Taipi - Herman Melville - ebook + książka

Taipi ebook

Herman Melville

3,3

Opis

Opublikowana w 1846 roku, pierwsza powieść Hermana Melville’a to historia czteromiesięcznego pobytu amerykańskiego żeglarza w dolinie Taipi na polinezyjskiej wyspie Nuka Hiva. Debiut − oparty na doświadczeniach autora, które przemieszał z tym, co wyniósł z lektur, i tym, co niektórzy akademicy zwykli nazywać stekiem kłamstw – spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników po obu stronach oceanu, spragnionych opowieści na temat egzotycznych krain oraz obyczajów ich „barbarzyńskich” mieszkańców. „Człowiek żyjący wśród kanibali” zdobył rozgłos, także przez kontrowersje, jakie wzbudził erotyczny wątek powieści, jak i niepochlebny opis misjonarzy, usiłujących nawracać tubylców na „prawdziwą wiarę”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (4 oceny)
0
2
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU:TYPEE. A Peep at Polynesian Life
PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH: Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki
ILUSTRACJA NA s. 410 Augustus Burnham Shute, Faiewei (1892)
OPRACOWANIE NAUKOWE: Mikołaj Wiśniewski
REDAKTOR PROWADZĄCY Kamil Piwowarski
KOREKTA: Ryszarda Krzeska, Renata Kuk, Małgorzata Denys
SKŁAD I ŁAMANIE: Oficyna Poligraficzna „Polico-Art”, Warszawa
Wydanie pierwsze
Warszawa, 2019
© Copyright for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019 © Copyright for the Polish translation by The Estate of Bronisław Zieliński, 2019
ISBN 978-83-66272-96-5
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja: eLitera s.c.

Lemuelowi ShawSędziemu Najwyższemu Stanu Massachusettstę książeczkę z wyrazami czułości dedykujeautor

.

PRZEDMOWA AUTORA

Przeszło trzy lata upłynęły od wydarzeń opisanych w niniejszym tomie. Okres ten, z wyjątkiem ostatnich paru miesięcy, autor spędził głównie na kołataniu się po szerokim oceanie. Marynarze są dzisiaj jedynymi ludźmi, którzy przeżywają jakieś podniecające przygody, i wiele rzeczy, które spokojnym domatorom wydają się dziwne i romantyczne, dla nich jest czymś równie powszednim, jak kurta przetarta na łokciach. Jednak mimo że marynarze są oswojeni ze wszelkimi ciekawymi przygodami, zdarzenia zapisane na tych kartach służyły nieraz, gdy snuło się o nich opowieść, nie tylko do wypełnienia nużących godzin nocnej wachty na morzu, ale i pobudzały najżywsze uczucia u kolegów autora. Dlatego też przywiodło go to do wniosku, że jego dzieje nie omieszkają zainteresować tych, co są mniej niż marynarze obeznani z życiem pełnym przygód.

Jak można będzie zauważyć, autor, opowiadając o niezwykłych i ciekawych ludziach, między których rzuciły go losy, omawia głównie ich najoczywistsze właściwości, a przy opisie obyczajów powstrzymuje się na ogół od wdawania się w wyjaśnianie ich pochodzenia i celu. Ponieważ autorzy dzieł o podróżach wśród barbarzyńskich społeczności najczęściej szeroko się na owe tematy rozwodzą, piszący te słowa uważa za słuszne zwrócić uwagę na to, co można by uznać za karygodne przemilczenie. Nikt nie jest świadom bardziej od autora jego niedostatków pod tym i wielu innymi względami, jednakże ma on pewność, że jeżeli weźmie się pod uwagę bardzo szczególne okoliczności, w jakich się znalazł, wszystkie te opuszczenia będą mu darowane.

W nader licznych publikowanych opowiadaniach przywiązuje się niemałą wagę do dat; ponieważ jednak autor zatracił wszelką rachubę dni tygodnia podczas relacjonowanych tutaj wydarzeń, ma przeto nadzieję, że czytelnik zechce litościwie przejść do porządku nad jego niedociągnięciami w tym względzie.

W użytych w niniejszej książce słowach polinezyjskich – z wyjątkiem przypadków, kiedy pisownia została już uprzednio ustalona przez innych – zastosowano taką formę ortograficzną, która mogłaby najłatwiej przekazać ich brzmienie cudzoziemcowi. W kilku dziełach opisujących wyspy na Pacyfiku wiele najpiękniejszych kombinacji dźwięków mowy zagubiono całkowicie dla ucha czytelnika przez przesadne obserwowanie pospolitych reguł pisowni.

W rozdziałach, które nastąpią, jest kilka ustępów, które można by uznać za zbyt surowe wobec pewnego czcigodnego grona ludzi, których poczynania – opisywane nam przez nich samych – na ogół, i często bardzo zasłużenie, cieszą się wysokim uznaniem. Wszelako czytelnik przekona się, że te fragmenty oparte są na niezaprzeczalnych faktach, które natychmiast doszły do wiadomości piszącego te słowa. Wnioski wynikające z tych faktów są nieodparte, i autor, przedstawiając je, nie kierował się żadną animozją w stosunku czy to do samych jednostek, czy też do chwalebnej sprawy, której nie zawsze przysłużyły się poczynania niektórych jej rzeczników.

Ogromne zainteresowanie, jakie wzbudziły w Ameryce, Anglii i w całym świecie wydarzenia rozgrywające się ostatnio na wyspach Sandwich, na Markizach oraz na Wyspach Towarzystwa, usprawiedliwia, jak ufam, kilka skądinąd nieuzasadnionych dygresji.

W niniejszej opowieści są pewne rzeczy, które z pewnością wydadzą się czytelnikowi dziwne lub może całkiem niezrozumiałe, jednakże nie bardziej niż podówczas samemu autorowi. Zrelacjonował owe sprawy tak, jak się wydarzyły, i pozostawia każdemu możność wyrobienia sobie o nich własnego sądu, ufając, że jego gorące pragnienie mówienia nieupiększanej prawdy pozyska mu zaufanie czytelników.

Rozdział I

MORZE – TĘSKNOTA ZA WYBRZEŻEM – STATEK ZŁAKNIONY LĄDU – CEL PODRÓŻY – MARKIZY – PRZYGODA ŻONY MISJONARZA WŚRÓD DZIKICH – CHARAKTERYSTYCZNA ANEGDOTA O KRÓLOWEJ NUKU HIVY

Sześć miesięcy na morzu! Tak, czytelniku, jako żywo, sześć miesięcy nieoglądania lądu, krążenia za kaszalotami pod piekącym słońcem równika, na rozhuśtanych falach bezmiernego Pacyfiku! Już przed wieloma tygodniami wyczerpał się wszystek nasz świeży prowiant. Nie został ani jeden patat, ani jeden yam. Wspaniałe pęki bananów, co niegdyś ozdabiały naszą rufę i pokład szańcowy, niestety zniknęły, a pyszne pomarańcze, które wisiały u topów masztów i u want, także przepadły bez śladu! Tak, wszystkiego tego już nie ma i nie zostało nam nic oprócz solonej wołowiny i sucharów. O, wy, kajutowi żeglarze, którzy czynicie tyle hałasu z powodu czternastodniowej przeprawy przez Atlantyk, którzy tak patetycznie opowiadacie o prywacjach i uciążliwościach morskiej podróży, kiedy to po całym dniu spożywania śniadań, obiadów i kolacji z pięciu dań, gwarzenia, gry w wista i picia ponczu szampanowego przypadał wam w udziale ten ciężki los, że zamknięci w małych pokoikach wykładanych mahoniem i klonem spaliście przez dziesięć godzin, nieniepokojeni przez nikogo prócz „tych nicponi, marynarzy, wrzeszczących i tupiących nad głową” – cóż powiedzielibyście o sześciu miesiącach z dala od lądu?

Ach, co by się dało za ożywczy widok jednego źdźbła trawy – za możność powąchania garści iłowatej ziemi! Czyż nie ma wokół nas nic świeżego? Nie można ujrzeć nic zielonego? Owszem, wewnętrzna strona naszych burt pomalowana jest na zielono, ale jakiż to lichy i mdły kolor – jak gdyby nic, co bodaj przypomina zieleń, nie mogło rozkwitnąć tak niezmiernie daleko od lądu. Nawet korę, co niegdyś okrywała drewno używane przez nas na opał, obgryzł i pożarł wieprzek kapitana – i to tak dawno temu, że i sam wieprzek został z kolei pożarty.

W kojcu dla kur jest tylko jeden samotny lokator: niegdyś wesoły i żwawy młody kogut, co tak dzielnie sobie poczynał wpośród potulnych kwok. Ale spojrzyjcie nań teraz: oto stoi tam osowiały, przez cały dzień na tej swojej niezmordowanej jednej nodze. Odwraca się z niesmakiem od zapleśniałego ziarna, które ma przed sobą, i od słonawej wody w małym korytku. Opłakuje zapewne swe utracone towarzyszki, które dosłownie porywano mu jedną po drugiej i których już więcej nie zobaczył. Jednakże nieliczne będą dni jego żałoby, albowiem Mungo, nasz czarny kucharz, powiedział mi wczoraj, że w końcu dano hasło i los biednego Pedra jest przypieczętowany. Jego wynędzniałe ciało zostanie złożone w przyszłą niedzielę na stole kapitana i jeszcze na długo przed nocą pogrzebane ze zwykłymi ceremoniami pod kamizelką tego zacnego osobnika. Któż by uwierzył, że może być ktokolwiek tak okrutny, by marzyć o ścięciu nieszczęsnego Pedra; a jednak ci samolubni marynarze modlą się bez przerwy, by uczyniono koniec z tym nieszczęsnym ptakiem. Mówią, że kapitan za nic nie skieruje statku do lądu, póki ma w perspektywie danie ze świeżego mięsa. Tylko ten biedny ptak może mu go dostarczyć, a kiedy wreszcie zostanie pożarty, kapitan się opamięta. Nie życzę ci źle, Piotrusiu, ale ponieważ jesteś skazany na to, by wcześniej czy później spotkał cię los twej rasy, oraz zważywszy, że położenie kresu twemu istnieniu ma być sygnałem do naszego wyzwolenia – cóż, prawdę rzekłszy, chciałbym, by ci poderżnięto gardło bodaj w tej chwili, bo – och, jakże pragnę zobaczyć znów żywą ziemię! Sam stary statek marzy, aby raz jeszcze spojrzeć na brzeg przez swoje kluzy kotwiczne, a Jack Lewis słusznie mówił przed kilku dniami, kiedy kapitan zganił jego sterowanie.

– Bo widzi pan, kapitanie Vangs – powiedział wtedy śmiały Jack – jestem jednym z najlepszych sterników, jacy kiedykolwiek przyłożyli rękę do szprych koła sterowego, ale żaden z nas nie potrafi teraz kierować tą starą krypą. Nie da się utrzymać jej pod wiatr; zawsze od niego odpadnie, choćby się nie wiem jak uważało. A kiedy, panie kapitanie, kładę mięciutko ster na burtę i próbuję łagodnie namówić ją do pracy, ona nie przyjmuje tego mile, tylko odpada znowu; a wszystko dlatego, iż wie, że ma ląd od zawietrznej, i za nic nie chce iść na nawietrzną.

No, tak – bo i dlaczego miałaby chcieć, Jack? Czyż każda z jej tęgich belek nie wyrosła na brzegu i czyż nie ma ona tej samej wrażliwości, co my?

Biedny stary statek! Sam jego wygląd zdradza owe pragnienia; jakże żałośnie się prezentuje! Farba na burtach, przepalona piekącym słońcem, jest spurchlona i popękana. Popatrzcie na te wodorosty, które statek włóczy za sobą, i na ten szpetny pęk obrzydłych skorupiaków, co obrósł jego rufę; ilekroć zaś kadłub wzniesie się na fali, ukazuje blachy oddarte lub zwisające strzępiastymi płatami.

Biedny stary statek! Powtarzam raz jeszcze: przez sześć miesięcy kołatał się i kolebał bez jednej chwili spoczynku. Ale odwagi, staruszku; mam nadzieję niebawem cię ujrzeć o rzut sucharem od wesołego lądu, gdy będziesz przytulnie stał na kotwicy w jakiejś zielonej zatoczce, osłonięty od porywistych wiatrów.

– Hurra, chłopaki! Rzecz załatwiona: w przyszłym tygodniu bierzemy kurs na Markizy!

Markizy! Jakież przedziwne wizje rzeczy niezwykłych wywołuje sama ta nazwa! Nagie hurysy, kanibalskie uczty, gaje kokosowe, wytatuowani wodzowie i bambusowe świątynie; słoneczne doliny porośnięte drzewami chlebowymi, rzeźbione pirogi tańczące na roziskrzonych błękitnych wodach, dzikie puszcze strzeżone przez straszliwe bożki – pogańskie obrzędy oraz ofiary z ludzi. Takie były dziwnie mieszane przewidywania, które mnie nawiedzały podczas rejsu z obszaru łowisk. Czułem nieodpartą chęć zobaczenia tych wysp, które starodawni podróżnicy opisywali tak błyskotliwie.

Grupa wysp, ku której obecnie sterowaliśmy, aczkolwiek należy do najwcześniejszych odkryć europejskich na morzach południowych, jako że odwiedzono ją po raz pierwszy w roku 1595, jest nadal zamieszkiwana przez takie same dziwne i barbarzyńskie istoty jak dawniej. Misjonarze, wysłani ze świątobliwym zadaniem, przepływali obok tych pięknych wybrzeży i pozostawiali je bożkom z kamienia i drewna. W jakichże ciekawych okolicznościach wyspy te zostały odkryte! Na wodnym szlaku Mendañi[1] krążącego w poszukiwaniu jakichś złotodajnych obszarów wykwitły niczym zaczarowana wizja i przez chwilę ów Hiszpan myślał, że spełniło się jego cudowne marzenie. Ku czci markiza de Mendoza, podówczas wicekróla Peru, pod którego protekcją pływał, nadał im nazwę oznaczającą godność jego opiekuna, a po powrocie przekazał światu mglistą i wspaniałą relację o ich pięknie. Jednakże wyspy nienawiedzane przez całe lata popadły znów w zapomnienie i dopiero niedawno dowiedziano się czegoś na ich temat. Raz na pół wieku jakiś awanturniczy wędrowiec zakłócał ich niezmącony spokój i zadziwiony niezwykłym widokiem był niemal skłonny rościć sobie prawo do nowego odkrycia.

O tej interesującej grupie mało co opowiedziano, jeżeli pominiemy drobną o niej wzmiankę w szkicach z podróży po morzach południowych. Cook podczas swych wielokrotnych wypraw morskich dokoła kuli ziemskiej zaledwie ocierał się o ich brzegi, i wszystko, co o nich wiemy, pochodzi z paru ogólnych relacji. Wśród nich są dwie zasługujące na szczególną uwagę: Dziennik wyprawy fregaty Stanów Zjednoczonych «Essex» na Pacyfik podczas ostatniej wojny, spisany przez Portera[2], zawiera podobno ciekawe szczegóły dotyczące wyspiarzy. Jest to wszelako dzieło, z którym nigdy się nie spotkałem; Stewart, kapelan amerykańskiego szlupu wojennego „Vincennes”, również poświęcił temu tematowi część swojej książki, zatytułowanej Wizyta na morzach południowych.

W ciągu ostatnich paru lat statki amerykańskie i angielskie, biorące udział w masowych połowach wielorybów na Pacyfiku, zawijały czasem, kiedy zabrakło im żywności, do przestronnej przystani, która istnieje na jednej z tych wysp; jednakże obawa przed krajowcami, oparta na pamięci o strasznym losie, jaki spotkał z ich rąk wielu białych, powstrzymywała załogi od takiego obcowania z ludnością, które mogłoby dać jakieś pojęcie o jej szczególnych zwyczajach i obyczajach.

Misje protestanckie najwyraźniej porzuciły nadzieję wyrwania tych wysp z pogaństwa. Sposób traktowania misjonarzy przez krajowców był we wszystkich przypadkach taki, że mógł zastraszyć nawet najśmielszych. Ellis w swoich Badaniach polinezyjskich podaje kilka interesujących relacji o nieudanych próbach misji z Tahiti utworzenia swoich placówek na niektórych wyspach z tej grupy. Na krótko przed moim przybyciem na Markizy zdarzył się tam w związku z owymi próbami dosyć zabawny incydent, którego nie mogę tu pominąć.

Pewien nieulękły misjonarz, bynajmniej nie zniechęcony niepowodzeniem, jakie towarzyszyło wszystkim poprzednim próbom zjednania dzikich, i wierząc mocno w skuteczność wpływu niewieściego, sprowadził między nich swą młodą i piękną żonę, pierwszą białą kobietę, która odwiedziła ich brzegi. Wyspiarze zrazu przypatrywali się z niemym zachwytem tak niezwykłemu zjawisku i byli skłonni uważać je za jakieś nowe bóstwo. Jednakże po krótkim czasie oswoiwszy się z uroczym widokiem owego bóstwa oraz niechętni fałdom tkaniny osłaniającej jego kształty, popróbowali przeniknąć poprzez uświęconą zasłonę z perkalu, która je spowijała, i w swojej ciekawości tak dalece przekroczyli granice dobrego wychowania, że urazili poczucie przystojności damy. Gdy wreszcie ustalili jej płeć, ich uwielbienie zmieniło się w pogardę; nie było końca zniewagom, jakimi obrzucili ją dzicy, rozwścieczeni rzekomym oszustwem, którym wyprowadzono ich w pole. Ku zgrozie czułego małżonka zdarto z niej szaty i dano do zrozumienia, że nie wolno jej więcej nosić bezkarnie takich zwodniczych osłonek. Delikatna dama nie była dość ewangelicznie nastawiona, aby to ścierpieć, i bojąc się dalszych niestosowności, zmusiła męża do porzucenia całego przedsięwzięcia, po czym razem wrócili na Tahiti.

Natomiast nie wzdragała się tak przed ukazywaniem swych wdzięków sama wyspiarska królowa, nadobna małżonka Mowanny, króla Nuku Hivy. W jakieś dwa czy trzy lata po wydarzeniach opisanych w niniejszym tomie, znajdując się na pokładzie okrętu wojennego, przypłynąłem na owe wyspy. Od pewnego czasu mieli Markizy w swym posiadaniu Francuzi, którzy już się chełpili dobroczynnymi skutkami swej jurysdykcji, dostrzegalnymi w postępowaniu krajowców. Warto nadmienić, że w swoich wysiłkach reformatorskich wymordowali ich około stu pięćdziesięciu w Whitihoo – ale mniejsza o to. W czasie, o którym mowa, eskadra francuska zebrała się w zatoce Nuku Hivy i podczas rozmowy z naszym zacnym komandorem jeden z ich kapitanów zaproponował, abyśmy, jako okręt flagowy eskadry amerykańskiej, przyjęli uroczyście wizytę pary królewskiej. Oficer francuski wywodził, z widoczną satysfakcją, że pod ich kierownictwem król i królowa nasiąkli właściwymi pojęciami o swoim wysokim dostojeństwie i podczas wszystkich ceremonialnych okazji zachowują się z należytą godnością. Jakoż poczyniono przygotowania do przyjęcia ich królewskich mości na pokładzie w sposób odpowiadający ich randze.

