Planeta Śmierci 2 - Harry Harrison - ebook

Planeta Śmierci 2 ebook

Harry Harrison

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Kontynuacja przygód Jasona dinAlta, gwiezdnego szulera, kombinatora, hazardzisty. 
Jason din Alt zostaje porwany z planety Pyrrus przez szalonego bojownika Prawdy jedynej, który chce publicznie upokorzyć znanego szulera. 
Statek, którym lecą rozbija się na peryferyjnej planecie, gdzie obaj wpadają w poważne tarapaty. Planeta należy bowiem do dawnych ludzkich kolonii, gdzie cywilizacja techniczna z braku przemysłu, dostępu do części zamiennych, edukacji i innych czynników, została zapomniana. A ustrój państewek na tym świecie jest niewolniczy. DinAlt musi się wykazać sporym sprytem, by wyjść obronną ręką z tych kłopotów. 

[Opis] 

 

Cykl: Planeta Śmierci, t. 2 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 258

Rok wydania: 1990

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

PLANETA

 

2

 

Tłumaczył

Sławomir Kędzierski

 

ORBITA Spółka z o.o. Warszawa 1990

 

Tytuł oryginału: Deathworld 2

Projekt okładki:

Andrzej Brzezicki

Redaktor:

Krzysztof Szolginia

Redaktor techniczny:

Kazimierz Uchmański

Książka pochodzi ze zbiorów Klubu Książki Fantastycznej Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki

 

© Copyright by Harry Harrison, 1964

© Copyright for the Polish edition by Oficyna Wydawnicza „Forum”, Warszawa 1989

ISBN 83-7034-022-9

ORBITA Spółka Wydawniczo-Poligraficzna z o.o. 00-251 Warszawa

ul. Miodowa 10, tel. 635-14-77 do 79.

Warszawa 1990 r.

Wydanie I. Ark. wyd. 7,5.

Oddano do składu w lipcu 1990 r.

Druk zakończono w październiku 1990 r.

Skład, druk i oprawa: PZGraf. w Bydgoszczy, ul. Dworcowa 13.

Zam. 1749/90

Rozdział 1

- Chwileczkę - powiedział Jason do mikrofonu, odwrócił się na chwilę i zastrzelił szarżującego diabłoroga. - Nie, nie robię nic ważnego. Zaraz przyjdę i może będę mógł ci pomóc.

Wyłączył mikrofon i obraz radiooperatora zniknął z ekranu. Kiedy mijał nadwęglonego diabłoroga, bestia w ostatnich przebłyskach swego wrednego życia zgrzytnęła rogami po jego metaloplastykowym bucie. Jason kopniakiem zrzucił cielsko z muru w leżącą poniżej dżunglę. Meta zerknęła na niego, uśmiechnęła się i znów zaczęła wpatrywać się w tablicę kontrolną.

- Idę na wieżę radiową kosmoportu - oznajmił Jason. - Na orbicie jest jakiś statek, który stara się nawiązać łączność, ale używa jakiegoś nieznanego języka. Może będę mógł pomóc.
- Pośpiesz się - odparła Meta i sprawdziwszy szybko, że wszystkie lampki świecą zielenią, odwróciła się na krześle i objęła go. Jej ramiona były muskularne i silne jak u mężczyzny, ale wargi miała gorące, kobiece. Oddał jej pocałunek, ona jednak wyswobodziła się równie szybko, znowu całą uwagę poświęcając systemowi alarmowo-obronnemu.
- W tym cały problem z anami - powiedział Jason. - Zbyt duży współczynnik wydajności. - Pochylił się i ugryzł ją delikatnie w kark, ona zaś roześmiała się i klepnęła go żartobliwie, nie odrywając wzroku od indykatorów. Odsunął się, ale nie dość szybko i wyszedł, rozcierając stłuczone ucho. - Damski ciężarowiec! - mruknął pod nosem.

Radiooperator dyżurował w wieży kosmoportu sam. Był to nastolatek, który nigdy dotąd nie opuszczał planety i w związku z tym znał jedynie język pyrrusański, podczas gdy Jason, dzięki swej karierze zawodowego gracza, władał wieloma językami, a niektóre tylko rozumiał.

- Jest teraz poza zasięgiem - powiedział operator. - Zaraz znowu się pojawi. Mówi jakoś inaczej. - Włączył głośnik i przez trzask zakłóceń atmosferycznych zaczął przebijać się obcy głos.
- ...jeg kan ikke for sta... , kan dig hor mig... ?
- Nie ma sprawy - stwierdził Jason, sięgając po mikrofon. - To nytdansk, mówią nim na większości planet regionu Polaris. - Przycisnął włącznik.
- til rumfartskib, odbiór - powiedział.

Natychmiast w tym samym języku nadeszła odpowiedź:

- Proszę o zezwolenie na lądowanie. Jakie są wasze koordynaty?
- Nie zezwalam lądować i stanowczo zalecam poszukać sobie zdrowszej planety.
- To niemożliwe. Mam wiadomość dla Jasona dinAlta i poinformowano mnie, że znajduje się tutaj.

Jason spojrzał na potrzaskujący głośnik z nowym zainteresowaniem. - Informacja prawdziwa, tu dinAlt.

Co to za wiadomość?

- Nie mogę przekazać otwartym kanałem łączności. Schodzę po waszym sygnale kierunkowym. Czy dostanę instrukcje?
- Czy zdaje sobie pan sprawę, że zapewne popełnia pan samobójstwo? To najbardziej śmiercionośna planeta w całej galaktyce i wszystko co żyje, od bakterii po pazurosokoły, które są rozmiarów pańskiego statku, jest wrogie człowiekowi. Mamy teraz coś w rodzaju zawieszenia broni, ale dla kogoś z zewnątrz, takiego jak pan, to pewna śmierć. Czy mnie pan słyszy?

Odpowiedzi nie było. Jason wzruszył ramionami i spojrzał na ekran radaru podejścia.

- Cóż, to pańska głowa nie moja. Proszę jednak nie mówić wydając swe przedśmiertne tchnienie, że pana nie ostrzegaliśmy. Sprowadzę pana do lądowania, ale tylko pod warunkiem, że pozostanie pan na statku. Przyjdę sam, w ten sposób będzie pan miał pięćdziesiąt procent szansy, że system odkażania śluzy pańskiego statku zdoła zniszczyć miejscową mikrofaunę i mikroflorę.
- Zgoda - nadeszła odpowiedź - wcale nie mam ochoty umierać, tylko chciałbym przekazać wiadomość.

Jason sprowadzał statek, obserwował jak wyłania się z niskiej warstwy chmur, zawisa i rufą w dół opada wreszcie ze zgrzytliwym łoskotem. Amortyzatory wygasiły większą część siły uderzenia, ale mimo to statek miał wygięty wspornik i stał wyraźnie przechylony na bok.

- Koszmarne lądowanie - mruknął radiooperator i odwrócił się w stronę swej aparatury, zupełnie nie interesując się przybyszem. anie nie odznaczali się czczą ciekawością.

W przeciwieństwie do Jasona. Ciekawość sprowadziła go na a, wplątała w planetarną wojnę i prawie zabiła. Teraz zaś ciągnęła do statku. Kiedy zdał sobie sprawę, że radiooperator nie zrozumiał jego rozmowy z obcym pilotem i nie wie, że Jason ma zamiar wejść na pokład, zawahał się przez moment. Jeżeli grożą mu jakieś kłopoty, nie może liczyć na żadną pomoc.

- Sam dam sobie radę - powiedział do siebie ze śmiechem i gdy uniósł rękę, pistolet wyskoczył z automatycznej kabury umocowanej do wewnętrznej strony jego przegubu i wpadł prosto do dłoni. Palec wskazujący był już przygięty i gdy pozbawiony osłony język spustowy trafił weń, huknął pojedynczy strzał spopielając odległego lianooszczepnika.

Był dobry i wiedział o tym. Nie miał najmniejszych szans, by osiągnąć poziom rodzimego anina, który urodził się i wychował na tej planecie śmierci o podwójnej sile ciążenia, ale był szybszym i bardziej śmiercionośnym przeciwnikiem niż jakikolwiek człowiek spoza a. Podołałby każdemu problemowi, który by wyniknął - a mógł się tego spodziewać. W przeszłości bywało już, iż wywiązywały się różnice zdań pomiędzy nim a policją, czy też innymi władzami planetarnymi. Z drugiej jednak strony nie mógł sobie wyobrazić, że komukolwiek zechciałoby się wysłać policję w przestrzeń międzygwiezdną tylko po to, aby go aresztować.

Po co przyleciał ten statek?

Na rufie kosmolotu widniał numer rejestracyjny i skądś mu znany znak rozpoznawczy. Gdzie go już widział?

Jego uwagę odwróciło otwarcie zewnętrznego włazu śluzy. Wszedł do środka i gdy tylko luk zatrzasnął się za nim, zamknął oczy, podczas gdy ultradźwięki i promieniowanie nadfioletowe cyklu odkażającego robiły co w ich mocy, by zniszczyć rozmaite formy życia, które mogły się znajdować na powierzchni jego ubrania. Proces ten wreszcie się zakończył i gdy wewnętrzny luk zaczął się otwierać, przywarł mocno do niego, gotowy przeskoczyć przez właz natychmiast, gdy tylko zdoła się przezeń przecisnąć. Jeżeli miała tu być jakaś niespodzianka, to sam chciał być jej autorem.

Gdy znalazł się za drzwiami, poczuł nagle, że pada. Pistolet wskoczył do jego dłoni i Jason zdołał unieść go, kierując lufę w stronę człowieka w skafandrze siedzącego w fotelu pilota.

- Gaz... - zdołał tylko powiedzieć, zanim stracił

przytomność i runął na metalowy pokład.

*

Świadomość powróciła przy akompaniamencie koszmarnego bólu głowy. Jason poruszył się, skrzywił z bólu, a kiedy otworzył oczy, przeraźliwie rażące światło sprawiło, że szybko znowu zacisnął powieki. Czymkolwiek go załatwiono, musiał to być jakiś szybko działający i szybko utleniający się preparat. Ból głowy przekształcił się w delikatne ćmienie i wreszcie mógł otworzyć oczy nie odnosząc przy tym wrażenia, że ktoś wbija w nie rozpalone igły.

Tkwił w standardowym fotelu pilota wyposażonym dodatkowo w uchwyty krępujące ręce i kostki nóg. W sąsiednim fotelu siedział mężczyzna, pochylony w skupieniu nad przyrządami sterowniczymi. Statek leciał i znajdował się dość daleko od a. Nieznajomy pracował przy komputerze programując przejście do lotu w podprzestrzeni.

Jason wykorzystał tę okazję, by poobserwować tego człowieka. Wydawało mu się, że jest on zbyt stary na policjanta, ale na dobrą sprawę trudno było określić jego wiek. Siwe włosy miał tak krótko ostrzyżone, że przypominały myckę, natomiast zmarszczki na wygarbowanej na rzemień skórze wyglądały raczej na rezultat działania słońca i wiatru niż świadectwo podeszłego wieku. Wysoki, trzymający się prosto, sprawiał wrażenie nieco niedożywionego, ale Jason wkrótce zorientował się, że na człowieku tym nie było zbędnego grama. Wyglądało to tak, jakby słońce paliło go, a deszcz chłostał dopóty, dopóki nie pozostały jedynie kości, ścięgna i mięśnie. Gdy poruszył głową, muskuły napięły się pod skórą jego szyi jak liny, a ręce na przyrządach sterowniczych przypominały szpony jakiegoś ptaka. Przycisnął włącznik uruchamiający sterowanie lotem w podprzestrzeni, potem zaś odwrócił się do tablicy kontrolnej i spojrzał na Jasona.

- Widzę, że się obudziłeś. To był łagodny gaz. Użyłem go niechętnie, ale tak było najbezpieczniej.

Gdy mówił, jego usta otwierały się z bezapelacyjną powagą bankowego sejfu. Głęboko osadzone, lodowato niebieskie oczy spoglądały niewzruszenie spod gęstych, ciemnych brwi. W wyrazie twarzy i wypowiadanych słowach nie było nawet cienia czegoś, co sugerowałoby poczucie humoru.

- To nie był zbyt przyjazny gest - rzekł Jason, delikatnie próbując krępujące go więzy. Trzymały mocno. - Gdybym przypuszczał, że ta ważna, osobista wiadomość sprowadza się do porcji obezwładniającego gazu, jeszcze raz przemyślałbym metodę sprowadzenia pańskiego statku do lądowania.
- Kto podstępem wojuje, od podstępu ginie - odparł trzaskającym głosem nieznajomy. - Gdybym mógł pojmać cię w inny sposób, niewątpliwie bym to uczynił. Biorąc jednak pod uwagę twą reputację bezwzględnego zabójcy, a także fakt, że masz na ie przyjaciół, pochwyciłem cię jedynym możliwym sposobem.
- To bardzo szlachetne z pańskiej strony, bez wątpienia. - To bezkompromisowe przekonanie rozmówcy o własnej słuszności zaczynało wyprowadzać Jasona z równowagi. - Cel uświęca środki i tak dalej, to niezbyt oryginalny argument. Wpakowałem się jednak w tę pułapkę z własnej woli i nie mam zamiaru się uskarżać. - „Nie bardzo”, pomyślał z goryczą. Następną rzeczą, jaką powinien zrobić, po tym jak obniósłby tego zgreda na kopach, to samemu kopnąć się w tyłek za własną głupotę. - Ale jeżeli nie będzie to nadużywaniem pańskiej uprzejmości, to może zechciałby mi pan powiedzieć, kim pan jest i po co zadał pan sobie tyle trudu, by wejść w posiadanie mej skromnej osoby.
- Jestem Mikah Samon. Wiozę cię z powrotem na Cassylię, abyś stanął tam przed sądem i otrzymał wyrok.
- Cassylia... Miałem wrażenie, że znaki rozpoznawcze tego statku są mi znane. Sądzę, iż nie powinienem być zaskoczony słysząc, że wciąż są zainteresowani sprawą odnalezienia mnie. Powinien pan jednak wiedzieć, że z tych trzech miliardów i siedemnastu milionów kredytek, które wygrałem w waszym kasynie, pozostało już bardzo niewiele.
- Cassylia wcale nie chce zwrotu tych pieniędzy - oznajmił Mikah włączając autopilota i obracając się w fotelu. - Nie chce również ciebie, jesteś bowiem ich narodowym bohaterem. Kiedy umknąłeś ze swym nieuczciwie zdobytym łupem, uzmysłowili sobie, że nigdy już nie zobaczą tych pieniędzy. Uruchomili więc swą maszynkę propagandową i jesteś teraz znany we wszystkich sąsiednich systemach gwiezdnych jako „Trzymiliardowy Jason”, żywy dowód uczciwości ich nieuczciwych gier i przynęta dla słabych duchem. Stanowisz pokusę do tego, by grali o pieniądze, nie zaś uczciwie je zapracowali.
- Proszę mi wybaczyć, że jestem dziś nieco ociężały umysłowo - rzekł Jason, potrząsając gwałtownie głową, by odblokować zatkane zatoki. - Mam niejakie trudności ze zrozumieniem pańskiej wypowiedzi. Nie pojmuję, jaką policję pan reprezentuje, skoro aresztuje mnie pan i chce postawić przed sądem na podstawie umorzonych oskarżeń?
- Nie jestem policjantem - oznajmił surowo Mikah, zaciskając mocno swe długie palce. - Jestem człowiekiem, który wierzy w Prawdę - i nic poza tym. Skorumpowani politycy rządzący Cassylią postawili cię na piedestale. Otaczają czcią ciebie, jeszcze bardziej, jeśli to możliwe, od nich skorumpowanego człowieka. Ale za twoim obrazem, który stworzyli, ukrywają jedynie lukrowaną pustkę. Ja jednak mam zamiar ukazać Prawdę i zniszczyć ten obraz, a gdy to uczynię, zniszczę również zło, które go stworzyło.
- To dość wygórowane plany, jak na jednego człowieka - odparł Jason ze spokojem, którego wcale nie odczuwał. - Ma pan papierosa?
- Oczywiście, że nie. Na pokładzie tego statku nie ma ani tytoniu, ani alkoholu. I wcale nie jestem sam - mam współwyznawców. Partia Prawdy jest już liczącą się siłą. Poświęciliśmy wiele czasu i trudu, by cię wytropić, ale nie na próżno. Szliśmy twoimi grzesznymi śladami w przeszłość, na Planetę Mahauta, do kasyna „Mgławica” na Galipto, śladami twych rozlicznych, plugawych występków, które wywołują obrzydzenie u każdego uczciwego człowieka. Mamy nakazy aresztowania wystawione w każdym z tych miejsc, a w niektórych przypadkach nawet akta i wyroki śmierci na ciebie.
- Przypuszczam, że nie obraża pańskiego poczucia praworządności fakt, iż procesy te były toczone zaocznie? - zapytał Jason. - Albo to, że wyłącznie oskubywałem szulerów i kasyna - tych, którzy żyli z oskubywania naiwnych?

Mikah Samon rozwiał te zastrzeżenia jednym ruchem ręki.

- Zostały ci udowodnione liczne przestępstwa. Żadne wykręty nie zmienią tego faktu. Powinieneś być wdzięczny, że twoja obrzydliwa kariera w rezultacie posłuży dobrej sprawie. Będzie to dźwignia, dzięki której obalimy przekupny rząd Cassylii.
- Muszę coś zrobić z tą moją przeklętą ciekawością - oznajmił Jason. - Proszę spojrzeć! – Szarpnął uwięzionymi przegubami i uruchomione impulsem czujników serwomotory zawyły przez chwilę, zaciskając pęta na nadgarstkach i jeszcze bardziej ograniczając swobodę ruchów. - Niedawno cieszyłem się zdrowiem i wolnością, aż tu nagle wezwał mnie pan, bym porozmawiał z nim przez radio. Wtedy, zamiast pozwolić panu rąbnąć w stok wzgórza, sprowadziłem statek do lądowania i nie zdołałem opanować chętki wpakowania swego głupiego łba do pułapki. Muszę się nauczyć przezwyciężać te odruchy.
- Jeżeli miałeś zamiar w ten sposób błagać o łaskę, to było to obrzydliwe - rzekł Mikah. - Nigdy nie jestem stronniczy ani też nigdy nic nie zawdzięczałem ludziom twego pokroju.
- Nigdy i zawsze, to cholernie długi czas - odparł bardzo spokojnie Jason. - Chciałbym podzielać pańskie niezachwiane przekonanie co do właściwego porządku rzeczy.
- Twoja uwaga pozwala przypuszczać, że jest jeszcze dla ciebie cień nadziei. Może będziesz zdolny poznać Prawdę, zanim umrzesz. Pomogę ci, przemówię do ciebie i wyjaśnię.
- Lepszy już szafot - oznajmił Jason zduszonym głosem.

Rozdział 2

- Ma mnie pan zamiar karmić, czy uwolni mi pan ręce, żebym mógł zjeść? - zapytał Jason. Mikah stał nad nim z tacą nie mogąc się zdecydować. Jason podpuszczał go, bardzo ostrożnie, bo jeżeli cokolwiek można było zarzucić Mikahowi, to na pewno nie głupotę.

- Oczywiście, wolałbym, żeby mnie pan karmił, byłby z pana wspaniały służący.
- Sam możesz się obsłużyć - odparł natychmiast Mikah, wsuwając tacę w szczeliny fotela Jasona. - Ale musi ci wystarczyć jedna ręka, bo gdybym cię uwolnił, mógłbyś narobić kłopotów. - Dotknął przycisku na oparciu fotela i opaska na prawym przegubie odskoczyła. Jason rozprostował ścierpnięte palce i ujął widelec.

W czasie gdy jadł, jego wzrok nie spoczywał nawet na chwilę. Nie rzucało się to w oczy, ponieważ zainteresowanie gracza nigdy nie jest wyraźnie widoczne, ale można wiele dostrzec, jeżeli ma się oczy otwarte, uwagę zaś skierowaną pozornie gdzie indziej - nieoczekiwany widok czyichś kart, maleńka zmiana wyrazu twarzy, wszystko to może zdradzić, jak silny jest partner. Pozornie błądzące bez celu spojrzenie Jasona rejestrowało, szczegół po szczególe, wyposażenie kabiny. Pulpit sterowniczy, ekrany, komputer, ekran nawigacyjny, sterowanie lotem w podprzestrzeni, schowek na mapy, półka z książkami. Wszystko zostało dostrzeżone i zapamiętane. Niektóre z tych przedmiotów mogły przydać się w jego planach.

Jak na razie miał zaledwie początek i koniec pomysłu. Początek - jest uwięziony na statku i wiozą go na Cassylię. Koniec - nie będzie już więźniem i nie powróci na Cassylię. Brakowało mu tylko dość istotnego środka. Zakończenie nie zdawało się być chwilowo poza zasięgiem jego możliwości, ale Jason nigdy nie przyjmował do wiadomości, że coś może mu się nie udać. Postępował zawsze zgodnie z zasadą, że człowiek sam jest twórcą swego losu. Jeżeli działał wystarczająco szybko - miał szczęście. Jeżeli zastanawiał się nad możliwościami i przegapił okazję - miał pecha.

Odsunął pusty talerz i zamieszał cukier w filiżance. Mikah jadł niewiele, ale zaczynał już drugą porcję herbaty. Pijąc, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Drgnął lekko, gdy Jason odezwał się do niego:

- Skoro nie ma pan papierosów w swoich zapasach, to może pan pozwoli, że zapalę mojego własnego? Musi pan wyciągnąć je z mojej kieszeni, bo tak jestem przykuty do fotela, ża sam nie jestem w stanie do niej sięgnąć.
- Nie mogę nic dla ciebie zrobić - odparł Mikah nie ruszając się z miejsca. - Tytoń jest środkiem podrażniającym, rakotwórczym, narkotykiem. Gdybym dał ci papierosa, to tak, jakbym wpędzał cię w chorobę.
- Nie bądź pan hipokrytą! - warknął Jason, czując wewnętrzne zadowolenie na widok rumieńca pokrywającego twarz Mikaha. - Przecież elementy rakotwórcze usunięto z nich wieki temu. A nawet gdyby tak było, to co za różnica? Wiezie mnie pan na Cassylię po pewną śmierć. Po cóż więc troszczyć się o przyszły stan moich płuc?
- Nie rozpatrywałem tego pod tym kątem. Po prostu są pewne prawa w życiu...
- Doprawdy? - przerwał mu Jason przejmując inicjatywę. - Nie ma ich tak znów wiele, jak pan przypuszcza. I wy wszyscy, którzy zawsze marzycie o takich prawach, nigdy nie zastanawiacie się nad tym problemem wystarczająco długo. Jest pan przeciwko narkotykom. Którym narkotykom? A co z teiną w herbacie, którą pan pije? Albo z kofeiną? Pełno w niej kofeiny - specyfiku, który jest zarówno silnym środkiem podniecającym, jak i moczopędnym. Dlatego właśnie nikt nie znajdzie herbaty w zasobnikach z napojami umieszczonych w skafandrach. W tym przypadku zakaz ma istotnie swój sens. Czy może pan równie dobrze usprawiedliwić swój zakaz palenia papierosów?

Mikah chciał się odezwać, ale zamiast tego pomyślał przez chwilę. - Być może masz rację. Jestem zmęczony i w końcu to nieważne. - Ostrożnie wyjął papierośnicę z kieszeni Jasona i położył ją na tacy. Jason nie próbował nic zrobić. Mikah z nieco przepraszającą miną nalał sobie trzecią filiżankę.

- Musisz mi wybaczyć, Jasonie, że próbowałem cię przekształcić zgodnie ze swymi przekonaniami. Kiedy dąży się do wielkiej Prawdy, mniejsze Prawdy czasami umykają naszej uwadze. Nie jestem nietolerancyjny, ale mam skłonność do wymagania od innych ludzi, by żyli według pewnych zasad, które ustanowiłem sam dla siebie. Pokora jest cechą, o której nigdy nie powinniśmy zapomnieć i dziękuję ci, że mi o tym przypomniałeś. Poszukiwanie Prawdy jest trudne.
- Nie ma czegoś takiego jak Prawda - odparł Jason. Złość i obraźliwy ton zniknęły z jego głosu, chciał bowiem wciągnąć swego strażnika do rozmowy. Wciągnąć do tego stopnia, by na chwilę zapomniał o jego wolnej ręce. Uniósł filiżankę do ust i dotknął wargami herbaty, nie pijąc jednak nawet łyka. Na wpół opróżniona filiżanka była wspaniałą wymówką dla swobodnej ręki.
- Nie ma Prawdy? - Mikah zagłębił się w myślach.
- Chyba nie mówisz tego poważnie. Cała galaktyka jest wypełniona Prawdą, to kryterium samego Życia. To coś, co odróżnia Ludzkość od zwierząt.
- Nie ma czegoś takiego jak Prawda, Życie czy Ludzkość. W każdym razie wartości te nie istnieją w takim sensie, jaki stara się pan im nadać.

Skórę na czole Mikaha pobruździły zmarszczki.

- Może mi to wyjaśnisz - powiedział. Wyrażasz się niejasno.
- To pan się wyraża niejasno. Tworzy nie istniejące byty. Prawda - przez małe p - jest określeniem, wyrażeniem stosunku. Sposobem określenia stanu, narzędziem semantycznym. Natomiast prawda przez duże P jest wyimaginowanym słowem, dźwiękiem bez znaczenia. Udaje rzeczownik, ale nie ma desygnatu. Niczego nie przedstawia i nic nie znaczy. Kiedy mówi pan „Wierzę w Prawdę” w rzeczywistości znaczy to „Wierzę w nic”.
- Jesteś w straszliwym błędzie! - rzekł Mikah, pochylając się do przodu z wyciągniętym palcem wskazującym. - Prawda jest abstrakcją filozoficzną, jednym z instrumentów, którymi posłużył się nasz umysł, by wydobyć się ponad zwierzęta, jest dowodem, że nie jesteśmy zwierzętami, lecz wyższym gatunkiem stworzenia. Zwierzęta mogą być prawdziwe - ale nie znają Prawdy. Zwierzęta mogą widzieć, ale nie widzą Piękna.
- Wrrr! - warknął Jason. - Nie sposób z panem rozmawiać, a jeszcze trudniej cieszyć się wymianą jakichś zrozumiałych myśli. Nawet nie mówimy tym samym językiem. Gdybyśmy zapomnieli o tym, kto ma rację, a kto jest w błędzie, moglibyśmy powrócić do podstaw i przynajmniej uzgodnić znaczenie słów, którymi się posługujemy. Na początek - czy może pan zdefiniować różnicę pomiędzy etyką a etosem?
- Oczywiście. - Oczy Mikaha rozświetlił błysk rozkoszy na samą myśl o czekającym go dzieleniu włosa na czworo. - Etyka jest dyscypliną naukową, która rozważa, co jest dobre, a co złe, co słuszne, a co niesłuszne. To także moralne obowiązki i powinności. Etos - to przewodnie idee, wierzenia lub standardy, które charakteryzują grupę lub społeczność.
- Bardzo dobrze. Widzę, że spędzał pan tu długie noce siedząc z nosem w książkach. A teraz upewnijmy się, że różnica pomiędzy tymi dwiema definicjami jest bardzo precyzyjnie przeprowadzona, stanowi to bowiem sedno naszego małego problemu. Etos jest nierozerwalnie związany z konkretnym społeczeństwem i nie może być rozpatrywany w oderwaniu od niego, gdyż w przeciwnym razie traci swe znaczenie. Zgadza się?
- Cóż...
- No, no - musi pan uznać człony swojej własnej definicji. Etos grupy jest po prostu wszechogarniającym określeniem sposobu tworzenia więzi międzygrupowych. Tak?

Mikah niechętnie przytaknął skinieniem głowy. - Skoro doszliśmy w tym punkcie do porozumienia, możemy zrobić następny krok. Z kolei etyka, zgodnie z pańską definicją, musi dotyczyć dowolnej liczby społeczeństw lub grup społecznych. Jeżeli istnieją jakieś absolutne prawa etyki, muszą być tak szerokie, by mogły mieć zastopowanie w stosunku do każdego społeczeństwa. Prawo etyki musi być równie uniwersalne jak prawo grawitacji.

- Nie bardzo chwytam...
- Nie przypuszczałem, że zrozumie pan te sprawy. Wszyscy, którzy ględzą wciąż o waszych Uniwersalnych Prawach, nigdy, na dobrą sprawę, nie zastanawiają się nad właściwym znaczeniem słów. Moje wiadomości z historii nauki są dość mgliste, ale jestem gotów się założyć, że pierwsze prawo grawitacji jakie wymyślono, głosiło, przedmioty spadają z taką to a taką prędkością i przyśpieszają w taki to a taki sposób. To nie prawo, ale zwyczajna obserwacja, która nawet nie jest kompletna, dopóki nie dodamy: „na tej planecie”. Na planecie mającej inną masę, uzyskalibyśmy inne obserwacje. Prawo grawitacji natomiast zawiera się we wzorze:

 

który można zastosować do obliczania siły przyciągania pomiędzy dwoma ciałami w dowolnym miejscu przestrzeni. To właśnie jest sposób wyrażania fundamentalnych i niezmiennych zasad, które można stosować w dowolnych sytuacjach. Jeżeli ktoś chce dysponować prawdziwymi prawami etycznymi, muszą one mieć równie uniwersalny charakter. Muszą one działać zarówno na Cassylii, jak i na ie czy na każdej innej planecie lub w każdym społeczeństwie. I tu wracamy do pana. To co nazywa pan tak dumnie - brakuje jedynie akompaniamentu fanfar - Prawami Etyki, to wcale nie są prawa, ale po prostu maleńkie strzępki plemiennych etosów, tubylczych obserwacji poczynionych przez bandę pasterzy owiec w celu zaprowadzenia porządku w swym własnym domu albo raczej w namiocie. Prawa te nie mają żadnego powszechnego zastosowania, nawet pan musi to zauważyć. Proszę tylko pomyśleć o rozmaitych planetach, na których pan był, o liczbie przedziwnych i cudownych sposobów, jakimi ludzie reagują na siebie wzajemnie. A potem proszę postarać się wyobrazić sobie dziesięć zasad, które miałyby zastosowanie we wszystkich tych społeczeństwach. Niemożliwa sprawa. Ale mimo to założyłbym się, że ma pan już takich dziesięć zasad, że chciałby pan, bym ich też przestrzegał i że jedna z nich zmarnowana jest na zakaz modlenia się do wyrzeźbionych bożków. Doskonale mogę sobie wyobrazić jak wspaniale uniwersalne jest dziewięć pozostałych! Nie byłby pan istotą etyczną, gdyby próbował pan zastosować je w każdym miejscu, do którego się udaje: po prostu jest to wyszukiwanie szczególnie dziwacznego sposobu popełnienia samobójstwa!

- Zaczynasz mnie obrażać!

- Mam nadzieję. Jeżeli nie można się dobrać do pana w żaden inny sposób, to może choć obraza zburzy ten stan pańskiego moralnego samozadowolenia. Jak pan śmie myśleć o postawieniu mnie przed sądem za skradzenie pieniędzy z kasyna na Cassylii, skoro to co zrobiłem, odpowiadało ich własnym zasadom etycznym! Prowadzą oszukańcze gry, a więc zgodnie z prawem ich miejscowego etosu oszukiwanie podczas gry jest normą. Gdyby jednocześnie wydali prawo, że oszukiwanie w grze jest nielegalne, to właśnie owo prawo byłoby nieetyczne, nie zaś oszukiwanie. Jeżeli chce mnie pan dostarczyć po to, by mnie osądzono opierając się na takim prawie, sam pan jest człowiekiem nieetycznym, ja zaś jestem bezbronną ofiarą złego człowieka.
- Nasienie Szatana! - wrzasnął Mikah, zrywając się na równe nogi. Zaczął chodzić tam i z powrotem przed Jasonem, z podnieceniem zaciskając i rozwierając dłonie. - Próbujesz zbić mnie z tropu swoją semantyką i tak zwaną etyką, która w rzeczy samej jest niczym innym, jak tylko oportunizmem i chciwością. Istnieje Wyższe Prawo, które nie podlega dyskusji...
- To sformułowanie jest nie do przyjęcia i mogę to udowodnić. - Jason wskazał książki stojące w bibliotece. - Mogę to udowodnić używając pańskich własnych książek, jednego z tych czytadełek na tej półce. Nie, nie Tomasz z Akwinu - zbyt gruby. O, ten tomik ze słowem „Luli” na grzbiecie. Czy to „Księga Zakonu Rycerskiego” Ramona Lulla?

Mikah wytrzeszczył oczy. - Znasz tę książkę? Znane ci są prace Lulla?

- Oczywiście - oznajmił Jason z bezceremonialną pewnością siebie, której zresztą wcale nie czuł. Była to jedyna książka w tym zbiorze, którą kiedyś czytał. Zapamiętał ją tylko dzięki temu dziwacznemu tytułowi. - Proszę mi ją dać, a wtedy pokażę, o co mi chodzi.
- Widząc jego niezmiennie naturalny sposób bycia, trudno było przypuszczać, że jest to właśnie chwila, do której przez cały czas ostrożnie dążył. Wypił łyk herbaty w najmniejszym stopniu nie zdradzając swojego napięcia.

Mikah Samon zdjął książkę i podał mu ją.

Jason przerzucał kartki, mówiąc bez przerwy.

- Tak..., tak... to doskonale pasuje. Niemal idealny przykład pańskiego sposobu myślenia. Czy lubi pan czytać Lulla?
- Niezwykle inspirujący! - odparł Mikah z błyszczącymi oczyma. - W każdej linijce jest zawarte Piękno i Prawdy, o których zapomnieliśmy w gonitwie współczesnego życia. Jest to dowód istnienia wzajemnych związków pomiędzy Mistycznym a Konkretnym i pojednanie tych pojęć. Dzięki swej absolutnej logice, manewrując symbolami wyjaśnia wszystko.
- Nie udowadnia niczego - oznajmił Jason z naciskiem. - Bawi się tylko słowami. Bierze jakieś słowo, nadaje mu abstrakcyjną i nieprawdziwą wartość, a potem udowadnia tę wartość odnosząc ją do innych słów o równie mgławicowych antecedencjach. Jego fakty wcale nie są faktami, lecz jedynie dźwiękami bez znaczenia. To właśnie jest ów kluczowy punkt, w którym różnią się nasze wszechświaty - pański i mój. Żyje Pan w tym świecie nic nie znaczących i nie istniejących faktów. Mój świat zawiera fakty, które można zważyć, wypróbować, udowodnić, odnieść w logiczny sposób do innych faktów. Moje fakty są nie do podważenia i bezdyskusyjne. One istnieją.
- Pokaż mi jeden z tych twoich niepodważalnych faktów - stwierdził Mikah głosem, który był o wiele spokojniejszy od głosu Jasona.
- O, tam - odparł Jason. - Duża, zielona książka nad konsolą komputera. Zawiera fakty, które nawet pan uzna za prawdziwe... Zjem każdą kartę, jeżeli będzie inaczej. Proszę mi ją podać. - Mówił rozgniewanym tonem, rzucając zbyt zuchwałe stwierdzenia i Mikah wpadł w zastawioną pułapkę. Podał Jasonowi książkę, trzymając ją oburącz. Była bardzo gruba, oprawna w metal i ciężka.
- Teraz proszę posłuchać uważnie i spróbować to zrozumieć, nawet jeżeli będzie to trudne - powiedział Jason otwierając księgę. Mikah uśmiechnął się kwaśno, słysząc jak zarzuca mu ignorancję. - To tabele efemeryd gwiezdnych, wypełnione faktami jak jajko białkiem i żółtkiem. Na swój sposób jest to historia ludzkości. Proszę teraz spojrzeć na ekran kontroli lotu w podprzestrzeni, a zobaczy pan, o co mi chodzi. Widzi pan poziomą zieloną linię? To nasz kurs.
- Skoro jest to mój statek i ja go pilotuję, to jestem świadom tego faktu - odparł Mikah. - Słucham twoich dowodów.
- Proszę dobrze uważać - ciągnął Jason. - Próbuję to przedstawić w prostej formie. Z kolei czerwona kropka na zielonej linii oznacza pozycję naszego statku. Cyfra powyżej oznacza nasz następny punkt nawigacyjny, miejsce, w którym pole grawitacyjne gwiazdy jest wystarczająco silne, by wykryć je z podprzestrzeni. Jest to oznaczenie kodowe gwiazdy - BD89-046-229. Zaglądam do książki - szybko przerzucił kartki - i odnajduję jej opis. Nie nazwę. Po prostu szereg zakodowanych symboli, które jednak wiele mogą nam powiedzieć. Ten mały znaczek informuje, że jest tam planeta lub planety, a na nich są warunki, w których żyć może człowiek. Nie informuje jednak, czy żyją tam ludzi.
- Do czego zmierzasz? - zapytał Mikah.
- Cierpliwości, zaraz pan zobaczy. Spójrzmy teraz na ekran. Zielona kropka, która zbliża się po linii kursowej to PNZ - Punkt Największego Zbliżenia. Kiedy czerwona i zielona kropka nałożą się na siebie...
- Oddaj mi książkę - rozkazał Mikah robiąc krok do przodu. Nagle zorientował się, że coś jest nie tak. Spóźnił się jednak o włos.
- Oto twój dowód - zawołał Jason i cisnął ciężką księgę w delikatne obwody, ukryte za ekranem podprzestrzeni. Zanim doleciała do celu, cisnął następną. Rozległ się brzęczący huk, błysnęły płomienie i zatrzeszczały zwarcia w obwodach.

Pokład pochylił się gwałtownie, gdy złącza rozwarły się, przerzucając statek do przestrzeni liniowej.

Mikah mruknął z bólu, wtłoczony w podłogę gwałtownością tego przejścia. Uwięziony w swym fotelu Jason starał się opanować wyprawiający dzikie harce żołądek i ciemność przed oczyma. Gdy Mikah powoli dźwigał się z podłogi, Jason wycelował starannie i cisnął tacę wraz z talerzami w dymiące zwłoki komputera nawigacji w podprzestrzeni.

- Oto pański fakt - oznajmił z radosnym triumfem w głosie. - Ten niepodważalny, złocony i platynowy fakt! Już nie lecimy na Cassylię!

Rozdział 3

- Zabiłeś nas obu - rzekł Mikah. Jego twarz była ściągnięta i blada, ale mówił całkowicie opanowanym głosem.
- Niezupełnie - odparł radośnie Jason. - Ale załatwiłem sterowanie podprzestrzenne i w związku z tym nie możemy lecieć do innej gwiazdy. Ponieważ jednak nic złego się nie stało zwykłemu napędowi międzyplanetarnemu, możemy wylądować na jednej z tych planet - sam pan widział, że przynajmniej jedna z nich nadaje się do zamieszkania.
- A tam naprawię napęd podprzestrzenny i ruszymy w dalszą drogę na Cassylię. Nic na tym nie zyskałeś.
- Być może - rzekł Jason najbardziej wymijającym tonem, na jaki mógł się zdobyć, nie miał bowiem najmniejszego zamiaru kontynuować tej podróży bez względu na to, co na ten temat myślał Mikah Samon.

Jego strażnik doszedł do tego samego wniosku.

- Połóż rękę na oparciu - rozkazał i ponownie zatrzasnął uchwyt. Zachwiał się na nogach w chwili, gdy silniki się włączyły i statek zmienił kierunek lotu.
- Co się dzieje? - zapytał.

- Sterowanie awaryjne. Komputer pokładowy wie, że stało się coś poważnego i zaczął działać. Mógłby pan przejść na ręczne sterowanie, ale na razie nie zawracałbym sobie tym głowy. Statek wykorzystując swoje czujniki i zgromadzoną informację da sobie z tym radę lepiej niż którykolwiek z nas. Odnajdzie planetę, której szukamy, wyznaczy kurs i dostarczy nas tam, tracąc jak najmniej paliwa i czasu. Kiedy wejdziemy w atmosferę, będzie pan mógł przejąć stery i wyszukać miejsce do lądowania.

- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo - odparł Mikah ponuro. - Przejmę stery i wyślę sygnał na częstotliwości alarmowej. Na pewno ktoś mnie usłyszy.

Gdy tylko zrobił krok do przodu, statek zadygotał i wszystkie światła zgasły. W zapadłych ciemnościach widać było płomienie migoczące za tablicą przyrządową. Rozległ się syk gaśnicy pianowej i ogień zniknął. Zapaliły się mdłe światła awaryjne.

- Nie powinienem był wrzucać tej książki Ramona Lulla - stwierdził Jason. - Była ona równie niestrawna dla statku jak i dla mnie.
- Jesteś pozbawionym szacunku bluźniercą - wycedził Mikah przez zaciśnięte zęby, siadając za sterami. - Chciałeś zabić nas obu. Nie szanujesz ani swego, ani mojego życia. Jesteś człowiekiem zasługującym na najsurowszą karę przewidzianą przez prawo.
- Jestem graczem - roześmiał się Jason - i to nie takim złym, jak pan twierdzi. Ryzykuję, ale tylko wtedy, gdy mam realne szanse. Wiózł mnie pan na pewną śmierć. Najgorsze, co może mnie spotkać, po tym jak zniszczyłem sterowanie podprzestrzenne, to taki sam los. A więc podjąłem ryzyko. Oczywiście, pan ponosi większe ryzyko, ale obawiam się, że nie wziąłem tego pod uwagę. W końcu, cała ta afera jest pańskim pomysłem. Będzie pan musiał ponieść konsekwencje swoich czynów i trudno mieć o to do mnie pretensje.
- Masz całkowitą rację - odparł spokojnie Mikah. - Powinienem być bardziej czujny. A teraz powiedz mi, co zrobić, by ocalić nas obu. Żaden system sterowania nie działa.
- Żaden? Próbował pan uruchomić sterowanie awaryjne? To ten duży, czerwony przełącznik pod kopułką zabezpieczającą.
- Próbowałem. Również na nic.

Jason osunął się na oparcie fotela. Dopiero po chwili zdołał wydobyć głos. - Poczytaj jedną ze swoich książek, Mikah - oznajmił wreszcie. - Spróbuj poszukać pociechy w swojej filozofii. Jesteśmy bezsilni. Teraz wszystko zależy od komputera i od tego, co zostało z obwodów.

- Czy możemy pomóc? Czy możemy coś zreperować?
- Znasz się na tym? Bo ja nie. Najprawdopodobniej nabroilibyśmy jeszcze bardziej.

*

Do planety kuśtykali dwa dni. Jej atmosfera była zasnuta powłoką chmur. Zbliżali się od zacienionej strony i nie mogli dostrzec żadnych szczegółów. Świateł również.

- Gdyby były tu jakieś miasta, widzielibyśmy ich światła, nieprawdaż? - zapytał Mikah.
- Niekoniecznie. Może są zakryte chmurami. Może to miasta pod kopułami. Może na tej półkuli jest tylko ocean.
- Albo może nie ma tam wcale ludzi - przerwał mu Mikah. - Nawet jeżeli uda się nam bezpiecznie wylądować, to co z tego? Będziemy tu uwięzieni do końca życia i do końca świata.
- Nie bądź taki radosny - rzekł Jason. - Co byś powiedział o zdjęciu tych obrączek na czas lądowania. Pewnie będzie dość twarde i chciałbym mieć jakieś szanse.

Mikah popatrzył nań, marszcząc brwi. - Czy dasz mi słowo honoru, że nie będziesz próbować ucieczki podczas lądowania?

- Nie. A nawet, gdybym dał i tak byś nie uwierzył. Jeżeli mnie uwolnisz, podejmiesz ryzyko. Niech żaden z nas się nie łudzi, że coś się zmieni.
- Muszę spełnić swój obowiązek - odparł Mikah. Jason pozostał przykuty do fotela.

Weszli w atmosferę i początkowy, delikatny szelest szybko przerodził się w przeraźliwe wycie. Silniki wyłączyły się i zaczęli spadać. Tarcie powietrza rozgrzało zewnętrzne powłoki kadłuba do białości i temperatura wewnątrz szybko wzrastała, mimo że aparatura chłodząca działała pełną mocą.

- Co się dzieje? - zapytał Mikah. - Znasz się na tym lepiej niż ja. Czy... czy się rozbijemy?
- Być może. Są dwie ewentualności. Albo wszystko wysiadło - i w tym przypadku rozsmaruje nas po całej okolicy, albo komputer oszczędza siły do jednej, ostatniej próby. Mam nadzieję, że właśnie o to chodzi. Te dzisiejsze komputery są sprytne, całe nafaszerowane obwodami decyzyjnymi. Kadłub i silniki są w dobrym stanie, ale systemy sterownicze mamy kiepskie i niepewne. Człowiek w takich okolicznościach postarałby się zejść tak nisko i tak szybko jak tylko by mógł, a dopiero potem ponownie włączyłby silniki. Potem dałby pełną moc - trzynaście g, albo i więcej, tyle, ile jego zdaniem wytrzymaliby pasażerowie w fotelach. Kadłubowi by się dostało, ale mniejsza o to. Dzięki temu obwody sterowania byłyby wykorzystane krótko i w najprostszy sposób.
- Czy sądzisz, że komputer to właśnie robi? - spytał Mikah.
- Mam nadzieję. Czy masz zamiar rozpiąć mi kajdanki, zanim pójdziesz lulu? To może być kiepskie lądowanie i niewykluczone, że będziemy musieli szybko się stąd wynosić.

Mikah pomyślał chwilę i wyjął pistolet. - Uwolnię cię, ale mam zamiar strzelać, jeżeli spróbujesz wyciąć jakiś numer. Gdy tylko znajdziemy się na dole, znowu cię zamknę.

- Dzięki ci, panie, za twe skromne dary - rzekł Jason. Gdy tylko więzy puściły, zaczął masować przeguby rąk.

Deceleracja wyrżnęła w nich, wyciskając im powietrze z płuc, wgniatając ich głęboko w uginające się fotele. Pistolet przyciśnięty do piersi Mikaha był zbyt ciężki, by mógł go unieść. To zresztą nie miało żadnego znaczenia - Jason nie był w stanie ani się podnieść, ani nawet ruszyć. Tkwił na granicy świadomości, jego spojrzenie z trudem przebijało się przez czarną i czerwoną mgłę.

Równie niespodziewanie ciężar zniknął.

Wciąż spadali.

Silniki na rufie zajęczały, przełączniki zaterkotały. Bez skutku. Mężczyźni patrzyli na siebie bez ruchu przez tę niezmierzoną chwilę, podczas której statek spadał.

Opadając obrócił się i uderzył pod kątem. Dla Jasona koniec nadszedł wszechogarniającą falą grzmotu, wstrząsu i bólu. Gwałtowne szarpnięcie rzuciło go na pasy bezpieczeństwa, zerwał je bezwładną masą swego ciała i przeleciał przez całą długość sterówki. Ostatnią świadomą myślą Jasona było: „osłonić głowę!”. Właśnie unosił ramiona, gdy uderzył w ścianę.

*

Chłód był tak przejmujący, że aż bolesny. Był to chłód, który przeszywa ciało, zanim je obezwładni i zabije.