Cichy potok - Katarzyna Majgier - ebook

Cichy potok ebook

Katarzyna Majgier

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

PORUSZAJĄCA POWIEŚĆ HISTORYCZNA Z WĄTKIEM KRYMINALNYM

Kraków 1919 roku. Po I wojnie światowej ludzie starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Leonard Rainer, detektyw z policji kryminalnej, poznaje w pociągu młodą wykształconą chłopkę, Rozalię Gawron. Kobieta po latach spędzonych za granicą wraca do domu, by wyjść za narzeczonego, z którym zaręczyła się jeszcze przed wojną, i zostać gospodynią w rodzinnym Cichym Potoku. Rozalia bardzo szybko przekonuje się, że wiele tam się zmieniło, a jeszcze bardziej zmieniła się ona sama. Cichy Potok skrywa wiele tajemnic.

A kiedy we wsi z rąk nieznanego mordercy zaczynają ginąć młode piękne dziewczyny, Leonard Rainer postanawia poprowadzić sprawę i dowiedzieć się, kto i dlaczego zabija w Cichym Potoku oraz jaką rolę w tym wszystkim odegrała fascynująca Rozalia Gawron.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 543

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Środa, 21 maja 1919 roku

Żółta fasada już z daleka prze­świ­ty­wała spo­mię­dzy drzew, ale na pewno nie był to jedyny dom we wsi poma­lo­wany na ten kolor. Jed­nak jesz­cze zanim komi­sarz Leonard Rainer wszedł na podwórko, wie­dział, że dobrze tra­fił. Śpiewy było sły­chać już na dro­dze, więc to musiało być tutaj.

Pchnął uchy­lone drzwi i od razu poczuł zaduch wypeł­nia­jący ciemną sień. Drzwi do prze­stron­nego pokoju były otwarte, więc wszedł do środka. Stło­czyło się tam około dwu­dzie­stu osób, sie­dzą­cych na krze­słach przy stole i na łóż­kach albo sto­ją­cych przy ścia­nach. Czwórka dzieci przy­cup­nęła w kącie przy piecu. Cięż­kie zasłony zacią­gnięto, więc do środka wpa­dało nie­wiele świa­tła. Paliła się grom­nica przy łóżku, na któ­rym poło­żono zmarłą, ubraną w wykroch­ma­loną, białą bluzkę.

Rainer zdjął kape­lusz i pod­szedł bli­żej, nie bacząc na to, że wie­śniacy przy­glą­dają mu się z dez­apro­batą, ale i z cie­ka­wo­ścią. Zoba­czył duży krzy­żyk na pier­siach mar­twej dziew­czyny i jasny kosmyk wymy­ka­jący się spod chustki, którą zawią­zano jej na gło­wie.

To był trzeci dzień jego pracy w Kra­ko­wie i wyglą­dało na to, że miał swoją pierw­szą sprawę. Któ­rej pew­nie by nie było, gdyby pięć dni wcze­śniej w pociągu jadą­cym z Wied­nia do Kra­kowa nie spo­tkał miej­sco­wej dziew­czyny.

Pomy­ślał, że gdyby swoim zwy­cza­jem przez całą drogę nie odzy­wał się do współ­pa­sa­że­rów, teraz nie byłoby go tutaj. Wie­śniacy mogliby spo­koj­nie pomo­dlić się przy zwło­kach, a potem pocho­wać ofiarę. I nikt nawet by się nie zająk­nął o mor­der­stwie. Ale z jakichś powo­dów jesz­cze na pero­nie zwró­cił uwagę na młodą dziew­czynę w beżach, a potem, gdy go zagad­nęła w pociągu, odpo­wie­dział jej. Następ­nie zaczął z nią roz­ma­wiać, a nawet powie­dział jej, że pra­cuje w poli­cji kry­mi­nal­nej i przed­sta­wił się jej.

I tylko dla­tego teraz tu był.

Pięć dni wcze­śniej

Piątek, 16 maja 1919 roku

1

Zapa­chy przy­wo­łują wspo­mnie­nia. Leonard Rainer wie­dział to od lat, a tego dnia znowu się o tym prze­ko­nał. Wcho­dząc na Dwo­rzec Pół­nocny w Wied­niu, odniósł wra­że­nie, że prze­niósł się w cza­sie. Pięć lat temu wró­cił wła­śnie z Weiss­dorfu. Wtedy też poczuł zapach cie­płego, wio­sen­nego poranka na sta­cji kole­jo­wej: ulotną woń wcze­snych kwia­tów, rosy paru­ją­cej znad świeżo sko­szo­nej trawy oraz mie­szanki sma­rów, roz­grza­nych maszyn i ich wyzie­wów. Od dziecka Rainer lubił zapach pocią­gów – zapo­wiedź zmiany i nowych przy­gód. A teraz mie­szanka zapa­chu dworca i pogod­nego poranka przy­po­mniała mu podobny cie­pły, wio­senny pora­nek na dworcu pięć lat temu, w maju 1914 roku.

Rainer szedł wtedy przez Dwo­rzec Pół­nocny, ale w prze­ciwną stronę i czuł się wolny jak ni­gdy wcze­śniej. Wła­śnie wró­cił od Anny i Kurta, a w cza­sie podróży, sie­dząc samot­nie w prze­dziale, posta­no­wił, że zacznie nowe życie. Wła­sne. Bez Anny i bez Kurta. Że zaj­mie się w końcu karierą zawo­dową i prze­sta­nie sku­piać się tylko na spra­wach, nad któ­rymi pra­cuje, ale też zadba o sie­bie. O to, by awan­so­wać i lepiej zara­biać. A wtedy wypro­wa­dzi się od Hof­fste­inów i pozna jakąś miłą dziew­czynę, z którą założy rodzinę. Zbli­żał się wów­czas do trzy­dziestki i uznał, że naj­wyż­szy czas, by zro­bić coś ze swoim życiem.

A potem, wycho­dząc z dworca, poczuł woń pierw­szego cie­płego, wio­sen­nego dnia, pomie­szany z zapa­chem taboru kole­jo­wego i pomy­ślał, że to zapach zmiany i nowych przy­gód. Poczuł wol­ność i potrzebę zmiany. Jed­nak pro­sto z dworca poszedł do biura, gdzie jesz­cze tego samego dnia pra­co­wał do późna. Od razu wró­cił do życia, jakie pro­wa­dził od lat, zatra­ca­jąc się w pracy, a posta­no­wie­nia, które powziął w pociągu, gdzieś się zapo­działy.

Rainer na­dal dbał o sku­tecz­ność, nie o awanse i zarobki, na­dal miesz­kał u Hof­fste­inów przy Ungar­gasse i cza­sami sypiał z Ger­trude, choć cią­gle myślał o Annie. Nie miał czasu roz­glą­dać się za dziew­czy­nami i nie wia­domo, jak długo jesz­cze by to trwało, gdyby kilka tygo­dni póź­niej nie­jaki Gaw­riło Prin­cip nie zastrze­lił arcy­księ­cia Fer­dy­nanda.

Wojna wywró­ciła wszystko do góry nogami i teraz, pięć lat póź­niej, roz­glą­da­jąc się po Dworcu Pół­noc­nym, Rainer poczuł się tak, jakby tych pię­ciu lat nie było. Jakby w ogóle nie było wojny. Bo wszystko wyda­wało się takie, jak przed nią.

Dwo­rzec był pełen ludzi, któ­rzy mijali się w pośpie­chu albo znu­dzeni stali i cze­kali. Witali się albo żegnali. Dzieci nie mogły ustać spo­koj­nie, a matki kar­ciły je za to. Na pero­nach stały pociągi albo wkrótce miały tam wje­chać. Zupeł­nie tak jak przed wojną.

Usły­szał, jak jakaś pol­ska rodzina nie­po­koi się, czy jazda będzie bez­pieczna, skoro pociągi się teraz wyko­le­jają i nie dalej jak przed­wczo­raj doszło do wypadku pomię­dzy Kra­ko­wem a Zako­pa­nem. Dwie osoby zgi­nęły, a kilka innych odnio­sło obra­że­nia.

– I jak tu teraz wsiąść do pociągu? – mar­twiła się jakaś kobieta.

Druga obrzu­ciła ją suro­wym spoj­rze­niem.

– Wszystko w ręku Boga – orze­kła sta­now­czo. – Ja tam będę się modlić przez całą drogę i pani też to radzę – dodała takim tonem, że tamta poczuła się zru­gana i zamil­kła.

Nad­bie­gła hała­śliwa gro­madka dzieci, napo­mi­nana przez jesz­cze bar­dziej hała­śliwe matki i opie­kunki, więc Rainer odszedł nieco dalej.

Ponow­nie przy­mknął oczy i spró­bo­wał sobie wyobra­zić, że znowu jest wio­sna roku 1914, a on wła­śnie wró­cił od Anny i Kurta. I teraz zacznie to wła­sne życie…

Może już wtedy, pięć lat temu, powi­nien był pomy­śleć o Kra­ko­wie albo innym mie­ście odda­lo­nym od Weiss­dorfu? W nowym miej­scu musiałby zacząć od nowa. Może wtedy coś by się zmie­niło… Tylko na jak długo? I tak zaraz nade­szłaby wojna, bo to, że Rainera nie byłoby w Wied­niu, raczej nie wpły­nę­łoby na los Europy… Dla­tego nie miało zna­cze­nia, że Rainer nie zmie­nił wtedy swo­jego życia. Zro­biła to za niego wojna.

Teraz był star­szy o pięć lat, na rękach miał bli­zny po opa­rze­niach, a na palcu obrączkę, bo miał żonę i dwoje dzieci. I kosz­marne sny, w któ­rych wszystko wokół niego pło­nęło, a języki ognia wże­rały mu się w ciało. Cza­sem w tych snach poja­wiał się Kurt…

A jed­nak kiedy poczuł ten zapach, który zda­wał się cze­kać tu na niego przez pięć lat, żeby przy­po­mnieć mu o tam­tym poranku, spró­bo­wał sobie wyobra­zić, co by było, gdyby nie było wojny i gdyby znowu była wio­sna 1914 roku, a on wła­śnie wró­ciłby z Weiss­dorfu. Nie mając żony, dzieci, blizn ani kosz­mar­nych snów i wspo­mnień. Co mógłby zro­bić, żeby nie wró­cić do życia wypeł­nio­nego pracą tak bar­dzo, że na nic wię­cej nie miał już ani czasu, ani siły?

Rainer od dziecka lubił wyobra­żać sobie różne rze­czy, szcze­gól­nie w cza­sie podróży. Jako mały chło­piec spę­dzał dużo czasu w pocią­gach i aby zabić nudę, wymy­ślał przy­gody, jakie miały cze­kać go w nowym miej­scu, swoje dal­sze losy albo histo­rie współ­pa­sa­że­rów. Od dziecka bacz­nie obser­wo­wał ludzi, pró­bu­jąc jakoś ich ska­ta­lo­go­wać – upo­rząd­ko­wać swoją wie­dzę o nich. Wyobra­ża­nie sobie ich histo­rii poma­gało mu w tym.

Ni­gdy nie prze­stał tego robić. Uwa­żał, że to pobu­dza wyobraź­nię, która w jego zawo­dzie jest bar­dzo ważna, należy więc tre­no­wać ją tak, jak ćwi­czy się mię­śnie.

Pomimo panu­ją­cego wokół zgiełku pogrą­żył się w myślach, ale wtedy potrą­cił go prze­cho­dzący obok i żywo gesty­ku­lu­jący mło­dzie­niec, gło­śno mówiący po angiel­sku z led­wie zauwa­żal­nym fran­cu­skim akcen­tem. Prze­pro­sił Rainera po nie­miecku, a ten tylko lekko ski­nął głową. Przyj­rzał się cudzo­ziem­cowi, odzia­nemu mod­nie i drogo: w gra­na­towy płaszcz ze zło­tymi guzi­kami i takąż kami­zelkę oraz lśniący, kar­ma­zy­nowy kra­wat. Wyglą­dał na boga­tego dan­dysa i ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie. Mówił i śmiał się zbyt gło­śno, gesty­ku­lo­wał zbyt gwał­tow­nie, jakby popi­sy­wał się przed towa­rzy­szem, ubra­nym rów­nie mod­nie, choć w przy­zwo­itych odcie­niach sza­ro­ści.

„Homo­sek­su­ali­ści!” – pomy­ślał od razu Rainer.

Miał oko do takich rze­czy. Na początku swo­jej kariery w poli­cji patro­lo­wał miej­sca, gdzie się spo­ty­kali, i aresz­to­wał ich. W pierw­szych tygo­dniach był roz­cza­ro­wany pracą, bo chciał tro­pić i osa­czać nie­bez­piecz­nych prze­stęp­ców, roz­wią­zy­wać zawiłe sprawy kry­mi­nalne, a kazano mu aresz­to­wać obści­sku­ją­cych się męż­czyzn, a cza­sem i dzie­ciaki. Cią­gle pamię­tał ich zawsty­dzone spoj­rze­nia, strach, że ich sekrety wyjdą na jaw…

Jed­nak ci dwaj zda­wali się nie przej­mo­wać tym, co pomy­ślą o nich inni. Znak cza­sów. Współ­cze­sna mło­dzież róż­niła się od tej, kiedy Rainer był w podob­nym wieku. Choć przyj­rzaw­szy się im bli­żej, doszedł do wnio­sku, że nie są od niego wiele młodsi. Roz­ma­wiali i śmiali się gło­śno, prze­krzy­ku­jąc gwar.

Dopiero po chwili Rainer dostrzegł towa­rzy­szącą im dziew­czynę, która stała tak spo­koj­nie i była ubrana tak skrom­nie, że nie­mal wto­piła się w tło i trudno było ją dostrzec w towa­rzy­stwie dwóch mło­dzień­ców. Wyglą­dała na dwa­dzie­ścia lat, była smu­kła i beżowa. Tak wła­śnie Rainer okre­śliłby ją, spi­su­jąc swoje obser­wa­cje. Miała na sobie jasno­be­żowy płaszcz, który roz­pięła, uka­zu­jąc odro­binę ciem­niej­szy kostium podróżny. Beżowe były też jej buty, torba i włosy. Nawet jej cera, choć bar­dzo jasna, nie była różowa, jak u wielu blon­dy­nek, ale miała deli­katny odcień mleka z odro­biną her­baty, jakie pijała do śnia­da­nia Anna. Oczy też wyda­wały się beżowe. Jedyny kolo­rowy akcent sta­no­wił jasno­zie­lony żabot pod szyją.

Mimo tej skrom­nej kolo­ry­styki była ele­gancka i wyda­wała się dys­tyn­go­wana, dopóki nie par­sk­nęła śmie­chem, zasła­nia­jąc dło­nią twarz jak roz­ba­wiona dziew­czynka. Raine­rowi się to spodo­bało. Nie lubił wynio­słych dam, a brak oka­zy­wa­nia emo­cji i poczu­cia humoru koja­rzył z nie­do­stat­kiem inte­li­gen­cji.

Poza tym wyglą­dała na Polkę. Rainer był pół-Pola­kiem po matce i wycho­wał się w Pol­sce, choć w jego rodzin­nym domu roz­ma­wiało się głów­nie po nie­miecku. Po pol­sku mówiła cza­sami matka – kiedy odwie­dzali ją krewni albo pol­skie sąsiadki, na co dzień jed­nak roz­ma­wiała z mężem i dziećmi po nie­miecku. Rainer nauczył się pol­skiego od służby, dzieci sąsia­dów i innych miesz­kań­ców Sar­nowa, mia­steczka, w któ­rym się uro­dził. Choć przez więk­szość życia miesz­kał w Austrii, mówił po pol­sku tak jak Polacy.

Przyj­rzał się towa­rzy­szom dziew­czyny, któ­rzy tak ją roz­ba­wili. Nie paso­wała do nich. Była ele­gancka, ale skromna, jak pra­cu­jąca dziew­czyna – sekre­tarka albo guwer­nantka.

Tęż­szy, eks­tra­wa­gancko ubrany bru­net praw­do­po­dob­nie był Fran­cu­zem. Gdy roz­ma­wiał z towa­rzy­szami po angiel­sku i kiedy prze­pro­sił Rainera po nie­miecku, dało się zauwa­żyć cha­rak­te­ry­styczny fran­cu­ski akcent. Jego towa­rzysz mówił po angiel­sku – podob­nie jak Rainer – pra­wie jak Anglik. Zapewne też miał w dzie­ciń­stwie dobrą angiel­ską guwer­nantkę. Beżowa dziew­czyna mówiła zbyt cicho, żeby Rainer mógł ją usły­szeć.

Rainer zasta­no­wił się, co ją z nimi łączy. Wyglą­dała na ich ubogą krewną, ale może była sekre­tarką któ­re­goś z nich? Albo nauczy­cielką młod­szego bra­ciszka lub sio­strzyczki? Z jakichś przy­czyn to dru­gie bar­dziej Raine­rowi paso­wało. Miała w sobie coś z guwer­nantki.

Jed­nak spo­sób, w jaki z nimi roz­ma­wiała, szcze­gól­nie z tym wyż­szym i szczu­płym, zdra­dzał, że są przy­ja­ciółmi albo krew­nymi. Więc może raczej była ubogą kuzynką czy wycho­wanką jakiejś ciotki, być może wyro­sła razem z tym mło­dzień­cem, a może z oboma? Choć Fran­cuz wyda­wał się mniej zwią­zany z tą dwójką niż oni ze sobą.

Tak czy owak, dziew­czyna była ładna i inte­re­su­jąca. Intry­go­wało go, kim jest i czy tak jak przy­pusz­czał, jest Polką, co było praw­do­po­dobne, bo stała na pero­nie, z któ­rego wyru­szał pociąg do Pol­ski, więc jechała tam albo odpro­wa­dzała kogoś, kto tam jedzie.

Gdyby to był kwie­cień roku 1914, Rainer zain­te­re­so­wałby się nią, ale teraz był kwie­cień roku 1919, a Rainer był żonaty. Poślu­bił miłość swo­jego życia i inte­re­so­wa­nie się innymi kobie­tami było zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu.

Posta­no­wił wsiąść do pociągu. Podał walizkę baga­żo­wemu i z myślą o cze­ka­ją­cych go godzi­nach podróży kupił jesz­cze gazety, po czym zna­lazł swój wagon.

Dwo­rzec poże­gnał go inten­sywną wonią wydo­by­wa­jącą się spod cie­płej maszyny, a w jej wnę­trzu uno­sił się zapach roz­grza­nego wagonu, ludzi, jedze­nia i tyto­niu. Ten ostatni był naj­moc­niej­szy i gdy Rainer był dziec­kiem, bar­dzo go lubił, ale teraz już nie. To jedna z tych rze­czy, które wojna zmie­niła.

Rainer zawsze miał wraż­liwy węch, a teraz, gdy prze­stał palić, ten zmysł jesz­cze bar­dziej mu się wyostrzył. Prze­cho­dząc kory­ta­rzem i mija­jąc otwarte prze­działy, nawet nie zaglą­da­jąc do ich, wie­dział, co się tam dzieje: z jed­nego wydo­sta­wał się zapach naf­ta­liny, z innego bułek z szynką, a z kolej­nego – ugo­to­wa­nych jajek…

Rainer prze­stał palić, bo zapach tyto­niu też przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia. Takie, które chciałby wyma­zać, ale nie mógł, bo powra­cały. Wystar­czyło, że poczuł ten zapach… A czuł go wszę­dzie, bo zawsze ktoś palił.

2

Rainer od dziecka uwa­żał, że naj­gor­sze, na co można tra­fić w prze­dziale, to plot­ku­jące baby. Bez prze­rwy gadały, co nie pozwa­lało się sku­pić ani na lek­tu­rze, ani na wła­snych myślach. Przy plot­ku­ją­cych babach nie można było czy­tać, pisać listów, zdrzem­nąć się ani nawet spo­koj­nie pomy­śleć. Żeby jesz­cze opo­wia­dały coś cie­ka­wego, ale nie. One zawsze paplały o bzdu­rach i nic z tym nie można było zro­bić. Kul­tu­ralny czło­wiek musiał tego słu­chać, czy chciał, czy nie chciał.

Kiedy tylko zoba­czył sie­dzące przy drzwiach dwie wynio­słe matrony, zda­jące się wypeł­niać cały prze­dział, w któ­rym miał miej­sce, naj­chęt­niej by uciekł. Roz­ma­wiały po pol­sku o czy­imś kape­lu­szu, który ktoś uznał za nie­przy­zwo­ity. Rainera cze­kała więc wie­lo­go­dzinna podróż pośród bzdur, które kom­plet­nie go nie inte­re­so­wały i przez które nie będzie mógł się zdrzem­nąć, poczy­tać gazet ani pomy­śleć w spo­koju.

Przy­wi­tał się uprzej­mie po nie­miecku, bo nie miał ochoty z nimi roz­ma­wiać. Gor­sze od plot­ku­ją­cych bab były tylko plot­ku­jące baby, które zada­wały pyta­nia.

