Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Pierwszy tom trylogii znanej amerykańskiej pisarki, Melissy de La Cruz, autorska wizja współczesnych wampirów żyjących pomiędzy normalnymi śmiertelnikami. Połączenie gotyckiego horroru i powieści obyczajowej z kryminalnym wątkiem. Nie tylko dla wielbicieli Stephenie Meyer.
Koledzy piętnastoletniej Schuyler, uczennicy elitarnego liceum Duchesne prowadzą beztroskie i wygodne życie. Modne kluby, sesje zdjęciowe i najnowsze kolekcje od najlepszych projektantów. Schuyler nie bawi dzielenie czasu między , kosztowne zakupy i pokazy mody. Trzyma się z dala od zepsutego towarzystwa aż do dnia, w którym jedna z młodych wampirzyc ginie w dziwnych okolicznościach. Kto lub co jest wystarczająco potężne, by zabijać nieśmiertelnych?
[Opis]
Cykl: Błękitnokrwiści, t. 1
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Żoliborz miasta stołecznego Warszawy (3)
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (2)
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu
Biblioteka Publiczna Gminy Jaraczewo
Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (3)
Gminna Biblioteka Publiczna w Kijewie Królewskim
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole (2)
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie
Gminna Biblioteka Publiczna im. Czesława Chruszczewskiego w Mieścisku
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (6)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (3)
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Zagórów
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)
Publiczna Biblioteka w Zatorze im. Pawła z Zatora
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MELISSA DE LA CRUZ
BŁĘKITNOKRWIŚCI
TOM I
tłumaczenie
Małgorzata Kaczarowska
Tytuł oryginału: Blue Bloods
Originally published in the United States and Canada by Hyperion Books for Children,
an imprint of DISNEY BOOK GROUP, LLC as BLUE BLOODS.
This translated edition published by arrangement with Disney Book Group, LLC
Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2010
Koncepcja okładki i opracowanie graficzne: Joanna Wasilewska
Skład i łamanie: EKART
Redakcja: Anna Pawłowicz
Korekta: Ewa Holewińska
ISBN 978-83-60010-95-2
Copyright © 2006 Melissa de la Cruz
All rights reserved.
Ilustracja na okładce © Wojciech Zwoliński / www.dream-traveler.deviantart.com
Zdjęcie Nowego Jorku © David Serrano / http://retoucher07030.deviantart.com
Copyright for the Polish edition © 2010 by Wydawnictwo Jaguar
Adres do korespondencji:
Wydawnictwo Jaguar s.c.
ul. Kazimierzowska 52 lok. 104 02-546 Warszawa
Dystrybucja i sprzedaż wysyłkowa:
L&L Firma Dystrybucyjno-Wydawnicza Sp. z o.o.
ul. Budowlanych 64 F, 80-298 Gdańsk
tel.: 0 58 340 55 29; fax: 0 58 344 13 38
e-mail: [email protected] Strona handlowa: www.II.com.pl
(również sprzedaż wysyłkowa)
Druk i oprawa: Opolgraf S.A.
Rodzina nie jest po prostu sumą powiązań, tworzących wielką, rozległą sieć relacji... rodzina... to nazwisko, materialne i symboliczne dziedzictwo, rodzaj udziałów w Ameryce... opisujące w całości pochodzenie, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
- Eric Homberger, Mrs. Astors New York
You cant push it underground
You cant stop it screaming out
How did it come to this?
You will suck the life out of me...
- Muse, Time Is Running Out
Książkę dedykuję mojemu ojcu, Bertowi de la Cruz,
w którego żyłach płynie najprawdziwsza, błękitna krew,
krew bohaterów.
Książka nie powstałaby bez miłości, wsparcia,
wnikliwości i inteligencji mojego męża, Mike’a Johnstona,
któremu wszystko zawdzięczam.
Sto dwie osoby przybyły do Ameryki na pokładzie „Mayflower” w listopadzie 1620, ale tylko niespełna połowa z nich dożyła założenia kolonii w Plymouth w następnym roku. Chociaż nikt nie zmarł w trakcie podróży przez ocean, życie w Nowym Świecie okazało się niezwykle trudne, szczególnie dla najmłodszych. Śmierć zbierała żniwo głównie wśród tych, którzy nie skończyli jeszcze szesnastu lat.
Tak wysoka śmiertelność spowodowana była z jednej strony ostrą zimą, z drugiej zaś tym, że podczas gdy mężczyźni przebywali na świeżym powietrzu, budując domy i pijąc czystą wodę, kobiety i dzieci pozostawały w wilgotnym, zatłoczonym wnętrzu statku przez dodatkowe cztery miesiące, czekając na wzniesienie budynków mieszkalnych i gospodarczych. Młodzi purytanie zwyczajowo opiekowali się chorymi, co zwiększało ich podatność na wiele chorób, w tym śmiertelną chorobę krwi, która w dokumentach historycznych była nazywana „wysuszeniem”.
Myles Standish został wybrany na gubernatora kolonii w roku 1622 i piastował ten urząd przez trzydzieści rocznych kadencji. Z żoną Rose mieli czternaścioro dzieci, i co godne odnotowania, było to siedem par bliźniąt. Niezwykły splot wydarzeń sprawił, że w ciągu kilku lat liczebność kolonii podwoiła się, ponieważ we wszystkich ocalałych rodzinach pojawiły się ciąże mnogie.
Śmierć i życie w kolonii Plymouth (1620-1641),
prof. Lawrence Winslow Van Alen
Teraźniejszość
Klub The Bank mieścił się w zniszczonym, kamiennym budynku na końcu Houston Street, na ostatnim skrzyżowaniu między pylistym East Village a dziczą Lower East Side. Gmach, niegdyś główna siedziba szacownego domu inwestycyjnego i maklerskiego Van Alenów, imponował przysadzistą, klasyczną bryłą, sześciokolumnową fasadą i onieśmielającymi żłobieniami - ostrym ząbkowaniem, pokrywającym powierzchnię frontonu. Przez wiele lat stał opuszczony, pusty i zdewastowany na rogu Houston i Essex, aż pewnego zimowego wieczora noszący opaskę na oku sponsor nocnych klubów przechodził tamtędy po skonsumowaniu hot doga w Katz’s Deli. Poszukiwał miejsca, w którym mógłby zaprezentować nową muzykę tworzoną przez jego didżejów - mroczne, przejmujące brzmienia „trance”.
Pulsująca muzyka wylewała się teraz na chodnik, gdzie Schuyler Van Alen, drobna, kruczowłosa piętnastolatka o intensywnie niebieskich oczach podkreślonych ciemnym cieniem do powiek, czekała nerwowo na końcu kolejki przed wejściem. Zeskubywała z paznokci odpryskujący czarny lakier.
Oliver z czułością objął przyjaciółkę ramieniem.
Zachwycająca uroda Schuyler, jej słodka twarz w kształcie serca, lekko zadarty nosek i delikatna, mleczna skóra kryły w sobie coś niemal eterycznego. Przywodziła na myśl drezdeńską lalkę w stroju czarownicy. Dzieciaki w Duchesne uważały, że ubiera się jak menelka. Wyjątkowo nieśmiała i zamknięta w sobie, została niesłusznie uznana za zarozumiałą, podczas gdy była po prostu trochę wycofana.
Oliver, wysoki i szczupły, o przystojnej elfiej twarzy, obramowanej szopą intensywnie kasztanowych włosów, wystających kościach policzkowych i życzliwych, brązowych oczach nosił prosty, wojskowy płaszcz, narzucony na flanelową koszulę i postrzępione niebieskie dżinsy. Oczywiście flanelowa koszula była od Johna Varvatosa, a dżinsy marki Citizens of Humanity. Oliver uwielbiał grać rolę zbuntowanego nastolatka, ale jeszcze bardziej uwielbiał zakupy w Soho.
Byli najlepszymi przyjaciółmi od drugiej klasy, kiedy opiekunka pewnego dnia zapomniała zapakować Schuyler drugie śniadanie, a Oliver oddał jej pół swojej kanapki z sałatą i majonezem. Kończyli nawzajem swoje wypowiedzi, a kiedy byli znudzeni, lubili czytać głośno przypadkowe strony z Infinite Jest. Oboje chodzili do Duchesne ze względu na swój rodowód, który wywodzili od osadników z „Mayflower”. Drzewo genealogiczne Schuyler liczyło sześciu prezydentów USA. Ale nawet z takim pochodzeniem nie pasowali do Duchesne. Olivier wolał muzea od lacrosse’a, a Schuyler nie odwiedzała fryzjerów i kupowała ubrania w sklepach wysyłkowych.
Dylan Ward - chłopak o smutnej twarzy, długich rzęsach, przenikliwych oczach i marnej reputacji - dołączył do nich niedawno. Podobno był notowany przez policję i właśnie został wyrzucony ze szkoły wojskowej. Mówiło się, że jego dziadek ufundował Duchesne nową salę gimnastyczną, żeby Dylan mógł zostać przyjęty. Szybko dołączył do Schuyler i Olivera, wyczuwając w nich pokrewne dusze.
Schuyler przygryzła policzek i poczuła ukłucie niepokoju w żołądku. Najlepiej byłoby po prostu siedzieć jak zwykle w pokoju Olivera, słuchać muzyki i oglądać filmy na jego TiVo. Oliver odpalałby kolejną rundę Vice City na podzielonym ekranie, a ona, kartkując błyszczące magazyny, marzyłaby o tym, że pewnego dnia będzie wylegiwać się na dmuchanym materacu na plażach Sardynii, tańczyć flamenco w Madrycie albo wędrować w zadumie ulicami Bombaju.
Po drugiej stronie ulicy Schuyler kątem oka dostrzegła podjeżdżającą do krawężnika taksówkę, z której wysiadł wysoki, jasnowłosy chłopak. W tym samym momencie inna taksówka wystrzeliła zza rogu, jadąc w przeciwnym kierunku. Skręciła gwałtownie i wyglądało, że ominie stojącego, ale w ostatniej chwili chłopak rzucił się pod nadjeżdżające auto, znikając pod kołami. Taksówka nie zatrzymała się, odjechała, jakby nic się nie stało.
Chłopak został potrącony - widziała to - został przejechany, na pewno nie żył.
Schuyler była trochę zaskoczona - znała go ze szkoły. To był Jack Force. Słynny Jack Force. Jeden z tych facetów - kapitan drużyny lacrosse’a, główne role w szkolnych przedstawieniach, praca semestralna o centrach handlowych, opublikowana w „Wired”, tak oślepiająco piękny, że trudno było na niego patrzeć.
Może jej się przywidziało. Może tylko wydawało jej się, że potrąciła go taksówka. Na pewno. Była po prostu zmęczona.
Schuyler zaczerwieniła się.
Była zaskoczona jego bezpośredniością. Większość facetów z Duchesne zadzierała nosa tak, że Schuyler nawet nie zwracała na nich uwagi. Wszyscy wyglądali identycznie - drogie spodnie, wystudiowana nonszalancja, nieśmieszne dowcipy i kurtki do lacrosse’a. Nawet przelotnie nie myślała o Jacku, uczniu trzeciej klasy, mieszkańcu planety popularności. Może i chodzili do tej samej szkoły, ale nie oddychali tym samym powietrzem. A poza wszystkim innym jego siostrą bliźniaczką była niezniszczalna Mimi Force, która zajmowała się w życiu głównie tym, by wszyscy wokół czuli się nieszczęśliwi. „Wybierasz się na pogrzeb?” „Ktoś umarł i zostałaś bezdomna?” - monotonne obelgi w tym stylu Mimi z reguły kierowała do Schuyler. Właśnie, gdzie Mimi? Przecież bliźniaki Force były praktycznie nierozłączne.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, Oliver zmaterializował się u jej boku. Zastanawiała się, skąd przyszedł. I jak mu się to udawało? Oliver miał rzadki talent do pojawiania się w takich momentach, kiedy sobie tego wcale nie życzyła.
Schuyler zamrugała.
Jack wzdrygnął się.
Schuyler milczała, a jej serce biło mocno.
Jack Force pamiętał, jak ma na imię.
Posuwali się razem z kolejką, zbliżając do bramkarza z notesem, spoglądającego po królewsku zza pluszowej liny. Lustrował wzrokiem wszystkich wchodzących, ale nikt nie został zatrzymany.
Schuyler skinęła głową. Ruszali naprzód, gdy zatrzymała ich wielka mięsista łapa bramkarza.
Schuyler drżącymi palcami wydobyła prawo jazdy z cudzym nazwiskiem - ale jej zdjęciem - na laminowanej powierzchni. Oliver zrobił to samo. Przygryzła wargi. Na pewno ją złapią i wsadzą do więzienia. Ale cały czas dźwięczały jej w głowie słowa Olivera: Bądź opanowana. Pewna siebie.Myśl pozytywnie.
Bramkarz machnął ich dokumentami pod czytnikiem, który nie zapiszczał. Zmarszczył brwi i podniósł dokumenty do oczu, przyglądając się im z powątpiewaniem.
Schuyler próbowała udawać spokój, jej serce tłukło się pod warstwami ubrania. Jasne, że wyglądam na dwadzieścia jeden lat. Bywałam tu wcześniej. Dokumenty są w idealnym porządku - myślała.
Bramkarz znowu przesunął prawa jazdy pod maszyną. Potrząsnął głową.
- Coś jest nie tak - mruknął.
Pobladły Oliver popatrzył na Schuyler, która myślała, że zaraz zemdleje. Nigdy w życiu się jeszcze tak nie denerwowała. Minuty mijały. Ludzie tłoczący się za nimi zaczęli zdradzać oznaki zniecierpliwienia.
Dokumenty są w porządku. Opanowana i pewna siebie. Opanowana i pewna siebie. Wyobraziła sobie, że bramkarz macha na nich, żeby przeszli; wyobrażała sobie, że wchodzą do klubu. WPUŚĆ NAS. WPUŚĆ NAS. WPUŚĆ NAS. PO PROSTU WPUŚĆ NAS!
Bramkarz rozejrzał się, zaskoczony, zupełnie jakby ją usłyszał. Miała wrażenie, że czas się zatrzymał. A potem, tak po prostu, oddał im dokumenty i machnął, żeby przeszli. Zupełnie tak, jak wyobrażała to sobie Schuyler.
Odetchnęła głęboko. Ukradkiem wymienili z Oliverem triumfalne spojrzenia.
Byli w środku.
Po sąsiedzku z The Bank znajdował się klub nocny całkowicie innego rodzaju. Był klub z gatunku tych, jakie powstają raz na dziesięć lat - gdy splot wydarzeń społecznych sprawia, że gwiazdy i bogowie reklamy oraz mody spotykają się w jednym miejscu, tworząc niepowtarzalny, niezwykły ośrodek życia towarzyskiego. Idąc śladami tak słynnych placówek jak Studio 54 w połowie lat siedemdziesiątych, Palladium w końcu lat osiemdziesiątych, czy Moomba na początku lat dziewięćdziesiątych, Block 122 stał się miejscem wyznaczającym styl życia nowej generacji. Szalony koktajl gości składał się z najpiękniejszych, najbardziej godnych zazdrości, najsławniejszych i najpotężniejszych obywateli miasta, którzy namaścili ten klub jako „swoje” miejsce - swoją oazę, swoje środowisko naturalne. Jako że trwał wiek XXI, era supereksluzywności, ludzie zapłacili za możliwość bywania w tym miejscu astronomiczne składki członkowskie. Wszystko po to, aby utrzymać z dala plebs. A wewnątrz tego sanktuarium, przy jednym z najdroższych stolików, otoczona wianuszkiem nieletnich modeli i modelek, młodych gwiazd filmowych oraz synów i córek ludzi z pierwszych stron gazet, siedziała najbardziej zachwycająca dziewczyna w historii Nowego Jorku: Madeleine „Mimi” Force. Szesnastoletnia, zachowująca się, jakby była po trzydziestce.
Mimi była ucieleśnieniem popularności. Jej złocista uroda i opalone, smukłe, wytrenowane w siłowniach ciało bez wątpienia pasowały do roli królowej ula, ale Mimi zdecydowanie wykraczała poza ten stereotyp. Miała 56 centymetrów w talii i nosiła obuwie numer 40. Codziennie opychała się niezdrową żywnością i nie tyła od tego ani kilograma. Kładła się spać w pełnym makijażu i budziła z czystą, nieskażoną jak jej sumienie cerą.
Przychodziła do Block 122 każdego wieczoru; ten piątek nie stanowił wyjątku. Spędziła całe popołudnie, strojąc się na wieczorną imprezę wraz z Bliss Llewellyn, wysoką, smukłą Teksanką, która niedawno przeniosła się do Duchesne. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że Bliss spędziła popołudnie, siedząc na skraju łóżka i wydając pełne aprobaty pomruki, podczas gdy Mimi przymierzała wszystko, co miała w garderobie. Ostatecznie zdecydowały się na seksowny-ale-niekonwencjonalnie-cygański-styl, z kamizelką z opadającymi ramiączkami od Marni, kusą dżinsową minispódniczką Earnest Sewn oraz błyszczącym, kaszmirowym szalem Ricka Owensa. Mimi, która lubiła pokazywać się w otoczeniu świty, znalazła w Bliss odpowiednią towarzyszkę. Zaprzyjaźniła się z nią wyłącznie na życzenie ojca, dla którego ważna była znajomość z senatorem Llewellynem. Z początku Mimi drażnił ten rozkaz, zmieniła jednak zdanie, kiedy zauważyła, że dorodna Bliss dopełnia i podkreśla jej własną eteryczną urodę. Mimi nade wszystko uwielbiała odpowiednie tło. Wyciągnęła się na miękkich poduszkach, spoglądając na Bliss z aprobatą.
Jaki sens miało imprezowanie w Nowym Jorku, jeśli nie mogło jej trochę zaszumieć w głowie? Wyciągnęła leniwie nogi, kładąc stopy na kolanach swojego brata bliźniaka. Jej towarzysz, dziewiętnastoletni spadkobierca farmaceutycznej fortuny i jeden ze sponsorów klubu, udał, że tego nie widzi. Inna rzecz, że trudno powiedzieć, czy w ogóle był przytomny - obecnie opierał się na ramieniu Mimi i ślinił.
- Odpuść sobie - warknął Benjamin Force, szorstko spychając jej nogi. Mieli takie same platynowe włosy, taką samą kremową, niemal przejrzystą skórę, takie same ocienione rzęsami zielone oczy i takie same długie, smukłe kończyny. Nie mogli jednak bardziej różnić się temperamentem. Mimi była gadatliwa i skora do zabawy, podczas gdy Benjamin - od dzieciństwa nazywany Jack - stanowił raczej typ milczącego obserwatora.
Mimi i Jack byli jedynymi dziećmi Charlesa Force'a, sześćdziesięcioletniego magnata medialnego o stalowoszarych włosach, właściciela ekskluzywnej sieci telewizyjnej, informacyjnego kanału kablowego, popularnego tabloidu, kilku stacji radiowych oraz dochodowego imperium wydawniczego, które zarabiało na biografiach światowych gwiazd wrestlingu. Jego żona Trinity, z domu Burden, obracała się w kręgach nowojorskiej śmietanki towarzyskiej i zasiadała w zarządach najbardziej prestiżowych towarzystw charytatywnych. Odgrywała też kluczową rolę w Komitecie, którego młodszymi członkami byli Jack i Mimi. Force’owie zajmowali jedną z najmodniejszych lokalizacji w mieście, luksusową, doskonale utrzymaną rezydencję, w kwartale ulic naprzeciwko Metropolitan Museum of Art.
- Daj spokój - nadąsała się Mimi, natychmiast kładąc stopy z powrotem na kolanach brata. - Muszę wyciągnąć nogi, strasznie mi ścierpły. Sam zobacz - zażądała, chwytając umięśnioną łydkę i domagając się, żeby dotknął napiętych ścięgien. Lekcje tańca wykańczały stawy.
Jack zmarszczył brwi.
Jack otrząsnął się i wstał.
Aggie skrzywiła wargi w uśmiechu, a Bliss uśmiechnęła się nerwowo, kierując się za Jackiem w stronę tylnego wyjścia z klubu.
Mimi wzruszyła ramionami. Nigdy nie przejmowała się zasadami, paliła, gdzie i kiedy chciała - jedno z pism plotkarskich opublikowało kiedyś triumfalnie pięciocyfrową kwotę za mandaty, jakie zebrała za palenie w niedozwolonych miejscach. Patrzyła za odchodzącą trójką, która znikła w kłębowisku ciał, miotających się po parkiecie w rytm obscenicznego rapu.
Ale dowiedzieliby się. Ktoś by im powiedział. Niesamowite, ale wszystko o tobie wiedzieli, zupełnie jakby nie odstępowali cię nawet na krok, obserwowali z wnętrza twojej głowy. Więc może następnym razem. Pozwoli mu odzyskać siły po ostatniej nocy. Poczochrała jego włosy. Był słodki - przystojny i bezbronny, takich lubiła najbardziej. Ale chwilowo był bezużyteczny.
- Wybacz na chwilę - rzuciła.
Zerwała się z miejsca tak szybko, że kelnerka, przynosząca do stolika tacę z martini, pomyślała, że się pomyliła. Towarzystwo wokół zamrugało ze zdziwienia. Przysięgliby, że przed sekundą siedziała tu z nimi. W jednym momencie znalazła się gdzie indziej, na środku sali, tańcząc z innym chłopakiem - bo dla Mimi zawsze istniał jakiś inny chłopak, potem kolejny, a każdy następny był aż za bardzo szczęśliwy, że może z nią tańczyć - i zdawałoby się, że tańczy już od dawna. Jej stopy ledwie muskały parkiet - olśniewające blond tornado na szpilkach za osiemset dolarów.
Kiedy wróciła do stolika, jej twarz lśniła nieziemskim blaskiem (a może to był tylko efekt reflektorów?), a uroda sprawiała, że trudno było oderwać od niej wzrok. Jej towarzysz zasnął, przewieszony przez krawędź stolika. Co za szkoda.
Mimi wyciągnęła komórkę. Właśnie się zorientowała, że Bliss nie wróciła z przerwy na papierosa.
Nie pasowała nigdzie i nie wiedziała, dlaczego. Czy w ogóle mogło istnieć coś takiego jak czirliderka - socjopatka? Dziewczyny takie jak ona nie powinny mieć żadnych problemów. Powinny być doskonałe. Ale Bliss Llewellyn nie czuła się szczególnie doskonała. Raczej dziwaczna i nie na miejscu. Obserwowała, jak jej tak zwana najlepsza przyjaciółka, Mimi Force, irytuje swojego brata i ignoruje partnera. Kolejny zwyczajny wieczór w towarzystwie bliźniaków Force - sprzeczających się w jednej chwili i obrzydliwie czułych dla siebie w następnej szczególnie, kiedy patrzyli sobie po prostu w oczy i można było przysiąc, że rozmawiają ze sobą bezgłośnie. Bliss unikała spojrzenia Mimi i próbowała zająć się czymkolwiek, choćby śmianiem się z dowcipów opowiadanych przez siedzącego obok niej aktora. Ale tego wieczoru nic - nawet to, że mieli najlepszy stolik, a jeden z modeli Calvina Kleina poprosił ją o numer telefonu - nie mogło sprawić, żeby czuła się mniej nieszczęśliwa.
Tak samo czuła się w Houston. Też nie była tam całkiem na miejscu. Ale w Teksasie łatwiej dawało się to ukrywać. W Teksasie miała burzę kręconych włosów i najlepiej z całej drużyny robiła salto do tyłu. Wszyscy znali ją „od kołyski” i zawsze była najładniejszą dziewczyną w klasie. A potem ojciec, który dorastał w Nowym Jorku, postanowił tu wrócić i z łatwością wygrał wyścig o fotel senatorski. Zanim zdążyła zaprotestować, mieszkała już na Upper East Side i była zapisana do Duchesne.
Oczywiście Manhattan w niczym nie przypominał Houston, a jej kręcone włosy i salto nic nie znaczyły w nowej szkole, która nie miała nawet drużyny futbolowej, nie wspominając o czirliderkach w minispódniczkach. Z drugiej strony Bliss nie przypuszczała, że okaże się aż taką wieśniaczką. Ostatecznie potrafiła się przecież poruszać po sklepach Neiman Marcus! Miała takie same dżinsy True Religion i T-shirt Jamesa Perse jak wszyscy. Ale kiedy pierwszego dnia pojawiła się w szkole ubrana w pastelowy sweter Ralpha Laurena i kraciastą spódnicę Anny Sui (naśladując wygląd dziewcząt z folderu szkoły), z przewieszoną przez ramię, kontrastującą bielą skórzaną torbą Chanel na złotym łańcuchu, przekonała się, że jej koleżanki noszą grube swetry z golfem i przetarte sztruksy. Na Manhattanie nikt nie zakładał pastelowych kolorów ani białej Chanel (przynajmniej nie jesienią). Nawet ta dziwaczna gotka, Schuyler Van Alen, ubierała się z szykiem, którego Bliss nie potrafiła naśladować.
Bliss znała wielkie imiona światowej mody. Przyglądała się garderobie Moshy Barton. Ale nowojorskie dziewczęta potrafiły dobierać i zestawiać rzeczy w sposób sprawiający, że czuła się jak ofiara, która nigdy nie zajrzała do magazynów mody. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia jej akcentu - najpierw nikt nie mógł jej zrozumieć, a potem zaczęli ją przedrzeźniać, co nie było szczególnie miłe.
Przez chwilę wszystko wskazywało na to, że na resztę życia licealnego Bliss zostanie zesłana poza granice towarzystwa, będzie musiała przestawić się na lekcje domowe, podczas gdy powinna brylować w klasie. Aż do momentu, kiedy chmury się rozstąpiły, z nieba spłynęła światłość i stał się cud - wspaniała Mimi Force osobiście się nią zajęła. Mimi była w trzeciej klasie, rok wyżej. Ona i jej brat Jack stanowili główną parę Duchesne, jak Angelina Jolie i Brad Pitt - Hollywood. Na dodatek parę królewską. Mimi została przydzielona do opieki nad nowymi uczniami, a kiedy rzuciła okiem na Bliss - pastelowy sweter, błyszczące buty, niepasująca szkocka krata, pikowana torba Chanel - oznajmiła: „Ekstra ciuchy. To jest tak obciachowe, że wygląda świetnie”.
I o to chodziło.
Bliss nagle znalazła się na topie, który, jak się okazało, składał się z takich samych ludzi, jakich znała wcześniej - wysportowanych chłopaków (tyle że trenowali lacrosse i kajakarstwo zamiast futbolu), monotonnie ślicznych dziewcząt (tyle że należały do grup dyskusyjnych i wybierały się na uniwersytet z Ligi Bluszczowej)1- i miał identyczny niepisany kodeks, niepozwalający na dołączanie się nowych. Bliss wiedziała, że tylko łasce Mimi zawdzięcza znalezienie się w tej uprzywilejowanej warstwie.
Ale to nie hierarchia licealna przeszkadzała Bliss. Nie chodziło nawet o jej wyprostowane włosy (nie zamierzała więcej pozwolić, żeby dotykała ich stylistka Mimi - źle się czuła bez swoich pukli). Po prostu czasem miała wrażenie, że nie wie, kim jest w rzeczywistości. Tak było, od kiedy przyjechała do Nowego Jorku. Przechodząc koło jakiegoś budynku albo przez stary park koło rzeki, czuła bardzo silne deja vu - jakby coś, co było pogrzebane w jej pierwotnej pamięci, ogarniało ją, wprowadzając w wewnętrzny dygot. Kiedy po raz pierwszy weszła do apartamentu przy Siedemdziesiątej Siódmej Wschodniej, pomyślała, że wraca do domu. Nie dlatego, że to miał być jej dom, a dlatego że jakieś uczucie w środku podpowiadało, że była tu wcześniej, że przechodziła już przez te drzwi, że nie tak dawno tańczyła na marmurowej posadzce. Na widok swojego pokoju, pomyślała, że był tam wcześniej kominek. A kiedy zapytała o to agenta nieruchomości, powiedział jej, że kominek istniał jeszcze w roku 1819, ale zamurowano go ze względów bezpieczeństwa. „Ponieważ ktoś tu zginął”.
Ale najgorsze były koszmary. Koszmary, z których zrywała się z krzykiem. Koszmary, w których uciekała, w których coś ją trzymało - tak jakby nie kontrolowała własnego ciała - a potem budziła się, zmarznięta i drżąca, w przesiąkniętej potem pościeli. Rodzice zapewniali ją, że to normalne. Jakby normalne było, że piętnastoletnia dziewczyna budzi się, krzycząc tak głośno, że gardło jej zasycha i krztusi się własną śliną.
Ale teraz, w klubie Block 122, Jack Force wstał z miejsca, a Bliss poszła w jego ślady - przepraszając Mimi, że chce na chwilę odejść. Zrobiła tak pod wpływem impulsu, wolała zająć się czymś innym niż śledzeniem spektaklu zatytułowanego „Mimi”, ale kiedy powiedziała, że chce zapalić, poczuła, że rzeczywiście ma na to ochotę. Aggie Carondolet, jedna z klonów Mimi, wymknęła się już na zewnątrz. Bliss szybko straciła Jacka z oczu gdzieś w tłumie. Pokazała stempel na prawym nadgarstku ochroniarzowi, który wypuszczał i wpuszczał z powrotem ludzi do klubu z powodu obowiązujących w Nowym Jorku drakońskich praw dotyczących palenia. Bliss uważała to za ironię losu - Nowy Jork uznawano za światową metropolię, tymczasem, o ile w Houston można było palić wszędzie, nawet w salonie piękności, pod suszarką do włosów, o tyle na Manhattanie palaczy spychano na margines i zostawiano samym sobie.
Otwarła tylne drzwi i znalazła się w mrocznym zaułku między dwoma budynkami. W uliczce między klubami Block 122 i The Bank, niczym na szalce Petriego, spotykały się różnice kulturowe - po jednej stronie napuszony establishment w obcisłych, europejskich ubraniach, z tlenionymi włosami i w kurtkach w zebrę, a po drugiej - wychudzona grupa zagubionych dzieciaków w podartych ciuchach i kolczykach. Ale między obiema grupami panowało niepisane zawieszenie broni, istniała niewidzialna linia, której nikt nie przekraczał. Ostatecznie wszyscy byli palaczami. Bliss zobaczyła Aggie opierającą się o ścianę, w towarzystwie kilku modelek.
Pogrzebała w kieszeniach długiej kurtki Marc Jacobs (pożyczonej od Mimi jako część jej transformacji) w poszukiwaniu papierosów i wyciągnęła jeden. Włożyła go do ust i dalej szperała, by znaleźć zapałki.
Z ciemności wysunęła się dłoń, oferując niewielki płomyk. Z drugiej strony ulicy. Po raz pierwszy ktoś ośmielił się przełamać barierę.
Szkoła Duchesne mieściła się w dawnej posiadłości rodziny Flood, przy rogu Madison Avenue i Dziewięćdziesiątej Pierwszej ulicy, pomiędzy innymi prywatnymi szkołami, naprzeciwko Dałton i obok Sacred Heart. Dom należał niegdyś do Rose Elizabeth Flood, wdowy po kapitanie Armstrongu Floodzie, założycielu Flood Oil Company. Córki Rose były kształcone przez belgijską guwernantkę, Marguerite Duchesne, ale kiedy wszystkie trzy zginęły tragicznie na pokładzie statku „Endeavor”, który zatonął na Atlantyku, zrozpaczona Rose wróciła na Środkowy Zachód, przekazując posiadłość mademoiselle Duchesne, która mogła założyć wymarzoną placówkę edukacyjną.
Niewiele dało się zrobić, aby zamienić dom mieszkalny w szkołę: wśród warunków darowizny znajdował się zapis, że oryginalny wystrój wnętrz i meble mają zostać zachowane, co sprawiało, że przebywanie w budynku przypominało wycieczkę w czasie. Naturalnych rozmiarów portret przedstawiający trzy dziedziczki rodziny Flood, pędzla Johna Singera Sargenta, wciąż wisiał u szczytu marmurowych schodów, witając gości w imponującym holu wysokości dwóch pięter. Barokowy kryształowy żyrandol zdobił przeszkloną salę balową, wychodzącą na Central Park, a w foyer ustawione były otomany Chesterfield i zabytkowe biurka. W błyszczących, miedzianych kinkietach zamontowano obecnie żarówki, a skrzypiąca winda Pullmana dalej działała (chociaż korzystać z niej mogli tylko nauczyciele). Uroczy pokój na poddaszu został przerobiony na pracownię plastyczną, w której znajdowała się prasa drukarska i maszyna do litografii, a salony na dole mieściły w pełni wyposażony teatr, salę gimnastyczną i kafeterię. Wzdłuż wyłożonych tapetą w konwalie korytarzy ciągnęły się metalowe szafki uczniowskie, a w górnych sypialniach odbywały się lekcje przedmiotów humanistycznych. Kolejne pokolenia uczniów przysięgały, że duch panny Duchesne spaceruje po trzecim piętrze.
Fotografie kolejnych roczników absolwentów ozdabiały korytarz prowadzący do biblioteki. Ponieważ Duchesne było początkowo szkołą żeńską, pierwsza grupa z 1869 roku składała się wyłącznie z sześciu ponurych dziewcząt w białych sukniach balowych. Ich imiona były elegancko wykaligrafowane. W miarę upływu lat dagerotypy dziewiętnastowiecznych absolwentek ustąpiły miejsca czarno-białym fotografiom wytapirowanych dziewcząt z lat pięćdziesiątych, wśród których w połowie lat sześćdziesiątych zaczęli się radośnie pojawiać długowłosi młodzieńcy, gdyż szkoła Duchesne w końcu stała się placówką koedukacyjną. Na końcu znajdowały się lśniące kolorowe fotografie atrakcyjnych młodych kobiet i przystojnych młodych mężczyzn z najnowszych roczników.
Poza tym tak naprawdę niewiele się zmieniło. Kończące liceum dziewczęta wciąż ubierały się w białe suknie wizytowe od Saksa i rękawiczki od Bergdorfa, a wraz z dyplomami otrzymywały wieńce z bluszczu i bukieciki czerwonych róż, natomiast chłopcy nosili eleganckie garnitury i perłowe szpilki w szarych fularach.
Szare mundurki w szkocką kratę znikły już dawno, ale nadal złe wieści w Duchesne przybierały formę odwołanej pierwszej lekcji i obwieszczenia przebijającego się przez zakłócenia w wiekowych głośnikach: „Nadzwyczajne zebranie. Wszyscy uczniowie proszeni są o niezwłoczne udanie się do kaplicy”.
Schuyler spotkała Olivera na korytarzu przed salą muzyczną. Nie widzieli się od piątkowego wieczoru. Żadne z nich nie poruszało tematu spotkania z Jackiem Forcem, co było o tyle nietypowe, że zwykle analizowali starannie wszystkie swoje kontakty towarzyskie z dokładnością co do minuty. W głosie Olivera pobrzmiewał tego ranka wystudiowany chłód, ale Schuyler nie zwróciła uwagi na jego powściągliwość. Podbiegła i złapała go pod ramię.
Schuyler uniosła brwi.
W zeszłym roku cała grupa sportowa została zawieszona za nieodpowiednie zachowanie na terenie szkoły. Aby uczcić zwycięstwo w regatach Head of the Charles2 przyszli wieczorem do szkoły i zrujnowali klasy na drugim piętrze, zostawiając wulgarne graffiti na ścianach i pamiątki dobrej zabawy - potłuczone butelki po piwie, stosy niedopałków, pokryte kokainą banknoty dolarowe - które następnego ranka znalazły sprzątaczki. Rodzice pisali liczne petycje do władz szkoły, domagając się zmiany decyzji (niektórzy uważali, że wydalenie to zbyt surowa kara, inni domagali się zawiadomienia policji). To, że prowodyrem okazał się roześmiany czwartoklasista, kandydat na Harvard i siostrzeniec dyrektorki, dolało tylko oliwy do ognia. (Harvard niezwłocznie odmówił przyjęcia go i wydalony sternik zdzierał obecnie gardło na Uniwersytecie Duke’a.) Z jakichś powodów Schuyler przypuszczała, że to nie zwyczajny przypadek złego zachowania kilku uczniów w weekend był powodem zwołania tego ranka wszystkich klas licealnych. Ponieważ każdy rocznik liczył tylko czterdzieści osób, mieścili się wygodnie w kaplicy, zajmując miejsca odpowiednio do klasy - czwarta i pierwsza z przodu, rozdzielone przejściem, druga i trzecia odpowiednio z tyłu.
Pani dziekan do spraw uczniów stała cierpliwie na podium przed ołtarzem. Schuyler i Oliver dołączyli do Dylana siedzącego już w zwykle zajmowanej przez nich ławce. Miał cienie pod oczami, jakby z niewyspania, paskudny czerwony zaciek na koszuli i dziurę w czarnych dżinsach. Na szyi jak zawsze nosił biały, jedwabny szalik w stylu Jimiego Hendriksa. Pozostali uczniowie starali się do niego nie zbliżać. Skinął na Schuyler i Olivera, przywołując ich do siebie.
Dylan wzruszył ramionami i przyłożył palec do ust.
Dziekan Cecile Molloy postukała w mikrofon. Nie była absolwentką Duchesne, w odróżnieniu od dyrektorki, naczelnej bibliotekarki i niemal wszystkich nauczycielek. Chodziły plotki, że uczyła się w szkole publicznej, ale błyskawicznie przystosowała się do aksamitnej opaski, sztruksowych spódnic do kolan oraz eleganckiego sposobu mówienia charakteryzujących dziewczęta z Duchesne. Stanowiła ich idealną podróbkę i dlatego była bardzo popularna w zarządzie.
Po chwili ciszy rozległy się gorączkowe szepty.
Dziekan odchrząknęła.
Ponowne chrząknięcie.