Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
79 osób interesuje się tą książką
Wyczekiwana powieść laureatki Nagrody Kościelskich 2024.
Wczesna wiosna 2004 roku w Izmirze dla jednych zapowiada upalne wakacje, dla innych zaś oznacza koniec uciekania przed dorosłym życiem i planami, jakie wobec nich mają rodzina, społeczeństwo oraz los. Nazım Kocabıyık, zwyczajny czternastolatek, w głowie ma głównie dziewczyny, kumpli, komiksy i teledyski. Pewnego dnia razem z kolegami idzie na wagary, żeby pograć w piłkę i pobawić się na placu zabaw w komandosów. W drodze do domu czekają na nich przygody i ostatnie beztroskie chwile. Wieść o wybrykach chłopaków dociera do ojca Nazıma, właściciela kawiarni, który uświadamia sobie, że nadszedł już czas, by stojący na progu dorosłości syn wziął wreszcie odpowiedzialność za siebie i przyszłość rodziny.
Niedźwiedź, syn niedźwiedzia to druga powieść Aleksandry Tarnowskiej. Mieszkająca w Turcji autorka doskonale oddaje tamtejszy klimat i obyczaje, wciągając czytelnika od pierwszej strony w świetnie opowiedzianą, przejmującą historię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 401
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aleksandra Tarnowska
Niedźwiedź, syn niedźwiedzia
ArtRageWarszawa 2026
„Tajemnice!Poddanie się losowi!Wiara w przeznaczenie!Kraty na oknach haremów, zajazd, karawana.Na podwórcu meczetu pod daszkiem fontanna!Sułtanka pląsająca na srebrnych stolikach!Kochanka, padyszach,tysiąc i jeden lat żyjący szach.Z minaretów zwisają ozdobne drewniane sandały.Kobiety z nosami barwionymi hennąnucąc pieśni tkają wzorzyste kobierce.Wśród wiatrów zielonobrody muezzin do modlitwy wzywa!”Oto Wschód widziany oczami francuskiego poety!Tak wyglądaWschódw książkach,których milion tłoczą na minutę!Jednak ani wczoraj,ani dziś, ani jutrotakiego Wschodunie było,nie będzie!Wschód,to pola, na których giną nadzy niewolnicy,pracując bez chleba!To ziemia, która darzy bogactwamiwszystkich prócz własnego ludu!To kraj, który umiera z niedostatków, z głodu!To śpichlerz pszenicypełen aż po same brzegi!Śpichlerz Europy!
Fragment Pierre Loti Nazıma Hikmetatłum. Zygmunt Abrahamowicz
Przed egzaminem wstępnym do liceum wojskowego chroniło Nazıma i jego drużynę kilkanaście jasnych, wczesnowiosennych dni. Początek kwietnia świętowali więc dbałością o tężyznę fizyczną. Katowali ciała forsownymi – w ich wciąż chłopięcym mniemaniu – ćwiczeniami, które nazywali „treningiem komandosów”. Wyciskali z siebie siódme poty, jakby na egzaminie mieli przystąpić tylko do części sprawnościowej, zupełnie zapominając, że czeka ich jeszcze test z wiedzy ogólnej.
W piątek rano wszyscy zdjęli krawaty, upchali je gdzieś na dnie plecaków i uciekli ze szkoły. Parę godzin później chłodzili spocone plecy o zacieniony murek tuż obok placu zabaw, na którym jeszcze chwilę temu odbywał się – opracowany przez drużynę – trening. Trening bestialski i wściekły, ale nie do tego stopnia, by na jego zakończenie nie zdołali rozegrać meczu na jedną bramkę.
Leżeli oparci o mur, z podwiniętymi do kolan nogawkami spodni, rozpiętymi koszulami, bez butów i ze spodami skarpet czarnymi od brudu. Mój Allahu, jak w czerwcu – pomyślał Nazım, mrużąc oczy do białego, olśniewającego nieba. – Było jednak zostać w klasie!
Hüseyin, najchudszy z całej ferajny – wątlejszy nawet od Nazıma – skoczył znienacka na krótkie, patykowate nogi. Wskazał, również krótkim i patykowatym, palcem na jednego z wciąż leżących chłopców.
– Süleyman, zasuwaj po wodę! – zawołał po pańsku, głosem próbującym zrekompensować chuderlawe łydki, wiszące luźno na biodrach spodnie i skulone ramiona.
Süleyman, brązowy i zwarty jak zbyt mocno wypieczony chleb, w sekundę przewrócił się na brzuch, wbił w ziemię rozcapierzone palce i zrobił trzy niewymuszone pompki, przy każdej niemal całując rozpalony piach. Włożył kłujące bielą adidasy i wstał tylko po to, by się wybić, przeskoczyć murek i pobiec do najbliższego sklepu.
Chłopcy udawali obojętnych, ale Süleyman był pewien, że jego pokaz zrobił swoje: najpierw wpuścił w nich okrutną myśl, a zaraz potem zawistną, wrzącą pewność, że jeśli ktokolwiek z ich bandy ma szansę zostać zawodowym żołnierzem, to tylko – wciąż pomijając egzamin pisemny – ten chłopak w białych adidasach. Nikt więcej.
Nazım nie zdążył całkiem wyrzucić z głowy przykrego poczucia, jak żałośnie wypada jego kondycja na tle tamtych trzech beztroskich pompek, gdy Süleyman wrócił i znów zuchwale przeskoczył murek. Oczy chłopców patrzyły łapczywie na szeroką żuchwę, tors rozdymający się z każdym łykiem i przede wszystkim dłonie obłapiające spoconą butelkę zimnej wody.
Süleyman oderwał plastik od ust i zakręcił butelkę. Rzucił nią w Cema ze słowami:
– Pij, byku, bo się odwodnisz.
Cem złapał wodę w dłonie, rzeczywiście brutalnie niczym dzikie zwierzę. Zresztą cały był potężny i pokraczny zarazem, ze zbyt dużą, kędzierzawą głową i z uśmiechem słodkim jak u pięciolatka. Upił zadziwiająco skromny łyk i puścił napój w obieg. Wody było jednak tak mało jak pieniędzy w ich kieszeniach.
Süleyman mógł się teraz popisać wyłącznie odwagą. Ruszył na drugą stronę placu zabaw, żeby przeskoczyć murek i wedrzeć się na prywatną posesję z niskim domkiem krytym spaloną słońcem dachówką.
– A jak ktoś nas przyłapie? – spytał Nazım proroczo, gdy białe adidasy uderzyły w ziemię za ogrodzeniem.
Nazım był z tej części dzielnicy Narlıdere i dobrze zdawał sobie sprawę, jak działają tu słowa. Jeśli któryś z sąsiadów jeszcze przed południem podzieli się z kimś informacją o niesfornym chłopaku wkraczającym do cudzego ogrodu, to już wieczorem Nazım stanie się w oczach ojca tym znanym wszystkim, grasującym w okolicy złoczyńcą. Zakradającym się do mieszkań własnej rodziny, gwałcącym siostry i mordującym matki.
– Jeżeli ktoś nas przyłapie, dostanie wpierdol. – Süleyman z pogardliwie wypiętą piersią chwycił za klamkę. – A jak kobitka, to będzie wreszcie okazja, żebyś stał się mężczyzną.
– Chuj ci w dupę – wbił Nazım w kuzynowskie plecy znikające w czarnej futrynie drzwi do domku. Mówił jednak bez większego przekonania, bo krew przepłynęła poza pełne gniewu rejony. Wywinął kolanem, poprawił uwierającą nogawkę spodni i warknął na Cema i chuderlaka Hüseyina, czym chciał odzyskać należną mu pozycję w stadzie: – Wchodzicie czy nie, pizdeczki?
Nie zdążyli jednak przeskoczyć przez mur, bo Süleyman, jeszcze zanim chłopcy zasznurowali buty, z powrotem ukazał się w drzwiach. Przytruchtał do nich, a jego wysoko uniesiona dłoń i ponętnie mrugająca w słońcu, roztańczona w butelce woda zatrzymały chłopców w miejscach. Butelka chwilę krążyła z ust do ust, a kiedy Cem dopił ostatnie krople i oznajmił, że jest głodny, Nazım nie wahał się ani sekundy przed wycofaniem drużyny z niebezpiecznego terenu.
Zarządził atak na Kipę.
*
Podczas wędrówki na przystanek każdy mijany człowiek przybierał rysy, postawę i chód matki lub ojca, którzy z pewnością tylko czyhali na moment, żeby przyłapać synów na nie pierwszych przecież w życiu wagarach.
Ani na ulicy, ani w autobusie, ani wreszcie w centrum handlowym lęk nie opuszczał młodzieńczych ramion. A przynajmniej Nazım wciąż czuł nieuniknione przeznaczenie. Zdawało się czaić za każdym rogiem alejek pokrytych bezdusznym, seledynowym światłem, ukrywać gdzieś wśród trzeszczenia lamp i bzyczenia lodówek.
Podzielili się na dwie grupy: każda miała pójść na łowy w inną stronę. Hüseyin i Süleyman ruszyli w jogurty, a Nazım z Cemem obserwowali ich z ukrycia. Hüseyin jak zawsze, kiedy wiedział, że ktoś na niego patrzy, nie potrafił opanować małpich ruchów. Wyrzucał przed siebie ręce, jakby nie mógł swobodnie ułożyć ich wzdłuż ciała, sięgał po to i tamto, aż w końcu chwycił najmniejszy z jogurtów, uchylił gumkę spranych spodni i wrzucił go do majtek.
Süleyman, w tym samym czasie dostojnie ominąwszy bramki, przenosił wypchane nogawki przez główne wyjście. Hüseyin kołysał się za nim szerokim krokiem klauna, prawdopodobnie z powodu wychłodzonego krocza.
Gdy pierwsza grupa bezpiecznie wyszła z Kipy, Nazım z Cemem poszli grasować w bakaliach. Naiwnie dali się zwieść myśli, że spowodowane drożyzną pustki w tym dziale będą im sprzyjać. Nie wzięli pod uwagę ochroniarzy, którzy doskonale wiedzieli, że wysokie ceny w pierwszej kolejności powinny rozgonić chłystków z plecakami o na wpół rozprutych szelkach.
Cem pierwszy wyciągnął wielką łapę pod dozownik i wepchnął pełną garść nerkowców do ust. Miażdżąc je między zębami, wyciamkał:
– Kupimy, jeśli będą smaczne.
Jakby czekając na ten sygnał, Nazım zaczął pakować nerkowiec po nerkowcu, nerkowiec po nerkowcu, aż kieszenie prawie parzyły od zdobyczy.
– Ej, przyjaciele! – Dźgnęło go znienacka, ale się nie odwrócił.
– Przepraszam? – wyszeptał jednak. Spojrzał z wahaniem w prawo i zatrzymał wzrok na ochroniarzu.
Był to mężczyzna w sile wieku, zapewne mniej więcej równolatek ich ojców, czyli dla chłopców po prostu stary, na pewno bliżej grobu niż ich szkolnych problemów. Trzymał się prosto, może z powodu mikrego wzrostu, a może dlatego, że chciał wyglądać bardziej bojowo. Nazım zagapił się w szeroko rozstawione, czarne oczy o wykroju migdała, takie same jak na rysunkach z podręcznika przedstawiających Czyngis-chana, takie same jak u jego ojca i stryja Haydara.
Wydawałoby się, że najlepszym wyjściem byłaby banalna ucieczka. Nazımowi i Cemowi zdrętwiały jednak nogi i stali jak przyklejeni do posadzki, z kieszeniami odznaczającymi się niby wzgórza pośrodku równiny.
Ochroniarz chrząknął z rezerwą. Ściskał upstrzone brązowymi plamkami, trzęsące się lekko dłonie, jakby chciał zdusić w palcach żądzę wskazywania winnych.
– Widziano was, jak kradniecie orzechy.
– Abi, jakie „kradniecie”? – Cem naiwnie wyciągnął przed siebie wielkie jak talerze łapska. Nazım wiedział, że przyjaciel chciał po dobroci, ale niewinny gest w połączeniu ze wschodnio brzmiącym, mocnym „r” i z oczami obwiedzionymi czernią łatwo można było pomylić z niewypowiedzianą, ale i niepodważalną groźbą użycia rąk w innym, drapieżnym celu. – My tylko spróbowaliśmy ze dwa.
Ochroniarz poskrobał się po porośniętej resztkami włosów głowie. Przesunął wzrokiem po wysuniętych w jego stronę dłoniach, po koszulkach i wytartych na kolanach nogawkach, żeby zakończyć oględziny na butach – zużytych, zanim chłopcy zdążyli je pierwszy raz włożyć, odziedziczonych po starszym rodzeństwie albo kuzynostwie. I zaraz wrócił do młodzieńczych twarzy, do migdałowych oczu Nazıma, do czarnych brwi jak półokrągłe, łagodne łuki. Zatrzymał się na nich.
– Na pewno nie macie nic w kieszeniach?
– Nic, proszę pana! – zawołał piskliwie Cem.
– Nic – potwierdził Nazım, pewnie po to, żeby mieć ostatnie słowo, a może dlatego, żeby celebrować niespodziewane szczęście.
Ochroniarz wcale nie czekał na odpowiedź. Zdążył się już odwrócić od przyłapanych na gorącym uczynku złodziejaszków. Wolnym krokiem odchodził właśnie z działu z bakaliami, by beztrosko zniknąć gdzieś w labiryncie sklepowych alejek.
Nazım ruszył więc do wyjścia z myślą, że fart trafia mu się w życiu wyjątkowo rzadko, skoro jednak zdarzył się dziś, to może częściej powinien się na niego zdawać. Uciekli.
*
Wyciągnęli na spalonym trawniku pod Kipą kolejno wyrośnięte, mocne, krótkie i chuderlawe nogi, a następnie wszystkie łupy. Wiedzieli jednak, że jogurty i bakalie mogą co najwyżej zadrwić z chłopackiego, rozbuchanego głodu. Tak naprawdę ich żołądki potrafiła poskromić jedynie kolacja złożona ze skromnych, bo skromnych, ale wciąż kilku miseczek domowych pyszności.
Łykając zimny jogurt, Nazım myślał o zupie z czerwonej soczewicy, w garnku jeszcze żółtej, ale na talerzu posypanej grubą warstwą ostrej, czerwonej papryki. O sałatce z ziół, które matka i ojciec od czasu do czasu zbierali na łące za wiaduktem. O ryżu podsmażonym na kwaśnym maśle i zaraz zalanym gotującą się wodą. Do tego ryżu mamusia podałaby jeszcze miseczkę domowego jogurtu. Przyrządzanego raz w tygodniu w dużych glinianych garnkach, które, gorące, czekały koło telewizora w salonie, aż ich zawartość ostygnie, a potem lądowały w lodówce, żeby znowu czekać, ale tym razem aż ktoś będzie chciał ukoić pierwszy głód.
Mamusiną kolację, całe cztery miseczki wspaniałości, Nazım zagryzałby puchatym chlebem. Spoglądałby na siedzącego naprzeciwko ojca, wpatrzonego ze skupieniem w swój talerz. Wyczuwałby obecność matki stojącej tuż obok stołu, w gotowości, żeby podać synowi kolejny kawałek chleba, dolać zupy lub wycisnąć do sałatki więcej soku z cytryny. Słyszałby ciamkanie Sevim i te charakterystyczne pomruki, które wydaje, gdy jedzenie naprawdę jej smakuje.
W takiej najzwyczajniejszej przecież chwili Nazım byłby po prostu szczęśliwy. I chciałby, żeby tak było już zawsze. Czułby wtedy, jak serce i żołądek rozpychają się w bolesnej sytości, podobnej do tego uczucia, jakie targało nim także teraz – uciążliwego głodu i niechybnie nadchodzącej jogurtowo-bakaliowej sraczki.
– Przetrzepał was? – Hüseyin obdarzył Nazıma i Cema kąśliwym spojrzeniem.
– Ta, uważaj! – Gdyby Nazım nie siedział z opakowaniem jogurtu na kolanie, z pewnością zerwałby się, do opowiadania, na równe nogi. – Typ się strasznie rzucał. „Zajebaliście coś!”, darł się. I ja co? Łapy do góry i: „Może tobie zajebać?!”. A nerkowce mi tak sruuuu, grzechoczą po bokach, dobrze, że miałem koszulkę w spodniach, bo wszystko by jebło. – Uniósł ręce wysoko, na obraz swego nieulękłego męstwa. Oskarżycielską łyżkę skierował na Cema. – A ta pizdeczka tylko głupio szczerzyła mordę.
Cem natychmiast się uśmiechnął – najnaiwniejszym ze swoich słodkich, niewinnie dziecięcych uśmiechów. Niczym kilkulatek przekonany, że płata właśnie rodzicom wspaniałego psikusa, choć żart nie mógł rozśmieszyć nikogo poza nim.
Chłopców jednak rozbawił. Śmiech wystrzelił pod niebo i szczypał w uszy klientów gromadzących się właśnie tuż obok wejścia do centrum handlowego. Drużyna jeszcze przez parę minut nie zwracała uwagi na tłum zebrany w cieniu i kontynuowała posiłek pod srogim słońcem Izmiru. Nazım z ulgą wlewał do ust jogurt, który ułatwiał mu przełknięcie zalegającego w gardle kłamstwa.
Nigdy więcej takich głupich akcji – przebiegło mu jeszcze przez głowę, zanim zwrócił ją w stronę konferansjera w kraciastej marynarce. Przyciasnej i zbyt grubej jak na wiosenne słońce tureckiego wybrzeża, choć mężczyzna zdawał się tym nie przejmować. Skryty w miłosiernym cieniu Kipy rozpoczął barwne nawoływania do rywalizacji.
Mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczęta, młodzież i dzieci mogli wygrać w konkursach ogłaszanych z okazji „urodzin” centrum handlowego Kipa niemal wszystko, co tylko potrafili wymyślić lub przynajmniej zobaczyć w telewizji, a czego, pojmując swoje miejsce na ziemi, nigdy nawet nie odważyli się pożądać.
Chłopcy jedli, ze spokojem obserwując sztukmistrza z kubkami w ciemnych jak rodzynki dłoniach ze złotymi sygnetami na kciukach. Igrał ze szczęściem. Wyrzucał na stolik błyszczącą kulkę i zakrywał ją jednym kubeczkiem, żeby pod drugim, takim samym, zamknąć pustkę przegranej. Otaczał go tłum przepełnionych wiarą w sukces mężczyzn, którzy przekrwionymi z ciągłego niewyspania oczami obserwowali każdy ognisty ruch. Palce podrygiwały do rytmu, kiedy dłonie kilkoma kolistymi machnięciami przybliżały gapiów do zwycięstwa, żeby zaraz oddalić je chytrym, bezlitosnym manewrem.
Szulerska piłeczka nie zawładnęła na długo wzrokiem Nazıma. Spojrzenie przepłynęło wyżej, na wielki plakat, którego chłopcy wcześniej nie dostrzegli. Główna nagroda zakłuła w oczy swoim nieuchwytnym pięknem.
Szturchnął Süleymana w ramię. Kuzyn Nazıma, choć większość nastoletniego życia zmitrężył, włócząc się po Izmirze i przesypiając lekcje w niemal pięćdziesięcioosobowej klasie, dla Nazıma, Cema i Hüseyina – chłopców, którzy całe życie przeżyli wyłącznie tutaj, w tureckim mieście – niezmiennie dyszał niemieckością. Wszystko za sprawą wczesnego dzieciństwa spędzonego w miasteczku, którego długą nazwę, Rüdesheim am Rhein, w całej rodzinie poprawnie potrafił wypowiedzieć tylko on, a przynajmniej tak twierdził.
Oprócz ciągnącej się nazwy Süleyman zabrał stamtąd zapach bruku po deszczu i wspomnienie wciąż nowych mężczyzn, obcych, ale jednakowo cuchnących przepoconymi ubraniami. Ciuchy śmierdziały przede wszystkim zbyt długim noszeniem, ale było w nich coś jeszcze. Coś, co Süleyman zdołał nazwać dopiero po latach.
Był tam smród gnojownika z opuszczonej nad ranem wsi i stęchłego powietrza autobusu, staczającego się górską drogą. Nocnego pociągu, pełnego takich samych mężczyzn z jedną torbą, wypełnioną niespełnionymi marzeniami o lepszym poranku i tęsknotą za ludźmi, którzy zostali w przeszłym wieczorze. Zapach stambulskiej mieszanki spalin, palonych w kozach śmieci i wielkiego morza, które widzieli pierwszy i pewnie ostatni raz. Lasu pod stopami, utkanego z ciemności, zimna i ze strachu. Niemieckiego samochodu, którego oni też kiedyś się dorobią ciężką pracą.
I wreszcie smród pieniędzy, dorobku życia całej rodzinnej wioski, które mężczyźni przeliczyli ostatni raz, zanim przekazali je w pulchne, ale również twarde od pracy, tureckie ręce İbrahima z Izmiru.
Kilkuletni Süleyman na początku uciekał od długo niemytych ciał, dłoni przesiąkniętych papierosowym dymem i brązowych twarzy, ale zaraz potem jak niepewne, jednak już na wpół udomowione zwierzę pozwalał wabić się cukierkami. Wygniecione w kieszeniach i pokryte czekoladopodobną masą rozpływały się ciepławą słodyczą na języku.
„To tureckie”, zapewniali przybysze ze znużeniem, ale i z iskrami śmiechu w oczach, których nie potrafili oderwać od czarnowłosego dziecka. Od ciemnych oczu obramowanych gęstymi rzęsami i od wełnianej kamizelki, wydzierganej przez (nie mieli cienia wątpliwości) turecką babcię. Od takiego samego ubranka, jakie miały dzieci w niskich, pobielonych domkach z ciemnoczerwoną dachówką gdzieś u podnóża wschodniotureckich gór, dopóki ich ojcowie nie złapali za rączki szmacianych toreb, zbyt małych, żeby zmieścić w nich lepsze życie dla całej rodziny, ale wystarczająco dużych, żeby przewieźć w nich opłatę za przemyt do Niemiec.
Ojciec Süleymana z czułością rozpakowywał wiele takich bagaży. Mężczyzn, którzy po wielogodzinnym skuleniu wychodzili z ciężarówki i pod szarym, niemieckim niebem rozwijali ciała jak wybudzone ze snu kwiaty, poklepywał po zmiętych ramionach, jakby chciał wyprasować zagniecenia na białej koszuli przed pierwszym dniem w pracy. Przyjmował ich w domu jak braci, karmił jedzeniem przygotowanym przez żonę i przedstawiał swoją dumę – jedynaka, o którym mówił, że po turecku gada jak urodzony w Izmirze, a po niemiecku jak rodowity Niemiec, czego akurat nie mógł zweryfikować ani on, ani żaden z przybyłych, więc wszyscy zgodnie przytakiwali, włącznie z samym Süleymanem.
Rodzice nie tylko nie znali niemieckiego na tyle, żeby ocenić poprawność wymowy syna, ale kiedy przyszła najważniejsza dla ich pobytu w Niemczech próba, niewielki zakres obcego słownictwa doprowadził rodzinę do zguby. Nie pozwolił udzielić wyczerpującej odpowiedzi na podchwytliwe pytanie zadane przed niemieckim sądem: „Skąd u państwa w domu wzięli się ci wszyscy tureckojęzyczni panowie, którzy nie mają ani paszportu, ani tym bardziej wbitego do niego stempelka z niemiecką wizą?”.
Chcąc nie chcąc, İbrahim, Gülizar oraz ich syn Süleyman wrócili na rodzinne podwórko, może bez szans powrotu do Niemiec, ale za to z niemiecką czekoladą, niemieckimi rajstopami, niemieckimi kosmetykami dla żądnych prezentów kuzynów i przede wszystkim z nieskromnym zapasem wymiętych częstym liczeniem niemieckich marek.
Choć język nie wszedł Süleymanowi do głowy na stałe i po latach pobytu w Turcji pozbył się go bez żalu, to akurat liczenie zostało w jego krwiobiegu jako dziedzictwo po rodzicach, jedyna umiejętność naprawdę wyniesiona z Niemiec, rozwijana i opanowana do mistrzostwa.
Dlatego gdy tylko na dany przez Nazıma znak wzrok Süleymana padł na srebrny zegarek marki Casio, jego żyły zaczęły pulsować, serce pompowało krew w ognistym rytmie, za którym ledwie nadążała falująca pierś. Palce niepowstrzymanie skakały po nogawkach, a białe adidasy tupały po wydeptanym placu, jakby chciały im pomóc w uchwyceniu niepoliczalnego.
Süleyman liczył, mnożył, dzielił i dodawał, aż w końcu na usta wyskoczył mu rachunek – oczywiście w euro – który od razu postawił go w pełnej gotowości.
– Coś ze dwa tysiące.
– Ile?! – Cem i Hüseyin wybałuszyli oczy.
Nazım wiedział, że chłopcy nie mogą zaprzepaścić tej okazji. Najbiedniejsi z nich czterech: Hüseyin wychowywany przez samotną, schorowaną babcię i Cem z pięciorgiem rodzeństwa, nawet jeżeli nie potrafili sobie wyobrazić takiej sumy ani tym bardziej nie wiedzieli, co z nią zrobić, pojmowali jedno – muszą przynajmniej spróbować zdobyć szczęście, choćby podzielone na cztery.
W istotnych momentach na czele drużyny zawsze stawał Nazım i teraz także zwrócił twarz ku wyzwaniu. Przedstawił cel, wyjaśnił taktykę, uzgodnił znaki i wyznaczył role. Chłopcy w jednej chwili byli gotowi do gry o wszystko.
A przynajmniej o srebrny zegarek marki Casio.
*
Ustawienie było łatwe do przewidzenia: Cem i Hüseyin na skrzydłach, Süleyman z przodu, a Nazım centralnie, na ataku. Skoro fart podarował mu wcześniej jedną szansę, to postanowił przebiegle postawić wszystko na tę kartę i przetestować ją przy drugiej, znacznie trudniejszej rozgrywce.
Nadszedł czas, żeby użyć całej swojej mocy – i nie tylko swojej, bo miał niezaprzeczalne wsparcie chłopaków. W końcu byli drużyną: wszystko robili wspólnie, radowali się i cierpieli, znosili nudę, ubóstwo i oblepiające wszystko słońce, skoro więc drużyna tego potrzebowała, choćby mieli teraz zarobić w opalone ryje za oszukaństwo – dla zegarka i dobrej zabawy było warto.
Zajęli pozycje. Nie zaczęli jednak gry od razu. Zachowali krztynę cierpliwości, którą trzymali w kieszeniach na wyjątkowe sytuacje. Tu niezbędna była taktyka i potrafili z niej korzystać.
Najpierw tylko obserwowali, szukali powtarzalności, nieoczekiwanych zwodów, uników i przyspieszeń. Przypatrywali się pięciu nieuniknionym porażkom. Nie było to wiele, ale kiedy z różnych miejsc spoglądali na smugi malowane szybkimi, niemal niemożliwymi do zaobserwowania ruchami dłoni – złoto-brązowe pasy palców i sygnetów – obraz układał się w całość.
Wystarczyło użyć ustalonego systemu znaków: Hüseyin miał drapać się pod pachą, Cem po tyłku, a Süleyman (najgodniej) trzeć dłonią wciąż gładki podbródek. W zależności od tego, którą ręką to zrobią, Nazım powinien wyczytać prawidłowy wynik. Każdy ochotnik miał pięć rund. Dwie łatwe, dwie średnie i ostatnią nie do przejścia dla zwykłych śmiertelników.
Nazım podszedł bliżej, aż nogawki spodni dotknęły brzegów stolika. Sztukmistrz skrzywił się zadziornym uśmiechem, w którym zalśnił zbyt daleko wysunięty, drapieżny kieł. Zamrugał ciemnym wachlarzem rzęs jak diwy z tandetnych romansideł.
– Próbujesz sił, młody?
– No raczej! – Nazım skinął głową, a wraz z nim cała rozproszona po placu drużyna.
Nikt nie dostrzegł tej synchronii, a przynajmniej nie uznał jej za nic podejrzanego. W końcu to tylko jakieś ledwie odrosłe od ziemi sraluchy w szkolnych ubraniach, z przylizanymi na najtańszy żel włosami.
Pierwsza i druga runda poszły jak z płatka. Kumple nawet nie musieli podpowiadać Nazımowi. W trzeciej i czwartej też sobie poradzili dzięki dwóm drapnięciom się po tyłku prawą ręką (kulka pod kubkiem po prawej) i jednemu skrobnięciu pod pachą (jeden ruch zawsze oznaczał środkowy kubek).
Dopiero w piątej rundzie zaczęły się schody. Sztukmistrz majtał dłońmi obejmującymi kubki z taką werwą, że niemożliwe stało się dostrzeżenie wszystkich przesunięć. Czerwień plastikowych pojemniczków, brąz nadpalonej słońcem skóry, ciemne złoto starych, a przynajmniej imitujących starość, sygnetów, jasne, szerokie paznokcie, w tym jeden dłuższy u serdecznego palca prawej dłoni.
„Musi grać na gitarze” – Nazım pogonił za głupią myślą i stracił to, co powinno być dla niego w tej chwili wszystkim.
Kubki zamarły, dłonie odskoczyły, jakby uciekały od rozgrzanego plastiku, a uśmiech z wysuniętym kłem zapowiadał kres chłopięcych starań. Nazım potoczył straceńczym spojrzeniem po naczyniach, a potem popatrzył na chłopaków. Süleyman tarł dwa razy na lewo, Cem drapał na prawo, a Hüseyin – Nazım już przeczuwał, że na darmo wytęża oczy – raz w lewo, czyli środek. Gracz mógł więc teraz zrobić tylko jedno: zdać się na fart.
Nazım wsadził ręce w kieszenie i pobujał się na rozlazłych trampkach. Jeszcze raz zlustrował zapełnione podwórko pod Kipą i już miał wracać myślami i wzrokiem do najważniejszej w tym momencie decyzji, gdy nagle uniósł półokrągłe, jakby odrysowane za pomocą cyrkla brwi. Szybko odsunął spojrzenie od drżącej, a jednak pewnie wskazującej najważniejsze miejsce, nakrapianej jak ptasie jajo dłoni.
– Po lewej! – krzyknął.
Wraz z uśmiechem zniknął wysunięty kieł, a czerwony kubek pokazał białe wnętrze. Kulka błysnęła w słońcu, a zaraz potem w rękach chłopców zabłysnął srebrny zegarek marki Casio. Nazım znów popatrzył na niskiego, łysawego mężczyznę, który już opuścił pomocną dłoń i, gdy napotkał spojrzenie chłopaka, zawadiacko mrugnął.
Następnie nieoczekiwany zbawiciel odsunął się od automatycznych drzwi Kipy. Wszedł na chodnik i skrył się za szpalerem iglaków otaczających parking. Zniknął Nazımowi z oczu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Kontakt:
Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
Verena Kessler
Duchy z miasteczka Demmin
w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
Victoria Kielland
Moi mężczyźni
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Nona Fernández
Strefa mroku
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Aleksandra Pakieła
Oto ciało moje
Margaryta Jakowenko
Przemieszczenie
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Charles Yu
Ucieczka z Chinatown
w tłumaczeniu Agi Zano
Andrea Abreu
Ośli brzuch
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Linn Strømsborg
Nigdy, nigdy, nigdy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Mohamed Mbougar Sarr
Bractwo
w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
Claudia Salazar Jiménez
Krew o świcie
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Jessica Au
Mógłby spaść śnieg
w tłumaczeniu Agi Zano
Kjersti Anfinnsen
Chwile wieczności
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Jonas Eika
Po słońcu
w tłumaczeniu Macieja Bobuli
Aleksandra Tarnowska
Wniebogłos
Nick Cave
Gdy oślica ujrzała anioła
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
Sebastian Barry
Tysiąc księżyców
w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
Adda Djørup
Kot Bułhakowa
w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
Michał Michalski
Gruby
Linn Strømsborg
Kurwa, kurwa, kurwa
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Santiago Roncagliolo
Noc szpilek
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Cristina Morales
Lektura uproszczona
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
Sebastian Barry
Po stronie Kanaanu
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
Merethe Lindstrøm
Dni w historii ciszy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Marta Hermanowicz
Koniec
Aki Ollikainen
Sielanka
w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
Chiang-Sheng Kuo
Stroiciel fortepianów
w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
Jarek Skurzyński
Zły syn
Sebastian Barry
Czas starego Boga
w tłumaczeniu Agi Zano
Arturo Pérez-Reverte
Szachownica flamandzka
w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
Michał Trusewicz
Plemię
Oliver Lovrenski
Jak byliśmy młodsi
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Juan Cárdenas
Diabeł z prowincji
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Maren Uthaug
11%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Brenda Navarro
Prochy w ustach
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Karina Sawaryna
Wynik negatywny
w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
Arturo Pérez-Reverte
Ostatnia zagadka
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Sebastian Barry
Tak daleko od domu
w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
Louise Erdrich
Rzeka Czerwona
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
w tłumaczeniu Agi Zano
Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Mia Couto
Lunatyczna kraina
w tłumaczeniu Michała Lipszyca
Brenda Navarro
Puste domy
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Alexis Wright
Księga łabędzi
w tłumaczeniu Agi Zano
Mircea Cărtărescu
Solenoid
w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas
Maren Uthaug
88%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Tytuł: Niedźwiedź, syn niedźwiedzia
Redaktor inicjujący: Michał Michalski
Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj, Agata Krajewska
Projekt okładki: Magdalena Skrolecka
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Redakcja: Ida Świerkocka
Pierwsza korekta: Michał Trusewicz
Druga korekta: Anna Smutkiewicz
Trzecia korekta: Krzysztof Cieślik
© Aleksandra Tarnowska, 2026
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
ISBN 978-83-68191-75-2
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
