Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Być może Archie Coomes oglądał zbyt wiele horrorów. Nagle najzwyklejsze rzeczy nabrały złowieszczego charakteru: grosz na wycieraczce. Dziwny mężczyzna w brązowym garniturze pod latarnią uliczną. Uporczywy dźwięk siekiery rąbiącej w środku nocy.
Powtarza sobie, że to Seaham, senne nadmorskie miasteczko, w którym nigdy nic się nie dzieje. A przynajmniej nic się nie działo, dopóki firma budowlana jego ojca nie otworzyła klifu pod starym - niektórzy mówią, że przeklętym - miejscem Langdon.
Wkrótce jednak on i jego przyjaciele nie mogą temu zaprzeczyć: coraz więcej dorosłych w mieście zachowuje się dziwnie. Starożytne, dawno pogrzebane zło zostało uwolnione na społeczność, a dzieci muszą je powstrzymać, zanim będzie za późno. . .
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 332
Rok wydania: 2024
Tytuł oryginału: The Stars Did Wander Darkling
Copyright © Colin Meloy, 2022
Copyright © Unadoptable Books LLC, 2022
Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Agata Gać
Redakcja: Natalia Szczepkowska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Wojciech Bryda
Okładka i ilustracje: Carson Ellis
Adaptacja okładki: Magda Bloch
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki W internecie.
eISBN 978-83-67551-03-8
ZYGZAKI
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.wydawnictwopoznanskie.pl
Dla Marka
PRZEDTEM
Las stoi w deszczu, tuż poniżej czubków drzew unosi się mgiełka, a pomiędzy konarami jodeł przewalają się tumany mżawki. Z omszałego poszycia na zboczach wzgórz wytryskują fontanny paproci, pierwotnych paproci, niczym małe eksplozje zieleni. Wszędzie panuje zieleń: ciemna zieleń, limonkowa zieleń, morska zieleń. Szum morza. Nie widać go, ale je słychać. Gdy wieje wiatr, niesie chłód, wilgoć i sól.
Na polanie pojawiają się trzej mężczyźni. Nie wiadomo, skąd się tam wzięli. Czy zeszli z drzew, a może przekopali się od spodu przez mech? W każdym razie przybywają jeden po drugim na polanę. Noszą garnitury i płaszcze, brązowe jak ziemia, na głowach brązowe kapelusze. Ich koszule są brudne, tak jakby spędzili noc w mrocznym, brudnym miejscu, a mankiety pożółkły od potu.
Polanę ogarnia mgła, zasłaniając wszystko poza kilkoma pierwszymi rzędami drzew. Jeden z mężczyzn porusza ziemię znoszonym półbutem.
– Co to takiego, Lugg? – pyta.
– Nie wiem, Wart – odpowiada inny.
– Wydaje się gąbczaste – dodaje trzeci.
– Sądzę, że to ziemia – mówi pierwszy. – Teraz sobie przypominam. Pamięć mi podpowiada.
Trzeci z nich, Toff, klęka, nabiera mchu w dłoń, unosi ku twarzy i wącha. Wzdryga się.
– To śmierdzi – wyrokuje, a następnie wpycha sobie zieloną masę do ust. Żuje. Żuje jak krowa paszę. Wstaje i składa raport towarzyszom, ale ponieważ ma pełne usta, ledwie go można zrozumieć: – Miebobłe. – Kawałki mchu wypadają mu kącikami. Pozostali patrzą na to obojętnie.
Wszyscy wyglądają podobnie: średniego wzrostu, przeciętnej budowy ciała, z niewielkimi brzuszkami. Odróżnia ich tylko zarost: Toff ma krzaczaste wąsiska, Lugg wielką brodę, a Wart – ani to, ani tamto, tylko bokobrody, wyrastające z policzków niczym szorstkie kępki ciemnej bawełny.
Lugg przełyka ostatnie kęsy ziemi i mchu i kończy posiłek, ocierając usta. Stoją we trzech na polanie, twarzami do siebie, na trzech wierzchołkach trójkąta.
– Co teraz robimy? – pyta Toff.
– To się jeszcze okaże – stwierdza Wart. – Póki co obserwujemy.
– I czekamy? – upewnia się Toff.
– I czekamy – odpowiada Wart.
Lugg uśmiecha się do towarzyszy. Jego zęby są czarne od ziemi.
Z krzaków tuż obok dobiega ich szelest. Wyłania się stamtąd jelonek i śmiga przez polanę. Trzech mężczyzn obserwuje jego ruchy, kiedy biegnie w górę zbocza.
– Czy to on? – pyta Toff.
– E, nie – mówi Lugg. Wyjmuje z kieszeni mały, zniszczony notatnik i zaczyna go kartkować, aż dociera do poszukiwanej strony. – To jeleń, ssak – wyjaśnia. – Chociaż spokrewniony.
– Jeleń – odzywa się Wart.
– Jeleń – powtarza Toff. – Teraz sobie przypominam. Jeleń.
– Zabijemy go? – pyta Wart.
Lugg znów zerka do książeczki i, przeczytawszy opis, kręci głową.
– Słaba zdolność odczuwania – oznajmia. Wyciąga ogryzek ołówka i dodaje na stronie notatkę, po czym chowa kajecik z powrotem do kieszeni.
Pozostali robią to samo: wyciągają książeczki z kieszeni i notują w nich coś króciutkimi ołówkami. Jeden z nich chowa notesik do wewnętrznej kieszeni marynarki, ale drugi nadal trzyma notatki w dłoni. To Wart. Przygląda się stronie, a po chwili zaczyna czytać:
– Przybrzeżny las deszczowy strefy umiarkowanej, Ameryka Północna. Więcej życia i gnijącej biomasy niż gdziekolwiek indziej na tej planecie. Główne gatunki drzew: daglezja, choina zachodnia, świerk sitkajski, jałowiec wirginijski. – Wciąga powietrze głęboko w płuca i się krzywi. – Śmierdzi.
Dwaj pozostali słuchają go jednak uważnie.
Wart przewraca kilka kartek i czyta:
– Programowalna kuchenka mikrofalowa. Wynalazca: Percy Spencer. Kuchenka, która podgrzewa zawartość promieniowaniem elektromagnetycznym. Dogodne funkcje obejmują wybór poziomu mocy i gotowe programy dla najczęściej przygotowywanych dań.
Jego towarzysze kiwają głowami, przyswajając te informacje.
Wart odwraca następne strony. Czyta dalej:
– Algebra. Dziedzina matematyki wykorzystująca symbole do uzyskania wyników. Niezbędny element nowoczesnej edukacji podstawowej.
Znów kiwnięcia głowami.
Ośmielony aprobatą pozostałych Wart znów kartkuje książeczkę i czyta:
– Rimbaud, Arthur: „Kiedy na czole dziecka krasny wyrzut ostry/ Zdradza białe wyroje snów nieokreślonych” – tu kopie stopą w ziemi – „Tedy doń dwie przychodzą cudne starsze siostry/ O srebrzystych paznogciach i palcach pieszczonych”.[1]
Gwałtowny powiew wiatru potrząsa gałęziami i szeleści liśćmi. Mgła zaczyna się rozwarstwiać, rozplątywać, i oto welon się unosi.
Wart kontynuuje lekturę:
– „W otwartem naścież oknie dziecko przy nich siada/ Gdzie ranny błękit kąpie barwne grzędy zielne/ We włosy mu kroplami chłodna rosa pada/ I błądzą w nich sióstr palce cudne a śmiertelne”.
Mgła rozprasza się i na polanę dociera coraz więcej światła dziennego. Toff i Lugg wymieniają spojrzenia, po czym wpatrują się w ciemny las.
Wart czyta teraz z innej strony notatnika:
– Yeats, William Butler. Poeta. Irlandia, dziewiętnasty i dwudziesty wiek. „Znowu ciemności…”[2]. – Ptaki przestają śpiewać, a wiatr gwiżdże między gałęziami i przewraca kartki książeczki. Wart chwyta ją mocniej, jego grube paluchy przytrzymują papier, i podejmuje lekturę: – „…lecz teraz już wiem/ Że sen kamienny tych dwudziestu wieków/ Zmieniła w koszmar dziecinna kołyska”.
Toff, przypatrujący się otaczającemu ich lasowi, w końcu coś dostrzega. Na jego twarzy powoli pojawia się uśmiech, odsłaniający spróchniałe, pożółkłe i ciemne zęby. Lugg również to widzi i także się uśmiecha. Spójrzmy: pomiędzy dwoma pniami drzew przebija się światło. To widok odległego horyzontu. Otaczający ich las widać teraz w pełnej krasie, tak jakby cały świat wyłaniał się znikąd, z powietrza. Zza drzew wygląda niebo, coraz lepiej widoczne w miarę, jak znika mgła. Nowe światło odsłania pod nimi niewielkie miasto, którego budynki i ulice wyglądają stąd niczym miniaturowy model. Ocean, wielki i szary, uderza o długi pas plaży, rozciągający się szeroko, poza pole widzenia mężczyzn.
Wart patrzy teraz na panoramę przed nimi i kończy recytację nie patrząc w notatnik:
– „Czyj czas nastaje w końcu? Jakież monstrum/ Brnie do Betlejem, by się tam narodzić?”.
Uśmiecha się, zamyka notatnik i wsuwa go do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Nadszedł właściwy czas.
[1] Arthur Rimbaud, Które iskają, przekł. Bronisławy Ostrowskiej
[2] William Butler Yeats, Drugie Przyjście, przekł. Antoniego Libery
SEAHAM, OREGON
1987
PIĄTEK
Na wycieraczce leżała drobna moneta.
Archie dostrzegł ją w samym środku drugiego „O” w wydrukowanym na macie nazwisku jego rodziny – COOMES – niczym źrenicę wewnątrz tęczówki. Właśnie wrócił do domu ze szkoły, ostatniego dnia przed wakacjami i jednym susem przeskoczył trzy schodki prowadzące do drzwi frontowych. Z jakiegoś powodu moneta przyciągnęła jego uwagę, aż zatrzymał się jak wryty.
Zapewne ktoś ją tu upuścił. „Podnieś grosik, a spotka cię szczęśliwego cosik”, pomyślał i wziął monetę. Wydała mu się dziwnie zimna, tak jakby nie chciała, żeby ktokolwiek ją znalazł. Wzdrygnął się nieco, a wtedy drzwi się otworzyły, niemal spychając go z podestu.
– Gadasz ze ślimakami, Arch? – zapytał jego brat Max.
Archie, zakłopotany, wstał szybko i wyrzucił monetę za poręcz ganku.
– Nie – odparł. – Wcale nie.
Max gapił się na niego z szyderczym uśmiechem. Miał na sobie strój do piłki nożnej: pasiastą zieloną koszulę z napisem „Klub YMCA Seaham” na piersi, spodenki w pasy i takież podkolanówki naciągnięte na ochraniacze. Stał tam z nażelowanymi włosami, kolczykiem w uchu i twarzą całą w trądziku, który co wieczór usiłował zlikwidować za pomocą zawartości szafki pełnej preparatów, kremów i wacików, niestety z miernym efektem. Miał szesnaście lat, zaledwie trzy lata więcej od Archiego, lecz przepaść pomiędzy nimi nie mogła być większa: Max uważał Archiego za dzieciaka, ale siebie – już za dorosłego.
– Z drogi, robaku – powiedział w końcu. Drzwi zatrzasnęły się za nim, gdy zeskakiwał z trzech stopni na chodnik. Sznurowadła w korkach miał rozwiązane.
Archie odprowadził go wzrokiem, po czym zarzucił plecak na ramię i otworzył drzwi. Zerknął w dół i zamarł.
Moneta znów leżała na wycieraczce. Dokładnie w tym samym miejscu, z którego ją podniósł.
– Zamykaj drzwi, przypale! – dobiegł głos z głębi domu, należący do jednej z sióstr Archiego. W tej chwili nie był w stanie rozróżnić, do której. Całe jego rodzeństwo wydawało się brać udział w wyścigu, które z nich potraktuje okrutniej najmłodszego brata. Zostawił monetę tam, gdzie leżała, i wszedł do domu, pozwalając, by drzwi się za nim zamknęły.
Piętnastoletnia Olivia siedziała na kanapie, grając na nintendo. Jeden z braci Mario skakał właśnie ze stosu cegieł na maszt z flagą. Było jasne, że to nie Olivia na niego wrzeszczała: była zbyt pochłonięta tym, co działo się na ekranie. Annabelle, jej bliźniaczka, siedziała po drugiej stronie kanapy, bawiąc się falującymi brązowymi włosami.
– Wpuszczasz muchy do domu, gamoniu – zbeształa go.
– Na wycieraczce leży moneta – odparł Archie, wskazując kciukiem za siebie. – A kiedy ją… – Siostry zmierzyły go obojętnymi spojrzeniami. – Kiedy ją podniosłem… Ech, nieważne.
Na ekranie trzy małe fajerwerki eksplodowały po kolei nad rozpikselowanym zamkiem.
– Teraz była twoja kolej, żeby wynieść śmieci – powiedziała Annabelle.
– Sorka – odparł Archie. – Zapomniałem. Wyniosę teraz, okej?
– Za późno. Ojciec już to zrobił – oznajmiła Olivia.
– Tato jest w domu?
Archie spojrzał na zegarek stojący na gzymsie kominka: była za piętnaście czwarta. Peter Coomes rzadko wracał do domu przed szóstą.
– To po co w ogóle mi o tym mówicie, skoro tato już to zrobił?
– Bo sobie nagrabiłeś – wyjaśniła Olivia, ponownie skupiając się na grze.
– I to podwójnie – uzupełniła Annabelle.
Chłopak zerknął w stronę kuchni. Drzwi były zamknięte, ale słyszał dobiegający zza nich głos ojca, który najwyraźniej rozmawiał przez telefon. Poszczególne wypowiedzi przedzielały długie pauzy, podczas których Peter chrząkał i przytakiwał. Archie podszedł do drzwi i uchylił je nieco, na tyle, żeby widzieć ojca stojącego przy kuchennym blacie, prawą ręką trzymającego przy uchu żółtą słuchawkę, i masującego sobie skronie kciukiem i środkowym palcem lewej.
– Wiem o tym, pani Rockwell – mówił właśnie. – Tak, jestem tego w pełni świadom. Proszę mi wierzyć, to dla mnie równie trudne, jak dla pani. Liczyłem na to, że… – Znowu mu przerwano. Jego lewa ręka opadła i teraz kręciła spiralnym kablem łączącym słuchawkę z korpusem telefonu. Archie dostrzegł również matkę, odwróconą plecami do niego. Opierała się o lodówkę, patrząc na męża. Zamknął drzwi i wrócił do salonu.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie mam pojęcia – przyznała Olivia.
– Ojciec już tu był, jak wróciłyśmy – dodała Annabelle.
Archie usiadł na fotelu przy kanapie i spojrzał na akcję rozgrywającą się na ekranie. Wciąż słyszał z kuchni stłumiony głos rodzica.
