Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Drako od zawsze uważał, że każdy zasługuje na drugą szansę, zwłaszcza że sam niejedną otrzymał. Teraz zaczyna nowy rozdział w życiu, po tym, jak spadł na samo dno. Jednak nie spodziewa się, że spotka na swej drodze dziewczynę, której wolałby już nigdy nie ujrzeć. Niestety los pisze różne scenariusze, a serce bywa zdradzieckie i zawodzi nas w najmniej oczekiwanych chwilach... Czy Drako podąży za jego głosem i zrozumie, że nie wszystko w życiu jest czarno-białe? Czy pozwoli sobie na szczęście?
Książka wydana nakładem wydawnictwa Nie powiem, Hm... zajmuje się dystrybucją.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 372
Bądź moją szansą
© Beata Sagan
© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…
All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone
Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek
fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody twórców
Redakcja: Natalia Hermansa
Korekta: Aleksandra Baranowska
Projekt okładki: E.Raj
Skład: Marcin Halski
ISBN E-book: 978-83-68177-63-3
Wydanie pierwsze
Wojkowice 2025
Wydawnictwo Nie powiem
Email: [email protected]
Telefon: 518833244
Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice
Mojemu Tacie
– przepraszam.
Odpalam kolejnego papierosa, zaciągam się nim, a następnie patrzę, jak wypala się między moimi palcami. Popiół leniwie opada na mokrą trawę. Pochylam się do przodu i opieram przedramionami o uda. Zaciągam się jeszcze raz i wypuszczam dym w stronę czarnego nagrobka. Po jednej jego stronie widnieje wyryty w kamieniu anioł, po drugiej – róża. Białe litery odznaczają się na tle błyszczącej czerni. Na płycie stoją świeże kwiaty oraz dwa duże, palące się znicze. Jeden z nich jest ode mnie.
– Dawno mnie nie było. Wybacz, proszę – mówię na głos, zupełnie nie przejmując się ludźmi krzątającymi się przy innych grobach. Ten, przed którym siedzę, jest zawsze zadbany. – Znów mi się życie poplątało, wiesz? Podobnie jak wówczas, gdy cię straciłem. Już wtedy ledwie sobie poradziłem, a teraz… – Przejeżdżam dłonią po włosach obciętych na jeża. – Upadłem na samo dno, chyba już niżej się nie da, ale stanąłem na nogi. Tylko dzięki moim przyjaciołom. Bo tylko na nich mogę liczyć, odkąd odeszłaś. – Przykładam papierosa do ust, żeby ponownie poczuć smak tytoniu. – Było źle. Naprawdę źle. Niewiele brakowało, a spotkałbym się z tobą tam, gdzie teraz jesteś. W tym ponoć lepszym miejscu. – Przygryzam paznokieć kciuka. Sunę wzrokiem po nierównościach w granicie, układających się w imię. – Jednak zamiast być tam z tobą, jestem tutaj, jak widzisz.
Robię dłuższą przerwę. Dookoła panuje grobowa cisza. Zabawne, w końcu siedzę na cmentarzu.
– Dziś byłem na rozmowie o pracę – kontynuuję monolog, wbijając wzrok we własne dłonie. – Ostatni etap. Są mną zainteresowani. Poważna firma. Zważywszy na to, że od pewnego czasu jestem bezrobotny, zaproponowali mi całkiem niezłą stawkę. Mam zacząć od września. Może tym razem tego nie spierdolę. Spójrz – prostuję się, wypinam pierś do przodu, próbując schować nieco odstający brzuch – nawet kupiłem na tę okazję nową koszulę. Joasia pomogła mi wybrać. I buty. – Wzdycham. – Czasem zazdroszczę Peterowi – dodaję, wypuszczając jednocześnie dym z ust. – Są do obrzydzenia szczęśliwi. Wiem, wiem, powinienem cieszyć się ich szczęściem, tylko jakoś tak – przecieram dłonią twarz – nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi tak bardzo brakować tej stabilizacji, osoby, z którą mógłbym planować wspólne życie. Pamiętam, jak mówiłaś, że jestem tylko twój, że nikomu mnie nie oddasz… ale ciebie nie ma, a ja zostałem zupełnie sam. Moi przyjaciele mają własne życie, w które nie chcę wchodzić z butami. Peter i Joasia planują ślub, Filipowi i Ewelinie urodziło się pierwsze dziecko, a Arek… No, jego życie zawsze kopało w tyłek, ale chyba wreszcie jest szczęśliwy z Malwiną. Mnie pozostało gadać do pustych ścian i do nagrobków na cmentarzu.
