37,43 zł
Wstęgi Aleru wciąż wiszą nad Grombelardem. Nieuchronnie nadciąga kolejna Wojna Potęg. Dziś, jutro, a może za tydzień, gdzieś pośród smaganych wiatrem i deszczem szczytów, ożyje wroga siła. Ciężkie Góry po raz drugi w swej historii popękają od ciosów, będą się rozpadać, płonąć…
Każda kraina ma swoje legendy.
Wśród szarych skał, w mokrych i ciemnych jaskiniach, śpiewa się o Królu Gór, niepokonanym olbrzymie powalającym wrogów samą siłą swego spojrzenia. O jego wiernym towarzyszu, wielkim kocie gadba, który okazywał szacunek wrogom. O małej Armektance, której przeznaczeniem było w tych górach umrzeć, a jednak pokochała je całym sercem, a Ciężkie Góry pokochały ją. O zdradzie, najpodlejszej z możliwych, a jednak niezbędnej. O poświęceniu całego gatunku, które miało zmienić losy świata.
Tak, to wszystko legendy. Ale bez legend Grombelard to tylko deszcz i wiatr.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 371
Nadciągał zmierzch. Zimny deszcz bezlitośnie chłostał skały, przewalając się po zboczach gór w gęstniejących, to znów rzednących tumanach. Wiatr szarpał strużki wody wyrywane chmurom, stłoczonym nad szarą ziemią Grombelardu.
Ciężkie Góry trwały – niewzruszone.
Rzęsisty deszcz przemienił się w ulewę. Jaskrawa błyskawica zalśniła na tle posępnego sklepienia, które aż trudno było zwać niebem. Huk grzmotu runął między szczyty razem z prawdziwymi kaskadami wody. W jednej chwili pośród piargów spieniły się setki rozwścieczonych strumieni; kamienie biegły w dół po pochyłościach, czasem się spiętrzały, tworząc zapory, rozbijane zaraz ciosami kipieli.
Większe głazy trwały nieporuszenie.
W szarym świetle wieczoru, pośród ulewy, zamajaczyły niewyraźne sylwetki dwóch ludzi. Przygięci do ziemi, objuczeni pakunkami i bronią, mozolnie posuwali się naprzód wzdłuż krętej ścieżki górskiej, która była teraz korytem rozgniewanego strumienia.
Nieopodal, ciasno skupione, leżały duże kamienie, omywane falami dżdżu.
Ludzie wytrwale pięli się po zboczu.
Uderzenie pioruna wstrząsnęło strugami deszczu – a gdy huk przebrzmiał, dało się słyszeć rozfalowany głos, będący upiorną namiastką mrukliwego, niewyraźnego śmiechu. Głos ten, pośród ulewy i wiatru, mógł być złudzeniem... ale nie był, bo oto skupione przy ścieżce kamienie ożyły. Ludzie zastygli w bezruchu, po czym jeden krzyknął ostrzegawczo, chwytając towarzysza za ramię.
Niesamowite istoty rozrywały firanę deszczu, posuwając się w dół stoku ogromnymi skokami, zupełnie nieczułe na uderzenia wiatru.
Mokre koty to widok groteskowy i prawie żałosny: łapy i ogony, oblepione sierścią, zdają się być przeraźliwie chude; podobnie łby, dziwnie naraz podobne do psich. Kilkanaście takich stworzeń rzuciło się na ludzi, obalając ich i zamykając w ruchliwym kłębie. Mokry gadba, kot olbrzym, zaiste wyglądał groteskowo. Powaleni mężczyźni ujrzeli więc groteskową śmierć.
Rwąca w dół stoku woda nagle poczerwieniała.
Znowu leje... Dlaczego ja tu mieszkam?
Malutka jaskinia, wyżłobiona w skalnej ścianie, dobrze chroniła przed deszczem. Wysokie na trzy łokcie wejście zasnute było szarą tkaniną dżdżu, ale w głębi jaskini sklepienie uciekało do góry, ściany zaś na boki. Niewielką, wcale suchą i przytulną izbę oświetlał oliwny kaganek – przedmiot w jakiś sposób nie na miejscu pod nierówną skałą; pasowałoby tu raczej łuczywo. Pozaczepiane o różne nierówności i krawędzie skał, suszyły się sztuki odzienia. Przy samym wejściu wisiał pas z krótkim mieczem. Zupełnie naga kobieta wylegiwała się na wojskowym płaszczu, z nogami rozłożonymi w taki sposób, jakby zapraszała wszystkich mężczyzn świata. Pod głową miała kołczan, z którego wysuwały się pierzaste pociski, ustępujące widać miejsca czarnemu warkoczowi leżącej, który z jakichś przyczyn tkwił w kołczanie. Właścicielka warkocza oderwała zębami kęs zimnego mięsa, wiszący u wielkiej baraniej łopatki, i przeżuwała powoli, nieruchomo spoglądając na ścianę deszczu przed jaskinią.
– No? Dlaczego? – powtórzyła z pełnymi ustami; dźwięczne armektańskie słowa bardzo niezwykle brzmiały w sercu Grombelardu. – Powiedz, dlaczego siedzisz w tej norze, zamiast wyjechać gdzieś, byle dalej. Przecież chyba ci zimno, hm?
Rzeczywiście chłód był dojmujący, choć podmuchy wiatru nie miały do jaskini przystępu. Jeśli jednak leżąca odczuwała zimno, to jej muskularne ciało nie wiedziało o tym – nie drżało ani nie pokryło się gęsią skórką. Tylko sutki małych piersi sterczały, twarde jak kamyki. Widać z troski o nie kobieta sięgnęła ręką do tyłu i namacała gruby pled. Pociągnęła go ku sobie i okryła się byle jak, nie przerywając jedzenia.
– Ou... – powiedziała, skończywszy z łopatką – cóż to był za baranek! Na pewno miał sto lat. Pieczeń z historii Szereru, naprawdę.
Ulewa na zewnątrz zelżała, za to zmierzch czynił postępy. Wejście do jaskini coraz słabiej odcinało się od czerni skał.
Kobieta odrzuciła pled i wstała.
W najdalszym zakamarku jaskini, pośród jakichś szmat i tłumoków, leżał nieruchomy kształt, okryty peleryną. Czarnowłosa podeszła doń i kucnęła obok. Odchyliła przykrycie. W półmroku słabo majaczył kontur mizernej, zarośniętej twarzy. Brudny opatrunek na czole przesiąknięty był krwią.
Oczy leżącego rozwarły się powoli. Błyszczały gorączką.
– No proszę – powiedziała. – Jedno spojrzenie na dwa dni... Czy tak już zostanie?
– Umieram... Łowczyni – rzekł mężczyzna cicho i chrapliwie.
Był Dartańczykiem. Synem Złotej Prowincji, kraju będącego zupełnym przeciwieństwem Grombelardu. Tu, w Ciężkich Górach, powszechnie uważano przedstawicieli tego narodu za zniewieściałych, rozpieszczonych dostatkami tchórzy.
Pochyliła się, szukając czegoś pośród tobołków.
– Są dwa rodzaje chorych – mówiła w ojczystym języku rannego, trochę go kalecząc. – Ci, co wyzdrowieją, i ci, co umrą. Jedni i drudzy powinni jak najszybciej zrobić swoje. Inaczej męczą siebie i innych.
Znalazła skórzany wór, w którym coś chlupotało. Napiła się, po czym przytknęła otwór wora do ust leżącego. Zakasłał, wino pociekło po brodzie i policzku. Odetchnął kilka razy.
– Umrę.
Kobieta przygryzła wargi. Pomimo lekko rzucanych słów w jej spojrzeniu było sporo smutku.
– Myślę, że tak – powiedziała cicho.
Wyciągnęła rękę, dotykając szorstkiego policzka mężczyzny. Był rozpalony. Jednak ranny uśmiechnął się blado.
– Dziękuję – rzekł. – Nareszcie widzisz we mnie mężczyznę, który zdoła... przyjąć każdą prawdę. Długo czekałem... Łowczyni, czy mogę... ci zaufać?
Zmarszczyła szerokie brwi; pytanie było nieoczekiwane. Wzruszyła ramionami.
– No... nie wiem, naprawdę – powiedziała. – Czy chodzi o eliksir młodości? W takim razie zaufaj mi koniecznie. Nie uronię ani kropli, bo pochłonę go razem z flakonem.
Słaby śmiech rozbrzmiał krótko, urywanie.
– Czujesz się stara, Łowczyni?
– Jak te skały.
Przez chwilę milczeli.
– Powiedz mi... czy sprowadziłaś śmierć na tych żołnierzy w Czarnym Lesie? Czy to... co mówiono, jest prawdą?
Przymknęła oczy.
– Nie.
– No to posłuchaj... i zapamiętaj, bo wątpię, czy zdołam powtórzyć. Słuchasz?
– Słucham. Czy na pewno chcesz...
– Na pewno. Mogę i chcę ci zaufać.
º º º
Najpierw długo leżała, nie mogąc zasnąć. Rozmyślała o przedziwnej tajemnicy, do której ją dopuszczono.
Dartańczyk... Dartańczyk w Ciężkich Górach. Czyżby naprawdę człowiek, który jeszcze przed paroma laty był halabardnikiem w dalekiej Rollaynie, miał dokonać najdziwniejszego odkrycia w dziejach Grombelardu? Niewiarygodne. Cóż za kaprys losu.
Zapadła w krótką, niespokojną drzemkę, pełną majaków. Krążyła w nich po skalnym labiryncie, zagubiona, rozpaczliwie próbując się wyrwać, znaleźć wyjście... Daremnie.
Obudziła się spocona mimo zimna. Usiadła, obejmując dłońmi ramiona.
– Kareniro...
Po raz pierwszy powiedział jej imię.
Kiedyś nie lubiła tego człowieka. Prawie nienawidziła. Ciężkie Góry nie były miejscem dla Dartańczyka. On jednak sądził inaczej. I dowiódł słuszności swych racji, szybko wyrastając na znanego przewodnika po najbardziej niebezpiecznych rejonach Ciężkich Gór.
A jednak Grombelard go nie chciał.
Zwykły przypadek sprawił, że znalazła konającego. Przywlokła do jednej ze swych kryjówek. Majaczył. „Skąd ja mogłem wiedzieć, że to ona?” – pytał bez przerwy w malignie. „Skąd mogłem...?”
Dopiero teraz poznała całą historię. I dowiedziała się, kim jest „ona”.
– Kareniro.
Zanim położyła się spać, zdmuchnęła płomień kaganka. Teraz po omacku, na czworakach, popełzła do posłania rannego.
– Jestem.
– Pamiętasz wszystko?
– Pamiętam.
Przez chwilę słyszała tylko jego wysilony oddech.
– Pamiętaj, żeby iść przez deszcz... Pamiętasz? Przez deszcz, od rana... – mówił pospiesznie. – Od przełomu Medevy... Ona tam będzie. Nie pozwól, żebym...
Zrozumiała, że znów majaczy w gorączce. Odszukała dotykiem rozpaloną twarz.
– Dobrze, pamiętam.
Pochwycił słabo jej dłoń i uspokoił się.
– Łowczyni...
– Jestem.
– Pocałuj mnie. Tylko raz. Zawsze uważałem, że jesteś... zawsze chciałem... żeby tak jak ty...
Pochyliła się, znajdując jego usta. Były gorące jak ogień.
– Łowczyni – powiedział jeszcze – byłem dobrym przewodnikiem...
Odepchnął ją lekko.
Wróciła na swoje posłanie. Już nie zasnęła tej nocy.
Chyba słyszała, jak umarł.
Odzienie nie wyschło do końca. Ale dosuszenie czegokolwiek w wiecznej grombelardzkiej wilgoci było niepodobieństwem. Ognisko – tak, zapewne. Ale w wysokich partiach gór łatwiej można by znaleźć złote monety niż opał.
Z trudem wciągnęła krótką, porozcinaną na udach spódnicę, potem koszulę i futrzany kaftan. Wbiła nogi w mocne buty. Wreszcie zabrała z jaskini wszystko, co warto było zabrać: więc broń, bukłak z winem, trochę żywności, dwa wojskowe płaszcze i pled. Ponadto kilka drobiazgów. Objuczona jak muł, wyszła na zewnątrz. Już nie padało, poranna ulewa minęła.
Tutaj, w okolicach Rahgaru, bywała rzadko. Jaskinia posłużyła jej ledwie dwa razy... i nie posłuży nigdy więcej. Stanie się grobowcem przebiegacza gór.
Takich wnęk było w tych stronach bez liku. Wiedziała, że nim dzień minie, znajdzie sobie nową.
Nie tarasowała wejścia. Sępy nie mogły dostrzec zwłok w takim miejscu. Nic innego tak wysoko w Ciężkich Górach nie żyło.
Vilan, Dartańczyk, który pokochał grombelardzkie szczyty, miał już zawsze oglądać deszcz, zasnuwający wejście do jaskini.
º º º
Nie miała do nich szczęścia... Od kilkunastu lat chodziła po Ciężkich Górach (prawda, że zwykle w okręgach Grombu i Badoru), a dotąd nie znała jednej z żywych legend Grombelardu.
„Mordercy z Rahgaru”. Gadba, grombelardzkie koty olbrzymy.
Oczywiście widziała już gadba. Także w legiach. Ale w Rahgarze istniał, jedyny w całym imperium, oddział gwardii złożony wyłącznie z kotów. Były postrachem górskich rozbójników i grasujących po gościńcu rzezimieszków. Kilkakrotnie już wybierała się do Rahgaru tylko po to, by obejrzeć sobie oddział kocich wojowników. Zawsze coś stanęło na przeszkodzie.
Teraz znowu.
Nie, nie miała do nich szczęścia.
Chociaż... Kapryśny los ustanowił ją spadkobierczynią dziwnej tajemnicy. Mogło się okazać, że niezwykli wojownicy w kocich kolczugach i hełmach sami do niej przyjdą. Legia Grombelardzka dość dobrze wiedziała, o czym wiatr w górach szumi. To, o czym szumiał teraz, musiało być dla wojska bardzo zajmujące.
Czy Dartańczyk był przy zdrowych zmysłach? Czy nie majaczył w gorączce, przekazując jej swą wiedzę? W Grombelardzie wszystko było możliwe, tak powiadano. Ale czy naprawdę wszystko?
Grombelard. Druga Prowincja. Kraj Chmur, Kraj Gór... Nazywano go setką imion. Przede wszystkim jednak był krainą przeklętą przez Szerń, pobojowiskiem. Nad Grombelardem Szerń toczyła przed wiekami największe zmagania z obcą i wrogą mocą – Alerem. Powiadano, że nieustanny deszcz miał zmywać piętno, wyciśnięte na tej ziemi przez znienawidzoną mroczną Potęgę.
Ale był też Grombelard najstarszą krainą Szereru. Pośród szczytów, przełęczy i grani można było znaleźć ślady po dawnych jego mieszkańcach: zrujnowane twierdze, niewiele różniące się od skalnych rumowisk; resztki dróg, a nawet pozostałości gigantycznych mostów kamiennych przerzucanych – z pomocą samej Szerni chyba – nad bezdennymi przepaściami...
Konający przewodnik żądał od swej zesłanej przez los powierniczki właśnie spotkania, oko w oko, ze spuścizną po starożytnych Shergardach.
Ruszyła na północ.
Miała czas. Dużo czasu. Doskonale wiedziała, że pozostanie w Ciężkich Górach już na zawsze. Próbowała raz uciec; nie udało się. Teraz mogła chodzić, szukając czegokolwiek. Choćby zwidów bredzącego w malignie Dartańczyka.
Tym bardziej że jeśli nie były zwidami...
Zwróciła spojrzenie ku niebu, oceniając, kiedy znów zacznie padać.
Na północny wschód od Rahgaru wznosił się masyw Medevenu, zwany też czasem Koroną. Przedziwne miejsce, ale w Ciężkich Górach zdumiewające krajobrazy nie były rzadkością. Medeven tworzyło siedem gór, wspierających się barkami, odgrodzonych przepaścistym wąwozem od reszty Gór Ciężkich i opasanych rwącą Medevą. Potężne szczyty, zgrupowane w kręgu, istotnie przywodziły na myśl zębatą koronę. Pomiędzy nimi była kotlina, w której krążyło jezioro. Tak właśnie: krążyło. Rozszalała Medeva przebiła gdzieś podziemny korytarz, którym wtłaczała swe nurty w kotlinę. Wody jeziora obracały się z odwieczną, cierpliwą powolnością. Mówiono, że pełen obrót trwał trzy dni. Co mogło, ale nie musiało być prawdą.
Karenira raz tylko zawędrowała aż do przełomu Medevy. Chciała zbadać Koronę, ale bardziej ciekawa była „morderców”, poszła więc najpierw do Rahgaru. Do miasta oczywiście nie dotarła – i Korony też nie obejrzała.
Teraz jednak miało być inaczej.
Dojście do masywu pochłonąć musiało kilka dni. Najpierw należało obejść niedalekie źródła Medevy – rzeki, która buchała z ziemi od razu z szaloną furią, tworząc największy wodospad świata, po czym biegła w dół Grombelardu, nieokiełznana i zabójcza. Ponoć nikt nigdy nie zdołał się przez nią przeprawić.
Łowczyni znała Góry i wiedziała, że nie trzeba rzucać im zbędnych wyzwań. Chociaż z drugiej strony, znalezienie przeprawy przez Medevę mogło okazać się kiedyś bardzo użyteczne. Jej bezpieczeństwo – samotnej kobiety w górach – zależało czasem od znajomości szlaków, o których nikt inny nie wiedział. Teraz jednak zbyt była ciekawa testamentu Vilana, by szukać przepraw przez jakąś rozszalałą rzekę.
Szła bez pośpiechu, lecz wytrwale i z tą niezwykłą pewnością, jaką może dać tylko doskonała znajomość bezdroży.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Urodzony 1 czerwca 1966 r. w Łodzi.
Debiutował w 1983 r. opowiadaniem „Mag” nadesłanym na konkurs miesięcznika „Fantastyka”.
Od tego czasu opublikował kilkadziesiąt opowiadań i 13 dłuższych form, zyskując oddane grono wiernych wielbicieli.
Czytelnicy pokochali jego opowiadania i powieści o Szererze, ale zanim doczekali się ukończenia Księgi Całości, autor ogłosił w 2010 r., że zawiesza działalność na czas nieokreślony. Był to długi urlop, niemniej właśnie się skończył i niebawem autor powróci z dwiema zupełnie nowymi książkami, które zamkną cykl, a Księga Całości wreszcie stanie się kompletna!
Wieszczymy, że przyniesie to autorowi wiele satysfakcji, gdyż jak sam o sobie mówi, jest porządnym rzemieślniczym majstrem i tak też podchodzi do swojej twórczości: „Byłem uczniem, potem czeladnikiem, teraz, po dwudziestu latach, mam już własny warsztacik. Gdybym był krawcem, to na ścianie domu wisiałby szyld o treści: Krawiectwo lekkie. Mistrz Feliks W. Kres”. Taki profesjonalizm został wielokrotnie doceniony przez krytyków i czytelników, przynosząc autorowi szereg nagród, w tym Nagrodę im. Janusza A. Zajdla dla Najlepszej Powieści Roku za powieść „Król Bezmiarów” (1992).
A co później? Może kolejny tom z serii „Piekło i Szpada”, którą Feliks stworzył z tęsknoty za klasyczną powieścią awanturniczą? Może kolejny tom znakomitych felietonów nonfiction?
Tego jeszcze nie wiemy, ale wiemy jedno – już nie możemy się doczekać!
Masz pytanie do autora? Pisz na www.felikskres.pl
COPYRIGHT © BY Feliks W. Kres COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2021
WYDANIE I
ISBN 978-83-7964-688-3
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski Robert Łakuta
GRAFIKA NA OKŁADCE Sergey Shikin
PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak
ILUSTRACJE Przemysław Truściński
MAPA Paweł Zaręba
REDAKCJA Dorota Pacyńska
KOREKTA Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]
WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow