Dama pik - opowiadanie #5 - D. B. Foryś - ebook

Dama pik - opowiadanie #5 ebook

Foryś D. B.

4,0

Opis

Mam na imię Tessa i w moim mieście zaczynają ginąć ludzie. Tak o, bez powodu. Sytuacja nabiera tempa, kiedy znika też najbliższa mi osoba, a ja pojmuję, że mam do czynienia z siłami nadprzyrodzonymi.

Kto za tym wszystkim stoi? Czego chce? I dlaczego obrał na cel właśnie nas? Nie wiem, ale gorzko tego pożałuje!

„Dama pik” to opowiadanie z cyklu „Tessa Brown” – paranormalnego romansu urban fantasy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 39

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Copyright ©

D. B. Foryś

Dom Wydawniczy D. B. Foryś

All rights reserved

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wydanie I

Wrocław 2025

Redakcja:

E.Raj

Korekta:

Kamila Galer-Kanik

Skład i łamanie:

D. B. Foryś

Projekt okładki:

D. B. Foryś

Zdjęcia na okładce i w treści:

Alexvolot, Gammabaar, freepik.com, unsplash.com, pexels.com, pixabay.com

Rysunki:

Ilona Grabowska

Numer ISBN e-book: 978-83-966028-9-3

www.dbforys.pl

www.dbforys.sklep.pl

CZĘŚĆ 1

Sekwens – barwy życia po zmierzchu

Zasnute mgłą ulice miasta zawsze przyciągały mnie jak magnes. Szczególnie nocą. Gdy zapadał zmrok i okolica pustoszała, mogłam wreszcie zająć się swoją ulubioną… aktywnością. Dzisiaj wszystko wydawało się wyjątkowo spokojne. Jakby coś wisiało w powietrzu i tylko czekało, by runąć z głośnym hukiem.

Odchyliłam głowę do tyłu, zerknęłam w niebo i spróbowałam dojrzeć gwiazdy przez zbitą kurtynę chmur, niestety były zbyt gęste, żebym zdołała cokolwiek dostrzec. Wzięłam głęboki wdech, następnie ominęłam stojące przy krawężniku samochody. Zamierzałam już wejść na tereny pobliskiego parku, wtedy ktoś niespodziewanie zaszedł mi drogę. Jęknęłam. Tego nie przewidziałam.

– Obudziłem się po północy. Sam. – Mój mężczyzna skrzyżował ramiona na szerokiej piersi i rzucił mi rozczarowane spojrzenie. – Wyjaśnij.

Jako potężny demon potrafił przerażać samym wzrokiem. Na mnie to nie działało, bo za dobrze znałam jego drugie, łagodniejsze oblicze, więc posłałam mu jedynie przepraszający uśmiech. To nie wystarczyło i tym razem nie dałam rady tak łatwo się wykręcić. Jakiś czas temu obiecałam Kilianowi, że przestanę urządzać sobie samotne wycieczki w blasku księżyca, a zacznę zabierać go ze sobą. Od tamtej pory złamałam tę przysięgę wielokrotnie, dlatego wcale mnie nie dziwiła jego złość. Chyba naiwnie wierzyłam, że mi odpuści.

– Cóż. Sądziłam, że…

– Zdążysz wrócić, zanim zauważę twoje zniknięcie? – Uniósł brew, a ja zamilkłam. Nie widziałam sensu dalej się tłumaczyć. I tak ewidentnie przejrzał moją nieudolną próbę znalezienia jakiejś dobrej wymówki.

Spędziłam lata na pilnowaniu, by zła energia trzymała się z daleka od tego miejsca. Z początku robiłam to głównie z obowiązku, jako samozwańcza obrończyni miasta, lecz z upływem czasu naprawdę się nią stałam. Gdy coś paskudnego chciało się tu zakorzenić, od razu wkraczałam do akcji. Przeganiałam stąd demony, czarownice, mściwe duchy, pomniejszych bożków czy inne dziadostwa, aż w końcu polubiłam swoje zajęcie. Teraz było mi ono potrzebne do życia jak oddychanie. Bez konkretnej walki czułam się pusta. Jakaś taka… niekompletna.