Pewnego pięknego popołudnia dostrzeżono wesoło przystrojoną proporczykami szalupę odbijającą od burty jednej z fregat francuskich i płynącą prosto ku naszemu trapowi. Na jej rufie spoczywał Mowanna ze swoją małżonką. W miarę jak się zbliżali, czyniliśmy im wszelkie honory należne monarchom – marynarze powdrapywali się na reje, daliśmy salut armatni i podnieśliśmy niesamowitą wrzawę.

Weszli po trapie, zostali powitani przez komandora z kapeluszem w ręku, kiedy zaś przechodzili przez pokład szańcowy, warta marynarska sprezentowała broń, a orkiestra zagrała Króla wysp kanibalskich. Dotąd wszystko szło dobrze. Oficerowie francuscy uśmiechali się i robili niezmiernie uradowane miny, ogromnie kontenci z godnego zachowania się tych znamienitych osobistości.

Wygląd ich niewątpliwie był obliczony na wywołanie wrażenia. Jego królewska mość miał na sobie przepyszny mundur wojskowy, sztywny od złotych galonów i haftów, a ogoloną głowę przykrywał mu olbrzymi chapeau bras, na którym powiewały strusie pióra. Wszelako była jedna drobna skaza na jego powierzchowności. Szeroki pas tatuażu przebiegał mu przez twarz na wysokości oczu, co sprawiało, że wyglądał tak, jakby nosił olbrzymie okulary ochronne, a osoba monarsza w okularach ochronnych nasuwa pewne niestosowne myśli. Jednakże krawcy floty francuskiej wykazali całą wesołość swego narodowego gustu dopiero w przystrojeniu nadobnej ciemnolicej królewskiej małżonki. Ubrana była w jaskrawoszkarłatną materię obszytą żółtym jedwabiem, która, sięgając nieco poniżej kolan, odsłaniała jej bose nogi, upiększone spiralnym tatuażem i przypominające nieco dwie miniaturowe kolumny Trajana. Na głowie miała fantazyjny turban z fiołkowego aksamitu, ozdobiony srebrnymi gałązkami oraz zwieńczony kitą z różnobarwnych piór.

Załoga okrętu, która stłoczyła się na schodni, aby podziwiać ten widok, wprędce zwróciła na siebie uwagę jej królewskiej mości. Ta upatrzyła sobie między marynarzami starego wilka morskiego, którego obnażone ramiona, stopy oraz pierś pokryte były tyloma wykonanymi tuszem napisami, co wieko egipskiego sarkofagu. Nie bacząc na wszelkie nieśmiałe napomknięcia i protesty francuskich oficerów, królowa natychmiast podeszła do tego marynarza, rozchyliła mu szerzej na piersiach płócienną kurtkę, podciągnęła nogawice szerokich spodni i jęła oglądać z admiracją jaskrawy błękit i cynober tatuażu. Pochylała się nad marynarzem i gładząc go, wyrażała swój zachwyt przeróżnymi dzikimi okrzykami i gestami. Można sobie łatwo wyobrazić zmieszanie układnych Galów wobec tak nieprzewidzianego zdarzenia, ale pomyślcie tylko, jaka ich ogarnęła konsternacja, gdy nagle królewska dama, pragnąc pokazać hieroglify na własnym wdzięcznym ciele, pochyliła się na chwilę i obróciwszy się raptem, zadarła kraj swej szaty, ukazując widok, przed którym przerażeni Francuzi cofnęli się pośpiesznie i zeskoczywszy do szalupy, zemknęli z widowni tak okropnej katastrofy.

Rozdział II

REJS Z TERENÓW ŁOWISK NA MARKIZY – SENNE CHWILE NA STATKU – SCENERIA MÓRZ POŁUDNIOWYCH – ZIEMIA! – ZASTAJEMY ESKADRĘ FRANCUSKĄ NA KOTWICY W ZATOCE NUKU HIVY – OSOBLIWY PILOT – ESKORTA PIROG – FLOTYLLA ORZECHÓW KOKOSOWYCH – PŁYWAJĄCY GOŚCIE WDZIERAJĄ SIĘ NA POKŁAD „DOLLY” – STAN RZECZY, KTÓRY POTEM NASTĄPIŁ

Nigdy nie zapomnę tych osiemnastu czy dwudziestu dni, podczas których lekkie pasaty popychały nas cicho ku wyspom. W pogoni za kaszalotem krążyliśmy po równiku o jakieś dwadzieścia stopni na zachód od Galapagos i kiedy nasz kurs został ustalony, wystarczyło nam tylko zbrasować reje i trzymać statek z wiatrem, a reszty dokonywał już on sam wraz z równomiernym powiewem. Sternik nie naprzykrzał się naszej staruszce zbędnym manewrowaniem, ale oparłszy się wygodnie o rudel, drzemał całymi godzinami. Niezawodna „Dolly” trzymała się swego kursu i, podobnie jak ci ludzie, którzy sprawiają się najlepiej, gdy ich zostawić w spokoju, pomykała swą drogą niby stary, wysłużony, morski kłusak – którym istotnie była.

Jak rozkosznie, gnuśnie, sennie spędzaliśmy czas, sunąc tak po morzu! Nie było nic do roboty, która to okoliczność szczęśliwie odpowiadała naszej niechęci do robienia czegokolwiek. Opuściliśmy całkowicie forpik i rozpostarłszy płócienny daszek nad forkasztelem, spaliśmy, jedli i wylegiwali się tam po całych dniach. Wszyscy zdawali się pod działaniem jakiegoś narkotyku. Nawet oficerowie na rufie, których służba wymagała, by nie siadali, pełniąc wachtę na pokładzie, daremnie usiłowali utrzymać się na nogach i byli niezmiennie zmuszani do kompromisu przez opieranie się o nadburcie i bezmyślne wyglądanie na morze. Czytanie nie wchodziło w rachubę; gdy wziąłeś książkę do ręki, zasypiałeś od razu.

Aczkolwiek chcąc nie chcąc, ulegałem w znacznej mierze ogólnej senności, to jednak niekiedy udawało mi się otrząsnąć z odurzenia i podziwiać piękno widoku, który miałem przed oczami. Niebo było czystym przestworem najdelikatniejszego błękitu z wyjątkiem skrajów horyzontu, gdzie widniała cienka draperia bladych chmurek, które nie zmieniały kształtu ani koloru. Długie, odmierzone, rzekłbyś, żałobne fale Pacyfiku toczyły się zmierzwione po powierzchni drobnymi grzywami iskrzącymi się w słońcu. Od czasu do czasu ławica latających ryb wystraszonych wystającym z wody dziobem statku wyskakiwała w powietrze i w następnej chwili spadała do morza niczym srebrzysty deszcz. To znów widziało się wspaniałego tuńczyka o połyskliwych bokach, który wypryskiwał w górę i zatoczywszy łuk, znikał pod powierzchnią wody. Daleko dostrzegałeś wyniosłą fontannę wieloryba, bliżej zaś grasującego rekina, tego nikczemnego rozbójnika morskiego, który czaił się w bezpiecznej odległości, łypiąc na nas złym okiem. Czasami jakiś bezkształtny potwór z głębiny, unoszący się na powierzchni, z wolna opadał w błękitną toń, kiedy się zbliżaliśmy, i znikał nam z oczu. Jednakże najbardziej uderzającą cechą owej scenerii była prawie niezmącona cisza, panująca na niebie i wodzie. Nie było słychać niemal żadnego odgłosu poza sporadycznym sapaniem wieloryba czarnego i rykiem wody przy stewie przedniej statku.

W miarę jak zbliżaliśmy się do lądu, obserwowałem z radością pojawianie się niezliczonych ptaków morskich. Wrzeszcząc i wirując spiralami, towarzyszyły statkowi, niekiedy zaś siadały na rejach i wantach. Ów jegomość o wyglądzie pirata, zwany sokołem morskim, z krwawoczerwonym dziobem i kruczym upierzeniem, nadlatywał, zataczając wokół nas stopniowo zmniejszające się kręgi, aż wreszcie można było wyraźnie dostrzec dziwny błysk w jego oku, po czym, snadź zadowolony ze swej obserwacji, wzbijał się w powietrze i znikał. Wkrótce pojawiły się inne oznaki bliskości lądu i niebawem rozległo się z góry radosne oznajmienie, że już go widać, wykrzyczane w ów szczególny, przeciągły sposób tak miły marynarzom: „Ziemia!”.

Kapitan wypadł z kabiny na pokład, wrzeszcząc niecierpliwie, by mu podano lunetę, porucznik zaś jeszcze donośniejszym głosem rzucił w kierunku bocianiego gniazda potężne: „Gdzie?”. Czarny kucharz wytknął z kambuza kudłatą głowę, a pies Bosman skoczył między belki bukszprytu, szczekając zaciekle: Ziemia! Tak, było ją widać. Ledwie dostrzegalny, błękitny, nieregularny zarys nakreślający śmiałe kontury wyniosłych szczytów Nuku Hivy.

Wyspa ta, choć ogólnie nazywana jedną z Markizów, jest przez niektórych żeglarzy uważana za należącą do osobnej grupy, obejmującej wyspy Ruhuka, Ropo i Nuku Hiva, której to trójcy nadano nazwę Wysp Waszyngtona. Tworzą one trójkąt i leżą pomiędzy 8° 38' a 9° 32' szerokości południowej oraz 139° 20' a 140° 10' długości zachodniej od Greenwich. Jak dalece niewłaściwe jest uważanie ich za odrębną grupę, to będzie od razu oczywiste, kiedy się zważy, iż leżą w bezpośrednim sąsiedztwie innych wysp, czyli mniej niż o jeden stopień na północo-zachód od nich, że mieszkańcy mówią dialektem markizańskim oraz że ich prawa, religia i ogólne obyczaje są identyczne. Jedyny powód tak dowolnego wyodrębnienia tych wysp można przypisać osobliwemu faktowi, że ich istnienie było zupełnie nieznane światu do roku 1791, kiedy to zostały odkryte przez kapitana Ingrahama z Bostonu[3], w stanie Massachusetts, prawie w dwa stulecia po odkryciu przyległych wysp przez przedstawiciela wicekróla hiszpańskiego. Mimo to pójdę za przykładem większości podróżników i będę je traktował jako część składową Markizów.

Nuku Hiva jest z tych wysp najważniejsza, będąc jedyną, do której zwykły przypływać statki, a poza tym słynącą jako miejsce, gdzie awanturniczy kapitan Porter naprawił swoje okręty podczas ostatniej wojny między Anglią i Stanami Zjednoczonymi i skąd dokonał wypadu na dużą flotę wielorybniczą pływającą naówczas pod flagą nieprzyjacielską po dookolnych morzach. Wyspa ta ma blisko dwadzieścia mil długości i niemal tyleż szerokości. Posiada na swym wybrzeżu trzy dobre przystanie, z których największą i najlepszą ludzie mieszkający w pobliżu nazywają „Taiohi”, a kapitan Porter ochrzcił zatoką Massachusetts. Wśród wrogich plemion żyjących na brzegach innych zatok, a także wśród wszystkich podróżników jest powszechnie znana pod mianem nadanym samej wyspie – Nuku Hiva. Mieszkańców jej nieco zepsuło obcowanie od niedawna z Europejczykami, ale jeżeli idzie o osobliwe obyczaje oraz ogólny sposób życia, to zachowali oni swój pierwotny prymitywny charakter, pozostając właściwie w tym samym stanie natury, w którym biali ujrzeli ich po raz pierwszy. Wrogie szczepy, zamieszkujące w odleglejszych zakątkach wyspy i bardzo rzadko mające jakąkolwiek styczność z cudzoziemcami, nie zmieniły się pod żadnym względem od najdawniejszych czasów.

W zatoce Nuku Hiva znajdowała się przystań, do której pragnęliśmy dotrzeć. Mglisty zarys gór dostrzegliśmy przed zachodem słońca, toteż żeglując całą noc z lekkim wiatrem, znaleźliśmy się nazajutrz rano w pobliżu wyspy, ponieważ jednak zatoka, której szukaliśmy, leżała po jej drugiej stronie, byliśmy zmuszeni przepłynąć pewną odległość wzdłuż brzegu; po drodze przemykały kwitnące doliny, głębokie jary, wodospady i falujące gaje, zasłonięte tu i ówdzie przez skaliste przylądki, które co chwila rozwierały się, ukazując jakiś nowy, zdumiewająco piękny widok.

Ci, którzy po raz pierwszy odwiedzają morza południowe, są na ogół zaskoczeni wyglądem wysp od morza. Na podstawie mglistych relacji o ich pięknie, jakie czasem do nas docierają, wiele osób jest skłonnych wyobrażać sobie barwne, łagodnie pofalowane równiny, ocienione cudnymi gajami i zwilżane przez szemrzące strumyki, całą zaś okolicę niewiele tylko wzniesioną ponad otaczający ją ocean.

Rzeczywistość jest zgoła inna; głównymi cechami charakterystycznymi tych wysp są strome skaliste brzegi, gdzie fale przyboju wystrzelają wysoko, uderzając o wyniosłe urwiska, brzeg tu i ówdzie przerywany głębokimi zatoczkami, które ukazują gęsto zadrzewione doliny, poprzedzielane ostrogami górskimi, porośniętymi bujną trawą i opadającymi ku morzu od strony górzystego, pobrużdżonego wnętrza.

Około południa znaleźliśmy się naprzeciw wejścia do przystani i wreszcie, z wolna przesunąwszy się obok sąsiedniego przylądka, wpłynęliśmy do zatoki Nuku Hiva. Żaden opis nie może należycie oddać jej piękna; ale to piękno było dla mnie naówczas stracone i nie widziałem nic prócz trójkolorowej flagi francuskiej, powiewającej nad rufami sześciu okrętów, których czarne kadłuby i najeżone działami burty świadczyły o ich wojennym charakterze. Stały tam na wodach tej ślicznej zatoki, a zielone wzniesienia wybrzeża spoglądały na nie spokojnie, rzekłbyś, potępiając surowość ich wyglądu. Dla mnie nic nie mogło być większym zgrzytem niż obecność tych okrętów, ale wprędce dowiedzieliśmy się, co je tu sprowadziło. Całą tę grupę wysp objął właśnie w posiadanie kontradmirał Dupetit Thouars[4] w imieniu niezwyciężonego narodu francuskiego.

Tej informacji udzielił nam niezwykły osobnik, prawdziwy wagabunda z mórz południowych, który podpłynął do naszego statku wielorybniczego, gdy tylko weszliśmy do zatoki, i wspomagany przez jakichś uczynnych marynarzy dostał się po trapie na pokład; nasz gość bowiem znajdował się w owym interesującym stanie opilstwa, kiedy człowiek jest łagodny i bezradny. Aczkolwiek był całkowicie niezdolny do utrzymania się na nogach bądź sterowania swym ciałem po pokładzie, wielkodusznie zaofiarował swoje usługi, proponując, że zapilotuje statek na bezpieczne i dobre kotwicowisko. Wszelako nasz kapitan nie bardzo ufał jego zdolnościom pod tym względem i odmówił uznania go w charakterze, do którego pretendował; mimo to nasz dżentelmen był zdecydowany odegrać swoją rolę, bo po dłuższym gramoleniu zdołał wleźć do szalupy, następnie zaś jął wydawać rozkazy z zadziwiającą elokwencją i nader osobliwymi gestami. Ma się rozumieć, nikt tych rozkazów nie słuchał, ponieważ jednak nie sposób było go uciszyć, przemknęliśmy obok okrętów eskadry z tym dziwnym jegomościem wyprawiającym swoje cudactwa na oczach wszystkich francuskich oficerów.

Później dowiedzieliśmy się, że nasz ekscentryczny przyjaciel był niegdyś porucznikiem w angielskiej marynarce, ale zhańbiwszy swą flagę jakimś zbrodniczym postępkiem w jednym z głównych portów kontynentu, zdezerterował z pokładu i spędził wiele lat na włóczędze po wyspach Pacyfiku, aż wreszcie, znalazłszy się przypadkiem na Nuku Hivie, kiedy Francuzi obejmowali ją w posiadanie, został mianowany pilotem przystani przez nowo ukonstytuowane władze.

W miarę jak posuwaliśmy się z wolna w głąb zatoki, liczne pirogi odbijały od brzegów i wprędce znaleźliśmy się pośrodku całej ich flotylli, dzicy wioślarze zaś usiłowali dostać się na nasz pokład i przy tych daremnych próbach potrącali się wzajemnie. Chwilami sterczące wysięgniki ich lekkich łodzi, zawadziwszy o siebie, sczepiały się pod wodą, grożąc wywróceniem czółen, a wówczas wynikało nieopisane zamieszanie. Z pewnością nigdy jeszcze nie słyszałem takich przedziwnych okrzyków ani nie widziałem równie namiętnej gestykulacji. Można by pomyśleć, że ci wyspiarze zaraz skoczą sobie do gardła, podczas gdy w rzeczywistości byli po prostu zajęci przyjaznym rozczepianiem swych łódek.

Między pirogami widać było rozrzucone tu i ówdzie orzechy kokosowe, które unosiły się razem na wodzie kolistymi grupkami i podskakiwały w górę i w dół za każdą falą. Jakimś niepojętym sposobem orzechy te powoli zbliżały się do statku. Kiedy zaciekawiony wychyliłem się przez burtę, usiłując rozwiązać tajemnicę tego ich ruchu, jedna grupa orzechów, znacznie wyprzedzająca resztę, zwróciła moją uwagę. W jej środku było coś, co wydało mi się orzechem kokosowym, ale co niewątpliwie uważałem za jeden z najniezwyklejszych okazów tego owocu, jaki oglądałem. Wirował on i tańczył wśród reszty w najosobliwszy sposób, a kiedy się zbliżył, zauważyłem, że odznacza się zdumiewającym podobieństwem do ogolonej brunatnej czaszki dzikiego. Niebawem dostrzegłem na nim dwoje oczu i szybko uświadomiłem sobie, że to, co brałem za jeden z owoców, było ni mniej, ni więcej tylko głową wyspiarza, który stosował ten szczególny sposób dostarczania swoich produktów na rynek. Wszystkie orzechy kokosowe były sczepione pasmami łupin do połowy odartych ze skorupy i związanych razem. Właściciel, wetknąwszy między nie głowę, popychał po wodzie ów kokosowy naszyjnik, przebierając pod powierzchnią nogami.

Byłem dosyć zdumiony, widząc, że między otaczającymi nas krajowcami nie ma ani jednej kobiety. Naówczas nie byłem jeszcze świadom faktu, że za sprawą tabu używanie czółen wszędzie na wyspie jest surowo wzbronione całej płci słabej, dla której przedstawicielek jest równoznaczne ze śmiercią, jeśli ktoś je zobaczy bodaj wsiadające do czółna wyciągniętego na brzeg; toteż gdy jakaś dama z Markizów podróżuje wodą, musi po temu używać przyrodzonych wioseł swego nadobnego ciała.