– Candace, mówię tylko, że… – perorował Peter. – Mówię tylko, że… Daj mi dokończyć. Daj mi, proszę, dokończyć. Mówię tylko, że nie ponoszę tu odpowiedzialności. Rozmawiałem z inżynierem. Chodzi o to, że wszędzie tu było pełno znaków ostrzegawczych, jeszcze przed środą. Tak, przed środą. Nie możemy po prostu… – Nastąpiła dłuższa pauza, po której ojciec kontynuował: – Mhm. Łapię, jasne. Ale rozumiesz, rzecz w tym, że mój inżynier powiedział, że nie możemy tak po prostu dalej działać. Nie przy tych problemach z sejsmiką, jakie tam występują.
Arche wymienił spojrzenia z Olivią, która natychmiast wróciła wzrokiem do ekranu.
– Nie wiemy, jak daleko sięgają – mówił właśnie ich ojciec. – Te… rozpadliny. A dopóki tego nie ustalimy, nie mogę przecież pozwolić na dalsze roboty. Przykro mi, Candace. – Po czym nastąpiła kolejna seria „mhm” i „no wiem”, a po nich kolejne przeprosiny, aż Archie usłyszał słuchawkę odkładaną na widełki. Matka i ojciec rozmawiali przez chwilę ściszonymi głosami, a potem drzwi do salonu stanęły otworem. Liz, matka Archiego, zajrzała do pokoju i posłała synowi wymuszony uśmiech.
– Cześć, Arch. Jak tam było ostatniego dnia w szkole? – zagaiła.
– Fajnie – odpowiedział. – O co chodzi z tatą?
Liz spojrzała z udawanym zaskoczeniem, jakby po raz pierwszy zetknęła się z umiejętnościami dedukcyjnymi syna, ale potem spoważniała.
– No cóż, pewnie powinniście wiedzieć…
– Wiedzieć co, mamo? – zapytała Olivia.
– Wasz tato będzie przez pewien czas w domu – wyjaśniła matka. – Wstrzymano prace na placu budowy.
Annabelle oderwała wzrok od telewizora. Z głośnika rozległa się kaskada smutnych pisków, kiedy Mario wpadł do dziury pomiędzy dwoma beżowymi słupkami.
– To nic nadzwyczajnego, kochani – zapewniła Liz. – Tymczasowa przerwa, dopóki się nie zorientują, co się tam dokładnie dzieje.
A jednak Archie pomyślał, że to nadzwyczajna sytuacja. Wiedział, że poprzedni rok był trudny dla rodziców. CoastAid, organizacja non profit, dla której pracowała jego mama, zlikwidowała w listopadzie jej stanowisko i od tamtej pory Liz była bezrobotna. Od kiedy Archie sięgał pamięcią, Seaham przeżywało kryzys, podobnie jak większość nadbrzeżnych miasteczek. Dlatego wszyscy poczuli ulgę, kiedy firma Coomes Constructions wygrała przetarg na projekt nowego hotelu, którego budowę zaplanowano na nadmorskich klifach na północ od miasta.
– Co to znaczy? – zapytała Annabelle.
– Ach, na razie dokładnie tego nie wiemy – przyznała Liz. – Zapewne wszyscy będziemy musieli zacisnąć trochę pasa.
– A co to z kolei znaczy? – spytała Olivia.
– Dokładnie to, co słyszałaś. Dopóki nie będziemy wiedzieli więcej na temat naszej sytuacji finansowej, będziemy musieli się wstrzymać z paroma rzeczami – wyjaśniła matka.
Dzieciaki już wiedziały, do czego zmierza: pod koniec lata rodzina planowała wycieczkę do Los Angeles, wynajęcie bungalowu przy plaży i dwudniową wizytę w Disneylandzie.
– Ale pojedziemy tam, prawda? – zapytała Olivia, wpatrując się w matkę.
– No cóż… – powiedziała Liz. – Chodzi o to, że będziemy musieli…
– Do dupy! – wrzasnęła Annabelle, dmuchając w grzywkę, falistą plątaninę włosów, którą starannie formowała co rano w oparach lakieru. Wstała gniewnie z kanapy i przemaszerowała obok matki.
– Jak ty się wyrażasz?! – Liz przywołała ją do porządku.
– Co, do dupy? – Dziewczyna zatrzymała się na pierwszym stopniu schodów prowadzących na piętro. – Dupa. Dupa. Dupna dupa pełna dupków!
– Annabelle! – zawołała bezradnie Liz.
Córka poszła na górę, a zaraz za nią Olivia, rzucając matce w przelocie obrażone spojrzenie.
Z telewizora płynęła zapętlona muzyka z Super Mario Bros. Archie podniósł pilota i wyłączył odbiornik.
W drzwiach kuchni pojawił się Peter.
– Hej, Arch. Szczęśliwego ostatniego dnia szkoły, chłopie. Absolwent ósmej klasy i tak dalej. Wielki dzień!
Archie zignorował powitanie.
– Czy to prawda?
Peter założył ręce na piersi i oparł się o futrynę.
– Tak – powiedział, rzucając żonie krótkie spojrzenie. – Tak, to prawda. Pamiętasz Joego, który był u nas na kolacji parę tygodni temu? Tego inżyniera? Razem ze swoją załogą wykonywali pierwsze wykopy, tuż poniżej klifu, i okazało się, że jest tam cała sieć podziemnych otworów. Coś jak jaskinie, rozpadliny w skale. – Potarł czoło i ciągnął: – W każdym razie cały klif pod posiadłością Langdonów wygląda jak ser szwajcarski. Nie da się na tym budować.
– A nie mogą po prostu znaleźć innego miejsca? – zapytał Archie. Nie wiedział zbyt wiele o tym projekcie, dotarło do niego tylko tyle, że Candace Rockwell, deweloperka z Portland, miała zamiar postawić za pięć milionów dolarów hotel na klifie nad oceanem, w pobliżu Domu Langdonów. Zapowiedź tej budowy znalazła się jakiś czas temu na czołówce „Daily Astorian” i wszyscy dorośli o tym dyskutowali.
Peter pokręcił głową i zmarszczył brwi.
– Nie sądzę – powiedział. – Wygląda na to, że szefowa zakochała się w tym miejscu. Jest zdecydowana dopiąć swego, ale to nie ja jej zbuduję ten hotel, co to, to nie. I nie spodziewam się, żeby miała więcej szczęścia przy poszukiwaniach kogoś na moje miejsce. – Jego dłonie o grubej skórze zawsze wyglądały na utytłane, pobrużdżone czarnymi liniami brudu i sadzy. Nie był jeszcze taki stary, dopiero co skończył czterdzieści trzy lata, ale praca go postarzyła, sprawiła, że jego ramiona obwisły, a skóra pociemniała.
– To nie wygląda jak tymczasowa przerwa – stwierdził Archie, patrząc teraz na matkę.
Peter również spojrzał na Liz.
– Nie – westchnął. – Nie wygląda. – Wziął głęboki oddech i dodał: – Ale coś na pewno wymyślimy. Nie musisz się przejmować.
– Tato ma rację – wtrąciła Liz i uśmiechnęła się do syna.
– I nie znaczy to, że przestaniemy urządzać wieczorki z pizzą i filmami – uzupełnił ojciec. – Mała pizza od Antonia i jakiś hit na ekranie są dobre na wszystko, no nie?
Archie pozostał obojętny.
– Tak, pewnie – odparł. Zarzucił plecak na ramię i poszedł na górę.
Postawił plecak na krześle przy biurku w swoim pokoju i rzucił się na łóżko. Leżąc na brzuchu słyszał przez ścianę rozmawiające siostry. Pomruk ich głosów wydał mu się upiorny, więc nacisnął klawisz odtwarzania na żółtym boomboksie Sony, żeby je zagłuszyć. Z głośników ryknął głos wokalisty, schwytany w pół wersu, śpiewający coś o złocie i perłach wykradzionych z morza.
Wiatr od morza wstrząsnął oknem. Gałęzie drzewa zaszumiały, a Archie oparł głowę na rękach i wyjrzał na ulicę. Dom Coomesów stał kilka przecznic od głównej alei Seaham i jeszcze dalej od oceanu, ale morska bryza, sól unosząca się w powietrzu i odległy łoskot fal były tu wszechobecne.
Myśl o letnim biwaku wystarczyła, żeby poprawić mu humor. Na pomysł wyprawy wpadł Chris Pedersen, kumpel, z którym Archie przyjaźnił się najdłużej. Dwie noce w lesie z trójką najbliższych przyjaciół, Chrisem, Oliverem Fife’em i Atheną Quest doskonale nadawały się na odlotowy początek wakacji. Znaleźli idealne miejsce, równą polanę kilka mil w głąb puszczy, przy starej leśnej drodze, tuż za domostwem starego Lee Novaka. Obejrzeli ją podczas wiosennej przerwy i poświęcili większość czasu na wycięcie krzaków i wykopanie paleniska. Zbudowali nawet pod drzewami coś w rodzaju szałasu z jednospadowym dachem, ale nie wiedzieli, czy wciąż stoi, ponieważ kwiecień tego roku był wyjątkowo wietrzny i deszczowy. W poniedziałkowy poranek wyruszą tam razem i sprawdzą – taki był plan. Spędzą pierwsze popołudnie na uprzątaniu obozowiska i może trochę je ulepszą.
Przewrócił się na plecy i pozwolił, by opłynęła go muzyka; ostre gitarowe riffy sunęły spiralami z żółtego boomboksa, a wokalista zawodził: „Jesteś wszystkim, co mi pozostało…” Archie poczuł, że musi podkręcić głośność, aż głośniki zaczęły trzeszczeć, a siostry – walić w ścianę.
– ŚCISZ TO! – wrzasnęła jedna z nich. Teraz nie był to już upiorny szept, tylko wycie demona. Archie beztrosko je zignorował.
Najpierw musieli wybrać jakiś film.
– Coś strasznego – zaproponował Max, który zdążył wrócić z treningu piłkarskiego, a teraz wycierał się ręcznikiem po prysznicu. Wyskoczył z łazienki, kiedy dosłyszał, że dyskutują, jaki film wypożyczyć.
Liz nie miała ochoty na żaden horror.
– Nie, nic strasznego – sprzeciwiła się. – Ani zbyt brutalnego. – Spojrzała na Archiego.
Zarumienił się.
– Mam już trzynaście lat, mamo – zaoponował.
– Mimo to – odparła, tak jakby mu nie wierzyła, jakby nie chciała mu uwierzyć. Zawsze będzie najmłodszym dzieckiem w tej rodzinie. – Może jak będziesz starszy.
– A może coś strasznego, ale dla dzieci? – wtrącił Peter.
Nastolatkowie spojrzeli na niego z ukosa, tak jakby wygłosił potworne bluźnierstwo.
– No co? – Uniósł dłonie w obronnym geście. – Słyszeliście kiedyś o Narzeczonej Frankensteina? Jak byłem w waszym wieku, wydawała mi się przerażająca.
– Tato nie głosuje – orzekła stanowczo Olivia.
Rozdrażniony Max skrzyżował ramiona. Był w najlepszym wieku, by oglądać horrory i thrillery, a rodzinny wieczór filmowy rzadko zapewniał mu podobną rozrywkę.
– Może nie powinieneś być takim cieniasem, co, Arch? – rzucił gniewnie.
– Nie boję się – odparł Archie z równą irytacją. – Oglądałem u Chrisa Teksańską masakrę piłą mechaniczną.
– Że co? – Mama zrobiła wielkie oczy.
– Ooo – zakpił Max, zupełnie nieporuszony. – Wielki Archie, co za twardziel.
– No, akurat. Greg Sanders opowiadał Oliverowi, że w czasie wiosennej przerwy był u Lauren Hamilton, oglądaliście Obcego, a ty przez całą końcówkę miałeś zamknięte oczy – odpalił jego młodszy brat.
– Czekaj, co oglądałeś u Chrisa? – powtórzyła Liz.
– Po prostu zapytaj Randy’ego, co wypożyczyć – zaproponowała Olivia, szybko zmieniając temat. Archie podziękował jej w duchu.
– Tak – poparł córkę Peter. – Zapytaj Randy’ego. Coś zabawnego, coś dla całej rodziny. – Randy Dean był właścicielem Filmowego Fioła, najlepszej (i jedynej) wypożyczalni wideo z kasetami Betamax na oregońskim wybrzeżu. Stanowił również źródło wiedzy o filmie, prawdziwą encyklopedię mało znanych faktów.
– Bueee – jęknął Max. – Skończymy oglądając jakiś czarno-biały rosyjski film o klaunach albo coś w tym rodzaju.
– Ale uwiń się szybko – polecił Peter. – Zaraz dzwonię po pizzę.
Chwilę później Archie znalazł się za drzwiami frontowymi. Zbiegł po schodach, wskoczył na rower, wyjechał na jezdnię i ruszył w kierunku głównej ulicy.
Dzień był ciepły, toteż bryza od morza raczej ogrzewała, niż chłodziła. Rozpędził się nieco i już bez pedałowania zjechał ze wzgórza, czując, jak w miarę nabierania prędkości owiewa go coraz silniejszy wiatr. Nacisnął hamulce przed znakiem stopu przy Overland, ale prawie nie zwolnił na skrzyżowaniu. Znaki stopu w Seaham traktowano bardziej jak sugestię niż nakaz. Wkrótce wtoczył się na Charles Avenue, nazwaną tak od imienia założyciela miasta, Charlesa Langdona. Od imienia, ponieważ ulicę biegnącą od autostrady już wcześniej ochrzczono Langdon Road.
Langdon, król branży futrzarskiej z końca dziewiętnastego wieku, odcisnął piętno na niemal każdym zakątku miasta. W Seaham znajdował się więc Dolly Park, którego nazwa upamiętniała najmłodszą córkę Langdona, zmarłą na suchoty w wieku jedenastu lat, a także nazwana od imienia jego żony Abigail Street, biegnąca prostopadle do Charles Avenue, która z kolei zmierzała ku oceanowi, a tam przecinała ją Bosun Drive, równoległa do plaży i nosząca imię ulubionego bernardyna Charlesa. Nad tym całym układem pamiątkowych ulic górowała oczywiście posiadłość Langdonów, szacowny wiktoriański potwór, obecnie niemal całkowicie zrujnowany. Stał na klifie na północ od miasta, zagrożony rychłym wyburzeniem – przynajmniej do momentu rozmowy telefonicznej, którą przeprowadził tego popołudnia Peter Coomes. Mimo że imiona i nazwisko Langdonów figurowały na połowie tabliczek z nazwami ulic w mieście, rodzina po cichu usunęła się w cień. Ich dom stał pusty. Służył jednak jako pożywka dla wyobraźni dzieciaków z okolicy, które dzieliły się opowieściami o duchach nawiedzających Langdon House i okropnych morderstwach, jakie bez wątpienia popełniono kiedyś w jego murach. Wśród uczniów podstawówki w Seaham narodziła się nowa tradycja: rzucać młodszym rocznikom wyzwanie, by weszli po zmroku przez bramę na teren posiadłości i rzucili kamieniem w okno. Niestety za czasów Archiego w całym domostwie nie pozostała już ani jedna nietknięta szyba, toteż on i jego przyjaciele musieli zadowolić się innymi bohaterskimi czynami, takimi jak oberwanie okiennicy albo deski z zewnętrznej okładziny ściany.
Archie skręcił w prawo, w Charles Avenue, biegnącą ku plaży. Na głównej ulicy widać było jeszcze kilka samochodów, ale tłum pierwszych letników w tym roku w większości opuścił już Seaham późnym popołudniem, zmierzając ku wynajętym domkom i motelom z widokiem na ocean. Goście zaczynali gromadzić się w Morskiej Wiedźmie, jedynym barze w Seaham, a w okolicy unosiła się jego charakterystyczna woń, ciężka mieszanka zapachu piwa i dymu papierosowego. Archie przejechał obok sklepu spożywczego i pomachał pani Parsons, która wytaczała wózek z przecenionymi książkami w miękkich okładkach przed wystawę Bookstall, jedynej księgarni w Seaham.
Przez całą długość następnej przecznicy ciągnęły się sklepy z latawcami i słodyczami, które na zimę zapadały w hibernację niczym niedźwiedzie, budząc się tylko na pięć miesięcy letniego sezonu turystycznego w Seaham. Teraz jednak latawce prezentowały się dumnie na wieszakach nad chodnikiem, a na sąsiednich wystawach mechaniczne ramiona rozciągały i mieszały różową masę ciągutkową, niczym superbohatera, którego największy wróg przepuszcza przez wyżymaczkę.
Na rogu Charles i Devon (nazwanej tak dla uczczenia angielskiego hrabstwa, z którego pochodzili Langdonowie) znajdował się niegdysiejszy bar, kupiony przez Randy’ego Deana i przekształcony w wypożyczalnię kaset wideo. To tutaj zdążał Archie, kiedy niemalże wjechał w kobietę stojącą na środku ulicy.
Nacisnął gwałtownie hamulce, a rower zanurkował i chłopiec poczuł, jak nagła siła ciągnie go do przodu nad kierownicą. W samą porę zdołał się odchylić, a tylne koło pojazdu z łomotem uderzyło w krawężnik i się oślizgnęło. Archie wrzasnął i wyrzucił nogę w bok, żeby się nie przewrócić, ale było już za późno. Uderzył ciężko w ziemię.
Podniósł wzrok, żeby przyjrzeć się stojącej nad nim kobiecie. Starsza pani miała na oko siedemdziesiąt lat, a jej twarz poznaczona była zmarszczkami. Skórę miała opaloną na ciemnobrązowo, jej strój był brudny, postrzępiony i utytłany ziemią. Patrzyła obojętnie na chłopaka, najwyraźniej niewzruszona tym, że przed chwilą niemal ją staranował.
Archie oczekiwał od staruszki jakiejkolwiek reakcji, choćby nawet oburzenia, jakiegoś „patrz, gdzie jedziesz, chłopcze!”, ale się nie doczekał. Wstał więc z jezdni i powiedział:
– Przepraszam, nie zauważyłem pani.
Kobieta nadal się na niego gapiła. Jej szczęka obwisła, oczy miała szeroko otwarte, tak jakby właśnie doświadczyła czegoś przerażającego. Archiego przeszył dreszcz.
– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu.
– Powinni byli zostawić to w ukryciu – powiedziała kobieta cichym, łamiącym się głosem. Ślina spływała jej z kącika ust. – Powinni byli zostawić to w ukryciu.
– Słucham?
Staruszka zaczęła ku niemu sunąć, wwiercając się teraz wzrokiem w jego oczy.
– Coś tam na dole znaleźli – wymamrotała. – Na dole, pod klifem. Coś, co powinno tam zostać. Słyszysz?
– Yy, tak – odpowiedział Archie. Podniósł rower z jezdni i odsunął się powoli od kobiety. – Nie wiem, o czym pani mówi.
Zmrużyła raptownie oczy i wykrzywiła usta, a on zdał sobie sprawę, że zaczęła płakać.
– Powinni byli zostawić to w ukryciu! Powinni byli zostawić to w ukryciu! – piszczała głosem nabrzmiałym paniką, a Archie zaczął się rozglądać, sprawdzając, czy widzi to ktoś poza nim. Zastanawiał się także, czy nieznajoma potrzebuje pomocy, bo może właśnie przeżywa załamanie nerwowe. Nie sądził, by jemu samemu udało się z tym poradzić. Tymczasem nagle wszystkie emocje zniknęły z jej twarzy, odwróciła się od niego i poszła dalej ulicą. Słyszał, jak szura nogami i mamrocze do siebie w kółko: – Powinni byli zostawić to w ukryciu…
Archie poczuł się dziwnie wstrząśnięty. Stał nieruchomo na chodniku, patrząc za kobietą.
W tym momencie poczuł dokuczliwe kłucie w prawej nodze. Podwinął dżinsy i zobaczył, że zdarł sobie kawał skóry z goleni. Skrzywił się i opuścił nogawkę, po czym poprowadził rower do słupka z nazwą ulicy i przypiął do niego swój pojazd. Spojrzał w głąb przecznicy, by sprawdzić, czy staruszka wciąż tam idzie, ale nie było jej nigdzie widać. Opanował dreszcz i wszedł do wypożyczalni wideo.
– Hej, a oto i gość, którego potrzebujemy! – stwierdził Randy Dean, kiedy dzwonek nad drzwiami obwieścił wejście Archiego. Mężczyzna stał za ladą, pracowicie ładując stos kaset do maszyny przewijającej. Na kontuarze siedział Oliver Fife i żuł lukrecjowego żelka red vine, którego wziął z pojemnika stojącego przy kasie. Żelki kosztowały po pięć centów za sztukę, ale Archie i Oliver jako stali klienci mogli się nimi częstować do woli – oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
– Hej, Arch – przywitał się Oliver z ustami pełnymi czerwonej masy. – Musisz nam wszystko opowiedzieć.
– Ale o czym? – nie zrozumiał Archie.
– Pan Fife jest najwidoczniej niezwykle ciekawy, co się stało na budowie na ziemi Langdonów – wyjaśnił Randy, przyglądając się szpulom kasety wideo, by ocenić, czy została przewinięta. Na każdej taśmie z Filmowego Fioła były nalepki z napisem „Nie bądź żmija, film przewijaj!” (z obrazkiem węża pełznącego nad słowami), ale głównym zajęciem Randy’ego, na które zawsze się skarżył, było przewijanie kaset za klientów, którzy zignorowali instrukcję z naklejki. Włosy Randy’ego Deana opadały w długich puklach wokół twarzy z okularami w grubych oprawkach, jakie wyszły z mody co najmniej dziesięć lat wcześniej. Miał na sobie różową koszulkę polo i parę wysoko podciągniętych dżinsów, spiętych wokół jego gruszkowatego ciała brązowym plecionym paskiem.
– Słyszałem, że nagle wstrzymali tam roboty – powiedział Oliver. Sięgnął po kolejnego cukierka, ale powstrzymało go ostrzegawcze cmoknięcie Randy’ego. Ciągnął więc: – Pomyślałem, że będziesz wiedział, co tam się dzieje.
– Ej, ale skąd o tym wiecie? – zdziwił się Archie.
– Brody Tyke. Przed chwilą stąd wyszedł. Chyba pracuje w tamtej ekipie – wyjaśnił Randy.
– Jaskinia, Archie – wtrącił Oliver, patrząc na kumpla wielkimi oczami. – Dokopali się do czegoś, co wygląda jak wielka jaskinia w klifie. – Archie znał go od drugiej klasy, kiedy to rodzina Fifów przeprowadziła się do Seaham z Arizony. Natychmiast się zaprzyjaźnili: obaj byli oczarowani Gwiezdnymi wojnami i komiksami o superbohaterach. Filmowy Fioł stał się dla Olivera czymś w rodzaju bazy, jego Fortecą Samotności, jak czasem nazywał wypożyczalnię. Tutaj przebywał w otoczeniu ikon oraz pamiątek ze swoich ulubionych fikcyjnych światów: między ciągnącymi się półkami kaset oraz rozwieszonymi na ścianach plakatami szpiegów w ciemnych okularach i wojowników w skórzanych strojach. Oliver był dziwakiem, a w miarę upływu lat wydawał się dziwaczeć coraz bardziej. Wiadomość o jaskini pod posiadłością Langdonów musiała go podekscytować. – Jak myślisz, co tam znaleźli? Musi to być coś wielkiego, jeżeli przez to wstrzymali budowę, no nie? – zapytał.
– Chyba wiesz więcej niż ja – odparł ostrożnie Archie. – Tato powiedział tylko, że dalsze prace nie są bezpieczne, to wszystko.
Do wypożyczalni weszła para, kobieta i mężczyzna. Randy wymruczał powitanie, a tamci po chwili powędrowali w najdalszy kąt Fioła.
Oliver pokręcił głową.
– Nie-e – stwierdził. – To za proste. A kiedy coś jest za proste, nie może być prawdziwe.
– Młotek Ockhama – rzucił cicho Randy.
– Myślę, że coś tam znaleźli – upierał się Oliver. – A teraz próbują zachować to w tajemnicy. Mam przeczucie.
Słowa dziwnej kobiety zadźwięczały echem w głowie Archiego.
– Nie sądzę – odparł.
– A ty co myślisz, Randy? – zapytał jego przyjaciel.
– Wskrzeście zmarłych – odpowiedział tajemniczo Randy. – Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy. Leo DeSanto. Jeden z jego pierwszych filmów. – Wysunął się zza lady i podszedł do ściany, na której eksponowano horrory, ulubionego miejsca Archiego i Olivera. Pudełka z kasetami układały się tu w mozaikę potworności i traumy: krzyczące kobiety trzymające się z przerażenia za szyję stały przed gigantycznymi pazurzastymi dłońmi, a krwawa czcionka wyróżniała takie tytuły jak Dziedzictwo demona, Cheerleaderka z piłą łańcuchową i Córka Drakuli. Lśniące ostrza, namalowane aerografem, zwisały niczym wahadła nad nieświadomymi zagrożenia nastolatkami, demony gapiły się pożądliwie, a nawiedzone domy straszyły samym wyglądem. Archie nie musiał oglądać tych filmów, by wyobrażać sobie, co obiecują – potrafił odtworzyć w głowie opowieści na podstawie obrazków na frontach pudełek i streszczeń fabuły na ich tylnych stronach.
Randy zdjął z półki jedną z kaset. Na pudełku widniał stary, ceglany budynek szkoły, stojący na ciemnym trawniku, pociętym zygzakami pęknięć. Tytuł Wskrzeście zmarłych wypisano ociekającą czerwonymi kroplami czcionką. Slogan reklamowy pod obrazkiem głosił: „Koniec szkoły – już na wieczność!”. Mężczyzna streścił im fabułę:
– Okazuje się, że tę szkołę zbudowano nad pogrążonym w ziemi starożytnym egipskim kurhanem. Pewne dzieciaki znajdują przejście do grobowca przez kanciapę woźnego, no i, jak łatwo sobie wyobrazić, rozpętuje się tam piekło. Dosłownie. Prawdę mówiąc, to takie straszne, że prawie narobiłem w gacie. Nie jest to najlepszy film DeSanto, ale wydaje się związany z naszym tematem, nieprawdaż?
– Myślisz, że pod posiadłością Langdonów znajduje się egipski grobowiec? – spytał Archie.
– No nie – odparł Randy. – Ale mógłby tam być jakiś inny grób. Albo coś, co być może pogrzebano dawno temu. A ci, co to tam schowali, nie chcieli, żeby to odkopano.
Archie spojrzał na niego ostro. Zaczął coś mówić, chcąc opisać niedawną rozmowę ze starszą kobietą na ulicy, ale się powstrzymał. Tamto spotkanie było zbyt dziwaczne.
– Gdzie to kręcili? – zapytał Oliver.
– Dobre pytanie – uznał Randy. – Chyba w Pensylwanii. W Pittsburghu? Zdaje mi się, że w latach siedemdziesiątych tam było najtaniej filmować.
– Jakim cudem egipski grobowiec znalazł się pod szkołą w Pittsburghu? – zdumiał się Archie.
Randy uśmiechnął się i odparł:
– Magia kina, mój drogi.
Przyjaciele spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem.
– Tak, akurat – rzucił Archie.
– A co, jeśli… – zaczął Oliver. – Co, jeśli tam jest coś innego, dajmy na to, skarb? Wiecie, może Langdonowie dawno temu ukryli pod domem jakieś bogactwa. To już bardziej realistyczne, prawda? No i co z klątwą Langdonów?
– Klątwą Langdonów? – spytał właściciel wypożyczalni.
Oliver przewrócił oczami.
– Daj spokój, Randy. Wiesz przecież. Ci Langdonowie przez lata powariowali. Wszystkie pokolenia. Każde bardziej szalone niż poprzednie.
– Ach, ta klątwa! – powiedział Randy i uśmiechnął się krzywo.
– Tam na pewno jest jakiś skarb. Mam rację? – Oliver spojrzał niecierpliwie na pozostałych.
– Może i tak, może, kto wie – odparł Randy wracając za ladę. Chłopcy zostali jednak przed działem horrorów, przeglądając jego zakazaną zawartość.
– No nie wiem, chłopie – stwierdził Archie wyciągając z półki kasetę z filmem zatytułowanym C.H.U.D. i czytając streszczenie z tyłu pudełka.
– No, dawaj, stary – upierał się Oliver. – Powinniśmy to sprawdzić.
– Ollie, cała posiadłość jest ogrodzona płotem – powiedział Archie. Wiosną odwiedził tatę w pracy raz czy dwa i nawet wtedy przedostanie się na plac budowy graniczyło z niemożliwością.
– Założę się, że znajdziemy w nim dziurę – oznajmił przyjaciel. – Zwłaszcza teraz, skoro nikogo tam nie ma. No weź, mam przeczucie.
– Właśnie to mnie martwi. Ty i twoje przeczucia. Pamiętasz jak ostatnio miałeś jedno z nich?
Oliver spoważniał.
– To było coś innego – oświadczył.
Archie nie musiał mu przypominać szczegółów: od kiedy zostali przyjaciółmi, Oliver był znany z popadania w dziwne stany, które dorośli nazywali „niewyjaśnionymi epizodami”. Na przykład poprzedniej jesieni ogarnęło go najgłębsze przekonanie, właśnie pod przemożnym wpływem przeczucia, że nowy nauczyciel matematyki jest „upiornym bytem”. Tak to w każdym razie przedstawił. Wskrzeszoną duszą zmarłego. Był o tym tak przeświadczony, że pewnego dnia po lekcjach zdecydował, że musi poważnie porozmawiać o tym z matematykiem. Nie trzeba dodawać, jak go tym zaskoczył. Ledwie nauczyciel zaczął się bronić, kiedy Oliver zbladł, a oczy uciekły mu w głąb czaszki. Chris Pedersen, który stał w pobliżu, zdołał go złapać, zanim padł na podłogę. Olliego odniesiono do gabinetu pielęgniarki i musiała po niego przyjechać matka. Sprawa nigdy nie została wyjaśniona, nawet przez samego Olivera, natomiast na korytarzach podstawówki w Seaham szeptano, że chłopak miał coś w rodzaju ataku padaczki.
– Dobra – zgodził się teraz Archie.