Odkąd poznałam Kiliana, mój świat jeszcze bardziej przyspieszył. Nie potrafiłam wszystkiego pogodzić. Kiedy wychodziłam na poszukiwania kandydata, z którym mogłabym stoczyć bójkę, tęskniłam za ukochanym, jednak będąc w jego objęciach, myślami uciekałam do porządnej konfrontacji z jakimś arcyłotrem.

– Przepraszam – szepnęłam, podchodząc bliżej. Przyłożyłam dłoń do policzka Kiliana i uniosłam się na palcach, aby musnąć wargami jego napiętą szczękę. – Wkrótce walentynki. Wybaczysz mi, skarbie?

Westchnął, nadal nieco rozeźlony.

– Mówisz do mnie „skarbie” wyłącznie wtedy, gdy czegoś chcesz – burknął.

– Czy to działa? – Zatrzepotałam rzęsami.

– Trochę – przyznał niechętnie. – Ale sprawa nie jest załatwiona. Będziesz musiała się bardziej wysilić, by mi to wynagrodzić. Zaczynając od zaraz.

Tym razem to on się przysunął, po czym głęboko mnie pocałował. Zawsze tak robił. Wkładał całego siebie w nawet najmniejszą pieszczotę. Sprawiał, że wszystko wokół nas na chwilę przestawało istnieć. Uwielbiałam z nim być, w każdym znaczeniu tego słowa. Nic więc dziwnego, że kilka sekund później straciłam już ochotę na szukanie wrażeń, a nabrałam chęci na coś zupełnie innego. Na niego. W dowolnej pozycji.

– Wciąż chcesz łazić po krzakach? – mruknął mi w usta. – Czy…?

– Wracamy do domu. – Złapałam Kiliana za dłoń i nie przerywając pocałunku, powoli pociągnęłam go za sobą w kierunku miejsca, w którym zostawiłam auto. Mieszkaliśmy jakieś pół godziny szybkiej jazdy stąd. Przy odrobinie szczęścia dotrzemy do celu, zanim spłonę z pożądania.

Niestety dziś los nie chciał się do nas uśmiechnąć. Zdążyliśmy zrobić raptem parę kroków, kiedy znikąd zerwał się porywisty wiatr, jakby zapowiadał nadciągający huragan. Energiczne podmuchy potargały moje włosy i wywołały nieprzyjemne dreszcze. Popatrzyłam w górę na sekundę przed tym, jak ciemny firmament rozświetliła pojedyncza błyskawica, a zaraz po niej druga i trzecia.

– Spadajmy stąd. – Kilian objął mnie ramieniem.

Ruszyliśmy naprzód, ale momentalnie się zatrzymaliśmy, gdy rozbrzmiał kolejny grom. Złoty piorun uderzył w rosnące przed nami drzewo i przewrócił je na jezdnię. Nasz samochód stał zbyt daleko, abyśmy mogli bezpiecznie do niego dotrzeć. Musieliśmy poszukać innego schronienia.

Pomiędzy trwającą wichurą oraz strzelającymi zewsząd wyładowaniami atmosferycznymi znienacka niebo przecięło coś jeszcze. Wyglądało jak pędząca w stronę ziemi kula światła. Zbliżała się coraz szybciej i szybciej, aż ostatecznie grzmotnęła z głuchym echem niedaleko nas, w innej części pobliskiego parku. Jak tylko spotkała się z podłożem, zgasła, a pogoda natychmiast się uspokoiła.

Puf! Jakby nic się nie wydarzyło.

