Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Max Einstein nie jest typową dwunastolatką. Potrafi złamać zabezpieczenia systemów komputerowych, wymyśla genialne wynalazki i rozmawia z Albertem Einsteinem.
Wszystko w życiu dziewczynki zmienia się, gdy razem z innymi nieprzeciętnymi nastolatkami trafia do tajemniczej organizacji. Czy młodzi geniusze będą umieli wykorzystać swoje zdolności i wiedzę, by uratować świat? Czasu na działanie jest mało, a wróg czai się tuż za rogiem.
Poznaj Max Einstein i jej przyjaciół, a przekonasz się, że odwaga, nauka i wyobraźnia otwierają drzwi do niesamowitych przygód!
To pierwsza i jedyna książka przygodowa oficjalnie autoryzowana przez Archiwum Alberta Einsteina.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2021
1
Odór końskiego nawozu gwałtownie przebudził Max Einstein.
– No jasne!
Choć cała się trzęsła, zrzuciła z siebie koc i wyskoczyła z łóżka. Właściwie nie było to prawdziwe łóżko. Raczej nierówny, poplamiony wodą materac o postrzępionych krawędziach. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Dobre pomysły pojawiały się w najróżniejszych momentach.
Pomknęła wzdłuż ciemnego korytarza. Deski podłogowe – niewykończone i ułożone na gołych belkach – trzeszczały i chybotały się po każdym jej kroku. Gęstwina jej rudych kręconych włosów podskakiwała dziko.
Max zastukała knykciami w przechylone drzwi, które zwisały z zardzewiałych zawiasów.
– Panie Kennedy? – Zapukała ponownie. – Panie Kennedy?
– Co, do jasnej… – usłyszała zaspane mamrotanie. – To ty, Max? Wszystko w porządku?
Dziewczynka potraktowała to pytanie jako pozwolenie na wejście do mieszkania pana Kennedy’ego i wparowała przez jego rozklekotane drzwi.
– Jest dobrze, panie Kennedy. A nawet lepiej niż dobrze! Mam tu coś fantastycznego! A przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie to na pewno coś naprawdę, ale to naprawdę fajnego. Chodzi o pomysł, który może wszystko zmienić. Może nawet uratować nasz świat. Pan Albert Einstein nazwałby to „momentem aha”.
– Maxine…
– Tak, panie Kennedy?
– Dziewczyno, jest szósta rano.
– Poważnie? Przepraszam za najście w nieodpowiednią godzinę. Ale w końcu trudno przewidzieć, kiedy człowieka najdzie dobra myśl, no nie?
– To prawda. Trudno też przewidzieć cokolwiek związanego z tobą.
Max zarzuciła na sfatygowany sweter luźny prochowiec. Ostatnimi czasy sypiała w nim pod szorstką derką, jako że w jej tak zwanej sypialni było równie zimno jak tutaj, u pana Kennedy’ego.
Wysoki i dobrze zbudowany czarnoskóry mężczyzna o włosach przyprószonych siwizną wysunął się z łóżka i potarł oczy, próbując odpędzić senność. Z kartonu i starych gazet naszykował sobie buty, które następnie naciągnął na stopy.
– Zaczekaj no chwilę – powiedział. – Muszę założyć kapcie…
– Zwłaszcza że podłoga jest naprawdę zimna – powiedziała Max.
– Że co?
– Musiał pan stworzyć naprędce te bambosze, ponieważ co rano podłoga jest strasznie zimna. Zgadza się?
– Maxine… Śpimy przecież nieproszeni nad stajnią pełną koni. To oczywiste, że jest nam zimno. Do tego, jakbyś nie zauważyła, nie pachnie tu za dobrze.
Max, pana Kennedy’ego i pół tuzina innych bezdomnych śpiących w tym samym miejscu nowojorczycy nazywali potocznie squatterami. Oznaczało to, że nie płacą czynszu i zamieszkują puste piętra ponad stajnią. Na pierwszych dwóch kondygnacjach budynku mieściły się miejsca parkingowe dla powozów jeżdżących po Central Parku oraz boksy dla ciągnących je koni. Jeśli chodzi o trzy górne piętra, to właściciel budynku sądził, że aktualnie są puste.
– Zbliża się zima, panie Kennedy. A my nie mamy tutaj żadnego ogrzewania.
– Ano nie mamy. A wiesz dlaczego? Bo nie płacimy czynszu, Max!
– Zgadza się, ale tak czy owak w nadchodzących tygodniach zrobi się tu jeszcze zimniej. Być może wkrótce zamarzniemy na śmierć. Nawet jeśli zabijemy dechami wszystkie okna…
– Nigdy w życiu – wtrącił pan Kennedy. – Musimy tu mieć dopływ świeżego powietrza. Zwłaszcza przy tym całym nawozie, który zasmradza nam od dołu budynek…
– No właśnie! Dokładnie o tym chciałam z panem porozmawiać. Tego dotyczy mój wspaniały pomysł. Końskiego nawozu!
