Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Jedenastoletnia Tilly Pages ma niezwykły talent: potrafi przenosić się do świata ulubionych książek, wędrować po ich stronicach i rozmawiać z bohaterami literackimi. Spacer z Anią z Zielonego Wzgórza albo podwieczorek z Alicją w Krainie Czarów ? Nic prostszego!
Tilly nie spodziewa się jednak, że prawdziwe wyzwanie czeka na nią w krainie baśni. Podczas jednej ze swoich wędrówek dziewczynka i jej przyjaciel Oskar odkrywają chaos, który zapanował we wszystkich najbardziej znanych baśniach: bohaterowie historii się gubią, pojawiają się tajemnicze luki w fabule, a wątki opowieści się ze sobą plączą.
Czy książkowym wędrowcom uda się odnaleźć sprawcę tego zamieszania i przywrócić właściwe, baśniowe zakończenia, by wszyscy żyli długo i szczęśliwie?
Usiądź wygodnie w fotelu i wyrusz w magiczną, pełną przygód podróż do krainy baśni!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2022
Tytuł oryginału: Tilly and the Lost Fairy Tales
First published in English in Great Britain by HarperCollins Children’s Books, a division of HarperCollins Publishers Ltd under the title: Pages & Co. (2) Tilly and the Lost Fairy Tales
Copyright © for the text by Anna James, 2019
Copyright © for the illustrations by Paola Escobar, 2019
Translation © translated under licence from HarperCollins Publishers Ltd, 2022
Copyright © for the Polish translation by Adrian Tomczyk, 2022
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022
Anna James and Paola Escobar assert the moral right to be identified as the author and illustrator of the work respectively.
Redaktorka inicjująca • Milena Buszkiewicz
Redaktorka prowadząca • Aneta Cruz-Kąciak
Marketing i promocja • Karolina Kisiołek
Redakcja • Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta • Marta Akuszewska, Joanna Pawłowska
Konwersja do ebooka • Mateusz Czekała
Projekt okładki • HarperCollins Publishers Ltd, 2019
Adaptacja okładki • Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
eISBN 978-83-67324-22-9
Zygzaki
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
redakcja@zygzaki.pl
www.zygzaki.pl
Dla mamy i taty,którzy zawsze pozwalali mi szukać własnej ścieżki
1
Odrobina magii
Okazało się, że do szafy nie zmieści się aż pięcioro ludzi.
— Przypomnijcie mi raz jeszcze, dlaczego musimy zacząć wędrowanie akurat w tym miejscu? — zapytała Tilly z twarzą przyciśniętą do ramienia swojego dziadka.
— Wiesz dobrze, jak sądzę — odpowiedział — że technicznie rzecz biorąc, nie musimy rozpoczynać wędrówki we wnętrzu szafy, ale sama przyznasz, że to wzmacnia efekt, prawda? — W głosie jej dziadka pobrzmiewało jednak zdecydowanie mniej pewności siebie niż jeszcze pół godziny temu, kiedy zaproponował takie rozwiązanie.
— Jeśli chodziło o to, żebyśmy zadzierzgnęli dosłownie jeszcze bliższe relacje ze sobą nawzajem i poznali dokładniej poziom higieny osobistej, to faktycznie czuję, że udało się to osiągnąć — skomentował Oskar głosem stłumionym przez babciną apaszkę, która to jednocześnie łaskotała go w nos i zasłaniała mu usta, ilekroć się odzywał.
— Założę się, że członkowie rodziny Pevensie nie musieli się tak męczyć — stwierdziła Tilly.
— No tak, ale oni od razu wychodzili po drugiej stronie szafy — zauważyła babcia. — A to wcale nie daje im żadnej przewagi.
— Dobrze, dobrze, rozumiem — przyznał dziadek. — Stało się jasne, że ten mój kaprys i próba dodania czegoś więcej całej sytuacji być może nie były do końca przemyślane. — Mężczyzna przysunął się z powrotem do drzwi i je otworzył.
Tilly, jej najlepszy przyjaciel Oskar, dziadkowie oraz mama dziewczynki wypadli natychmiast do pachnącej cynamonem księgarni.
— No przecież to nie jest nawet tak naprawdę szafa — narzekał Oskar. — Tylko szafka z magazynu.
— Prawdę powiedziawszy, chciałem po prostu, żeby wszyscy poczuli ducha przygody — obruszył się dziadek. — Odzwierciedlić warunki panujące podczas podróży do Narnii, zabawić się nieco. Sami wiecie, że wszystkim nam przydałoby się trochę rozrywki. Albo odrobina magii.
— Przecież to już teraz jest magia, i to dosłownie — zauważyła Tilly.
— Marnuję się w tej rodzinie, no naprawdę — powiedział dziadek. — To co, próbujemy jeszcze raz, tym razem z tego miejsca? Nadal mamy jakąś godzinę, zanim będziemy musieli udać się do Podbiblioteki na Ceremonię Atramentacji.
— Tato, właściwie to chyba odpuszczę sobie to wyjście — powiedziała cicho Bea, mama Tilly, wygładzając pogniecione ubrania. — W sklepie mamy taki ruch przed Gwiazdką, że z pewnością przyda się dodatkowa para rąk. Sami wiecie, jak jest… — powiedziała, po czym uśmiechnęła się słabo i wyszła w stronę księgarni Pages i Spółka, której właścicielami i mieszkańcami byli jej rodzice. Tilly odrobinę posmutniała.
— Nie wędrowała po książkach, od kiedy wróciłyśmy razem z kart Małej księżniczki — powiedziała dziewczynka, próbując ukryć rozdrażnienie w głosie.
— Wiem, skarbie, ale spróbuj się tym nie martwić — poprosił dziadek. — Jestem przekonany, że już niedługo do tego wróci. To nic dziwnego, że tak się zachowuje po tym, jak utknęła w jakiejś historii na jedenaście lat. Spróbuj sobie wyobrazić, jakie to musiało być dla niej przerażające! — Na twarzy dziadka pojawiło się zmartwienie, jak zawsze, gdy myślał o swojej córce uwięzionej w przerobionej wersji Małej księżniczki. — Ale mamy ją już z powrotem, i to na dobre — ciągnął. — I teraz wiemy, że to Enoch Chalk ją tam uwięził, dzięki czemu nigdy więcej nic takiego nie ujdzie mu na sucho.
— O ile ktoś go kiedykolwiek znajdzie — zauważyła Tilly.
— Czy zanim wyrzucili panią Amelię, udało jej się dowiedzieć czegoś na temat książki, z której on uciekł? — zapytał Oskar.
— Amelii nikt nie zwolnił — powiedział dziadek. — Poproszono ją tylko, żeby zrezygnowała z pełnienia funkcji głównej Bibliotekarki w Podbibliotece na czas, gdy cała ta afera jest badana.
— No dobrze, ale moim zdaniem to nadal brzmi tak, jakby ją wylali — mruknął pod nosem Oskar.
— A jeśli chodzi o odpowiedź na twoje pytanie: nie, niestety nie — przyznała babcia. — Ledwie miała czas na cokolwiek przed tym, jak Introligatorzy zaczęli psuć jej opinię u innych księgarzy. Zresztą szukali oni jakiegokolwiek powodu, aby się jej pozbyć, odkąd tylko dostała tę pracę, a incydent z Chalkiem potraktowali jak zwyczajną wymówkę. Te uparciuchy, z tą swoją śmieszną nazwą, która jest ważna chyba tylko dla nich, a którą w dodatku sami sobie nadali, w kółko tylko udają, że interesuje ich coś więcej niż władza i wpływy.
Dziadek położył dłoń na ramieniu babci, a ta westchnęła głęboko.
— Przepraszam — powiedziała. — To nie jest ani pora, ani miejsce na to.
— Powinienem wiedzieć, kim są ci Introligatorzy? — zapytał Oskar, a Tilly ucieszyła się, zresztą nie po raz pierwszy, że chłopak nie ma problemu z pytaniem, jeśli czegoś nie wie.
— Zawracają tylko głowę! — odrzekł dziadek. — To taka grupa bibliotekarzy, którzy nalegają na zaostrzenie zasad i ściślejszą kontrolę Podbiblioteki nad życiem książkowych wędrowców. Niegdyś bardzo popierali Chalka, więc teraz musi im być bardzo głupio, gdy wyszło na jaw, że był on renegatem, który uciekł z Wydania Źródłowego. Ale wstyd często popycha ludzi na ścieżkę nienawiści i obawiam się, że dowiedzenie, jakoby ich kolega był postacią fikcyjną, stanowi jeszcze jeden powód, by w swoim polowaniu na czarownice obrać sobie za cel Amelię.
— Być może ich działania faktycznie nie mają sensu — przyznała babcia — ale przeciągają na swoją stronę wielu bibliotekarzy i bibliotekarek. Ludzi martwi kierunek, w jakim rozwija się rola Podbiblioteki, a ten ich strach może być kolejnym czynnikiem ciągnącym ich w kierunku nienawiści.
— A czy bibliotekarze nie martwią się o to, gdzie teraz znajduje się Chalk? — zapytał Oskar. — I czy to nie jest niebezpieczne, że przebywa teraz na wolności?
— Wydaje mi się, że są rozdarci, bo z jednej strony martwią się o to, co może zrobić, a z drugiej chcieliby zamieść całą sprawę pod dywan, żeby nie dowiedziały się o tym inne Podbiblioteki.
— Inne Podbiblioteki? — zapytał Oskar. — Czyli takie, które mieszczą się w innych krajach?
— Tak — przyznał dziadek. — Podbiblioteki znajdują się w większości krajów na świecie, choć nie wszystkie one mają swoje Biblioteki Źródłowe. Sądzę jednak, że wystarczy już tej polityki. Przed nami długie popołudnie, pewnie jeszcze bardziej męczące niż wieczna zima w krainie, którą rządzi zła królowa. Chodźmy coś zjeść.
Na obiad zjedli w ostrożnej ciszy jajecznicę i plastry awokado na jeszcze ciepłej, posmarowanej masłem bagietce. I choć z początku próbowali podtrzymać rozmowę, to babcia i dziadek byli na tyle mocno zatopieni we własnych myślach, że nad stołem zawisło niejasne poczucie zbliżającej się zagłady. Przez jakiś czas w tle można było usłyszeć jedynie pisk noży szorujących po talerzach i dźwięki pracującej zmywarki.
— Naprawdę jest aż tak źle? — zapytał podenerwowany Oskar, próbując przerwać milczenie. — Mam wrażenie, jakbyśmy mieli się zaraz zbierać na jakiś pogrzeb.
— No cóż, to jak ceremonia pożegnalna dla kariery naszej drogiej Amelii — mruknął dziadek. — Nie wspominając już o możliwym końcu wędrowania po książkach, przynajmniej w takim kształcie, w jakim je znamy.
— Faktycznie nie brzmi to za dobrze — zgodził się Oskar.
— Wystarczy już, Archie — powiedziała babcia. — Pomijając, że smutno nam z powodu Amelii, sytuacja wcale nie jest taka dramatyczna. Wędrowanie po książkach nie ustanie, a Podbiblioteka Brytyjska będzie kontynuowała swoją działalność. Po prostu teraz nazbierało się trochę problemów. Sam wiesz, że podejście Amelii zawsze miało swoich przeciwników, bandę staroświeckich gości, którzy zawsze reagowali wściekłością, kiedy stanowisko Bibliotekarza obejmował ktoś z nowoczesnymi pomysłami, zwłaszcza że zwykle kilku z nich również ubiega się o tę pracę. Świat się od tego nie zawali.
— Aż w końcu się zdziwimy — powiedział złowrogo dziadek.
Babcia posłała mu spojrzenie pod tytułem „nie mówmy o tym przy dzieciach”, po czym odchrząknął i ze skrzypieniem odsunął krzesło od stołu. W ponurym nastroju odstawił brudny talerz do zlewu i odwrócił się do wyjścia, ale po chwili się cofnął i pozmywał po sobie, nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego.
Kiedy już uprzątnięto resztę rzeczy po obiedzie i wszyscy strzepnęli okruszki ze swoich eleganckich ubrań, wyszli razem z księgarni Pages i Spółka, zostawiając Beę samą, aby zajęła się sklepem po południu.
— Jesteście pewni, że chcecie iść? — zapytał dziadek.
— Tak — powiedzieli chórem Oskar i Tilly, jakby ich zdaniem nie mógł się przytrafić plan związany z wędrowaniem po książkach, w którym nie chcieliby wziąć udziału.
— Nie zapytałem nikogo, czy wolno wam wejść — powiedział dziadek takim tonem, jak gdyby dopiero przyszło mu to do głowy. — Ale przecież nikt was nie wygoni, gdy już będziecie w środku, prawda? — doszedł do wniosku, mówiąc w sumie do siebie.
— Wiem, że dla pani Amelii to niewesoły czas — stwierdziła Tilly. — Ale chcę zobaczyć, jak wygląda wybór nowego głównego Bibliotekarza.
— To jakieś głosowanie, prawda? — zapytał Oskar.
— Tak — powiedziała babcia. — Każdy chętny może aplikować na to stanowisko, a to właśnie inni bibliotekarze wybierają osobę, która ich zdaniem najbardziej pasuje do tej roli.
— Czyli kiedyś zagłosowało na ciebie dużo osób? — zapytała dziadka Tilly.
— Pokonał co najmniej trzynastu innych kandydatów! — wyjawiła z dumą babcia.
— A ilu ich będzie tym razem? — zapytał Oskar.
— Wydaje mi się, że tylko troje — odpowiedziała babcia. — Wygląda na to, że sytuacja z Chalkiem raczej ostudziła zapędy większości osób. Kto by chciał teraz ogarnąć cały ten bałagan? O ile wiem, startuje Ebenezer Okparanta, który pracuje w Podbibliotece, od kiedy pamiętam, oraz Catherine Caraway, wielka niewiadoma…
— A oprócz tego będzie tam Melville Underwood — dodał dziadek. — Ciekawy człowiek. Zniknął na kilka dekad ze swoją siostrą, Decimą, wkrótce po tym, jak zacząłem pracę w Podbibliotece. Nikt nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczymy. Niegdyś prowadzili baśniowe wycieczki dla książkowych wędrowców i kto wie, co tam się mogło wydarzyć. W każdym razie kilka tygodni temu pojawił się znowu, jakby wyrósł spod ziemi, ale już bez siostry. Z pewnością opowie nam w swoim przemówieniu o tym wielkim powrocie, ale moim zdaniem trochę za mało o nim wiemy, żeby powierzyć mu tego typu stanowisko. Stawiałbym raczej na Ebenezera. To taki bezpieczny strzał, a nie jestem przekonany, czy ludzie będą chcieli teraz ryzykować.
2
Baśnie to ciekawa sprawa
Dziadek zamówił taksówkę na King’s Cross i lśniący czarny samochód czekał już na ulicy przed księgarnią, co jeszcze pogłębiło wrażenie przygnębiającej atmosfery.
— Mówiliście, że jeden z kandydatów prowadził kiedyś wycieczki po świecie baśni, prawda? — zapytała Tilly, zastanawiając się, co oznaczało to niezwykłe określenie użyte przez jej babcię. — Co to w ogóle znaczy?
— No cóż, takie baśnie to ciekawa sprawa — stwierdził dziadek. — Wiecie może, skąd się wzięły? Albo kto je pisał?
— No ci bracia… jacyś tam — strzelił Oskar.
— Bracia Grimm — powiedziała ze znawstwem Tilly. — Oraz Hans Christian Andersen. Mnóstwo ludzi.
— Macie rację, ale to tylko część prawdy — zauważył dziadek. — Oni wszyscy faktycznie spisali wiele baśni i ubarwili je na swój sposób, ale to nie oni wymyślili większość z nich, tylko je zebrali. Baśnie i podania ludowe rodzą się przy ogniskach i paleniskach kuchennych, szepce się ich treść pod kocami i pod gołym niebem. Skąd naprawdę pochodzą, kto jako pierwszy wpadł na dany pomysł i która wersja jest tą oryginalną? Wyśledzenie tego jest prawie niemożliwe, jako że dysponujemy jedynie wersjami spisanymi, a przecież baśnie rzadko kiedy zapisywano zaraz po wymyśleniu.
— A jak wam się wydaje, dlaczego to sprawia, że są jeszcze bardziej niebezpieczne? — zapytała babcia.
— Ponieważ… — Tilly zaczęła zdanie pewna siebie, ale ku swojej irytacji nie zdołała go dokończyć.
Oskar z kolei pogrążył się w myślach.
— Czy to ma jakiś związek z Wydaniami Źródłowymi? — zapytał. — Zwykle gdy mówimy o niebezpieczeństwie związanym z wędrowaniem, ma to coś wspólnego właśnie z tym tematem.
— Tak, jesteś blisko odpowiedzi — przyznała babcia. — Kontynuuj.
— Jeżeli istnieje wiele różnych wersji tekstu… — zaczęła Tilly.
— …i nie jesteśmy pewni, skąd się wzięły… — ciągnął Oskar.
— …to czy w ogóle istnieją jakieś ich Wydania Źródłowe? — dokończyła dziewczynka.
— Otóż to — zgodził się dziadek. — Dysponujemy rzecz jasna Wydaniami Źródłowymi wielu różnych wersji, które można traktować na podobnej zasadzie co Wydania Źródłowe, ale te opowieści nie są zakorzenione w tradycji piśmiennej. Czerpią z tradycji ustnej, z opowieści snutych na głos i przekazywanych z pokolenia na pokolenie w obrębie danej społeczności.
— A to właśnie te korzenie sprawiają, że dana wersja się stabilizuje — podjęła babcia. — Natomiast baśnie mają swoje korzenie w powietrzu i ogniu, a nie w papierze i atramencie, dlatego zwyczajne reguły się ich nie imają. Różne warstwy tych historii ścierają się ze sobą i można przypadkiem wejść akurat do wersji, z której trudno będzie znaleźć wyjście. Próby przejścia z jednej wersji danej historii do drugiej są zresztą niezwykle niebezpieczne. To jak próba znalezienia drogi na mapie, kiedy człowiek nie ma pojęcia, w którym miejscu się znajduje. Nie wspominając już zresztą o tym, że w naszym świecie baśnie zanikają. Opowiadamy nowe wersje i zapominamy te starsze. I dlatego ludzie postrzegają takie wędrówki jako bardziej ryzykowne. Niekiedy w Podbibliotece organizuje się jednak grupowe wycieczki prowadzone przez kogoś, kto czuje się tam nieco lepiej, a także pojmuje ryzyko i wie, jak być tam bezpiecznym. Albo przynajmniej stara się o to zadbać.
— Byliście kiedyś wewnątrz jakiejś baśni? Możecie nas tam zabrać? — zapytała Tilly.
Jej dziadkowie wymienili spojrzenia i w tej chwili żałowała, że tak świetnie rozumieją się bez słów. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek stworzy z kimś taki zespół, i w ramach eksperymentu zerknęła znacząco na Oskara.
— Czy… coś ci się stało? — zapytał z obawą. — Wyglądasz, jakbyś miała kichnąć.
— Nieważne — powiedziała, oblała się rumieńcem i odwróciła z powrotem do dziadków. — Nie odpowiedzieliście na moje pytanie.
— Tak właściwie to twoja babcia jest jedną z nielicznych osób, które oficjalnie i bezpiecznie wędrują po baśniach — stwierdził dziadek, patrząc z dumą na żonę.
— Jak to możliwe? — zaciekawił się Oskar.
— No cóż, jak dobrze wiecie, pracowałam kiedyś w Pokoju Map na terenie Podbiblioteki — wyjaśniła babcia. — Zajmowałam się planami prawdziwych księgarń i bibliotek, ale do moich obowiązków należało również wiedzieć jak najwięcej o budowie samych historii. Dawniej badałam baśnie, ale opuściłam ten projekt po tym, jak… Powiedzmy, że po tym, jak doszło do pewnej różnicy zdań.
Tilly pomyślała chwilę o babci, która przecież zawsze spokojnie radziła sobie z wszelkimi problemami, i poczuła się zaintrygowana.
— Nie powiesz chyba, że to już koniec historii? — naciskała.
— Trzeba ją będzie dokończyć innym razem — stwierdził dziadek. — Jesteśmy już na miejscu.
3
Trochę na marginesie
Przesuwający się powoli strumień ludzi w identycznych granatowych kardiganach zdaniem Tilly mocno się wyróżniał wewnątrz Biblioteki Brytyjskiej. Jednak pomimo jednakowego ubioru i głośnych szeptów nie przyciągali oni zbyt wielu spojrzeń innych użytkowników biblioteki.
— Pewnie założyli, że to jakaś wycieczka grupowa — powiedział dziadek, gdy przechodzili przez drzwi oznaczone napisem „Tylko dla personelu”, które prowadziły do Biblioteki Królewskiej, stanowiącej przeszkloną wieżę z książek stojącą pośrodku głównej sali. — Ludzie są świetni w niezwracaniu uwagi na sprawy, które ich nie dotyczą. Jak inaczej twoim zdaniem utrzymalibyśmy w tajemnicy istnienie magicznej biblioteki przez dziesiątki lat?
Do wind prowadzących z głównej biblioteki do Podbiblioteki Brytyjskiej, które tylko z pozoru były nieczynne, stała kolejka. Tilly spodziewała się, że nastroje będą raczej posępne, podobnie jak w księgarni Pages i Spółka, ale w powietrzu aż iskrzyło od niepokoju, a w tłumie przewijało się wiele podekscytowanych osób.
— Nie powinniśmy raczej być smutni? — szepnął do Tilly Oskar.
— Jesteśmy smutni — potwierdziła Tilly — ponieważ Amelia jest naszą przyjaciółką, ale większość pewnie ma jej za złe, że ukrywała prawdę o sekrecie Chalka.
— Ale jesteśmy… po właściwej stronie, prawda? — zapytał Oskar.
— Jakiej stronie?
— Nie wiem, o co tu do końca chodzi, ale najwyraźniej coś jest na rzeczy.
I choć dziewczynce trudno to było przyznać, musiała się zgodzić. Znajome uczucie paniki rosło jej w piersi. Poczucie przynależności i akceptacji, którego doświadczyła, gdy dowiedziała się, że jest książkowym wędrowcem, zostało jej odebrane z chwilą, gdy wyszło na jaw, że w połowie jest też postacią fikcyjną. Jednocześnie należała do tego świata i pochodziła z innego miejsca, a czasem wręcz czuła się jak jedno z dzieci, o których czytała w powieściach, a które zmuszano, aby mieszkały w izolatkach, ponieważ były chore i nie należało ryzykować skażenia. Jak gdyby musiała pewne fragmenty samej siebie trzymać w ukryciu, gdzie były bezpieczne. Natomiast teraz dochodziła do tego ta cała skomplikowana polityka Podbiblioteki, której Tilly do końca nie rozumiała, a cichy głosik z tyłu jej głowy pytał ciągle, czy nie byłoby wszystkim łatwiej, gdyby po prostu nigdy nie odkryła, że może wędrować po książkach. No bo kto by tak naprawdę chciał być wyjątkowy? Sprowadzało się to przecież do sekretów, posyłania podejrzliwych spojrzeń i poczucia, że człowiek znajduje się jakby trochę na marginesie.
Mimo tego i dziwnej atmosfery panującej w Podbibliotece Tilly nie mogła nie zachwycać się pięknem głównej sali, która rozciągała się ponad jej głową, z jej turkusowym sufitem i potężnymi drewnianymi łukami. Jakiś bibliotekarz podbiegł do nich i żwawo ścisnął dłoń dziadka.
— Seb! — powiedział radośnie Oskar, rozpoznając mężczyznę, który kilka miesięcy temu pomógł im się nauczyć wędrowania po książkach.
— Jak się wszyscy macie? Panie Pages, pani Pages, cudownie was widzieć — powiedział Seb. — Tilly, Oskarze… — Mówił niesamowicie szybko, jakby nie mógł się powstrzymać przed uprzejmościami, i to mimo że ewidentnie chciał przekazać też coś bardzo ważnego. — Proszę za mną, jeśli nie macie nic przeciwko, Amelia na was czeka — rzucił i zaprowadził całą czwórkę do poczekalni, uprzednio rozejrzawszy się, by sprawdzić, kto przygląda się ich wyjściu.
W pokoju, do którego ich zaprowadził, stały w rzędzie regały z książkami, a całość ogrzewało duże palenisko, przed którym stała Amelia Whisper, do niedawna pełniąca funkcję głównej Bibliotekarki. Spięła swoje długie czarne włosy zgodnie z przepisami, co odebrało jej postaci nieco ciepła, którym zwykle emanowała. Jej skóra, zazwyczaj lśniąco brązowa, dziś była zdecydowanie bledsza i bardziej matowa. Skinęła do nich głową, gdy weszli do pomieszczenia.
— Dziękuję, że znaleźliście czas — powiedziała.
— Ależ oczywiście, Amelio — odezwała się babcia, przechodząc przez całe pomieszczenie i próbując przytulić znajomą, ale Amelia powstrzymała ją stanowczym gestem.
— Tylko nie bądźcie dla mnie zbyt życzliwi — poprosiła. — Rozkleję się, a to mi teraz w niczym nie pomoże. Poza tym muszę z wami porozmawiać o czymś znacznie ważniejszym niż ja i moje uczucia. Seba i mnie bardzo martwi obecna sytuacja w tym miejscu.
— No cóż, podobnie jak nas wszystkich — zauważył dziadek. — Mówię poważnie, zwłaszcza jeśli chodzi o twoje ustąpienie ze stanowiska i wszystko, co członkowie różnych tutejszych grupek wymyślają w swoich ptasich móżdżkach.
— Nie, nie, chodzi mi o coś innego — zaznaczyła Amelia. — Jasne, serce mi się kraje na myśl, że ktoś mnie zastąpi w Podbibliotece, ale cóż, nie jest to wbrew żadnemu prawu.
— Powiedzmy — mruknął dziadek.
— Bardziej martwi mnie to, kim mnie zastąpią. A przynajmniej bardzo się o to starają.
— Co masz na myśli? — zapytała babcia.
— Ani trochę nie ufam Melville’owi Underwoodowi i wydaje mi się, że jego przeszłość skrywa znacznie więcej, niż chciałby przyznać.
— Och, ależ on z pewnością nie zostanie wybrany — powiedział dziadek. — Przecież dopiero co wrócił i to diabli wiedzą skąd. Poza tym nikt nic nie wie na jego temat. Padnie na starego Ebenezera.
— Nie jestem tego taka pewna — stwierdziła Amelia. — Nie było cię tu przez ostatni tydzień. Może i Melville wrócił niedawno, ale już biega po całej Podbibliotece i szepce innym do uszu różne rzeczy, boję się nawet pomyśleć, co konkretnie, bo ludzie uwierzą we wszystko. Nie sądzę, by to był zbieg okoliczności, że właśnie teraz Introligatorzy przestali marudzić po kątach i zabrali się do roboty.
— Jeśli nie macie nic przeciwko, chciałbym coś dodać — wtrącił Seb. — Nieco martwi mnie to, gdzie on był przez cały ten czas, podobnie jak pana, panie Pages, ale innych wcale to nie niepokoi. Introligatorzy, jak każą się teraz nazywać, wierzą w każdą opowieść Melville’a i są gotowi przymknąć oko na wszelkie błędy, jeśli tylko władza wpadnie w ręce jednego z ich ludzi. Lepszy diabeł, którego znamy, i tak dalej. Według niego on i jego siostra zostali zaatakowani podczas prowadzenia jakiejś wycieczki książkowych wędrowców przez zbiór baśni, ale tak naprawdę nie ma na to żadnego potwierdzenia. Gdyby grupa wędrowców padła ofiarą ataku albo chociaż się zgubiła, to z pewnością powstałaby na ten temat jakaś notka, wpis albo przynajmniej czyjeś wspomnienie. Byłby jakiś ślad w naszych archiwach. On sam twierdzi, że nie jest pewien, co się stało z resztą grupy, w tym z jego siostrą, a nikt nie próbuje go z tego rozliczyć. Coś mi tu naprawdę mocno śmierdzi.
— I nie ma żadnego dowodu w tej sprawie? — zapytał powoli dziadek.
— Cóż, nie ma — przyznał Seb. — Właśnie sęk w tym, że brak dowodu. Nie można w żaden sposób sprawdzić, czy jego historyjka jest prawdziwa. A przecież jesteśmy grupą bibliotekarzy, archiwistów i ludzi zajmujących się opowiadaniem historii. Dlaczego w takim razie nikogo nie martwi, że nie ma żadnych zapisków…?
— Boję się, że wyciąganie takich wniosków na podstawie zerowego materiału dowodowego sprawi tylko, iż wyjdziemy na ludzi, którzy nie potrafią przegrywać, zwłaszcza teraz — odparł powoli dziadek. — Być może warto wstrzymać się na chwilę, zaczekać, nie sądzisz? Muszę przyznać, że nigdy jakoś nie polubiliśmy się z Melville’em jako młodzi chłopcy.
— I w tym rzecz — dodała Amelia. — On nadal jest młodzieńcem.
— Dobrze, ale to jeszcze o niczym nie świadczy — stwierdziła babcia. — Starzenie się działa w dziwny sposób nawet w normalnych książkach, a skoro on był wtedy w baśni, to mogło być jeszcze dziwniej.
— Tak, ale Melville sprawia wrażenie, jakby nie postarzał się ani o dzień — powiedziała Amelia. — Wygląda, jakby nadal był przed trzydziestką.
— Droga Amelio, łatwo znaleźć dowody, kiedy się ich szuka…
Pani Whisper strąciła z ramienia dłoń dziadka Tilly.
— Nie waż się traktować mnie protekcjonalnie, Archie — ostrzegła. — Nie wierzę w teorie spiskowe. Znam obecną Podbibliotekę lepiej niż wy. Rozumiem, że w grę wchodzą teraz nie tylko dym, szepty i przeczucia.
— Na pewno pamiętasz, co mówią na temat dymu i ognia — powiedział tonem mędrca Seb.
Amelia go zignorowała.
— Dzieje się tu coś jeszcze — oznajmiła pewnym siebie tonem — i mądrze zrobicie, traktując moje ostrzeżenie poważnie.
Skarcony dziadek skinął głową.
— Masz rację — przyznał. — Przepraszam, nie chciałem… Po prostu, cóż, Elsie i ja martwimy się o ciebie, jesteś nie tylko naszą dawną koleżanką z pracy, ale i przyjaciółką. Nie chcemy, żeby stała ci się niepotrzebna krzywda.
— Już zadano mi ból — poinformowała z niewzruszonym spojrzeniem Amelia. — Ale wytrzymam go. Chcę po prostu, żeby na coś się jednak przydał, a najwyższy czas, żebyśmy poznali odpowiedzi na kilka pytań. Ostatnimi czasy kwestionowałam parokrotnie, czy kiedykolwiek nadawałam się, aby pełnić kierownicze stanowisko. Nie uważacie, że byłabym znacznie lepsza jako buntowniczka? Jestem ciekawa, czy będę w tym dobra — dodała z błyskiem w oku. — Teraz jeszcze muszę nakłonić Seba, by czasem nagiął jakieś zasady…
— Nie wszystko naraz — powiedział Seb, zmartwiwszy się na samą myśl.
4
Sytuacja niezbyt idealna
Seb poprowadził ich z powrotem do głównej sali. Na stabilnej platformie przy jednej ze ścian ustawiono stół z mikrofonem oraz rzędy krzeseł skierowanych ku niemu. Na blacie leżała ogromna książka oprawiona w skórę barwy rubinu, natomiast obok stał staromodny kałamarz z ptasim piórem. Bibliotekarze wypełnili już niemal wszystkie rzędy, ale Seb poprowadził dziadka, babcię, Tilly i Oskara w stronę miejsc zarezerwowanych z przodu sali. Kiedy siadali, Tilly zwróciła uwagę, że wszyscy patrzą w ich stronę, a na wielu twarzach widnieje nieskrywana podejrzliwość. Zastanawiała się, czy to ona, czy dziadkowie wzbudzają takie nieprzyjazne emocje. A może cała ich czwórka?
— Wziąwszy pod uwagę nasz udział w tej hecy z Enochem Chalkiem, dziwię się, że w ogóle wolno nam usiąść z przodu — powiedział dziadek.
— Pewnie w ten sposób łatwiej jest im mieć na nas oko — zauważyła babcia.
— Wiecie, jak to jest — dorzucił Seb. — Tradycja zawsze górą, a w tym przypadku tradycja dyktuje, że wszyscy byli główni Bibliotekarze są gośćmi honorowymi podczas wszelkich Ceremonii Atramentacji. Poza tym wydaje mi się, że jeżeli sami nie zaczniecie tematu Chalka, nikt inny tego nie zrobi. Ludzie cieszą się, że właśnie Amelia ponosi za to odpowiedzialność. W końcu łatwiej obwinić jednego człowieka, niż zbyt długo myśleć nad tą sprawą i zastanawiać się, co się tak naprawdę stało.
Tilly przestała zwracać uwagę na podejrzliwe spojrzenia, kiedy zobaczyła młodzieńca, który pojawił się i stanął tuż za platformą. Zamknął oczy i mówił coś pod nosem. Miał starannie ułożone włosy w kolorze jasnego blond i nosił na sobie granatowy garnitur z kardiganem pod marynarką. Wyglądał na bardzo skupionego i Tilly założyła, że to Melville Underwood, ten, którego Amelia i Seb tak bardzo mieli dosyć. Za nim stali i rozmawiali ze sobą z widoczną ochotą: pewien pan w podeszłym wieku ze srebrzystą brodą, która spływała falami aż do łydek, oraz kobieta w średnim wieku ubrana cała na czarno i siedząca na wózku. Tilly obserwowała dalej, jak jedna z bibliotekarek podchodzi do Melville’a od tyłu i wybija go z medytacji, klepiąc go po ramieniu. Odezwała się do niego po cichu, wskazując gestem mikrofon, a Tilly ujrzała, jak na twarzy mężczyzny pojawia się na ułamek sekundy grymas poirytowania, który jednak niemal natychmiast zastąpił wyuczony, ciepły uśmiech. Dziewczynka szturchnęła dziadka.
— To on, zgadza się? — zapytała.
Dziadek spojrzał w tamtym kierunku i skinął głową.
— Z kolei ten z brodą to Ebenezer, a kobieta to Catherine — dodał, a troje kandydatów wraz z Amelią zajęło miejsca przy stole i usiadło twarzami w stronę publiczności. Amelia trzymała wysoko uniesioną głowę, marszcząc przy tym brew.
Tłum nagle zamarł, jakby w reakcji na jakiś niewidoczny sygnał, a ciszę w sali sporadycznie zakłócało skrzypnięcie tego czy innego drewnianego krzesła. Do mikrofonu podszedł mężczyzna przypominający raczej bankiera niż pracownika magicznej biblioteki, następnie lekko i z wahaniem stuknął w mikrofon, czym wywołał w systemie nagłośnienia pisk, który odbił się echem po pokoju. Ludzie w sali zaczęli się krzywić, a mężczyzna się zarumienił.
— To Cassius McCray — wyszeptał dziadek do Tilly i Oskara. — Główny sekretarz Podbiblioteki.
Cassius nie przeprosił, wpatrywał się po prostu w mikrofon, jakby ten specjalnie próbował go skompromitować. W końcu mężczyzna odchrząknął.
— No dobrze — odezwał się. — Cóż, zebraliśmy się tu dzisiaj z okazji Ceremonii Atramentacji. Sytuacja jest nietypowa z powodu różnych, ekhm, okoliczności. Jak wszyscy wiecie, nasz dotychczasowy kolega, Enoch Chalk, okazał się, jak by to powiedzieć, postacią fikcyjną pochodzącą z pewnego Wydania Źródłowego. Pracował tutaj przez całe dziesięciolecia, unikając wykrycia. Oprócz tego więził w różnych książkach ludzi, którzy odkryli, że zmieniał treść tych właśnie powieści. Była to niezbyt idealna sytuacja… Pani Whisper, która do niedawna piastowała stanowisko głównej Bibliotekarki, domyślała się prawdy na temat tego człowieka i postanowiła nie dzielić się z nami swoimi podejrzeniami. Jej decyzje dowodzą naszym zdaniem, że nie nadaje się już na to cenione stanowisko, i tym samym oddalono ją ze służby. Jednocześnie dziękujemy pani Whisper za jej pracę w Podbibliotece Brytyjskiej, zaproponowaliśmy jej też inne, bardziej odpowiednie stanowisko, o ile będzie chciała je przyjąć i zadośćuczynić nam, pomagając odkryć miejsce przebywania pana Chalka. Śledztwo nadal trwa i jesteśmy przekonani, że zostanie zakończone sukcesem. Będziemy też oczywiście informowali państwa na bieżąco. Zgodnie z naszym obowiązkiem.
Przez cały ten czas Amelia trzymała głowę wysoko, bez śladu skruchy na twarzy. Tilly miała ochotę bić jej brawo albo podbiec i ją przytulić czy też zrobić coś innego, by pokazać, że jest po jej stronie. W jej głowie raz jeszcze wyklarował się ten podział na dwie strony i poczucie, że musi opowiedzieć się po jednej z nich.
— W porządku — podjął Cassius. — Oczywiście oznacza to, że musimy wybrać nowego głównego Bibliotekarza. Zgłosiło się troje, tak, troje kandydatów. Pomimo ich, nazwijmy to, obecnego statusu musimy brać pod uwagę wszystkie zgłoszenia spełniające kryteria. A zatem najpierw wysłuchamy ich, a potem będą państwo mieli okazję zadać pytania, aż w końcu zgodnie z tradycją przeprowadzimy tajne głosowanie i przekonamy się, kto zostanie następcą pani Whisper. To co, może zaczniemy od naszego drogiego przyjaciela, Ebenezera Okparanty…? — Bibliotekarz za nim zakaszlał znacząco i Cassius natychmiast się poprawił: — Mam na myśli oczywiście naszego współpracownika, Ebenezera Okparantę.
Starzec z długą, srebrną brodą stanął na scenie z ciepłym uśmiechem na twarzy.
— Moi przyjaciele — zaczął. — Mówię tak, bo tutaj wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Stoję przed wami jako starszy już człowiek, który jednak chce zjednoczyć nas wszystkich w imię zasad, które tak sobie cenimy. Nastały czasy zamieszania i zgiełku, ale tak wcale nie musi być. Zajmujemy się tutaj czymś magicznym i bardzo ważnym, a jednak naszą uwagę odciągają wewnętrzne konflikty i rozbuchane ego. Musimy przyłożyć się do pracy, aby nie doszło do zamykania księgarń i bibliotek, a jednocześnie chronić siebie samych i całą naszą społeczność. I oba te cele możemy zrealizować w harmonii. Jestem przekonany, że moja dotychczasowa praca w Podbibliotece i ewidentne oddanie naszym celom sprawiają, że jestem jak pewna ręka, która będzie sterowała naszym okrętem w tym okresie. Przez długie lata pracowałem z wami wszystkimi i mam nadzieję, że moje doświadczenie mówi samo za siebie. Dziękuję wam, przyjaciele.
— Czy ktoś ma jakieś pytania? — zapytał Cassius i kilka rąk wystrzeliło do góry.
— Ebenezerze, co zamierzasz zrobić w sprawie Enocha Chalka? — zapytał ktoś.
— Będę oczywiście współpracował z Amelią i dowiemy się, dokąd uciekł, a potem…
— Ale — przerwał mu ten sam głos — wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że zdaniem niektórych bibliotekarze powinni przejść testy, by wykazać, że wszyscy jesteśmy tymi, za kogo się podajemy.
— Ależ nie — powiedział wyraźnie zaskoczony Ebenezer. — Pierwsze słyszę coś takiego. Co się z nami stanie bez wzajemnego zaufania?
— Sam widzisz, dokąd nas to zaufanie doprowadziło — dorzucił ktoś inny scenicznym szeptem i Ebenezer zaczął sprawiać wrażenie nieco skołowanego.
— Moi drodzy, Enochem trzeba się zająć, ale są też ważniejsze sprawy — powiedział. — Słabnąca moc książkowej magii bierze się z tego, że zamykane są kolejne księgarnie i biblioteki. Albo też z błędnych odczytów różnych baśni.
— Niech się wypowie Melville Underwood! — zawołała jedna z kobiet. — W końcu to on wędrował po baśniach!
— Chwila moment — wtrącił Cassius. — Teraz kolej Catherine. Możemy już zakończyć wystąpienie Ebenezera.
Ebenezer zszedł z podestu lekko chwiejnym krokiem, ewidentnie zaskoczony nastrojami panującymi w sali. Przed mikrofonem zastąpiła go kobieta, która podjechała tam samodzielnie.
— To Catherine Caraway — wyszeptała babcia.
— Drodzy książkowi wędrowcy — zaczęła Catherine pewnie i z ciepłem w głosie. — Już zbyt długo zaniedbujemy główny cel swojego istnienia i babrzemy się w biurokracji. Chcę poprowadzić Podbibliotekę tak, by jej działania były skupione właśnie na wędrowaniu. Powinniśmy skontaktować się z Archiwistami. — Tilly słyszała cmokanie, które poniosło się po sali, a kilka osób nawet parsknęło szyderczo. — Opuściliśmy ich na stanowczo zbyt długi okres — ciągnęła Catherine, a jej głos przybierał na sile. — Dlaczego jesteśmy tacy zdziwieni, że o nas zapomnieli? Przedstawmy im nasze problemy, niech je rozwiążą. A my będziemy mogli wrócić do naszego prawdziwego zadania.
Tilly spojrzała na dziadków i dostrzegła, że oboje wyglądają na mocno zniesmaczonych, prawie jakby Catherine zasugerowała, żeby poprosić o pomoc Zajączka Wielkanocnego.
— Kogo byś wybrała? — zapytała szeptem babcię Tilly.
— Pomińmy na chwilę oczywisty fakt, że Amelia jest znacznie lepiej wykwalifikowana do tego zadania niż tych dwoje — powiedziała cicho. — Ebenezer ma serce po właściwej stronie, jestem tego pewna, ale martwię się, że nie będzie miał dość siły, by sprzeciwić się odmiennym głosom. No i naprawdę nie wiadomo, o co chodzi Catherine. Pokazuje wszystkim, jaka jest naiwna…
— Ale czy Archiwiści na pewno nie mogliby pomóc? — zapytała Tilly. — Myślałam, że to są w gruncie rzeczy najważniejsi książkowi wędrowcy.
— Wiara w Archiwistów to tak samo pewna strategia jak nadzieja, że przyjdzie jednorożec i spełni nasze życzenia, co rozwiąże wszystkie problemy — odpowiedziała babcia.
— Może w takim razie Melville poradzi sobie lepiej? — szepnęła Tilly, rzucając znowu ukradkowe spojrzenie na mężczyznę, który ze szczerym i uprzejmym zainteresowaniem obserwował, jak Catherine mierzy się z pytaniami od coraz to bardziej zdenerwowanego tłumu.
— Zobaczymy — powiedziała babcia, aż w końcu uciszył je ktoś siedzący w drugim rzędzie.
Catherine zjechała wózkiem ze sceny i Cassius ponownie wziął mikrofon, wyglądając przy tym na zaniepokojonego. Amelia spróbowała nie uśmiechać się z satysfakcją, ale jej to nie wyszło.
— Cóż, no dobrze — rzucił Cassius. — Nie zapominajmy, że wszyscy tutaj się kolegujemy, dobra? Okej, na czym to stanęliśmy… A tak, przechodzimy nareszcie do naszego kandydata z ostatniej chwili. To z dawna zaginiony wędrowiec, który nieoczekiwanie do nas powrócił i sam zgłosił swoją kandydaturę, do czego zresztą ma zupełne prawo. Ci z was, którzy tu dłużej pracują, będą pamiętali naszych drogich Melville’a i Decimę Underwoodów, którzy pracowali jako wędrowcy w terenie, narażając swoje życie na niebezpieczeństwo i próbując zbadać granice opowieści w baśniach. Gdy zniknęli bez śladu, sądziliśmy, że złożyli swoje życie na ołtarzu pracy, zostając na zawsze w jednych z najniebezpieczniejszych baśni. Jednakże wydarzył się… cud. Tym samym cieszymy się z powrotu pana Melville’a Underwooda.
Cassius zszedł z podwyższenia, a na scenę wkroczył Melville Underwood. W pomieszczeniu zapadła absolutna cisza i Tilly złapała się na tym, że pochyla się do przodu, ciekawa, co takiego powie ów mężczyzna.
— Moi przyjaciele — zaczął Melville. Jego głos brzmiał, jakby chwilę temu ktoś zanurzył go w miodzie. — Bardzo się cieszę, że odnalazłem drogę powrotną do was. Wytrzymałem całe lata, balansując na krawędzi i próbując przetrwać w baśniowych światach, a do tego nosiłem żałobę po mojej biednej siostrze, Decimie. Jedynie myśl o powrocie do domu i mojej Podbiblioteki trzymała mnie przy życiu. I choć mam za sobą bardzo trudne chwile, doświadczenia te w żadnym stopniu nie osłabiły mojej miłości do wędrowania po książkach. Jeśli już, to jedynie zwiększyły mój szacunek i podziw wobec magii wędrowania, której mamy szczęście doświadczać. Jednak magia ta nie jest w żaden sposób pewna, o czym sam się przekonałem. Dowiedziałem się również od moich znamienitych koleżanek i kolegów, że nasza cenna magia staje się coraz trudniejsza do kontrolowania. I właśnie dlatego musimy się teraz zjednoczyć i bronić wędrowania po książkach, póki jeszcze możemy.
Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu, sprawdzając, czy jego słowa padły na podatny grunt, a jego oczy przez odrobinę zbyt długą chwilę zatrzymały się na babci i dziadku.