Wymieniliśmy z Kilianem zdziwione spojrzenia i bez zbędnych słów pobiegliśmy szukać miejsca upadku niecodziennego zjawiska. Znaleźliśmy je jakieś pięć minut później. Namierzyliśmy nieduże – może maksymalnie półmetrowe – wgniecenie w trawie, które sugerowało, że cokolwiek tutaj upadło, zdążyło uciec. Lub zwyczajnie wyparować, bo nigdzie nie zauważyliśmy śladów stóp albo łap.

Powiedzieć, że to podejrzane, to jak nie powiedzieć nic.

Mój mężczyzna wskoczył do powstałej dziury i zaczął ją oglądać, tymczasem ja czujnie rozejrzałam się po okolicy. Biorąc pod uwagę to, co przed chwilą się działo, była wręcz nienaturalnie cicha. Liście nie szeleściły, bezpańskie psy nie ujadały, sowy nie pohukiwały.

Panowała niemal niczym niezmącona martwota.

– Niczego tu nie ma – zawyrokował Kilian, dużym susem wyskakując z zagłębienia. – Nie czuję nawet śladu nadnaturalnej energii czy czegokolwiek niepokojącego. – Popatrzył dookoła. – Jakieś pomysły?

Hmm… Znałam praktycznie wszystko, co mogłoby wypełznąć spod ziemi, za to nieczęsto odwiedzał nas ktoś z niebios. Istniały anioły, jednak od zarania dziejów wyłącznie jeden z nich wpadał z niezapowiedzianą wizytą. Plus kosmici, a przynajmniej w teorii, ponieważ nigdy żadnego nie spotkałam. Po szybkiej analizie moja lista potencjalnych gości z innego świata sprowadzała się do równiutkiego zera.

– Żadne – odparłam niezadowolona. Cholera.

Kilian wzruszył ramionami, wyjął telefon z kieszeni i zrobił serię zdjęć. Dzięki demonicznej części mojego organizmu nie miałam problemów z widzeniem po zmroku, ale gdy zaiskrzyła lampa błyskowa, zauważyłam, że coś odbiło jej światło. Podeszłam do żywopłotu i to podniosłam. Zmarszczyłam brwi, oglądając znalezisko. Mogło tu leżeć od dawna, aczkolwiek wolałam się upewnić.

– Co to? – Kilian zerknął na przedmiot zmrużonymi oczami.

Trafne pytanie.

– Jeszcze nie wiem. – Obróciłam obiekt w palcach i zaczęłam uważniej mu się przyglądać. Był nieduży, wykonany z metalu lub czegoś w tym stylu, w lekko zaokrąglonym kształcie po jednej oraz z ostrym zakończeniem po drugiej stronie. Nie przypominało to niczego niezwykłego.

– Zaczekaj – szepnął Kilian. Poświecił latarką z komórki na krzewy, po czym kucnął i wygrzebał stamtąd coś więcej. Potarł tym czymś o materiał spodni, żeby to oczyścić, następnie podszedł do mnie. Kiedy obie części spoczęły na mojej otwartej dłoni, mogłam bez zająknięcia stwierdzić, że razem wyglądały na dwie połówki serca. Albo raczej pika. Jak w kartach do gry. – Cóż… – mruknął. – Nie wydaje się związane z naszą sprawą.

– I pewnie takie nie jest, ale lepiej niczego nie bagatelizować – podsumowałam. – Zawiozę to jutro do Gabriela, może będzie miał jakiś pomysł. – Wsunęłam żelastwo do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki. Ostatni raz popatrzyłam na wyrwę w ziemi i cicho westchnęłam. Nic tu po nas. Wciąż panowała ciemność, niemniej nadchodzący ranek był już wyczuwalny w powietrzu. Uznałam, że dziś niczego nie rozgryziemy. – Wracajmy.

Mężczyzna objął mnie w talii i do siebie przyciągnął. Czując jego ciepło oraz znajomy zapach, nie chciałam dalej roztrząsać osobliwego zdarzenia. Wolałam pojechać do domu, by zająć się czymś przyjemniejszym.

Wiedziałam, że na resztę przyjdzie właściwy czas.