Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
19 osób interesuje się tą książką
Nigdy więcej mi nie uciekniesz Gabriello. Miejsce żony bossa jest tylko jedno. Przy nim. Choćbym miał spalić żywcem cały ten pieprzony świat, zamknę Cię w swych objęciach i nigdy więcej z nich nie wypuszczę.
Gabriella po niezwykle bolesnych przeżyciach, ucieka z Meksyku i wraca do swojej ukochanej Filadelfii. Próbuje na nowo poskładać swoje życie, lecz z powodu traumy, której doświadczyła, nie jest to łatwe.
Co się stanie, gdy w najmniej oczekiwanym momencie los na nowo skrzyżuje drogi jej i mężczyzny, który doprowadził do jej upadku? Co zrobi, gdy Javier Ramirez znów stanie na jej drodze? Czy będzie w stanie mu wybaczyć? Czy Potworowi uda się odzyskać uczucia kobiety, która zawładnęła jego sercem?
Gdy ktoś taki, jak Potwór jest gotów na wszystko, to oznacza tylko jedno - już za chwilę ziemia się zatrzęsie.
Kontynuacja losów Gabrielli i Javiera Ramireza - najgroźniejszego mężczyzny w Meksyku, bossa kartelu narkotykowego. Tego, którego nazywają Potworem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 685
Rok wydania: 2025
Projekt okładki: Katarzyna Pieczykolan
Adaptacja graficzna projektu: Piotr Wszędyrówny
Redakcja: Anna Rozenberg
Redaktor prowadzący: Małgorzata Święcicka
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Karolina Mrozek, Joanna Sobota
© for the text by Aleksandra Witkowska
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2025
OSTRZEŻENIE
Książka zawiera akty przemocy, wulgaryzmy oraz sceny erotyczne.
Przeznaczona jest dla pełnoletnich czytelników.
ISBN 978-83-287-3612-2
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2025
–fragment–
W każdym człowieku tli się cząstka dobra.
Niektórym po prostu trzeba pomóc ją odnaleźć.
Dla tych, którzy widzą światło tam, gdzie inni dostrzegają tylko ciemność, i nie tracą wiary w miłość.
Każdemu należy się druga szansa, mawiamy. Czy jednak naprawdę w to wierzymy w każdej z możliwych okoliczności, nawet w przypadku tej najtrudniejszej i najbardziej bolesnej? Czy jesteśmy w stanie przebaczyć krzywdy tak ciężkie, że pod ich naporem upadamy i nie możemy wstać? Te, których nasza dusza nie jest w stanie udźwignąć?
Wybaczenie jest jak przeczołganie się z powrotem przez każdy szczegół bólu, który nas pochłonął. Jest dotknięciem na nowo każdej niezaleczonej rany, przybliżeniem się wspomnieniami do tego, co najokrutniejsze. Jednak w ostatecznym rozrachunku, to właśnie wybaczenie okazuje się najbardziej wartościowe, zwłaszcza dla nas samych. Daje nam poczucie ulgi, której nie da się opisać. Wybaczasz dla siebie i wewnętrznego spokoju, aby móc zacząć wszystko od nowa, pójść dalej i zostawić w tyle wszystko to, co już za tobą. To, co stało się przeszłością.
Jednak wybaczyć to nie znaczy zapomnieć. Nie chowasz urazy, czujesz się zdrowszy emocjonalnie, ale wystarczy jeden bodziec, jedna konkretna sytuacja, by w twoim umyśle na nowo zaczęły przewijać się bolesne obrazy – jak zacięta kaseta wideo z niechcianym filmem w zepsutym odtwarzaczu.
Pewnych rzeczy nigdy nie wyrzucisz z serca. Zwłaszcza tych, które były dla ciebie ważne.
Wybaczymy, ale już nigdy nie będziemy w stanie pozbyć się strachu. W przepełnionej lękiem duszy tlą się obawy, że podobny cios powróci w najmniej spodziewanym momencie.
Czym więc tak naprawdę jest owa „druga szansa”? Jest ponownym, lecz tym razem świadomym i dobrowolnym przebiciem serca sztyletami. Wręczeniem komuś broni z wiarą, że tym razem nie odpali.
A tymczasem przeznaczenie czeka na nas tuż za rogiem. Zdarzyć się może, że ofiaruje drugą szansę nawet temu, kto na nią nie zasługuje.
Bo pewnych spraw nie zrozumiemy, jeśli nie spojrzymy na nie sercem.
Tylko prawdziwa miłość jest w stanie rozjaśnić najciemniejsze zakamarki mroku. Brutalność przemienia w czułość, strach w pewność, a gorycz w posmak przyjemnej słodyczy. Skleja połamane serca, ratuje to, co mogłoby się wydawać, że jest nie do odratowania. Prawdziwa miłość jest w stanie podnieść się nawet z największego upadku. Czasem rodzi się w niewyobrażalnych bólach, ale nie załamuje się, lecz w nich wzrasta. Dla niej nie ma nic niemożliwego.
Jedno jest pewne – czy wierzysz w nowe początki, czy też nie, nadzieja wciąż za tobą kroczy.
Dochodziła właśnie dwudziesta pierwsza. Ciemny gabinet spowity był jedynie blaskiem niewielkiej żarówki żarzącej się pod sufitem. W całym pomieszczeniu unosił się duszący dym papierosów. Javier oparty o skórzany fotel, wpatrywał się tępo w jeden punkt, co rusz zaciągając się wonią tytoniu. Wiele razy obiecywał sobie, że rzuci to cholerstwo, ale przez ostatni czas zdarzało mu się zaszywać gdzieś w samotności i wypalać paczkę po paczce. Wiedział, że to nie rozwiąże jego problemów, ani tym bardziej nie zabierze z jego serca wyrzutów sumienia, z którymi nie potrafił sobie poradzić, ale innego rozwiązania nie widział. Duszący dym zalewał jego płuca tak, jak gęsta, mroczna smoła zalała kilka miesięcy temu jego duszę.
Zgasił kolejnego peta w popielniczce i przysunął się do biurka. Oparł łokcie o blat i spuścił głowę. Zawiesił wzrok nad szklanką wypełnioną po brzegi brunatnym trunkiem. Zapach drogiego, meksykańskiego alkoholu wypełniał każdy kąt pomieszczenia, ale i wszystkie zakamarki jego umysłu. Zacisnął szczękę, próbując nie wracać do bolesnych wspomnień, które przypominały mu, jak bardzo spierdolił.
Zniszczył życie jedynej kobiecie, która trafiła do jego brudnego, przesiąkniętego złem serca. Skrzywdził ją, stracił i pozwolił jej odejść.
Ciemne pomieszczenie, w którym się znajdował, było teraz tak samo mroczne, jak jego dusza.
Wypuścił ze świstem powietrze z płuc i przetarł nerwowo twarz. Nie był w stanie się na niczym skupić. W kartelu panowała dziś wyjątkowa cisza, która nie zdarzała się zbyt często. Ostatnie tygodnie na zawsze naznaczyły to miejsce rzeką krwi, krzyku i tortur. Jeszcze nigdy nie było tu tak przerażająco.
Zacisnął palce na szklance.
To, co działo się tutaj przez ostatnie pół roku, to nie były morderstwa, zabijanie czy sprzątanie brudów. To była jebana rzeź. Poleciały nie tylko zwolnienia, ale i głowy. Na początku odczuwał z tego powodu jakąś chorą satysfakcję, której nawet on sam nie rozumiał. Próbował w ten sposób wyrzucić z siebie cały gniew, który się w nim zgromadził, i całą nienawiść do samego siebie. W potwornościach, których się dopuszczał, szukał ukojenia. Sądził, że przez cierpienie innych rozładuje nagromadzone w jego wnętrzu napięcie, ale stało się zupełnie odwrotnie. Najpierw przychodziła ulga, ale później… frustracje nie kończyły się, lecz narastały. Wściekłość zaczęła zżerać go od środka. W szybkim tempie przerodziła się w pragnienie zabijania dalej i koło się zamykało.
Czy było mu lepiej? Ani trochę. Mógłby nawet stwierdzić, że po czasie jeszcze bardziej go to zniszczyło. Brzydził się sobą. Był pogrążony we własnym piekle, które zbudował. Każdego dnia, przez okrągłą dobę, wyrzuty sumienia wypalały jego wnętrze.
Bez Gabrielli wszystko było inne i bez wartości. Nic nie mogło wypełnić tej pustki, którą po sobie pozostawiła. Dziura w jego sercu i życiu nie pozwalała mu swobodnie oddychać. Rezydencja znów stała się zimnym, podłym miejscem, w którym jedynie jadł i spał, to wszystko. Sypialnia wciąż nosiła jej ślady. Zapach jej perfum i kremów unosił się w powietrzu, przypominając mu, jak wiele stracił. Łóżko nadal pamiętało dotyk jej skóry. Jego zimne serce bossa nigdy nie zapomniało jej głosu, śmiechu i… zapłakanych, pełnych bólu oczu, które widział po raz ostatni.
Był wrakiem. Oddychał, żył, nadal robił świetne interesy i trzymał twardą ręką kartel, ale w środku… nie był już tym samym człowiekiem. Tęsknota za tą małą kompletnie odebrała mu zmysły. To, co go otaczało, nie sprawiało mu już żadnej przyjemności. Często upijał się do nieprzytomności, byleby tylko oczyścić głowę. Ożywiał się jedynie wtedy, gdy pracował nad znalezieniem Sergio. Pragnienie krwawego odwetu dodawało mu motywacji do życia. Obiecał sobie, że własnoręcznie się z nim rozprawi, wygrzebie go choćby spod ziemi. Znajdzie go i dokona samosądu tak okrutnego, jakiego jeszcze nikt nigdy na tej planecie nie widział.
Był owładnięty żądzą zemsty, ale wiedział, że największy żal już zawsze będzie miał do samego siebie. Utracił to, na co nigdy nie zasłużył. I nigdy nie dał sobie szansy, by się przekonać, czy było mu to pisane.
Stał się cieniem samego siebie. Jedynie gdy do willi przyjeżdżała Lia, było trochę inaczej. Czuł się potrzebny, miał czym zająć głowę. Jednak po pewnym czasie także i od niej zaczął się izolować. Czuł się z tym cholernie źle, ale nie potrafił inaczej. Jego siostra za bardzo przypominała mu o… Gabrielli. O wszystkim tym, co jego żona dla niej zrobiła. To dzięki niej dziewczynka zaczęła mówić. To z nią piekły te cholerne ciastka, bawiły się, czytały bajki. A co najgorsze, Lia z chęcią mu o tym przypominała i pytała o to, kiedy będzie mogła zobaczyć się z dziewczyną. A on? Cierpiał jeszcze mocniej. Odsunął się, żeby nie musieć odpowiadać na bolesne pytania. Żeby choć trochę mniej bolało.
Jego rozmyślania przerwał nagle dzwonek telefonu. Z niechęcią spojrzał na wyświetlacz.
Estela.
Skrzywił się i głośno westchnął. Nie miał ochoty dziś z nikim rozmawiać, a już w szczególności ze swoją chrzestną. Odkąd Gabriella wyjechała, kobieta nie pozwalała mu żyć. Na każdym kroku dawała mu odczuć, jak wielkim był idiotą. Jakby sam tego nie wiedział.
Pokręcił nerwowo głową i zastanowił się przez chwilę.
Może chodziło o Lię i tym razem powinien odebrać?
Zacisnął zęby i po dłuższym namyśle wcisnął zieloną słuchawkę.
– Słucham? – burknął.
Po drugiej stronie zapanowała chwila ciszy.
– Javier? Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonów? – Zdenerwowany głos kobiety rozbrzmiał echem w jego uszach.
– Coś się stało? – spytał niechętnie i odruchowo sięgnął do szuflady biurka, by wyciągnąć z niej kolejną paczkę papierosów.
– Ty mnie pytasz, czy coś się stało? Uderzyłeś się w głowę czy te ostatnie sześć miesięcy odebrało ci rozum? – Wzburzona od razu podniosła głos.
– Estelo, nie mam dziś ochoty na…
– Mam to gdzieś chłopcze, czy masz dziś ochotę na rozmowę ze mną, czy nie! – Przerwała mu. – Nie będę patrzeć, jak staczasz się na samo dno i ciągniesz za sobą w tę otchłań Lię! Ona niedawno znów zaczęła mówić, potrzebuje teraz twojej obecności, zainteresowania…
Tym razem to on wszedł jej w zdanie.
– Nie masz prawa czegokolwiek ode mnie żądać. Nie zamierzam z tobą o tym dyskutować. Jeśli z Lią wszystko w porządku, to wracam do swoich obowiązków.
Jego ostry, nieprzyjemny głos spowodował, że po drugiej stronie na chwilę zapanowała cisza. Jednak nie na długo.
Javier słyszał, jak Estela wzięła głęboki oddech. Zupełnie tak, jakby zbierała w sobie nowe siły, które dziś wyjątkowo mogły mu rozpierdolić umysł. A na to nie mógł pozwolić.
– A właśnie, że mam prawo – wycedziła przez zęby. – Odpychasz Lię. Ona ciągle pyta, kiedy będzie mogła do ciebie przyjechać, kiedy się do niej odezwiesz i z nią porozmawiasz. Co ty wyrabiasz? Naprawdę po tym wszystkim, co ją spotkało, chcesz zafundować jej kolejne przykrości? Cierpiała już po stracie rodziców, teraz chcesz, by przeżywała utratę brata?!
– Zamilcz! – warknął i wstał energicznie z fotela. – Gówno wiesz o tym, co się teraz tutaj dzieje, więc odpuść sobie te umoralniające gadki. Lia potrzebuje kogoś, kto będzie mógł w pełni zaangażować się w spędzany z nią czas, a ja… nie potrafię jej tego dać. – Ścisnął palcami grzbiet nosa i wypuścił głośno powietrze z płuc.
– Jeśli ci o niej przypomina, to zrób coś, by ją tu ściągnąć i żebyście znów mogli być razem! Czy ty, do jasnej anielki, zamierzasz wreszcie ruszyć tyłek i coś z tym zrobić? Miałeś pod nosem taki skarb. Jeśli za chwilę się nie ogarniesz i czegoś nie zrobisz, to stracisz ją na zawsze!
Zacisnął pięści i odchylił głowę.
– Myślisz, że tego nie chcę?! – wrzasnął – Kurwa, od pół roku nie robię nic innego, tylko myślę o tym, jak to wszystko naprawić!
Czuł, że w jego oczach zgromadziły się łzy.
– Ale to nie jest takie proste – dodał dużo ciszej, ciężko łapiąc oddech.
Gdy tylko zobaczył na wyświetlaczu telefonu numer Esteli, wiedział, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Był pewien, że spyta go, czy kontaktował się z Gabriellą. Ale co on miał jej powiedzieć? Że od tamtej pory, gdy po raz ostatni widział ją na lotnisku, nie miał z nią kontaktu? Że był pieprzonym tchórzem, bo nie miał odwagi, by ponownie wejść z butami w jej życie? Bo tak było mu wygodniej? Wiedział, jak bardzo skrzywdził tę małą. Sam jeszcze nie czuł się w pełni gotowy na to, by z nią porozmawiać. Poza tym, nie chciał jej do niczego zmuszać. Już zbyt dużo przez niego wycierpiała. Oczywiście znał jej adres, doskonale wiedział, gdzie była i co robiła. Wysłał za nią kilku ochroniarzy, którzy przez cały czas jej pilnowali, dbali o jej bezpieczeństwo i na bieżąco relacjonowali mu, co u niej. Gdyby tylko coś się działo, to nie patrzyłby na nic, tylko wsiadł do samolotu i pojawił się przy niej. Ale czy ona teraz by tego chciała?
Pewnie, że chciałby do niej pojechać i z powrotem zabrać ją do siebie, ale nie mógł tego zrobić. Nie po tym, co się stało. Nie miał prawa tego na niej wymuszać. Chciał dać jej przestrzeń. Uważał, że to najlepsze, co mógł w tej sytuacji uczynić.
– No tak, bo musiałbyś zrobić coś więcej poza eliminowaniem połowy miasta – burknęła Estela.
Javier jedynie mocniej zacisnął szczękę.
– Trudno. Zrobisz, jak zechcesz – odparła po chwili. – Ale jeśli znów przełożysz przyjazd Lii do rezydencji, to możesz być pewien, że więcej jej do ciebie nie przywiozę! Nie pozwolę ci jej ranić! – krzyknęła i rozłączyła się.
Wypuścił głośno powietrze z płuc, próbując się uspokoić. Trwał tak przez chwilę, starając się zebrać myśli. Wzdrygnął się, gdy usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości tekstowej. Spojrzał na ekran.
Estela:
Lia jej potrzebuje. Wszyscy jej potrzebujemy…
Zrób coś, zanim będziesz tego gorzko żałował. Zanim będzie za późno.
Być może nie da się naprawić tego, co zniszczyłeś. Być może to już ostateczny koniec. Ale któż z nas to wie? Zrób wszystko, co możesz, abyś niczego nie mógł sobie za kilka lat zarzucić. Abyś był pewien, że więcej zrobić już nie mogłeś. Dobrze wiesz, że za to, co zrobiłeś Gabrielli, najchętniej sama bym ci przyłożyła, ale widzę, co się z tobą dzieje. Nie jestem ślepa. Ona nie jest ci obojętna i nigdy nie była. Możliwe, że cię odrzuci albo nie będzie chciała znać, ale jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz. Walcz, chłopcze, o to, co dla ciebie ważne. Przecież niezłomności, siły ducha i charakteru ci nie brakuje.
Gdzieś kiedyś słyszałam, że Javier Ramirez nie przegrywa. Dlaczego teraz mam wątpliwości?
W jego umyśle trwała bitwa. Czuł, jak napięcie rosło w jego ciele, jakby zaraz miał wybuchnąć. Powoli przesunął ręką po twarzy, próbując opanować falę emocji, która go zalewała. Drgnął, gdy usłyszał sygnał kolejnej wiadomości.
Zrób to, co należy. A wierz mi, że o taką dziewczynę należy walczyć. Za każdą cenę. To, co was połączyło, nie było niczym zwyczajnym. Niebo wysłuchało moich próśb, nie walcz z losem, lecz zacznij z nim współpracować. Zawalcz o was. No chyba, że chcesz do końca życia pluć sobie w brodę, że nawet nie spróbowałeś. Ockniesz się, jak ułoży sobie życie z kimś innym.
Prychnął pod nosem i rzucił telefon w kąt skórzanej kanapy.
Ułoży sobie życie z kimś innym.
Też coś. Przecież on nigdy by na to nie pozwolił. Była jego żoną. W świecie mafii nie było miejsca na rozwody, a tym bardziej na romanse na boku. Nie mógł pozwolić na taki skandal, a przede wszystkim nie był w stanie wyobrazić sobie, że ktoś inny mógłby jej dotykać, całować ją, zasypiać z nią w łóżku. Kurwa!
Na samą myśl wszystkie jego mięśnie napinały się ze złości. Ale… czy miał jakikolwiek sensowny plan, by temu zapobiec?
Najchętniej wyeliminowałby z jej otoczenia każdego zainteresowanego nią faceta, ale wiedział, że to nie było rozwiązanie. Ona nigdy by mu tego nie wybaczyła. Być może kompletnie go pojebało, ale nie wyobrażał sobie, by miał odebrać jej szansę na szczęście. Kurwa, naprawdę tego nie chciał. Ta mała była dla niego tak ważna, że nie byłby w stanie jej unieszczęśliwić.
Ona była stworzona do miłości. Była wszystkim, czego mężczyzna mógłby pragnąć w kobiecie – ucieleśnieniem doskonałości. Oczami wyobraźni widział już tych wszystkich samców, którzy tylko czekali na to, by się do niej zbliżyć. Kurwa. Tylko on mógł być takim skończonym idiotą, by zjebać to, co się między nimi zrodziło.
Nie miał w sobie nic, co mogłoby dać jej szczęście. Zamiast troski, dawał strach. Zamiast miłości – ból. Był przeciwwagą dla jej niewinności. Zło było w nim tak głęboko zakorzenione, że stało się jego nierozerwalną częścią. Wiedział, że nie może jej zaoferować niczego więcej poza zniszczeniem, ale myśl, że ktoś inny mógłby pojawić się obok niej, budziła w nim pradawne instynkty. Każdy obraz innego mężczyzny, który mógł dać jej to, czego on nie potrafił, sprawiał, że w jego żyłach buzowała krew.
Poczuł ogromną wściekłość, która natychmiast musiała znaleźć ujście. Jego oddech przyspieszył. Podszedł do biurka i jednym ruchem strącił na podłogę wszystko, co się na nim znajdowało. Szklanka z alkoholem uderzyła o beton, rozbijając się na setki małych kawałków. Zapach mocnego trunku jeszcze okrutniej wdarł się do jego umysłu. Oparł się dłońmi o blat i zwiesił głowę, starając się uspokoić. Serce waliło mu, jakby młotem.
W końcu opadł na fotel, zaciskając mocno zęby.
Nie był typem człowieka, który za kimkolwiek gonił. To było całkowitym zaprzeczeniem jego natury. Był draniem, potworem, łajdakiem. Tak go nazywała i miała stuprocentową rację. Taki właśnie był. Na takiego wychował go ojciec i takim ukształtowało go środowisko, w którym dorastał. Resztę cech zdobył już sam i przywykł do nich. Zawsze niszczył. Tylko to potrafił. Naprawianie nie było jego mocną stroną, nie wchodziło nawet w zakres jego możliwości. Tym razem jednak czuł, że musiał przełamać swoje granice i wyjść poza utarte schematy. Ta mała była tego warta.
Czekał na to pół roku. Jebane sześć miesięcy.
Wystarczy!
Przysunął się do biurka i wystukał w telefonie numer do Rafaela. Mężczyzna odebrał po kilku sygnałach.
– Halo?
Głos jego prawej ręki rozbrzmiał w słuchawce.
– Uprzedź pilota i przygotuj mi na jutro prywatny samolot. Powiedz, że wylatujemy o siódmej rano.
– A dokąd? – Rafael zdawał się zaskoczony.
Javier zmrużył oczy, wpatrując się w skórzaną kanapę, na której ponad pół roku temu siedziała jego żona. Wtedy nie przypuszczał, że ich historia potoczy się w kierunku małżeństwa. Wszak nie był typem mężczyzny, który z jakichkolwiek pobudek miałby do tego dążyć.
– Do Filadelfii – odparł tonem, w którym nie dało się wyczuć nawet grama zawahania.
Bo niekiedy wydaje się nam, że to my dokonujemy wyborów, ale tak naprawdę to one wybierają nas same. Przeznaczenie pcha nas ku jedynej słusznej drodze. Każdy wybór zmienia w jakimś stopniu rzeczywistość. Ciężko przewidzieć konsekwencje naszych decyzji, ale bywają momenty, gdy zupełnie o tym nie myślimy. Jesteśmy przygotowani na wszystko.
Najgorsze, czego możemy doświadczyć w życiu, to żal, że nie zrobiliśmy czegoś w porę.
Póki jest jeszcze czas… wszystko jest możliwe.
W maleńkim pokoju, w jednej ze starych kamienic panował już lekki półmrok. Co prawda dochodziła dopiero piąta po południu, ale na dworze było dziś wyjątkowo pochmurno. Gabriella siedziała na łóżku, ściskając w dłoniach list, który przez ostatnie pół roku czytała po kilka razy dziennie. Zdążyła się już nauczyć na pamięć jego treści i byłaby w stanie wyrecytować go bez pomyłki o każdej porze dnia i nocy, nawet gdyby została nagle wyrwana z głębokiego snu. Jej wzrok przeskakiwał między pełnymi tęsknoty wyrazami, które sprawiały jej ogromny ból, a kopertą z przyklejonym znaczkiem pocztowym, na którym dumnie widniał napis – Cancun, Mexico.
Z jej oczu po raz kolejny popłynęły łzy. Szybko przetarła drżącymi palcami mokre policzki i ponownie zerknęła na treść listu.
Gabriello,
wiem, że spieprzyłem. Zniszczyłem coś, co jako jedyne w moim życiu miało prawdziwą wartość. Skrzywdziłem Cię, choć byłaś jedyną osobą, która nigdy na to nie zasłużyła. Będę tego żałował do końca moich dni. Nigdy sobie tego nie wybaczę, dlatego nie oczekuję, że Ty kiedykolwiek mi wybaczysz. Ale wierzę, że kiedyś będziesz w stanie spojrzeć w moje oczy bez nienawiści.
Chcę, żebyś wiedziała, że to, co wydarzyło się tamtego dnia na plaży, nie było żadną grą ani zabawą. We wszystkim, co mówiłem i robiłem, byłem z Tobą całkowicie szczery. Tamten wieczór i noc już na zawsze będą dla mnie najpiękniejszym wspomnieniem, ale i koszmarem przypominającym mi o tym, jak wiele straciłem. W całym moim popapranym, brudnym życiu nie przeżyłem niczego, co byłoby godne zapamiętania, poza czasem, który spędziłem z Tobą.
Miałaś rację. Jestem draniem, potworem i łajdakiem, jak mnie nazywałaś. Zasłużyłem na to. Wiem, że pewnie nigdy nie pomyślisz już o mnie inaczej, ale chcę, żebyś wiedziała, że przy Tobie po raz pierwszy w życiu chciałem stać się… inny. Przy Tobie i… dla Ciebie.
Jeśli czytasz teraz ten list, to zapewne martwisz się, że będę próbował ściągnąć Cię siłą do Meksyku. Ale nie musisz się tego obawiać. Wiem, gdzie mieszkasz i co robisz, ale nie będę Cię nachodził. Nie bój się. Zadbaj teraz o siebie i odpocznij. Daję Ci przestrzeń, o którą prosiłaś. Nie będę robił niczego wbrew Twojej woli. Ale bądź pewna, że za jakiś czas ię spotkamy. Jesteś dla mnie zbyt ważna, żebym mógł z Ciebie zrezygnować.
J.
List, który przyszedł po dwóch tygodniach od jej przyjazdu do Pensylwanii, każdego dnia wywoływał w jej sercu mnóstwo bolesnych emocji. Z jednej strony, gdy tylko go przeczytała, poczuła się dużo spokojniejsza, że Javier nie będzie jej nachodził i da jej przestrzeń, której tak potrzebowała. Ale z drugiej strony pewna niezrozumiała dla niej myśl wciąż krążyła jej po głowie, nie dając spokoju.
Czuła, że jeśli naprawdę by mu na niej zależało, to chciałby z nią porozmawiać, być przy niej, wesprzeć ją w tym potwornym momencie… Nie uciekłby i nie zostawił tak tego.
Kompletnie siebie nie rozumiała. Na początku bardzo potrzebowała pobyć sama, zniknąć z miejsca, które stało się jej piekłem, uciec, uwolnić się. Być daleko od człowieka, który złamał jej serce. Ale już po kilku tygodniach, zaczęła odczuwać ogromną tęsknotę. W jej sercu rodziło się irracjonalne przekonanie, że tylko mężczyzna, który był przyczyną jej nieszczęścia, mógłby teraz ją z niego otrząsnąć. Ten, który najbardziej ją skrzywdził, jako jedyny mógłby ją uratować.
Jednak on, poza tym jednym cholernym listem, nie zrobił niczego, by się z nią skontaktować.
Może już ułożył sobie życie na nowo? Może o niej zapomniał?
Ten list wywoływał w niej jeszcze większy smutek. Rodził prawdziwe rozczarowanie, którego się nie spodziewała.
Twierdził, że „była dla niego ważna”. I co? Gdzie teraz był?
Zacisnęła usta, powstrzymując się od płaczu. Mimo upływu czasu, jej ból nie mijał. Pół roku temu jej serce rozpadło się na tysiąc maleńkich kawałków. Od tamtej pory funkcjonowała jak w transie. Zmuszała się do każdej najprostszej czynności. W jej duszy zapanowała prawdziwa ciemność, która z każdym dniem zatracała ją w coraz to większej beznadziei i cierpieniu. Czuła pustkę w sercu.
Ostatnie miesiące były dla niej niezwykle ciężkie. Po przyjeździe do Filadelfii początkowo odczuwała ulgę, ale już od pierwszego dnia ciężko było się jej odnaleźć w starej rzeczywistości. Życie, którego doświadczyła w Meksyku, naznaczyło ją na zawsze. Wiedziała, że już nigdy nie będzie tą samą osobą, którą była, gdy stąd wyjeżdżała.
Nie miała sił poskładać siebie na nowo. Czuła się jak wrak człowieka. Żyła, oddychała, ale w głębi duszy tak naprawdę umarła. Po traumatycznych przeżyciach, jakich doświadczyła, bardzo szybko ujawnił się u niej stres pourazowy. Przez pierwsze tygodnie prawie w ogóle nie wstawała z łóżka. Potrafiła płakać przez kilka godzin, robiąc sobie przerwę dopiero wtedy, gdy ból głowy stawał się tak nieznośny, że nie była w stanie wziąć swobodnego oddechu. Żadne leki przeciwbólowe wtedy nie pomagały. Serce kołatało jej w piersi tak mocno, jakby miało się z niej wyrwać. Każda noc zawsze kończyła się tym samym – albo odbierającą jej resztki sił bezsennością albo sennymi koszmarami, po których budziła się zlana potem i trzęsła się jak galareta.
Bała się. Cholernie się bała. Obrazy wspomnień z mordowaną na jej oczach dziewczyną wciąż powracały. Próbowała o nich zapomnieć, wyrzucić je ze swojej świadomości, ale na próżno. Przychodziły nieproszone, siejąc ogromny lęk w jej zniszczonym i złamanym sercu. Na nowo rozniecały w niej ból.
Czuła się tak krucha i bezsilna, że nie była w stanie o siebie zawalczyć. Prawie w ogóle nie wychodziła z domu. Skrywała się pod kołdrą i potrafiła przeleżeć tak cały dzień, nawet na moment się nie poruszając. Mało się odzywała, robiła to tylko wtedy, gdy było to naprawdę niezbędne. Jednak przez pierwsze dni, zaraz po przyjeździe, jej głos brzmiał bardziej jak nieskładne i niewyraźne jąkanie niż mowa.
Gdyby nie Lisa i ogrom wsparcia, jaki jej okazała, najpewniej teraz gryzłaby już ziemię. Przyjaciółka starała się otoczyć ją jak najlepszą opieką. Dbała o nią, przygotowywała jej posiłki, a nawet zdarzało się, że ją karmiła. Gdyby nie jej pomoc, zapewne Gabriella nic by nie jadła i po prostu umarłaby z głodu. Ile to Lisa musiała się natrudzić, by cokolwiek w nią wmusić! Robiła wszystko, by uratować ją przed samozniszczeniem. Często zasypiała z nią w łóżku, byleby tylko dodać jej otuchy. To dzięki namowom przyjaciółki Gabriella w końcu postanowiła poszukać pomocy u specjalisty. Rozpoczęła terapię, brała leki uspokajające, po których przez większość czasu spała, ale cierpienie wcale się nie zmniejszyło. Starała się wierzyć, że ten koszmar za jakiś czas się skończy, niestety czuła, że psychiatra nie może jej pomóc, gdyż ona sama nie miała możliwości się przed nim w pełni otworzyć. Oczywiście powiedziała mu, że była świadkiem morderstwa i że nie potrafi poradzić sobie z traumą, którą to wydarzenie spowodowało, ale to wszystko.
Bo co więcej miała mu powiedzieć? Że kilka miesięcy temu padła ofiarą intrygi rodzonej siostry, która postanowiła sprzedać ją meksykańskiej mafii? Że miała zostać sprzedana jako ofiara handlu ludźmi? Że była przetrzymywana w celi, by potem trafić do domu Javiera Ramireza, najgroźniejszego mężczyzny w Meksyku? Że została zmuszona do tego, by poślubić samego bossa kartelu narkotykowego? Że była na tyle głupia, by się w nim zakochać? Że cierpiała teraz tak mocno przez własną naiwność, bo człowiek, którego pokochała, poderżnął na jej oczach gardło prostytutce?
Świat mafii wiele ją nauczył. Wiedziała, że pewne rzeczy musiała zachować tylko dla siebie.
Jakby tego było mało, złamane serce nawet na trochę nie przestawało boleć. Tęsknota za źródłem jej zniszczenia, a więc mężczyzną, który wyrwał jej duszę i który tak mocno ją skrzywdził, stała się nieodzownym elementem jej codzienności. Choć jej serce krwawiło, nie potrafiła wyzbyć się swych uczuć.
Przez pierwsze dni po odstawieniu leków, ciężko było jej bez nich funkcjonować. Lęki i napady paniki powróciły. Aby sobie z nimi poradzić, krążyła bezmyślnie po pokoju, co chwilę sprzątając i przestawiając różne rzeczy. Podczas jednej z takich sytuacji, natrafiła na ukryte pod łóżkiem pudło z materiałami do pracy, o których zapomniała. Po przepłakanej nocy zrozumiała, że musi wziąć się w garść. Albo teraz, albo nigdy.
Ponieważ rok akademicki już dawno się zaczął, a ona nie byłaby w stanie nadrobić zaległości, postanowiła zrobić sobie przerwę w studiowaniu i powrócić na uczelnię za rok. Całą swoją energię poświęciła na tworzenie kolejnych kolekcji biżuterii. To dało jej ogromną motywację do wstawania rano z łóżka. Tworzenie stało się dla niej idealną odskocznią od problemów. W pełni zatraciła się w pracy, co jak się okazało, bardzo szybko zaowocowało niespodziewanym sukcesem. Pewnego dnia dostała telefon, który na nowo rozbudził w jej sercu nadzieję. Uwierzyła, że jej życie jeszcze może zmienić się na lepsze. Dostała szansę na własną, trzydniową wystawę w samym centrum miasta.
Była tak szczęśliwa, że przez kilka dni nie potrafiła skupić się na niczym innym. Wieczory i noce wciąż były dla niej bardzo trudne, bo późne godziny zawsze przynosiły ze sobą nieproszone wspomnienia. Jej myśli mimowolnie uciekały w stronę Cancun i rozdziału, który zamknęła kilka miesięcy temu. Za to dni… były już zupełnie inne. Bardziej kolorowe, pełne życia, zapału i nowej energii.
Niestety nawet to marzenie zaczęło teraz odchodzić w cień, zatruwając jej serce i pozbawiając ją jedynej kiełkującej nadziei, której tak kurczowo w ostatnim czasie się trzymała.
Zacisnęła palce na liście i przymknęła ze smutku oczy. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała za sobą stroskany głos przyjaciółki, która weszła właśnie do jej sypialni.
– Gabby?
Lisa podeszła do niej i zmartwiona uważnie się jej przyjrzała.
– Wszystko dobrze? – spytała z przejęciem, widząc, że dziewczyna znów płakała.
Gabriella potaknęła lekko głową i przetarła wierzchem dłoni mokre od łez policzki.
Wzrok przyjaciółki od razu padł na trzymany w jej dłoniach list. Westchnęła, przygryzając policzek.
– Nie zamartwiaj się, proszę… Nie dzisiaj… – powiedziała strapionym głosem i pogłaskała ją czule po włosach – Dziś twój wielki dzień, pamiętasz?
Gabriella jednak nawet nie drgnęła.
Lisa uśmiechnęła się delikatnie, próbując poprawić jej nastrój i choć na chwilę odciągnąć jej myśli od bolesnych wspomnień.
– Druga wystawa! – Klasnęła nagle w dłonie. – Sama jeszcze w to nie wierzę! Tak się cieszę! – rzuciła się jej na szyję. – Moja kochana, dzielna i zajebiście utalentowana dziewczynka!
Gabby pod wpływem tych słów od razu się rozpłakała. Lisa przytuliła ją mocno do siebie.
– Nie płacz, kochana… Nie dziś. Słyszysz? – Oderwała się od niej i chwyciła ją za ramiona.
Spojrzała jej prosto w oczy.
– Dziś masz zrobić na tych wszystkich krytykach i klientach takie wrażenie, że na samo twoje wejście kapcie im z nóg pospadają!
Dziewczyna spuściła wzrok.
– Lis, wiesz, że to nie ma sensu… Jeśli dziś nic nie sprzedam, to znaczy, że się nie nadaję.
Lisa się obruszyła.
– Co ty mówisz? Zwariowałaś? Nigdy więcej nawet tak nie myśl. – Spojrzała na nią karcącym wzrokiem, choć było w nim więcej czułości i troski niż jakiejkolwiek reprymendy. – Przecież jesteś świetną artystką, cholernie utalentowaną. Wczoraj ci nie poszło, bo na wystawie zjawiły się jakieś buce, które nie dostrzegły drzemiącego w tobie potencjału. Jestem pewna, że dziś i jutro sprzedasz mnóstwo swoich dzieł.
Widząc grymas wymalowany na twarzy przyjaciółki, od razu pospiesznie dodała:
– Gabby, dostałaś ogromną szansę – powiedziała pewnym głosem. – Właściciel lokalu uwierzył w ciebie, dlaczego więc ty nie potrafisz tego zrobić? Jesteś genialna w tym, co robisz. Ty to kochasz! Jak tworzysz, od razu odżywasz. Dzięki temu twoje dzieła to nie tylko martwe przedmioty. Twoja biżuteria ma duszę. Każda z tych błyskotek ma swoją historię. Właśnie tego szukają teraz ludzie. Prawdziwej pasji. Chcą biżuterii, która nie będzie nijaka, ale będzie niosła za sobą jakiś głębszy przekaz, z którym będą mogli się utożsamić.
– Chciałabym w to wierzyć, ale wczoraj słyszałam, jak ktoś powiedział, że moja biżuteria jest za skromna… Ja chyba nie tworzę nic na dzisiejsze czasy.
Wzruszyła ramionami.
– A weź tam! Będziesz się jakiegoś bezguścia słuchać! – Lisa wywróciła oczami. – Gabby, naprawdę przejmujesz się opinią jednej osoby?
Gabriella głośno westchnęła.
– Lis, właściciel lokalu dał mi szansę, to prawda. Ale czuję, że ona właśnie przelatuje mi przez palce. Zawiodłam go. Zawiodłam samą siebie. Na wczorajszej wystawie było pełno gości, ale nic nie sprzedałam, nawet jednej bransoletki albo pary kolczyków. Jeśli dziś będzie to samo, to…
Lisa natychmiast jej przerwała.
– Gabby, marzyłaś o tym, odkąd tylko skończyłyśmy szkołę. Przestań się zamartwiać i tworzyć czarne scenariusze. To zawsze była moja rola, pamiętasz? – Spojrzała na nią wymownym wzrokiem, aż w końcu na twarzy Gabrielli pojawił się wymuszony, delikatny uśmiech.
– Jesteś świetna w tym, co robisz. Nie ma opcji, żeby ci nie wyszło. Nie poddawaj się tak szybko – przekonywała ją dalej.
– Ale… – głos dziewczyny zaczął drżeć – po tym, co się wydarzyło, przez co przeszłam, ja nie potrafię inaczej…
– Wiem, skarbie. – Lisa ścisnęła jej dłonie. – Ale zobaczysz, że już niedługo los się do ciebie uśmiechnie. Cholera, już się uśmiechnął! Moja przyjaciółka ma trzydniową wystawę w centrum miasta! – dodała prawdziwie podekscytowana. – Jeszcze miesiąc temu byśmy w to nie uwierzyły. Nie pozwól na to, by przeszłość zniszczyła twój obecny sukces. Gdy będziesz wciąż patrzeć za siebie i zezwalać na to, by przeszłość deptała ci po piętach, możesz nie zauważyć możliwości, które się przed tobą pojawiają. Wykorzystaj tę szansę w pełni, ciesz się nią i nie załamuj się pierwszymi potknięciami. W pracę artysty wpisana jest niepewność, ale twoja kolekcja jest warta wszystkiego.
– Tak myślisz?
– No pewnie! Zobaczysz, jeszcze wrócisz dziś do domu i będziemy opijały twój sukces!
– Jesteś kochana… – W oczach Gabrielli pojawiły się łzy wzruszenia. – Dobrze wiedzieć, że ktoś tak we mnie wierzy…
– Zawsze będę w ciebie wierzyć, Gabby! Teraz pora, byś i ty w siebie uwierzyła. Ten gnój nie jest wart twoich łez – wypaliła nagle bez zastanowienia, spoglądając na leżący na kolanach jej przyjaciółki list. – Unieś głowę wysoko i walcz o siebie, o swoje marzenia. Pamiętaj, że zawsze będę cię wspierać. Niezależnie od okoliczności.
– Dziękuję… – powiedziała cichutko szatynka, kolejny raz przecierając mokre od łez policzki.
Lisa uśmiechnęła się szeroko.
– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, nie masz za co mi dziękować!
– A właśnie, że mam – odparła pewnie Gabby, biorąc głęboki wdech. – Nie podziękowałam ci nawet za to, ile w ostatnim czasie dla mnie zrobiłaś… Gdyby nie ty… nie wiem, co by się stało…
Na samo wspomnienie tego, co się z nią działo, zaczęła się cała trząść.
– Wiem, że odkąd tylko tu przyjechałam, jestem dla ciebie ogromnym ciężarem. Ty też masz swoje problemy, a ja tylko ciągle użalam się nad sobą. Zajmujesz się mną jak dzieckiem… – Pociągnęła nosem. – Tak mi wstyd…
– Gabby, nie gadaj głupot! – Lisa pokręciła głową i naraz chwyciła dłońmi jej policzki, zmuszając ją do tego, by na nią spojrzała. – Jesteś dla mnie jak siostra. Rozumiesz? Siostra! Kocham cię i zawsze będę cię wspierać. Nie użalasz się nad sobą. Nie mów tak. Przeszłaś piekło, masz prawo do każdej z emocji, którą w sobie tłumisz. Potrzebujesz wsparcia, a ja nigdy nie zostawię cię w potrzebie.
Z oczu Gabrielli popłynęły kolejne łzy, tym razem nie były one jednak związane ze smutkiem, lecz z jakąś formą oczyszczenia, którego tak potrzebowała.
– Naprawdę dziękuję… – wydusiła z siebie cichym głosem, ledwo tłumiąc szloch, który wydobywał się z jej ściśniętego gardła – Nie wiem, czym zasłużyłam sobie na taką wspaniałą przyjaciółkę… Gdyby nie ty i twoje ogromne wparcie, to wątpię, że po tym wszystkim, co przeżyłam, odważyłabym się na tę wystawę…
– W końcu obie jesteśmy artystkami, czyż nie? – Lisa poruszyła figlarnie brwiami. – Kto lepiej zrozumie artystę, jak nie drugi artysta. – Puściła jej oko.
Patrzyły na siebie przez chwilę, po czym obie się uśmiechnęły. Gabriella tylko lekko, przez łzy, ale brunetka doskonale rozumiała jej stan. Wiedziała, że dla jej przyjaciółki to i tak był już wielki przełom i ogromnie się z tego cieszyła. Każdy uśmiech na jej twarzy był powodem do jej osobistej radości.
– No dobra, starczy tego – odparła pełna energii. – Zbieraj się, kochana. Głowa do góry, pierś do przodu. Idź i zrób takie wrażenie, że wszyscy tam padną!
Gabby westchnęła i wstała z łóżka.
– No to idę… – powiedziała bez najmniejszego przejawu zapału.
– Trzymam kciuki! – Lisa mocno ją uściskała, na co szatynka lekko się uśmiechnęła.
– Dziękuję… – odparła cicho.
Podeszła do lustra i przetarła mokrą chusteczką twarz, aby ukryć zaczerwienione od płaczu ślady na skórze. Następnie rozczesała dokładnie włosy i przygładziła je palcami. Uśmiechnęła się, wpatrując się w swoje odbicie. Miesiąc temu skróciła o połowę włosy i teraz sięgały one niewiele poniżej obojczyków. Dobrze czuła się w tej długości. Obcięcie włosów ściśle wiązało się z duchowym zakończeniem pewnego etapu w jej życiu. Wraz z błyszczącymi, długimi pasmami, w cień miała odejść również jej przeszłość, jednak z tym nie było już tak łatwo.
Lisa przystanęła przy drzwiach i troskliwie się jej przyjrzała.
– A wiesz, kto dziś dzwonił?
Gabriella pokręciła głową.
– Rosa. – Brunetka uśmiechnęła się szeroko. – Pytała o ciebie… Martwi się. – W jej głosie dało się wyczuć teraz jeszcze większe przejęcie. – Będziesz chciała potem z nią pogadać? Pytała, czy się odezwiesz…
– Jasne, zadzwonię, jak wrócę – odparła bez zastanowienia szatynka.
Ostatnio często rozmawiały. Po powrocie do Filadelfii Gabby nie była w stanie nawet podnieść się z łóżka i nie odzywała się do nikogo ani słowem. Rozmowa przez telefon była dla niej zbyt wielkim wyzwaniem. Odkąd znów zaczęła mieć kontakt z Rosą, czuła się dużo lepiej. Tęskniła za nią. Nie chciała tego przed sobą przyznać, ale tęskniła też za rezydencją… Była bardzo ciekawa, co u Esteli, Lii, ale nie miała odwagi o to spytać. Poza tym, było to dla niej zbyt bolesne. Wolała nie poruszać tego tematu, by nie musieć na nowo mierzyć się ze swoją przeszłością. Tłumaczyła sobie, że niewiedza i zerwanie kontaktu będzie najlepszym rozwiązaniem. Przynajmniej nie będzie tak bolało.
Rosa od kilku dni usilnie namawiała ją na wideokonferencję, ale Gabriella nie mogła się przełamać. Nie czuła się jeszcze najlepiej i nie chciała niepotrzebnie martwić przyjaciółki swoim stanem. Już wystarczy, że Lisa cały czas się zamartwiała i ciągle jej matkowała. Pewnie i tak zdała jej kolejną, szczegółową relację.
Poczuła przyjemne ciepło na sercu. Cieszyła się, że miała takie wspaniałe przyjaciółki, na które zawsze mogła liczyć. A jeszcze bardziej cieszył ją fakt, że także i one miały ze sobą cudowny kontakt. Widziała, że się polubiły.
Gdyby tylko wszystko potoczyło się inaczej…
Potrząsnęła głową.
Nie! Potoczyło się tak, jak miało się potoczyć. To już przeszłość. Zamknięty rozdział, o którym musi zapomnieć.
Okłamywała samą siebie, że nie myślała o Javierze, ale nieraz korciło ją, by spytać o niego Rosę. Na końcu języka zawsze miała jedno i to samo pytanie: „Czy o mnie nie zapomniał?” Na szczęście w porę udawało jej się otrząsnąć, zanim myśli przekuły się w słowa. Samo wspomnienie o mężu wlewało do jej serca ogromne pokłady cierpienia, którego w tym momencie nie była jeszcze w stanie udźwignąć.
Spojrzała ostatni raz w lustro, po czym weszła do przedpokoju. Założyła długi jesienny płaszcz, zapięła botki i przerzuciła przez ramię małą torebkę na skórzanym pasku. Była gotowa na kolejny dzień wystawy. Chciała wierzyć, że dziś dopisze jej większe szczęście niż ostatnio.
Pożegnała się z Lisą. Widziała, że przyjaciółka też była cała w nerwach. Chociaż starała się tego nie okazywać, bardzo się o nią martwiła i zależało jej na tym, by dzisiejszy wieczór się udał. Obdarowała ją lekkim uśmiechem, po czym wyszła na klatkę schodową. W ostatniej chwili cofnęła się jeszcze po parasol. O tej porze roku w Filadelfii deszcze zdarzały się dość często, więc wolała się zabezpieczyć. Ostatnie, o czym teraz marzyła, to pokazanie się gościom na wystawie jak zmokła kura. Z pewnością nie zrobiłaby wtedy dobrego wrażenia.
Gdy tylko wyszła na zewnątrz, od razu w duszy podziękowała sobie za to, że posłuchała swojego wrodzonego instynktu. Na dworze lekko już mżyło, ale ciemne chmury i porywisty wiatr świadczyły o tym, że zbliżała się prawdziwa ulewa. Zapięła płaszcz pod samą szyją i skryła się pod dużym parasolem. W Pensylwanii było już dość chłodno, nie to, co w Meksyku. Jeszcze do tej pory trudno było jej się przestawić i na nowo zaakceptować brzydką pogodę. Cóż, do dobrego łatwo się przyzwyczaić.
Minęła znajomy śmietnik, walające się po chodniku butelki po piwie i podążyła brukowanym chodnikiem wzdłuż szarych, obdrapanych kamienic. Ciemne uliczki, choć ponure, były jej najprawdziwszym domem. Ta dzielnica nigdy nie należała do najbezpieczniejszych, ale ona lubiła te rejony. Były piękne w swej brzydocie.
Rozejrzała się wokoło z uczuciem nostalgii. Pamiętała doskonale, co czuła, gdy się tu wprowadziła. Strach, niepewność, ale te emocje szybko odeszły w cień, gdy do zapłaty przyszły pierwsze rachunki. Dopiero wtedy zrozumiała, że na nic lepszego po prostu nie było jej stać. Z czasem… polubiła to miejsce i nie wyobrażała sobie wyprowadzki.
Obecnie znajome uliczki dodawały jej otuchy i wlewały w jej serce spokój, którego tak potrzebowała. Może i było tu brzydko, ale to było jej miejsce. Dom, który znała i w którym funkcjonowała od lat. Wolała to niż przepiękne, egzotyczne krajobrazy Meksyku, oglądane w samym środku piekła. W tym momencie nic nie miało dla niej większej wartości od poczucia bezpieczeństwa i wolności, z której mogła do woli korzystać.
Krople deszczu stawały się coraz grubsze i cięższe, przyspieszyła więc kroku. Kierowała się prosto na wystawę. W jej sercu tliła się maleńka cząstka nadziei na to, że dzisiejszy wieczór będzie inny od pozostałych. Że nareszcie przyniesie ze sobą coś dobrego.
Tak bardzo chciała w to wierzyć.
Bo nigdy nie jest za późno na drugą szansę. To, co kiedyś było dla nas czeluścią piekła, dziś może stać się realną obietnicą szczęścia.
W tej grze kluczową rolę odgrywa czas. Bowiem to właśnie on jest najbardziej podstępnym, ale i niezastąpionym przyjacielem.
Dochodziła właśnie dwudziesta pierwsza. Wystawa autorskiej kolekcji Gabrielli według ustalonego harmonogramu powinna już zbliżać się ku końcowi. Jednak ku jej ogromnemu zaskoczeniu dopiero zaczynała się rozkręcać. Właściciel lokalu na prośbę gości postanowił przedłużyć godziny dostępności sali, która pękała teraz w szwach od klientów. Szatynka wiedziała już, że ten wieczór zapamięta na długo. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze dziś przed wyjściem z domu wahała się, czy to wszystko ma jakikolwiek sens. A teraz ludzi przybywało, z kolei sprzedaż z godziny na godzinę rosła. Po raz pierwszy od tych nieszczęsnych sześciu miesięcy naprawdę szczerze się uśmiechała.
– Pani Gabriello! – Usłyszała nagle za sobą podekscytowany głos menadżera wystawy. Mężczyzna podbiegł do niej, gdy zmierzała akurat do stolika z napojami.
Instynktownie się zatrzymała.
– Tak? – Zaciekawiona, odwróciła się za siebie.
Ożywiona, pełna ekscytacji twarz mężczyzny mogła oznaczać tylko jedno. Był zachwycony jej dzisiejszym sukcesem, którego po wczorajszej porażce ewidentnie się nie spodziewał.
– Ja… wprost nie wiem, co powiedzieć! Jest pani niesamowita! Pani kolekcja cieszy się takim uznaniem, że podejrzewam, iż do końca dzisiejszej wystawy sprzeda pani cały swój dostępny zbiór.
Zdyszany, stanął przed nią i z radością zlustrował jej postać.
W oczach Gabrielli pojawiły się małe iskierki radości. Była szczęśliwa, choć za wszelką cenę starała się to ukryć. Ciężko jej było zrozumieć swoje emocje, ale z jakiegoś powodu bała się okazywania pozytywnych uczuć. Miała wtedy wyrzuty sumienia. Tak, jakby jej serce odrzucało jakąkolwiek radość. Coraz bardziej zatapiała się w znajomym mroku, który wydawał jej się bezpieczniejszy od miłych niespodzianek, które serwowało jej życie. Wszak każda z nich mogła przynieść ze sobą bolesne konsekwencje. Po pobycie w Meksyku nauczyła się jednego – nigdy nie warto zbyt wcześnie się cieszyć, bo szczęście jest niezwykle kruche i łatwo je stracić.
– Naprawdę? Tak pan myśli? – spytała niepewnie, zupełnie tak, jakby nie dowierzała słowom mężczyzny.
– Nawet nie wyobraża sobie pani, jakie dobre pani zbiera recenzje. Widzi pani tego starszego mężczyznę w grafitowym garniturze i czerwonym krawacie?
Menadżer ruchem głowy wskazał na tajemniczą postać, z którą wszyscy się witali, zachowując przy tym stosowny dystans.
– Tak, widzę. A kim on jest?
Mężczyzna spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– No niech mi pani tylko nie mówi, że nie zna pani Ericka Roadsa.
– A to ktoś ważny? – wypaliła jak gdyby nigdy nic, wzruszając ramionami.
Tym razem menadżer nie wytrzymał i pokręcił z rozbawieniem głową.
– Pani Gabriello… Jest pani tak szczera i naturalna w tym, co pani robi, że jestem pewien, że wszyscy panią pokochają. Lepszej reklamy nie mogła pani sobie zrobić. A w tej branży nie liczy się tylko produkt, ale również artysta, który sprzedaje go swoją twarzą.
– Nie rozumiem…
– Erick Roads to jeden z najbardziej rozchwytywanych promotorów jubilerskich w naszym regionie, a zarazem jeden z najbardziej szanowanych biżuteryjnych krytyków. Inne projektantki już dawno by mu nadskakiwały, byleby tylko zwrócił na nie uwagę. Za wszelką cenę przekonywałyby go do pochlebnej oceny ich kolekcji, a pani… nie musiała robić nic, by był zachwycony już od progu. Ba! Pani nawet go nie zna.
Roześmiał się.
– No tak… Rzeczywiście… nie kojarzę go – wydukała dużo cichszym głosem, lekko zawstydzona.
– Spokojnie. – Mężczyzna puścił jej oko. – To wbrew pozorom działa na pani korzyść i stanowi ogromną zaletę. Proszę mi wybaczyć rozbawienie, ale po prostu nie mogę się nadziwić, że tak utalentowana i zdolna artystka ma w sobie tyle skromności.
Gabriella od razu mimowolnie się spięła.
– Jaka tam utalentowana. To tylko…
– Proszę w siebie uwierzyć – przerwał jej stanowczym tonem. – Dzisiejsza wystawa powinna dodać pani wiatru w skrzydła. Jest dowodem na to, że już niedługo drzwi do kariery mogą stać przed panią otworem.
Na dźwięk tych słów, zagryzła niepewnie usta.
– Ja chciałabym tylko móc tworzyć… To wszystko… Nie planuję wielkiej kariery. Nigdy nawet o niej nie marzyłam.
– To teraz musi się pani przygotować na wszystko. – Szeroko się uśmiechnął. – Ktoś właśnie kupił połowę pani dzisiejszej kolekcji – dodał ostrożnie, badając wzrokiem jej reakcję.
Gabriella znieruchomiała. Zrobiła wielkie oczy.
– S…słucham?
– Połowa pani kolekcji właśnie została sprzedana – powtórzył z wyraźną satysfakcją w głosie. – Jeden z gości zadeklarował, że jest w stu procentach przekonany do zakupu i nawet nie próbował negocjować ceny. Dlatego przyszedłem, by poinformować panią, że już niebawem pani życie może się zmienić. Tak wielka sprzedaż w ciągu jednej wystawy w połączeniu ze świetnymi recenzjami to idealny początek dla dobrze rokującej debiutantki.
Słuchała go, lecz była jakby nieobecna. Słowa mężczyzny zupełnie do niej nie docierały.
Jeszcze wczoraj nikt nie chciał kupić nawet jednej sztuki, a dziś ktoś deklaruje kupno połowy całej kolekcji? Sprzedaż szła dużo lepiej, ale ciężko było jej uwierzyć w taki nagły przypływ szczęścia. Przecież… to było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
– Ktoś… kupił połowę kolekcji?
Jej głos zaczął niekontrolowanie drgać.
– Tak – odparł bez zastanowienia menadżer. – Odniosłem nawet wrażenie, że miał ochotę kupić całość, ale coś go powstrzymywało. Chyba uznał, że połowa wystarczy, by odniosła pani dziś sukces. Moim zdaniem ten facet był panią prawdziwie oczarowany i był pewny tego, że chce zainwestować swoje pieniądze w pani talent. Ten człowiek może być pani przepustką do wielkiego świata kariery.
Pewność bijąca z postawy i wzroku mężczyzny wpędzała ją w jeszcze większą dezorientację. Analizowała w głowie jego słowa, przez chwilę zastanawiając się, czy aby przypadkiem nie postradał zmysłów. Stała, nawet na moment się nie poruszając. Zupełnie tak, jakby właśnie wryło ją w ziemię.
– Ale… jak to? Kto? Gdzie jest ten człowiek?
Zaczęła rozglądać się po sali.
– Był tutaj. Wyszedł chwilę temu. Powiedział, że przyjdzie jutro, by omówić szczegóły transakcji.
Mężczyzna spojrzał na nią zaskoczony.
– Nie cieszy się pani?
– Oczywiście, że się cieszę. Po prostu…
Wstrzymała oddech i na chwilę się zamyśliła.
Po chwili jednak machnęła dłonią.
– A nic, nieważne! Po prostu jestem trochę przewrażliwiona i ciężko uwierzyć mi w taki nagły prezent od losu.
– Na początku sukces zawsze jest ogromnym zaskoczeniem, później się pani przyzwyczai. Najwyraźniej ta kolekcja bardzo mocno wpadła komuś w oko. – Spojrzał na nią wymownie i nie przestając się uśmiechać, oddalił się w głąb lokalu.
Gabriella wzięła głęboki oddech i przez chwilę przypatrywała się zatłoczonej sali. Widziała, że goście uważnie oceniali jej kolekcję. Biżuteria wykonana z różnokolorowych muszli mieniła się w sztucznym świetle. W jej oczach zebrały się łzy.
Mogła się tego wypierać, ale ta kolekcja już zawsze przypominać jej będzie o najpiękniejszych chwilach, jakie przeżyła w życiu. Piękno wspomnień, choć zatarte bólem i goryczą, wciąż wywoływało te same dreszcze, tę samą gęsią skórkę.
Długo zastanawiała się nad tym, dlaczego akurat ten zbiór postanowiła wysłać na konkurs. Może na kartach księgi przeznaczenia jeszcze nie dopisano zakończenia? Nici wydarzeń, które były jej pisane od początków świata, wciąż się ze sobą wiązały.
Jednego była pewna. Ta kolekcja była fantastyczna. Oryginalna, unikatowa, po prostu wyjątkowa. Inna od wszystkich. Może nie była obiektywna, oceniając własny pomysł, ale opinie ludzi mówiły same za siebie.
Chyba przyszedł czas, by nareszcie w siebie uwierzyła.
Właśnie to radził jej Javier tamtej nocy na plaży. By w kwestiach zawodowych podążyła własną ścieżką, by posłuchała serca. Był pewien, że prostota i skromność zostaną w końcu zauważone. Drań miał rację. Przewidział to.
Cóż, gdyby nie tamta noc… pewnie ten pomysł nigdy nie zrodziłby się w jej głowie. Sukces musiał być okupiony bólem. Chciała wierzyć, że wszystko w życiu ma swój cel, że nic nie dzieje się bez powodu. Najwyraźniej jej pęknięte wpół serce również było częścią jakiegoś wyższego planu.
Późnym wieczorem.
– Gabby, nie chcę być złym prorokiem, ale to mi się nie podoba…
Lisa od godziny nie mogła przestać się zamartwiać. Chodziła w kółko po kuchni, gestykulując i co rusz łapiąc się za głowę.
– Cieszę się twoim szczęściem i jestem cholernie z ciebie dumna. Sprzedaż połowy kolekcji to naprawdę coś, ale kurczę… to wszystko wydaje mi się jakieś podejrzane – kontynuowała swój monolog.
Dziewczyna głośno westchnęła.
Odkąd tylko wróciła do domu i opowiedziała o wszystkim przyjaciółce, ta nie dawała za wygraną i wciąż wymyślała coraz to czarniejsze scenariusze. Gabriella była już przyzwyczajona do jej ciemnych wizji, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu nie chciała bojkotować szansy, którą zesłał jej los.
Oparła dłonie o blat stołu i przewróciła oczami.
– Lis, czy my możemy wreszcie zjeść na spokojnie tę kolację? Zaraz nam wystygnie!
Lisa spojrzała na nią z troską.
– Gabby, ja się po prostu martwię.
– Wiem, ale… Ja myślałam, że będziesz dzielić ze mną to szczęście, a ty jak zwykle widzisz we wszystkim jakiś podstęp. – Gabriella pokręciła głową.
Lisa zajęła miejsce przy stole, naprzeciwko niej.
– Kochana, nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym, żeby ci się udało – odparła opiekuńczym głosem. – Cholera! Pragnę tego chyba jeszcze mocniej niż ty, ale… po prostu proszę cię, żebyś była ostrożna.
Ostatnie słowa wypowiedziała z dozą niepewności i lęku. Gabriella wyczuwała, że jej przyjaciółka wolałaby, żeby w jej pobliżu nie kręcili się teraz nieznajomi. Lekko się do niej uśmiechnęła.
– Będę. Nie martw się. Po tym, co przeżyłam w Meksyku, na wszystko patrzę teraz z rezerwą i strachem. Tylko że… – na jej twarzy pojawił się widoczny ból – ja już tak nie chcę! Chcę zacząć znowu żyć i przestać się bać. Nie musieć się wciąż oglądać za siebie. Świat jest brutalny, ale to nie tak, że za każdym rogiem czyha na nas niebezpieczeństwo. Gdyby tak było, to wszyscy musielibyśmy zamknąć się w domach i nawet na milimetr nie wyściubilibyśmy nosów ze swoich „pieczar”.
Lisa po raz pierwszy od dawna dostrzegła w jej oczach prawdziwą nadzieję.
– Ja po prostu znów chcę być sobą! Rozumiesz? Chcę w pełni korzystać z życia i zacząć wszystko od nowa. Ta sprzedaż to dla mnie ogromna szansa. Dlaczego nawet w tym mam wietrzyć podstęp?
– Gabby… – przyjaciółka chwyciła ją za dłoń – ty wiesz, że życzę ci jak najlepiej i mocno trzymam za ciebie kciuki, ale naprawdę się o ciebie martwię. Sama mi ostatnio mówiłaś, że świat mafii nigdy nie wypuszcza z rąk tych, którzy do niego wkroczyli. Nie możemy zapominać, że nadal jesteś żoną tego padalca. – Skrzywiła się. – Jeśli nie on, to ktoś inny może ci zagrażać.
– Nie tutaj. Nie w Pensylwanii. Ten świat zostawiłam za sobą w Meksyku – odparła pewnie Gabriella.
To pół roku jasno pokazało jej, że świat kartelu tutaj jej nie dosięgał. Wiedziała, że Lisa miała na ten temat inne zdanie. Długo jej szukała i za każdym razem zderzała się ze ścianą. Rozumiała jej emocje, wszak to właśnie brunetka poznała od podszewki realia pensylwańskiej policji, która wciąż zbywała jej prośby o pomoc. Nie dziwiła się więc, że aż tak bardzo się tym wszystkim przejmowała. Ona zaś, przez zbyt dużo przeszła, by teraz zamartwiać się i wszędzie widzieć zagrożenie. Jeśli ktokolwiek chciałby zniszczyć jej męża, wykorzystując do tego ją, już dawno by to zrobił.
– Ty naprawdę myślisz, że to tak wygląda? – Lisa złapała się za głowę. – Chciałabym, żebyś miała rację, ale jeśli jest inaczej, to…
– To się z tym zmierzę – przerwała jej Gabriella. – Tak jak ostatnio. Już nic gorszego nie może mnie spotkać. Javier Ramirez był największym przekleństwem mojego życia, które zniosłam z godnością. Poradzę sobie.
– Przekleństwem, o którym wciąż nie możesz zapomnieć… – Lisa najwyraźniej nie mogła się powstrzymać od tego komentarza.
– Widzę, jak każdego dnia czytasz ten paskudny list od niego.
Szatynka się skrzywiła. Teraz Lisa zachowywała się jak jej matka, a nie przyjaciółka.
– Lis…
– Przepraszam, Gabby, po prostu… błagam cię, bądź ostrożna. Miej oczy dookoła głowy.
Gabriella ścisnęła jej dłoń.
– Obiecuję, że będę na siebie uważać – powiedziała, patrząc jej prosto w oczy.
Lisa wypuściła głośno powietrze z płuc.
Chciała przestać się zamartwiać, ale nie potrafiła. Kiedy tylko jej przyjaciółka wróciła do Pensylwanii i zobaczyła, w jakim była stanie, strasznie się o nią bała. Była pewna, że już nigdy nie zapomni widoku jej zapłakanej twarzy, zapuchniętych oczu i drżącego ciała. Była w takim stanie, że dosłownie przelatywała jej przez dłonie. Nic nie jadła, nie mówiła, wciąż tylko płakała. Lisa robiła wszystko, co w jej mocy, by jakoś jej pomóc. Najchętniej odnalazłaby tego jej pożal się Boże mężusia i porządnie skopała mu tyłek, ale teraz musiała skupić się na przyjaciółce.
Przez chwilę, w ciszy uważnie się jej przyglądała. Starała się dostrzec w jej zachowaniu bądź spojrzeniu choćby maleńką szansę na to, że będzie taka jak dawniej. Widziała niewielką poprawę, ale wciąż bardzo się o nią bała. Gdy zadzwoniła do niej Rosa i opowiedziała jej o tym, co się stało, myślała, że z emocji zemdleje. Nie spodziewała się, że coś takiego mogło spotkać właśnie Gabriellę. Wiedziała, że mafia to nie przelewki, ten Javier był groźny, od razu to wyczuła, ale mimo wszystko wydawał jej się… porządnym gościem. Widziała, jak patrzył na Gabriellę na ślubie. Nie mogłaby się aż tak pomylić. Miała nosa do facetów. A taki gangster przecież niczym się nie różnił od innych, gdy w grę wchodziły uczucia. W obecności Gabby stawał się… dziwnie troskliwy, a ona przy nim promieniała. Cokolwiek by jej wtedy nie opowiedziała, widziała, że była szczęśliwa. W cholernie popaprany sposób, ale jednak.
– Ten facet jutro przyjdzie, tak? – spytała przejętym głosem.
Gabriella potaknęła głową.
– Rozmawiaj z nim wśród ludzi, a jak będziesz wracać do domu, to oglądaj się za siebie. Najlepiej weź taksówkę! Nie… Zaraz! – Uniosła dłoń. – Ja po ciebie przyjdę! Wrócimy razem.
– Lis, nie musisz… Jutro pracujesz do późna…
– No i co z tego? Spacer dobrze mi zrobi. – Brunetka wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szeroko. – Przynajmniej będę spokojniejsza.
– No dobrze… Jeśli cię to uspokoi, to dziękuję.
Na twarzy Gabrielli pojawił się szczery uśmiech.
Lisa widząc to, z radości aż podskoczyła i zerwała się z krzesła. Stanęłaby teraz na głowie byleby tylko jeszcze bardziej poprawić jej humor. – To co… może zrobimy po kolacji popcorn i jak za dawnych czasów obejrzymy jakiś film? – Klasnęła wesoło w dłonie.
Gabby potaknęła lekko głową.
– Jak za dawnych czasów… – powtórzyła cicho, zagryzając policzek.
Być może już jutro czekał na nią nowy rozdział w życiu. Potrzebowała choć na chwilę przypomnieć sobie swoją beztroską przeszłość.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz