Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Druga szansa? Tylko w Bieszczadach!
Liliana chce zacząć od nowa. Po rozwodzie z mężem, który okazał się jej wielkim rozczarowaniem, pragnie znaleźć spokój i uciec od chaosu. Decyduje się na radykalną zmianę – przyjmuje posadę nauczycielki w malowniczej Komańczy i zamieszkuje w starym, bieszczadzkim domu. Z dala od miejskiego zgiełku zamierza po prostu pić herbatę, patrzeć w gwiazdy i uczyć dzieci. Żadnych mężczyzn. Żadnych zmartwień.
Piotr, po wielu nieudanych związkach, stara się być ostrożny w relacjach. Ale gdy poznaje Lilianę, czuje, że chciałby zaryzykować ten ostatni raz.
Gdy Liliana odkrywa tajemnicze zapiski na strychu, prosi Piotra o pomoc. Między nimi zaczyna się dziać coś, czego oboje próbowali unikać – znów budzą się uczucia, a serca biją szybciej.
Czy Liliana wreszcie uwierzy, że zasługuje na prawdziwą miłość? Czy Piotr znajdzie odwagę, by sięgnąć po tę drugą szansę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Rok wydania: 2025
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja: Barbara Milanowska (Lingventa)
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)
Grafika w środku:
© pl.freepik.com
© by Katarzyna Fiołek
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2025
ISBN 978-83-287-3604-7
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2025
–fragment–
Nigdy nie jest za późno,
By odnaleźć marzenia,
Które w tobie przetrwały,
Chociaż czas wszystko zmienia.
Nigdy nie jest za późno,
Żeby zacząć od nowa,
Żeby pójść inną drogą
I raz jeszcze spróbować.
TEKST ANDRZEJA KOSMALI DO PIOSENKI
Nigdy nie jest za późno
ŚPIEWANEJ PRZEZ KRZYSZTOFA KRAWCZYKA
Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy!
Po raz trzeci zabieram Was w romantyczną podróż po Bieszczadach i chciałabym, byście wiedzieli, że o ile traktuję je z najwyższą czułością, to jednak nie piszę przewodników turystycznych i w różnych proporcjach mieszam to, co prawdziwe, z tym, co wymyślone. Nie szukajcie niektórych szlaków na mapie, bo one istnieją tylko na kartach tej książki. Postaci i wątki w tej książce są całkowicie wymyślone i jakiekolwiek podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe.
I Will Always Love You
WHITNEY HOUSTON
Liliana patrzyła w skupieniu, jak wielkie, ciężkie krople spływają po szybie. Zastanawiała się, ile lat musiałyby żłobić w szkle korytarze, by było owe żłobienia widać. Sto lat? Dwieście? A może tysiąc? Bardzo to było ciekawe. To była jedyna rzecz, na jakiej mogła się teraz skupić. Przyglądała się właśnie, jak dwie krople, płynące z dwóch różnych stron okna, spotkały się i połączyły w jedną, która pomknęła w dół. I za nimi kolejne. I następne.
Głos sędziny docierał do niej gdzieś z daleka, przedzierał się jakby zza ciężkiej zasłony. Dolatywały do niej tylko pojedyncze słowa. Za nic w świecie nie mogła zmusić swojego mózgu, by się na nich skupił. Dlatego wpatrywała się w te szyby łzawiące ciepłym kwietniowym deszczem i nie odwracała od nich wzroku nawet na sekundę.
W pewnym momencie poczuła, że ktoś ją szturcha w ramię. Odwróciła głowę nieco poirytowana i ze zdumieniem dostrzegła, że to jej adwokatka. Czego od niej chciała? Miała coś w tej chwili powiedzieć? Nie słyszała żadnego pytania. W uszach rozległ się znajomy gwizd. Długi, przeciągły, zwiastował zbliżającą się migrenę. To w zasadzie nie dziwiło, nie spała od wielu tygodni. Była gotowa psychicznie na kolejny cios od losu i przyjęła go z cichą rezygnacją. Jak to szło w Nad Niemnem? Jak mówił Benedykt Korczyński? „Niech jeszcze i to!” Dokładnie. Niech jeszcze i to. Może być i migrena – było jej naprawdę wszystko jedno.
Nagle jej myśl poszybowała w całkiem inną stronę. Chryste Panie, miała w tej sekundzie wielką ochotę na sernik kajmakowy. O tak, ależ zjadłaby kawałek! Na ciasteczkowo-piernikowym spodzie!
– Musisz odpowiedzieć na pytanie! – szepnęła prawniczka, pochylając się w jej stronę. Lilianie wydawało się, że dostrzegła w oczach kobiety coś na kształt politowania, i żołądek skurczył jej się do rozmiarów orzecha włoskiego. Na to nie była gotowa. Że będzie wzbudzać litość.
Westchnęła. Na sekundę wróciła wzrokiem do zapłakanego ulewą okna i uświadomiła sobie, że nie ma znaczenia, co się wydarzy, bo ona właśnie jest jak ta szyba. Przezroczysta – nikt nie patrzy na nią, tylko przez nią. A jak już ktoś jednak jakimś cudem patrzy na nią, widzi tylko ten cholerny deszcz. Skroploną rozpacz nieba. I wtedy dotarło do niej, że nie ma już siły. Że musi natychmiast stąd wyjść, że to jest właśnie koniec i żadnego innego końca jej świata nie będzie. To wszystko było absolutnie bez sensu. Co za farsa! Jej życie okazało się tragikomedią i właśnie grano ostatni jej akt. Publiczność zerka na zegarki i chce się rozejść do domów, bo całość jest już nieco przykra i nieco przydługa.
W tym momencie Liliana odwróciła się i powiodła wzrokiem po zgromadzonych na sali ludziach. Po pięknej twarzy swojej adwokatki. Jej nienagannym makijażu i gładko ułożonych włosach, z których żaden nie śmiał odstawać i być niesfornym. Po twarzy sędziny, która ewidentnie czekała w napięciu na coś, co chyba Liliana właśnie miała powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała, co to miałoby być.
Lilka zmrużyła oczy. Czy sędzina miała w kąciku ust okruszek? Chciała się zaśmiać. Cała powaga i majestat urzędu, który reprezentowała siwiejąca starsza pani w todze, siedząca pod olbrzymim godłem – wszystko to zniknęło z powodu czegoś, co pewnie było ciastkiem, zjedzonym przed rozprawą w pośpiechu. Pozostało mieć nadzieję, że smakowało. Jakąś resztką rozsądku Liliana powstrzymała się od śmiechu. To przecież nie byłby zwykły, serdeczny śmiech, a jedynie dramatyczny napad histerii.
Wdech. Wydech.
Sernik kajmakowy.
Jak wróci do domu, to natychmiast go upiecze. Na pocieszenie.
Wreszcie, odwróciwszy głowę w bok, Liliana popatrzyła na swojego prawie-byłego-męża i towarzyszącego mu prawnika. Obaj byli piękni i eleganccy. W takich samych granatowych garniturach, z takimi samymi brązowo-bursztynowymi oczami. Były mąż, zauważywszy, że mu się przygląda, uśmiechnął się niepewnie i zerknął na nią, a w jego oczach dostrzegła to samo, co przed chwilą u perfekcyjnie ubranej, nieskazitelnie umalowanej i uczesanej kobiety po swojej prawej stronie.
Litość.
Zadrżała. Nie zniesie kolejnej rozprawy. To się musiało skończyć teraz. Już. Natychmiast.