Uśmiecham się krzywo. Spoglądam na papierosa, którego zaraz będę musiał zgasić. Zaciągam się nim jeszcze raz.
– Ale nie poddam się. Będę walczył. – Podnoszę się z ławeczki, na której siedziałem tak długo, że aż nogi mi zdrętwiały. Podchodzę bliżej grobu i przykucam przy nim. Przesuwam znicz, żeby stał na środku. – Bo jeśli patrzysz na mnie gdzieś z góry, to chcę, żebyś była ze mnie dumna, mamo… – Przesuwam kciukiem po dolnej wardze, wciąż trzymając między palcami resztki papierosa. – Nie chcę, żebyś widziała we mnie tylko życiowego nieudacznika, który nie potrafi poradzić sobie z życiem. Czuwaj nade mną, proszę, bo kolejny raz mogę się nie podnieść. Obiecałem ci, że będę silny. Słabo mi to wychodzi. Przez krótką chwilę sądziłem, że mogę być szczęśliwy, ale wszystko się spierdoliło, a los po raz kolejny ze mnie zakpił. Bez Marysi wszystko przestało się dla mnie liczyć. Myślałem, że jest mi pisana, ale chyba nie zasługuję na żadną kobietę…
Prostuję się i spoglądam z góry na grób, w którym leży najbliższa mi na świecie osoba. Minęło już tyle lat, że gdyby nie wyryta data, nie byłbym w stanie ich zliczyć, a mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Każda głupota, jaką w życiu zrobiłem, każdy bunt, przez który przechodziłem – wszystko przez to, że śmierć odebrała mi mamę za wcześnie. Ojciec popadł w rozpacz, rozpił się i jedyne, o co potrafił dbać, to jego firma i ten kamienny nagrobek. Zapomniał, że ma syna, który potrzebuje jego wsparcia. Nieważne, jak bardzo próbowałem mu o sobie przypomnieć, wdając się w pyskówki z nauczycielami albo w bijatyki w szkole lub na imprezach, on zawsze wybierał wódę zamiast mnie.
A historia lubi się powtarzać.
Następny papieros ląduje między moimi wargami. Odpalam go, osłaniając zapalniczkę od wiatru, który nagle się zerwał. To chyba byłoby na tyle z ładnej, letniej pogody…
– Gdzie znowu ten pierdolony kot? – mówię z papierosem w ustach. Jeszcze nie zdążyłem go odpalić. – Durny sierściuch, zawsze się gdzieś schowa – mruczę pod nosem.
Nasypuję do miski kociej karmy, do drugiej nalewam świeżej wody. Obie stawiam z rozmachem pod ścianą, na kuchennej podłodze. Przypomniałem sobie, że wypadałoby dać zwierzęciu jeść, zanim wyjdę do pracy.
– Żryj, głupi kocie – dodaję, choć on pewnie mnie nawet nie słyszy.
Ten kot to jakiś totalny niewypał. Zupełny popierdoleniec. Czasem zapominam, że w ogóle tu jest. Ja rozumiem, że koty chodzą własnymi drogami, ale on… Kilka razy już się zdarzyło, że pół dnia przeszukiwałem całe mieszkanie, aż w końcu znajdowałem go pod jednym z mebli lub w jakiejś szufladzie, gdzie byłem pewien, że wcześniej sprawdzałem. To mieszkanie to jedyne czterdzieści trzy metry kwadratowe. Gdzież można się chować w dwóch pokojach, aneksie kuchennym i niewielkiej łazience? Kiedyś pewnie zdechnie w jednej ze swoich kryjówek, a ja go znajdę, dopiero gdy zacznie śmierdzieć.
Weź sobie kota – mówili. Nie będziesz czuł się taki samotny – mówili. A ja, idiota, się zgodziłem. Wolałbym psa, ale przy moim trybie życia to nie byłby najlepszy wybór, zwłaszcza że biorąc go, wiedziałem już, że czeka mnie siedzenie w robocie po osiem godzin dziennie, a może i więcej.
Oczywiście nie mógł mi się trafić normalny kot, który czasem przyjdzie się połasić, otrze o nogi czy będzie spać ze mną w łóżku. Nie… Ja musiałem trafić na wyliniały worek pcheł, z postrzępionymi przez psy uszami i z napadami lękowymi.
Wszystko przez pewną blondynkę, całą w kolczykach, która zawodowo jest tatuażystką, a popołudniami bawi się w wolontariat w jednej z fundacji na rzecz pokrzywdzonych zwierząt.
– Spójrz tylko na niego. Jaki on jest biedny i pokrzywdzony przez los. Potrzebuje tylko odrobiny ciepła, poczucia bezpieczeństwa i na pewno będzie dla ciebie idealnym towarzystwem – zapewniała Agnieszka.
Ciekawe niby, po czym to wywnioskowała. Bo też jestem wyliniały i pokrzywdzony przez los? A może mam pchły? Ma szczęście, że wisi mi jeszcze jeden tatuaż.
Na samą myśl o pchłach zaczyna mnie wszystko swędzieć. Drapię się po pośladku. Wciąż jestem w samych bokserkach, a za jakiś kwadrans powinienem wychodzić do roboty. To mój pierwszy dzień. Nie wypada się spóźnić. Żałuję tylko, że nie mogę pracować zdalnie, firma pozwala na to jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Przynajmniej moja praca nie wymaga zbytnich interakcji z innymi ludźmi. Już wolę towarzystwo kota, który z wyglądu przypomina szczura.
Zapalam wreszcie papierosa i trzymając go wciąż w ustach, udaję się do łazienki. Kładę dłonie po dwóch stronach umywalki, nad którą się nachylam. Na moment łapie mnie zawias. Zastanawiam się, po co mi to wszystko. Po co mam się starać? Nie mam już dla kogo walczyć. Powtarzają mi, że mam jeszcze przed sobą całe życie i że na pewno jakoś ułożę sobie przyszłość. Szkoda tylko, że nie jestem tego taki pewien.
Odzyskuję kontakt z rzeczywistością, gdy pierwsze drobiny popiołu spadają na białą powierzchnię. Unoszę wzrok i spoglądam w lustro. Podkrążone i przekrwione oczy. Śniada cera. I tak jest lepiej, niż było jeszcze te kilka miesięcy temu. Dwudniowy zarost pokrywa moje policzki i brodę. Powinienem się ogolić? Jutro. Zarost podobno dodaje męskości.
Spoglądam na zapadniętą klatę i odstające cycki. Po sześciopaku na brzuchu nie ma już śladu, została tylko mała beczułka po piwie. Lata ćwiczeń z Arkiem na siłowni poszły na marne.
Całe ręce mam wytatuowane, od barków aż po nadgarstki. Niektóre tatuaże wybierała ze mną Marysia, tylko one mi po niej pozostały. Muszę wreszcie umówić się z Agnieszką na kolejną sesję. Potrzebuję zmiany.
Gaszę papierosa o blat, wyrzucam go do kibla, a następnie przemywam wodą twarz. Spoglądam jeszcze raz w lustro. Krople wody spływają po policzkach, rzęsach i brodzie. Pora zbierać się do pracy.
* * *
Siedzę przy swoim nowym biurku, w jednym z wielu boksów w pomieszczeniu. Mój własny kąt. Azyl. Jak tylko ogarnę sytuację, przyniosę słuchawki i nic nie będzie zakłócać mi spokoju przy pracy. Nic oprócz elektrycznych gitar i growlującego wokalisty bądź wokalistki. Próbuję odciąć się od odgłosów biura, żeby skupić się na robocie. Dostałem już pierwsze zlecenie. Banalne, ale nie jestem przyzwyczajony do pracy przy tylu ludziach dookoła. Dobrze, że chociaż są te boksy i nikt nie zagląda mi przez ramię.
Po drugiej wizycie w palarni jestem już w połowie roboty. W pomieszczeniu, gdzie głównym dźwiękiem jest odgłos klikania myszką bądź walenia w klawiaturę, słyszę nagle głośne stukanie obcasów o wykafelkowaną podłogę oraz damski głos, rzucający od czasu do czasu jakieś „dzień dobry”. Jednak staram się nie zwracać na to uwagi i koncentruję się na tym, co mam do zrobienia.
– Czy pani ojciec jest dzisiaj w pracy? – odzywa się jeden z chłopaków, siedzący kilka boksów dalej.
– Nie ojciec, tylko pan prezes, i jeśli chodzi o podwyżkę, to najpierw zacznij wydajniej pracować, potem możesz prezesowi zawracać głowę – odpowiada kobieta będąca sprawczynią stukotu. Zdecydowanie muszę zacząć pracować ze słuchawkami. – Ania, co za fatalny dobór kolorów – kobieta zwraca się do jednej z pracownic – na drugi raz załóż inną bluzkę do tej spódnicy – dodaje z wyższością.
Nie odrywam oczu od monitora, choć wypowiadane przez nią słowa sprawiają, że zaciskam mocniej zęby. Mam ochotę warknąć, ale powstrzymuję się, bo słyszę, jak mówi:
– Gdzie jest ten nowy pracownik?
Nie wytrzymuję. Wychylam się powoli zza ścianki swojego boksu. Moim oczom ukazują się długie, zgrabne nogi osłonięte cienkimi pończochami. Uwagę przyciąga obcisła, krótka spódnica, której pas kończy się nienaturalnie wysoko, prawie pod biustem. Całkiem okazałym biustem. Okrywa go lekko prześwitująca bluzka, pod którą można dostrzec biały koronkowy stanik. Nie powiem, jest atrakcyjna, a jej strój przywołuje na myśl wszelkie możliwe fantazje z sekretarką w roli głównej.
Brakuje tylko, żeby miała włosy upięte w wysoki kok. Tymczasem jasne pasma opadają na twarz, gdy pochyla się nad jakimiś papierami, które trzyma. Czerwone okulary zjeżdżają jej nieco z nosa, więc poprawia je wolną dłonią.
– Nie gap się tak – słyszę szept kolegi z boksu obok. – To córka prezesa – dodaje Wiktor.
– Bronisław Czyżyk. To pan? – Kobieta podchodzi i przystaje przy moim biurku. – Mam dla pana kilka dokumentów, które musi pan uzupełnić.
Wyciąga w moją stronę plik kartek. Spogląda wreszcie na mnie. Dostrzegam konsternację w jej spojrzeniu. Przygląda mi się uważnie.
Marszczę brwi. Laska wydaje się znajoma. Próbuję zebrać myśli, przypomnieć sobie, skąd mogę ją znać. Mam wrażenie, że ona robi dokładnie to samo. Mierzy mnie niebieskimi oczami. Zmarszczka na jej czole sugeruje, że intensywnie myśli.
Nagle dostrzegam charakterystyczny błysk w jej oku. Wszystkie trybiki w głowie zaskoczyły, a jej mina robi się zupełnie obojętna.
– Drako?
Gdy to jedno, magiczne słowo wychodzi z jej ust, dookoła zapada zupełna cisza. Ton głosu, sposób, w jaki wypowiedziała moją ksywę, sprawiają, że ja również doznaję olśnienia. Jeszcze przez krótką chwilę próbuję wyprzeć tę straszną, przerażająca myśl. Imię kołacze się po mojej głowie i bardzo chce ujrzeć światło dzienne, ale boję się je wypowiedzieć. Gdy to zrobię, nie będzie już odwrotu. Nie będę mógł udawać, że nie znam tej dziewczyny.
Choć tak właściwie nie znam jej zbyt dobrze. Chyba nawet nigdy nie zamieniłem z nią jednego logicznego zdania. Nie musiałem, żeby wiedzieć, że nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Jest ucieleśnieniem wszystkiego, czego nienawidzę u innych ludzi. Arogancja, impertynencja, zuchwałość, egoizm, pycha, wyrachowanie – wszystkie te cechy składają się w całości na jedno, konkretne imię…
– Laura.
Ta książka nigdy nie miała powstać. Nie było żadnego planu ani wizji. Chciałoby się powiedzieć, że się napisała sama, ale jednak trochę do tego rękę przyłożyłam. Paradoksalnie to właśnie do jej wydania tak wytrwale i zażarcie dążyłam przez ostatnie dwa lata.
Gdy pisałam Bądź moją szansą, nie wiedziałam jeszcze, jakie zawirowania szykuje dla mnie los i że przyjdzie mi się zmierzyć z tym samym, co przeżywał Drako – ze stratą bliskiej osoby. Kogoś, kto był przy mnie zawsze i kto jeszcze miał być przecież długo (przynajmniej tak mi się wydawało). Tymczasem wszystko zmieniło się w jednej chwili, a historia Drako oraz wydanie tej książki nabrały dla mnie nowego wymiaru. Dlatego dedykuję ją mojemu tacie, choć on się już o tym nie dowie.
Chciałabym szczególnie podziękować kilku osobom, bez których nie byłoby tej książki ani mnie w tym miejscu.
Od wydania mojej ostatniej książki nieco w moim życiu pisarskim się pozmieniało, stare znajomości się rozluźniły, pojawiły się nowe, tymczasem Natalia Hermansa trwa przy mnie niezłomnie i wspiera podczas moich wzlotów i upadków. Była pierwszą osobą, która przeczytała Bądź moją szansą w całości i chyba śmiało mogę powiedzieć, że jest taką matką chrzestną tej książki. Dziękuję, Natalia. Mam nadzieję, że razem stworzymy jeszcze wiele niezwykłych historii.
Dziękuję Aleksandrze Baranowskiej, która dołożyła kolejną cegiełkę do procesu wydawniczego. Miałaś dobre przeczucie, że będziemy miały ze sobą to flow, dzięki któremu stworzymy dream team. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze całe mnóstwo książek, przy których będziemy mogły współpracować.
Kiedy stawiałam pierwsze kroki w świecie wydawniczym, marzyłam o współpracy z super wydawnictwem. Nie musiało być największe, nie musiało być najbardziej popularne, zależało mi na dobrym kontakcie, wsparciu, na relacjach partnerskich. W końcu wydanie książki miało być spełnieniem moich marzeń, a nie przykrym doświadczeniem. I wtedy zjawił się Marcin Halski ze swoją pozytywną energią. Dziękuję, Marcinie, że dałeś tej historii szansę. Przywracasz mi wiarę, że wydanie książki może być wspaniałym doświadczeniem i można dobrze się przy tym bawić.
Dziękuję mamie – mojej najcudowniejszej czytelniczce, dla której tak bardzo dążyłam do wydania tej książki. Pamiętaj, że masz jeszcze tak wiele do przeczytania, muszę to tylko napisać.
Dziękuję moim dzieciom, Mai i Sebastianowi, którzy już przebierają nogami, żeby wreszcie mama pozwoliła im przeczytać swoje książki – jeszcze trochę. Dziękuję mojemu mężowi Jarkowi, który z kolei nie przeczytał ani jednej mojej książki, jednak zawsze mam w nim oparcie.
Na końcu, ale równie mocno, dziękuję Tobie, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku. Nieważne, czy to wasza pierwsza książka mojego autorstwa, czy jesteście ze mną od początku, dziękuję, że zdecydowaliście się sięgnąć po historię Drako, i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i z moimi książkami jeszcze długo.
Bullet For My Valentine Place where you belong
Light The torch Calm before the storm
Andy Black We don't have to dance
Light The torch The Safety Of Disbelief
Disturbed Down with the sickness
Guns N' Roses Breakdown
Like A Storm Love The Way You Hate Me
Michael Bolton How Am I Supposed To Live Without You
Killswitch Engage I'm broken too
HammerFall ft. Noora Louhimo Second to One
Light The torch Die Alone
Light The Torch Death of Me
Five Finger Death Punch The Tragic Truth
The Broken View You're Not Alone