2
– Tak naprawdę to banalnie proste, panie Kennedy – powiedziała Max, po czym przesunęła się wzdłuż ściany pokrytej popękanym tynkiem i dotarła do fragmentu muru, którego dla odmiany nie pokrywało graffiti.
Wyciągnęła z rozwleczonego swetra gruby kawałek kredy i zaczęła rysować po ścianie, która nagle stała się jej tablicą do pisania.
– Proszę mnie tylko wysłuchać i spróbować mnie zrozumieć.
Max, która uwielbiała rysować w sfatygowanym szkicowniku uratowanym ze śmietnika, nagryzmoliła kredą radioaktywne symbole w kółkach i opisała je jako „nawóz/biopaliwo”.
– Aby ogrzać się podczas zimy, musimy jedynie spotkać się z panem Sammym Monkiem.
– Masz na myśli właściciela naszego budynku? – zapytał sceptycznie pan Kennedy. – Gospodarza, który nawet nie wie, że tu przebywamy? Czy aby na pewno chodzi ci właśnie o tego Sammy’ego Monka?
– Owszem, proszę pana – powiedziała Max, całkowicie pochłonięta rysowaniem na ścianie swojego diagramu. – Musimy go przekonać, żeby nam pozwolił zabrać koński nawóz.
Pan Kennedy wstał.
– Miałby nam oddać cały swój nawóz? A niby dlaczego mielibyśmy o to zabiegać, Max? Przecież to gnój!
– No cóż, ponieważ gdy już będę w posiadaniu całej tej końskiej kupy, będę mogła zaprojektować i stworzyć biogazownię na potrzeby położonych wyżej mieszkań.
– Zaprojektujesz bio-co?
– Gazownię, proszę pana. Biogazownię. Sklecimy tutaj naprędce fermentator beztlenowy, zmieniający koński nawóz w biogaz, który następnie wykorzystamy do wytworzenia prądu i ciepła.
– Chcesz tutaj nahajcować gazem wyciągniętym z końskiej kupy?
– Dokładnie! Fermentacja beztlenowa zakłada ciąg procesów biologicznych, w których mikroorganizmy rozkładają biodegradowalny materiał, taki jak koński nawóz. A że dokonują tego bez tlenu, nazywamy to reakcją beztlenową. I w ten oto sposób rozwiążemy nasze problemy z zimnem i brakiem prądu.
– Czy ty aby na pewno masz tylko dwanaście lat?
– Owszem. Przynajmniej o ile mi wiadomo.
Pan Kennedy posłał Max spojrzenie, do którego zdążyła już niestety przywyknąć. Jego wzrok mówił, że jest zupełnie szalona. Walnięta. Niespełna rozumu. Max jednak nie pozwalała, by takie spojrzenia podcinały jej skrzydła. Wiedziała, że Albert Einstein miał rację, mówiąc, że „wybitne umysły są zawsze atakowane przez miernoty”.
Nie chodziło jej oczywiście o to, że pan Kennedy był miernotą. Widocznie Max nie wyjaśniła wystarczająco dobrze swojej nowej, przełomowej koncepcji. Niekiedy pomysły pojawiały się w jej głowie tak szybko, że wydobywały się z jej ust w formie niezrozumiałego bełkotu.
– Panie Kennedy, potrzebujemy jedynie szczelnego pojemnika o rozmiarze pomiędzy zbiornikiem olejowym a cysterną paliwową. – Narysowała na ścianie zbiornik przypominający sześcian okolony stalowym ogrodzeniem. – Najlepiej nadałby się zbiornik zbudowany z wytrzymałego tworzywa sztucznego wzmocniony ocynkowanymi stalowymi obejmami. Wtedy wystarczyłoby już tylko zmierzyć i przyciąć trzy różne rury: jedną doprowadzającą nawóz, drugą do wylotu gazu i trzecią na potrzeby odprowadzania płynnego nawozu. Wszystkie trzy rury zamontujemy z zachowaniem szczelności połączeń na zbiorniku. Do układu podłączymy instalację wodociągową i już gra gitara.
Pan Kennedy pocierał szczeciniasty podbródek i podziwiał szczegółowy wykres stworzony przez Max na sypiącej się ścianie.
– To naprawdę genialne, Max – przyznał. – Zresztą jak wszystkie twoje pomysły.
Dziewczynka uśmiechnęła się nieśmiało, dumna z siebie.
– Dziękuję bardzo, panie Kennedy.
– Jest tylko jeden mały problem.
– Jaki, proszę pana?
– Cóż, chodzi mi o zbiornik. O ten sześcian. Jakie to ma rozmiary? Jakieś trzy metry na trzy metry na trzy metry?
– Mniej więcej.
– A do tego twierdzisz, że będziesz musiała wzmocnić go stalowymi obejmami. Wspominałaś coś o trzech rurach. No i instalacji wodno-kanalizacyjnej. Poza tym wydaje mi się, że będziesz potrzebowała odpowiedniego pieca do spalania gazu z końskich odchodów.
Max skinęła głową.
– I generatora, żeby móc wytworzyć własną elektryczność.
– No właśnie. Czy nie będzie nas to kosztowało dużo pieniędzy?
Max opuściła na moment kredę.
– Pewnie tak.
– A jak sądzisz, czego najbardziej brakuje ludziom squatującym w tym budynku?
Dziewczynka złożyła usta w ciup.
– Pieniędzy?
– Mhm. Dokładnie.
Max wepchnęła grubaśny kawałek kredy z powrotem do kieszeni swetra i otrzepała blade, zimne dłonie.
– Słuszna uwaga, panie Kennedy. Jak zwykle powinnam podejść do sprawy bardziej praktycznie. Dam znać, jak wymyślę jakiś lepszy plan. Postaram się zdążyć przed zimą.
– Wspaniale. Mam tylko jedną prośbę, Max.
– Słucham, proszę pana?
Pan Kennedy wpełzł z powrotem do swojego krzywego łóżka i podciągnął koc.
– Nie rób tego przed siódmą rano, dobrze?
3
Max spojrzała na zegarek.
Dopiero szósta siedemnaście rano. W przeciwieństwie do pana Kennedy’ego dziewczynka była rannym ptaszkiem. Było tak już od zawsze i uznała, że pewnie już się nie zmieni. To właśnie o poranku, zwłaszcza podczas tych cichych chwil pomiędzy snem i zupełnym przebudzeniem, jej zaspany mózg nachodziły najlepsze pomysły. Idee te pomagały jej odepchnąć smutek, który również pojawiał się zwykle w zupełnej ciszy. Było to uczucie, które prawdopodobnie dzieliły wszystkie sieroty. W jej przypadku było o tyle gorzej, że Max nie miała pojęcia, kim byli jej rodzice.
Przeszła po trzeszczącej podłodze przez korytarz do pokoju, starając się przy tym zachowywać tak cicho, jak to tylko możliwe. Słyszała, że pan Kennedy już zdążył na powrót zasnąć i chrapał.
Miejsce, w którym spała, ozdobiła w podobnym stylu jak wszystkie poprzednie tymczasowe pokoje: otworzyła na boku wytartą starą walizkę, zamieniając ją w gablotę na przedmioty związane z Albertem Einsteinem. Książki na jego temat i te jego autorstwa ustawiła u dołu tak, że wyglądały jak na półce. W obydwu częściach walizki wyłożyła kolekcję zdjęć i cytatów naukowca. Miała nawet jego figurkę z ruchomą głową, którą znalazła dawno temu na muzealnym śmietniku. Używała jej jako podpórki do książek.
Max nie pamiętała, skąd wzięła swoją walizkę. Miała ją od zawsze. Była starsza niż powyciągany sweter, a on nadawał się już przecież do sklepu z antykami.
Najstarsza fotografia w jej kolekcji, którą kiedyś ktoś inny (Max nie wiedziała kto) przykleił jej wewnątrz walizki, tak że krawędzie zdjęcia wywinęły się już na zewnątrz, przedstawiała wielkiego profesora zatopionego we własnych myślach. Miał sumiastego wąsa i długie, rozczochrane włosy. Splótł dłonie i wyglądał, jakby się modlił. Oczy zaś wznosił w stronę nieskończoności.
Zdjęcie stanowiło najstarsze wspomnienie Max. A w związku z tym, że nigdy nie poznała swoich rodziców, zaczęła mówić przed snem do tego dobrotliwego dziadka. Trzeba przyznać, że był wyjątkowo dobrym słuchaczem. W końcu zaciekawiło ją, kim jest ten tajemniczy mężczyzna, i tak właśnie zaczęło się jej trwające do dziś zauroczenie wszystkim, co związane z Einsteinem.
Intrygowało ją na przykład to, że choć urodził się w Niemczech, musiał opuścić dom przed drugą wojną światową. Albo że zajęty myśleniem o ważnych, niesamowitych sprawach, niekiedy zapominał o swojej pracy w biurze patentowym. Mieli ze sobą sporo wspólnego.
Obok tej fotografii znajdował się jej ulubiony cytat naukowca: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”.
– Zgadza się, oczywiście, chyba że nie masz pieniędzy na to, by spełnić swoje marzenia – wymamrotała Max.
Pan Kennedy miał rację.
Nie mogła sobie pozwolić na wybudowanie biogazowni. Nie mogła też prosić pana Sammy’ego Monka o koński nawóz ani o nic innego, ponieważ pan Sammy Monk nie miał zielonego pojęcia, że na opuszczonych piętrach jego stajni ktokolwiek mieszka. Musiała zatem wymyślić jakieś inne rozwiązanie kwestii ogrzania squatterów. Takie, które nie będzie jej kosztowało ani grosza, a które przy okazji uda się zrealizować dzięki odpadkom.
Max usiadła przy komputerze, który zbudowała ze znalezionych podzespołów. To niesamowite, ile rzeczy nowojorczycy wystawiają niekiedy na ulicę w dni odbioru śmieci. Dziewczynka zdołała przylutować do siebie (z pomocą nieuszkodzonego żelazka, które ktoś tak po prostu wyrzucił) kilka płyt głównych, niechciane okablowanie, niepotrzebne procesory, odrzucone klawiatury i pewien lekko uszkodzony ekran z wyrzuconego na śmieci MacBooka Pro, dzięki czemu stworzyła maszynę, która pracowała nawet szybciej niż jej własny mózg.
Dzięki systemowi publicznych hotspotów firmy Link NYC miała również dostęp do darmowego Wi-Fi. Mogła nawet naładować baterie komputera (które znalazła wyrzucone za jednym z lśniących sklepów firmowych Apple) w kiosku opodal stajni (stabilne łącze internetowe było jednym z powodów, dla których Max wybrała obecne miejsce zamieszkania; kolejnym była doskonała pobliska szkoła).
Dziewczynka włączyła przeglądarkę i wróciła do czytania zawartości strony internetowej, którą wrzuciła do zakładek zeszłej nocy.
Był to koszmarny reportaż o siedmioletnich dzieciach, które „w Demokratycznej Republice Konga pracowały w skandalicznych warunkach w kopalniach kobaltu, używanego później do produkcji smartfonów, samochodów i komputerów sprzedawanych milionom ludzi na całym świecie”. Dzieci, których było czterdzieści tysięcy, dostawały jednego dolara za każdy dzień swojej wycieńczającej harówki. A dzięki ich pracy szemrane międzynarodowe konsorcjum handlowe zwane Korporacją stawało się bardzo, ale to bardzo bogate.
Historia ta sprawiła, że Max pękało serce.
A serce, podobnie jak jej idol, profesor Einstein, miała wielkie.
4
Max pakowała torbę z książkami do szkoły, gdy usłyszała dochodzące z ulicy odgłosy jakiegoś zamieszania.
Upuściła plecak i pomknęła do najbliższego usmarowanego okna, by wyjrzeć przez dziurę w szybie.
Dostrzegła dwa radiowozy. Na ich dachach błyskały światła kogutów. Nawet z trzeciego piętra Max doskonale słyszała strzępki rozkazów wydobywających się z radiostacji samochodowej.
– Squatterzy… Eksmitować… Aresztować… Wtargnięcie…
Następnie ujrzała dwóch funkcjonariuszy, mężczyznę i kobietę, którzy wyprowadzali z budynku panią Rabinowitz – przemiłą wdowę, która mieszkała na trzecim piętrze – i kierowali ją do radiowozu. Postrzępiona podomka pani Rabinowitz powiewała na wietrze i odkrywała jej sięgające kolan pończochy.
– Na wyższych piętrach jest jeszcze więcej squatterów – oznajmiła policjantka. – Być może będziemy potrzebowali wsparcia.
– Jasne – stwierdził jej partner i oparł się swobodnie o jeden z pojazdów, z nadajnikiem w dłoni. Wyraźnie on tu dowodził. – Taak, z tej strony Alfa Trzy Pięć Zero – powiedział spokojnym tonem do mikrofonu. – Zatrzymaliśmy jedną podejrzaną. Więcej znajduje się w budynku. Proszę o wsparcie.
Max usłyszała już dość.
Pospieszyła po wijących się stromych schodach przez cztery kondygnacje w dół i wybiegła w jasny blask poranka.
– Przepraszam państwa bardzo – powiedziała i uniosła dłoń, by osłonić oczy przed słońcem. – Możemy zamienić słówko?
– Że co? Kim ty jesteś, dziecko? – zapytał policjant, który był chyba dowódcą.
– Maxine Einstein, proszę pana.
– Jak tamten jajogłowy Einstein? Gość od E=mc²?
Max tego nie skomentowała. Zamiast tego postanowiła, że nie da się odciągnąć od głównego tematu. Dawno temu przekonała się, że w trakcie eksperymentu trudno będzie dojść do pożądanego efektu, jeśli pozwoli się myślom zająć błahostkami.
– Dlaczego aresztujecie panią Rabinowitz? – zapytała głośno stanowczym tonem.
– A to dlatego, mała panno Einstein, że twoja przyjaciółka jest squatterką. Nie ma prawa mieszkać w tym budynku, jeśli nie płaci czynszu. Podobnie jak reszta tych ludzi w środku. – Policjant posłał Max złowróżbne spojrzenie. – Mam tu na myśli także ciebie, dziecko.
– Panie władzo, wejdę panu na moment w słowo, ale czy jest panu znany termin „nabycia prawa własności przez zasiedzenie”?
– No proszę. Czyli jesteś też małą prawniczką?
– Nie, panie władzo. Nie mam niezbędnego wykształcenia, nie zdałam też stanowych egzaminów aplikanckich. Niemniej jednak wiem, że zasiedzenie jest legalnym sposobem na to, by zajmować cudzą posiadłość. W takim przypadku nabywa się tak zwane prawa squattera. W stanie Nowy Jork trzeba mieszkać otwarcie i bez pozwolenia właściciela nieprzerwanie przez okres co najmniej dziesięciu lat, żeby rościć sobie prawa do danej posesji.
– Chcesz powiedzieć, że ci ludzie mieszkają nad stajniami pana Monka od ponad dziesięciu lat i facet dopiero teraz do nas zadzwonił w tej sprawie?
– Nie. Wydaje mi się, że squatterzy przebywają na tej konkretnej posesji dopiero od sześciu czy siedmiu miesięcy. Musiałabym zapytać pana Kennedy’ego o szczegóły.
– No cóż, mała panno Einstein, sześć czy siedem miesięcy to nie dziesięć lat.
– To prawda. Niemniej jednak miasto Nowy Jork rządzi się nieco innymi prawami niż stan Nowy Jork. Wychodzi na to, że mamy tu odrębny zestaw przepisów, których pan, rzecz jasna, przysiągł przestrzegać. W mieście Nowy Jork prawa squattera zostają przyznane już po trzydziestu dniach.
Skołowaciały policjant wlepiał w Max puste spojrzenie. Często miała taki wpływ na ludzi.
– Po trzydziestu dniach – kontynuowała – nowojorski squatter nabywa prawa do dalszego zamieszkiwania budynku do czasu, gdy właściciel posesji, czyli w tym przypadku pan Sammy Monk, przejdzie długi i, z tego, co mi wiadomo, kosztowny proces prawnej eksmisji. Poza tym, o ile dobrze pamiętam, może to potrwać nawet rok. W niektórych przypadkach dłużej.
Reszta policjantów wpatrywała się teraz w dowódcę i wszyscy zastanawiali się, co dalej. Dwójka z nich w dalszym ciągu trzymała panią Rabinowitz, czekając na rozkazy.
Oficer dowodzący pokręcił w końcu głową.
– Puśćcie ją.
Funkcjonariusze posłuchali.
Pani Rabinowitz potarła ramiona w miejscach, które ściskali policjanci, a następnie podbiegła do Max i ucałowała ją.
– Dziękuję ci, moja droga – wyszeptała.
– Nie ma za co, pani Rabinowitz. Cieszę się, że mogłam pomóc.
– Znalazłam wczoraj bajgla z twarożkiem. Masz ochotę?
– Nie, pani Rabinowitz, ale dziękuję. Jadłam już dzisiaj śniadanie.
– To dobrze. W końcu to najważniejszy posiłek dnia…
Słabowita wdowa pospieszyła w stronę stajni.
– Hej, Einstein! – rzucił dowódca.
– Słucham, proszę pana?
– Do której szkoły chodziłaś? Poślę tam swojego syna.
5
Max wbiegła po schodach, żeby zgarnąć swój plecak.
Dyskusja z policjantem wytrąciła ją ze starannie opracowanego rytmu dnia.
Musiała bardzo nad sobą panować, żeby prowadzić zorganizowane życie, a bywa to trudne, gdy ktoś ma taką skłonność do bujania w obłokach. Tak przynajmniej twierdzi pan Kennedy, który uważa, że powinno się marzyć wyłącznie podczas snu. Sugerował: „Może mogłabyś, no wiesz… Śnić po prostu w trakcie snu, a nie na jawie?”.
Ale Max nie miała matki czy ojca, którzy mogliby mówić jej, kiedy powinna się obudzić, iść do łóżka, odrobić zadanie domowe, jeść warzywa, wyłączyć telewizję albo pospieszyć się, bo w przeciwnym wypadku spóźni się na metro. Musiała sobie radzić zupełnie sama.
No dobrze, może niezupełnie. Miała przecież pana Kennedy’ego, panią Rabinowitz i resztę squatterów ze swojego budynku. Tylko że, szczerze mówiąc, żadnego z nich nie cechowały „kosmiczne umiejętności zarządzania czasem”, jak to nazywała Max.
Kochali ją jednak, a ona kochała ich. I to jej wystarczało. Bezdomni koczujący nad stajniami byli najbliższymi jej ludźmi i jedyną rodziną, jaką miała od dawna. Max nie wiedziała nawet, czy Einstein to jej prawdziwe nazwisko. A może faktycznie była spokrewniona ze słynnym geniuszem?
Nie miała pojęcia.
Max Einstein nie wiedziała, kim tak naprawdę jest, skąd pochodzi, jakim cudem wylądowała w Nowym Jorku ani skąd wzięło się jej imię i nazwisko. Lubiła myśleć, że to wszystko jest wielką tajemnicą, której nie może jeszcze rozwiązać, w każdym razie na pewno nie dzisiaj. Była już spóźniona (nawet bardziej niż zwykle).
– Udanego dnia w szkole, Max! – zawołała pani Rabinowitz, widząc dziewczynkę zbiegającą po schodach na trzecie piętro.
– Dziękuję pani!
– Jesteś pewna, że nie chcesz połówki tego bajgla? Ma twarożek o smaku truskawkowym.
– Nie, naprawdę dziękuję. Muszę lecieć.
W końcu dotarła na parter, do stajni.
– Witajcie Domino, Kit Kat i Opie! – krzyknęła. Konie prychnęły w swoich boksach i machnęły ogonami. – Pracujcie nad nawozem, chłopaki. Zobaczycie, któregoś dnia dopniemy swego i postawimy tę biogazownię!
Jak tylko wygram na loterii, pomyślała.
Stajnie znajdowały się na zachodnim krańcu Manhattanu, nieopodal rzeki Hudson. Max musiała przebiec cztery przecznice na wschód i kilka kolejnych na południe, a następnie przejechać metrem w stronę centrum, na skrzyżowanie Pięćdziesiątej Ulicy i Ósmej Alei.
Miała szczęście. Gdy zbiegała po schodach, pociąg właśnie stawał; koła piszczały, hamując o szyny. Skoczyła do drzwi, które już się zamykały niczym głodna, stalowa paszcza.
– Przepraszam – powiedziała, wpadając na grupę pasażerów trzymających się poręczy. Zdążyła złapać uchwyt tuż przed tym, jak pociąg ruszył. Chwilę później rzuciło nią lekko do tyłu z powodu, no cóż, fizyki. Sir Izaak Newton, dziadek współczesnej nauki, sformułował dawno temu zasady dynamiki. Według jednej z nich, jeśli na ciało nie działa żadna siła lub siły działające równoważą się, to ciało pozostaje w spoczynku – nawet jeśli pociąg postanowi ruszyć naprzód.
Tak właśnie się stało z Max i całą resztą ciał ściśniętych w metrze w godzinach szczytu. Gdy pociąg wreszcie stanął, ludźmi zarzuciło do przodu, ponieważ pozostawali dotąd w ruchu, który wydawał się stały.
Podczas gdy wagon sunął z prędkością około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, dziewczynka zauważyła lecącą w środku muchę, która zmierzała na północ.
Jak szybko leci mucha? – zastanawiała się z uśmiechem. Wszystko jest względne, oczywiście.
Mówił o tym jeden z najsławniejszych pomysłów Alberta Einsteina: teoria względności.
Prędkość lotu muchy zmierzającej na przedmieścia pociągiem jadącym w stronę centrum miasta zależała od tego, jak zamierzało się na to spojrzeć. Wszystko było względne i zależało od twojego punktu widzenia.
Mucha przemieszczała się bowiem z prędkością ośmiu kilometrów na godzinę w jednym kierunku i czterdziestu w drugim.
Ktoś stojący na torach w tunelu metra i patrzący na nadjeżdżający pociąg (a byłby to bardzo głupi pomysł, zwłaszcza jak na naukowca) mógłby stwierdzić, że mucha przemieszcza się na południe z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę.
Z kolei w wagonie Max widziała muchę lecącą osiem kilometrów na godzinę na północ.
Aż w końcu jakiś duży facet stojący kawałek dalej trzasnął biednego owada gazetą i zgniótł go na miazgę.
Wtedy jego ruch ustał zupełnie.
6
Dziewięć minut później Max wyłoniła się ze stacji metra przy Czwartej Ulicy i spojrzała na zegarek.
Udało jej się odrobić stracony czas. Zobaczyła jakieś dzieciaki, grające od niechcenia w koszykówkę, których torby leżały oparte o siatkę ogrodzenia boiska. Zastanawiała się, jakie to uczucie – grać w piłkę w drodze do szkoły. Max nie spędzała zbyt dużo czasu z innymi dziećmi. W jej świecie nie było ich zbyt wiele. Co może trochę dziwne, w pewnym sensie Albert Einstein był prawdopodobnie jej najlepszym przyjacielem.
Gdy tak szła, zauważyła wiele różnych rzeczy, które przypominały jej o niesamowitym wkładzie Einsteina w wygląd współczesnego świata.
Widziała parę turystów, którzy sprawdzali mapę w aplikacji na smartfonie. Soft polegał oczywiście na module GPS, który określał precyzyjnie ich lokalizację na Manhattanie. Telefon generował sygnał i odbijał go od satelity orbitującego wokół Ziemi. Mogli znaleźć najbliższego Starbucksa właśnie dzięki apce i GPS-owi, który działał dzięki einsteinowskiej teorii względności i czemuś, co nazwał dylatacją czasu. Smartfony były tak sprytne, bo umysł Einsteina był jeszcze sprytniejszy od nich.
Max ponownie spojrzała na zegarek. Miała chwilę, by zatrzymać się obok Washington Square Park i sprawdzić, czy pan Weinstock jest zainteresowany partyjką błyskawicznych szachów.
Pan Leonard „Lenny” Weinstock utrzymywał, że pochodzi z Londynu. Max jednak nigdy nie potrafiła stwierdzić, czy mężczyzna nie okłamuje jej w tej kwestii. Nie miała też pojęcia, czy faktycznie ukończył oksfordzką uczelnię. Albo czy spotkał się z królową.
– I to nie raz!
Ale wiedziała na pewno, że to miły starszy pan z bardzo dystyngowanym brytyjskim akcentem, który zawsze miał na sobie koszulę w kratę, kamizelkę typu safari i kaszkiet – taki jak niegdyś nosili taksówkarze. Poza tym lubił grać w szachy tak samo jak Max.
– Och, dzień dobry, Maxine – powiedział, gdy dziewczynka klapnęła na ławkę naprzeciwko przy jednym z wielu parkowych stołów szachowych.
– Dzień dobry, panie Weinstock.
– Chcesz zagrać?
– Tak jest. Jeśli tylko ma pan ochotę.
– Ależ oczywiście, moja droga. O ile mnie pamięć nie myli, obecnie prowadzisz w naszym małym rankingu.
– Zgadza się, proszę pana. Ale mam tylko niewielką przewagę.
Tak naprawdę Max wygrała znacznie więcej partii z panem Weinstockiem niż on z nią. A nawet te, które przegrała, tak naprawdę mogłaby wygrać, ale zwyczajnie się podłożyła. Sądziła, że nie ma sensu łamać ducha walki pana Weinstocka serią miażdżących porażek. Zwłaszcza że był tak naprawdę jedynym stałym graczem w Washington Square Park, który chciał stawać w szranki z Max Einstein. Jej reputacja ją wyprzedzała.
– Wolałabyś partię szachów błyskawicznych typu blitz, bullet czy lightning? – zapytał pan Weinstock, odnosząc się tym samym do różnych poziomów szybkich rozgrywek szachowych.
– Może tym razem lightning? – zaproponowała Max. – Nie chciałabym się spóźnić do szkoły.
– W porządku. A zatem partia lightning.
Pan Weinstock uderzył w przycisk cyfrowego zegara. Każdy gracz miał dziesięć sekund na przemyślenie i wykonanie kolejnego ruchu.
– Szach-mat – powiedziała Max po pięciu ruchach. – Proszę się nie gniewać, panie Weinstock. Jestem przekonana, że następnym razem pan wygra, szczególnie jeśli będziemy mieli więcej czasu na dokładne przemyślenie swoich posunięć.
Mężczyzna zachichotał.
– Owszem, Max. Jestem przekonany, że nam obojgu przyda się nieco więcej czasu na luksus, jakim jest namysł przy szachach. Udanego dnia w szkole, moja droga.
– Dziękuję panu.
Max pospieszyła dalej, obiecując sobie w duchu, że następnym razem z pewnością pozwoli panu Weinstockowi wygrać.
Na szczęście jej szkoła znajdowała się bardzo blisko Washington Square Park.
A to dlatego, że pomimo swoich dwunastu lat Max Einstein chodziła już na uczelnię wyższą, a konkretnie studiowała na Uniwersytecie Nowojorskim!
7
Philip Stark obserwował dziewczynkę, która skierowała się do szkoły chwilę po tym, jak rozegrała szybką partię szachów z pewnym staruszkiem w Washington Square Park.
Trudno było jej nie zauważyć. Jej czupryna podskakiwała przy każdym kroku. Jej prochowiec powiewał za nią na wietrze niczym ogon brudnego gołębia.
Był pewien, że chodziło o nią.
To ona zapewni Philipowi Starkowi sowitą zapłatę. Bo z jakiegoś powodu to jej szukał po całym świecie ceniony doktor Zacchaeus Zimm.
Doktor Zimm niedawno pisał o tej dziewczynce na różnych stronach internetowych i na czatach grupowych odwiedzanych przez ludzi, którzy podobnie jak Philip Stark trudnili się pożałowania godną (choć tymczasową) pracą asystenta wykładowcy. Nie było zdjęcia, jedynie bardzo szczegółowy opis dziewczynki, uwzględniający jej miłość do szachów. Stark wiedział jednak o Max Einstein dużo więcej niż doktor Zimm.
Głównie dlatego, że uczęszczała na jego zajęcia na Uniwersytecie Nowojorskim.
Wiedział też, że jeśli uda mu się bez problemów dostarczyć ją do doktora Zimma, ułatwi to szybki rozwój jego kariery. Będzie wtedy ustawiony na resztę życia i zajmie się teoretyczną stroną badań, do których zawsze był stworzony, choćby ze względu na swój gigantyczny mózg.
Doktor Zimm mógł podarować Starkowi w zasadzie wszystko, czego ten pragnął. Słynny naukowiec zrezygnował z prestiżowej profesury na jednej z najlepszych uczelni w kraju, należącej do Ligi Bluszczowej, by przewodzić think tankowi działającemu dla Korporacji (tak wszyscy nazywali szemraną grupę przywódców i oligarchów z całego świata, którzy na dobrą sprawę władali planetą). Korporacja była niezwykle potężna i posiadała szerokie kontakty. Mieli wszystko i wszystkich w garści. Z pewnością potrafili odwdzięczyć się za przysługę, najpewniej w formie grubego pliku banknotów.
Stark wykonał telefon. Spokojny kobiecy głos po drugiej stronie polecił mu informować ich o wszystkim na bieżąco. Obiecał, że tak będzie.
– Kiedy mogę się spodziewać bezpośredniego połączenia od doktora Zimma? – zapytał.
– Będziemy się do pana odzywali – usłyszał.
– Doskonale. Przy okazji dopowiem tylko, że moje nazwisko zapisuje się S-T…
Ale kobieta zdążyła się już rozłączyć.
Pewnie ma po prostu dużo na głowie. Już wkrótce i on będzie bardzo zajętym człowiekiem. Jak tylko zacznie pracę u doktora Zimma.
Uśmiechnął się szeroko. Miał nadzieję, że panna Einstein będzie się dobrze bawiła podczas dzisiejszych zajęć na uczelni.
W końcu już nigdy tam nie wróci.
8
Max pospieszyła w stronę budynku Uniwersytetu Nowojorskiego położonego nieopodal Washington Square Park.
Zajęła miejsce na tyłach sali wykładowej. Osobie w jej wieku łatwiej było się tam schować i nie rzucać wszystkim w oczy. Max zmieniła kilka zapisów w rejestrze komputerowym uczelni (nikt nie musiał wiedzieć, w jaki sposób), żeby stworzyć sobie sensowną historyjkę uwiarygadniającą jej obecność na tak prestiżowej uczelni. Administracja uniwerku wiedziała jedynie tyle, że Maxine Einstein jest wybitnym dzieckiem, geniuszką pokroju Sheldona Coopera z Teorii wielkiego podrywu. Był to zresztą jedyny serial, który Max faktycznie lubiła oglądać na YouTubie.
Zaczerpnęła stamtąd nawet (i usprawniła) kilka pomysłów. Właśnie dlatego jej papiery zawierały zapis o ukończeniu szkoły średniej w wieku jedenastu lat, po tym jak przeskoczyła większość podstawówki.
Kiedy majstrowała w systemie, wykorzystała swoje umiejętności hakerskie do przyznania sobie kilku różnych stypendiów. Nie wynikało to z chciwości. Wzięła tylko tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na czesne i zakup książek. Wiktem i opierunkiem zajmowała się już na własną rękę, squatując w paskudnie śmierdzącym pokoju położonym nad stajnią i jedząc mnóstwo chińskich zupek. A gdy naszła ją ochota na sajgonki, zimne kluski i sos sezamowy, najmowała się jako dostawczyni swojej ulubionej chińskiej restauracji.
W poniedziałek rano na Uniwersytecie Nowojorskim odbywały się jedne z jej ukochanych zajęć, „Dwudziestowieczny dyskurs wokół czasu, przestrzeni i materii”. Tego dnia dotyczyły paradoksu Kota Schrödingera – eksperymentu myślowego rozwiniętego w formie wymiany listów pomiędzy Einsteinem i austriackim fizykiem Erwinem Schrödingerem. Dodatkowo był tam jeszcze kot. A Max lubiła koty.
W pewnym momencie do sali wszedł pan Stark, dwudziestokilkuletni asystent profesora Burtona, który przyprawiał Max o gęsią skórkę, i dziwnie na nią spojrzał. Choć był jedynie asystentem wykładowcy i pomagał w prowadzeniu zajęć, ubierał się tak, jakby to on był tutaj profesorem – nosił muszkę i tweedową marynarkę z łatami na łokciach. A oprócz tego okulary typowego intelektualisty z czarnymi, grubymi oprawkami.
– Ach, dzień dobry, panno Einstein – odezwał się oślizgłym tonem.
– Dzień dobry, panie Stark.