Sala sądowa była ogromna, zbyt wielka dla garstki ludzi, która się w niej zebrała. To był kościół rozwodników. Tak, to było dobre! Dwanaście lat temu brała ślub w katedrze, która też była o wiele za duża dla kilkadziesięciorga ludzi, którzy przyszli wtedy towarzyszyć im na początku drogi. Mieli kwiaty, sypali ziarna ryżu i rzucali im się w ramiona.
Dziś nie będzie ryżu. Może co najwyżej butelka czerwonego wina wypita w całkowitej samotności.
– Czy pani łaskawie odpowie na pytanie? Nie mamy całego dnia! – Głos sędziny wdarł jej się w zwoje mózgowe. Zaskoczył ją.
Liliana zamrugała oczyma i poczuła, że prawniczka szturcha ją po raz drugi.
– Czy… czy mogę coś powiedzieć? – zapytała bezbarwnym głosem, który nie zdradzał żadnych emocji.
– Czekamy z niecierpliwością. – Sędzina dotknęła palcem kącika ust i wyczuwszy okruszek, dyskretnie go zdjęła i strzepnęła z palca.
– Czy możemy zakończyć bez orzekania o winie? Dziś? Teraz?
Adwokatka Liliany otworzyła szeroko usta. Niemal słychać było brzdęknięcie szczęki, która opadła gwałtownie i obiła się o podłogę. Kobieta zreflektowała się po sekundzie i zamknęła usta tylko po to, by za chwilę otworzyć je ponownie. Teraz wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć.
– Pani Jowito, doprawdy nie trzeba. – Liliana uśmiechnęła do niej. – Zakończmy to, podzielmy wszystko na pół i nie ciągnijmy tego. Agonia już się dokonała.
– Czy pani klientka jest niespełna rozumu? – zapytała sędzina, a po sali rozległ się szmer.
– Pop… poproszę o dziesięć minut przerwy – wyjąkała Jowita, ale teraz w ogóle nie wyglądała już na pewną siebie. Markowy garnitur jakby zmatowiał w oczach, poszarzał i stracił cały urok.
Na zewnątrz wciąż padał deszcz, choć jednocześnie było bardzo ciepło. Zbyt ciepło jak na kwiecień. Jowita Wojcieszak, znakomita prawniczka, specjalistka od trudnych spraw rozwodowych, gwiazda warszawskiej kancelarii Wojcieszak & Stasiak, nerwowo przypalała sobie papierosa. Metalowa zapalniczka firmy Zippo Manufacturing Company, jej szczęśliwy talizman, który niejednokrotnie towarzyszył jej w ważnych procesach i prywatnych chwilach zadumy, tym razem kaprysiła. Metaliczne kliknięcie odbiło się echem w wilgotnym powietrzu, ale zamiast płomienia pojawiło się jedynie ciche syczenie. Kobieta zmarszczyła brwi, pocierając kciukiem po chropowatej powierzchni zapalniczki, próbując ponownie.
Klik. Klik. Cisza.
Poczuła narastającą frustrację. Przyłożyła zapalniczkę bliżej ucha, usłyszała delikatne syczenie gazu. A więc coś tam jeszcze było. Z determinacją zaczęła trzeć kółkiem zębatym, coraz szybciej i bardziej nerwowo.
Klik, klik, klik. Nic.
– Pani mi to da – powiedziała Liliana i wyjęła zapalniczkę z rąk zdumionej adwokatki. W jej palcach zapłonęła jasnym płomieniem za pierwszym razem.
Jowita zaciągnęła się dymem i poczuła, że tylko dzięki temu wraca do żywych. Miała dziesięć minut, by przekonać tę wariatkę, jak wielki popełnia błąd. Cholera! Że też teraz musiało się to przydarzyć!
– Pani Liliano, przegadajmy to, co się wydarzyło przed chwilą tam na sali. – Wskazała ręką szary gmach Sądu Okręgowego, który miała za sobą.
– Nie, nie trzeba. – Liliana zeszła kilka schodków niżej. Teraz padał na nią deszcz, nie chronił jej już strop pierwszego piętra, pod którym bezpiecznie stała Jowita.
– Ale… – zaczęła prawniczka.
– Nie, żadnego ale. Ja po prostu… nie mam już siły. Która to rozprawa?
– Czwarta?
– Starczy. To już niczego nie zmieni. Nie chcę orzekania o winie. Podzielimy to wszystko po połowie, a w zasadzie wszystko mi jedno. Niech bierze dom, ja wezmę mieszkanie i tyle.
– Czy pani oszalała? Pracowała pani na to równie ciężko! Jak może pani odpuścić i oddać to walkowerem?
Liliana czuła, że ma mokre włosy. Rude kosmyki zaczęły przyklejać się do czoła, strużki wody spływały po karku i wzdłuż kręgosłupa. Za moment będzie zmoczona do majtek. Ale jak pięknie pachniało wiosennym deszczem! Nawet w tym upiornie wybetonowanym miejscu, gdzie pomiędzy równo ułożoną kostką brukową nie miał odwagi wykiełkować żaden kwiatek, żadne źdźbło trawy, pachniało mokrą ziemią. Zaciągnęła się powietrzem z rozkoszą, przymrużywszy oczy. Zaraz, zaraz… Gdzieś czytała, co odpowiadało za ten zapach. Co to było?
Wydobyła tę informację z czeluści pamięci. Za ten zapach odpowiedzialne są jakieś dwie małe cząsteczki, związki wytwarzane, zdaje się, przez bakterie. Zapach ten, jakże specyficzny, został po raz pierwszy zbadany pod koniec dziewiętnastego wieku. Od tamtej pory tych badań było więcej i wiadomo, że najpiękniej pachnie gleba tuż po deszczu, kiedy jest nasycona wilgocią. I że woń ta ma dobroczynny wpływ na człowieka i działa przeciwdepresyjnie.
Liliana pomyślała, że niepotrzebne jej żadne dowody z ważnych i przełomowych badań. To było coś, co ona po prostu czuła. Właśnie w tej chwili! Od tego zapachu robiło jej się lepiej i lepiej. A jak by to było, gdyby zamiast w centrum Warszawy, przy głośnej alei Solidarności, stała sobie w deszczu pośrodku lasu? Boże, kiedy ostatnio była w lesie?
Otworzyła oczy. Adwokatka Jowita przyglądała jej się z wyrazem bezgranicznego zdziwienia na twarzy.
– Nie. – Liliana pokręciła głową. – Szarpię się już o wiele za długo. Chcę zmyć z siebie całe to gówno. Proszę… proszę wracać na salę i dokończyć to za mnie. Ma pani przecież moje pełnomocnictwo.
Drzwi wejściowe budynku otworzyły się. Liliana zerknęła w ich stronę, po czym zamarła. Z sądu wyszedł Igor. Jej niemal eksmąż. Jeszcze jej nie zauważył, na razie rozglądał się niepewnie. W końcu zawiesił wzrok na niej, uniósł w zdziwieniu brwi. No tak, teraz już była mokra od stóp do głów!
Igor zszedł po schodkach, skinął niemal niepostrzeżenie prawniczce i podszedł do Liliany. Sam teraz mókł w deszczu.
– Lilka, wszystko w porządku? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała autentyczna troska.
Pokiwała głową.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
– W co ty mnie wkręcasz, co?
– Ja ciebie wkręcam? – Otworzyła szeroko oczy. Był mistrzem w odwracaniu kota ogonem. Zrobił z tego doktorat i obronił go na którymś z uniwersytetów Ivy League już dawno temu.
Igor zrozumiał swój błąd i uniósł ręce w poddańczym geście.
– Sorki, źle zadałem pytanie. To co teraz?
Jowita upuściła niedopałek papierosa na ziemię i przygasiła go cienkim obcasem czarnych butów od Manolo Blahnika.
– Proszę nie rozmawiać z moją klientką beze mnie!
Liliana spojrzała na nią przez ramię Igora, a potem popatrzyła w oczy mężczyźnie, który przez dwanaście lat był najbliższą jej osobą. Miał ciepłe, piwne oczy, których łobuzerski blask zmiótł ją z powierzchni ziemi dawno temu.
– To koniec. Bierz, co chcesz, ja nie mam już siły. Pękło mi serce, ale życzę tobie i… Wandzie – kiedy wypowiadała to imię, przełknęła ślinę – i waszemu dziecku szczęścia. Naprawdę.
Igor przyglądał się jej nierozumiejącym wzrokiem. Zacisnął szczękę. Ni z tego, ni z owego poczuł, że chce mu się płakać. Jaka ładna ta Lilka w tym deszczu! Nie planował tego, naprawdę tego tak nie planował. Nie chciał, żeby tak wyszło. Miał wrażenie, że za jego plecami stanął Wstyd. Ogromny i czerwony, położył mu dłoń na ramieniu.
– Nigdy nie chciałem, by tak to wyszło… – Urwał w połowie zdania i zamilkł.
Liliana zaś wspięła się na palce i po raz ostatni złożyła na szorstkim policzku swojego męża-niemęża pocałunek.
– Żegnaj!
I ruszyła przed siebie żwawo chodnikiem, trzymając w ręku parasol, ale nie rozłożyła go. Kałuże rozpryskiwały się pod jej mokasynami na wszystkie strony.
Liliana poczuła, że nie zniesie miasta ani chwili dłużej, że natychmiast musi się udać w jakieś ciche, najlepiej zielone miejsce. Doszła do placu Bankowego, wsiadła do tramwaju numer siedemnaście i dojechała nim aż do ulicy Dewajtis na Bielany. Las Bielański, który się tam zaczyna, był o tej porze kompletnie pusty. Uwielbiała to miejsce, choć najbardziej jesienią, i cieszyła się, że mieszka w pobliżu. Skłamałaby jednak sama przed sobą, gdyby powiedziała, że często po nim spaceruje. W zasadzie niemal nigdy tu nie bywała. Może dwa, trzy razy w roku w okolicach października.
Najbardziej zdumiewające było to, że w zasadzie w tym lesie nigdy nie kręciło się wiele osób. Tymczasem był to jeden z najbardziej malowniczych rezerwatów przyrody znajdujących się w tej części Warszawy. I jednocześnie był to jeden z najstarszych lasów miejskich w Polsce. Wiekowe dęby, lipy, graby i jesiony tworzyły chłodną, jasnozieloną teraz ścianę.
Przestało padać. Z liści skapywały krople, do podeszew butów przyklejało się miękkie błoto, ale w ogóle jej to nie przeszkadzało. Teraz, kiedy tu weszła, miała wrażenie, że stanęła na granicy dwóch światów – miejskiego zgiełku i leśnej ciszy, przesiąkniętej zapachem wilgotnej, nasączonej deszczem ziemi i żywicy. Pod stopami miała dywan mokrych zeszłorocznych liści, których gruba warstwa pokrywała tu ścieżki o każdej porze roku. Dróżki, opite wodą, lśniły jak srebrne wstęgi, prowadząc w głąb zielonego sanktuarium.
Było przedziwnie upalnie, tak jak czasem bywa dopiero pod koniec czerwca. Wilgoć parowała, siwa mgła leniwie snuła się między starymi drzewami, obejmując wszystko miękkim, eterycznym kocem. Deszcz ozdobił pierwsze listki, krople, które na nich wisiały, wyglądały niczym diamentowe naszyjniki. Trawa odradzała się po deszczowej kąpieli. Lilka była niemal pewna, że słychać, jak rośnie. Choć ledwo zaczęła się wiosna, gęste powietrze nie pozwalało normalnie oddychać i kneblowało parnością usta.
Cisza w Lesie Bielańskim przerywana była teraz jedynie śpiewem ptaków, które po ulewie witały ponownie dzień radosnymi melodiami. Mijając wiekowe dęby, Liliana czuła przez skórę ich obecność. W korze tych drzew były zapisane historie, i to pewnie takie, od których włos jeżyłby się na głowie, gdyby je opowiedziały.
Kobieta szła i szła przed siebie, niemal jak w transie. Kościół pokamedulski, ukryty między drzewami, wyłonił się z mgły całkiem znienacka. Jego białe mury dodawały miejscu atmosfery spokoju i kontemplacji. Było w nich coś mistycznego.
Odetchnęła. W oddali lśniła Wisła, a ona sama miała wrażenie, że deszcz przemył jej myśli, chwilowo uprał zmartwienia i troski, wypełnił serce poczuciem równowagi. Pomysł, który przyszedł jej do głowy, wydawał się szalony, a jednocześnie jedynie słuszny. Kiełkował od dawna. Próbowała go zasuszyć, ale teraz, podlany deszczem, wystrzelił z całą mocą, urósł, spoważniał i domagał się atencji. Szum dzikich myśli, skłębionych jak końskie grzywy na wietrze, stawał się coraz bardziej nieznośny.
A niech to! Zrobi to! Przyjrzy mu się dobrze i z bliska. Teraz nie miała już absolutnie nic do stracenia! Niech będzie, że i ona potrafi szaleć! Bo potrafi, prawda?
– Lilka, czy ty się na pewno dobrze czujesz?
Marianna Litwiniuk, matka Liliany, siedziała na kuchennym krześle i załamywała swoje piękne dłonie z paznokciami pomalowanymi na kolor fuksjowy. W ogóle cała była piękna – miała urodę niestarzejącej się, zadbanej pięćdziesięcioczterolatki, która nie do końca pogodziła się z faktem, że ma trzydziestosiedmioletnią córkę. Od dawna cieszyło ją, choć nie komunikowała tego na głos (w każdym razie nie zawsze), że nieznajomi uważają je za starszą i młodszą siostrę. A już najbardziej pasowało Mariannie, że córka nie poszła w jej ślady i nie rozmnożyła się ani w młodym wieku, ani w żadnym innym i nie uczyniła jej w ten sposób babcią. Niemniej jednak nawet wyzwolonej, nietrzymającej się konwenansów Mariannie, zakochanej aktualnie po raz pięćset siedemdziesiąty ósmy na śmierć i życie, pomysł z rzuceniem wszystkiego i wyjazdem w Bieszczady wydał się co najmniej dziwny. Co najmniej. Czy jej córka oszalała na skutek rozwodu z tym pożal się Boże inżynierem? Co to, mało inżynierów w Warszawie?
– Lilka, ja mówię do ciebie! Weź ty się, dziecko, zastanów! – W głosie Marianny brzmiała autentyczna troska.
– Zastanawiam się właśnie. – Lilka obróciła głowę w jej stronę, rude sprężynki zatańczyły. – Jestem dorosła, nie potrzebuję niańczenia. Wiem, co robię. No… może nie do końca wiem, ale i tak zamierzam to zrobić.
– Nie poznaję cię, przysięgam! Kto cię podmienił?
– Mamuna! – Liliana pokazała matce język. Czuła się wyjątkowo frywolnie. W zasadzie nawet nie wyjątkowo. Czuła się tak, jak jeszcze nigdy w życiu się nie czuła. Jakby ktoś poluzował jej gorset.
– Nie idź za tym głosem – jęknęła Marianna. – Ja wiem, co mówię!
– No właśnie. – Liliana się skrzywiła. – W twoich ustach to brzmi jak naprawdę wyjątkowa hipokryzja. Dużo większa niż taka zwykła, przeciętna hipokryzja, do której każdy czasem jest skłonny.
– Wiesz co! – prychnęła matka. – Nie idźmy w tę stronę! Mówię ci z doświadczenia, że za tym głosem nie zawsze warto iść!
Liliana się roześmiała. Kochała tę kobietę, ale miała po dziurki w nosie odwróconych ról. W tej relacji od bardzo, bardzo dawna to ona była matką. Tą odpowiedzialną, tą, która dba, pociesza, pilnuje. Jej matka, nieuleczalnie chora na chorobę, której objawem była potrzeba zdobywania atencji mężczyzn, wciąż co chwilę wpadała w miłosne tarapaty, z których musiała ją ratować własna córka. Lilka czuła przedziwną ekscytację i radość na myśl, że za jednym zamachem uwolni się od trzech problemów: od Igora, który gołymi rękami wyrwał jej serce, następnie je posolił i zjadł na deser wspólnie z kochanką, od Warszawy, która zaczynała być zwyczajnie niezdatna do życia, duszna, brudna, gorąca, oraz, finalnie, od matki. Odetnie w końcu tę cholerną pępowinę i pozwoli matce dorosnąć. Samej.
Siedziały obie przy malutkim stoliku kuchennym, za oknem słychać było tramwaje. Lilka upiła łyk kawy z cynamonem. Uwielbiała ją i zawsze piła tylko taką. Kiedyś jedynie jesienią i zimą – teraz pozwalała, by cynamon rozgrzewał ją też wiosną i latem. Jego korzenna słodycz splatała się z głęboką, aksamitną goryczą kawy, tworząc niezwykłą harmonię smaków. To była czysta poezja zamknięta w filiżance. Kawa z cynamonem stała się jakiś czas temu obowiązkowym punktem każdego dnia, cichym towarzyszem i poranków, i wieczorów.
Światło słoneczne przenikało przez szare lniane zasłonki, rozpraszało się, wyzłacając niewielkie pomieszczenie, i wygładzało kontury kuchennych mebli.
– A możesz mi powiedzieć, skąd ten pomysł i dlaczego to muszą być cholerne Bieszczady? Tam już chyba wrony zawracają i diabeł mówi dobranoc! – nie ustępowała Marianna. Powoli zaczynało do niej docierać, że jeśli jej córka mówi prawdę i jeśli rzeczywiście zrealizuje to całkowicie kuriozalne postanowienie, to pierwszy raz zostanie w życiu… bez żadnego wsparcia. Nie była pewna, czy ten pomysł jej się podoba. A jeśli coś pójdzie nie tak z Januszem, który teraz smalił do niej cholewki, to co z nią będzie? Z kim to przegada? Komu się wypłacze? Jej własna matka nie żyła od wielu lat, a pseudoprzyjaciółki chroniły przed nią swoich mężów i bały się kontaktu jak ognia.
Lilka zmrużyła zielone oczy, podparła podbródek o dłoń. Słońce trochę ją raziło, dlatego przymknęła powieki.
– Marianno… – westchnęła. Marianna w młodości nie lubiła być nazywana „mamą” i tak już zostało. – Nie umiem ci tego wytłumaczyć. Przeczołgał mnie ten rozwód, całe to rozstanie z Igorem… Jakiś etap mojego życia się skończył i muszę po nim wylizać rany.
– W Bieszczadach?! Nie lepiej na wakacjach w Grecji? Mogę ci polecić hotel! I nawet Greka, który tam robi świetne masaże.
– Mamo, możesz? – Liliana przewróciła oczami. Dobrze wiedziała, jakiego rodzaju masaże ma na myśli matka. – Po prostu czuję, że muszę to zrobić. Nie umiem ci tego wytłumaczyć.
– Wiesz, jakie to jest irracjonalne? – Różowe paznokcie stukały o blat.
– Tak, racja. To jest kompletnie irracjonalne, zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem, że muszę. Chyba zawsze chciałam… tylko uciszałam tę myśl.
– Jak to zawsze chciałaś? Ty nie robisz takich rzeczy! Ty nie jesteś jak ja, ty planujesz, analizujesz i organizujesz! Pierwsze słyszę o jakichś zasranych Bieszczadach! – niemal wykrzyczała Marianna. – Jesteś dorosła, takich decyzji nie podejmuje się ad hoc. Co z tobą?
– Błagam… – jęknęła Liliana. Rozmowa z matką była jak rozmowa z nastolatką. – Wszystkie twoje decyzje były podjęte ad hoc. Mam zacząć wyliczać?
– Czy ja tobie wyliczam życiowe błędy? – Marianna zaperzyła się nieco. Na jej policzki, wygładzone kwasem hialuronowym, wypełzł rumieniec.
– Nie wyliczasz, bo wiesz, że gdybyś zaczęła, nie miałabyś szans, jeśli ja zrobiłabym to samo. – Liliana nie mogła powstrzymać się od uszczypliwości.
– No dobrze, to może chociaż powiesz mi, co zamierzasz zrobić z pieniędzmi od Igora? Ile tego będzie?
Córka popatrzyła na matkę z lekkim wyrzutem. Wiedziała, po prostu wiedziała, że to pytanie padło tylko dlatego, że Marianna liczyła na jakieś profity z tytułu rozwodu własnej pociechy. Zaraz byłby grany Ciechocinek albo Busko-Zdrój. Dancingi do samego rana i poszukiwanie marynarza emeryta. Matka uwielbiała wczasy.
– Zmartwię cię, ale nie będzie tego dużo – westchnęła. Ostatni łyk kawy był najbardziej gorzki, najmocniejszy.
– No żartujesz chyba. Ta twoja prawniczka miała go oskubać do zera! – oburzyła się matka. Jej pomalowane na różowo paznokcie coraz mocniej stukały o blat.
– Nie, będzie… ugoda. Podzielimy się po połowie: on weźmie dom, ja mieszkanie i lepsze auto.
Zapadła cisza. Marianna zaczęła po chwili nerwowo grzebać w torebce. Znalazła w końcu jakąś fiolkę i wyjęła z niej jedną tabletkę. Popiła ją kawą.
– Co to było? – zapytała ze spokojem w głosie Liliana. Przywykła do takich teatralnych scen. Jej rodzicielka wyjątkowo lubiła dramatyzować.
– Validol! A co myślałaś? Że ze spokojem będę słuchać, jak moje dziecko zostaje puszczone z torbami?! I planuje wyjazd w okolice koziego tyłka?
– Mamo, naprawdę… – To „mamo” jej się wymsknęło. – Nikt nikogo nie puszcza z torbami. Po prostu uznałam, że wszyscy są dorośli i jakoś się trzeba dogadać. Nie będę się z nim dziesięć lat procesować, to nikomu nic nie da. Nic. A zaraz będą mieli dziecko. Niech będzie, że ono jest teraz ważne.
– Czy ty, Lilka, nie mogłaś go jakoś przytrzymać? Czy tobie było aż tak źle?