– No weź, stary – powtórzył Oliver. Wyjął pudełko z kasetą z dłoni przyjaciela i zwrócił je na półkę. – Nie musimy tam wchodzić, wystarczy, że popatrzymy.
Archie spojrzał na niego z ukosa. Wiedział doskonale, że to mękolenie nie będzie miało końca, dopóki się nie podda.
– Tylko popatrzymy?
Oliver się uśmiechnął.
– Tylko popatrzymy – potwierdził.
– Okej – westchnął Archie. – Ale nie wchodzimy za ogrodzenie. Jak nas złapią, tato mnie zabije. Zostanę uziemiony na całe lato albo coś koło tego, a wtedy żegnaj, leśny biwaku.
Ollie położył rękę na piersi i zrobił poważną minę.
– Nikt ani nic nie stanie na przeszkodzie naszemu biwakowi. Nie przejdziemy przez ogrodzenie. Daję słowo.
– Przysięgnij na coś.
Przyjaciel rozejrzał się po pomieszczeniu, aż dostrzegł kasetę. Podszedł do jednego z sąsiednich regałów i wyciągnął film z półki, po czym przyniósł i wręczył go Archiemu: to był Excalibur Johna Boormana z 1981, który obaj uwielbiali. Archie trzymał pudełko, a Oliver położył na nim dłoń i przemówił z namaszczeniem, naśladując brytyjski akcent najlepiej jak potrafił:
– W imię Boga, świętego Michała i świętego Jerzego… – cytując słowo w słowo mowę Uriena podczas pasowania Artura na rycerza po bitwie pod Cameliard.
Archie przewrócił oczami.
– Po prostu przysięgnij.
– Przysięgam, że nie przejdziemy przez ogrodzenie – powiedział Oliver.
To usatysfakcjonowało Archiego: odstawił film na miejsce w dziale fantasy. Ollie podążał za nim, paplając z ekscytacją:
– Spotkajmy się jutro przy ławkach o dziesiątej. Zadzwonię do Chrisa i Atheny. Zabiliby nas, gdyby się dowiedzieli, że pojechaliśmy tam bez nich.
– Hej, macie to na VHS? – odezwał się mężczyzna z drugiej strony wypożyczalni, turysta, który wszedł tu przed chwilą wraz z towarzyszką. Trzymał pudełko z kasetą.
Stojący za ladą Randy raptownie uniósł dłoń z przewijarki, aż się zatrzęsła i stanęła. Spojrzał na faceta znad okularów i patrzył tak przez chwilę, aż w końcu wskazał tabliczkę nad ladą z napisem „Tylko Beta”.
Mężczyzna odparł:
– Ale w domku, który wynajmujemy, nie ma magnetowidu w standardzie Betamax.
Randy wzruszył ramionami i wrócił do przewijania, tymczasem zniechęcona para odłożyła pudełko na półkę i wyszła.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Oliver zapytał:
– O co właściwie chodzi z tymi kasetami? Tylko Beta? Teraz wszyscy mają magnetowidy VHS, w każdym razie wszyscy poza Seaham.
– Betamax to dużo lepsza technologia – odpowiedział wyniośle Randy. – Wyższa jakość, wyraźniejszy obraz. Wierz mi, Beta w końcu wygra, VHS to przelotna moda. Te wielkie, niezgrabne kasety. – Pokręcił głową z dezaprobatą.
– Kurczę! – wyrwało się Oliverowi, kiedy spojrzał na zegar za kontuarem. – Muszę lecieć. – Spojrzał na Archiego. – Jutro. O dziesiątej. Przy ławkach.
Jego przyjaciel westchnął.
– Taa. Widzimy się jutro.
– Cześć, Randy – rzucił Oliver w przelocie, wychodząc z wypożyczalni.
– Przyjemnie było spotkać, panie Fife – odparł właściciel. W tej samej chwili telefon na ladzie zadzwonił, a Randy go odebrał. – Filmowy Fioł, tylko Beta, najlepsze filmy na okrągło, mówi Randy Dean. Czym mogę służyć?
Archie tymczasem powędrował do działu oznaczonego „Komedia” i błądził wzrokiem po tytułach i zdjęciach na okładkach pudełek. Randy tymczasem cały czas przewijał niekończący się stos kaset, trzymając słuchawkę między ramieniem a policzkiem.
– Aha – powiedział. – Pewnie. Tak, myślę, że to mamy. – Przesunął słuchawkę pod brodę i zawołał do Archiego: – Hej, możesz zerknąć i sprawdzić, czy jest tam film Zabawna historia wydarzyła się w drodze na forum? Powinien stać tuż nad tobą, po lewej.
Chłopak spojrzał.
– Jest! – odkrzyknął.
– Tak, mamy to – oznajmił Randy do telefonu. – Hmm? Tak, to Archie Coomes. Mogę go zapytać. Sekundkę. – Znów przesunął słuchawkę niżej i zawołał: – Mógłbyś po drodze do domu zawieźć film Birgitcie Woodley?!
– Pewnie – odparł Archie. – Znaczy, nie mam nic przeciwko.
– Tak. Załatwione, Birgitto – zwrócił się Randy do rozmówczyni.
Tymczasem Archie wybrał film Fletch, który, jak pamiętał, grano w kinie w Astorii dwa sezony wcześniej. Wyjął kasetę z półki i podszedł do lady z dwoma pudełkami.
– Aa, tak – stwierdził Randy, odkładając słuchawkę. – Dobra komedia, boki zrywać. Powinna zadowolić całą trzódkę. – Wziął pudełka, sprawdził jeszcze, czy oba zawierają kasety i przesunął czytnikiem nad przyklejonymi na nich kodami kreskowymi. Ciche piśnięcia komputera potwierdziły status wypożyczanych filmów i Randy wręczył je z powrotem Archiemu. – Fletch ma tu wrócić do środy. Powiedz Birgitcie, że to także termin zwrotu Forum.
– Jasne.
– Pozdrów ode mnie rodzinkę – dodał Randy.
– Zrobi się – odpowiedział chłopak. Odwrócił się i ruszył do wyjścia, ale ledwie dotarł do drzwi, usłyszał:
– Jeszcze jedno, młody.
– Tak?
– Tylko ostrożnie tam pod klifem – uzupełnił Randy z poważną miną.
Archie przewrócił oczami.
– Poszukamy mumii, nie martw się. – Uniósł ramiona, naśladując zombie z filmów, ale przy tym niemalże upuścił kasety niesione pod pachą. Randy pozostał poważny, kiedy Archie popchnął drzwi i opuścił wypożyczalnię.
Na dworze ludzie wracali z plaży, objuczeni latawcami, kocami i parasolami. Psy tańczyły wokół opiekunów, podczas gdy spalone słońcem, zmęczone dzieci ładowano do zaparkowanych kombi. Archie wepchnął kasety do torby przypiętej na kierownicy i odpiął rower od słupka. Wyjechał na ulicę, lawirując pomiędzy samochodami z biegłością kogoś, kto spędził życie przemykając między pojazdami prowadzonymi przez zdezorientowanych turystów. Przeciął Charles Avenue i skręcił w alejkę za Morską Wiedźmą, kierując rower przez opary z frytkownicy. Potem szybko w lewo, w Abigail… i wtedy właśnie zauważył Brody’ego Tyke’a.
Usłyszał Brody’ego, zanim go dostrzegł, ponieważ Tyke siedział w kabinie swojego pikapa, wrzeszcząc do ciężkiej muzyki dobiegającej z głośników, i bębniąc wściekle palcami w kierownicę.
– Hej, Archie! – ryknął, przekrzykując wycie przesterowanej gitary. – Archie Coomes!
Chłopiec udawał, że nie słyszy, i jechał przed siebie ulicą. Ku swojemu przerażeniu usłyszał, jak pikap za nim dodaje gazu i zaczyna go wyprzedzać.
– Dokąd to się tak spieszysz?! – zapytał Brody, przyhamowując i jadąc równolegle do rowerzysty.
– Wracam do domu – odparł Archie ze wzrokiem utkwionym w jezdni przed sobą.
– Chcę z tobą pogadać! – Tyke musiał przekrzyczeć warkot silnika i jęki heavy metalu.
– Z przyjemnością, ale teraz muszę spadać do domu – odparł Archie i nacisnął na pedały, wyprzedzając samochód.
Brody wcisnął gaz. Chmura czarnego dymu uniosła się z rury wydechowej. Pikap wystrzelił naprzód i zajechał drogę Archiemu, niemal zrzucając go z roweru.
– Jezu! – wykrzyknął chłopak, hamując z piskiem opon.
Tyke zatrzymał swój pojazd na środku drogi, blokując ją. Wyłączył muzykę i popatrzył na Archiego przez okno pasażera, ponad górnymi krawędziami okularów przeciwsłonecznych.
– Sprawa wygląda tak, że parę dni temu miałem robotę, a teraz jej nie mam – powiedział. – Czemu twój stary nie chce budować tego hotelu na klifie? Chciałbym to wiedzieć.
Brody miał dziewiętnaście lat. Wyleciał w niesławie z trzeciej klasy liceum Harrisburg High. Długie blond włosy w strąkach zawsze przykrywał czapką bejsbolową noszoną daszkiem do tyłu. Miał na sobie codzienny mundurek: czarną koszulkę ozdobioną postrzępionym logo jakiegoś metalowego zespołu.
– Nie wiem, czemu – oznajmił Archie. – Dlaczego wszyscy myślą, że wiem?
– To twój wapniak odwołał wszystkich z placu. Muszę się dowiedzieć, z jakiej paki. Liczyłem na tę fuchę, człowieku.
„Tak, i nie tylko ty”, pomyślał Archie.
– Odczep się ode mnie.
– Coś ty powiedział?
– Żebyś się ode mnie odczepił. – Archie zaczął objeżdżać rowerem przód pikapa Tyke’a.
– Co tu się dzieje? – dobiegł ich z przeciwnej strony ulicy kobiecy głos z nikłym europejskim akcentem. Archie spojrzał i zobaczył Birgittę Woodley stojącą na ganku.
Brody ją zignorował.
– Powiedz swojemu tatusiowi, że wisi mi zielone – polecił przez okno. – Wisi ten szmal całej ekipie. I niech lepiej go wykaszle. – Rzucił Birgitcie lekceważące spojrzenie, ryknął silnikiem i odjechał.
Archie odprowadzał go wzrokiem. Kiedy pikap zniknął za rogiem, wprowadził rower na chodnik. Podszedł z nim do domu Woodleyów, wyjął kasetę z torby przy rowerze i wmaszerował po schodach na ganek Birgitty.
– Dziękuję ci – powiedziała odbierając od niego pudełko. Urodziła się w Szwecji i upinała długie siwe włosy w stateczny kok. – Dlaczego pozwalasz, żeby tamten chłopak cię zaczepiał?
– Wcale nie pozwalam – zaprotestował. – Wolałbym, żeby tego nie robił.
Kobieta zacmokała sceptycznie, a Archie nie potrafił zgadnąć, czy to dezaprobata wobec niego, czy też Brody’ego. Birgitta Woodley zawsze wydawała się zachowywać z pewną surowością, co, jak zakładał Archie, było częścią jej europejskiego dziedzictwa.
– No cóż, w każdym razie dziękuję za dostarczenie filmu – oznajmiła. – Proszę, pozdrów ode mnie swoją matkę.
– Pozdrowię – przyrzekł Archie. – Do widzenia, pani Birgitto.
Weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi, a on został sam na ganku. Chciał wrócić do pozostawionego na chodniku roweru, ale w tym momencie coś dziwnego przyciągnęło jego wzrok. Spojrzał pod nogi, na zakurzoną plecioną wycieraczkę, leżącą na progu domu Woodleyów.
Na jej środku leżała drobna moneta.
Wybór filmu okazał się tylko częściowym sukcesem. Max widział go już wcześniej, Olivia i Annabelle miały ochotę na coś w stylu komedii osadzonej w liceum, ale Liz i Peter, mający niewielkie pojęcie na temat filmów wyprodukowanych po 1975, wydawali się podekscytowani. Liz sądziła, że Chevy Chase to przystojniak, i śmiała się ze wszystkich gagów, nawet tych mniej zabawnych. Peter oglądał w grobowym milczeniu, tym bardziej, że seans regularnie przerywał mu dzwonek telefonu z kuchni. Najpierw zatrzymywali film za każdym razem, kiedy ojciec opuszczał kanapę, ale aparat dzwonił tak często, że Peter w końcu poprosił, żeby oglądali bez niego, podczas gdy on wystawał w kuchni, odpowiadając na wątpliwości kolejnego inżyniera, projektanta, architekta czy robotnika. Kuchnia przylegała do salonu, więc Archie nie mógł nic poradzić na to, że słyszał część tych rozmów.
Przez cały film zastanawiał się nad monetą, którą widział na wycieraczce u Woodleyów. Wrócił do domu z postanowieniem, że sprawdzi, czy przed drzwiami jego domu wciąż leży drobniak, ale z zaskoczeniem i niejaką ulgą odkrył, że moneta zniknęła.
Kiedy na ekranie pojawiły się napisy, Peter wszedł do salonu, ogarnąwszy kolejną serię rozmów.
– Co, już koniec? – zapytał, patrząc na przesuwające się nazwiska. – I co się stało? No wiecie, z tym gościem?
– Tato… – jęknęła Annabelle. – Przegapiłeś z połowę filmu.
Telefon znów zadzwonił. Rodzice wymienili zdesperowane spojrzenia, po czym Peter poszedł odebrać.
– Max, to do ciebie! – zawołał po chwili z wyraźną ulgą. Max skoczył na równe nogi i potruchtał do kuchni. Olivia i Annabelle poszły na górę, do swojego pokoju, Liz zaczęła przeszukiwać stos poczty na małym stoliku, a Archie, nie spodziewając się, by ktokolwiek inny wziął na siebie ten obowiązek, klęknął przy magnetowidzie i nacisnął przycisk przewijania.
– Hej – odezwała się Liz ponad wizgiem urządzenia. – Corkerowie urządzają jutro wyprzedaż garażową w Cannon Beach. Ich najstarsza idzie do college’u. Cindy powiedziała, że będą mieli na sprzedaż sporo kaset. Może chcesz tam pojechać i sprawdzić?
– Uch, nie – odparł Archie. – Nie mogę, naprawdę.
– Masz coś innego do roboty?
– Tak – przyznał. – Nic specjalnego. Tylko spotykam się, no wiesz, z Olliem, Chrisem i Atheną.
– No to zapowiada się zabawa – stwierdziła Liz. – Będziecie planować wyprawę do lasu?
– Tak. Wiesz, musimy się dogadać, kto co bierze, i takie tam.
– A to mi przypomina, że jeżeli chcesz wziąć namiot, powinieneś go przewietrzyć. Leży w szopie od sierpnia.
– Jasne – zgodził się Archie. Magnetowid raptownie się zatrzymał i chłopak wcisnął przycisk wysuwania kasety. Umieścił ją z powrotem w pudełku i odłożył na telewizor. – Dobranoc, mamo.
– Dobranoc, kochanie – rzuciła Liz, zatopiona w lekturze gazety.