Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 474
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zdzich Wojtaś
Biały mróz
Najwspanialszej zołzie na świecie –
Elce, mojej pierwszej recenzentce.
W większości miast, a pewnie niewiele minę się z prawdą, jeżeli napiszę, że we wszystkich, nazwy takie jak: Brzozowa, Topolowa, Modrzewiowa, Sosnowa, Akacjowa nadaje się ulicom położonym na ich peryferiach, obrzeżach, na terenach dopiero co w ich granice wcielonych, nigdy wszakże w centrum.
W Jamborze nad Bełtą jest inaczej.
Podobno to miasto od pierwszej połowy siedemnastego wieku wyrastać zaczęło w miejscu wykarczowanego lasu, którego strażnikami były potężne, wiekowe dęby.
Jedne ustawione w długie szeregi, inne w nieforemne czworoboki na podobieństwo rzymskiej centurii – stawiały twardy opór ostrzom stalowych toporów, zębom z wysiłku charczących pił. Podobno z karczowników pot lał się strumieniami. Podobno broniły się długo i dzielnie, ale jak wszystkie inne drzewa, w końcu i one zostały wyrżnięte.
Z zagłady ostał się tylko jeden, kilkusetletni wiarus, zwany Hektorem.
Dziś w samym centrum miasta, na placu Bohaterów, stoi okolony solidnym metalowym parkanem.
Jest przeraźliwie samotnym, ocalałym z zagłady, wciąż żywym artefaktem, z dumą pokazywanym przybyszom jako widomy dowód naszej godnej podziwu historii, potęgi i chwały. Jak niegdyś Kotu Moozullu, król podbitego egzotycznego kraju, zamknięty w klatce, wystawiony na pokaz na Piccadilly Circus w Londynie.
Hektora otoczono specjalistyczną opieką i półkolem parkowych ławek, by ktokolwiek mógł w skwarny dzień schronić się w jego cieniu. Ukoronowano instalacją odgromową. Teleskopowymi podporami wzmocniono od dziesiątek lat słabnące główne konary.
Jak lokalna wieść niesie, podobno już plastycy, różnego autoramentu inżynierowie, takoż informatycy, pracują nad jego wierną kopią, jak słusznie bowiem władze miasta mniemają, nic nie jest wieczne, nawet Hektor. Wcześniej czy później przyjdzie taki dzień, kiedy drzewo sztuczne będzie musiało zastąpić to prawdziwe.
Dzień i noc jest monitorowany przez system kamer, czuwających nad jego bezpieczeństwem.
Nadto, by chlajtus jakiś nie pił pod nim piwa, zakochany serca na szerokim pniu nie wycinał, a zbieracz pamiątek nie obskubywał kawałków zrogowaciałej kory, owóż przyparty nagłą potrzebą człowiek, pies, czy kto tam, nie zraszał jego szacownego pnia moczem.
Nic w tym mieście z jego pierwotną siłą równać się nie może, nic, co materialnego przed laty i teraz zrodziła ludzka myśl i praca. Nawet te wokół kamienice, na pozór solidne, a w gruncie rzeczy kruche, po dwakroć już ze zgliszcz odbudowywane.
Nawet kościół pod wezwaniem Serca Jezusowego, będący przecie pod ochroną Bożej Opatrzności, z wielkiego pożaru miasta w 1803 roku nie ocalał, a Hektor owszem.
Hektor wyszedł z tej pożogi bez większego szwanku i odtąd, jak mówią stare kroniki, jego brunatne liście mieszkańcy miasta trzymali w swoich domach. Przechodziły z pokolenia na pokolenie jak relikwie, które miały chronić od wszelkich nieszczęść. I ma się rozumieć, chroniły, ale nie wszystko i nie wszystkich, bo nikt nie ma takiej mocy, nawet on. Ale bezspornym jest fakt, że po przetoczeniu się przez Jambor wichrów pierwszej i drugiej wojny światowej miasto pozostało prawie nietknięte.
Zasuszone pomiędzy kartami starych książek, albo za szkłem wiszące na ścianie, można spotkać dosłownie wszędzie.
Te najcenniejsze, podobno z czasu pożaru, przechowywane są w klimatyzowanych gablotach z hartowanego szkła w Muzeum Historii Miasta.
Mieszkańcy zabierają je na ważne spotkania, wożą w samochodach, noszą w portfelach. Parze młodej w noc poślubną kładą pod prześcieradło, wiadomo po co.
Ale nie myślcie, że można, kiedy wystąpi taka potrzeba, zerwać je z drzewa lub podnieść, kiedy opadły. Ooo, co to, to nie! Nad tym, by to uniemożliwić, czuwają odpowiednie służby.
Wszystkie liście są komputerowo policzone i zapisane po stronie aktywów miasta.
Można je z poświadczeniem autentyczności kupić w sklepikach z pamiątkami, w kioskach, nielicznych księgarniach, na poczcie, w kasie miejskiej i, rzecz jasna, przez internet.
Za próbę ominięcia systemu dystrybucji grożą dotkliwe kary. Ale prawie nikt tego nie robi, bo liść bez certyfikatu nie przedstawia żadnej wartości.
Próby nieformalnego wejścia w ich posiadanie bywają raczej domeną pijanych turystów, głównie obcokrajowców, którzy chcąc się popisać przed przyjaciółmi i przygodnie poznanymi kobietami, porywają się na taki akt wandalizmu, który zazwyczaj drogo ich kosztuje.
Ulica Dębowa, główna arteria Jambora, u swojego wschodniego krańca położona na łagodnym, upstrzonym niewysoką zabudową wzniesieniu, rwącym nurtem asfaltowej drogi spływa ku zachodowi.
Bielą elewacji dwu-, trzypiętrowych kamienic, żółtokremowym kolorem chodnikowych płytek przypomina pożółkłą kartkę, którą wypełniają coraz gęściej rzucane przez przechodzący tędy dzień szare i kolorowe plamki, które w jaskrawym świetle wczesnego popołudnia wartko płyną przed siebie, meandrując.
Niektóre nagle znikają w dopływach bocznych ulic, w nienasyconych paszczach magazynów handlowych, w kawiarniach i barach. Jeszcze inne przez nie wyplute wpadają w główny nurt miejskiego ruchu. Miasto pulsuje życiem… Jak co dzień przetacza się przez nie przedziwny korowód, brodzący w akordach atonalnych dźwięków.
Renart Przytulny i ja, paląc papierosy, niby liście porwane przez wartki strumień, spływamy Dębową w dół. Milczymy, rozglądając się na boki. Każdy tam, gdzie uważa. Jesteśmy wolni, niezależni, sami decydujemy o tym, co zrobimy z czasem, który mamy – przynajmniej tak nam się teraz wydaje. Idziemy niespiesznie, mimowolnie wciągając w siebie przemieszane z powietrzem zapachy, które wymknęły się przez otwarte drzwi i okna mijanych kawiarni, perfumerii, przez wybite szyby egzotycznych barów. Także i te, które zostawili ci, co szli tu chwilę przed nami. Na chodnikach wciąż leżą większe, mniejsze okruchy potłuczonego szkła, strzępy nadpalonych szmat, papieru. Ściany budynków obryzgane czarną farbą. Rozmazanym tekstem, jakąś w pośpiechu napaćkaną grafiką próbują coś nam powiedzieć, ale co dokładnie, hmm? Idziemy, tylko omiatając to wzrokiem. Jednakowoż w myślach próbuję złożyć zapamiętane strzępki słów, obrazów i włożyć je w kontekst wczorajszej, licznej jak na to miasto, demonstracji, skierowanej przeciwko coraz większej liczbie imigrantów z Bliskiego Wschodu osiedlających się w naszym mieście.
W jej trakcie ucierpieli nie tylko ci, którzy tu dopiero przybyli (podobno podpalono dom, w którym otrzymali tymczasowe schronienie, kilku dotkliwie pobito, podobno ktoś zginął od noża), ale też ci, którzy od dawna już tu są.
Ooo, he, he… oto rzuca nam się na oczy przecudna perełka intelektualnej twórczości tych, co tu wczoraj manifestowali. Na witrynie „kebabu” niezdarnie wykaligrafowane białą farbą radykalne wezwanie: „Arabusy wypierdalać do Arabii”. Spojrzeliśmy po sobie z Renartem i w śmiech. No, ma się rozumieć, kolejny przykład na to, że nic w przyrodzie nie ginie, nie odchodzi na zawsze, a jedynie popada w letarg, czekając cierpliwie na sprzyjający odrodzeniu klimat. I tylko trochę ewoluuje, bo gdy pojawia się po latach, widać przybiera formę adekwatną do czasów.
Wcześniej… nie, nic się nie działo. Przynajmniej nic w tym guście. Jedynie jakieś szemrane pochody Młodzieży Wszechpolskiej i innych dumnych patriotów z okazji rocznicy – wiadomo jakiej. I tyle. To pierwsza taka, odkąd tu mieszkam. A mieszkam już bardzo długo, w zasadzie od urodzenia.
Był spokój, cicha zgoda, może obojętność na ich obecność, jakaś ciekawość, ale myślę – naskórkowa. Są to są, póki nikomu nie wadzą… Rzadko, bardzo rzadko wpadaliśmy do nich coś zjeść, kupić. Nic się nie przenikało, nie łączyło, ale też nie wchodziło sobie w drogę. My sobie, oni sobie. Dwa odrębne światy, jak dwie strony ulicy, rozdzielone niewidocznym murem. Ale od jakiegoś czasu ten stan przyzwolenia – bo to nie była świadoma tolerancja, empatia dla kulturowych różnic, dla powodów, które do tego miejsca ich przywiodły – zaczął się gwałtownie zmieniać w ksenofobiczny lęk przed wzbierającą falą ludzi obcych nam kultur, ale też przed tym, co ze sobą przynoszą lub przynieść mogą.
Mieliśmy wrażenie, jakby wyszli z brzucha konia trojańskiego i szeroką ławą zasłaniając słońce, z tobołami i z dziećmi na rękach szli ku nam. Patrzyliśmy na nich nie tylko przez okulary stereotypów, wsłuchani w głos propagandowej tuby, ale też przez własne przemyślenia, wciąż płytką jak kałuża wiedzę i pewne, może nie nazbyt rozległe, doświadczenia, także te cudze. Dopóki była ich garstka, nie było problemu. Ot szczypta egzotyki. Trochę koloru na jednobarwnym tle i argument za tym, by dobrze o sobie myśleć. O swojej postawie względem obcych. Tygiel kultur, ma się rozumieć, jak niegdyś u samych zrębów i później.
Tu rąbali lasy, budowali miasto wspólnie Polacy, Żydzi, Prusacy, Ormianie, holenderscy osadnicy. Tu do drugiej wojny każda diaspora miała swoją prasę. Każde wyznanie swój kościół. Każda z kultur swoje autonomiczne miejsce w radzie miasta. Rzekłbyś kosmopolityczne miasto. Ta koegzystencjalna sielanka trwała dość długo, ale – jak w większości innych miast międzywojnia – tylko do czasu, w którym czerwie ruchów nacjonalistycznych (mam wrażenie, że i dziś dobra pogoda dla nich nastała) zaczęły wypełzać z ziemi, brunatne mordy rozdziawiać, wyższość jednych nad drugimi udowadniać, pałkami wymachiwać. Jak wszędzie były próby bojkotu żydowskich sklepów, szykany, pobicia. Księdza Kombrucha płomienne kazania, wiernych Kościoła za aktywność w tym błogosławiące. Tych zgromadzonych w synagogach piętnujące. Ale – o ile mi wiadomo – nikt wtedy nie zginął.
Mój dziad, który przy ulicy Wiejskiej pracował w niemieckim przedsiębiorstwie budowlanym Treder Marton z Kolberga jako tak zwany zohnbuchalter, po pracy z kumplami zwykł chadzać do żydowskiej gospody na wódkę. Podobno był na żydowskiej bar micwie i na żydowskim weselu. Miał serdecznego przyjaciela, Nachuma Rosenfelda.
Los spotkał ich późno, bo jesienią 1936 roku, kiedy to dziadek, próbując uniemożliwić bojówce nacjonalistów w liczbie trzech wybicie szyb w sklepie Nachuma, został przez nich brutalnie poturbowany. W rodzinnym archiwum zachowało się kilka wyblakłych zdjęć i zdawkowy ustny przekaz.
Podobno Nachum z całą rodziną 11 sierpnia 1939 roku stanął na pokładzie okrętu „MS Piłsudski”, którego kapitanem był legendarny Mamert Stankiewicz, by uciec do Ameryki przed maszerującym w stronę polskich granic nazizmem. Jakie były ich dalsze losy?
Od tego czasu żadnych wieści. Wiadomo, że transatlantyk zawinął do Newcastle w Anglii 3 września. Przez półtora miesiąca stał na redzie. Potem w miejscowej stoczni przerobiono go na transportowiec dla wojska. 25 listopada wyruszył w rejs do Nowej Zelandii. 26 listopada wpłynął na dwie miny lub został trafiony torpedami przez niemieckiego U-Boota. Zatonął w pobliżu miasta Hull.
Po wojnie Żydów, Cyganów, Niemców w Jamborze już nie było. Zostali Polacy, trochę ruskich, przyjechali repatrianci z okolic Lwowa, Wilna, Lidy, wśród nich moja matka.
***
Kiedy weszliśmy do czystej, uporządkowanej już części miasta, mimowolnie wyrwało mi się pytanie:
– Ren, byłeś tu wczoraj?
– Nie, nie byłem. Nie byłem fizycznie, rozumiesz?
– Chyba tak – odparłem bezwiednie.
– Byłem tu myślami, zastanawiałem się. W końcu w tych myślach wlazłem między nich. W ten marsz, wykrzykując swoją niezgodę, bo cholernie obawiam się o przyszłość. Gdybyż oni byli chociaż, kurwa, Afrykanami, chyba nie byłoby aż takiego problemu. Łatwiej byłoby ich zaakceptować, łatwiej się z nimi zintegrować, są bardziej otwarci, nie sądzisz?
– Co za pytanie. A Gmvala, a Onobi? To przecież nasi dawni znajomi, znajomi, bo kumple to chyba nie? Na pewno nie. Spotykaliśmy się z nimi zazwyczaj w piątki. Graliśmy razem w kosza. A jak grać przestali, to tylko przypadkiem mijaliśmy się na mieście. I zwyczajowe cześć – cześć. To wszystko.
– No właśnie, kumasz różnicę?
– Chyba masz rację i łatwiej się podporządkowują. Znaczy poprawniej będzie powiedzieć: asymilują. Chociaż nie zastanawiałem się nad tym wcześniej. Ale jeśli tak się wgryźć w temat, to wiesz, Ren, dochodzę do wniosku, że powinniśmy ich przyjąć. Nie wiem, jak wielu i jakie zastosować kryteria, ale powinniśmy.
– Dlaczego akurat my?
– Przecież nie tylko my, ale my też, może my bardziej niż inni. Proszę cię, kurwa, pomyśl. Odrzuć ten propagandowy bełkot i spójrz na sprawę z ludzkiej perspektywy. Przecież nie wszyscy są terrorystami. Fanatykami żądnymi krwi niewiernych. Zastanów się, co byś zrobił na ich miejscu. Czekałbyś tam, aż ci głowę tępym nożem utną, żonę i córkę zgwałcą, dom zburzą? Żył w nieustannym lęku, nie znając dnia ani godziny, bez szans na zwyczajne, normalne życie, czy też szukał miejsca, gdzie ci nic nie grozi?
– No, myślę, że masz rację. Miejsca u nas dosyć i potrzeba nam różnorodności. A ty byłeś?
– Nie. Byłem w kinie na Demonie Marcina Wrony, tego wiesz, co na festiwalu się powiesił. Fajny film, polecam ci, i też w drugim planie o trudnych relacjach międzykulturowych. Lubię takie.
– Dodałbym do waszej rozmowy jeszcze aspekt gospodarczy – wyartykułował, zrównując się z nami, Kwintesencjusz Ziółko, nasz wspólny znajomy, choć nie taki bliski. Jak się okazało, szedł jakiś czas dyskretnie za nami i przysłuchiwał się naszej rozmowie.
Zaskoczeni spojrzeliśmy na niego. A ten swoje:
– Wyczytałem gdzieś – powiada – że bogaty jest kraj, który posiada wielu, bardzo wielu biedaków. W okresach gospodarczej koniunktury ich wartość szybko rośnie, a narody niezasobne w ludzi ubogich muszą importować biedaków z krajów słabiej rozwiniętych, aby ich zatrudnić przy pracach uznawanych przez dumnych obywateli za poniżające. Pionierem tego typu praktyk na początku XX wieku była Francja. Wszystko to, co dzieje się dzisiaj u nas, nie jest więc niczym nowym. A ponieważ, jak powszechnie wiadomo, jakiś czas temu jako kraj wstąpiliśmy na drogę dynamicznego rozwoju, to ci ludzie są dla nas, przepraszam za słowo, zbawieniem. Z ich pomocą możemy się stać gospodarczą potęgą.
– No ale może najpierw spróbujemy dogonić Zachód – wszedłem mu w słowo.
– Z nimi turboprzyspieszenie jest możliwe. Oni to jakoś wyczuli, więc nie odbierajmy sobie i im tej szansy – kończył myśl Kwintesencjusz.
– A ty wiesz, że to wielce ciekawe spojrzenie na temat jest! Niepozbawione sensu. I jest sprawiedliwa zasada wzajemności, nieprawdaż? – odpowiada Renart.
– Prawdaż! Serwus, panowie, żałuję, że nie mogę z wami kontynuować tej ciekawej rozmowy, ale tu skręcam.
I poszedł swoją drogą, podrzuciwszy nam temat niby kukułcze jajo.
– Amoniusz był – mówi Ren, wracając do tematu marszu.
– Wiem, że ojcem był, ale on to niejako z obowiązku był.
– No co ty… z obowiązku, on jest jak jabłko, przecież znasz jego poglądy. Ojciec Amona jest szefem tej organizacji, co to marsz organizowała, no… jak ona się nazywa? Hmm, czekaj, czekaj, tak jakoś patetycznie, aaa… Tarcza Ojczyzny. Dzwonił do mnie. Pytał, czy idę. Namawiał, żeby iść.
– Do mnie też dzwonił.
– Zastanawiam się, dlaczego on się powiesił.
– Kto?
– No, ten reżyser.
– Aaa, no nie wiem, musiał mieć wielkiego doła.
Nagle w tłumie przed nami – a dopiero schodziliśmy ze wzgórza i na to, co już opadło, mieliśmy doskonały widok: ludzkie głowy, w czapkach, chustkach lub bez, kołysały się przed nami niczym boje na morzu, kolorowe ubrania kobiet i mężczyzn tworzyły barwny patchwork nieustannie prujący się po bokach – Ren zauważył różową spódnicę i zielony nad nią sweter, a jeszcze wyżej rude włosy zrobione na mokrą włoszkę.
– Terc, zobacz! – krzyknął dziwnie podekscytowany. – Tam w dole, czy to nie Kornelia? Wygląda, jakby to była ona.
– Gdzie, gdzie ty ją widzisz? – pytałem nerwowo, nie mogąc odnaleźć tej postaci w tłumie.
– Ooo tam! – Próbował mi pomóc, wskazując przed siebie lewą ręką. – O tam jest, widzisz ją? Widzisz?!
– Nikogo takiego nie widziałem. Co ty pieprzysz, zwariowałeś czy co? Porąbało cię? W biały dzień ducha zobaczyłeś? Przecież dobrze wiesz, że od półtora roku nie żyje. To wcale nie jest śmieszne.
– Wiem, do cholery, że nie żyje, ale tam to jakby ona. Te same ciuchy, włosy, wzrost, chód nawet podobny. Wiesz, to delikatne, jakby z niewielkimi pauzami, kołysanie bioder. Ten lekki niby podmuch wiatru krok, który sprawia, że człowiek nie idzie, to znaczy idzie, ale jakby płynął. No mówię ci, to musiała być ona, bo skąd taka druga tu? Chodźmy szybciej, może ją dogonimy.
– Ren, nie wkurwiaj mnie! Od iluś tam lat jesteś już dorosły. Całkiem nieźle wykształcony. Do dziś byłeś całkiem niegłupi, co ci się, kurwa, stało? Odbiło ci? Masz jakieś zwidy, chłopie? Dobrze się czujesz? A może ciśnienie ci spadło albo jesteś na głodzie? Ćpasz?
– Nie rób sobie jaj, niepotrzebny ten sarkazm. Wiem, że, kurwa, nie żyje, wiem, ale to jakby ona tam szła, przysięgam ci.
Ren wydłużył krok, tak i ja wraz z nim. On dalej swoje:
– Obaj nie byliśmy na jej pogrzebie, nie widzieliśmy w trumnie, zgadza się? Więc…
– Co „więc”? Co „więc”?!
– Więc… może to nie był jej pogrzeb?
– Jak to „nie jej”?
– To znaczy jej, ale nie ją pochowali. Nie rozumiesz? Przecież to nie byłby pierwszy taki przypadek.
– Co ty, kurwa, pieprzysz?! Znów wietrzysz jakiś spisek. Kryminałów się naczytałeś? Po co, u diabła, miałaby fingować swoją śmierć?
– Nie mam pojęcia, ale skoro jest tu, to nie może być tam, w zaświatach, prawda? No, chodźże szybciej!
– Zdumiewa mnie twoja pewność. Przecież to mógł być ktoś do niej podobny, tym bardziej widziany od tyłu z daleka. Przypadkowo ubrany jak ona. Nie, Ren, to nie mogła być Kornelia, nie dajmy się zwariować. Załóżmy nawet, że ona, to chybaby się odezwała. Dała znać, że jest, że wróciła.
– Żartujesz? Przecież oficjalnie nie żyje. To jak miałaby się sama zdemaskować? Patrzcie, drodzy przyjaciele, oto jestem! Cud, kurwa, cud, zmartwychwstałam! Przecież nawet Jezus po zmartwychwstaniu nie od razu ukazał się swoim wyznawcom. Może jest tu tylko na chwilę? Coś załatwia. Jakieś stare rozgrzebane sprawy, a potem znów cichutko zniknie.
– Nic nie wiem o jakichś rozgrzebanych sprawach, a chyba powinienem, nie sądzisz? Nie, nie, Ren, to jakieś bzdury.
– Mówię ci, to była ona. To nawet nie przeczucie, to pewność, że ona.
Prawie biegnąc z zadartymi w górę głowami, mijaliśmy przechodniów, to z prawej, to z lewej strony, przeciskając się między nimi, potrącając ich.
– I co, widzisz ją? Widzisz? Gdzie ona?
– Nie, nie widzę, cholera, gdzieś zniknęła!
– Może weszła do jakiegoś sklepu albo skręciła w boczną uliczkę.
– Nie wiem, może. A może jak duch rozpłynęła się w powietrzu? To chyba najbardziej prawdopodobna wersja.
– Terc, nie rób sobie jaj. Po co te złośliwości, po co?
– Bo to niedorzeczność jest, co ci się zwidziało. To co, Ren? Co teraz proponujesz?
– Myślę, że jeśli wróciła naprawdę, to sentyment powinien ją wcześniej czy później przywieść w pobliże miejsc, w których wcześniej bywała. To nasza szansa.
– A wiesz, co ja myślę? Myślę, że miałeś jakąś pieprzoną wizję, jakbyś za długo przebywał na pustyni.
– Mylisz się, to była ona.
– No dobra, ona, nie ona, posłuchaj: idź dalej sam. Ja muszę wracać do domu. Przypomniałem sobie o czymś ważnym, niecierpiącym zwłoki. Przeproś wszystkich ode mnie. Cześć.
– Ale, Terc, zaczekaj!
– Naprawdę, spieszę się.
– OK. Rozumiem… – usłyszałem już za plecami.
W głowie miałem kłębowisko myśli pożerających się nawzajem, jakby w śmiertelnym boju zwarły się z sobą dwie frakcje: jedna za, druga przeciw.
Do mieszkania wpadłem rozgorączkowany i natychmiast zacząłem grzebać w dawno nieotwieranych szufladach stolików, szafek, komód, by jak najszybciej znaleźć to, co chciałem. Wszystko, co stało temu na przeszkodzie, co mogło to ukrywać – jakieś zapisane kartki, rachunki, długopisy, zeszyty, stare fotografie – wyrzucałem na podłogę. W gorączce przerzucałem, rozrzucałem i nic. I jeszcze raz, i jeszcze. Na co liczyłem, co chciałem znaleźć? Przecież tego, czego szukałem, od dnia, w którym się dowiedziałem, że potajemnie wyjechała, już tam nie było. Miałem bladą jak poświata księżyca nadzieję, że niszcząc wszystko, co miało z nią jakikolwiek związek, o czymś zapomniałem, coś przeoczyłem. Mogło tak przecież być. Przerażeni, zrozpaczeni, powodowani emocjami działamy w pośpiechu i rzadko robimy coś bardzo dokładnie, żeby nie powiedzieć perfekcyjnie. Ot jak jeden z tych ministrów od gospodarki, nooo… ten, co to majstrował przy nowelizacji kodeksu spółek handlowych, usuwając z niej kilka zapisów zasugerowanych mu przez pewnego bardzo wpływowego biznesmena, Joachima Kublika. Sądził, że zatarł ślady, usunął wszystkie dowody, ale nie, nie wszystkie usunął. Ale ja wciąż niczego nie znalazłem. Nawet połowy zdjęcia. Skrawka papieru zapisanego jej pismem. Fragmentu jakiegoś szkicu, rysunku, wszak była malarką.
Włączyłem komputer. Wryłem się głęboko i też nic. Po raz nie wiem który przeczesałem telefon – to samo.
Pozbierałem z podłogi wszystkie płyty CD. Nigdy nie zapisywałem, co jest na której. Wrzucałem je do odtwarzacza po kolei. Wreszcie znalazłem. Jedno jedyne zdjęcie, sprzed bodaj trzech, czterech lat, z naszego spaceru po plaży w Rewie. Jeśli dobrze pamiętam, to musiały być pierwsze dni września. Stoi boso, uśmiechnięta, w podwiniętych do kolan portkach. Z turkusowym swetrem narzuconym na ramiona, pośrodku serca wyrysowanego patykiem na wilgotnym piasku, który ma kolor jej włosów.
Gapię się w monitor i myślę: całe szczęście, że choć tyle, i zastanawiam się, dlaczego, dlaczego to zdjęcie ocalało. Nie wiem, tak samo jak nie wiem: żyje czy jak do dziś – nie.
Przy takich okazjach rodzi się, kurwa, podejrzenie, że jesteśmy igraszką w rękach losu. To trochę tak, jakbyś któregoś dnia przy goleniu zobaczył w lustrze sznurki przywiązane do rąk, nóg i głowy. On śmieje się z nas, naigrawa z maluczkich, którzy wierzą, że wiedzą coś na pewno, nie sprawdziwszy dogłębnie faktów. Wierzą, bo jest im tak wygodnie. Bo może to w jakiś sposób porządkuje ich życie. Uspakaja, usprawiedliwia konformizm, także w tych fundamentalnych sprawach. Płyniemy z prądem, bo tak łatwiej. Gra idzie przecież o to, by przeżyć życie lightowo. A tu co rusz przekonujemy się, że to tylko pozór, złudzenie, pijana ułuda, drugiej świeżości moralność, znikliwe wartości. Całe to gówno, którym człowiek jak wodą kolońską co dzień skrapia ciało.
Skubaniec bezlitośnie odziera nas z masek. Z całej tej obmierzłej, kołtuńskiej pozłotki.
Śmieje się, śmieje. A tymczasem, kto sieje wiatr, zbiera burzę. Jak gromy z jasnego nieba zaczynają na nas spadać konsekwencje naszych decyzji, działań lub ich zaniechań. Wytrącają z rutyny, równają z ziemią ład i spokój. Może to dar od niego? Nie wprost dana szansa wewnętrznego oczyszczenia. Zawrócenia, naprawienia tego, cośmy spaprali. Wszak burza ma właściwości oczyszczające i każda w końcu przemija, ale to wcale nie oznacza, że wszystko powraca na swoje miejsce. Nie, zabawa trwa dalej. Ni z tego, ni z owego, niby przez przypadek, zbieg okoliczności, ślepy traf albo jeszcze coś innego odkrywają się przed nami jakieś nowe tropy, prowadząc krętymi, zgoła zaskakującymi ścieżkami, przybliżając do rozwiązania zagadki, albo tylko nas podprowadzają.
Musiałem się napić. Otworzyłem flaszkę czerwonego chilijskiego i zatopiony w myślach, przy Sketches of Spain Milesa Davisa, wypiłem całą w ciągu godziny.
Postanowiłem przez kilka dni nie opuszczać mieszkania, tyle co po konieczne zakupy.
Nie było z tym problemu, przecież wciąż jestem bez pracy.
W nocy nie mogłem spać. Nie dość, że platynowe, ostre światło księżyca w pełni szeroką smugą przeciekało przez zasłony, to w głowie wciąż karuzela myśli o niej i płochliwa, krucha nadzieja, że jeśli naprawdę wróciła, może wróci też do mnie. Strzępy wspomnień na prawym i lewym boku, na wznak pytania. Wreszcie litościwa noc tuż przed odejściem sprowadziła sen.
Wstałem coś około dziewiątej trzydzieści, zastając dzień popielatym, bez słońca. Włączyłem radio. W wiadomościach kulturalnych zapowiadali koncert Karoliny Cichy. Miała swoim fascynującym głosem wyśpiewywać wiersze Różewicza. Było zaproszenie do teatru i na wernisaż retrospektywnej wystawy Fangora. Przespałem wiadomości polityczne, może to i lepiej. Zrobiłem śniadanie, ale co to za śniadanie: płatki z jogurtem, buła z jajem na twardo i czerwoną papryką, mocna kawa.
Siedziałem w absolutnej ciszy, nasłuchując. Dyskretnie przez okno obserwowałem ulicę.
Mijały godziny i nic, zwyczajny codzienny ruch. Nieznani przechodnie. Nikogo, kto by na chwilę przed domem zwolnił, przystanął. Ktoś wybrał się na spacer z psem. Później pies samotny, biegnący zygzakiem z nosem przy ziemi, obsikujący każde napotkane drzewo.
Jakaś wtulona w siebie para. Facet z czarną teczką, w pośpiechu. Ktoś truchtem, ukosem przez jezdnię. Kuśtykający menel, pchający przed sobą dziecięcy wózek, staje przy koszu na śmieci. Grzebie. Dwie kobiety na obcasach, w strojach urzędowych pochłonięte rozmową. Młodzież popalająca elektroniczne papierosy w drodze ze szkoły. Z łoskotem tocząca się po chodniku aluminiowa puszka kopnięta przez kogoś z przechodzącej w bezładzie grupki chłopców. Przejeżdżające samochody, prawie puste autobusy. Na klatce schodowej od czasu do czasu jakieś kroki. Stłumione głosy. Moment napięcia. Przyspieszone bicie serca. Oczekiwanie na dzwonek. Spojrzenie na klamkę. Gorzki smak zawodu. Nie, nie tym razem, nie teraz.
Napiłbym się czegoś mocniejszego, ale już nie mam, i forsy też nie. Cóż, zostaje kawa.
Jestem znużony, zmęczony, osaczony przez wciąż nękające umysł pytania. Niepewność.
Zapadł zmrok, stanie przy oknie straciło sens. Postaci widziane z pewnej odległości są już tylko cieniem, konturem wydrapanym w ciemności. Zimno.
Zaparzyłem herbatę – czerwoną z imbirem, z cytryną; piję niespiesznie, ogrzewając dłonie ściankami kubka. W mieszkaniu cisza aż w uszach dzwoni. Wyraźnie słyszę swoje myśli, jakby ktoś obok wypowiadał je na głos. Dość, muszę się czymś zająć.
Próbowałem wrócić do czytania ostatniej powieści Geneta, Zakochany jeniec, ale mi nie szło. Odpaliłem kompa. Otworzyłem pocztę. Nic ciekawego na mnie tu nie czekało. Przypomnienie o zbliżającym się terminie opłacenia faktury za telefon. Info o wykładzie na uniwersytecie trzeciego wieku i oferty pracy. Dziś nie mam najmniejszej ochoty tego przeglądać. Na ich widok trochę mnie mdli. Trudno się skupić. Myśli wciąż do niej i o niej.
Ciągną mnie za sobą w otchłań przeszłości. Próbuję się przed tym bronić. Uczepić czegoś fizycznego, jakiegoś realnego działania. Mój wzrok pada na różne przedmioty. Nie daję rady, bo to tak, jakbym chciał zawisnąć nad przepaścią.
Uważałem ten rozdział swego życia za zamknięty. Zamknięty także, a może przede wszystkim, dla wspomnień. I to nie wyszło.
Jeszcze wchodzę na swojego bloga. Sprawdzam licznik odwiedzin. Czytam komentarze. Niewiele ich. Na dwa odpowiadam. Na więcej nie mam dziś nastroju ani ochoty.
Spojrzałem na telefon leżący tuż obok zamkniętej książki. W tym momencie zadzwonił, aż mnie przeszedł dreszcz. To Renart.
– Cześć, Terc! Idziesz jutro ze mną do tej restauracji „Pod Dębowym Liściem”?
Pamiętasz, jutro jest kolejna rocznica, dwudziesty siódmy października. Jeśli Kornelia wróciła, musi tam przyjść.
Milczałem zaskoczony. Chyba za długo, bo usłyszałem niecierpliwe:
– Halo, jesteś tam? Jutro rocznica!
Rzeczywiście. Jeszcze rzuciłem okiem na kalendarz wiszący na drzwiach. O kurczę, jak mogłem zapomnieć.
– Oczywiście, jasne, idę.
– Spotkajmy się tam – Ren miał już widać jakiś plan (był zawsze praktyczny) – o szesnastej trzydzieści, siedemnastej. W tym czasie powinna już być, jak nie, poczekamy.
– Dzięki, że zadzwoniłeś. Do jutra, cześć.
Nie zapytał, czy przyszła do mnie. Czy przechodziła obok domu, jakby wiedział, że nie.
Kochał się w niej poczciwiec, choć – jak sądził – uczucie to ukrył głęboko w zakamarkach serca.
Cóż z tego, miał je zawsze w oczach, kiedy się w jej pobliżu znalazł. Na końcu języka, kiedy do niej mówił. W spodniach, kiedy w jej dekolt zapuszczał żurawia.
Lubiłem go z kilku powodów. Także dlatego, że moje cherlawe ego rosło w jego obecności, ponieważ to mnie wybrała.
Ren jest informatykiem, i to całkiem niezłym. Wiem, bo radził sobie z moim komputerem. Staruszek co rusz popadał w przeróżne stany chorobowe, zapaści, śpiączki, ostrą niewydolność organów wewnętrznych, które czasem wymagały transplantacji, instalowania czegoś na nowo, odinstalowywania, wgrywania, formatowania. Od niego usłyszałem o takich cudownie brzmiących informatycznych pojęciach, jak: debuger jądra, drzewo folderów, maska dostępu czy karta klastra.
Nosił długie włosy związane z tyłu gumką w cienki i luźny warkoczyk. Nie był wysoki. Miał jakieś sto sześćdziesiąt kilka centymetrów. Ubierał się też jakoś przeciętnie.
Nie przywiązywał do tego większej wagi. Ot szerokie, za długie dżinsy, sportowe buty, najczęściej już bardzo schodzone. Jakiś złachany sweter, kurtka popielata, lubił popielate.
Od czasu, kiedy u mnie na imprezie poznał Kornelię, nie miał żadnej przyjaciółki, cipki, w której od czasu do czasu mógłby się zagłębić, zapomnieć, odprężyć.
Nie sposób go było namówić, by zainteresował się tą czy inną panią, tylko o nią ciągle pytał. Ostrożnie, dyskretnie, jak sądził. Casanową to on z pewnością nie był, ale i kobiety jakoś nie lgnęły do niego. Nie doceniały go, nie doceniały. Miał wiele zalet, także i tę, że nieźle zarabiał. To naprawdę świetny kumpel, eee, co ja gadam… przyjaciel, na którego można liczyć, któremu można zaufać. Szczery i szczodry, chyba więc byłby dobrym mężem, ojcem czy kim tam jeszcze. Nie będę ukrywał, to mój najlepszy kumpel. Facet, na którym mogę zawsze polegać. Odkąd się przyjaźnimy, a to szmat czasu, nigdy mnie nie zawiódł. Lubię jego towarzystwo, poczucie humoru, cenię jego szczerość.
Dzień był chłodny. Silny wiatr wydłubywał papiery z pełnych koszy na śmieci. Kopał je przed sobą. Podnosił. Ciskał nimi; pogwizdując, zawodził, a słońce z wysoka niemo na to patrzyło.
Wciśnięty w ciepły płaszcz, opatulony szalikiem w subtelny turecki wzór, z granatowym kaszkietem na głowie, wyszedłem z domu wczesnym popołudniem w kierunku szkoły, do której chodziła Antosia, córka Kornelii. W stronę nieodległego od niej skrzyżowania, na którym miał miejsce ten straszny wypadek. Domu, w którym obydwie mieszkały, zanim zamieszkały ze mną. Dawno w tej części miasta nie byłem. Chyba odkąd Kornelia zniknęła z mojego życia.
To dość daleko, ale pomyślałem: spacer dobrze mi zrobi, a i nuż… Przy tej sposobności rozprostuję kości, przewietrzę łepetynę, rozruszam mięśnie, niech limfa krąży dla zdrowia, może nawet zdarzy się tak, że pomyślę. Po drodze jakoś w gardle zaschło, coś jakby przez ten wiatr, co wiał, czy co, że zwilżyć je jakimś płynem byłoby warto. Wino albo lepiej żołądkowa gorzka dobrze by mi zrobiła i na dalszą drogę sił przydała, rozgrzała. A tu, bracie, kieszenie puste, nawet paproch żaden się nie uchował. Korciło mnie, żeby skorzystać z karty debetowej. Było tam jeszcze trochę grosza. Kiedy myśl taka w głowie zakwitnie, nie ma rady, szybko dojrzewa i owoc przynosi. Wszedłem do pierwszego napotkanego monopolowego. Kupiłem żołądkową, a niech tam. Potem do jakiejś bramy. Cuchnęło moczem. Na ścianach wilgotne liszaje, wydrapane wulgaryzmy. Uff, już lepiej.
Dochodzę do alei Tysiąclecia. Po lewej, jeszcze daleko przede mną, widzę fragment dachu i zarys drugiego piętra szkoły. Gdy jestem już tuż, za stalowym ogrodzeniem, mijam szeroki, ciemnozielony trawnik, teraz upstrzony zrudziałymi liśćmi klonów rosnących przy ulicy, przecięty alejką wyłożoną betonową kostką, prowadzącą wprost do prostopadłościennego budynku. Szary i brzydki. Typowy dla tych stawianych decyzją władz PRL-u z lat sześćdziesiątych w ramach akcji Tysiąc szkół na tysiąclecie. Staję i zamyślony się weń wpatruję.
Trafiłem chyba na przerwę albo koniec lekcji. Z otwartych na oścież drzwi dzieci wysypują się szeroko niczym wielobarwne koraliki zerwane ze sznurka, który trzymał je w ryzach.
Wreszcie wyrwały się na wolność. Z krzykiem, śmiechem biegną, podskakując, niektóre zderzają się ze sobą, potykają i dalej przed siebie. Tak kipi młode, beztroskie życie.
Wiem, głupie to i naiwne, ale myślę teraz: szkoda, że nie można mieć drugiej szansy. Nawet ta wzruszająco piękna Modlitwa Tadeusza Nalepy u Tego, co ma możliwość ją dać, nic nie wskórała, a cóż dopiero taka prosta, banalna myśl.
Mijam szkołę, idę w stronę skrzyżowania. Uważnie patrzę przed siebie. Dyskretnie zaglądam w twarze kobiet, choć gdyby szła naprzeciw, nie musiałbym jej widzieć, żeby wiedzieć, że się zbliża. Ot taka metafizyka dusz (każdy, kto kochał, wie), które gdzieś tam w przestrzeni niedostępnej werbalnej percepcji potrafią siebie rozpoznać i odnaleźć drogę, ale żeby mieć pewność, szukam potwierdzenia wzrokiem.
Ciąży mi w torbie przewieszonej przez ramię ta półlitrowa butelka. Muszę wziąć łyka, będzie lżej, ale gdzie? Rozglądam się. Na razie takiego miejsca, cholera, nie widać. Mam to gdzieś. Wyciągam flaszkę. Odkręcam. Piję. W tym czasie mija mnie spleciona dłońmi para. Przeszli obojętnie, zajęci sobą. Nawet nie spojrzeli. Nie umknęło to jednak uwadze pewnej staruszki. Mimiczne mięśnie nadały jej twarzy taki wyraz, jakby co najmniej zobaczyła obnażoną parę w miłosnym uścisku na publicznej ławce.
Jest skrzyżowanie, wciąż takie samo jak wtedy. A jakie miałoby być? Wszak skrzyżowania nie zmieniają się tak jak pory roku.
Staję przed tym przejściem dla pieszych. Jedna, druga, trzecia zmiana świateł – wciąż stoję. Myślę o tej tragedii, która tu trzy lata temu się wydarzyła. Przejeżdża autobus, chyba taki sam jak tamten. Kierowca był trzeźwy. Niedługo przed wypadkiem zmarła jego żona. Szybko wrócił do pracy, żeby nie zatracić się w cierpieniu. Mniej tęsknić. Treścią pustkę wypełnić. Popadł w zadumę. Nie zauważył.
W końcu przechodzę na drugą stronę. Po chwili skręcam w ulicę „z widokiem na…”.
Dziś nic tu nie ma, co mogłoby tę nazwę w jakiś szczególny sposób uzasadniać.
Kiedyś, to znaczy gdzieś do marca 1945 roku, było inaczej. Na końcu ulicy stał neoklasycystyczny, otoczony parkiem w stylu francuskim pałacyk Leona Lebenzdorffa, miejscowego fabrykanta, właściciela cukrowni i fabryki konserw. Został potworny, ślepy kikut porośnięty mchem.
Zarośnięty samosiejkami leszczyny i wszelkiego autoramentu zielskiem, zamknięty w kręgu zdziczałych drzew, skołtunionych krzewów. Rozgrabili go sowieccy sołdaci. Przed odejściem, po alkoholowej libacji, podpalili, a dla większego efektu wrzucili granaty.
Ale do tego miejsca nie dochodzę, wcześniej skręcam w lewo w ulicę Jana Cybisa. Ten adres nie jest przypadkowy, Kornelia wybrała go świadomie. Była przede wszystkim kolorystką, ale też artystą zaangażowanym. Cybis był jej mentorem, mistrzem. W mieszkaniu, zamiast jej własnych, na ścianach wisiały reprodukcje jego obrazów.
Stanąłem pod sporych rozmiarów platanem, naprzeciw domu oznaczonego numerem 9. To tu mieszkała. Odnowiono go, ocieplono, elewację odmalowano na beżowo, wstawiono nowe drzwi, domofon. Podchodzę, patrzę na listę lokatorów, ale nazwisk nie ma, są tylko numery mieszkań. Wracam pod drzewo. Nabrałem ochoty na maleńki łyk alkoholu. Kiedy trzymam delikatnie koniuszek butelki w ustach, a płyn słodką stróżką spływa po języku, pieszcząc kubki smakowe, i wolno zbliża się do przełyku, dzwoni telefon, jak zazwyczaj w nieodpowiednim momencie. To Orlando, Orlando Butny, no kolega.
– Serwus, Terc! Słyszałem wczoraj od Rena, że najprawdopodobniej Kornelia wróciła. Mówił mi, że widzieliście ją wczoraj na mieście.
– To on ją widział, nie ja.
– Jak to nie ty? Przecież byliście razem!
– Razem, razem, ale to on ją widział. Pokazywał kogoś do niej podobnego daleko przed nami. Ale ja nie widziałem. Tyle że był absolutnie pewien, że ta postać to była ona. Chyba mu uwierzyłem, bo teraz próbujemy ją spotkać w miejscach, w których bywała. Jestem przed jej domem, a za chwilę będę „Pod Dębowym Liściem”. Dziś rocznica śmierci Antoniny. Zawsze tego dnia tam przychodziła. Jeśli naprawdę wróciła, powinna i dziś przyjść.
– Terc, czy to możliwe? Przecież wszyscy wiemy, że nie żyje. Ale nic się nie martw, stary, jeśli rzeczywiście wróciła, dowiemy się tego z całą pewnością. Mamy swoje dojścia, gdzie trzeba. Dam znać, jak coś będę wiedział. Pozdrów Renarta. Tymczasem cześć.
Chciałem coś odburknąć. Żeby się odwalił. Nie jego sprawa. Niech się jego, kurwa, dojścia nie fatygują. W końcu tylko „cześć” wyszło ze mnie.
Przez jakiś czas stałem, gapiąc się przed siebie, rozglądając na boki i nagle myśl jak ten wiatr mną miota: co ja właściwie tutaj robię? Bo w gruncie rzeczy nie wierzyłem, że zmartwychwstała, że wróciła, ale miałem nadzieję. Po co się zastanawiać: irracjonalna czy nie? Nadzieja to nadzieja, wszak bliska krewna miłości i wiary. Nic tu po rozumie. Nie on ją do życia powołuje i nie on ją odbiera. Rodzi się w sercu i w nim gaśnie. Chyba nigdy na zawsze. Może przyszedłem tu, żeby to właśnie sobie uświadomić?
Cholera, nogi mnie już bolą od tej marszruty, stania. Wyjmuję z torby gazetkę reklamową Lidla, kładę na niski murek i siadam. Wędruję wzrokiem po fasadzie domu. Odnajduję na pierwszym piętrze okna jej byłego mieszkania, z butelki pociągam kolejny łyk.
Nikt do budynku nie wchodzi ani z niego nie wychodzi, żadnego ruchu za oknami. Sprawia wrażenie, jakby go nagle z jakiegoś powodu wszyscy mieszkańcy opuścili. Nudno tak jakoś. Sprawdzam godzinę – dochodzi czternasta trzydzieści.
Decyduję się posiedzieć jeszcze kwadrans i wracam. Nie dzieje się nic i nic tu po mnie.
Wiatr w porywach bardzo silny. W drodze powrotnej wciąż za mną. Kiedy przyspiesza, wyraźnie czuję, jak mnie drań popycha, mrucząc: szybciej, ruchy, ruchy, brachu!
Postanowiłem zajść do biblioteki, a z niej od razu „Pod Dębowy Liść”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Biały mróz
ISBN: 978-83-8373-633-4
© Zdzich Wojtaś i Wydawnictwo Novae Res 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Dominika Synowiec
KOREKTA: Agnieszka Łoza
OKŁADKA: Magdalena Muszyńska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek