Zamknięte w lodzie - Izabela Janiszewska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zamknięte w lodzie ebook

Izabela Janiszewska

4,4

341 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat milknie pod śniegiem, mróz ścina krew w żyłach, a pod nieskazitelną warstwą bieli kryją się najmroczniejsze sekrety.

Kiedy w zimowym lesie zostaje odnalezione ciało młodej kobiety, Anita Bauer – ambitna technik kryminalistyki, dla której to jedna z pierwszych poważnych spraw – szybko zaczyna wątpić w oficjalną wersję wydarzeń.

W tym samym czasie Maciej Wajda – doświadczony psychotraumatolog – angażuje się w niepokojącą historię mężczyzny cierpiącego na poważną lukę w pamięci. Gdy tajemniczy pacjent zaczyna podejrzewać, że w czasie, którego nie potrafi sobie przypomnieć, mógł dopuścić się zbrodni, Wajda musi zmierzyć się nie tylko z cudzymi wspomnieniami, ale również z własną przeszłością.

Dwie historie. Jedna tajemnica.

I lód, w którym zamknięta jest prawda.

Mroczny, nasycony skandynawskim klimatem kryminał o winie, odpowiedzialności i granicach ludzkiego umysłu. 

Bo czasem najgorszy nie jest ten, kto zabił. Lecz ten, kto pamięta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (5 ocen)
3
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

To było dobre a nawet bardzo . Polecam
00
margola25

Dobrze spędzony czas

polecam
00
Zaczytana1984

Nie oderwiesz się od lektury

wciagajaca, autorka nigdy nie zawodzi
00
Barbarka75

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Copyright © Izabela Janiszewska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak

Projekt okładki i strony tytułowe: Daniel RusiłowiczProjekt okładki został przygotowany z wykorzystaniem elementów graficznych wygenerowanych przez narzędzia AI.

Zdjęcie autorki: © Agnieszka Olek

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-21-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

NA NIEBIE NIE było ani jednej chmurki. Śnieg skrzył się w promieniach słońca, jakby ktoś rozsypał na nim garść diamentów, a zapach powietrza przywodził na myśl wolność i świeżość. Marianna Stasiak powiodła wzrokiem po skutej lodem tafli jeziora Świętajno i poczuła, jak w jej brzuchu zaczyna pęcznieć kula szczęścia. W opuszkach palców odezwało się przyjemne mrowienie, na twarzy zagościł uśmiech.

Nauczycielka odwróciła się do drugoklasistów i nakazała, by usiedli na pomoście, a później założyli łyżwy. Z emocji policzki uczniów poczerwieniały jeszcze bardziej niż od uszczypnięć mrozu. Dzieci rzuciły na deski worki i przystąpiły do ściągania obuwia. W niebo wznosiły się radosny gwar i powtarzane co chwilę: „proszę pani, proszę pani”, na które Marianna odpowiadała z większym niż zwykle entuzjazmem. Razem z drugą nauczycielką dwoiły się i troiły, by jak najsprawniej pomóc dzieciom zawiązać łyżwy, a kiedy zdołały okiełznać szesnastoosobową gromadkę, same przygotowały się do wejścia na lód.

– Kto ma ochotę na najlepszą zabawę pod słońcem?! – wykrzyknęła opiekunka, a w odpowiedzi uniosły się ręce stłoczonych na pomoście ośmiolatków.

– Ja, ja! – przekrzykiwali się, wierzgając nogami i niecierpliwie podskakując.

– Nie przepychajcie się – napomniała ich starsza nauczycielka. – Pomożemy wam teraz zejść na lód. Proszę, żeby każdy, kto nie czuje się jeszcze pewnie na łyżwach, przytrzymał się pomostu. I przypominam, że nikt nie odjeżdża, dopóki nie zbierzemy całej grupy.

Kobiety chwytały dzieci w pasie i jedno po drugim, niczym piony na szachownicy, ustawiały na zamarzniętej tafli. Niektórzy z uczniów próbowali już pierwszych ślizgów, inni kurczowo zaciskali palce na przyprószonych śniegiem deskach pomostu. Marianna uniosła drobnego chłopca w niebieskim kombinezonie, lecz kiedy próbowała postawić go na lodzie, ośmiolatek złapał ją mocno za szyję i przywarł do jej ciała.

– Nie chcę – wyszeptał, chowając twarz w jej włosach.

Nauczycielki wymieniły zaniepokojone spojrzenia, a dzieci ucichły i z ciekawością zaczęły śledzić rozwój zdarzeń.

– On się zawsze wszystkiego boi – rzucił najwyższy chłopiec w grupie.

– Pewnie nie umie jeździć – dodała jasnowłosa dziewczynka.

– Nieprawda! – warknął uczeń wciąż wtulony w Stasiak.

Marianna delikatnie oderwała go od siebie, posadziła z powrotem na pomoście, po czym nachyliła się tak, by ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie, i położyła dłoń na szczupłym ramieniu dziecka.

– Co się dzieje, Kubusiu? – zapytała. – Jeśli martwisz się o to, że sobie nie poradzisz, możesz trzymać mnie cały czas za rękę. Co ty na to?

– A co, jeśli lód się pod nami załamie?

– Nic takiego się nie wydarzy. Rozmawiałam dziś z panem strażakiem, a on zapewnił mnie, że pokrywa jest wystarczająco gruba, żebyśmy mogli się świetnie bawić. Poza tym wszyscy będziemy trzymać się blisko, a ja i pani Alicja nie spuścimy was z oczu nawet na sekundę. Obiecuję – dodała, unosząc dwa palce w geście przyrzeczenia.

Twarz ośmiolatka rozchmurzyła się nieco. Chwycił wyciągniętą w jego kierunku dłoń nauczycielki, a później pozwolił postawić się na lodzie. Na bladych ustach wykwitł nieśmiały uśmiech, a stopy obute w łyżwy zaczęły powoli przesuwać się po tafli. Zniecierpliwione czekaniem dzieci uznały to za wystarczającą zachętę i natychmiast ruszyły w ślady kolegi. Ci, którzy mieli już za sobą pierwsze kroki na łyżwach, płynęli po lodzie z niebywałą gracją, natomiast mniej doświadczeni stawiali ostrożne, chwiejne kroki. Pisk mieszał się z odgłosami upadków i wybuchami śmiechu, a ostre słońce rozświetlało zarumienione twarze.

Marianna objęła spojrzeniem wirującą wokół niej gromadkę ubraną w kolorowe kombinezony oraz czapki z pomponami i poczuła się bezbrzeżnie szczęśliwa. Wróciły do niej najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa, gdy razem z siostrami każdej zimy kręciły na lodzie piruety i ćwiczyły skoki. Krew w jej żyłach zaczęła szybciej płynąć. Nie była już bezdzietną trzydziestolatką z pogmatwanym życiem osobistym, tylko dawną Manią, która wierzyła, że wszystko jest możliwe. Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się głęboko z trzewi, ale jej radość niemal od razu zagłuszył przerażający krzyk.

Dramatyczne „stój!” przecięło powietrze. Wszystkie dzieci zamarły i odwróciły twarze w stronę, z której dochodził dźwięk. Stasiak puściła dłonie Kubusia, po czym rozejrzała się wokół i dostrzegła drugą opiekunkę, która pospiesznie sunęła w kierunku przeciwległego krańca jeziora. Tuż przed nią po tafli płynęła niezwykle szybka, drobna sylwetka w różowej kurtce i czapce w tym samym kolorze.

– Zatrzymaj się! – zawołała raz jeszcze nauczycielka, której nogi chwiały się już z wysiłku, ale blondwłosa dziewczynka nie zważała na jej napomnienia.

Marianna podążyła wzrokiem za ośmiolatką i dopiero teraz zauważyła, że w miejscu, do którego zmierzała uczennica, na białej połaci lodu widniały ciemniejsze plamy. Świadomość, że patrzy na przeręble, eksplodowała w jej umyśle elektrycznym impulsem. Po kręgosłupie Stasiak popłynął prąd, a w ciało uderzyła fala gorąca. Bez zbędnych wyjaśnień wyrwała przed siebie, rzucając w pośpiechu:

– Nie ruszajcie się stąd!

Dzieci zbiły się w ciasną gromadkę. Ktoś zaczął płakać, ktoś inny nazwał go mięczakiem, ale ona już tego nie słyszała. Kiedy mknęła po lodzie, towarzyszył jej tylko szum pompowanej przez serce krwi. Płozy jej łyżew zgrzytały o lód, a wełniana czapka zsunęła się z głowy i upadła na śnieg. Mięśnie Marianny napięły się w wysiłku, dłonie zacisnęły w pięści. Z jej ust buchały obłoczki pary, na twarzy odmalował się strach. Stasiak pędziła przez Świętajno, skupiona jedynie na tym, by dogonić oddalającą się różową sylwetkę. Z każdą chwilą dystans między nią a dziewczynką się zmniejszał, ale jednocześnie ośmiolatka znajdowała się coraz bliżej ziejących czernią przerębli.

– Stój! – wykrzyknęła nauczycielka w obawie, że zaraz stanie się najgorsze, a wtedy blondynka o długim warkoczu zerknęła za siebie, rzuciła jej wesołe spojrzenie i chichocząc, przyspieszyła, jakby to była najlepsza w świecie zabawa.

Koktajl trwogi popłynął żyłami Marianny. Wyrzut adrenaliny do krwi sprawił, że sunęła teraz po lodzie niczym rozpędzony bojer. W jej myślach błagania mieszały się z przekleństwami. Dziewczynka odwróciła się znów, by popatrzeć na opiekunkę, a kiedy różowa łyżwa przejeżdżała milimetry od krawędzi przerębla, Stasiak odniosła wrażenie, że jej serce przestaje bić i wszystko zwalnia.

Niczym zahipnotyzowana przyglądała się ostrej płozie tańczącej na granicy lodu, jednocześnie nie przestając mknąć w stronę ośmiolatki. Uczennica zachwiała się, jej ciało przechyliło się na bok, ręce bezładnie zawirowały w powietrzu, a rysy ściągnęła panika. Marianna, nie wiedząc, co zrobić, z rozpędu wjechała w dziewczynkę, a wtedy pchnięte z dużą siłą ciało zmieniło trajektorię i zamiast do czarnej wyrwy w lodzie poleciało do przodu. Ośmiolatka z jękiem gruchnęła o lód, boleśnie wykręcając sobie przy tym nadgarstek. Jej okrzykowi towarzyszył drugi, równie przeraźliwy wrzask, pochodzący z ust Stasiak.

Po tym, jak nauczycielka uratowała dziewczynkę przed wpadnięciem do mroźnej gardzieli, sama straciła równowagę i ześlizgnęła się do przerębla. Natychmiast otoczyła ją gęsta ciemność. Jej ciało objął niewyobrażalny chłód. Tysiące maleńkich igiełek wbiło się w skórę, sprawiając, że mózg szalał z niepokoju. Marianna młóciła rękoma wodę, a z jej ust, wraz z niegasnącym krzykiem, wydobywały się bąble tlenu.

Jednak tym, co napawało Stasiak największym przerażeniem, nie była wizja nadchodzącej śmierci. Kobieta potrafiła dobrze pływać i w głębi jej ogarniętego paniką umysłu nadal tliła się wiara w to, że zdoła wydostać się na powierzchnię.

Tym, co przepełniało ją strachem, były puste oczy topielców i ich szeroko rozwarte ramiona, za wszelką cenę pragnące zatrzymać ją w odmętach jeziora.

1

ANITA BAUER OBUDZIŁA SIĘ zmarznięta i niewyspana. Przez całą noc usiłowała owijać się kołdrą, ale zimne powietrze za każdym razem potrafiło znaleźć szczelinę w kokonie z pościeli i dotrzeć do jej ciała zwiniętego w kłębek. Anita zapadała więc w płytki sen, z którego po jakimś czasie wyrywał ją chłód. Przyciągała wtedy kolana do piersi, wtulała głowę w ramiona i ogrzewając dłonie ciepłym oddechem, starała się jeszcze choć na chwilę odpłynąć w niebyt. Były to jednak próby daremne, ponieważ hucznie zapowiadana przez synoptyków Bestia ze Wschodu nie zważała na ludzkie plany. Okrzyknięty tym mianem wyż syberyjski przynosił arktyczne masy powietrza, a wraz z nimi silne mrozy i intensywne opady śniegu, które według prognoz w ciągu najbliższych dni miały sparaliżować ruch na drogach całego kraju.

Niewiele po piątej Anita odpuściła nierówną walkę z żywiołem. Usiadła na łóżku, zarzuciła na plecy kołdrę i otulając nią ramiona, podniosła się z posłania. Świat za oknem wciąż tonął w ciemności. Bauer położyła dłoń na grzejniku i od razu zrozumiała, dlaczego w pokoju panował tak przejmujący ziąb. Kaloryfer w górnej części pozostawał zaledwie letni, natomiast niżej wydawał się wręcz lodowaty. Anita stęknęła, gdy przypomniała sobie, że jakiś czas temu w windzie mignęło jej ogłoszenie o konieczności odpowietrzenia grzejników, ale zajęta pracą i lizaniem ran po zakończonym związku, wyrzuciła tę informację z głowy, uznawszy ją za mało istotną w jej już i tak wystarczająco skomplikowanym życiu.

Zapaliła stojącą przy łóżku lampkę, a kiedy światło rozproszyło mrok sypialni, ruszyła w kierunku szafy z silnym postanowieniem, że nie pozwoli, by pogoda zepsuła jej nastrój. Odnalazła na półce wełniany sweter i grube dresowe spodnie, które w rankingu na najmniej seksowne elementy kobiecej garderoby bez wątpienia zajęłyby jedno z czołowych miejsc, miały jednak tę zaletę, że były niezwykle wygodne i ciepłe, a właśnie tego Bauer teraz potrzebowała. Przycisnęła ubrania do piersi i potarła zaspane oczy. Służbę zaczynała dopiero o ósmej, a to oznaczało, że dzięki wczesnej pobudce zyskała mnóstwo czasu dla siebie. Ożywiona wizją spędzenia go tak, jak tylko zapragnie, włączyła w telefonie playlistę złożoną z energicznych utworów.

Z głośnika poniosły się pierwsze takty Happy, a pokój wypełnił głos Pharrella Williamsa. Anita zaczęła podrygiwać do rytmu, czując, jak zesztywniałe mięśnie budzą się do życia. Pospiesznie, tak by chłód nie zdążył zamknąć jej ciała w objęciach, zmieniła ubrania, a później związała miodowe włosy w koński ogon i przeszła do kuchni. Tam nastawiła wodę w czajniku, a następnie sięgnęła po książkę, którą już od dawna chciała przeczytać. Czekając na wrzątek, oparła się plecami o blat szafki, przesunęła spojrzeniem po okładce The killer of little shepherds i zagłębiła się w lekturze.

W tle nadal pobrzmiewała muzyka, ale ona już jej nie słyszała. Historia seryjnego mordercy Josepha Vachera, który pod koniec dziewiętnastego wieku siał postrach na terenie francuskich wsi, porwała ją bez reszty. Mówiono, że miał na swoim koncie dwukrotnie więcej ofiar niż jego osławiony kolega po fachu, Kuba Rozpruwacz, ale to nie sylwetka zabójcy fascynowała Anitę najbardziej. Jej uwagę przykuła postać Alexandre’a Lacassagne’a, wybitnego lekarza medycyny sądowej, którego działania doprowadziły do ujęcia zbrodniarza i który stosując innowacyjne na tamte czasy metody pracy, zbudował podwaliny nowoczesnej kryminalistyki.

Opowieść wciągnęła Bauer do tego stopnia, że nie zarejestrowała, kiedy czajnik wyłączył się z charakterystycznym pyknięciem. Nie zauważyła też wschodu słońca ani sypiącego za oknem śniegu, który w czasie, gdy ona przewracała strony książki, zdążył okryć świeżą warstwą białego puchu samochody stojące na parkingu, krzewy i osiedlowe alejki. Anita ocknęła się dopiero wtedy, gdy w kuchni zabrzmiał dzwonek jej telefonu. Niechętnie oderwała wzrok od tekstu i zerknęła na wyświetlacz komórki, gotowa odrzucić połączenie. Jednak gdy dostrzegła nazwisko dzwoniącego, natychmiast odłożyła książkę.

– Tak, aspirancie? – rzuciła do słuchawki, przyciskając smartfon do ucha.

– Ubieraj się, Bauer, jedziesz na trupa. Męczyłaś mnie o to od tygodni, więc wreszcie spełnię twoje życzenie. Za kwadrans chcę cię widzieć w lesie pod Kierszkiem. Wyślę ci SMS-em pinezkę.

Anita zamrugała, niepewna, czy dobrze zrozumiała słowa Janusza Orlika. Zaledwie kilka tygodni temu zyskała zgodę zwierzchników na zmianę wydziału i przeszła z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Po tym, jak ukończyła specjalistyczne szkolenie, wysyłano ją jedynie na mniejsze zdarzenia, takie jak włamania czy kradzieże, dlatego polecenie starszego technika wywołało w niej popłoch.

– Ale… – jęknęła.

– Nie gorączkuj się tak. Na początku będziesz mi tylko asystować. Musisz nabrać doświadczenia, zanim rzucę cię na głęboką wodę.

Twarz Anity rozjaśnił uśmiech.

– Dziękuję, aspirancie.

– Przestań mi aspirantować, tylko rusz dupę i przyjeżdżaj na miejsce. Musimy działać, zanim śnieg przykryje wszystkie ślady.

– Jasne, szefie.

Zamierzała się już rozłączyć, gdy doleciały ją słowa technika:

– Jeszcze jedno, Bauer. Postaraj się udowodnić, że zasługujesz na miejsce w naszej ekipie. Nie chciałbym żałować swojej decyzji, zwłaszcza że nie mam w zwyczaju dawania drugich szans.

Anita poczuła, że jej serce zaczyna szybciej bić. Nie ze strachu, lecz z ekscytacji, bo na ten moment czekała niemal całe życie.

2

Policjantka zaparkowała na końcu łańcucha aut stojących przy ścianie sosnowego lasu. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem zalegającego na nich śniegu, a z nieba spadały maleńkie płatki przypominające pył, który ktoś rozsypywał nad światem. Drobiny lądowały na rozgrzanej szybie, by po chwili zamienić się w krople wody i zniknąć.

Anita podciągnęła suwak kurtki i niechętnie opuściła ciepłe wnętrze samochodu. Chłód niemal od razu wbił w nią ostre zębiska. Kąsał policzki, kark i płatki uszu. Kobieta potarła o siebie dłonie, obserwując, jak wydychane przez nią powietrze przybiera kształt białych obłoczków. W nosie poczuła szczypanie i charakterystyczną ostrą woń, przez wielu uznawaną za zapach mrozu.

Bauer podeszła do bagażnika przy akompaniamencie skrzypiącego pod stopami śniegu, po czym w pośpiechu założyła kombinezon, ochraniacze na buty i maseczkę. Poprawiła wełnianą czapkę, która po tym, jak skurczyła się w praniu, nieustannie zsuwała się z uszu, naciągnęła na nią kaptur kombinezonu, a później chwyciła torbę i ruszyła w kierunku pracującej w lesie grupy oględzinowej.

Kiedy dotarła na miejsce, zatrzymała się przy policyjnej taśmie rozciągniętej między drzewami i wkładając rękawiczki, rozejrzała się wokół. Prokurator Roman Adler, z surowym jak zwykle wyrazem twarzy, dyskutował ze starszym technikiem i lekarzem. Kawałek dalej, przy wąskiej drodze przecinającej zarośla, stała porzucona Skoda z uchylonymi drzwiami, a w głębi lasu, obok terenówki z przyczepką, dwaj policjanci rozmawiali z mężczyznami w czapkach uszatkach i ciemnozielonych kurtkach. Chwilę potem uwagę Bauer przyciągnęły wyraźne ślady butów na śniegu. Na części z nich ktoś, najpewniej któryś z funkcjonariuszy patrolu, położył koc termiczny. W myślach Anita pogratulowała mu roztropności, bo gdyby nie to, świeże opady bez wątpienia utrudniłyby badanie śladów.

Tropy prowadziły od Skody do schowanego między drzewami paśnika wypełnionego sianem. Tuż obok niego, na ziemi, leżało skulone ciało w piżamie, czerwonej kurtce i butach typu EMU. Ciemne włosy ofiary kontrastowały z pokrytym krwią śniegiem, a zwłoki, częściowo osłonięte przez daszek paśnika, otulała cienka warstwa białego puchu. Policjantka skupiła wzrok na bladej twarzy kobiety, jej sinych wargach i płatkach śniegu lądujących na rzęsach. Ten widok przywodził na myśl Królewnę Śnieżkę, smukłą istotę o cerze białej jak mleko i włosach czarnych jak heban, skazaną przez złą królową na wieczny sen.

Martwą kobietę od baśniowej postaci różniło jednak to, że na jej szyi widniało długie, głębokie cięcie, pod jej głową rozpościerała się purpurowa plama i nie było nikogo, kto mógłby przywrócić ją do życia pocałunkiem nawet najszczerszej miłości.

– Nie wiem, nad czym tak dumasz, Bauer, ale chętnie poznam twoje wnioski – dobiegł Anitę zachrypnięty głos starszego aspiranta, Janusza Orlika, który zatrzymał się obok niej. – Co tutaj widzisz?

– Kobieta niedużo po trzydziestce. Zmarła najpewniej na skutek wykrwawienia w wyniku przecięcia tętnicy szyjnej – odparła, przyglądając się nożowi leżącemu nieopodal ofiary.

– Całkiem nieźle. Dokładnie to samo powiedział medyk. Zwrócił też uwagę na liczne powierzchniowe rany cięte na szyi i jedną głębszą dochodzącą aż do naczynia. Na podstawie plam opadowych oraz ze względu na znaczną ilość krwi przy zwłokach można wnioskować, że do zgonu doszło właśnie tutaj. Analiza stężenia pośmiertnego i temperatury ciała sugeruje, że kobieta nie żyje od kilkunastu godzin, ale precyzyjny czas zgonu trudno określić z powodu warunków atmosferycznych.

– Wiadomo już, kto to jest?

– Na razie nie znamy jeszcze jej nazwiska, nie miała przy sobie żadnych dokumentów ani telefonu.

– Zabójstwo czy samobójstwo?

– To się okaże po sekcji, ale stawiałbym raczej na to ostatnie.

– Dość drastyczny sposób odebrania sobie życia jak na kobietę, nie sądzisz?

– Niekoniecznie. Widywałem już takie przypadki. Poza tym nie wiemy, w jakim stanie psychicznym była, zanim to się stało. Osoby, które doświadczają silnego stresu, czasami wybierają najbardziej przerażający sposób pożegnania się ze światem. – Janusz rozłożył dłonie w geście bezradności. – Zwróć uwagę, że na miejscu mamy tylko kilka rodzajów śladów obuwia. Większość należy do naszych, część do tych myśliwych, którzy ją znaleźli, a reszta do niej. Nie było tu nikogo innego.

Siedzący na daszku paśnika kruk zaskrzeczał złowrogo, jakby na potwierdzenie słów policjanta. Orlik uniósł koc termiczny, obrzucił spojrzeniem odcisk buta w śniegu, po czym otworzył walizkę kryminalistyczną i zaczął w niej czegoś szukać. Kiedy tak przeglądał zawartość kufra, pionowa zmarszczka na jego czole z każdą kolejną sekundą pogłębiała się coraz bardziej. W końcu rozeźlony przeklął pod nosem.

– Przydałby się snow print do skontrastowania śladu – zauważyła Anita.

– Ale niestety nie ma go w standardowym wyposażeniu, więc obejdziemy się bez niego.

– Nie musimy. – Aspirantka wyjęła ze swojej torby białą puszkę z czerwoną nakrętką i wręczyła ją technikowi. – To oryginalny produkt. Kupiłam go w sklepie zaopatrującym laboratoria kryminalistyczne – wyjaśniła, gdy mężczyzna nieufnie obracał sprej w dłoni.

– No dobra, spróbujemy – stwierdził w końcu. – Zajmę się tym, a ty na razie będziesz obserwować i opiszesz metryczki śladowe.

Bauer posłusznie skinęła głową. Zdawała sobie sprawę, że jako nowa w zespole techniki kryminalistycznej musi zapracować na zaufanie przełożonego, ale jego słowa i tak ją dotknęły. Nie uważała, by zabezpieczanie i fotografowanie śladów w śniegu wymagało ponadprzeciętnych kompetencji, zwłaszcza że przez ostatnie dni zawzięcie ćwiczyła te umiejętności, co więcej, przeczytała na ten temat sporo opracowań, a Orlik nawet nie dał jej szansy, by pokazała, co potrafi. Westchnęła, pogodzona z losem, i pocieszyła się w duchu, że jeszcze przyjdzie czas, gdy będzie mogła się wykazać.

Janusz odsunął koc termiczny, umieścił aparat na statywie w taki sposób, że oś optyczna obiektywu ustawiona była prostopadle do powierzchni śladu, po czym kucnął, ułożył skalówkę przy odbiciu obuwia i delikatnie spryskał je preparatem. Czerwona farba sprawiła, że detale podeszwy odwzorowane na powierzchni śniegu stały się wyraźniejsze. Falisty wzór, napis „EMU Australia” i numer buta zapisany w systemie australijskim, W7/M6. Policjant nacisnął guzik na pilocie, uruchamiając spust migawki. Rozległo się charakterystyczne klik, a lampa aparatu błysnęła jasnym światłem.

Bauer w ciszy obserwowała jego działania, ale jej umysł nie przestawał analizować tego, na co patrzyła. Wnikliwie przyglądała się grupie śladów wyznaczających trasę od samochodu do ciała ofiary i nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że coś jest z nimi nie tak. Śledziła długość kroku, kąt stawiania stóp i kierunek chodu denatki, a wreszcie nachyliła się, żeby z bliska przyjrzeć się odbiciom obuwia.

– Nie masz wrażenia, że odwzorowanie obrzeża podeszwy wygląda nieco nienaturalnie? Na przykład tutaj? – zapytała, wskazując konkretne miejsce, a wtedy Orlik kucnął przy niej i skrzywił się w zamyśleniu.

– Nie wydaje mi się – stwierdził po chwili. – Zauważ, że pod spodem zalega silnie zmrożona warstwa wcześniejszych opadów i ziemi, a powłoka świeżego śniegu ma raptem kilka milimetrów. To powoduje, że ślady są płytkie i słabo wyraźne. Zwłaszcza że w nocy wiało, a zanim przyjechał patrol, zdążyło też trochę posypać.

Anita mruknęła ze zrozumieniem. Rozważała jeszcze, czy nie zasugerować zaangażowania do sprawy eksperta od traseologii, który przeanalizowałby ścieżkę chodu ofiary, ale założyła, że skoro ślady należały do zmarłej, to Janusz z pewnością uznałby ten pomysł za stratę czasu. Taka analiza pozwalała na wnioskowanie o indywidualnych cechach osoby, która zostawiła odbicia, umożliwiała oszacowanie jej płci, wzrostu, wagi, tempa chodu, tego, czy była pijana albo czy utykała na którąś z nóg, ale w tej sytuacji wszystkie odpowiedzi mieli na wyciągnięcie ręki i nie trzeba było ich poszukiwać.

Bauer zerknęła w kierunku myśliwych rozmawiających z policjantami, a wtedy jeden z funkcjonariuszy odwrócił się i spojrzał prosto na nią. Kiedy ich oczy się spotkały, oboje na ułamek sekundy zastygli. W myślach Anity eksplodowało przekleństwo, jej szczęki się zacisnęły, a dłonie zwinęły w pięści. Ciemnowłosy policjant musiał dostrzec tę reakcję, bo uśmiechnął się z satysfakcją i ruszył w jej kierunku. Bauer poczuła, że z nerwów napina wszystkie mięśnie. Wzięła głęboki wdech, by choć trochę uspokoić rozedrgane ciało.

Przez ostatnie tygodnie robiła wszystko, by zapomnieć o mężczyźnie, który ją skrzywdził, by wydrzeć go z pamięci, jak się wyrywa z zeszytu kartkę, na której widnieje za dużo błędów, a teraz on uśmiechał się do niej, jakby nic się nie stało. Że też ze wszystkich dochodzeniowców w tym mieście musiała trafić właśnie na niego. Mężczyznę, którego rzuciła kilka tygodni temu, po tym, jak odkryła jego liczne zdrady, i którego – choć nie przyznałaby się do tego nawet przed sobą – w głębi duszy nadal darzyła silnym uczuciem.

– I jak tam? Macie dla mnie coś ciekawego? – Policjant skierował te słowa do starszego technika, po czym przeniósł wzrok na Anitę. – My się chyba jeszcze nie znamy. Komisarz Borys Łada – przedstawił się oficjalnie, by zachować pozory, bo swoją relację utrzymywali w tajemnicy przed kolegami z komendy.

– Aspirant Anita Bauer – odparła chłodno, powstrzymując się przed dodaniem: „ty podły gnojku”.

– Nasz nowy narybek, prosto z prewencji. Uparta i zawzięta jak ty. Tak długo męczyła naczelnika, żeby przeniósł ją do techniki, że w końcu się zgodził – wyjaśnił Orlik zajęty fotografowaniem śladów.

– Gratuluję determinacji. – Borys kiwnął głową z uznaniem, ale Anita tylko mocniej zacisnęła szczęki.

– A jeśli chodzi o ślady, to nie natknąłem się na nic szczególnego – kontynuował starszy technik. – Zabezpieczymy nóż, który najpewniej posłużył do przecięcia tętnicy, i butelkę po alkoholu znalezioną obok ciała zmarłej. Poza śladami obuwia naszych, ofiary, tych myśliwych, opon samochodowych i tropami zwierząt nie namierzyłem żadnych innych.

– Zabierzcie też tę fotopułapkę. Może coś zarejestrowała. – Komisarz omiótł wzrokiem urządzenie przytwierdzone do drzewa.

– Jasne, ale nie wiązałbym z nią wielkich nadziei. Jest nieaktywna. Zakładam, że przez ten ziąb rozładowały jej się akumulatorki. Według mnie albo ta kobieta sama odebrała sobie życie, albo maczali w tym palce ci goście z koła łowieckiego. – Janusz zerknął w kierunku mężczyzn w ciemnozielonych kurtkach, a Łada podążył za jego spojrzeniem.

– Trzeba będzie zaprosić ich na komendę. Wydają się przejęci całą sytuacją, ale kto wie, może tylko udają. Twierdzą, że przyjechali dołożyć karmy, bo jak panują takie mrozy, to zwierzęta mało wędrują za żerem i muszą im pomagać.

– A co z tożsamością ofiary? Udało się już coś ustalić? – dopytała Bauer.

– Skoda, którą tu dotarła, jest zarejestrowana na niejaką Julię Górską, ale na razie nie mamy pewności, czy to ona – odparł Borys, po czym odwrócił się w kierunku samochodu kobiety i dodał: – Pójdę rzucić okiem na tego Superba.

– Tylko mi tam niczego nie dotykaj – przestrzegł go technik. – Ze względu na opady zdjąłem już paluchy z klamek i drzwi z nieośnieżonej strony auta, ale w środku jeszcze nic nie było robione.

– Obiecuję być grzeczny, chcę się tylko rozejrzeć – zapewnił komisarz, po czym ruszył w stronę białej Skody.

– Dopilnuj go – syknął Orlik do Anity. – Różne rzeczy można powiedzieć o Ładzie, ale na pewno nie to, że umie trzymać łapy przy sobie.

Bauer drgnęła. Czy to możliwe, że wszyscy wiedzieli o Borysie to, co ona odkryła dopiero po wielu miesiącach romansu? Planowała zapytać technika o kontekst jego opinii, ale ostatecznie uznała, że nie jest gotowa, by usłyszeć odpowiedź, i podążyła za komisarzem.

– Stary wysłał cię na przeszpiegi? – zapytał policjant, kiedy jej kroki zrównały się z jego.

– Nie. Po prostu uznałam, że jest cholernie zimno i będzie miło jeszcze przez chwilę poogrzewać się w twoim blasku.

– A już myślałem, że stępiły ci się pazurki. Przy Orliku nie byłaś taka pyskata. Biedak nie ma pojęcia, kogo przyjął do zespołu. Myślisz, że powinienem go ostrzec?

Anita wzruszyła ramionami.

– Jak chcesz. Nie obchodzi mnie, co inni mówią na mój temat – oznajmiła, choć to nie była do końca prawda. Nie przejmowała się opinią obcych, ale tych, na których zdaniu jej zależało, już tak, a Borys nadal był jednym z nich.

– Może to i dobrze – stwierdził Łada, zaglądając do Skody przez uchylone drzwi. – Zresztą przyzwyczajaj się, jesteś jedyną kobietą w zespole techniki, więc to normalne, że będą gadać. Będą ci patrzeć na ręce i śledzić każdy twój ruch, do czasu, aż udowodnisz, że masz tak samo wielkie jaja jak oni.

Bauer przewróciła oczami. Nie miała ochoty na wykład. Zwłaszcza od człowieka, który tak bardzo ją zawiódł. Podeszła do drzwi samochodu od strony pasażera, otworzyła je i zaczęła wnikliwie lustrować wnętrze. W Superbie unosił się delikatny zapach przejrzałych owoców, jakby ktoś ukrył pod jednym z foteli ogryzek jabłka. W stacyjce nadal tkwił klucz, przy którym wisiał firmowy brelok Skody, na dywanikach zalegał piasek. Przy skrzyni biegów stała na wpół opróżniona butelka wody, a obok niej leżała wymięta wizytówka. Auto sprawiało wrażenie zaniedbanego. Na jasnej tapicerce widniały plamy, a deskę rozdzielczą pokrywała gruba warstwa kurzu.

– Czy przy ciele ofiary znaleźliście jej torebkę? – zapytała Anita.

– Nie – odparł Borys.

– Ciekawe, bo tu też jej nie ma.

– Mogła wyjść bez torebki.

– Być może, ale nadal wydaje mi się dziwne, że niczego ze sobą nie zabrała. Ani dokumentów, ani telefonu. Zresztą kto wybiega z domu w nocy w samej piżamie i kurtce, żeby popełnić samobójstwo?

Łada zmrużył oczy, zastanawiając się nad jej słowami, tymczasem Bauer sunęła wzrokiem po kokpicie do chwili, gdy jej spojrzenie napotkało okrągły ślad wielkości pięciozłotówki, na którym nie było ani grama kurzu.

– Coś stąd zniknęło. Sprawdź u siebie, czy nic nie leży pod fotelem – powiedziała, wskazując miejsce na desce rozdzielczej, po czym schyliła się, by poszukać zguby.

– Pewnie uchwyt na telefon albo jakaś figurka – stwierdził komisarz, zaglądając pod siedzenie kierowcy.

– I jak? Masz coś? – niecierpliwiła się Anita.

– Nie. Pusto.

Aspirantka podniosła się, otworzyła tylne drzwi i przyświecając sobie latarką, przeszukała przestrzenie za fotelami.

– Cholera, tu też nic. Gdzie to może być? – syknęła.

– Daj sobie spokój. Cokolwiek to było, pewnie zostawiła to w domu, a ty niepotrzebnie robisz z igły widły.

Bauer się zawahała. Policjant mógł mieć rację. Jeśli ofiara odkleiła przedmiot od deski rozdzielczej lub ten sam odpadł w ciągu ostatniej doby, warstwa kurzu mogła jeszcze nie zdążyć narosnąć. Jednak z drugiej strony pamiętała zasadę Locarda, która głosiła, że każdy kontakt zostawia ślad. Oznaczało to, że człowiek, gdziekolwiek stanie, czegokolwiek dotknie, zawsze pozostawi na miejscu zdarzenia znak swojej obecności i jednocześnie coś z niego zabierze. Wszystko to, co się pojawi i co zniknie, posłuży przeciwko niemu jako milczący świadek. To dowody, które nie zapominają. Nie są stronnicze, nie kłamią, nie ulegają emocjom ani uprzedzeniom.

Anita spojrzała ponownie na ślad na kokpicie. Pustka po czymś, co znajdowało się tam wcześniej, nie dawała jej spokoju. Bauer odnosiła wrażenie, że ten niemy świadek próbuje jej coś przekazać, na razie jednak nie potrafiła go zrozumieć.

3

MACIEJ WAJDA Z WESTCHNIENIEM opadł na fotel, na którym zwykle siadali jego pacjenci, i wbił wzrok w dogasające w kominku polana. Obok drewnianej, skrzypiącej przy każdym kroku podłogi to właśnie stara, żeliwna koza, pozostałość po poprzednim najemcy lokalu, była tym, co niegdyś skłoniło Macieja do wybrania tego miejsca na gabinet psychoterapeutyczny. Wystarczyło, że na nią spojrzał, by poczuł zapach ogniska, usłyszał trzask płonących szczap, a przed jego oczyma odmalował się obraz pacjentów oczarowanych tańcem ognistych języków. Decyzja zapadła na długo, zanim właściciel nieruchomości zdążył wymienić jej zalety i pominąć milczeniem wady. W ten właśnie sposób, kierując się emocjami i sentymentem, a nie rozumem, który na co dzień był jego głównym doradcą, Wajda stał się użytkownikiem ponadstumetrowego lokum na poddaszu.

Tego wieczoru Maciej skończył już spotkania z pacjentami i właściwie nic nie stało na przeszkodzie, żeby wrócił do domu, ale zmęczenie kładące się ciężko na jego ramionach oraz świadomość panującego na zewnątrz mrozu zniechęcały go do opuszczenia przytulnej oazy i kusiły wizją spędzenia nocy na ustawionym pod ścianą szezlongu. Wprawdzie mebel był równie wygodny co ławka w parku, ale Wajda miał za sobą długi dzień i uznał, że nie będzie wybrzydzał, zwłaszcza jeśli towarzystwa dotrzyma mu sprawdzona kompanka. Podniósł się, by odszukać butelkę szkockiej schowaną w jednej z kuchennych szafek, ale gdy tylko parkiet zatrzeszczał pod jego stopami, od strony korytarza dobiegło ciche pukanie.

Zaskoczony tym faktem Maciej przystanął. Przez chwilę nasłuchiwał, pewien, że tylko mu się wydawało, ale wtedy dźwięk wybrzmiał ponownie. Wajda podszedł do wejścia, zastanawiając się, komu zależało na tym, by odwiedzić go o tej porze, w dodatku przy tak paskudnej pogodzie. Przez myśl przeszły mu kobiety, z którymi widywał się w ostatnich latach i których telefony przestawał odbierać, ilekroć docierało do niego, że nie są tym, czego szukał. Wziął też pod uwagę, że po drugiej stronie drzwi może się znajdować jeden z jego byłych pacjentów, chcący w pierwszej kolejności oskarżyć go o to, że zniszczył mu życie, a następnie łamiącym się głosem błagać, by je uratował. Wszystkie te scenariusze Maciej przerabiał już kilkukrotnie i na żaden z nich nie miał dziś siły.

Z ciekawością, a jednocześnie zachowując się na tyle cicho, by w razie potrzeby móc jeszcze udać, że nie ma go w gabinecie, przyłożył oko do wizjera. Na klatce schodowej panowała ciemność rozpraszana jedynie delikatną poświatą padającą z okna na półpiętrze. Początkowo Wajda nikogo tam nie zauważył. Był już gotów założyć, że pukający musiał się zniechęcić długim oczekiwaniem i odejść, ale właśnie wtedy kształt, który wcześniej uznał za cień, poruszył się i nabrał cech ludzkiej sylwetki. Maciej drgnął, co było do niego niepodobne, bo nie należał do ludzi strachliwych, a zaraz potem, chcąc odgonić irracjonalne poczucie niepokoju, roześmiał się pod nosem i otworzył drzwi.

Światło z wnętrza zalało stojącego w korytarzu mężczyznę, który pod jego naporem zmrużył oczy i instynktownie osłonił je dłonią. Był to człowiek słusznej postury, choć fakt, że się garbił i miał na sobie luźne, zdecydowanie za duże ubrania, powodował, że sprawiał wrażenie drobniejszego. Wajda obrzucił go spojrzeniem i szybko ocenił, że nie rozpoznaje w nim żadnego ze swoich pacjentów. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że rysy mężczyzny są na tyle pospolite, że nawet gdyby widział go już wcześniej, nie byłby w stanie zapamiętać jego twarzy. Nieznajomy wydawał się młody, około trzydziestki, ale smutek, którym emanował, dodawał mu lat i utrudniał dokładne określenie wieku.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytał Maciej, przyglądając się mężczyźnie, ale tamten mu nie odpowiedział.

Potarł tylko zaczerwienione od mrozu dłonie i nieobecnym wzrokiem omiótł posadzkę. Zachowywał się jak ktoś, kto nie rozumie, z jakiego powodu znalazł się w konkretnym miejscu.

– Jeżeli przyszedł pan w sprawie terapii, obawiam się, że pana rozczaruję – kontynuował psycholog. – Na tę chwilę mam komplet pacjentów i nie jestem w stanie przyjąć nikogo nowego. Mogę oczywiście wpisać pana na listę rezerwową, ale oczekiwanie na miejsce trwa od kilku do kilkunastu tygodni, więc jeśli sprawa jest pilna, zachęcałbym do poszukania innego specjalisty.

– Nie chodzi mi o terapię. Chcę tylko porozmawiać. – Nieznajomy uniósł na Macieja błagalne spojrzenie.

– Przykro mi, ale to nienajlepszy moment. Proszę zadzwonić…

– Myślę, że mogłem zrobić coś strasznego – przerwał mu człowiek stojący w progu.

Na większości ludzi takie słowa wywarłyby wrażenie, ale Wajda słyszał w swoim gabinecie wiele podobnych historii i wyznanie mężczyzny go nie zaciekawiło. Na co dzień pracował z pacjentami, którzy na skutek traumatycznych przeżyć czy chronicznego stresu doświadczyli amnezji dysocjacyjnej. Utrata pamięci u takich osób pojawiała się jako mechanizm obronny umysłu pozwalający na zablokowanie trudnych do zaakceptowania wspomnień, a on był tym, który pomagał pacjentom znaleźć do nich drogę.

Lata praktyki nauczyły go, że niepamięć rzadko kryje rzeczy miłe czy neutralne, najczęściej rzuca cień na to, co przerażające i niemożliwe do udźwignięcia. Na moment wypadku samochodowego i to, co do niego doprowadziło, na zdarzenia z imprezowej nocy spędzonej z poznanym w barze mężczyzną albo na kłótnię po alkoholu, w wyniku której ktoś stracił życie.

– Polecę pana mojej znajomej. Wprawdzie na co dzień nie pracuje z amnezją, ale to jedna z najinteligentniejszych osób, jakie znam. Jestem pewien, że będzie umiała panu pomóc. Proszę zaczekać, zapiszę panu jej numer. – Maciej zostawił mężczyznę w uchylonych drzwiach, a sam wrócił do środka.

Podszedł do biurka, odnalazł w telefonie kontakt do Emmy, a następnie pochylił się nad blatem i zaczął notować na kartce kolejne cyfry. Wiedział, że nie powinien się do niej odzywać, zwłaszcza po tym, co między nimi zaszło. Emma była wybitnym psychologiem, ale w relacji z mężczyznami przypominała podawany dożylnie narkotyk. Zapewniała euforyczne odurzenie i błogostan, w którym człowiek brodził jak w półśnie. Uzależniała szybko, a objawy jej odstawienia doprowadzały na skraj wyczerpania.

Emma była szczęśliwą mężatką i jednocześnie nad wyraz ceniła swoją niezależność. Nie chciała od Macieja niczego więcej niż czysto fizycznej relacji, ale on po każdym spotkaniu pragnął jej bardziej. W swojej zachłanności zaczął łamać ustalone zasady i przekraczać wyraźnie nakreślone granice, aż pewnego dnia Emma oznajmiła mu, że to koniec. Początkowo myślał, że tego nie przeżyje, ale z czasem zauważył, że odkąd przestali się widywać, sypiał spokojniej i wmawiał sobie, że chce, by właśnie tak zostało.

Wyrwał stronę z numerem z brulionu, po czym odwrócił się, by zanieść ją nieznajomemu, ale ten, ku jego zdziwieniu, znajdował się już w gabinecie. Wajda zatrzymał się w miejscu, a przez jego głowę przemknęła myśl, że mógł popełnić błąd, otwierając drzwi o tak późnej porze. Człowiek w za dużej zamszowej kurtce siedział na fotelu naprzeciwko dogasającego kominka. Pochylony do przodu, opierał łokcie o uda i wpatrywał się w żar paleniska.

Dopiero teraz, w świetle lamp, Maciej zauważył, że oczy nieznajomego są podkrążone, jakby nie spał od wielu dni, jego zaniedbane włosy posklejały się w strąki, a dłonie drżą. Wajda poczuł, że ogarnia go nieuzasadniony lęk, i zapragnął jak najszybciej pozbyć się nieproszonego gościa.

– To kontakt do psycholog, o której wspominałem – oznajmił, wyciągając w kierunku mężczyzny rękę z numerem, ale tamten nawet na nią nie spojrzał.

– Myślę, że kogoś zabiłem – powiedział. – Pamiętam tylko, jak wybiegłem z domu i jechałem samochodem do rodziny na święta, a później ocknąłem się w przydrożnym barze, jadłem schabowego i nagle zdałem sobie sprawę, że nie wiem, skąd się tam wziąłem – mówił niespiesznie, wpatrzony w podłogę. – Zdziwiło mnie, że wszędzie wisiały sylwestrowe dekoracje, bo przecież dopiero miała być Wigilia. Skomentowałem nawet, że trochę się pospieszyli z tymi balonami, ale właściciel knajpy spojrzał na mnie jakoś dziwnie i powiedział, że nie wie, gdzie tak zabalowałem, ale jest już po Nowym Roku. Byłem przekonany, że to tylko głupi żart, ale potem sprawdziłem datę w gazecie i zrozumiałem, że mówił prawdę.

Maciej ściągnął brwi. Słowa mężczyzny wciąż pobrzmiewały mu w uszach, w opuszkach jego palców odezwało się pulsowanie, które dawało o sobie znać, ilekroć przypadek pacjenta zaczynał go intrygować.

– Ile czasu upłynęło od dnia, w którym wybiegł pan z domu, do momentu, gdy znalazł się pan w tamtym barze? – zapytał, nie mogąc powściągnąć ciekawości.

– Dwa tygodnie.

– Czy jest pan w stanie przypomnieć sobie cokolwiek z tego okresu?

Nieznajomy pokręcił głową.

– Pamiętam tylko to, co działo się wcześniej i po tym, jak ocknąłem się nad talerzem ze schabowym.

Wajda mruknął. Przytoczona historia mogła sugerować, że mężczyzna doświadczył fugi dysocjacyjnej. Maciej dotychczas tylko dwukrotnie spotkał się z tym rzadkim zaburzeniem i za każdym razem czuł się nim coraz bardziej zafascynowany. Odłożył na stolik kartkę z numerem Emmy i zajął miejsce na fotelu naprzeciwko tajemniczego gościa.

– Czy stosuje pan leki o działaniu psychoaktywnym albo substancje odurzające?

– Nie, nigdy.

– Żadnych schorzeń o charakterze neurologicznym ani urazów głowy? Zwłaszcza przed utratą pamięci?

Mężczyzna znów zaprzeczył.

– Czy takie sytuacje zdarzały się panu już wcześniej? Mam na myśli to, czy już kiedyś nie był pan w stanie przypomnieć sobie fragmentów swojego życia. Przebiegu ostatniej godziny, dnia.

– Nie.

– Może w takim razie miał pan kontakt z metalami ciężkimi? Zatrucie ołowiem lub rtęcią niekiedy prowadzi do uszkodzenia układu nerwowego i potrafi wywołać amnezję.

– Nie, na pewno nie.

Maciej potarł podbródek w zamyśleniu. Zdawał sobie sprawę, że podobne luki w pamięci bywają objawem także dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości, potocznie określanego osobowością mnogą, dlatego postanowił pogłębić wywiad.

– Proszę mi powiedzieć: czy w czasie poprzedzającym lukę pamięciową w pana życiu wydarzyło się coś silnie stresującego albo traumatycznego?

– Zostałem zwolniony z pracy – wyszeptał ze wstydem mężczyzna. – Doradzałem klientom w jednym ze sklepów sieci zajmującej się sprzedażą produktów RTV i AGD. Wydawało mi się, że naprawdę świetnie mi idzie, ale któregoś dnia szefowa zaprosiła mnie do swojego gabinetu. Zamknęła drzwi i oznajmiła, że rozwiązują ze mną umowę.

– Jaki był powód zwolnienia?

– Nie wiem. Nie chcieli powiedzieć. Twierdzili, że przy umowie na czas określony pracodawca nie ma obowiązku informować o przyczynie wypowiedzenia. Kobieta z HR-ów podsunęła mi do podpisania dokument o porozumieniu stron i przekazała, że od następnego dnia już tam nie pracuję. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego do tego doszło. Godzinami analizowałem swoje ostatnie tygodnie w pracy, to, co powiedziałem i zrobiłem, ale i tak nie byłem w stanie znaleźć przyczyny.

– Kiedy do tego doszło?

– Pod koniec grudnia. Niedługo potem miałem jechać do rodzinnego domu na święta, ale myśl, że będę musiał wyjaśnić bliskim, co się stało, napawała mnie przerażeniem. Bałem się, że brat i siostra będą opowiadać o swoich sukcesach, a ja okażę się wielkim rozczarowaniem i tym samym potwierdzę opinię ojca, który od lat miał mnie za nieudacznika.

Wajda pokiwał głową ze zrozumieniem. Wszystko, co usłyszał, umacniało go w przekonaniu, że mężczyzna mógł doświadczyć fugi dysocjacyjnej, którą zwykle poprzedzało silnie stresogenne wydarzenie i która wiązała się z podróżowaniem na znaczne odległości.

– Czy ostatecznie spotkał się pan z rodziną?

– Nie, nigdy do nich nie dojechałem. W bagażniku nadal mam prezenty, które dla nich kupiłem.

– Pana nieobecność musiała ich mocno zaniepokoić.

– Nie wydaje mi się. Jedyną osobą, która mogłaby się tym przejąć, była matka, ale ona od lat nie żyje. Ojciec zostawił mi tylko nagranie na poczcie głosowej. Powiedział, że przynoszę mu wstyd i że jestem cholernym tchórzem. Od znajomego, którego syn pracował w tym samym sklepie co ja, dowiedział się, że mnie zwolniono, i uznał, że nie przyjechałem, bo nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Kazał mi zadzwonić, kiedy będę gotowy wziąć odpowiedzialność za swoje życie.

– A rodzeństwo?

– Siostra wysłała mi krótką wiadomość: „Jak mogłeś mu to zrobić?”. A brat w ogóle się nie odezwał.

Maciej oparł brodę na złożonych dłoniach i z wyrazem skupienia na twarzy zapytał:

– Wcześniej wspomniał pan o tym, że prawdopodobnie kogoś zabił. Skąd takie przypuszczenie?

– Po wyjściu z tamtego baru przejrzałem swój samochód. Byłem zdesperowany. Szukałem czegoś, co mogłoby mi pomóc zrekonstruować ostatnie dwa tygodnie, ale to, na co się natknąłem, jeszcze bardziej mnie rozbiło.

– To znaczy?

Nieznajomy przełknął ślinę.

– W bagażniku znalazłem wciśnięty w kąt worek na śmieci. W środku były moje mokre ubrania. Dżinsy, koszula i kurtka. Zacząłem się im przyglądać i nagle dotarło do mnie, że plamy, które w pierwszej chwili wziąłem za ślady błota, to krew. Dopiero wtedy zauważyłem bordowe drobiny pod paznokciami i wpadłem w panikę. Jeździłem po okolicy jak wariat, nie wiedząc, czego właściwie szukam. Ze wszystkich sił próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek, ale nie byłem w stanie. Jakby ktoś wymazał gumką czternaście dni mojego życia – wyrzucił z siebie z bezradnością, a później w gabinecie nastała cisza.

Mężczyzna odwrócił twarz i zacisnął zęby na dłoni zwiniętej w pięść. Maciej obserwował, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada na skutek przyspieszonego oddechu. Nie wiedział jeszcze, co myśleć o historii, której właśnie wysłuchał, ale czuł, że obudziła w nim wszystko to, co w ostatnich latach próbował pogrzebać.

Nachylił się w kierunku rozmówcy i przypatrując się mu, zapytał:

– Czy przychodzi panu do głowy jakiś inny pomysł dotyczący tego, skąd mogła się wziąć krew na pańskich ubraniach? Może potrącił pan zwierzę, miał krwotok z nosa albo zwyczajnie się zranił?

– Nie, to niemożliwe. Jestem pewien, że to nie była moja krew – odparł stanowczo mężczyzna. – Nie znalazłem ani jednego skaleczenia czy nawet zadrapania na skórze. Na karoserii też nie zauważyłem żadnych śladów wskazujących na to, żeby doszło do zderzenia.

Wajda przygryzł wargę.

– Istnieje jeszcze prawdopodobieństwo, że udzielił pan pomocy ofierze wypadku – powiedział. – To mogłoby być doświadczenie na tyle szokujące, że pański umysł zablokował drastyczne obrazy.

Nieznajomy drgnął, po czym przeniósł pełne nadziei spojrzenie na psychologa.

– Czy to znaczy, że mogę je odzyskać i przypomnieć sobie, co mnie spotkało?

– Jeśli to, co pan przeżywa, ma związek z fugą dysocjacyjną, to psychoterapia powinna pomóc przywrócić wspomnienia zepchnięte do nieświadomości. Fugę najczęściej poprzedza długotrwały konflikt emocjonalny albo silny uraz psychiczny, po którym człowiek niespodziewanie opuszcza swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i doznaje amnezji autobiograficznej. – Maciej omiótł wzrokiem zatroskaną twarz mężczyzny. – Mówiąc wprost, osoba w stanie fugi traci tożsamość. Nie wie, kim jest, jak się nazywa, nie pamięta też bliskich ani żadnych faktów ze swojego życia. Ktoś taki nie ma pojęcia, dokąd zmierza, ale jego wypowiedzi i zachowania w oczach osób z zewnątrz sprawiają wrażenie logicznych. Zdarza się, że w okresie fugi umysł osoby nią dotkniętej wytwarza zupełnie nową tożsamość, zgodnie z którą ta osoba zaczyna się zachowywać. Może wtedy założyć nową rodzinę albo zmienić kraj zamieszkania.

– Chce pan powiedzieć, że staje się kimś zupełnie innym?

– W pewnym sensie tak. Fuga pojawia się jako masywny mechanizm obronny. Może trwać od paru godzin do kilku miesięcy, a w skrajnych przypadkach nawet lat. Kiedy jej objawy zaczynają ustępować, pacjenci często odczuwają lęk i dezorientację. Podobnie jak pan nagle odnajdują się w jakimś miejscu i nie potrafią zrozumieć, skąd się tam wzięli. Jeszcze chwilę temu kłócili się z matką albo zastanawiali, jak powiedzą pracownikom o bankructwie firmy, a potem ocknęli się na drugim końcu kraju w sklepie spożywczym, nad lodówką z mrożonkami. – Wajda posłał rozmówcy blady uśmiech. – Świadomość spada na nich jak grom z jasnego nieba. Niespodziewanie odzyskują pamięć dotyczącą własnej tożsamości, wiedzą, kim są, gdzie mieszkają i z czym się mierzyli przed opuszczeniem domu, ale to, co wydarzyło się w okresie fugi, pozostaje dla nich niedostępne. Jakby kryło się za zamkniętymi drzwiami, do których nie mają klucza.

– Pomoże mi pan te drzwi otworzyć? Muszę się dowiedzieć, co zrobiłem.

Maciej westchnął. Nie miał w grafiku przestrzeni na nowych pacjentów, a jednocześnie musiał przyznać, że przypadek mężczyzny go zaintrygował. Zauważył, że sam próbuje odgadnąć, skąd wzięła się krew na ubraniach nieznajomego.

– Ile czasu upłynęło od chwili, gdy odzyskał pan świadomość swojej tożsamości w tamtym barze?

– Niecałe dwa dni.

– Jak więc udało się panu w tak krótkim czasie mnie znaleźć?

Po twarzy mężczyzny przemknął nieśmiały uśmiech.

– Wpisywałem w wyszukiwarkę hasła dotyczące utraty pamięci, aż za którymś razem natknąłem się na historię kobiety, która uciekła ze szpitala po przedwczesnym porodzie, z dzieckiem na rękach. Noworodka odnaleziono niedługo potem. Leżał między samochodami na szpitalnym parkingu, cały i zdrowy, ale jego matka przepadła bez śladu. Dopiero kilka dni później ktoś zauważył ją w pobliskim parku. Była przekonana, że jej dziecko zmarło przy porodzie. Nie potrafiła wyjaśnić, gdzie podziewała się przez ostatnie dni ani skąd wzięła się w tamtym miejscu. To pan pomógł jej odzyskać pamięć, a teraz proszę, żeby zrobił pan to dla mnie.

Na wspomnienie historii dawnej pacjentki kąciki ust Wajdy drgnęły. Prośba nieznajomego zawisła w powietrzu jak zapach wygasłego paleniska. Psycholog zerknął na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Za oknami w miodowym świetle latarni tańczyły płatki śniegu. Maciej jeszcze udawał, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę, choć tak naprawdę podjął już decyzję.

– Niech pan przyjdzie pojutrze o dwudziestej – oznajmił.

– Dziękuję. Będę na pewno.

Mężczyzna wstał z fotela. Na jego zmęczonej twarzy malował się wyraz ulgi, a przygarbione wcześniej plecy zdawały się nieco bardziej wyprostowane.

– Chciałbym też prosić, żeby wykonał pan rezonans magnetyczny. Jeżeli mam z panem pracować, muszę wykluczyć zmiany organiczne. W sąsiednim budynku znajdzie pan pracownię, która prowadzi takie badania. Jeśli powoła się pan na mnie, dostanie pan zniżkę i termin od ręki.

– Oczywiście, zajmę się tym.

– Jeszcze jedno! – zawołał Wajda, gdy nieznajomy ruszył już w kierunku drzwi. – Nie zdążył mi się pan przedstawić.

Mężczyzna przystanął w pół kroku, odwrócił się i z zakłopotaniem drapiąc kark, odparł:

– No tak, rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałem. Nazywam się Wiktor Hoffman.

Maciej odprowadził gościa do wyjścia, a kiedy tamten zbiegł po schodach, Wajda dopuścił do siebie wspomnienia, którym dostępu bronił od lat. Wszystko w nim się skurczyło, chłód objął ciało i poczuł się, jakby właśnie otworzył puszkę Pandory, przywołując na świat złe duchy. Pochłonięty myślami wpatrywał się w niewielki stolik wciśnięty między fotele, gdy zauważył, że kartka z numerem Emmy, którą tam wcześniej położył, zniknęła. Początkowo uznał, że to ruch powietrza wywołany otwarciem drzwi musiał ją strącić na podłogę, ale kiedy i tam jej nie znalazł, lęk na powrót owinął się wokół jego serca.