Przybliżyliśmy się na jakieś półtorej mili do wybrzeża zatoki, gdy wtem kilku wyspiarzy, którzy zdołali wdrapać się na statek, ryzykując zatopienie swych pirog, zwróciło naszą uwagę na osobliwy ruch w wodzie przed dziobem. Zrazu mniemałem, że to ławica ryb igra na powierzchni, lecz nasi dzicy przyjaciele upewnili nas, że ruch ów jest wywołany przez ławicę naiheni (młodych dziewcząt), które w ten sposób przybywały od brzegu, by nas powitać. Gdy się zbliżyły i ujrzałem ich postacie na przemian wynoszone i przesłaniane przez fale, gdy zobaczyłem wyciągnięte w górę prawe ręce trzymające nad wodą przepaski z tapy[5] oraz długie, ciemne włosy rozsnute w toni – nieledwie wyobraziłem sobie, że nie mogą być niczym innym jak syrenami – i rzeczywiście zachowywały się bardzo podobnie do syren.

Byliśmy jeszcze w pewnej odległości od plaży i posuwaliśmy się wolno naprzód, gdy dostaliśmy się w sam środek grupy owych płynących nimf, które zewsząd obiegły statek; wiele z nich chwytało podwięzie i wskakiwało na ławy talrepowe; inne, ryzykując, że statek na nie najedzie, czepiały się watersztagów i owinąwszy się smukłym ciałem wokoło lin, zawisały w powietrzu. Wszystkie zdołały w końcu wdrapać się na burtę, której się uchwyciły, ociekając słoną wodą, całe lśniące po tej kąpieli, z kruczoczarnymi splotami opadającymi na ramiona i na wpół przesłaniającymi ich obnażone kształty. Uczepiły się tak, tryskając dzikim ożywieniem, śmiejąc się wesoło do siebie i paplając z niezmierną radością. A przez ten czas bynajmniej nie pozostały bezczynne, gdyż wszystkie świadczyły sobie wzajem drobne usługi z dziedziny toalety. Wyciskały słoną wodę ze swoich bujnych splotów, zwijając je i skręcając jak najmocniej, osuszały starannie całe ciało i namaszczały je wonną oliwą z małej, okrągłej muszli, która przechodziła z rąk do rąk, a dopełniły owych upiększających zabiegów, owijając sobie kibicie skąpymi przepaskami z kilku luźnych fałd białej tapy. Tak przystrojone nie wahały się dłużej, lecz przeskoczywszy lekko przez nadburcie, jęły żwawo baraszkować po pokładach. Wiele pobiegło na dziób i wdrapało się na przedni reling lub powbiegało na bukszpryt, inne zasiadły na poręczy rufowej albo wyciągnęły się jak długie w szalupach. Cóż to był za widok dla nas, żyjących w celibacie marynarzy! Jakże się oprzeć takiej okrutnej pokusie? Któż bowiem mógłby myśleć o przepędzeniu owych niewinnych stworzeń z pokładu, skoro przepłynęły milę, by nas powitać?

Ich wygląd zupełnie mnie oszołomił; wspaniała młodość, jasnokawowa barwa ich skóry, delikatne rysy, niewymownie wdzięczne sylwetki, niewymyślne zachowanie wydawały się równie dziwne, jak piękne!

„Dolly” została podbita i powiem, że nigdy jeszcze statek nie był opanowany przez tak powabny i nieodparty oddział zdobywców! Po wzięciu statku nie mogliśmy uczynić nic innego, jak oddać się w niewolę, i przez cały czas postoju w zatoce „Dolly”, jak również jej załoga pozostały całkowicie w rękach owych syren.

Wieczorem po rzuceniu kotwicy iluminowano pokład latarniami i ten malowniczy zastęp sylfid, przystrojony kwiatami i ubrany w szaty z wielobarwnej tapy, urządził bal w wielkim stylu. Tamtejsze kobiety uwielbiają taniec, a ich prymitywny wdzięk i ożywienie przewyższają wszystko, co kiedykolwiek przyszło mi oglądać. Wyszukane tańce markizańskich dziewcząt są niesłychanie piękne, ale w ich charakterze jest jakaś wyuzdana zmysłowość, której nie śmiałbym tu opisać.

Statek nasz pogrążył się całkowicie we wszelkich odmianach hulanki i rozpusty. Między grzesznymi namiętnościami załogi a ich nieograniczonym zaspokojeniem nie było nawet najwątlejszej bariery. Przez cały okres postoju panowała najdziksza rozwiązłość oraz najhaniebniejsze pijaństwo z rzadkimi i krótkotrwałymi przerwami. Biada nieszczęsnym dzikim, którzy zostaną poddani wpływowi owego kalającego przykładu! Naiwni i ufni, łatwo dają się wciągnąć we wszelkie bezeceństwa, a potem ludzkość opłakuje krzywdę, tak bez skrupułów wyrządzoną im przez europejskich cywilizatorów. Po trzykroć szczęśliwi są ci, co zamieszkując jakąś dotychczas nieodkrytą wyspę pośrodku oceanu, jeszcze nigdy nie zostali zbrukani zetknięciem z białym człowiekiem.

Rozdział III

KRÓTKA RELACJA O NAJŚWIEŻSZYCH POCZYNANIACH FRANCUZÓW NA MARKIZACH – ROZTROPNE POSTĘPOWANIE ADMIRAŁA – SENSACJA WYWOŁANA PRZEZ PRZYBYCIE OBCYCH – PIERWSZY KOŃ OGLĄDANY PRZEZ WYSPIARZY – REFLEKSJE – NĘDZNY PODSTĘP FRANCUZÓW – DYGRESJA NA TEMAT TAHITI – OPANOWANIE WYSPY PRZEZ ADMIRAŁA – DZIARSKI POSTĘPEK ANGIELSKIEJ DAMY

Na wyspy przybyliśmy w lecie 1842 roku; podówczas Francuzi mieli je od paru tygodni w swoim władaniu. W ciągu tego okresu odwiedzili kilka głównych wysp owej grupy i wysadzili na ląd w różnych punktach około pięciuset żołnierzy. Użyto ich do budowy umocnień obronnych oraz zabezpieczania się przed atakiem krajowców, którzy każdej chwili mogli rozpocząć jawne działania nieprzyjacielskie. Wyspiarze z mieszanymi uczuciami strachu i wstrętu patrzyli na ludzi, którzy tak bezceremonialnie przywłaszczyli sobie ich wybrzeża. Nienawidzili ich serdecznie, ale odruchy wrogości neutralizował lęk przed nawodnymi bateriami, których śmiercionośne rury wymierzone były ostentacyjnie bynajmniej nie w fortyfikacje i reduty, ale w kilka bambusowych szałasów ukrytych w gaju kokosowym! Wyżej wspomniany kontradmirał Dupetit Thouars był niewątpliwie dzielnym, lecz i roztropnym wojownikiem. Cztery ciężkie, dwupokładowe fregaty i trzy korwety do zastraszenia i zmuszenia do uległości garstki nagich dzikusów! Sześćdziesiąt ośmiofuntówek do rozwalenia chat z kokosowych liści i rakiety Congreve’a[6] do podpalenia paru szop na czółna!

W Nuku Hivie było na lądzie około stu żołnierzy. Obozowali w namiotach sporządzonych ze starych żagli i zapasowych drzewc okrętów eskadry, a ustawionych wewnątrz reduty zbrojnej w kilka dziewięciofuntówek i obwiedzionej fosą. Co drugi dzień żołnierze ci maszerowali w szyku bojowym na pobliską równinę i tam całymi godzinami wykonywali najrozmaitsze wojskowe ewolucje, otoczeni ciżbą krajowców, którzy z dzikim podziwem przypatrywali się owemu przedstawieniu, a z równie dziką nienawiścią samym aktorom. Regiment starej gwardii podczas letniej parady na Polach Elizejskich nie mógłby prezentować się nienaganniej. Mundury oficerów błyszczące od złotych galonów i haftów, rzekłbyś, umyślnie obliczonych na olśnienie wyspiarzy, wyglądały jak świeżo wypakowane ze swoich paryskich pudeł.

Sensacja wywołana obecnością tych cudzoziemców bynajmniej nie osłabła w porze naszego przybycia na wyspy. Krajowcy nadal tłoczyli się wokół obozowiska i z najwyższym zaciekawieniem obserwowali wszystko, co tam się działo. Kuźnia urządzona w cieniu gaju nieopodal plaży ściągała takie tłumy, że trzeba było największego wysiłku rozstawionych wkoło posterunków, aby utrzymać wścibską ciżbę w odległości dostatecznej, by robotnicy mogli pracować. Nic jednak nie zyskało sobie tak ogromnego podziwu jak koń, którego przywiózł z Valparaiso „Achilles”, jeden z okrętów eskadry. Koń ten, wyjątkowo piękny, został zabrany na brzeg i umieszczony w szałasie z kokosowych liści wewnątrz ufortyfikowanej zagrody. Od czasu do czasu wyprowadzano go i nakładano nań barwny rząd, a jeden z oficerów jeździł na nim pełnym galopem po twardym piasku plaży. To widowisko było zawsze przyjmowane z głośnym aplauzem, a puarki nui (wielki wieprz) został przez wyspiarzy jednogłośnie uznany za najniezwyklejszy okaz zoologiczny, jaki kiedykolwiek oglądali.

Ekspedycja mająca okupować Markizy wypłynęła z Brestu wiosną 1842 roku, a miejsce jej przeznaczenia było trzymane w tajemnicy i znane jedynie dowódcy. Nic dziwnego, że ludzie, planujący tak jaskrawe naruszenie praw człowieka, usiłowali zataić tę potworność przed oczami świata. A przecież mimo swego haniebnego postępowania w tej i w innych sprawach Francuzi zawsze pysznili się, że są najhumanitarniejszym i najkulturalniejszym z narodów. Jednakże wysoki stopień ogłady widać nie poskramia zbytnio naszych złych skłonności; i gdyby przyszło oceniać samą cywilizację wedle niektórych jej rezultatów, byłoby może lepiej dla owej części świata, którą zowiemy barbarzyńską, ażeby pozostała niezmieniona.

Jeden z przykładów bezwstydnych krętactw, za pomocą których Francuzi gotowi są bronić wszelakich okrucieństw, jakie w przyszłości uznają za stosowne popełnić przy ujarzmianiu markizańskich krajowców, godzien jest zanotowania. Pod jakimś lichym pretekstem Mowanna, król Nuku Hivy, którego najeźdźcy zjednali sobie różnymi sutymi podarunkami i którym posługiwali się jak kukłą, został ustanowiony prawowitym monarchą całej wyspy – władcą rzekomo uznanym przez rozmaite plemiona, które zapewne od wieków odnosiły się wzajemnie do siebie jak odrębne narody. Ażeby przywrócić owego pokrzywdzonego księcia do mniemanych dostojeństw jego przodków, bezinteresowni cudzoziemcy przybyli aż z Francji, zdecydowani sprawić, by jego tytuł został uznany. Gdyby któreś z plemion przez nieugięcie karku przed wygalowanym kapeluszem Mowanny odmówiło podporządkowania się władzy Francuzów, musiałoby ponieść konsekwencje swojego uporu. Pod takim to pozorem popełniono przeróżne gwałty i masakry na pięknej Tahiti[7], królowej mórz południowych.

Wyruszywszy na ową korsarską wyprawę, kontradmirał Dupetit Thouars zostawił resztę swojej eskadry na Markizach – okupowanych wtedy przez jego siły już od blisko pięciu miesięcy – i na pokładzie fregaty „Reine Blanche” pożeglował ku nieszczęsnej wyspie. Po przybyciu zażądał, by, w charakterze odszkodowania za rzekome znieważenie sztandaru jego kraju, złożono natychmiast na jego ręce dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy dolarów, w wypadku zaś niewpłacenia tej sumy zagroził, że wyląduje i obejmie wyspę w posiadanie.

Fregata zaraz po rzuceniu kotwicy przygotowała się do czynienia zwrotów i z narychtowanymi działami oraz załogą na stanowiskach stanęła w okrągłym basenie Papeete, obrócona burtą do nieszczęsnego miasta, podczas gdy jej liczne szalupy czekały w szyku tuż przy niej, gotowe dokonać lądowania pod osłoną baterii. Fregata trwała w tej wojowniczej pozycji przez kilka dni, w ciągu którego to czasu prowadzono nieoficjalne negocjacje, na wyspie zaś panował popłoch. Wielu Tahitańczyków było zrazu skłonnych chwycić za broń i odpędzić najeźdźców od swego wybrzeża, jednakże w końcu wzięli górę bardziej pokojowi i słabsi duchem doradcy. Nieszczęsna królowa Pōmare, nie mogąc odwrócić grożącej klęski, przerażona zuchwalstwem bezczelnego Francuza i wreszcie doprowadzona do rozpaczy, uciekła w nocy czółnem do Emio.

Podczas trwającej nadal paniki wydarzył się wypadek będący przykładem niewieściego bohaterstwa, którego tu nie mogę pominąć.

Na terenie zajmowanym przez słynnego misjonarza-konsula, Pritcharda[8], naówczas bawiącego w Londynie, powiewała jak zwykle w ciągu dnia brytyjska flaga konsularna wciągnięta na wyniosły maszt, który stał o kilka jardów od plaży, w miejscu dobrze widocznym z fregaty. Pewnego rana zjawił się na werandzie domu Pritcharda oficer na czele oddziału żołnierzy i łamaną angielszczyzną zapytał o jego małżonkę. Dama wkrótce się ukazała, a uprzejmy Francuz złożył jej najpiękniejszy ze swych ukłonów i wdzięcznie się bawiąc dyndającymi mu na piersi akselbantami, począł wytwornym tonem wyłuszczać swoją misję. „Admirał życzy sobie, by zwinąć tę flagę... ma nadzieję, że to nie obudzi sprzeciwu... jego ludzie gotowi są spełnić ten obowiązek”. „Powiedz pan swojemu pirackiemu dowódcy – odparła dziarska Angielka, wskazując maszt – że jeśli chce zdjąć ten sztandar, musi przyjść i sam tego dokonać. Nie pozwolę, aby uczynił to ktoś inny”.

To rzekłszy, dama skłoniła się wyniośle i zawróciła do wnętrza domu. Kiedy oficer powoli odchodził jak niepyszny, zerknął na flagę i spostrzegł, że linka, za pomocą której ją wciągano, biegnie od wierzchołka masztu ponad trawnikiem do otwartego okna domu, gdzie dama, z którą przed chwilą się rozstał, siedziała, najspokojniej robiąc na drutach. Czy flagę tę ściągnięto? Pani Pritchard utrzymuje, że nie, a kontradmirał Dupetit Thouars jest podobno tego samego zdania.

Rozdział IV

SYTUACJA NA STATKU – ZAWARTOŚĆ JEGO SPIŻARNI – DŁUGOŚĆ REJSÓW NA MORZACH POŁUDNIOWYCH – HISTORIA LATAJĄCEGO WIELORYBA – POSTANAWIAM OPUŚCIĆ STATEK – ZATOKA NUKU HIVA – TAIPISOWIE – NAJŚCIE PORTERA NA ICH DOLINĘ – REFLEKSJE – WĄWÓZ TAIOR – ROZMOWA STAREGO KRÓLA Z FRANCUSKIM ADMIRAŁEM

Statek nasz stał ledwie od kilku dni w porcie Nuku Hiva, gdy powziąłem decyzję opuszczenia go. Że miałem liczne i ważkie powody do uczynienia owego kroku – to można wywnioskować z faktu, iż raczej wolałem zaryzykować pobyt wśród dzikich, zamieszkujących wyspę, niż przetrzymać jeszcze jeden rejs na pokładzie „Dolly”. Ażeby użyć zwięzłego, prostego określenia marynarskiego, postanowiłem „dać drapaka”. Ponieważ jednak znaczenie powszechnie przywiązywane do tych dwóch słów nie jest bynajmniej pochlebne dla osobnika, do którego są stosowane, wypada mi, przez wzgląd na siebie samego, udzielić niejakich wyjaśnień co do mojego postępku.

Kiedy wstąpiłem na pokład „Dolly”, podpisałem, rzecz jasna, kontrakt, przez co dobrowolnie podjąłem się i zobowiązałem prawnie służyć w określonym charakterze przez czas rejsu; i wyjąwszy jakieś szczególne względy, miałem oczywiście obowiązek dopełnić tego porozumienia. Wszelako czyż każda umowa nie przewiduje, że jeśli jedna ze stron nie dotrzyma warunków, to druga jest właściwie zwolniona ze swego zobowiązania? Któż nie odpowiedziałby na to twierdząco?

A zatem, po ustaleniu samej zasady, pozwólcie mi zastosować ją do omawianego przypadku. Ze strony statku, na którym służyłem, gwałcono nieprzeliczoną ilość razy nie tylko domniemane, ale i wyszczególnione warunki umowy. Traktowano nas na jego pokładzie w sposób tyrański: chorych zaniedbywano nieludzko, prowiant wydzielano w skąpych ilościach, a rejsy nadmiernie przeciągano. Winnym owych nadużyć był kapitan; próżno byłoby spodziewać się, że albo im zapobiegnie, albo też zmieni swoje postępowanie w najwyższym stopniu arbitralne i gwałtowne. Jego natychmiastową repliką na wszelkie skargi i protesty było uderzenie hanszpugiem[9], wymierzone tak przekonywająco, iż uciszało skutecznie stronę pokrzywdzoną.

Do kogo mogliśmy zwrócić się o zadośćuczynienie? Zarówno prawo, jak i sprawiedliwość pozostawiliśmy po drugiej stronie przylądka, a nasza załoga, z bardzo nielicznymi wyjątkami, składała się niestety z bandy tchórzliwych i nędznych nicponi, skłóconych ze sobą i jednoczących się tylko w znoszeniu bez oporu niepohamowanej tyranii kapitana. Byłoby zwykłym szaleństwem, gdyby dwóch czy trzech z nas, bez poparcia reszty, spróbowało przeciwstawić się temu maltretowaniu. Ściągnęlibyśmy jedynie na siebie specjalną zemstę owego Władcy Pokładu, kolegów zaś wystawili na dodatkowe uciążliwości.

Ostatecznie jednak można by przez pewien czas to wytrzymać, gdybyśmy mieli nadzieję, że wprędce zostaniemy od nich uwolnieni przez przewidziany koniec okresu naszej niewoli. Lecz jakaż ponura perspektywa oczekiwała nas w tym względzie! Długotrwałość wypraw wielorybniczych z przylądka Horn jest przysłowiowa, gdyż często rozciągają się one na cztery albo pięć lat.

Niejeden z długowłosych, rozchełstanych młodzieńców, którzy – nakłonieni łącznym wpływem kapitana Marryata[10] i ciężkich czasów – zaokrętowują się w Nantucket na rozkoszną wycieczkę po Pacyfiku, i których troskliwe matki zaopatrują na drogę w butelkowane mleko, powraca jako szacowny pan w średnim wieku.

Same przygotowania do takiej ekspedycji wystarczą, by kogoś przestraszyć. Jako że statek nie wiezie żadnych towarów, jego ładownię zapełnia się prowiantem przeznaczonym do własnego użytku. Armatorzy występują jako dostawcy żywności, zaopatrują spiżarnię w obfitość smakołyków. Delikatne kąski wołowiny i wieprzowiny wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów wykrajane na zasadach naukowych ze wszystkich części zwierzęcia są starannie przysypane solą i magazynowane w baryłkach, dostarczając nieskończonego urozmaicenia, jeżeli idzie o różne stopnie twardości oraz szczególne właściwości solne. Wyborowa nieświeża woda rozlana do tęgich sześciobaryłkowych kadzi, a wydzielana po dwa półkwartki dziennie na głowę, oraz obfity zapas sucharów, uprzednio doprowadzonych do stanu skamienienia, ażeby je zabezpieczyć od zepsucia bądź od spożycia w normalny sposób, są również przewidziane dla pożywienia i gastronomicznych rozkoszy załogi.

Jednakże, nie mówiąc już o jakości owych artykułów marynarskiego wiktu, obfitość, w jakiej dostarcza się ich na pokład statku wielorybniczego, jest niemal niewiarygodna. Nieraz, kiedy mieliśmy okazję dostać się do ładowni, serce we mnie upadało na widok stojących jeden za drugim rzędów baryłek i kadzi, których zawartość miała być w odpowiednim czasie spożyta przez załogę.

Jakkolwiek statek, któremu nie udało się natrafić na wieloryby, na ogół krąży dalej za nimi, dopóki nie pozostanie mu ledwie tyle żywności, by dotrzeć do domu, a wówczas spokojnie zawraca i płynie jak najśpieszniej do przyjaciół – to jednak bywają przypadki, kiedy uparci kapitanowie pokonują nawet tę naturalną przeszkodę w dalszym kontynuowaniu podróży i wymieniwszy w którymś z portów Chile lub Peru owoce swoich ciężkich znojów na nowe zapasy prowiantu, rozpoczynają rejs na nowo, z niezmniejszonym zapałem i wytrwałością. Daremnie armatorzy ślą do takiego pilne listy, aby wracał do domu i przez wzgląd na nich przywiódł z powrotem statek, skoro widać, że nic już nań nie załaduje. Co to, to nie. Uczynił sobie ślub; napełni swój statek dobrym olbrotem albo, jeśli to mu się nie powiedzie, nigdy więcej nie wpłynie na wody jankeskie.

Słyszałem o pewnym okręcie wielorybniczym, który po wielu latach nieobecności uznany został za zaginiony. Ostatnią niejasną wiadomością, jaką o nim otrzymano, było, że zawinął na jedną z tych ruchomych wysp na dalekim Pacyfiku, których przedziwne wędrówki są skrzętnie notowane w każdej nowej edycji map mórz południowych. Wszelako, po długiej przerwie natrafiono na „Wytrwałość” – taka bowiem była nazwa owego statku – gdzieś w okolicach krańca świata, krążącą nieśpiesznie, z żaglami połatanymi i pozszywanymi kawałkami linek, z rejami wzmocnionymi za pomocą starych klepek od beczek, a olinowaniem posztukowanym i posplatanym na wszystkie możliwe sposoby. Załoga składała się z jakichś dwudziestu starych, czcigodnych marynarzy o wyglądzie emerytów, którzy ledwie mieli siły kuśtykać po pokładzie. Końce wszystkich ruchomych lin, z wyjątkiem fałów sygnałowych oraz wyciągów rufowych, przebiegały przez bloki zamkowe do kabestanu lub kołowrotu, tak że nie brasowano żadnej rei ani nie wciągano żadnego żagla bez pomocy maszynerii.

Kadłub był oblepiony skorupiakami, które pokrywały go całkowicie. Śladem statku podążały trzy faworytne rekiny i co dzień podpływały do burty, aby uraczyć się zawartością wiadra, którą wylewał im kucharz. Towarzyszyła mu też stale wielka ławica bonitów i tuńczyków.

Taka była relacja, którą usłyszałem o tym statku, i jej wspomnienie zawsze mnie prześladowało; nie dowiedziałem się nigdy, jaki go spotkał los, w każdym razie nie wrócił więcej do kraju i mniemam, że nadal regularnie halsuje dwa razy na dwadzieścia cztery godziny gdzieś w okolicach Wysp Zatraconych albo Przylądka Diablego Ogona[11].

Jeżeli tedy, powiedziawszy tyle na temat zwykłej długotrwałości owych rejsów, oznajmiam czytelnikowi, iż nasz właściwie dopiero się rozpoczął – jako że przebywaliśmy na morzu ledwie piętnaście miesięcy, a już wtedy uważano nas za opóźnionych i wyczekiwano wiadomości – zrozumie on z łatwością, że trudno było dopatrzyć się zachęty do jasnego patrzenia w przyszłość, zwłaszcza iż zawsze miałem przeczucie, że nasza wyprawa będzie niepomyślna, a dotychczasowe doświadczenia usprawiedliwiały takie przewidywania.

Tu mogę oświadczyć pod słowem uczciwego człowieka, że chociaż minęły trzy lata, odkąd opuściłem tenże statek, pływa on dalej po Pacyfiku i przed kilkoma dniami czytałem w gazetach, że zawinął na wyspy Sandwich przed wyruszeniem ku wybrzeżom Japonii.

Ale wróćmy do naszej opowieści. Znalazłszy się więc w takim położeniu, bez perspektywy jego poprawy, jeżelibym pozostał na pokładzie „Dolly”, od razu postanowiłem ją opuścić. Ma się rozumieć, było czymś niechlubnym wymknąć się potajemnie spośród tych, co wyrządzili mi wiele zniewag i krzywd, którym nie mogłem się przeciwstawić, lecz jakże miałem tego uniknąć, skoro zostało mi to jedno wyjście? Powziąwszy zatem decyzję, zacząłem zbierać wszelkie dostępne informacje o wyspie i jej mieszkańcach w celu odpowiedniego obmyślenia mych planów ucieczki. Podam tu teraz wyniki owych dociekań, ażeby można było lepiej zrozumieć opowieść, która dalej nastąpi.

Zatoka Nuku Hiva, w której naówczas staliśmy, jest połacią wodną mającą w kształcie niejakie podobieństwo do przestrzeni objętej podkową. Liczy jakieś dziewięć mil obwodu. Od morza jest do niej dostęp wąskim wejściem, mającym po bokach dwie bliźniacze wysepki, które wznoszą się stożkowato do wysokości około pięciuset stóp. Za nimi brzegi rozstępują się po lewej i prawej ręce, zakreślając głębokie półkole.

Od skraju wody ląd podnosi się jednolicie ze wszystkich stron zielonymi, stromymi stokami i wreszcie z łagodnie pofalowanych zboczy i umiarkowanych wzniesień przechodzi niepostrzeżenie w strzeliste, majestatyczne góry, których błękitne zarysy zamykają dokoła widnokrąg. Piękno owego wybrzeża podnoszą głębokie i romantyczne wąwozy, które zbiegają doń w niemal jednakowych odstępach, najwidoczniej rozchodząc się ze wspólnego ośrodka, a których górne krańce gubią się w cieniu gór. Każdą z owych dolinek spływa czysty potok, tu i ówdzie przybierający postać wąskiej kaskady, po czym przenika niewidocznie dalej, dopóki znów nie wytryśnie widocznym, większym i rozgłośniejszym wodospadem, by wreszcie spokojnie powędrować do morza.

Chaty krajowców, zbudowane z żółtego bambusu gustownie skręconego w rodzaj plecionki i pokryte długimi spiczastymi liśćmi karłowatej palmy, rozrzucone są nierównomiernie wzdłuż owych dolin, pod cienistymi koronami palm kokosowych.

Nic nie może przewyższyć imponującej scenerii tej zatoki. Widziana z naszego statku, kiedy stał na kotwicy pośrodku przystani, przypominała ogromny, naturalny, porośnięty chwastami amfiteatr w ruinie, przy czym głębokie wąwozy, które żłobiły jego boki, zdawały się olbrzymimi szczelinami, spowodowanymi przez niszczące działanie czasu. Bardzo często pogrążony w podziwie dla jej piękna, doświadczałem ukłucia żalu, że widok tak zachwycający ukryty jest przed światem na owych morzach odległych i rzadko cieszy oczy szczerych miłośników natury.

Poza ową zatoką brzegi wyspy poprzerywane są kilkoma innymi większymi odnogami morskimi, do których zbiegają szerokie, kwitnące doliny. Każdą z nich zamieszkuje odrębne plemię dzikich, którzy, jakkolwiek mówią pokrewnymi dialektami wspólnego języka i mają tę samą religię i prawa, od niepamiętnych czasów wiodą ze sobą wojnę z pokolenia na pokolenie. Dzielące ich góry, na ogół wysokie na dwa czy trzy tysiące stóp nad poziom morza, wyznaczają geograficznie terytorium każdego z owych wrogich plemion, które ich nigdy nie przekraczają, wyjąwszy jakieś wyprawy wojenne lub łupieżcze. Bezpośrednio przyległą do Nuku Hivy i oddzieloną od niej jedynie górami widocznymi z przystani jest śliczna dolina Happaru, której mieszkańcy utrzymują jak najprzyjaźniejsze stosunki z ludnością Nuku Hivy. Po drugiej stronie Happaru i w jego bliskim sąsiedztwie leży wspaniała dolina groźnych Taipisów, nieprzejednanych wrogów obu tych plemion.

Ci słynni wojownicy najwyraźniej budzą niewymowny lęk w innych wyspiarzach. Samo ich imię jest już przerażające, albowiem słowo „Taipi” w dialekcie markizańskim oznacza miłośnika ludzkiego mięsa. Jest raczej dziwne, iż miano to zostało nadane wyłącznie im, jako że tubylcy z całej tej grupy są niepoprawnymi kanibalami. Być może nazwę tę dano, aby podkreślić szczególną drapieżność owego szczepu oraz naznaczyć go specjalnym piętnem.

Ciż właśnie Taipisowie cieszą się ogromną sławą na wszystkich wyspach. Krajowcy z Nuku Hivy często odtwarzali gestami naszej załodze straszliwe ich czyny i pokazywali ślady ran otrzymanych w rozpaczliwych potyczkach z Taipisami. Kiedy przebywaliśmy na lądzie, usiłowali nas straszyć, wskazując któregoś spośród siebie i mówiąc, że to Taipis, oraz zdradzając niemałe zdumienie, że nie braliśmy nóg za pas na tak przerażającą wiadomość. Zabawne też było widzieć, z jaką powagą wypierali się wszelkich skłonności do ludożerstwa, zarazem piętnując swych wrogów, Taipisów, jako zatwardziałych smakoszów ludzkiego mięsa; to jednak jest osobliwość, o której będę miał jeszcze później okazję napomknąć.

Aczkolwiek byłem przeświadczony, że mieszkańcy naszej zatoki są równie zagorzałymi kanibalami, jak wszystkie inne plemiona na wyspie, nie mogłem jednak oprzeć się szczególnej i bezgranicznej odrazie do rzeczonych Taipisów. Jeszcze przed odwiedzeniem Markizów słyszałem od ludzi, którzy przybyli na te wyspy podczas poprzednich rejsów, różne oburzające historie na temat owych dzikich, a świeżo miałem w pamięci przygodę kapitana „Katarzyny”, który ledwie przed kilku miesiącami, zapuściwszy się nieopatrznie w tę zatokę w celu dokonania wymiany towarów, został schwytany przez tubylców, uprowadzony w głąb ich doliny i uratowany od okrutnej śmierci przez pewną młodą dziewczynę, która ułatwiła mu nocą ucieczkę plażą do Nuku Hivy.

Słyszałem także o angielskim okręcie, który wiele lat temu, po nużącej podróży, próbował wpłynąć do zatoki Nuku Hivy i dotarłszy parę mil od lądu, napotkał dużą łódź pełną krajowców, którzy zaproponowali, że wskażą mu drogę do miejsca przeznaczenia. Kapitan, nie znając obyczajów tej wyspy, radośnie przyjął ową propozycję; łódź powiosłowała przodem, okręt zaś popłynął za nią. Wkrótce wprowadzony został do pięknej zatoczki i rzucił kotwicę na jej wodach w cieniu wyniosłego brzegu. Tejże nocy przewrotni Taipisowie, zwabiwszy go w ten sposób w swoją fatalną zatoczkę, wtargnęli setkami na pokład nieszczęsnego okrętu i na dany znak wymordowali co do jednego wszystkich na pokładzie.

Nigdy nie zapomnę słów jednego z członków naszej załogi, kiedy mijaliśmy z wolna wejście do owej zatoczki w drodze do Nuku Hivy. Właśnie wyglądaliśmy przez burtę na zazielenione przylądki, gdy Ned, wskazując dłonią w kierunku zdradzieckiej doliny, wykrzyknął:

– O, tam... tam jest Taipi! Ach, krwawi ludożercy! Jakąż by z nas przyrządzili potrawę, gdyby nam przyszło do głowy tu wylądować! Jednakże mówią, że nie lubią marynarskiego mięsa, bo jest za słone. No, kolego, chciałbyś, żeby cię tu wysadzono na brzeg?

Kiedy wzdrygnąłem się na owo pytanie, nie miałem jeszcze pojęcia, że w ciągu kilku tygodni będę uwięziony w tejże dolinie.

Francuzi, jakkolwiek dokonali ceremonii wywieszenia na kilka godzin swoich sztandarów we wszystkich głównych punktach wysp, dotychczas nie odwiedzili zatoki Taipi, gdyż spodziewali się ze strony tamecznych dzikusów zaciekłego oporu, którego przynajmniej na razie pragnęli uniknąć. Być może na zastosowanie tak niezwykłej polityki wpłynęło niepomału wspomnienie bojowego przyjęcia, zgotowanego około roku 1814 przez Taipisów oddziałowi kapitana Portera, kiedy ten dzielny i doskonały oficer usiłował ujarzmić ów szczep jedynie po to, aby nasycić śmiertelną nienawiść swych sprzymierzeńców, Nuku Hivów i Happarów.

Opowiadano mi, że wówczas właśnie znaczny oddział marynarzy i żołnierzy z fregaty „Essex”, wraz z co najmniej dwoma tysiącami wojowników z Happaru i Nuku Hivy, wylądował szalupami i łodziami u wejścia do zatoki i przeniknąwszy nieco w głąb doliny, napotkał silny opór jej mieszkańców. Taipisowie walczyli dzielnie, chociaż z dużymi stratami, o każdą piędź ziemi, i po ciężkich zmaganiach zmusili napastników do odwrotu i porzucenia planów podboju.

Najeźdźcy, maszerując z powrotem ku morzu, powetowali sobie klęskę, podpalając każdą chatę czy świątynię na swojej drodze, i oto niegdyś roześmiane wnętrze doliny zeszpecił długi szereg dymiących zgliszcz, objawiając jej pogańskim mieszkańcom ducha żyjącego w piersiach chrześcijańskich żołnierzy. Któż może dziwić się śmiertelnej nienawiści Taipisów do wszystkich cudzoziemców po takich niezawinionych okrucieństwach?

W ten właśnie sposób sprawia się, żeby ci, których nazywamy „dzikimi”, zasługiwali na to miano. Kiedy mieszkańcy jakiejś odległej wyspy po raz pierwszy dostrzegą „wielką łódź” Europejczyków, sunącą poprzez błękitne wody ku jej brzegom, biegną tłumnie na plażę i stają z otwartymi ramionami, gotowi uściskać obcych przybyszów. Zabójczy to uścisk! Tulą do łona żmije, których jad ma później zatruć każdą ich radość, a instynktowne uczucie miłości w ich sercach wprędce przemienia się w najzacieklejszą nienawiść.

Okrucieństwa popełnione na morzach południowych w stosunku do niektórych nieszkodliwych wyspiarzy przechodzą imaginację. Te rzeczy rzadko rozgłasza się w kraju; dzieją się gdzieś na krańcach świata, dokonywane są potajemnie i nie ma kto ich ujawnić. Niemniej wiele jest pomniejszych statków handlowych, które żeglowały po Pacyfiku i których szlak od wyspy do wyspy wyznacza pasmo popełnionych z zimną krwią rabunków, porwań i morderstw tak nikczemnych, iż zdałoby się, że winny wystarczyć, ażeby posłać owe zbrodnicze statki na dno morza.

Czasem niejasne wieści o takich rzeczach docierają do naszych ognisk domowych i wtedy je chłodno krytykujemy jako nieprawdziwe, niepolityczne, przesadnie okrutne i niebezpieczne dla załóg innych statków.

Jakże odmiennym tonem mówimy, kiedy odczytujemy pełen napięcia opis zmasakrowania załogi „Hobomaka” przez mieszkańców Fidżi[12]; jak współczujemy nieszczęsnym ofiarom i z jakim wstrętem myślimy o tych szatańskich poganach, którzy ostatecznie tylko zemścili się za swoje niezawinione krzywdy. Dyszymy jeno zemstą, wyposażamy zbrojne okręty, by przepłynęły tysiące mil oceanu i wymierzyły doraźną karę winowajcom. Przybywszy na miejsce, palą, mordują i niszczą zgodnie z pisemnymi instrukcjami, a odpłynąwszy z owej widowni spustoszenia, wzywają cały chrześcijański świat, by chwalił ich dzielność i sprawiedliwość.

Jak często stosuje się niewłaściwie termin „dzicy”! Żeglarze i podróżnicy nie odkryli dotąd nikogo, kto by nań naprawdę zasługiwał. Znaleźli pogan i barbarzyńców, których przez straszliwe okrucieństwa przywiedli do rozpaczy i dzikości. Można stwierdzić bez obawy zaprzeczenia, że we wszystkich przypadkach gwałtów popełnionych przez Polinezyjczyków Europejczycy byli w tym czy innym momencie napastnikami i że okrutne, krwiożercze usposobienie niektórych wyspiarzy należy w głównej mierze przypisać wpływowi takich właśnie przykładów.

Ale wróćmy do rzeczy. Wskutek wzajemnej wrogości poszczególnych plemion, o których wspominałem, pasma górskie dzielące ich terytoria są całkowicie niezamieszkane; krajowcy mają z reguły swoje siedziby w głębi dolin, ażeby zabezpieczyć się od łupieżczych wypadów swych wrogów, którzy często czyhają na stokach gotowi porwać każdego nieostrożnego wędrowca lub napaść na mieszkańców jakiegoś odosobnionego osiedla. Kilkakrotnie napotkałem bardzo sędziwych ludzi, którzy z tej przyczyny nigdy nie wyszli poza granice swojej rodzimej doliny, a czasem nawet przez całe życie nie wspięli się do połowy górskich zboczy, i wobec tego mieli niewielkie pojęcie o tym, jak wygląda którakolwiek inna część wyspy liczącej bodaj nie więcej niż sześćdziesiąt mil obwodu. Wydaje się niemal niewiarygodne, na jak małej przestrzeni spędzają swe życie niektóre z owych szczepów.