Zdobycie władzy - Czesław Miłosz - ebook

Zdobycie władzy ebook

Czesław Miłosz

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Minister Pekielski zaczął przemowę zwracając się ku rosyjskim gościom. Mówił o niezwyciężonej Czerwonej Armii, która przyniosła wyzwolenie, i o wiecznym odtąd sojuszu dwóch narodów. Skryty uśmieszek przewijał się po ustach uczestników bankietu, oczy były utkwione w talerze. 
Ton Pekielskiego był podniosły, kadencje podkreślone jak w kazaniu. Łowili w tym jego przeszłość: wiedzieli, że był kiedyś księdzem, zrzucił sutannę, stał się wojującym ateistą; należał do partii socjalistycznej, do jej lewego skrzydła. Zrobiono go teraz ministrem, gdyż był to gest politycznie wskazany. Wzniósł toast, pito, klaskano pobłażliwie. 

[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie (6) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (2) 
Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (6) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (5) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży (3) 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5) 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie (2) 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy 
Publiczna Biblioteka w Zatorze im. Pawła z Zatora 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Rok wydania: 1990

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

Zdobycie władzy

 

»POJEZIERZE«

 

Większość postaci tej powieści jest fikcyjna. Spośród postaci rzeczywistych postacie kapitana Osmana i strzelca Bertranda zostały zaczerpnięte, podobnie jak i kilka innych szczegółów, z kroniki walk na Starym Mieście, ,,Przemarsz przez piekło”, spisanej przez Romana Podlewskiego.

Przedmowa do szwedzkiego i amerykańskiego wydania

Zdobycie władzy, jedna z dwu powieści napisanych przez Czesława Miłosza, zajmuje w jego dorobku miejsce dosyć szczególne. Sam pisarz skłonny jest do pomniejszania jej znaczenia, traktując ją — w większym jeszcze stopniu niż Dolinę Issy — jako odosobniony epizod swojej literackiej kariery. „Moje powieści? Ale ich nie ma!” — wykrzykuje (z pewną, jak łatwo zauważyć, przesadą) w jednym z ostatnio opublikowanych wywiadów, dodając: ,,Myślę, najprościej w świecie, że jestem lepszy, kiedy wypowiadam się wierszem, niż kiedy Wypowiadam się prozą”.

Z subiektywnego punktu widzenia poety sąd taki jest oczywiście zrozumiały. Myślę jednak, że Zdobycie władzy to książka o znacznie większym ciężarze gatunkowym, niż to sam autor przyznaje. Świadczy o tym choćby jej rosnąca w ostatnich latach popularność Pamiętam, jak rozchwytywna była w Polsce ta powieść, gdy w roku 1980 wznowiła ją jedna z niecenzurowanych oficyn wydawniczych; pamiętam też parę przenikliwych esejów, jakie na jej temat napisali krytycy młodszego pokolenia. Zarówno polska publiczność literacka, jak i krytyka odkrywały Zdobycie władzy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jako powieść polityczną o nieoczekiwanej aktualności. Jeśli zauważyć, że książka powstała ponad trzydzieści pięć lat temu i że powieść polityczna jest gatunkiem, który starzeje się szczególnie szybko — wypadnie przyznać, że Zdobycie władzy pozostaje wciąż jednym z sukcesów pisarskich Miłosza.

Geneza powieści — taka, jaką znamy ze wspomnień i wywiadów samego pisarza — wiąże się do pewnego stopnia z przełomowym momentem jego biografii: decyzją emigracji, powziętą w początkach roku 1951 (w dość podobnych, dodajmy, okolicznościach, w jakich czyni to główny bohater powieści, Piotr Kwinto). Przez parę lat następnych Miłosz zmagał się z kryzysem twórczym jako poeta, usiłując jednocześnie —jako eseista i powieściopisarz — przekazać zachodniemu czytelnikowi swoją interpretację pokus i zagrożeń totalitaryzmu. Dokonał tego przede wszystkim poprzez wydany w roku 1953 Zniewolony umysł. Prawie w tym samym czasie pisane było Zdobycie władzy — książka również adresowana wprost do zachodniego odbiorcy, książka jednak, której zadaniem było ukazać rzeczywistość Europy Wschodniej lat 1944—1950 nie drogą eseistycznej syntezy, lecz poprzez konkretną wizję powieściową. ,,Nic nie można wyrazić inaczej niż poprzez szczegół” — notuje jedna z postaci powieści i zdanie to wyraża istotę metody pisarskiej Miłosza, stosowanej przez niego z równym powodzeniem tak w poezji, jak i w prozie. Dramaty historii i paradoksy bytu ukazywane są w jego twórczości zawsze metodą pars pro toto, przez skupienie uwagi na drobnych, cząstkowych szczegółach rzeczywistości. Podobnie i w Zdobyciu władzy mamy do czynienia nie z ogólną panoramą historycznych wydarzeń, ale z kilkoma indywidualnymi biografiami, naszkicowanymi oszczędnie i wyrywkowo.

Powieść powstała w tempie błyskawicznym i w pewnym sensie na zamówienie — Miłosz, jak sam wspomina, pisał ją z myślą o udziale w konkursie literackim Prix Litteraire Europeen i ukończył w ciągu dwóch, miesięcy, świeżo napisane rozdziały dyktując od razu tłumaczce Jeanne Hersch, która przekładała je na francuski. W wersji francuskiej powieść zdobyła jedną z dwu głównych nagród w konkursie i ukazała się drukiem w roku 1953, osiągając sukces czytelniczy i duże nakłady. Opublikowana też została w oryginalnej wersji polskiej i w przekładach na inne języki.

Fakt, że Miłosz w połowie lat pięćdziesiątych zarzucił zupełnie twórczość powieściopisarską na rzecz poezji i eseju, spowodował, że o Zdobyciu władzy w latach późniejszych stopniowo coraz mniej pamiętano. Dopiero wydarzenia ostatnich dekad ożywiły na nowo zainteresowanie tą książką. Myślę tu nie tyle nawet o przyznanej Miłoszowi nagrodzie Nobla, ile o przełomowych wydarzeniach politycznych, dokonujących się w Polsce od roku 1980.

Wydarzenia te wpłynęły na odbiór Zdobycia władzy w sposób dwojaki, czy raczej— kazały odczytywać tę powieść w dwóch porządkach naraz. Przede wszystkim, powstanie Solidarności i wymuszone na władzach ograniczenie zasięgu cenzury spowodowało gwałtowny wybuch zainteresowania najnowszą historią Polski. Wiele faktów po raz pierwszy ujawniono; o innych, znanych powszechnie, lecz dotąd zbyt „drażliwych”, zaczęto mówić i pisać publicznie. W ten sposób również masowy czytelnik — a nie, jak dotąd, tylko garstka wtajemniczonych — zyskiwał możność odczytywania Zdobycia władzy jako opowieści z kluczem”. Gdy książkę zaczęły rozpowszechniać niezależne oficyny, w ogólnej świadomości odbiorców istniał już pewien zasób wiedzy historycznej, który pozwalał dostrzec pod fikcyjnymi z pozoru postaciami ich rzeczywiste pierwowzory. Istotnie, wielu bohaterów powieści ma swoje odpowiedniki w realnej historii Polski lat okupacji i okresu stalinowskiego. Postać Michała, na przykład, to dość wierny portret Bolesława Piaseckiego, przywódcy przedwojennej młodzieżowej grupy faszystowskiej i wieloletniego szefa powojennej organizacji prokomunistycznych katolików PAX (nawet rozmowa Michała z Wolinem jest powieściową wersją rzeczywistych pertraktacji, jakie uwięziony po wejściu sowieckich wojsk Piasecki toczył podobno z generałem NKWD Sierowem). Organizator prasy partyjnej Baruga to z kolei portret Jerzego Borejszy, szarej eminencji kultury polskiej w pierwszych latach po wojnie. Podobnych konkretnych odpowiedników można by wskazać jeszcze wiele.

Formuła „powieści z kluczem” nie wyczerpuje jednak wszystkich znaczeń Zdobycia władzy. Jest to powieść sięgająca głębiej: chodzi w niej nie o powierzchowne aluzje do rzeczywistych osób i wydarzeń, ale o analizę ukrytych mechanizmów dwudziestowiecznej historii. Drugi, ważniejszy powód dzisiejszego zainteresowania tą książką bierze się z faktu, że w latach pięćdziesiątych Zdobycie władzy było jedyną powieścią, którą stać było na trzeźwą, ostrą, pozbawioną wszelkich złudzeń analizę dokonującej się wtedy tragedii środkowo-wschodniej Europy. Mówiąc o złudzeniach, mam na myśli zarówno iluzje pisarzy, którzy skłonni byli uwierzyć w dobrodziejstwa nowego ustroju, jak i iluzje tych autorów, którzy — na przykład z emigracyjnej perspektywy — widzieli komunistyczną rzeczywistość jako teren walki wyraźnych, jednoznacznych wartości (patriotyzm przeciw obcej agresji, wolność przeciw uciskowi itd.). Miłosz wydaje się na tym tle twórcą, który najwcześniej zrozumiał, że największe, fundamentalne zło totalitaryzmu polega właśnie na zacieraniu i unieważnianiu tradycyjnego systemu wartości: na tym, że jednostka musi w imię własnego przetrwania nie tylko z nich zrezygnować, ale dodatkowo wykoncypować sobie rozmaite przemyślne racjonalizacje, które tę rezygnację usprawiedliwią.

Nawet i dzisiaj, po trzydziestu kilku latach, Zdobycie władzy wciąż jeszcze uderza swoją bezsilną uczciwością w stawianiu politycznych pytań. W dalszym ciągu nie jest to książka łatwa do zaakceptowania. Miłosz nie ma wątpliwości, że system komunistyczny został wniesiony do Polski na ostrzach sowieckich bagnetów — tym różni się od pisarzy, którzy w latach pięćdziesiątych popierali „nową rzeczywistość”. Zarazem jednak dostrzega w postaciach swoich bohaterów całą złożoność psychologicznych motywacji, zmuszających ich w ten czy inny sposób do ugięcia karku przed totalitarną potęgą — i to z kolei różni Miłosza od pisarzy przeciwnego obozu, skłonnych do idealizowania Polski i polskiej tradycji jako ostoi oporu przeciw sowietyzmowi. W oczach autora Zdobycia władzy Polska roku 1944 była — podobnie jak cały świat cywilizacji zachodniej — nieprzygotowana do stawienia totalitaryzmowi skutecznego oporu. Znamienne, że nie ma w książce ani jednej postaci, która byłaby w stanie przeciwstawić jakąkolwiek ideologię miażdżącemu walcowi „historycznej konieczności”. Bohaterowie Miłosza mają przed sobą jedynie takie możliwości jak śmierć, izolacja, ucieczka lub kolaboracja z systemem — możliwości, z których każda jest w istocie klęską.

Czytelnikowi, który brał powieść do ręki tuż po kolejnej polskiej tragedii — po Grudniu 1981 — wizja ta mogła się wydawać szczególnie przygnębiająca. To, co stanowi o sile Zdobycia władzy — bezstronność i trzeźwość widzenia, które powodują, że ta powieść polityczna w żadnej mierze nie jest powieścią tendencyjną — mogło zarazem, wtedy właśnie, odbierać wszelką nadzieję, podsuwać obraz Polski jako kraju skazanego na wieczne szamotanie się w klatce pozbawionej wyjścia. Czy jednak naprawdę takie są intencje książki? Przeczytajmy uważnie jej prolog i epilog, zwłaszcza epilog, w którym profesor Gil — odsunięty od życia publicznego reprezentant humanistycznych wartości, zarabiający na życie tłumaczeniem Tukidydesa — mimo swej bezsilności znajduje jednak jakieś oparcie. Znajduje je w poczuciu solidarności ze zwykłymi ludźmi, z tymi, w których „wiedza o tym co sprawiedliwe i niesprawiedliwe” trwa mimo wszelkich triumfów bezprawia i zakłamania. „Oni, kiedyś, w odległej przyszłości prawdziwi gospodarze hut, kopalń i fabryk, osłonią rękami niepewne światło”. Jedyne, co nie sprawdziło się w tym dalekowzrocznym wyznaniu nadziei, to fakt, że „odległa przyszłość” okazała się — nie taka odległa.

1982, 1989 Stanisław Barańczak

Część pierwsza

Profesor Gil jadł śniadanie złożone z herbaty i chleba. Jak zwykle ludzie samotni, nie pamiętał nigdy o kupieniu odrobiny masła czy marmolady. Za oknem hałasowały tramwaje; ich powyginane, posiekane kulami karoserie wydawały szczęk starego żelastwa; ludzie wisieli na tylnych buforach, zaczepieni o tych, którym udało się uchwycić za brzeg platformy. Wiatr po ulicy niósł czerwony pył rozbitej cegły. Profesor Gil myślał o tym, ile czasu zajmie mu rozdział, nad którym pracował i jakie są szanse na to, że jego wysiłek ma jakiś sens. Wiedział jednak, że zastanawiać się nad tym nie należy: kartki wiszące na ścianie, na których wypisał, ile codziennie musi zrobić, były dyscypliną, ochroną, koniecznością, jeżeli nie nadzieją.

Tukydydes nie był dobrze widziany. Rozsądniej było wybrać do tłumaczenia innego greckiego autora. Postępując rozważnie w doborze tekstów, można było zapewnić sobie miejsce użytecznego pracownika. Państwo, które pozbawiło Gila i innych jemu podobnych uniwersyteckiej katedry ze względu na zły wpływ na młodzież, nie dążyło do tego, aby umarli oni z głodu. Młodemu pokoleniu uczonych brak było wielu umiejętności. Na przykład nikt z młodych, politycznie wiernych nie znał greki,” a Państwo miało swoje powody, dla których wydawało klasyków, co prawda w małych nakładach, szczycąc się, że jest spadkobiercą wszystkich cywilizacji, jakie istniały dotychczas. Państwowe domy wydawnicze podpisywały kontrakty nawet na przekłady tych dawnych pisarzy, co do których istniała uzasadniona ideologiczna wątpliwość; to było niepokojące: profesor nie chciałby żyć z dobroczynności Państwa, maskowanej jako zapłata za pracę. Ale Tukydydes? Załóżmy, że w niedużej liczbie egzemplarzy; jednak ta gorzka nicość ludzkich morderstw, chytrości, podstępów i walk, jaka wyziera ze stronic ,,Wojny Peloponeskiej”? Niebezpieczny obraz historii. Profesor pamiętał twarz dyrektora państwowego domu wydawniczego w chwili zawierania umowy. Jego oczy były spuszczone, zakryte powiekami; dobrotliwy, niemal serdeczny uśmiech miał trudno uchwytny odcień pobłażania, goryczy i ironii.

Pomimo wszystko w tym wyborze właśnie Tukydydesa zawarta była pewna wewnętrzna kompensata: coś jak wiara, że zachowując związek ze starym Grekiem — a nawet, w pomyślnym wypadku, dając go choć kilku młodym do czytania — uzasadnia się siebie, zdejmuje się z siebie piętno „przeżytku liberalizmu XIX-go stulecia”. Nie tylko ja, również ten, którego nazywa się pierwszym historykiem, choć tak różne jest, co on widział i co ja widzę.

Mieszkanie o tej porze było puste. Liczni sublokatorzy gnieżdżący się w jego pięciu pokojach wyszli wcześnie do biur położonych w innej, mniej zniszczonej części miasta. Profesor zaniósł szklankę od herbaty do kuchni, spojrzał przez okno kuchenne w głąb ciemnego podwórza, na dnie którego, między potrzaskanymi płytami, kasztan rozwijał małe wiosenne liście. Tak wiele wiosen upłynęło od tamtej wiosny, która przyniosła za sobą koniec wojny, przesiedlania ludności i epidemię tyfusu. Profesor włożył podarty sweter zapinany na guziki. Zastanowił się przez chwilę nad koniecznością przyszycia brakującego guzika, do czego potrzebne były nici: powinien pamiętać i zapytać sąsiadkę, czy nie zechce wymienić motka nici na zapasową igłę, którą zachował. Rozłożył na stole książki; otwierały się one same na miejscu, które było mu potrzebne; papier ich nosił ślady jego palców. Po czym równym, drobnym pismem powoli zaczął dodawać zdanie po zdaniu.

Pragnąc usprawiedliwić czyny uważane dotychczas za niegodne, zmieniono zwykły sens słów. Nierozumna śmiałość uchodziła za odważne oddanie sprawie publicznej; ostrożna wstrzemięźliwość, za maskujące się pięknymi pozorami tchórzostwo. Zdrowy rozsądek stal się już tylko objawem zniewieścienia, wielka inteligencja wielką gnuśnością. Okrucieństwo posunięte do szału uznano za cechę duszy prawdziwie męskiej; parowanie zamiarów przeciwnika za dozwolony wybieg w obliczu niebezpieczeństwa. Gwałtownikowi zawsze wierzono; tego, który opierał się gwałtowi, zawsze podejrzewano. Zastawiać z powodzeniem pułapki było dowodem inteligencji; zapobiegać im, zastawiając inne, dowodem większej zręczności. O kimkolwiek, kto starał się nie używać tych środków, mówiono, że zdradza swoją partię i boi się swoich przeciwników. Jednym słowem uprzedzić tego, który przygotowywał cios, przywieść do złych czynów tego, który o tym nie myślał, zyskiwało tysiące pochwał. Więzy partyjne były potężniejsze niż więzy rodowe, gdyż skuteczniej skłaniały, aby odważać się na wszystko, nie uciekając się do żadnych wymówek. Stowarzyszając się, nie miano na celu pożytku zgodnego z prawami, ale chciano zaspokoić chciwość w walce przeciwko ustalonym prawom. Wierność zobowiązaniom nie była oparta na szacunku dla boskiego prawa przysięgi, ale na wspólnictwie w zbrodni.

Lato 1944 roku

I

Było to w lipcu 1944 roku. Piotr Kwinto, oficer polityczno-wychowawczy pierwszej polskiej dywizji szedł aleją, której żwir był pokryty żółtą warstwą opadłych lipowych kwiatów. Zatrzymał się w miejscu, gdzie urywał się rząd drzew i bujna trawa błyszczała w słońcu. Czerwone owady z czarnym rysunkiem totemu, sczepione w miłosnym obrzędzie, roiły się w zagłębieniu między korzeniami. Pochylił się i obserwował je przez chwilę. Potem wyprostował się i spojrzał w dolinę. Przestrzeń aż po horyzont pełna była wrzącego ruchu. Nieprzerwana kolumna ludzi i pojazdów drgała, rozwijała się, napełniając sobą wszystkie drogi na fałdzistych pagórkach, po jednej i po drugiej stronie rzeki. Ciężkie czołgi przybrane zielenią gałęzi sunęły stadami podnosząc i opuszczając lufy swoich dział na nierównościach terenu. Ciężarowe samochody, na których stali, siedzieli i leżeli szarzy żołnierze, prędkie biegania jeepów w różnych kierunkach po polnych ścieżkach, masy sowieckiej piechoty wylewające się z dróg w pola, idące rzędami między płowym kolorem ściernisk i zbóż; krzyki, dźwięki klaksonów, mruczenie motorów i długie obłoki pyłu, wzbijające się, trwające, leżące długimi warstwami nad niespokojnym krajobrazem.

Ruszył dalej aleją w cień starych drzew. Na trawniku przed domem żołnierze w koszulach z zawiniętymi rękawami ćwiartowali świnie. Inni zajęci byli czyszczeniem broni albo, oparci na łokciach, żując źdźbła trawy, leżeli gromadkami wokół tłumaczących im coś instruktorów. Megafon, widocznie naprawiany, trzeszczał i zgrzytał, wydając urywki melodii. Piotr Kwinto minął białe kolumny dworu, obszedł kuchnie pełne zgiełku, dymu i krzątaniny kucharzy wyładowujących z samochodów bochny chleba, dźwigających połcie mięsa. Wszedł w drzwi bocznego skrzydła. Zaśmiecona posadzka korytarza skrzypiała pod stopami. Zastukał do drzwi, machinalnie gładząc drugą ręką rzeźbę w ciemnym dębowym drewnie. Dwór w czasie okupacji niemieckiej był administrowany przez Liegenschaft, właściciele zostali wygnani, ale krewnej właściciela pozwolono zostać. Piotr nie widział jej jeszcze, nie ukazywała się nigdzie. Za drzwiami była cisza. Zapukał jeszcze raz. Za drzwiami rozległo się człapanie, znów cisza. Dopiero kiedy zastukał po raz trzeci, klucz przekręcił się w zamku i drzwi się uchyliły. Patrzyli na siebie przez chwilę. Jej palce zaciskały się kurczowo na rąbku wzorzystego szlafroka w wielkie różowe kwiaty, który podciągała pod szyję. Usta jej wykrzywione były w grymas lęku i płaczu, ale trwało to tylko sekundę, ułożyły się w uśmiech, który jednak kontrastował z czerwonymi wypiekami na jej starej twarzy i z wyrazem latających niespokojnie oczu. „Bolszewik! Jest, tu, czego zażąda?” Zanim otworzył usta, zdał sobie sprawę z nowego, nie znanego mu dotychczas ciężaru minionych pięciu lat. To, co czuł. było mieszaniną litości i wstrętu, czymś przykrym, wzbudzającym gniew — i nie wiedział, czy był to gniew na siebie dlatego, że odnajdował w sobie wstręt, czy dlatego, że odnajdował litość. Przyszło mu na myśl, że odtąd tutaj, znów w swoim rodzinnym kraju, będzie musiał ciągle popadać w ten stan wewnętrznego rozdrażnienia, że to spotkanie jest na pewno pierwszym z długiej serii spotkań, nagłym odtworzeniem więzów z przeszłością, którą uważał za umarłą.

— Przepraszam panią, mówiono mi, że tutaj jest biblioteka. Czy nie byłaby pani łaskawa pokazać mi, gdzie to jest? To tylko dla mnie. Chciałbym pożyczyć książkę — dodał pośpiesznie.

Dama uśmiechnęła się sztucznym uśmiechem, jaki należny jest zdobywcom.

— Ach tak, naturalnie, proszę bardzo, naturalnie. Tylko niestety — twarz jej (siła nałogu — pomyślał Piotr) przybrała odcień pobłażliwej wyższości — to jest biblioteka francuska, nie ma prawie żadnych polskich — zawahała się — ani rosyjskich książek.

— To nic, chciałbym ją jednak zobaczyć, jeżeli można.

Wszedł za nią do pokoju, w zapach starych mebli i jakby kadzidła. Na ścianach były poczerniałe portrety w staroświeckich mundurach i zbrojach. Otworzyła drugie drzwi i pokazała mu wielkie szafy w półmroku. Pajęczyny i kurz leżały na ich szklanych szybach. Piotr próbował otworzyć pierwszą z brzegu. Poprosił o klucz. Klucza nie było, ale druga szafa rozwarła się na oścież z piszczeniem, kiedy pociągnął za listwę; wysunięte zamki obnażyły się bezbronnie, wyrwane ze swoich siedzisk. Dotknął ręką oprawnych grzbietów z upodobaniem. Czerwona skóra ze złoconymi wytłoczeniami: dzieciństwo, te książki w domu dziadków, nad którymi, na ceratowej kanapie rozgrzanej jego ciepłem, spędzał długie godziny. Lubił szczególnie opisy podróży po Afryce, ich rysunki, na których nadzy Murzyni wiosłowali na małych tratwach z sitowia albo, wsparci o włócznie, stali dokoła trzcinowych chat podobnych do domków bobrowych. Stara dama przyglądała mu się, kiedy stojąc na krześle brał do ręki tom za tomem. Świadomość tego wzroku za plecami psuła Piotrowi chwilę powrotu ku dawnym dniom, ku rzece, nad którą budował chaty imitujące chaty murzyńskie, ku czółnu wydrążonemu z pnia, o którym wyobrażał sobie, że jest pirogą. Pewnie sądzi, że jestem przysłany, żeby bibliotekę zarekwirować — pomyślał. Rzucił okiem na tom, który trzymał i zeskoczył z nim z krzesła.

— Pozwoli pani, że wezmę to — powiedział. — Odniosę, zanim pójdziemy dalej. Widział na jej twarzy falę ulgi, odpływające napięcie trwogi, kiedy odprowadzała go do drzwi, jeszcze niepewna czy nie odwróci się i nie zażąda zegarka albo pieniędzy.

Siedział na trawie na skraju parku oparty o pień drzewa. Rude słońce przesłonięte było chmurami, które dźwigały się z ziemi, wzbijane ruchem kół i marszem tysięcy stóp. Biały popiół osiadał na liściach. W powietrzu trwała gorączka pochodu. Samoloty warczały gdzieś w górze, idąc nad obłokami. Kątem oka śledził przez chwilę czołg, który zatrzymał się na zboczu koło chat wsi, przechylony i niezgrabny. Uwijały się koło niego figurki ludzkie. Psucie się czołgów było ulubioną rozrywką żołnierzy. Nigdy nie mógł sprawdzić, w jakim stopniu pomagali w tym motorom, żeby odbić się od swojej jednostki i przez jakiś czas oddawać się rozkoszom maruderstwa. Rozpiął mundur. Paryż, który ukazywał się na stronach książki, wydawał mu się zastygły na wieki w tym kształcie, w jakim utrwaliła go ręka rysowników: malarze w długich bluzach, midinetki stukające do pokoju studenta, który w obcisłych spodniach i długim żakiecie przeciąga się nad książkami, słodkie anioły w krynolinach oddane myślom, jak przyprawić rogi koszmarnym kupcom-małżonkom. Ten Paryż, w którym mieszkał przed 1939 rokiem, zdawał się Piotrowi nie istniejący, zlewał się w jedno z Paryżem konnych omnibusów, który miał mocniejszy byt, umieszczony, zamknięty w czasie.

Dlatego zapewne Piotr nigdy nie umiał jak należy opowiedzieć o Paryżu Iwanowi. Działo się to na Uralu, gdzie pracowali obaj jako drwale. Iwan był chłopem z gór karpackich i analfabetą. Nigdy nie znał żadnego większego miasta i wieczorem, kiedy kładli się na pryczach, zadawał pytania, domagając się dokładnych odpowiedzi. Ale Piotr chciał prawdopodobnie odsunąć cały okres tamtego życia, nie mógł zaakceptować go jako części swoich dziejów, na którą patrzy się spokojnie; spostrzegał, że z Paryża nie zostaje mu nic; to było życie nierzeczywiste, które należało zniszczyć — jeśli nowa faza miała mieć jakąś wartość.

Wielkie sosny Uralu walące się z trzaskiem; dłonie starte do krwi od siekiery, ciało pokłute przez straszliwą plagę północnej puszczy: mikroskopijną muszkę, której czarne roje wciskają się w oczy, w nos, w usta; groza zimy, gromadzenie szmat, którymi okręca się nogi, aby uchronić od odmrożenia; i pewność śmierci: jeszcze rok, jeszcze rok i wszystko będzie dokonane. Nie trzeba było niszczyć dawnego życia: samo rozsypywało się, jeżeli myślał o nim, wzruszał ramionami. Piotr przyjmował to, co mu się zdarzyło jako karę losu. Karę za to, że był obywatelem Herkulanum i Pompei. Wokół niego ludzie dogorywali od niedożywienia i szkorbutu, wspominając, modląc się i złorzecząc. On zaciskał usta i uczył się milczeć. Ostatecznie nie było nic do powiedzenia. Było jak było. Mściwa sprawiedliwość.

I teraz, pochód Czerwonej Armii —jak lawa, jak siła przyrody. On w tym pochodzie. Rozumiejąc coś z tej surowej siły, której tylko zewnętrzną powłoką — albo raczej koniecznym objawem — były i terror, i niepokój mrówek. Rozumiejąc. Czy wystarcza rozumieć? I ta kobieta. I miliony ich wszystkich miotających się bezradnie w strachu i nadziei, że Anglicy, że Amerykanie, że zakopać złoto, że uciec, że schować za tapetę dolary, że uśmiechać się, ukryć nienawiść. I ziemia — znieważona, pogrodzona drutami koncentracyjnych obozów, przyjmująca krew, ostatni krzyk ludzki i popioły. Europa midinetek i opasłych kupców w szlafmycach, która spokojnie przygotowywała jad, co miał ją zabić.

Szczęście bycia wśród żywych, słońce na twarzy. Urywane serie automatów purkały niżej, w opłotkach wioski. Z daleka, zza linii horyzontu, odzywały się oddechy artyleryjskich strzałów. Podniósł dłoń i poruszył palcami w zdumieniu nad rokiem, miesiącem, dniem i godziną.

II

W ciągu ostatnich miesięcy, kiedy dywizja Piotra — zalążek nowej administracji w pierwszym ze zdobywanych krajów — posuwała się na zachód, Piotr przyglądał się głowie Wintera; znał na pamięć każde jej wklęśnięcie, każdą zmarszczkę. Duża czaszka, gładko ostrzyżona i wskutek wątłości porostu włosów niemal łysa, szczęka kwadratowa, wysunięta naprzód, wąskie wargi, nieduży, z lekka przygarbiony nos i czarne punkciki oczu — z wyrazem nieco małpim, patrzące bystro spomiędzy fałdów skóry. I teraz, w ten niedzielny ranek miał ją przed sobą. Żuchwy Wintera pracowały, gniotąc wielkie glony chleba, które zapijał kawą, siorbiąc. Muchy spacerowały po dzielącym ich stole, gromadząc się wokół małych sadzawek rozlanego płynu i zapuszczając weń, swoje wibrujące pyszczki. Myśl o tym, że oto wkrótce już zniknie konieczność patrzenia co dzień na Wintera, była dla Piotra tożsama z myślą o końcu wojny. Choć ta obecność nie była różna od obecności wielu innych rzeczy przyjmowanych przez niego jak się przyjmuje uciążliwe cechy przyrody — to jednak Winter niepotrzebnie zamącał pamięć, przywołując początek wydarzeń. Gdyż on to był wtedy, w tej odległej już epoce, bezpośrednim powodem aresztowania Piotra i jego podróży na Ural. Jako jeden z dobrze widzianych, przygotowywał raporty, a oczywiście znał dobrze Piotra, przesiadywali razem kiedyś w literackich kawiarniach Warszawy. Znalazłszy się w strefie wschodniej w 1939 roku, Piotr nie bardzo wiedział, co robić. Zastanawiał się nad ucieczką przez rumuńską granicę, ale, zważywszy po prostu na obserwację socjologiczną, nie miało to wielkiego sensu: limuzyny, futra, klejnoty i pekińczyki, które towarzyszyły ucieczce dawnego rządu, kiedy armia niemiecka zmiażdżyła polską armię, były symbolem; powrót do władzy tej warstwy był niemożliwy; nie zdarza się to nigdy w historii. Tydzień wędrówki po drogach ostrzeliwanych przez meserszmity był dla Piotra tygodniem obrachunku, z którego tylko mglisto zdawał sobie sprawę. Na zewnątrz było to tylko rozgoryczenie i wściekłość — ale w istocie był w tym wstyd wspólnictwa. Wstyd: kim był pisząc swoją doktorską tezę o poezji francuskiej, obserwując ironicznie świat dążący ku klęsce i ostatecznie zawsze urywając dostateczne stypendia na względnie wygodne życie w Warszawie czy przy ulicy Monsieur-le-Prince? Uciekać? Z nimi? Jednak źle znosił atmosferę sowieckiej okupacji. Zdecydował się wreszcie przekroczyć granicę dwóch stref i powrócić pod rządy nazich; nie przyznawał się przed sobą wtedy, co go do tego skłaniało; była to chęć oczyszczenia, okupienia win, dzielenia losu poniżonego i nieszczęśliwego ludu. Również nadzieja, całkowicie irracjonalna, że z chaosu wyłoni się kiedyś coś nowego, o kształtach lepszych, jeszcze nie zarysowanych. Te motywy były przesłonięte przez wielkie, jak mu się zdawało, egoistyczne pragnienie: uporządkować siebie, mieć czas, czas, znaleźć się tam, gdzie jest się poza życiem publicznym i gdzie można wszystko zacząć od nowa, gdzie myśl jest wolna, bo pracująca całkowicie w podziemiu, bo całkowicie zabroniona. W chwili kiedy powziął decyzję, przyszło aresztowanie; o świcie, według wszelkich reguł. Po kilku tygodniach dostał wyrok: pięć lat; za działalność kontrrewolucyjną. Winter, który złożył denuncjację, miał ostatecznie słuszność. To też była sfera, którą należało zbyć wzruszeniem ramion. Winter spędził przed wojną parę lat w więzieniu jako komunista. Był fanatyczny i zajadły w poczuciu krzywdy; poza tym sam bał się Rosjan. Piotr rzeczywiście był autorem artykułu, który stał się podstawą oskarżenia. W artykule tym złośliwie mówił o komunistycznych poetach, zarzucając im nieuczciwość intelektualną. Czy, gdyby nie amnestia, Winter byłby winien jego śmierci? Zapewne. Kiedy Piotr, późna, przybył z Azji do dywizji, zastał tam Wintera. Wszystko musiało być zapomniane. Uścisnęli sobie ręce, małe oczy Wintera były twarde, spokojne i uważne.

Obok nich, za stołami, ludzie w niezgrabnych mundurach kończyli śniadanie, gadali, powietrze pełne było papierosowego dymu. Za oknem stało światło pogodnego ranka, niosły się krzyki jaskółek, gwizdanie i śmiechy żołnierzy. Winter otarł usta, spojrzał na zegarek, wstał i obciągnął kurtkę.

— Idziemy? — zapytał Piotra.
— Ksiądz bez nas nie zacznie. Wie.
— To nic. Trzeba, żebyśmy pokazali, że jesteśmy punktualni.

Batalion wychodził z bramy parku, której wrota z giętego żelaza, wyrwane, leżały w pokrzywach. Droga wiodła w dół, sypka, pyląca buty. Piotr patrzył na małe chaty kryte słomą, na wysokie słoneczniki przed nimi i malwy. Moja ojczyzna. Wszystkie drobne, uczepione skrawków ziemi, poletka, ogródki, miedze, chłop ze swoim koniem, babina ze swoją krową, karczma, sklepik, sąsiedzi oparci o płoty, małe gęsiarki o bosych, czerwonych nogach — poza czasem, który przynosił wojenne maszyny i rodził książki politycznych doktryn.

Batalion śpiewał skoczną ludową piosenkę. Ludzie w niedzielnych strojach przystawali w ulicy wioski gapiąc się w zdumieniu: polskie wojsko, te same, dawne mundury, ta sama piosenka. Sowieccy żołnierze, wsparci plecami o wielkie czołgi, przyglądali się maszerującym w nowych, nie splamionych mundurach ponuro i z odcieniem ironii. Co myśleli chłopi, oni, których ziemię gniotły czołgi zbudowane w Zagłębiu Ruhry, którzy znali terror, obławy, wydzieranie matkom dzieci o niebieskich oczach i płowych włosach, aby w Rzeszy wzmacniały nordycki biologiczny potencjał, którzy wreszcie widzą czołgi zbudowane za Uralem — i wszystko przychodzące z zewnątrz, wyrok, dopust Boży, skrzydło cyklonu, który ma swoje centrum zawsze poza, gdzieś na nieznanych obszarach czy w umysłach nieznanych ludzi.

Na trawniku przed kościołem kolorowe chustki kobiet, czarne kaszkiety mężczyzn. Kościół był drewniany, festony liści i zwiędłych kwiatów wisiały nad jego otwartymi drzwiami. Pierwsze rzędy żołnierzy weszły do środka. Piotr, obejrzawszy się, widział twarze tych, co zostali u wejścia, masę żołnierskich, gładko ostrzyżonych głów i wąsate pomarszczone twarze chłopów. Żołnierze. Tak samo jak on wywiezieni kiedyś na obszary Azji, do obozów na brzegach Lodowatego Oceanu, zdychający z głodu i szkorbutu. Tak wiele widzieli. W jakim stopniu istniało w nich poczucie, że uczestniczą w maskaradzie, że ich obecność, tutaj, w wiejskim kościele, z woli rosyjskiego dowództwa, jest zabawą losu? Ale byli szczęśliwi. Po tamtym wszystkim, po rozpaczy, po nieobjętych przestrzeniach kontynentu, byli znów tutaj, znów, jak w dzieciństwie, wdychali zapach starego drzewa, kwiatów i kadzidła, uczestniczyli w zbiorowym obrzędzie, który istniał poza rozumowaniem, był zmysłowym, najsilniejszym potwierdzeniem rodzinnego kraju.

Mali chłopcy w komżach potrząsali dzwoneczkami. Dźwięk organów, ornat księdza, stare chłopki wodzące palcem po wielkich literach książki do nabożeństwa. Piotr myślał o grobach sowieckich żołnierzy. Tysiące tysięcy tych grobów na obszarach od Wołgi aż tu, po Wisłę. Znaczyły je małe drewniane piramidki z czerwoną gwiazdą. Nie wiedział, czemu należało przypisać smutek tego znaku; może to był tylko nałóg wyobraźni; a może krzyż jest najprostszą formą dwuwymiarowej przestrzeni jaką spotyka się w naturze: formą człowieka, formą drzewa; nagrobki sowieckich żołnierzy naśladowały murowane mauzoleum, deski, z których były zbite, podrabiały nieudolnie kamień. Leżeć pod tym symbolem nowej religii, która dla indywidualnej śmierci nie zna innego upamiętnienia niż pomniejszoną piramidę, którą wznosi się na chwałę imperiów i królów? Czy ściśnięcie serca, jakiego doznawał patrząc na te groby, nie pochodziło czasem z pretensji do Państwa, że nie zostawia umarłych w spokoju, że nie pozwala im na inny, jakikolwiek znak, byle to nie był znak jego potęgi?

Małe słońce monstrancji. Myślę na pewno to co oni wszyscy — powiedział sobie Piotr. Za to, że żyję. Za to, że doznałem nieszczęścia. Za to, że nie jestem, kim byłem. Abym nie zapomniał o wspólnym losie ludzi i nie żądał dla siebie innego losu. Abym odnalazł drogę sprawiedliwości. Abym odrzucił w sobie i w każdym człowieku to, co zbędne i zachował tylko to, co godne jest zachowania. Abym z mojego gniewu zrobił użytek. Abym miał w sobie tę siłę, która przychodzi z milczenia. Winter stał obok niego z pochyloną głową: syn żydowskiego introligatora z warszawskiego getta, traktujący swoją obecność tutaj jako coś, co jest użyteczne a więc konieczne, a więc racjonalne, duchowy potomek namiętnych ateistów, którzy jeszcze nie zrozumieli, że religia może być środkiem politycznym jak każdy inny. Piotr miał dla Wintera niechętną przyjaźń, bo znał jego zacięte, skryte cierpienie; rodziców Winter nie odnajdzie. Matka Piotra może też nie żyje, ale Winter miał przed sobą tylko gruz i popiół krematoriów, nic z nadziei. A za sobą śmierć swego dziecka. Z urywanych słów rzucanych w ciągu tych miesięcy Piotr odgadnął, że rok spędzony przez Wintera w Aszchabadzie nie był dla niego o wiele lżejszy niż dla Piotra pobyt w więzieniach i obozach. Dziecko umierało mu na glinianym klepisku turkmeńskiej chaty, nie mógł nic, nawet złorzeczyć przeciwko Bogu czy Państwu; przyjąć absurd i nie nazwać go nawet absurdem. Jak ci starzy Turkmeni o żółtych pomiętych twarzach, mógł tylko patrzeć w bezlitosne, palące słońce i godzić się na malarię, na nędzę, na przemoc: konieczne. Piotr nauczył się rezygnacji, ale była to — myślał — inna może rezygnacja niż Wintera. Raczej ostrożność, instynkt. Czuł ją w sobie jako chwilową falę, jak rozluźnienie mięśni u zwierzęcia rzuconego z wysokości. Jednak, zdawało mu się, był od Wintera szczęśliwszy. Jeżeli to było tylko złudzenie, to pomagało ono pozbyć się niechęci — do chwili, kiedy Wintera nie będzie musiał już oglądać. Ale teraz gotów był prawie wyciągnąć rękę i dotknąć jego dłoni na znak braterstwa i wspólnoty.

Wychodzili na jaskrawe światło. Sowieccy żołnierze siedzący na murze dokoła kościoła gapili się na nieporównanie egzotyczne dla nich widowisko. Polscy żołnierze mieszali się z ludnością, żarty, chichoty dziewczyn. Nagle Piotr usłyszał krzyk. Zanim zdał sobie sprawę, skąd pochodzi ten wysoki, przenikliwy skowyt, coś gorącego, kłąb ruchu i jęku rzuciło mu się pod nogi i sięgając go z dołu objęło go wpół. Chustka zsunęła się w tył z głowy chłopki, zmierzwione włosy, wyblakłe błagające oczy, usta otwarte w wołaniu. „O Jezu, o Jezu, zabrali, panie, ratujcie, syna zabrali”. Czepiała się jego munduru. „Panie, wy Polak, jak tak może być, on nie winien, on bił się z Niemcami”. Piotr odsunął jej ręce. „Pomóżcie, ratujcie, bracia Polacy. Enkawede syna zabrali. Za co? Za co?” Piotr widział gromadzących się dokoła swoich ludzi. Ich oczy były spuszczone, usta poważne. „Nic nie mogę zrobić, kobieto. To do nas nie należy”. Winter zjawił się przy nich. „Nie płaczcie, kobieto, to wojna, linia frontu, sprawdzą i wypuszczą”. Zarządził zbiórkę. „Diabli nadali te wszystkie historie — powiedział do Piotra — ale to nieuniknione. Czyszczą teren. Trudna sprawa, jeżeli w tej okolicy nie było innej partyzantki niż londyńskich faszystów. Właściwie wszyscy młodzi należeli tu do AK”.

III

— Powoli, powoli. Co dla nas jest najbardziej niebezpieczne, to słowa. Musimy nauczyć się innego języka, który by bardziej przylegał do rzeczy. Nawet opowiedzieć coś jest trudno, sam wiesz. A zresztą ja nie ukrywam mojej nienawiści.

Julian. Mieć go przed sobą było równie niepojęte, jak mieć przed sobą wskrzeszoną postać ze stronic podręcznika historii. Dla Piotra przyjaciel był częścią wielkiego tłumu cieni — i oto jest tutaj, jego oczy jak dawniej mrużą się, jest w nich, pomimo wszystko, ten sam mieniący się odblask jakby wewnętrznych wybuchów złośliwego śmiechu.

— Oczywiście, że mogłem wyjść wcześniej z getta. Michał chciał mnie u siebie umieścić. A, Michał wiodło mu się dobrze. Handlował mąką. Ale duszyczka jego jest brudna. Humanitarna, brudna duszyczka. Widziałem, jak się boi. A jego żona jeszcze więcej się bała, o niego. Ten obowiązek. Jak wtedy, kiedy ten plugawiec, Tomasz, wygryzł mnie z asystentury i były protesty: wstydliwość sumienia, że wyrzuca się za drzwi Żyda. Wstydliwość – walka między jednym tchórzostwem i drugim tchórzostwem. Wolałem zostać w getcie.
— Chcesz, żeby człowiek nie musiał przezwyciężać tchórzostwa? Aby go w nim nie było?
— Tak. Chcę. A zresztą tak było lepiej. W getcie zarabiałem lekcjami. Wszyscy młodzi się uczyli. Nie widziałem nigdy ludzi, którzy by tak się uczyli: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, hebrajskiego — nawet łaciny i greki. Dużo słówek i deklinacji poszło do nieba z dymem. Ale to pomagało tam, w getcie, pozwalało żyć. Kto uczy się słówek, czyż może przyznać się przed sobą, że nie ma nadziei?

Julian opierał łokcie o lepiący się blat stolika. Jego czarna marynarka błyszczała od wytarcia i brudu. Pod nią miał wojskową, sowiecką bluzę. Chudą twarz pokrywał mu ciemny zarost.

— Jednak chciałem ratować swoją skórę. W 1942 wszystko było jasne. Byłem wtedy w brygadzie, którą co dzień wywożono do pracy na miasto. To zostało przygotowane. Opłaceni zawieźli nas wieczorem po pracy, zamiast z powrotem do getta, na sam koniec Alei Niepodległości, na pola. Cztery ciężarowe samochody. To był wrzesień. Nie wiesz, jak wygląda Żyd-niewolnik: dwie torby, w których niesie wszystko, co ma, jeżeli zdoła, przywiązuje coś w worku na plecach. Uciekający zostawiali na śmierć swoje rodziny. Zostawiłem rodziców. Powiedziałem im, że chcę uciekać.