Twarz Liliany stężała. Przytrzymać? I kto to mówi? Jej matka w życiu nie zatrzymała faceta na dłużej niż dwa lata! A ona miała męża przez dwanaście lat! Jej małżeństwo było sześciokrotnie dłuższe niż którykolwiek ze związków Marianny! Poza tym dlaczego przynajmniej raz w życiu matka nie mogła jej po prostu wspierać? Być dla niej? Dlaczego zawsze musiało być odwrotnie, a w tę stronę nigdy? Igor się zakochał. Zwyczajnie zakochał się w innej kobiecie. Co mogła na to poradzić?
– Myślę, że powinnaś już pójść. Zanim padną słowa, których obie będziemy żałować. Nie jestem… nie jestem w nastroju do dalszego prowadzenia tej rozmowy.
– Ja niczego nie będę żałować! – Matka zacisnęła usta. Makijaż permanentny nie dawał się rozmazać. – Ale skoro nie chcesz mnie tutaj, to rzeczywiście będzie lepiej, jeśli sobie pójdę.
Marianna wstała od stołu, wygładziła wściekle różową marynarkę, dobraną pod kolor paznokci, i skierowała się do wyjścia.
– Mam nadzieję, że zmądrzejesz. Nawet mi się nie chce wierzyć w te twoje Bieszczady! I nie próbuj protestować! Bez Igora to ty tam nawet sama okna nie będziesz umiała porządnie zamknąć. Bieszczady i drewniana chata… No nie mogę! Jeszcze tylko palacz węgla drzewnego by ci się tam przydał. Wychodzę!
Marianna potrafiła odegrać niezły teatrzyk. Aż dziw, że po jej występach nie opadała nagle kurtyna i w tle nie rozlegały się brawa.
Liliana zaś w tej chwili poczuła, że kółka zębate napędzające mechanizm jej emocji właśnie stają, milkną, a ich metaliczne głosy zamieniają się w złowrogą ciszę pełną napięcia. Przypominało to moment zwalniania blokady w losowaniu numerków totolotka. Nagle przestrzeń wypełniły iskry. Furia opanowała Lilkę w jednej sekundzie. Wszystkie nagromadzone w ostatnich tygodniach uczucia, opiłowywane do tej pory dokładnie, chowane pod poduszkę, wciskane w najgłębsze zakamarki duszy i ciała, były gotowe wybuchnąć z całą mocą.
– Tak, Marianno, to doskonały pomysł – wycedziła przez zęby lodowatym głosem, a matka popatrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem. – Wyjdź. Stąd. Natychmiast.
Marianna złożyła usta w ciup, zmierzyła córkę spojrzeniem nieznoszącym sprzeciwu, obróciła się i wyszła. Kiedy tylko rozległ się trzask zamykanych drzwi, Lilka zaczęła płakać. Płakać tak, jakby się miał skończyć świat. Jej ramiona drgały, kiedy zanosiła się szlochem, tusz na rzęsach się rozmazał i wyglądała bardziej jak miś panda niż jak człowiek, ale nie mogła się uspokoić. Zresztą kogo to obchodziło? I tak nie było tu nikogo!
Cholera jasna! Jakże miała wszystkiego dość. Teraz to wyjedzie w te cholerne Bieszczady, choćby nie wiem co!
Przycisnęła twarz do poduszki, którą zgarnęła z kolorowej sofy w saloniku, i zaczęła w nią krzyczeć.
Dziwny upalny kwiecień przemknął, nastał maj i w końcu czerwiec. Chłodny i wietrzny dla odmiany. Matka nie odzywała się przez całe dwa miesiące.
W życiu Liliany taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy i nie mogła powiedzieć, że jej to jakoś strasznie przeszkadzało. Marianna obraziła się po całości i zapewne czule pielęgnowała swoje ego w ramionach kochanka, którego imienia Lilka nawet nie chciała pamiętać. I tak na pewno za moment zastąpi go kolejny, co poprzedzi kilkudniowa depresja i załamanie nerwowe. A potem przyjdzie czas na euforię.
Ta sinusoida trwała, odkąd Liliana pamiętała. Od zawsze. Jakiż to był szok, gdy mniej więcej pod koniec trzeciej klasy podstawówki odkryła, że mamy koleżanek z klasy są zupełnie inne. Są emocjonalnie stabilne, chadzają na zebrania, mają mężów, nie przyprowadzają co kilka miesięcy nowych wujków, gotują obiady, robią do szkoły kanapki. Odkąd się tego dowiedziała, niczego w świecie tak nie pragnęła jak nudnego, tradycyjnego domu. Domu ze świeżymi bułkami, rosołem, pachnącego praniem, czystą pościelą, sobotnimi porządkami i przede wszystkim – z przewidywalnością. Rutyną. Jakimiś fundamentami, na których można oprzeć wielokąt życia i mieć pewność, że nie musi on co pięć minut zmieniać kształtu.
Kochała Mariannę nad życie, ale jako dziewczyna wstydziła się papuzich kolorów jej powiek i sukienek, jej głośnego śmiechu, tego, że na obiad było ptasie mleczko, a ciepła herbata i kanapki na kolację nie pojawiały się wcale. Tak, inne dzieci uwielbiały jej matkę. Oczywiście. U Lilki zawsze były najlepsze urodzinki, cekiny i konfetti sypały się garściami, girlandy sztucznych kwiatów zaczynały się na dole klatki schodowej, a do jedzenia nie było kanapek z pastą jajeczną, tylko niebieska galaretka i fioletowe muffinki. Wszystkim zawsze się wydawało, że życie z kimś tak rozrywkowym jak Marianna musi być pasmem nieustających przygód. Tak, było, jasne. Część tych przygód istotnie była naprawdę wspaniała.
Na przykład czasem matka budziła ją o drugiej w nocy i jechały bez planu nad morze, bo akurat miała ochotę na wschód słońca nad Zatoką Gdańską. Albo zapisywała je obie na skok na bungee lub lot balonem. Zdarzało się, że wsiadały do samochodu i jechały przed siebie, zatrzymując się tam, gdzie akurat można było się zatrzymać. Tak, to były zawsze fajne wspomnienia. Ileż razy mokła z matką w deszczu gdzieś na łące, gdy ta chciała jej pokazać tęczę w całej okazałości!
Ale jednocześnie Liliana brała udział we wszystkich ekstremalnych wydarzeniach będących w finansowym zasięgu matki i nie wszystkie lubiła. Matka całkowicie ignorowała jej potrzeby. Tyle razy chciała po prostu zostać w domu. Nie pędzić. Nie odwiedzać kolejnej koleżanki. Nie nocować u wujka. Nie czekać, aż skończy się impreza, i usypiać gdzieś w kącie, gdy dorośli świetnie się bawili. Chciała kotleta schabowego z ziemniakami i mizerią, wakacji w miłym pensjonacie, domku pod miastem i psa. Nie chciała fajerwerków raz w tygodniu. Wystarczyłyby jej raz w roku.
Marianna była jak nikt na świecie, ale nie umiała celebrować zwyczajności. Zwyczajność ją nudziła, zabijała. Rozhuśtana emocjonalnie, próbowała brać z życia garściami i każdą rzecz robiła niekonwencjonalnie, może po to, by zapełnić w sobie jakąś pustkę, która powiększała się wraz z upływem lat. Tej wyrwy nie dało się zasypać. Liliana zawsze myślała, że jej matka powinna być członkinią paryskiej bohemy artystycznej końca dziewiętnastego wieku. Nie trafiła z epoką. Fin de siècle spełniłby absolutnie wszystkie jej potrzeby. Powinna być muzą Gustava Klimta lub Toulouse-Lautreca, zapijać smutki absyntem i codziennie tańczyć do białego rana.
Liliana prowadziła swoje życie zupełnie inaczej. Szukała stabilności. Za wszelką cenę. I wszystko sobie dokładnie zaplanowała, rozpisała, czego od życia chce i kiedy, a czego pod żadnym pozorem nie chciałaby powtarzać. Emocje ukryła głęboko, bo widziała, dokąd prowadziły. Najczęściej na manowce. Skończyła grzecznie studia, znalazła pracę w szkole jako anglistka, męża – inżyniera informatyki, spokojnego nerda, nieskorego do zmian i nieco wycofanego społecznie. Lubiła go, choć zdecydowanie nie doświadczyła żadnych motyli w brzuchu. Jakich motyli zresztą? Po cholerę komukolwiek motyle? Najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, stanie mocno na ziemi i dbanie o to, by nogi, na których się stoi, miały na sobie coraz lepsze buty. Z Igorem było przede wszystkim tak cudownie przewidywalnie! Żadnych niespodzianek, żadnych dram, rozstań i powrotów. Odhaczała u jego boku kolejne punkty planu na życie, które nie robiło jej psikusów. Miała je pod kontrolą. Do czasu.
Ale o tym nie mogła jeszcze myśleć bez bólu. Teraz chciała się skupić tylko na tym, co tu i teraz. A teraz był Wielki Chaos i Wielkie Pakowanie. Do głowy jej nie przyszło, że jej malutkie mieszkanko jest w stanie pomieścić tyle rzeczy, choć wcześniej gotowa była przysiąc, że ona nie gromadzi, nie zagraca – raczej selekcjonuje i wyrzuca.
Rozglądała się po bambetlach porozkładanych na dywanie, sofie, fotelach i powoli docierało do niej, że to nieprawda. Nigdy nie uważała się za minimalistkę – miała zdecydowanie więcej niż sto książek, zalecane przez guru minimalizmu, ale na miły Bóg, co tu się działo? Czym były te bibeloty, stare dziurawe swetry, durnostojki? O przynajmniej połowie nie pamiętała, że ją ma! Jak to w ogóle możliwe? Wyjęła z kuchennej szuflady kilka ogromnych worków na śmieci i z pasją zaczęła wrzucać do nich wszystko to, co uznała za niepotrzebne. Z każdą rzeczą, która znikała w plastikowej czeluści, robiło jej się jakoś lżej, jakby odczepiała od siebie jakieś wielokilogramowe obciążniki. Po chwili opanowała ją euforia. Tak, cała cholerna przeszłość do wora! Siup! Stare pocztówki, jakieś zapisane bzdurami zeszyty, za ciasne bluzki, rozparowane kolczyki, pamiątki z podróży – miniatury egipskich piramid i wieży Eiffla – wszystko to lądowało w śmieciach. W ogóle uwielbiała sprzątać. Podczas gdy inni chcieliby zabiegać stres na przykład na siłowni, jej wystarczyłaby hałda czegokolwiek do przebrania i przeorganizowania.
Nagle spomiędzy buteleczek po olejkach zapachowych i opasłych tomów o historii Wielkiej Brytanii i literaturze amerykańskiego Południa wyłonił się album ze zdjęciami. Piękny, w sztywnej okładce w kolorowe kwiaty. Serce w niej zamarło. Schowała ten album za książki kilkanaście miesięcy temu, żeby na niego nie patrzeć, i prawie o nim zapomniała, a teraz zerkał na nią niepewnie, acz lekko prześmiewczo, przypominając o swojej zawartości.
Wzięła zakurzony album w drżące ręce i otworzyła go. Jej serce przeszył ból. Ostry i gwałtowny. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Nie powinna tego oglądać. Powinna to odłożyć, a najlepiej władować od razu do worka na śmieci. Ale nie umiała. Po prostu nie umiała.
Otworzenie tych kart przeszłości było jak otwarcie puszki Pandory. Zaraz wyfruną z niej zgryzota, żal, zazdrość i poczucie głębokiego osamotnienia. Ale w powietrzu już unosił się zapach wspomnień, woń starego pergaminu i kwiatów, które dawno zwiędły. Pierwsza strona, a na niej ich twarze, promieniejące szczęściem. Cały świat zniknął, a zostali tylko oni dwoje. Następna karta. To samo. I kolejna. Każde zdjęcie, każda chwila uwieczniona na błyszczącym papierze przypominały o ich miłości. Jacy byli szczęśliwi, jaka ona była szczęśliwa! Biała suknia z delikatnej koronki, splecione dłonie, uśmiechy. Jęknęła, a jej głos odbił się od ścian. To, na co patrzyła, roztrzaskało się na tysiąc kawałków jak porcelanowa waza. Tego już zwyczajnie nie było.
Patrzyła na niego, na mężczyznę, który był jej wszystkim, jej wsparciem, przyjacielem, opoką. Gdzie zniknął? Kiedy zaczął znikać? Każdy uśmiech na zdjęciach był jak nóż, który przekręcał się w jej sercu, wciskając się w nie mocniej i tworząc ranę, jaka chyba nigdy się nie zabliźni. Łzy płynęły wolno po jej policzkach, tworząc wzory, które opowiadały historię straconej miłości, a album zamienił się w pułapkę, w której przeszłość i teraźniejszość splatały się w upiornym uścisku.
Przekładała karty jedna po drugiej. Nagle wśród zdjęć dostrzegła to, które przedstawiało ich pierwszy taniec. Och, jakże doskonale pamiętała tę chwilę! Była strasznie zestresowana, a Igor jakby nigdy nic chwycił ją mocno i cały świat przestał istnieć. Céline Dion zaczęła śpiewać Because You Loved Me i byli tylko oni, wirujący w rytm melodii.
Zamyśliła się.
You were my strength when I was weak,
You were my voice when I couldn’t speak,
You were my eyes when I couldn’t see,
You saw the best there was in me[1].
Po chwili muzyka w jej głowie ucichła, a ona pozostała sama, z ciężarem wspomnień, które były jak kamienie spoczywające na dnie jej duszy. Wiedziała, że tego ciężaru nie pozbędzie się nigdy. Szkoda. Bardzo trudno było go dźwigać. Zamknęła album z hukiem tak, jak zamyka się drzwi do przeszłości, ze świadomością, że te obrazy, które przed chwilą zobaczyła ponownie na zdjęciach, będą jej towarzyszyć, jak ciche widma, przypominające o tym, co straciła.
Z otchłani rozpaczy, w której zaczęła się pogrążać, wyrwał ją dźwięk telefonu. Głośny i nieustępliwy. Nieprzyjemny. Odsunęła jakąś bluzę, która przykrywała urządzenie, i zobaczyła na wyświetlaczu imię matki. Odebrała.
– Lilka?
– Tak, mamo, słucham. – Westchnęła. Albo się odobraziła, albo nowy kochaś ją rzucił. Albo jedno i drugie.
– Na miłość boską, dziecko, widzę właśnie ogłoszenie. Sprzedajesz mieszkanie?!
– Tak, zgadza się. A co?
W słuchawce rozległo się brzdęknięcie szkła o podłogę.
– Ach, mój Validol się rozsypał! Do grobu mnie wpędzisz, Liliana!
– I co jej powiedziałaś? – zapytała Nina. Wygrzebywała właśnie łyżką stołową resztki lodów czekoladowych z dna opakowania.
Lilka wzruszyła ramionami. Przyglądała się przyjaciółce spod zmrużonych powiek i po raz milionowy zachodziła w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, że Nina może zjeść bezkarnie pół litra lodów na kolację i wyglądać tak, jak wygląda, czyli jak Jennifer Aniston w piątym sezonie Przyjaciół, podczas gdy ona puchnie od samego patrzenia na pudełko. Gdzie tu w ogóle jest sprawiedliwość?
– No żeby przestała się martwić i ciekawić, co robię z własnym mieszkaniem. Zapytałam ją też, czy ewentualnie interesuje ją, jak się czuję i co poza tym u mnie słychać.
– Byłaś aż tak niegrzeczną dziewczynką? – Nina się zaśmiała. – Ty paskudo, jak możesz być taka niemiła dla własnej matki, i to tak zupełnie niespodziewanie? Po tym, jak trzymałaś ją pod swoimi skrzydłami tyle lat!
Lilka pokręciła głową, miedziane loki zatańczyły.
– Sęk w tym, że nie byłam niemiła. Byłam bardzo, bardzo sympatyczna, zważywszy na okoliczności.
– Myślę, że ona widzi to zupełnie inaczej. Zrywasz się jej ze smyczy, darling.
Nina przymknęła powieki, położyła sobie na nosie wylizaną do czysta łyżkę i puściła ręce. Sztuciec dyndał teraz dostojnie na jej twarzy, ale, o dziwo, nie spadał. Zupełnie jakby jakaś tajemna magnetyczna siła trzymała go na miejscu, przecząc prawom fizyki.
– Odpoczywam od niej, naprawdę. Poza tym… mam trzydzieści siedem lat, chyba czas najwyższy zerwać się ze smyczy. – Lilka starała się, by jej głos brzmiał pewnie, ale prawda była taka, że niczego już nie była pewna.
Nina otworzyła oczy. Kiedy to uczyniła, łyżka z głośnym brzdękiem spadła na kuchenne kafelki.
– Wyczuwam wahanie – powiedziała zupełnie poważnie.
Miała bardzo jasne, niebieskie oczy, którymi teraz przyglądała się intensywnie przyjaciółce spod blond grzywki. Nikt nie znał Lilki tak dobrze jak Nina Woroch. Nikt.
Poznały się dawno temu, jeszcze w podstawówce. Siedziały razem w ławce od pierwszej klasy, potem także w ogólniaku, aż do matury. Łączyło je mnóstwo wspomnień. Ich drogi rozeszły się na moment na studiach, ale nigdy tak daleko, by którakolwiek miała poczucie obcości. Nie. Zawsze było tak, jakby skończyły rozmowę poprzedniego dnia, a nie na przykład pół roku wcześniej.
Znały się na wylot. Odkąd sięgały pamięcią, powierzały sobie największe sekrety, wszystkie te rzeczy, których jednak nie mówiło się mamie, ale przyjaciółce – owszem. Teraz od kilku lat mieszkały niedaleko siebie. Nina była wdową – jej mąż zmarł na nowotwór kilka lat temu, a kiedy udało jej się przeżyć wszystkie etapy żałoby, rozpoczęła nowe życie. Takie na maksa. Bez dram. Tak jakby nagle po swoim ciężkim, tragicznym doświadczeniu zapragnęła wyciskać z każdej minuty wszystkie soki, jakby jutra miało nie być. Zaczęła szaleć, z błogością oddając się romansom we wszelkich wymiarach i podśmiewając się z instytucji małżeństwa, na które, jak zapowiadała, nigdy się już nie zdecyduje. Za bardzo bolało. Liliana czasem myślała o tym Ninowym szaleństwie z niepokojem, ale z drugiej strony – co było złego w czerpaniu z życia pełnymi garściami i bawieniu się na wrotkach losu tak, że odpadają kółka? Nic.
Teraz Nina patrzyła na przyjaciółkę z tym czymś w oczach, co miała jako dyrektorka dużej korporacji i aktywistka organizacji klimatycznej w chwilach bojowej walki o lepsze jutro. Liliana znała to spojrzenie. Ulegała mu, gdy dawno temu szły razem na wagary lub – trochę później – na podwójne randki. Gdy zbierała pieniądze na schronisko dla bezdomnych psów, na Lekarzy bez Granic i na operację kota sąsiadki, której nie było stać na weterynarza.
To było spojrzenie działaczki. Spojrzenie, przed którym nic nie mogło się ukryć. Lilka znała je na wylot. Na wskroś. Za jego pomocą Nina rozpoznawała fałszywą melodię każdej duszy po jednej małej cholernej nucie.
– Lilka? – zagadnęła podejrzliwie. – Tylko mi nie mów, że zamierzasz się wycofać!
Kobieta rozejrzała się po wnętrzu mieszkania. Część rzeczy leżała już popakowana w pudłach. W zasadzie do ogarnięcia zostały jeszcze tylko kuchnia i łazienka, i szafa w sypialni. Cała reszta grzecznie czekała już na przeniesienie.
– Nie, oczywiście, że nie. – Głos Liliany wciąż nie brzmiał pewnie. W zasadzie to brzmiał jeszcze mniej pewnie niż przed chwilą.
– Nie pozwolę ci się wycofać. Będę nadzorować wszystkie czynności, dopóki nie wsiądziesz do tego cholernego samochodu z tobołkami, które tu przygotowałaś, i furą kasy, za jaką sprzedajesz to lokum, i nie dojedziesz do Leska czy innej Komańczy. Paniała? Poza tym podpisałaś już umowę przedwstępną sprzedaży!
Lilka pokiwała głową. Wszystko się zgadzało, ale po kilkunastu tygodniach wizja Bieszczadów była jakby mniej kusząca niż wtedy, kiedy po raz pierwszy ją snuła. Była zupełnie jakaś taka… odjechana?
– A przypomnisz mi, po co to robię? W tej chwili nie za bardzo wiem, dokąd miałabym się przeprowadzić. Nie znalazłam żadnego sensownego domu. Nawet na wynajem! W ogóle co ja robię? Zawsze wiedziałam, a teraz nie wiem nic!
Nina machnęła ręką. Była największą na świecie zwolenniczką afirmacji i prawa przyciągania, dlatego wyszczerzyła ładne, białe zęby i powiedziała z uśmiechem:
– To już głowa wszechświata w tym, żeby ci pomóc. O to się nie martw! Patrz, ja jestem spokojna!
– Bo to nie ty rzucasz wszystko i jedziesz w Bieszczady! – Lilka pokazała przyjaciółce język.
– To nic. Na bank cię odwiedzę i nie będzie to karton pod mostem na Sanie, zapewniam!
Lilka przestała się nerwowo kręcić po pomieszczeniu. Usiadła na twardym krześle przy kuchennym stole. Odgarnęła świstki papieru łokciem i oparła brodę na dłoniach.
– Do tego rozkminiania potrzebne mi będzie jeszcze jedno opakowanie lodów! Mój mózg działa na cukier! – Nina podeszła do zamrażarki i wyjęła z niej pudełko. Tym razem były to lody waniliowe. Otworzyła szufladę i podała przyjaciółce łyżkę.
– Nie powinnam – powiedziała bez przekonania Lilka. Próbowała się wzbraniać, ale sama wiedziała, że jej się to nie uda. Kochała lody, zwłaszcza waniliowe. Położyła rękę na brzuchu i przełknęła ślinę. Tak, przytyła sporo od czasu, kiedy Igor się wyprowadził. Do domu, który miał być ich. Auć! To zakłuło. Ta myśl zawsze była jak kolec kaktusa o słodkiej nazwie „fotel teściowej”, wetknięty prosto w serce.
Lilka od dziecka należała do tych okrąglejszych, ale od czasów nastoletnich bardzo się pilnowała. Reżim ćwiczeń fizycznych i katorżnicza dieta trzymały w ryzach jej skłonność do tycia i naturalnie okrąglejszą figurę. Teraz jednak… teraz przestawała się mieścić w ulubione ubrania. Jej brzuch był jak muffinka – wystawał nad krawędź spodni i przyglądał się światu okiem pępka. To znaczy robiłby to chętnie, gdyby nie ukrywała go pod warstwami ubrań. Nie mogła się do tego za nic przyzwyczaić. Do tego miała wrażenie, że ostatnio dramatycznie spowolnił się jej metabolizm, a uda pokryły się rozstępami pofalowanymi jak morskie dno. Niemniej jednak wzięła łyżkę do ręki i kiedy przyjaciółka zdjęła wieczko, jako pierwsza zanurzyła metalowy czubek sztućca w zmrożonej, kremowej konsystencji.
– Słuchaj, robisz to dla siebie. – Nina usiadła jednym pośladkiem na stole. – Wiem, że bolesne rozstanie, że pęknięte serce, bla, bla, ale stara, tu się o co innego teraz rozchodzi.
Lilka złożyła usta w ciup. Była językową purystką, więc na dźwięk fraz niezgodnych z zasadami polszczyzny czuła, że puchnie jej mózg, dostaje udaru, a już co najmniej zasycha jej w gardle. Nina też to wiedziała, ale z premedytacją ciągnęła:
– Rozchodzi się o to, że spory kawałek życiowego tortu za tobą. Nie był smaczny, umówmy się. Jak ulegniesz teraz matce, która piecze ci do tego tortu spód i robi krem, w życiu się nie dowiesz, jaki smak ciasta jest twój ulubiony.
– A te porównania to skąd bierzesz? – Lilka wpakowała sobie potężną porcję lodów do ust.
– A znikąd. To znaczy stąd. – Wskazała palcem na swoją skroń.
– Czyli nie wiem, co lubię, i dlatego wymyśliłam, że sprzedam warszawskie mieszkanie i wyjadę na koniec Polski, tak?
Nina pokiwała energicznie głową.
– Dokładnie. Dokładnie tak. Najpierw niańczyłaś matkę, potem byłaś żoną. Ż-O-N-Ą – przeliterowała. – Wiłaś gniazdko. Bardzo odpowiedzialnie. Na medal. Wszystko w twoim życiu było walką o puchar zwycięstwa w dyscyplinach takich jak „ozdabianie ciastek niebieskim lukrem na czas” oraz „skok w dal domowych pieleszy”. Wyjmij kij z tyłka!
– Nie mam kija w tyłku, a to, że jestem rozsądna i przewidująca, nie znaczy, że…
– Powiedz mi, kiedy ostatnio szalałaś? – przerwała jej Nina, unosząc przy tym kącik ust.
– No wiesz, jak się żyje z Marianną, to nie ma się ochoty…
– Nie pitol mi tu o Mariannie, przestań się nią zasłaniać. Ty, kiedy ty zaszalałaś? Kiedy zrobiłaś coś, co ty chcesz? Kiedy pozwoliłaś sobie na coś głupiego, niepoczytalnego, bo ty tak chciałaś? To ja ci powiem. Nigdy. W małżeństwie też było tak, jak Igor chciał, chociaż w życiu mi tego nie przyznasz. To była twoja idea bycia wzorową żoną i panią domu. Zapierdol wszedł na pełnej. Babeczki na śniadanie, poprasowane koszule i kalesony, obiadki dla kolegów z firmy. No proszę cię!
– To nie było tak!!! – Lilka poczuła, jak pieką ją policzki. Nina miała cholerną rację, wiedziały to obie.
– Ile razy cię zabrał w te chrzanione Bieszczady?
Lilka poczuła, jak na czole zaczynają jej się perlić krople potu.
– Ale zabierał mnie w inne fajne miejsca!
– Nie odpowiadasz na pytanie! Ile razy cię zabrał w Bieszczady?
– Zero… – Lilka się zamyśliła. – Okrągłe… zero.
– A ile razy chciałaś jechać?
– Zawsze – westchnęła. – Mogłam jechać sama…
Nie dokończyła zdania. Rzeczywiście. Teraz to sobie uświadomiła. Dlaczego nigdy tego nie zrobiła?
Nina przyglądała jej się szeroko otwartymi oczami.
– Zrób to! Nic cię tu nie trzyma. Nie jesteś już nic winna swojej matce, nie masz dzieci, jesteś królową własnego życia!
Zamilkła, bo dostrzegła w oczach Liliany błysk łez. Temat dzieci był drażliwy. Lilka, w przeciwieństwie do niej, bardzo chciała je mieć. Bardzo. Długo się z Igorem starali, a lekarze rozkładali ręce, bo wszelkie wyniki badań mieściły się w normie i teoretycznie nie było żadnego powodu, dla którego Lilka nie mogła zajść w ciążę. Ale upragnione dziecko nie chciało się pojawić. To znaczy pojawiło się. Igorowi. Na boku. Nina wiedziała, że to było dla Lilki najtrudniejsze – że zostawił ją, bo nie dała mu potomka. Ech, pajac! Co ona w nim w ogóle widziała?
Wstały w tym samym momencie.
– To jak, planujemy dalej?
Nagle Lilianie coś się przypomniało.
– Raz jak miałam dwanaście lat, ukradłam w sklepie paczkę herbatników. Ha! To było szalone! I nielegalne! I był w tym dreszczyk emocji!
Nina przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.
– A potem co? Tak po prostu ją zjadłaś? Serio?
Lilka oblała się rumieńcem. Nina znała ją stanowczo za dobrze.
– Nie zjadłam. Oddałam te herbatniki następnego dnia.
Przyjaciółka się zaśmiała.
– No to teraz masz szansę zjeść ciastko. A nie tylko je mieć. Zawsze możesz tu wrócić. Ale jedź, pomieszkaj daleko stąd, pożyj życiem, jakim zawsze chciałaś żyć, nie cudzym, nie pożyczonym. Własnym.
– Zamierzasz robić karierę influ? Bo pierniczysz jak Oprah Winfrey!
Lilka sięgnęła po jeszcze jedną porcję lodów. Jak dobrze jej robiło na głowę to Ninowe pierniczenie! Jak ładnie to powiedziała! Żeby nie żyć pożyczonym życiem. Tak, bardzo to było dobre. A jakim chciała żyć? Prostym, cichym. Z psem wielkości żubra, drewnianą chatą z bali, widokiem na zielone wzgórza, z ogniem w kominku… I w świętym spokoju. Żeby nikt nie zawracał głowy i nie przerzucał na nią swoich problemów. To tak na początek.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
[1] Byłeś moją siłą, gdy byłam słaba, / Byłeś moim głosem, kiedy nie mogłam mówić, / Byłeś moimi oczami, kiedy nie widziałam, / Widziałeś we mnie to, co najlepsze (tłum. Katarzyna Fiołek).
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz