartami Opatrzności.

Przed Koszmarem.

Jego głos uleciał w nicość, pozostawiając po sobie jedynie cichy cień obecności, majaczący na obrzeżach mojego umysłu. Umysł na powrót stał się tylko mój, zgiełk miasta ponownie rozbrzmiał w moich uszach, a ja dalej podążałam za Ione, mijając kupieckie stragany na Market Street.

Przy kolejnym zakręcie do naszych uszu dotarł ostry dźwięk. Ktoś krzyczał. Gwałtownie uniosłam głowę. Ione podeszła do mnie.

– Kawaleria – oświadczyła.

– To albo Orithe Willow1 i jego uzdrowiciele – odpowiedziałam, przyspieszając kroku i jednocześnie rozglądając się po drodze w poszukiwaniu białych kitli.

Rozbrzmiał kolejny krzyk, jego ostry, przeszywający ton sprawił, że uniosły się włoski na moim karku. Odwróciłam głowę w kierunku wybrukowanej, przepełnionej ulicy, ale Ione odciągnęła mnie na bok. Jedyne, co udało mi się dostrzec, zanim zniknęłyśmy za kolejnym zakrętem, była kobieta. Z jej szeroko otwartych ust wydobywało się pozbawione słów zawodzenie, a z rozchylonego rękawa szaty wyłaniały się ręce pokryte czarnymi żyłami.

Chwilę później zniknęła za czterema mężczyznami w czarnych szatach – kawalerii, elitarnego oddziału królewskich żołnierzy. Krzyki towarzyszyły nam przez całą drogę, którą przebiegłyśmy przez kręte uliczki miasta. Gdy wreszcie dotarłyśmy do bramy przed Spindle2 House, zarówno Ione, jak i mnie brakowało tchu.

Dom mojego ojca był najwyższy na całej ulicy. Stałam przy bramie, a krzyki nadal dźwięczały mi w głowie. Ione, z policzkami zaróżowionymi po biegu, uroczo uśmiechnęła się do strażnika.

Ogromna drewniana brama stanęła otworem, a naszym oczom ukazał się szeroki, ceglany dziedziniec.

Weszłyśmy, Ione szła pierwsza. Na środku wyłożonego piaskowcem dziedzińca rósł stary krzew trzmieliny, zasadzony przez dziadka mojego dziadka. W przeciwieństwie do szkarłatnego krzewu zdobiącego sztandar domu, ten znajdujący się na dziedzińcu nadal porastał zielonym listowiem. Błyszczące, sprawiające wrażenie nawoskowanych liście, kurczowo trzymały się wątłych gałązek. Uniosłam rękę i ostrożnie dotknęłam jednego z nich, uważając na rząd drobnych ząbków otaczających ich krawędzie. To nie było wielkie królewskie drzewo; było za to bardzo stare – dostojne.

Obok krzewu trzmieliny, rosła niewielka, jeszcze niewyrośnięta jarzębina.

Z kolei w północnej części dziedzińca znajdowały się stajnie, a po drugiej stronie zbrojownia. Nie zapuszczałyśmy się w żadne z tych miejsc, tylko ruszyłyśmy prosto w kierunku głównego wejścia. Kiedy dotarłyśmy do kamiennych stopni znajdujących się od frontu, wzięłam głęboki wdech, zapanowałam nad wyrazem twarzy, po czym zapukałam trzy razy w wielkie dębowe drzwi.

Powitał nas lokaj ojca.

– Dzień dobry – powiedział Balian, a jego brązowe oczy zwęziły się, gdy skierował na mnie spojrzenie.

Zarówno on, jak i inni służący pracujący w domu mojego ojca dawno temu nauczyli się obawiać najstarszego dziecka z rodu Spindle.

Minęły lata od mojej ostatniej wizyty. Mimo to, mdłe kolory wypełniające wnętrza rezydencji wyglądały znajomo, a ściany i podłogi pokrywały te same gobeliny i dywany. Balian zapalił świecę i ruszył, a ja wraz z Ione podążałyśmy za nim burgundową klatką schodową o długiej i szerokiej poręczy. Do tej pory nie zastanawiałam się, jak bardzo uwielbiałam zjeżdżać po niej jako mała dziewczynka ani nad tym, że od tamtego czasu dom ojca nawet trochę się nie zmienił.

W ogóle się nad tym nie zastanawiałam.

Balian otworzył zaokrąglone drzwi prowadzące do salonu. Mogłam poczuć zapach paleniska, zanim zarejestrowałam na twarzy podmuch ciepła buchającego z kominka, aromatyczny zapach cedru połaskotał mnie w nos. W środku znajdowała się moja macocha, Nerium i moje przyrodnie siostry Nya i Dimia, które na nasz widok wstały z miękkich foteli.

Na ustach bliźniaczek widniały takie same delikatne uśmiechy, w ich pulchnych policzkach pojawiły się idealne dołeczki, które przywodziły mi na myśl przede wszystkim ojca, głównie dlatego, że twarz ich matki, Nerium, nie była stworzona do uśmiechów. W tej samej chwili macocha spojrzała na mnie, nawijając na eleganckie palce pasma długich, białych włosów.

Wyglądała jak przepiękny sęp, przyczajona na ulubionym krześle niczym na grzędzie. Siedziała, bacznie obserwując każdy mój ruch błękitnymi oczami i oceniając, czy byłabym wystarczająco smakowitym kąskiem, by warto było się na niego połasić.

Ione, która weszła przede mną, zasłoniła Nerium widok.

Objęłam delikatnie Nyę i Dimię. Dziewczynki przytuliły się bardzo ostrożnie, starając się zachować między naszymi ciałami niewielki dystans. Kiedy Balian zamknął za sobą drzwi, razem z Ione zajęłyśmy nasze miejsca na bogato tapicerowanych fotelach, stojących niedaleko paleniska.

Siedząc, czułam żar bijący od ognia.

Zachowywaliśmy się tak jak zwykle, spokojnie i dystyngowanie niczym aktorzy odgrywający swoje role.

Na stoliczku znajdującym się niedaleko mojego fotela stał wazon pełen ciemnofioletowych irysów. Przesunęłam palcami po ich płatkach, starając się ich nie zniszczyć. Odkąd pamiętam, w salonie zawsze były irysy.

– Cóż za nijakie kwiaty – przerwała ciszę Nerium, nadal mnie obserwując. Jej oczy się zwęziły, gdy przesunęła wzrok na irysy. – Nie wiem, co takiego widzi w nich twój ojciec.

Moje wnętrzności zacisnęły się boleśnie. Większość zawsze tak starannie dobieranych słów, które kierowała do mnie macocha, były podszyte jadem. Dobrze wiedziała, dlaczego akurat te kwiaty zawsze się tutaj znajdowały. Mój ojciec trzymał je w domu z bardzo prostego powodu.

Irys, tak nazywała się moja matka.

– Moim zdaniem są cudowne – wtrąciła Ione, posyłając mi uśmiech, po czym rzuciła mojej macosze złośliwe spojrzenie.

Dimia, która często wybuchała śmiechem, gdy nie wiedziała, co się dzieje, wydała się z siebie nerwowy chichot.

– Dobrze wyglądasz – zwróciła się do Ione, przysuwając się bliżej niej. – Czy to nowa sukienka?

Czułam na sobie spojrzenie Nyi siedzącej w drugim końcu pokoju i wpatrującej się we mnie, jakbym była książką, której zakazano jej czytać. Kiedy spojrzałam jej w oczy, szybko odwróciła wzrok, jej twarz wyrażała czujność.

Moje przyrodnie siostry nie pałały do mnie miłością. A nawet jeśli kiedykolwiek żywiły do mnie cieplejsze uczucia, te już one zniknęły. Dimia i Nya miały po trzynaście lat, o siedem mniej ode mnie, i były identyczne niemal pod każdym względem, poza charakterystycznym znamieniem, które Nya miała pod lewym uchem. Obydwie obserwowały mnie przez całe moje życie z takim samym ostrożnym wyrazem malującym się na ich twarzach. Tylko siebie nawzajem obdarzały dobrymi siostrzanymi uczuciami.

Wymieniłam z Dimią grzecznościowe puste formułki, czując przy tym tak przejmujące zimno, że nie był go w stanie odgonić nawet palący się obok mnie ogień w kominku. Powiedziała, że zostały zaproszone na Ekwinokcjum, organizowane na królewskim zamku.

– Uwielbiam Ekwinokcjum – powiedziała Dimia. Głos miała donioślejszy niż jej siostra czy matka.

Jej oczy lśniły marzycielsko, kiedy sięgała po jeden z biszkopcików leżących na końcu stołu. Gdy się odezwała, kilka okruszków wypadło jej z ust:

– Ta muzyka, tańce, gry!

– Nie wszystkie gry są przyjemne – zauważyła Nya, wycierając pozostałości biszkopta z kącika ust siostry bliźniaczki. – Pamiętasz, co się wydarzyło rok temu?

Nozdrza macochy zadrżały. Ione zmarszczyła brwi, a Dimia zaczęła szarpać brzeg swojego rękawa. Z kolei ja wpatrywałam się w nie z pustym wyrazem twarzy. Nie brałam udziału w ubiegłorocznej imprezie.

– Książę Hauth lubi grać w „prawda czy fałsz” za pomocą swojej Karty Kielichów – wyjaśniła Nerium, nie kłopocząc się spoglądaniem w moim kierunku. – Doszło do walki pomiędzy nim a członkinią kawalerii, chyba Jespyr Yew. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego król ma w swoich szeregach kobietę…

 N a d c h o d z i   t w ó j   o j c i e c. 

Głos Koszmaru w mojej głowie sprawił, że gwałtownie podskoczyłam. Poczułam jego obecność i to, jak porusza się nerwowo tuż za moimi oczami. Jak możesz tego nie widzieć?

Siedziałam kompletnie nieruchomo, pozwalając swoim powiekom opaść. Tam, pośród ciemności, dostrzegłam przybierające na sile światło w kolorze królewskiego błękitu: to jedna z Kart Opatrzności – Karta Studni. Wyglądała jak szafirowa latarnia morska, unosząca się nad ziemią, najpewniej schowana w kieszeni mojego ojca. Podobnie jak inne Karty Opatrzności, ona też była obszyta aksamitem i miała wielkość zwyczajnej karty do gry, czyli była nie większa niż moja zaciśnięta pięść.

To właśnie ten starożytny aksamit wydzielał światło. Światło, które tylko ja widziałam. A raczej, które dostrzegało stworzenie mieszkające w moim umyśle.

Zawierając małżeństwo z moim ojcem, matka wniosła w posagu Kartę Studni, wartą tyle złota co całe Spindle House. To była jedna z dwunastu Kart Opatrzności, które razem tworzyły Talię. Opisane w starożytnej księdze, Starej Księdze Olch, Karty Opatrzności były nie tylko największym skarbem Blunder, ale także jedyną dopuszczalną formą uprawiania magii. Każdy mógł ich używać – wystarczyło dotknąć którejś z Kart i zażyczyć sobie konkretnej rzeczy. Oczyść umysł, trzymaj Kartę w dłoni, stuknij w nią trzykrotnie, a będziesz mógł się nią posługiwać. Nawet jeśli włożysz kartę do kieszeni albo umieścisz ją gdzie indziej, magia nadal będzie działać. Jeśli ponownie trzy razy stukniesz w Kartę, lub jeśli dotknie jej inna osoba, przepływ magii zostanie zerwany.

Należało przy tym pamiętać, że zbyt długie korzystanie z Karty wiązało się z poważnymi konsekwencjami.

Karty Opatrzności były niezwykle rzadkie, a ich liczba ograniczona. Jako dziecko miałam okazję tylko rzucić na nie okiem.

I tylko raz w życiu jakiejkolwiek dotknęłam.

Zadrżałam, nadal czując mentalne łaskotanie wywołane bliskością aksamitu otulającego Kartę mojego ojca. Niebieskie światło Karty Studni przybrało na sile. Kiedy drzwi od salonu się otworzyły, blask bijący z kieszeni na piersi jego kurty rozbłysnął, wlewając się do środka.

Eryk Spindle. Pan jednego z najstarszych rodów Blunder. Wysoki, surowy, przerażający. A najbardziej przerażające było to, że mój ojciec przewodził niegdyś polowaniom na ludzi noszących w sobie magię – takich jak ja.

Kawalerzysta do szpiku kości.

A jednak był dla mnie kimś więcej niż żołnierzem – moim ojcem. Tak jak jego przodkowie zachowywał wyjątkową oszczędność w słowach. Ale kiedy już zdecydował się odezwać, jego głos brzmiał głęboko i ostro.

Pokryte siwizną włosy, związane skórzanym rzemykiem, opadały mu na kark. Podobnie jak w przypadku Nerium jego szczęka również nie została stworzona do uśmiechania się. Jednak kiedy jego wzrok spoczął na mnie, ostre spojrzenie błękitnych oczu natychmiast złagodniało.

– Elspeth – zwrócił się do mnie.

Wyciągnął trzymaną za plecami dłoń, w której zaciskał naręcze dzikich kwiatów. Krwawników. W porównaniu do jego wielkiej pięści, trzymany przez niego bukiet zdawał się niezwykle delikatny.

– Wszystkiego najlepszego z okazji dnia imienia.

Poczułam ukłucie w klatce piersiowej. Cały czas, po tylu latach – po śmierci mojej matki, po moim zainfekowaniu – zawsze wręczał mi krwawniki w dzień mojego imienia. W dzieciństwie nazywał mnie dziewczynką „najjaśniejszą pośród wszystkich krwawników”.

Wstałam z fotela i ruszyłam w jego kierunku, oślepiona niebieskawym światłem przenikającym przez materiał kurty. Kiedy wręczył mi kwiaty, dotarł do mnie leśny, świeży zapach. Musiał je zerwać z samego rana.

Starałam się zbyt długo nie patrzeć mu w oczy, żeby nie wprawić nas w jeszcze większe zakłopotanie.

– Dziękuję, ojcze.

– Zamierzałyśmy spotkać się z tobą w holu – zwróciła się do niego uszczypliwie moja macocha. – Czy coś się stało?

Twarz ojca nie zdradzała żadnej emocji.

– Przyszedłem przywitać się z moją własną córką w moim własnym domu, Nerium. Czyżbyś miała coś przeciwko temu?

Usta mojej macochy zamknęły się z trzaskiem. Ione zakryła ręką twarz, skrywając uśmieszek.

O mało sama się nie uśmiechnęłam. Wiedziałam, że nie powinnam cieszyć się z tego, że mój ojciec się za mną wstawia. Nie aż tak. Silniejszy od chęci uśmiechnięcia się, był ostry ból zagnieżdżony głęboko w mojej piersi, który nawet teraz przypominał mi o wydarzeniach z przeszłości.

Ponieważ nie zawsze mój ojciec się za mną wstawiał.

W drzwiach pojawiła się łysiejąca głowa Baliana.

– Mój panie, obiad podano do stołu. Pieczona kaczka.

– Przejdźmy do holu. – Ojciec kiwnął głową.

Moje przyrodnie siostry opuściły salon, podążając za głową rodziny. Ione poszła za nimi, a ja ruszyłam tuż za nią. Jednak zanim udało mi się wyjść, Nerium zagrodziła mi drzwi, a jej szczupłe palce wpiły się w moje ramię.

– Twój ojciec życzy sobie, żebyś w tym roku wzięła udział w Ekwinokcjum – wyszeptała, upiornie przeciągając słowa. – Na który oczywiście się nie wybierzesz.

Moje spojrzenie spoczęło na dłoni ściskającej moje ramię.

– A niby to dlaczego. Nerium?

Zwęziła błękitne oczy.

– Jeśli dobrze sobie przypominam, kiedy byłaś na Święcie Równonocy po raz ostatni, zrobiłaś z siebie idiotkę z tym chłopcem, którego matka później nas nagabywała, żebyście mogli się ponownie spotkać.

Skrzywiłam się. Prawie zapomniałam o Alyxie. To wydarzyło się lata temu.

– Mogłaś jej po prostu powiedzieć, gdzie naprawdę mieszkam.

– I tłumaczyć się ludziom, dlaczego twój ojciec cię odesłał? – Wokół jej ust pojawiły się głębokie zmarszczki. – Mamy takie dobre porozumienie, Elspeth. Ty trzymasz się z dala od dworu i wszelkiej uwagi, a w zamian twój ojciec płaci Hawthornom, sowicie, jeśli mogę dodać, za to, że cię u siebie trzymają.

Trzymają. Jak gdybym była koniem, którego mój wuj skrywa w swojej stajni. Wyszarpnęłam rękę z uścisku macochy. Apetyt, jaki jeszcze chwilę temu odczuwałam, zniknął bez śladu. Zerknęłam ponad jej barkiem w poszukiwaniu Ione, ale moja kuzynka zniknęła w holu.

– Nagle straciłam ochotę na kaczkę – wycedziłam przez zęby i odsunęłam się od Nerium.

Wychodząc z salonu, trzasnęłam za sobą drzwiami.

– Jestem pewna, że mnie usprawiedliwisz.

– Ależ oczywiście, moja droga, zawsze to robię. – Mogłam usłyszeć uśmiech w jej miękkim, podstępnym głosie.

Zachowałam spokój, dopóki nie opuściłam Spindle House. Dopiero gdy zamknęły się za mną ogromne drzwi, pozwoliłam sobie na płacz.

Trzymałam głowę nisko, a gorące łzy spływały mi po policzkach, kiedy pobiegłam w stronę starego kościoła, znajdującego się na skraju miasta. Płuca paliły mnie z wysiłku, ale zatrzymałam się dopiero, gdy dotarłam do pustych uliczek.

Kaszląc, oparłam ręce na kolanach. Wściekłość zmieszana z bólem wypełniła moją pierś.

Koszmar wił się w ciemności niczym wilk wydeptujący legowisko, zanim się położy.

 W i e l k a   s z k o d a,   ż e   m u s i e l i ś m y   j u ż   i ś ć,  powiedział.  U b a w i ł a   m n i e   t w o j a   p o r y w a j ą c a   r o z m o w a   z   N e r i u m. 

Czubkiem buta kopnęłam leżący na bruku kamień, który zniknął w wysokiej trawie porastającej pas ziemi oddzielający drogę od płynącej niedaleko rzeki.

 A l e   n i e   m a r t w   s i ę,   s z y b k o   s i ę   z   n i ą   z n o w u   s p o t k a s z.   P y t a n i e   b r z m i,   c z y   p o   r a z   k o l e j n y   u c i e k n i e s z   z   p o d k u l o n y m   o g o n e m. 

Oczekujesz, że spokojnie będę tam siedzieć? Po tym, co mi powiedziała?, zapytałam.

 D o k ł a d n i e   t a k.   P o n i e w a ż   u c i e c z k a,   m o j a   d r o g a,   j e s t   t y m,   c z e g o   o n a   c h c e. 

Unikanie ich jest łatwiejsze. Wypuściłam powietrze. Uciekanie jest tym, co wychodzi mi najlepiej, to moje naturalne zachowanie. Poza tymjedenaście lat temu mój ojciec by mnie nie opuścił, gdyby miał ochotę na moje towarzystwo. Dobrze o tym wiesz – więc czemu miałabym znosić te katusze?, dodałam głuchym głosem.

Jego śmiech rozbrzmiał niczym szmer kropel wody głośno spływających po kamiennej ścianie jaskini. Odbijał się echem w mojej głowie, po czym powoli rozpłynął w ciszy.

 P o n i e w a ż,   w ł a ś n i e   t o,   m o j a   d r o g a,   j e s t   M O I M   n a t u r a l n y m   z a c h o w a n i e m. 

Usiadłam nad brzegiem rzeki, rozkoszując się łagodnym szumem płynącej wody. Nadal trzymając bukiet krwawników, zaczęłam obrywać żółte płatki, jeden po drugim. Kiedy zgłodniałam, kupiłam sobie jabłko i kawałek ostrego sera i siedziałam tak, dopóki słońce nie zaczęło chylić się nisko na niebie. Żywiłam niewielką nadzieję, że Ione może wyjdzie wcześniej z domu mojego ojca i dołączy do mnie – dzięki czemu mogłybyśmy wrócić razem do domu – ale miejskie dzwony zabiły siedem razy, a jej nadal nie było.

Zaplotłam włosy w gruby warkocz, po czym wstałam i otrzepałam brud z tyłu spódnicy. Po raz ostatni rzuciłam spojrzenie w kierunku drogi prowadzącej do miasta, a następnie dotknęłam kruczej łapki spoczywającej w kieszeni i wkroczyłam do lasu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nigdy nie ma nic za darmo.

Bezpieczeństwa szukaj próżno.

Magia to miłość, magia to zło.

Wszystko ma cenę, a już szczególnie to.

Da ci rozwiązanie, do zguby doprowadzi,

Choć jest miłościwa, to bardzo też szkodzi.

Wszystko zaczęło się pewnej burzowej nocy. Wiatr szarpał okiennicami, które uderzały o okno mojego pokoju, a ostre światło błyskawic rzucało przerażające cienie na drewnianą podłogę. Słyszałam skrzypienie schodów, po których na palcach wspinał się mój ojciec, i niknący w korytarzu krzyk uciekającej pokojówki.

Gdy wszedł do mojego pokoju, leżałam nieruchomo, majaczyłam, a moje żyły były czarne jak smoła. Wyciągnął mnie z mojego dziecięcego łóżeczka i umieścił w powozie.

Obudziłam się dwa dni później w lesie pod opieką ciotki Opal.

Kiedy gorączka opuściła moje ciało, codziennie budziłam się o świcie, szukając na swoim ciele śladów magii, która jednak się nie objawiła. Zasypiając każdej nocy, modliłam się, aby to wszystko okazało się jednym wielkim nieporozumieniem, i aby mój ojciec po mnie wrócił i zabrał mnie z powrotem do domu.

Czułam na sobie ich spojrzenia. Służących umykających przede mną czy wuja, który patrzył na mnie wyczekująco zmrużonymi oczami. Nawet konie przede mną uciekały, wyczuwając gnieżdżącą się we mnie infekcję ‒ magię kiełkującą w młodym ciele.

Cztery miesiące później mój wuj wraz z sześcioma innymi mężczyznami wjechał przez bramę, ich konie błyszczały od potu, a miecz wuja ociekał krwią. Ukryłam się wśród cieni za stajnią i obserwowałam, zaciekawiona triumfalnym uśmiechem majaczącym na jego ustach. Wuj wezwał Jedha, Mistrza Oręża. Mężczyźni przez chwilę rozmawiali ze sobą szybko przyciszonymi głosami, po czym ruszyli do domu.

Nadal spowita cieniami, podążałam za nimi przez hol aż do mahoniowej biblioteki, której drewniane drzwi pozostały lekko uchylone. Nie pamiętam, co mówili ‒ w jaki sposób mój wuj odebrał rozbójnikom jedną z Kart Opatrzności ‒ za to dokładnie pamiętam ich podekscytowanie.

Poczekałam, aż opuszczą pokój, i wkradłam się do środka. Wuj był na tyle nierozważny, że nie ukrył Karty, pozostawiając ją na widoku. Na jej wierzchu było wypisane jedno słowo: Koszmar. Otworzyłam usta, a moje dziecięce oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Wiedziałam wystarczająco dużo o Starej Księdze Olch, żeby wiedzieć, że ta konkretna Karta Opatrzności była jedną z dwóch tego rodzaju, jej magia budziła grozę. Ten, kto jej użył, zyskiwał zdolność przemawiania do umysłów innych. Korzystanie z niej przez dłuższy czas mogło doprowadzić do tego, że Karta ujawniłaby najskrytsze obawy swojego właściciela.

Jednak to potwór, a nie reputacja tej Karty złapała mnie w swoje sidła. Stałam nad biurkiem, niezdolna do oderwania wzroku od koszmarnej kreatury widniejącej na Karcie. Futro monstrum było szorstkie, pokrywało kończyny stwora, przebiegając wzdłuż zgarbionego kręgosłupa aż do czubka ogona. Jego palce były niezwykle długie, pozbawione włosów i szare, zakończone wielkimi pazurami. Oblicze, ni to ludzkie, ni zwierzęce, stanowiło mieszaninę czegoś pomiędzy. Zbliżyłam twarz do Karty, przyciągana kłami wystającymi spomiędzy wykrzywionych warg kreatury.

Zatraciłam się w jego oczach. Żółtych, świecących, z wąskimi, kocimi źrenicami. Stwór wpatrywał się we mnie spomiędzy szeroko otwartych powiek, nieruchomy. Chociaż był tylko malunkiem na Karcie, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że patrzył wprost na mnie, obserwując mnie tak samo uważnie jak ja jego.

Próba opisania tego, co zdarzyło się później, była jak próba sklejenia roztrzaskanego lustra. Nawet gdybym mogła ponownie ułożyć poszczególne kawałki wspomnień na swoje miejsce, nadal pozostałyby pęknięcia, luki nie do wypełnienia. Jedyne, czego miałam absolutną pewność, to wrażenie otaczającego mnie burgundowego aksamitu ‒ niesamowitą miękkość krawędzi Karty, kiedy przesunęłam po niej palcem.

Pamiętam zapach soli i niewyobrażalny rozpalony do białości ból, który potem nastąpił. Musiałam upaść albo stracić przytomność, bo gdy się ocknęłam na podłodze w bibliotece, na zewnątrz panowały już ciemności. Gdy usiadłam, włosy zjeżyły mi się na karku, a kiedy podniosłam się z podłogi, zdałam sobie sprawę, że nie jestem w bibliotece sama.

Wtedy po raz pierwszy to usłyszałam, przerażający dźwięk stukających pazurów.

Stuk. Stuk. Stuk.

Zerwałam się na równe nogi, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu intruza, ale byłam całkiem sama. Dopiero gdy znowu rozległ się stukot ‒ stuk, stuk, stuk ‒ zdałam sobie sprawę, że to nie do biblioteki zakradł się nieproszony gość. Tylko do mojego umysłu.

Cześć? Odezwałam się łamiącym się głosem.

Głos stwora był męski, składający się z syczących i mruczących dźwięków ‒ śliski i gładki, złowrogi i słodki ‒ odbijających się echem w ciemnych zakamarkach mojego umysłu.

 W i t a j. 

Krzyknęłam i wybiegłam z biblioteki. Bez skutku. Po tym, co zrobiłam, nie miałam dokąd uciec.

Nagle wszystko stało się boleśnie oczywiste: infekcja wcale mnie nie oszczędziła. Dysponowałam magią. Dziwną, obrzydliwą odmianą magii.

Ledwo jej dotknęłam, jednak muśnięcie aksamitu zdobiącego Kartę sprawiło, że wchłonęłam coś z Karty Koszmaru mojego wujka. Wystarczyło raz ją pogłaskać, by jej moc została uwięziona w moim umyśle.

Z początku myślałam, że po prostu wchłonęłam samą Kartę ‒ jej magię. Ale pomimo moich usilnych prób, nie byłam w stanie przemówić w umysłach innych osób. Mogłam zwracać się tylko do głosu, z którym dzieliłam własny umysł ‒ do potwora, Koszmaru. Ślęczałam nad Starą Księgą Olch, tak długo szukając odpowiedzi na to, co się ze mną dzieje, że nauczyłam się jej na pamięć. Opisując Kartę Koszmaru, Król Shepherd wskazał, że Karta karmi się najgłębszymi lękami za pomocą wzbudzania przerażenia i nawiedzania swojego użytkownika. Czekałam na uczucie przerażenia i koszmary, które jednak się nie pojawiły. Za każdym razem gdy wchodziłam do ciemnego pomieszczenia, zaciskałam mocno szczęki, powstrzymując się od krzyku, przekonana, że Koszmar zaraz przerwie ciszę okropnym zgrzytliwym dźwiękiem. A jednak nigdy to nie nastąpiło. Stwór milczał, nie nawiedzał mnie.

Nie odezwał się do mnie ani słowem aż do pamiętnego dnia, kiedy przyszli po mnie Uzdrowiciele, a on mnie uratował.

Po tym, wydawane przez niego dźwięki ‒ gdy pojawiał się w mojej świadomości i znikał ‒ stały się znajome. Był tajemniczy i miał wiele sekretów, a co okazało się jeszcze dziwniejsze, sam Koszmar dysponował własną magią. W jego oczach Karty Opatrzności stawały się jasne niczym pochodnie, a ich kolory były charakterystyczne dla poszczególnej Karty i zdobiącego ich brzegi aksamitu. Przez to, że Koszmar został uwięziony w moim umyśle, widziałam karty w taki sam sposób jak on. W dodatku, gdy poprosiłam go o pomoc, stawałam się silniejsza ‒ biegałam znacznie szybciej i na dłuższe dystanse, a moje zmysły robiły się bardziej wyostrzone.

Zazwyczaj pozostawał w uśpieniu, jakby spał. Kiedy indziej zdawał się całkowicie przejmować moje myśli. Kiedy już się odezwał, jego gładki, upiorny głos recytował rytmiczne zagadki, nierzadko cytując Starą Księgę Olch. Czasami zwracał się do mnie tylko po to, żeby ze mnie zadrwić.

Bez względu na to, jak często go pytałam, nie chciał powiedzieć, kim był, ani w jaki sposób pojawił się na Karcie Koszmaru.

Byliśmy ze sobą związani od jedenastu lat.

Przez cały ten czas nie zdradziłam nikomu swojego sekretu.

***

Rzadko spacerowałam po lesie nocą, a jeśli już to robiłam, to nigdy w pojedynkę. Po raz kolejny obejrzałam się przez ramię, licząc, że zobaczę idącą za mną Ionę, dzięki czemu razem stawiłybyśmy czoła ciemności, ramię w ramię.

Niestety, jedyną rzeczą, która poruszała się na skraju lasu, okazała się biała sowa. Obserwowałam, jak wzbija się w powietrze, a po chwili zaskoczyło mnie jej nagłe pikowanie w dół. Ciemność powoli skradała się po drzewach, a wraz z nią nadeszły odgłosy nocnych zwierząt ‒ stworzeń, których nie przerażały ciemności. Koszmar przesunął się do tyłu mojego umysłu, posyłając dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Poczułam zimno, pomimo powiewów ciepłego, letniego powietrza.

Z rękami skrzyżowanymi na piersi, przyspieszyłam kroku. Jeszcze tylko kilka zakrętów i zaraz w moim polu widzenia miały pojawić się pochodnie przytwierdzone do bramy mojego wuja, przyciągające mnie do domu.

Nie dotarłam nawet do drugiego zakrętu, kiedy dopadli mnie rozbójnicy.

Wyłonili się z mgły, niczym drapieżcy otaczający nową ofiarę ‒ dwóch z nich było odzianych w długie, ciemne płaszcze. Mieli na twarzach maski, więc jedyne, co widziałam, to ich oczy. Pierwszy z nich chwycił mnie za kaptur jedną ręką, a drugą zatkał mi usta, tłumiąc wydostający się z nich okrzyk zaskoczenia. Drugi z nich wyciągnął zza pazuchy sztylet i trzymając go za rękojeść z kości słoniowej, przytknął mi ostrze do szyi.

‒ Bądź cicho, to go nie użyję ‒ powiedział głębokim barytonem. ‒ Zrozumiano?

Milczałam, dławiona ogarniającym mnie strachem. Wędrowałam po tych lasach przez połowę mojego życia. Nigdy nic złego mnie tu nie spotkało, nie zaatakował mnie żaden dziki pies, a już na pewno nie rozbójnicy, nie tak blisko posiadłości mojego wuja. Oznaczało to, że ci dwaj byli albo niezwykle odważni, albo głupi.

Sięgnęłam w głąb umysłu w poszukiwaniu Koszmaru. Z sykiem przesunął się naprzód mojej świadomości, poruszony strachem. Czujny i gotowy, znajdował się tuż za moimi oczami.

Ostrożnie skinęłam głową, cały czas pamiętając o sztylecie dotykającym mojego gardła.

Mężczyzna się odsunął.

‒ Jak masz na imię?

 S k ł a m,  wyszeptał Koszmar.

Wzięłam drżący wdech, mój kaptur nadal był przytrzymywany przez pierwszego z rozbójników.

‒ J-j-jayne. Jayne Yarrow3.

‒ Dokąd szłaś, Jayne?

 P o w i e d z   m u,   ż e   n i e   m a s z   p r z y   s o b i e   n i c z e g o   w a r t o ś c i o w e g o. 

Tak? Żeby zamiast tego zrobili użytek z mojego ciała? Nie sądzę.

Pod warstwą strachu zaczęła we mnie wrzeć wściekłość, dodatkowo podsycana gniewem Koszmaru, a ta mieszanka uczuć pozostawiała na moim języku metaliczny posmak.

‒ Ja… ja pracuję na służbie u pana Hawthorna ‒ wykrztusiłam, modląc się, żeby waga nazwiska mojego wuja ich przestraszyła.

Zorientowałam się, jaki popełniłam błąd, gdy stojący za mną rozbójnik się zaśmiał.

‒ To pewnie wiesz o jego Kartach ‒ zauważył. ‒ Zdradź nam, gdzie je trzyma, to puścimy cię wolno.

Wyprostowałam się, ręce zacisnęłam w pięści. Karą za kradzież Kart Opatrzności była publiczna, powolna i makabryczna śmierć.

Oznaczało to, że ci dwaj nie byli zwyczajnymi rzezimieszkami.

‒ Jestem tylko pokojówką ‒ skłamałam. ‒ Nic nie wiem.

‒ Z pewnością wiesz bardzo dużo ‒ oznajmił mężczyzna, ściągając kaptur z mojej głowy z taką siłą, że zapięcie peleryny zaczęło wrzynać mi się w gardło. ‒ Gadaj.

 W y p u ś ć   m n i e,  znowu odezwał się Koszmar, jakby cedząc każde słowo przez zaciśnięte zęby.

Zamknij się i daj mi pomyśleć, odwarknęłam do niego, nie odwracając spojrzenia od sztyletu trzymanego przez rozbójnika.

‒ Halo?! ‒ zawołał mężczyzna za mną, ponownie pociągając za kaptur. ‒ Słyszysz, co do ciebie mówię, czy nagle ogłuchłaś?

‒ Zaczekaj ‒ rozkazał ten, który trzymał sztylet.

Chociaż jego twarz skrywała maska, to spojrzenie widocznych zza niej oczu przytrzymywało mnie w miejscu. Kiedy się zbliżył, wzdrygnęłam się, czując oblepiający jego płaszcz zapach cedrowego dymu i goździków.

‒ Przeszukaj jej kieszenie ‒ zwrócił się do towarzysza.

Poczułam, jak wścibskie palce mężczyzny zaczęły wędrować po moich bokach, przez talię i w dół, w kierunku mojej spódnicy. Zacisnęłam zęby, unosząc wysoko brodę. Koszmar był cicho, jedynie jego pazury wybijały ostry rytm.

Klik. Klik. Klik.

‒ Nic nie ma ‒ powiedział rozbójnik.

Jednak drugi nadal nie był przekonany. Cokolwiek dojrzał w moich oczach ‒ jakiekolwiek miał podejrzenia ‒ sprawiło to, że przystawił sztylet do mojego serca.

‒ Sprawdź w rękawach ‒ powiedział.

Pomóż mi, krzyknęłam głośno w swoim umyśle. Teraz!

Koszmar wybuchnął śmiechem ‒ okrutnym, wężowym sykiem.

Po moich ramionach rozeszło się rozpalone do białości gorąco. Przygarbiłam się, miałam wrażenie, że moje żyły płoną. Wydałam z siebie stłumiony szloch, gdy moc Koszmaru zaczęła krążyć w mojej krwi.

‒ Co się z nią dzieje? ‒ Mężczyzna stojący za mną zrobił ostrożny krok w tył.

Rozbójnik trzymający sztylet obserwując mnie szeroko otwartymi oczami, bezwiednie opuścił broń ‒ tylko na chwilę, ale to wszystko, czego potrzebowałam.

Moje mięśnie, napełnione mocą Koszmaru, płonęły. Gwałtownie uderzyłam go w pierś, wytrącając mu z ręki broń i popychając w kierunku drogi. Jego głowa z łoskotem uderzyła o ziemię akurat w tym samym czasie, gdy drugi rozbójnik ‒ ten stojący za mną ‒ sięgnął do pasa po miecz.

Na próżno. Koszmar miał błyskawiczny refleks. Zanim mężczyzna zdążył wyciągnąć oręż z pochwy, chwyciłam go mocno za nadgarstek, pozostawiając na jego przegubie ślady paznokci.

‒ Nie przychodźcie tutaj nigdy więcej ‒ odezwałam się głosem, który nie całkiem należał do mnie.

Następnie, nadal dysponując pełną mocą Koszmaru, zepchnęłam go z drogi prosto w mgłę.

Po chwili dało się słyszeć trzask łamanych gałęzi i przekleństwa rozbójnika wcześniej trzymającego sztylet. Teraz jego słowa unosiły się w wilgotnym, letnim powietrzu. Nie czekałam, aż się podniesie. Nie tracąc ani chwili, szybko pobiegłam do domu wuja.

Szybciej, zawołałam, przekrzykując głośne dudnienie mojego serca.

Nogi drżały mi z wysiłku, poruszałam się tak szybko, że buty niemal nie dotykały ziemi. Kiedy dotarłam do jednej z pochodni umieszczonych na bramie, rzuciłam się na ceglany mur otaczający dom, zatrzymałam się, pozwalając sobie na wzięcie kilku długich bolesnych wdechów.

Zerknęłam przez ramię w kierunku drogi, częściowo spodziewając się, że zobaczę ścigających mnie mężczyzn. A jednak spowijającą mnie ciemność zakłócała jedynie mgła i rosnące w pobliżu drzewa.

Został tylko Koszmar i ja.

Uspokoiłam oddech, nadal czując palący ból w całych rękach i ramionach. Podwinęłam rękawy, wpatrując się w rozchodzący się po moich żyłach czarny atrament, magię, która spływała od zgięcia łokcia aż do nadgarstka. Wyglądało to tak samo jak jedenaście lat temu, gdy dopadła mnie gorączka. Tak samo jak zawsze, gdy prosiłam Koszmar o pomoc.

Zaciskając z bólu zęby, czekałam, aż atrament zblaknie na mojej skórze, wypali się do cna.

Myślisz, że się zorientowali, że jestem zainfekowana?

 T o   z ł o d z i e j e   K a r t.   G d y b y   d o n i e ś l i   n a   c i e b i e,   w y d a l i b y   r ó w n o c z e ś n i e   s a m y c h   s i e b i e. 

Kilka chwil później piekące ciepło zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie delikatne dreszcze przeskakujące w górę i dół moich ramion. Oparłam się o ceglaną ścianę, głośno wzdychając.

Dlaczego to tak piecze za każdym razem?, zapytałam, ale Koszmar już zaczął znikać w ciemnościach mojego umysłu.

 M a g i a   m o j a   p o r u s z a,  powiedział.  M a g i a   m o j a   k ą s a,   M a g i a   m o j a   u s p o k a j a   i   z   r ó w n o w a g i   w y t r ą c a.   T y ś   j e s t   m ł o d a   i   s t r a c h l i w a,   z e   m n i e   b e s t i a   w i e c z n i e   ż y w a. 

ROZDZIAŁ TRZECI

Urodziłem się w malignie z krwią koloru czarnej nocy,

Pełną bezlitosnej magii, wielkiej siły, strasznej mocy.

Z nieskończonym darem wzroku i ambicją zbyt rozległą,

Zapragnąłem więcej darów, zapragnąłem więcej mocy.

Duch ostrzegał mnie wyraźnie ‒ nigdy nie ma nic za darmo.

Każdy pakt i każda zgoda musi zostać opłacona.

Chociaż cena była wielka, za swe dary zapłaciłem,

Krwią i kośćmi mego ciała.

Tak, że siebie utraciłem.

Posługując się Kartami, pozostawaj na baczności,

Pamiętając, że tak cuda, jak i wszelkie potworności,

To działanie dwunastu Kart Opatrzności.

Posłaniec przybył, gdy akurat siedzieliśmy przy stole, jedząc śniadanie. Moi młodsi kuzyni kłócili się nad tacą z ciepłymi ciasteczkami, podczas gdy ja i Ione sączyłyśmy herbatę. Kiedy służący wkroczył do holu, Ione zeskoczyła z krzesła, jej piwne oczy rozbłysły na widok niesionej koperty.

– Tak, tak, tak! – zanuciła.

Ciotka pomachała do niej nagląco trzymanym w ręku nożem do masła. Ione podeszła do matki sprężystym krokiem, z zaróżowionymi policzkami i wręczyła jej list. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się uważnie w rząd drobnych literek, aż siedzący po drugiej stronie wuj zaczął się niecierpliwić.

– Co to? – zapytał.

– Zostaliśmy zaproszeni na Ekwinokcjum – odpowiedziała ciotka, marszcząc z niezadowolenia nos.

Ione wydała z siebie triumfalny pisk, a siwe wąsy mojego wujka zadrżały, gdy wykrzywił usta w uśmiechu. Ułożyłam ręce na podołku, zaczynając pracować nad wymówką, którą zamierzałam uraczyć wujostwo, żeby uniknąć pójścia na królewski bal.

– Nie bądź taka zadowolona – zwróciła jej uwagę ciotka, przekazując zaproszenie mężowi. – Nadal zalegamy z zapłatą zeszłorocznego podatku, a król Rowan żąda uiszczenia całej sumy, co do pensa – dodała, nerwowo bawiąc się materiałem spódnicy. – Po mieście krążą pogłoski, że tegoroczne żniwa były najsłabsze od wieków.

Po drugiej stronie stołu moi kuzyni walczyli o ostatnią kiełbaskę, zamieniając żelazną zastawę w wojenny oręż.

– A dlaczego żniwa były słabe? – zapytał Lyn. – Z powodu mgły?

– Kto by dbał o żniwa – żachnęła się Ione. – Tu chodzi o Ekwinokcjum! – dodała zachwycona, odwracając się w kierunku ojca. – Pójdziemy, ojcze, prawda? Proszę, powiedz, że pójdziemy.

Posmarował chleb dżemem truskawkowym w milczeniu, a gdy odłożył kromkę na talerz, wymruczał pod nosem:

– Tak, Ione – powiedział. – Pójdziemy na bal.

Kuzynka wybuchła radosnym okrzykiem, który w tej samej chwili został przerwany kaszlem ciotki, która z zaskoczenia musiała zakrztusić się herbatą.

– Naprawdę? – zapytała męża.

Wuj wziął jeszcze jeden kęs chleba, po czym wstał od stołu. Po chwili wrócił, a z jego kieszeni biło głębokie burgundowe światło. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wyciągnąć z niej jedną z Kart Opatrzności. Jego palce przez chwilę przesuwały się po bordowym wykończeniu Karty, a następnie położył ją na stole, burząc tym samym mój poranny spokój.

Zrobiło mi się zimno. Spojrzałam na Kartę Koszmaru – tę samą, na którą padł mój wzrok jedenaście lat temu.

– Oto twój zaległy podatek – powiedział mężczyzna. – Wart o wiele więcej, niż jesteśmy dłużni plus jeszcze trochę.

Po tych słowach jedynym dźwiękiem słyszanym w pokoju było skrzypienie krzeseł, gdy ciotka wraz z moimi kuzynami pochylili się nad stołem, by lepiej zobaczyć Kartę.

– Czy to jest…? – szepnęła Ione.

– Karta Koszmaru – dokończyła za nią ciotka. Z pobladłą twarzą skierowała spojrzenie z powrotem na mojego wuja. – Królowie szukali tej Karty dłużej niż ja żyję, Tyrn. Jakim cudem ją zdobyłeś?

– Kilka lat temu odebrałem ją rozbójnikowi napotkanemu w lesie.

– I nie przyszło ci do głowy, żeby mi o tym powiedzieć? – zapytała.

Wuj posłał jej znużone spojrzenie.

– Trzymałem ją na czarną godzinę – przyznał ze wzrokiem utkwionym w Ione.

Z powrotem usiadł u szczytu stołu, krępy i posiwiały, taki jak zwykle. A jednak nic nie było takie jak zawsze. Coś dziwnego pojawiło się w jego oczach – coś niepokojącego w sposobie, w jaki się uśmiechał. Coś czego nie widziałam wcześniej. Fałszywość.

Pomimo pytań zadawanych przez ciotkę, nie zdradził szczegółów, w jaki sposób pozyskał Kartę Koszmaru – nie wspomniał o krwi, która zastygła na jego mieczu w dniu, w którym przyniósł ją do domu.

Oparłam się plecami o oparcie krzesła, obserwując go, przerażona świadomością, że wiem o nim o wiele mniej, niż myślałam.

– Co to? – zapytał Aldrich, pochylając się bardziej do przodu. Jego twarz wykrzywiła się, gdy mrużąc oczy, wpatrywał się w stworzenie namalowane na Karcie.

– To potwór – wyszeptał Lyn i wyciągnął do przodu rękę, chcąc jej dotknąć.

– Nie rób tego! – krzyknął Aldrich, odciągając rękę brata. – Jest bardzo stara. Rozerwiesz ją.

Wuj parsknął śmiechem.

– Czy matka nie czytała wam Starej Księgi wystarczająco wiele razy?

Kiedy moi kuzyni milczeli, sięgnął po Kartę i ujął ją w kciuki i palce wskazujące z dwóch stron. Kiedy szarpnął, chcąc rozerwać ją na pół, usłyszałam własne sapnięcie.

Karta pozostała nienaruszona.

Wuj położył ją z powrotem na stole. Nadal wyglądała na starą, lecz nic poza tym. Ani jednego zagniecenia czy zmarszczki.

– Karty Opatrzności są niezniszczalne – poinformował swoich synów. – Zostały stworzone przez bardzo starą magię.

Lyn pochylił się do przodu w kierunku młodszego brata, z wszechwiedzącą miną. Chociaż chłopców dzielił zaledwie rok, Lyn lubił odgrywać rolę nauczyciela wobec Aldricha, który z kolei nie do końca przepadał za byciem jego uczniem.

‒ Tata ma na myśli magię króla Shepherda.

W odpowiedzi Aldrich go odepchnął.

– Magia została mu podarowana przez Ducha Lasu, którą król następnie wykorzystał do stworzenia Kart Opatrzności – oznajmiła ciotka dudniącym głosem.

– Podarowana – wymruczał wuj. – Bardziej prawdopodobne, że został nią zainfekowany.

Odgłos zaciskania i rozluźniania szczęk przez Koszmar odbijał się echem w moim umyśle.

 S e r c e   z e   z ł o t a   t e ż   z b o c z y ć   m o ż e.   C h o ć   p o t o m n y m   k r ó l   o s t r z e ż e n i a   s p i s a ł,   n i c   t o   n i e   p o m o ż e.   K a r t y   p r z e z   n i e g o   s t w o r z o n e   t o   b r o ń   w   r z e c z y w i s t o ś c i,   p r z e z   k t ó r e   k r ó l e s t w o   p ł a w i   s i ę   w   n i e g o d z i w o ś c i.   A   k r ó l   t o   n i k t   i n n y   j a k   p a s t e r z 4   g ł u p o t y,   m o n a r c h a   c i e m n o t y. 

Ione przesunęła palcem po burgundowym aksamicie otaczającym Kartę Koszmaru. Wzdrygnęłam się, przypominając sobie dotyk aksamitu pod moją skórą.

– Musi być dla króla Rowana niezwykle cenna – powiedziała.

Wuj ponownie zwrócił spojrzenie w kierunku swojej jedynej córki.

– W istocie, moja córko – oznajmił, a jego uśmiech, choć nie był już fałszywy, to jednak sprawiał wrażenie równie niepokojącego. – Właśnie na to liczę.

***

Egzemplarz Starej Księgi Olch, który ciotka dzieliła niegdyś z moją mamą, leżał na stercie innych książek na podłodze w salonie. Podniosłam ją oburącz, wyblakła okładka była znajoma w dotyku. Pachnąca starą skórą księga znajdowała się w opłakanym stanie, zniszczona przez częste czytanie i upływ czasu. Na wewnętrznej stronie okładki widniało nazwisko rodowe ciotki, które dzieliła z moją matką, zanim ich ojciec podpisał kontrakt małżeński z Tyrnem Hawthornem.

Opal Whitebeam5. Obok, zapisane zamaszystymi literami, widniało imię mojej matki. Iris Whitebeam.

Przekartkowałam pożółkłe strony. Podobnie jak moi kuzyni jako dziecko też interesowałam się magią i Kartami Opatrzności. Pamiętam, że podczas lektury Starej Księgi Olch mama pozwalała mi wpełzać na swoje kolana. Na marginesach zielonym atramentem widniały narysowane przez nią obrazki drzew, dziewcząt i potworów. Kiedy mi ją czytała, jej czarne włosy opadały na ramię, a ja okręcałam ich końcówki wokół małego palca, pochłonięta uspokajającym i jednocześnie niesamowitym i pełnym grozy językiem, w jakim księga została napisana.

Pewnej wiosennej równonocy razem z mamą pojechałam z wizytą do cioci Opal. Pamiętam, jak razem z Ione, zwinięte w kłębek niczym kocięta na dywaniku z owczej skóry, słuchałyśmy z szeroko otwartymi oczami odpowiedzi kobiet na zadawane przez nas pytania o niezwykłą księgę króla Shepherda.

– Dlaczego król Shepherd stworzył Karty Opatrzności? – zapytałam. – I dlaczego akurat są to karty?

Ciotka zsunęła okulary do czytania, spoglądając na mnie z powagą, którą rzadko u niej widywałam.

– Aby odpowiedzieć na to pytanie – rzekła – musimy cofnąć się nieco dalej i zacząć historię od Ducha Lasu.

Zadrżałam pomimo trzaskającego w kominku ognia. Stworzony przez króla Shepherda opis Ducha Lasu był jedną z tych rzeczy, które wprawiały mój dziecięcy umysł w przerażenie. Nieśmiertelne bóstwo pachnące magią – solą – niewidzialne, czyhające we mgle.

– Dawno temu – zaczęła ciotka – przed powstaniem Kart Opatrzności, Duch Lasu był naszym bóstwem. Mniej więcej w tym samym czasie mieszkańcy Blunder poszukiwali soli, przeczesując las. Wreszcie, wiedzeni jej zapachem, natrafili na Ducha Lasu, którego poprosili o dary i błogosławieństwa. Na znak szacunku lud Blunder przyjął nazwy drzew, aby stały się one ich nazwiskami rodowymi. To stara magia oparta na starożytnych wierzeniach. – Jej spojrzenie pociemniało. – W zamian za tak duży przejaw szacunku, Duch Lasu obdarzył króla Shepherda tajemniczą i potężną magią. Król bardzo chciał podzielić się zdobytą magią ze swoim królestwem, dlatego stworzył dwanaście Kart Opatrzności. – Nagle jej głos stał się bardzo poważny, mroczny. – Ale wszystko ma swoją cenę. Za każdą Kartę król Shepherd musiał poświęcić coś na rzecz Ducha Lasu.

– Coś takiego jak dusza? – zapytała Ione, nerwowo obgryzając paznokcie.

Ciotka skinęła głową.

– Jednak ostatecznie decyzje władcy odbiły się na Duchu Lasu. Dzięki Kartom Opatrzności, stworzonym i rozdanym poddanym przez króla, ludzie posiedli magię, którą od tamtej chwili mieli na wyciągnięcie ręki. Nie musieli już wędrować do lasu z darami, prosząc o pomoc czy błogosławieństwo. Porzucony, nieczczony przez nikogo Duch stał się mściwy i zdradliwy. – Zamilkła na chwilę, zaciskając usta. – Dlatego stworzył mgłę, za pomocą której zwabiał ludzi z powrotem do lasu.

Byłam dzieckiem, a nawet wtedy wiedziałam, że należy obawiać się mgły.

– Ci, którzy zboczyli z wyznaczonej ścieżki, wchodząc prosto w mgłę, często tracili rozum – dodała moja mama. – Mgła rozprzestrzeniła się, odizolowując nas od sąsiednich królestw. Co gorsza, dzieci nawykłe do zabaw w lesie zaczęły chorować. Trawiła je gorączka, a ich żyły ciemniały. Te, które przeżyły, często zyskiwały własną magię, otrzymując dary, którymi wcześniej obdarzał ludzi sam Duch Lasu. Niestety magia uzyskana w ten sposób okazała się zbyt niestabilna, o wiele bardziej niebezpieczna. – Kiedy głos jej się zatrząsł, przyłożyła rękę do gardła, próbując się uspokoić. – Sprawiła, że takie dzieci stawały się wynaturzeniem, potwornością. Jednym magia powykręcała ciała, innym umysły. Niewiele z nich dożyło dorosłego wieku.

Razem z Ione siedziałyśmy jak zaczarowane, kompletnie pochłonięte opowieścią, zbyt młode i niewinne, by w pełni zrozumieć, w jak niebezpiecznym świecie żyjemy.

– Chcąc rozproszyć magię – ponownie odezwała się ciotka – król Shepherd ruszył w głąb lasu, by po raz kolejny pertraktować z Duchem. Kiedy powrócił, napisał to – powiedziała, stukając palcem w spoczywającą na jej kolanach Starą Księgę Olch. – Opisał ryzyko wiążące się z magią oraz zaklęcia, jakimi można uchronić się przed mgłą. – Przerwała dla lepszego efektu, po czym dodała: – Na ostatniej stronie napisał nawet, jak zniszczyć mgłę.

– Przeczytaj nam! – krzyknęłyśmy jednocześnie.

Ciotka odchrząknęła, a następnie poprawiając okulary na nosie, zaczęła czytać:

Dwunastu wezwać musisz w najkrótszym dniu w roku,

W porze ciemności, najpotężniejszej dla Ducha i jego mroku.

Gdy przywołają Talię, a ona odpowie,

Zjednoczy dwunastu, wypędzając czarcie mrowie.

Monarsze drzewo to składnik konieczny, a krew atramentową dodaj dla równowagi,

By dwunastu mogło wreszcie pozbyć się z królestwa plagi.

To jest remedium na mgły rozstąpienie,

Co zrodzi początku i końca nowego zapewnienie.

Lecz pamiętaj,

Nigdy nie ma nic za darmo.

Zapiszczałam, czując, jak rymy otaczają mnie delikatnie niczym jedwab. Zerknęłyśmy na siebie z Ione, uśmiechając się, gdy tak pławiłyśmy się w przepysznej ciemności wyzierającej z każdego słowa króla Shepherda.

– Karty. Mgła. Krew – zwróciła się do nas moja mama tak cicho, że odnosiło się wrażenie, jakby szeptała. – Te trzy elementy są ze sobą połączone, a utrzymanie równowagi między nimi jest równie trudne co nieprzerwanie pajęczej nici. Należy połączyć dwanaście Kart Opatrzności z krwią pociemniałą od soli, a infekcja zniknie. Blunder wyzwoli się od mgły.

– Niestety, król Shepherd nie pozbył się mgły ani nie wyeliminował infekcji – wtrąciła ciężkim od smutku głosem ciotka. – Duch Lasu go oszukał. Powiedział Królowi, jak rozproszyć mgłę, dopiero gdy ten w zamian za tajemnicę oddał mu swoją Kartę Bliźniaczych Olch. Bez tej karty Król nie był w stanie zebrać całej Talii. Co za tym idzie, nie mógł zlikwidować otaczającej Blunder mgły. Nie udało się to dotąd żadnemu panującemu królowi.

– I żaden przyszły król tego nie dokona – dodała w zadumie moja mama. – Nie, dopóki nie znajdzie Karty Bliźniaczych Olch, kompletując tym samym całą Talię Kart Opatrzności. Do tego czasu…

Wymieniłyśmy z Ione posępne spojrzenia.

– …mgła będzie nadal się rozprzestrzeniać.

***

Znalazłam ciotkę w ogrodzie, tam, gdzie rzadko bywał jej mąż. Śpiewała. Ogród był jej ulubionym miejscem w całej posiadłości. To kobieta, która wolała przebywać samotnie wśród zieleni, z dala od domowego zgiełku. Długie, złociste włosy spływały kaskadą loków po jej plecach. Z ziemią pod krótko ściętymi paznokciami i kurzymi łapkami wokół oczu, Opal Hawthorn nie była ani tak wyrafinowana ani delikatna, jak inne damy mieszkające w Blunder. To sprawiało, że wraz z wujkiem – mężczyzną bez skrupułów, o ograniczonych horyzontach, którego główny cel stanowiło zostanie jednym z najważniejszych ludzi w Blunder i który wydawał więcej pieniędzy, niż miał – stanowili kiepską, całkowicie niedopasowaną parę.

Uwielbiałam nieokiełznane piękno ciotki. Jego przebłyski dostrzegałam również w Ione. Czasami widziałam w ich rysach cechy własnej matki.

Zerwałam listek mięty, włożyłam go do ust i zaczęłam powoli żuć. Ptaki przebywające w ogrodzie wyczuwając moją obecność, ucichły. Ciocia zerknęła przez ramię z uśmiechem, przywołując mnie do siebie i piętrzących się wokół niej ziół.

– Przygotowuję nalewkę leczniczą.

Spojrzałam na zielone składniki, które kobieta ucierała na dnie moździerza razem z kawałkiem czegoś, co miało kredowobiały kolor. Kiedy zaintrygowana pochyliłam się jeszcze bardziej, do moich nozdrzy dotarł zapach przywodzący na myśl złocień.

– A to białe, to co to?

– Kora z białej wierzby – odparła. – Pomaga na ból głowy.

Przytaknęłam, po czym ułożyłam się na miękkiej trawie obok niej.

– Jeśli chodzi o Ekwinokcjum, ciociu… – zaczęłam. – Sądzę, że nie powinnam tam iść.

Ciotka parsknęła śmiechem, wracając do swojej pracy. Przez chwilę jednym dźwiękiem był odgłos ucierania ziół i chrobotanie nasion o kamień.

– Ach tak?

Aldrich i Lyn przebiegli przez ogród, krzycząc i dramatycznie wymachując drewnianymi mieczami. Po chwili zniknęli w głębi podwórza, bezwzględnie przedzierając się przez wojska wyimaginowanego wroga. Kiedy zniknęli nam z pola widzenia, zniżyłam głos.

– Minęło dużo czasu, odkąd byłam na dworze. Poza tym – wymamrotałam – jeśli się pojawię, Nerium się wścieknie.

– To tylko kolejny powód, żebyś właśnie poszła – mruknęła w odpowiedzi, mocniej zaciskając palce na kamiennym tłuczku. – Jestem pewna, że ten młody człowiek, ten, który ciągle pisze do ciebie listy, na pewno ucieszyłby się na twój widok. Jak on się nazywał? Alyc?

Jęknęłam. Drugi syn lorda Laburnuma, o oczach w kolorze rzecznych skał. Pamiętam, jak siedząc przy królewskim stole, rozśmieszał mnie podczas uczty. Miałam wtedy siedemnaście lat i to był ostatni raz, kiedy pojawiłam się na Ekwinokcjum.

To też chłopak, przy którym okazałam się na tyle głupia i na tyle znudzona, żeby wówczas go pocałować.

– Alyx. Alyx Laburnum.

11 Willow (z ang.) – wierzba (przyp. tłum.).

2 Spindle (z ang.) – trzmielina (przyp. tłum.).

3 Yarrow (z ang.) ‒ krwawnik (przyp. tłum.).

4 Autorka zastosowała grę słów, król Shepherd i shepherd (z ang.) – pasterz (przyp. tłum.).

5 Whitebeam (z ang.) – jarząb (przyp. tłum.).