Obie odpo­wie­działy mu, mie­rząc go wzro­kiem, i wymie­niły spoj­rze­nia, nie­udol­nie sta­ra­jąc się zro­bić to dys­kret­nie. Naj­wy­raź­niej musiały osza­co­wać, czy jest godzien jechać z nimi w prze­dziale, czy po pro­stu będą musiały jakoś znieść jego towa­rzy­stwo. Po ich minach Rainer zorien­to­wał się, że nie zdał tego egza­minu, ale też go nie oblał. Podróż z nim nie była dla nich zaszczy­tem, ale też spe­cjal­nie im nie uwła­czała. Miał to w nosie.

Usiadł na swoim miej­scu pod oknem i od razu scho­wał się za płachtą „Wie­ner Zeitung”, pró­bu­jąc choć tak sym­bo­licz­nie odizo­lo­wać się od towa­rzy­szek podróży.

I wtedy w drzwiach prze­działu sta­nęła ona. Beżowa dziew­czyna, którą dostrzegł na pero­nie. Spoj­rzała na numery miejsc i zajęła to pod oknem, naprze­ciwko Rainera.

– Guten Mor­gen – przy­wi­tała się, wyma­wia­jąc to w tak pol­ski spo­sób, że nawet plot­ku­jące baby od razu się zorien­to­wały.

– No pro­szę, pani też do Pol­ski – zauwa­żyły.

– Tak – przy­tak­nęła, uśmie­cha­jąc się uprzej­mie.

Ją mie­rzyły wzro­kiem dłu­żej niż Rainera i jesz­cze mniej siliły się na dys­kre­cję. Na pierw­szy rzut oka musiała im się wydać godna ich towa­rzy­stwa, ale potem dłu­gość jej spód­nicy wzbu­dziła ich nie­chęć, co Rainer dostrzegł bez trudu. Gdy tylko odwró­ciła się do nich tyłem, zaj­mu­jąc miej­sce, obie wymow­nie spoj­rzały na dół owej spód­nicy, led­wie się­ga­ją­cej do pół łydki, i wymie­niły znie­sma­czone spoj­rze­nia.

Potem jedna z nich zapy­tała dziew­czynę, z kim podró­żuje.

– Sama – odparła pogod­nie i to osta­tecz­nie pogrą­żyło ją w oczach obu matron.

„Młoda kobieta podró­żu­jąca sama? Co się stało z tym świa­tem?” – mówiły ich przy­gnę­bione obli­cza.

A jed­nak musiały poznać przy­czynę tego stanu rze­czy. Choćby po to (i praw­do­po­dob­nie tylko po to), by mieć temat do kolej­nych plo­tek.

– Do pracy? – zaczęła pierw­sza, kor­pu­lentna matrona w gra­na­to­wej sukience i popie­la­tym kape­lu­szu. Jej towa­rzyszka, cała w brą­zach, nad­sta­wiła ucha.

– Do domu – odparła beżowa dziew­czyna, jak uczen­nica wezwana do odpo­wie­dzi. – Można powie­dzieć, że wra­cam z pracy.

– Pra­co­wała pani w Wied­niu?

– Nie… – zawa­hała się. – Byłam… jesz­cze dalej – powie­działa enig­ma­tycz­nie. – Wra­ca­łam przez Wie­deń.

– My też były­śmy znacz­nie dalej – ode­zwała się kobieta w brą­zach. – W Paryżu – oznaj­miła z dumą, a jej kole­żanka przy­tak­nęła.

– Piękne mia­sto – przy­znała dziew­czyna.

– Była tam pani?

Dziew­czyna ski­nęła głową.

– Wła­śnie stam­tąd przy­je­cha­łam do Wied­nia.

– Zatem pani też prze­cze­kała wojnę za gra­nicą – orze­kła matrona w gra­na­to­wej sukience, a dziew­czyna wyraź­nie się zmie­szała. – No i dobrze, bo podobno w Pol­sce działy się straszne rze­czy.

– Tak, sły­sza­łam – wykrztu­siła zawsty­dzona dziew­czyna. – Kra­ków ewa­ku­owano. Ludzi ści­śnięto w jakichś kosz­mar­nych bara­kach na pod­mo­kłych tere­nach, w okrop­nych warun­kach higie­nicz­nych i tyle osób przy­pła­ciło to życiem… Tyle dzieci…

Matrony nie wyglą­dały na bar­dzo prze­jęte losem tych dzieci i ewa­ku­owa­nych kra­ko­wian.

– Kra­ków? – powtó­rzyła ta w brą­zach. – To pani z Kra­kowa?

– Wła­ści­wie spod Kra­kowa. A panie? – Teraz w końcu ona zadała im jakieś pyta­nie.

– Z War­szawy – odparły nie­mal obie rów­no­cze­śnie z nie­ukry­waną z dumą.

– War­szawę zabory ciężko doświad­czyły – dorzu­ciła ta w gra­na­to­wej sukience, jakby pró­bo­wała prze­li­cy­to­wać ewa­ku­ację Kra­kowa i śmierć tysięcy jego miesz­kań­ców. – W Kra­ko­wie nie było powstań prze­ciwko rosyj­skim zabor­com – dodała z wyrzu­tem.

– Nie było – przy­znała dziew­czyna. – Nie było tam nawet rosyj­skich zabor­ców – dodała, a Rainer uśmiech­nął się pod nosem, zasła­nia­jąc się otwartą gazetą.

Jed­nak matrony zda­wały się nie dostrze­gać sar­ka­zmu. Miały waż­niej­sze pro­blemy.

– A teraz mamy tego Pił­sud­skiego. – Wes­tchnęła kobieta w brą­zach ze zbo­lałą miną.

– I jesz­cze ten Pade­rew­ski przy­je­chał – dodała jej towa­rzyszka. – Pia­ni­sta nie powi­nien mie­szać się do poli­tyki…

Dziew­czyna patrzyła na nią skon­ster­no­wana.

– Przy­znam, że nie orien­tuję się w pol­skiej poli­tyce tak jak powin­nam – powie­działa ostroż­nie. – Nie było mnie w Pol­sce przez pięć lat i nie mia­łam oka­zji dokład­nie zapo­znać się z sytu­acją. – Matrony spoj­rzały na nią nie­uf­nie. – Ale cie­szę, że Pol­ska odzy­skała nie­pod­le­głość i że będzie jed­nym pań­stwem.

– Ale nie wia­domo, jakim pań­stwem – mruk­nęła ponuro matrona w gra­na­cie.

– Miejmy nadzieję, że wła­dza zosta­nie prze­jęta przez osoby, które lepiej się do tego nadają. – Jej towa­rzyszka wznio­sła oczy ku niebu. – My, kobiety, możemy tylko się modlić, żeby nasi męż­czyźni dobrze to urzą­dzili.

– Teraz my, kobiety, możemy też gło­so­wać – ode­zwała się dziew­czyna.

Rainer pod­niósł wzrok znad gazety. Musiał to zoba­czyć. Ta dziew­czyna była jak czer­wona płachta przy­wiana przez wiatr na łąkę, na któ­rej pasą się dwa dorodne byki. Byki, czyli matrony, spoj­rzały na nią tak, jakby miały wziąć ją na rogi, ale one ata­ko­wały ina­czej.

– Coś podob­nego! – Matrona w gra­na­to­wej sukience pokrę­ciła głową, wpa­tru­jąc się w dziew­czynę z nie­do­wie­rza­niem. – Pani naprawdę chce gło­so­wać?

– Moim zda­niem to nie­wła­ściwe – wtrą­ciła jej towa­rzyszka, zanim dziew­czyna zdą­żyła odpo­wie­dzieć. – Poli­tyka nie jest dla kobiet.

– Kobiety powinny zaj­mo­wać się tym, do czego zostały stwo­rzone – pod­jęła ocho­czo dama w gra­na­to­wej sukience. – Domem, rodziną… Ten świat zaczął iść w złym kie­runku…

– Zupeł­nie nie­wła­ści­wym – dodała ta w brą­zach. – Stąd ta wojna – orze­kła.

– Wojna wybu­chła, zanim wywal­czy­ły­śmy prawa wybor­cze – zauwa­żyła dziew­czyna.

Matrony znowu wymie­niły spoj­rze­nia.

– Na pewno ode­brała pani odpo­wied­nie wykształ­ce­nie… – zaczęła ta w gra­na­cie i zawie­siła głos.

– Nie­stety nie – oznaj­miła dziew­czyna bez cie­nia wstydu. – Bar­dzo chcia­ła­bym być wykształ­cona, ale nie­stety nie mia­łam tego szczę­ścia.

– Jak to, nie jest pani wykształ­cona?

– Skoń­czy­łam tylko cztery klasy szkoły powszech­nej – wyznała skrom­nie. – Wiem, że nie jest to żaden powód do dumy i chęt­nie bym to zmie­niła…

– Ale prze­cież chyba miała pani jakąś guwer­nantkę – weszła jej w słowo matrona w gra­na­to­wej sukni. – Wypo­wiada się pani jak inte­li­gentna osoba z dobrego domu.

– No i nie wie­rzę, żeby naprawdę cho­dziła pani do szkoły powszech­nej jak jakaś chłopka albo córka robot­nika – dodała druga.

– Jestem chłopką – uśmiech­nęła się dziew­czyna.

Wymie­niły zasko­czone spoj­rze­nia.

– Nie wygląda pani na chłopkę – zauwa­żyła skon­ster­no­wana matrona w gra­na­to­wej sukience.

– Ani nie mówi pani jak chłopka – poparła ją towa­rzyszka.

– Nie mówię jak chłopka? – Unio­sła brwi. – To zna­czy jak?

– Chłopi mówią… Ina­czej – odparła dyplo­ma­tycz­nie dama w brą­zach. – Pani wypo­wiada się skład­nie i inte­li­gent­nie.

Teraz dziew­czyna wyda­wała się skon­ster­no­wana.

– Dzię­kuję. – Uśmiech­nęła się blado. – Oba­wia­łam się, czy po pię­ciu latach za gra­nicą nie zacznę kale­czyć pol­skiego. Choć przez cały ten czas pra­co­wa­łam u rodziny czę­ściowo pol­skiej… – Urwała, widząc, że matrony jakby stra­ciły zain­te­re­so­wa­nie dal­szą roz­mową z osobą tak nisko uro­dzoną.

Na chwilę zamil­kły i Rainer nie­mal poczuł ulgę, choć wolał się nie przy­wią­zy­wać do tego uczu­cia. Wie­dział, że zaraz znowu zaczną. Ich towa­rzyszka podróży sta­no­wiła cie­kawy mate­riał do plo­tek i choć może nie wypa­dało z nią roz­ma­wiać, czuły pokusę dowie­dze­nia się, co chłopka spod Kra­kowa robiła w Wied­niu i Paryżu i dla­czego wyglą­dała, zacho­wy­wała się i mówiła, jakby nale­żała do ich sfery.

– Pra­co­wała tam pani pięć lat, więc musiała pani wcze­śnie pójść do pracy – zauwa­żyła ta w gra­na­to­wej sukience. Obie przyj­rzały się jej badaw­czo, a w oczach dziew­czyny odma­lo­wało się coś w rodzaju chęci ucieczki. – Jest pani sie­rotą? – Matrona bar­dziej to stwier­dziła, niż zapy­tała, i Rainer pomy­ślał, że cza­sem robi się tak pod­czas prze­słu­chań.

– Nie. Mam oboje rodzi­ców – przy­znała dziew­czyna, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z matro­nami, które znowu wymie­niły spoj­rze­nia.

Ona tym­cza­sem popa­trzyła na Rainera w taki spo­sób, jakby ocze­ki­wała od niego pomocy. Odwró­cił wzrok, uda­jąc, że dostrzegł coś fascy­nu­ją­cego za oknem.

– I jedzie pani do nich? – pytały matrony. – Zamie­rza pani pozo­stać na wsi?

– Tak… – Znowu zła­pała spoj­rze­nie Rainera, który szybko spu­ścił wzrok na gazetę, zasła­nia­jąc sobie nią twarz.

Szkoda mu się zro­biło beżo­wej dziew­czyny, ale po co wda­wała się w roz­mowę z plot­ku­ją­cymi babami? Podej­rze­wał, że przy­wy­kła do odpo­wia­da­nia na pyta­nia osób w ich typie. Może apo­dyk­tycz­nej nauczy­cielki z tej szkoły powszech­nej, może pra­co­daw­czyni – tyranki, a może suro­wej matki?

Kie­dyś zasta­na­wiał się, czy takie baby nie byłyby dobre do pro­wa­dze­nia prze­słu­chań. Wyda­wało mu się, że wcze­śniej czy póź­niej każdy powie im wszystko, co zechcą, byle tylko się od nich uwol­nić. Nie­stety one nie umiały prze­słu­chi­wać tak, aby poznać fakty. Prze­słu­chi­wały tak, aby potwier­dzić swoją tezę, a poza tym nie inte­re­so­wały ich istotne sprawy, tylko bzdury. Byłyby bez­na­dziej­nymi śled­czymi.

– I co? – chciały wie­dzieć. – Wyj­dzie pani za chłopa? Będzie pani pra­co­wać w polu?

– Tak sądzę – odparła cicho, a one znów wymie­niły spoj­rze­nia.

Teraz wyda­wały się usa­tys­fak­cjo­no­wane, że chłopka pozo­sta­nie chłopką, nawet jeśli podró­żuje pierw­szą klasą i nosi ubra­nia szyte na miarę, więc może jest jesz­cze nadzieja dla tego świata.

– A gdzie pani pra­co­wała…? – zaczęła matrona w brą­zach, ale dziew­czyna udała, że tego nie sły­szy i spy­tała, czy mogłaby na chwilę otwo­rzyć okno.

– Zro­biło się tu duszno – zauwa­żyła.

– Duszno? – zdzi­wiły się obie.

– Dobrze byłoby wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza. Jedziemy przez las – zauwa­żyła – będzie pięk­nie pach­niało…

– Ale zrobi się prze­ciąg! – wzdry­gnęły się.

– Tylko na chwilkę! – Nie bacząc na nie, dziew­czyna wstała i pró­bo­wała otwo­rzyć okno, ale ono nie ustę­po­wało. Rainer wstał, chcąc pomóc, naci­snął uchwyt z więk­szą siłą.

– Danke! – Dziew­czyna uśmiech­nęła się do niego, a pomiesz­cze­nie wypeł­nił bal­sa­miczny zapach lasu.

– Strasz­nie wieje! – obu­rzyły się matrony. – Pro­szę to zamknąć.

Rainer udał, że nie rozu­mie, co mówią. Cały skrył się za płachtą gazety, która teraz powie­wała, mio­tana podmu­chem. Dziew­czyna ponow­nie wstała i zaczęła moco­wać się z oknem, po chwili wyja­śniła matro­nom, że chyba nie da rady zamknąć.

– Do you speak English? – spy­tała Rainera.

Ten zer­k­nął na nią zasko­czony i zła­pał jej bła­galne spoj­rze­nie, które zda­wało się mówić: „Niech mnie pan ura­tuje”.

– I do – odparł.

– Cudow­nie! – powie­działa po angiel­sku. – Mój nie­miecki jest okropny – przy­znała. – Prawdę mówiąc, znam go bar­dzo słabo… Czy zechciałby pan zamknąć okno?

– Oczy­wi­ście.

Wstał i zamknął okno.

– Dzię­kuję. A czy zechciałby pan wymie­nić ze mną jesz­cze kilka zdań? – Beżowa dziew­czyna ści­szyła głos, na­dal mówiąc po angiel­sku. – O czym­kol­wiek.

Roz­ba­wiło go to.

– Rozu­miem panią – powie­dział cicho, rów­nież w tym języku. – Jak mnie­mam, nasze towa­rzyszki podróży raczej nie włą­czą się do tej roz­mowy.

– Miejmy nadzieję. Nie­stety nie mia­łam tyle rozumu, żeby zro­bić to, co pan, i uda­wać, że nie mówię po pol­sku.

Teraz Rainer spoj­rzał na nią zasko­czony.

– Zauwa­ży­łam, że rozu­mie pan, o czym roz­ma­wiamy – powie­działa. – Ale pro­szę się nie mar­twić, te dwie panie chyba tego nie zauwa­żyły, a ja pana nie wydam.

Matrony dys­kret­nie obser­wo­wały ich kon­wer­sa­cję i wydały się nie­za­do­wo­lone, że chłopka swo­bod­nie roz­ma­wia z cudzo­ziem­cem w języku, któ­rego same nie opa­no­wały na tyle, by zro­zu­mieć, o czym mówią. Podej­rze­wały jed­nak, że jest to jakaś wymiana uprzej­mo­ści i że dziew­czyna usi­łuje zwró­cić na sie­bie jego uwagę.

Posta­no­wiły ją zigno­ro­wać i wró­ciły do roz­mowy, którą pro­wa­dziły, zanim wsia­dła, a która kon­cen­tro­wała się na upadku oby­cza­jów wśród dzi­siej­szej mło­dzieży.

– Jest pani bar­dzo spo­strze­gaw­cza – przy­znał Rainer.

– Nie tak bar­dzo, jak bym chciała – odparła skrom­nie. – Po pro­stu w jakiś spo­sób wygląda pan na Polaka i…

– Doprawdy? – zdzi­wił się. – Wyglą­dam na Polaka? Przy­znam, że jesz­cze ni­gdy nikt mi tego nie powie­dział, choć istot­nie jestem w poło­wie Pola­kiem. Może dla­tego, że więk­szość życia spę­dzi­łem w Austrii, wszy­scy zakła­dali, że jestem Austria­kiem.

– Ludzie cza­sem przyj­mują różne zało­że­nia… Jak sam pan miał oka­zję się prze­ko­nać, słu­cha­jąc mojej kon­wer­sa­cji z tymi damami.

– Naj­wy­raź­niej damy nie miały do czy­nie­nia z wykształ­co­nymi chłop­kami.

– Nie jestem wykształ­cona – przy­po­mniała mu.

– Mówi pani bie­gle w co naj­mniej jed­nym języku obcym i, jak podej­rze­wam, posiada pani szer­szą wie­dzę niż pani towa­rzyszki podróży. To wska­zuje na wykształ­ce­nie, bez względu na to, w ilu szko­łach pani była.

– Po pro­stu szybko się uczę. – Wzru­szyła ramio­nami. – I myślę, że panu też nie brak spo­strze­gaw­czo­ści.

– To mój zawód – powie­dział. – Pra­cuję w poli­cji kry­mi­nal­nej.

Od razu tro­chę się zawsty­dził, że jej to powie­dział. Uni­kał opo­wia­da­nia o sobie nie­zna­jo­mym. W ogóle nie nale­żał do otwar­tych ludzi i nie lubił dużo mówić. Kiedy słu­chał, jak beżowa dziew­czyna spo­wiada się plot­ku­ją­cym babom, myślał, że na wła­sne życze­nie wcho­dzi w pasz­czę lwa. A teraz sam zaczy­nał opo­wia­dać jej o sobie. Co w niego wstą­piło?

Roz­ma­wia w pociągu z nie­zna­jomą młodą kobietą. Atrak­cyjną, ale prze­cież jest żonaty. Poślu­bił miłość swo­jego życia.

„To tylko kon­wer­sa­cja w pociągu dla zabi­cia czasu” – uspra­wie­dli­wił się w myślach.

Ona tym­cza­sem zare­ago­wała tak, jak miał to w zwy­czaju pewien typ mło­dych dziew­czyn, które wła­śnie poznały pra­cow­nika poli­cji kry­mi­nal­nej.

– Naprawdę? – Spoj­rzała na niego pod­eks­cy­to­wana. – Uwiel­biam książki o poli­cyj­nych detek­ty­wach! Mam świa­do­mość, że nie są to wiel­kie dzieła sta­ro­żyt­nych kla­sy­ków, ale uwiel­biam je czy­tać i nic na to nie pora­dzę. Ma pan fascy­nu­jącą pracę!

– W rze­czy­wi­sto­ści nie wygląda ona tak jak w książ­kach – mruk­nął Rainer.

Swego czasu powie­ści kry­mi­nalne spra­wiły, że Rainer zapra­gnął zostać detek­ty­wem roz­wią­zu­ją­cym skom­pli­ko­wane zagadki i dema­sku­ją­cym nie­bez­piecz­nych prze­stęp­ców. I udało mu się to, choć zapła­cił za to wysoką cenę. Wszedł w kon­flikt z rodziną, która ocze­ki­wała, że przej­mie inte­res po ojcu, nota­riu­szu. Ojciec ni­gdy mu tego nie wyba­czył.

Nie­stety, kiedy Rainer zaczął pra­co­wać, odkrył, że te powie­ści nie mają nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Prze­stępcy wcale nie powra­cali na miej­sce zbrodni, a gdy padły na nich podej­rze­nia, nie spo­wia­dali się rado­śnie śled­czym, opo­wia­da­jąc dokład­nie o szcze­gó­łach popeł­nia­nych czy­nów. Nie pisali też listów z wyzna­niami zbrodni, odbie­ra­jąc sobie życie, tar­gani wyrzu­tami sumie­nia, naj­czę­ściej niczym się nie zdra­dzali. Poza nie­licz­nymi wyjąt­kami potwier­dza­ją­cymi regułę, że naj­więksi zbrod­nia­rze czę­sto nie czują się winni albo nie uwa­żają, że zro­bili coś złego. Czę­sto nawet wyda­wali się dumni z tego, co zro­bili, choć mieli na tyle roz­sądku, by się tym nie chwa­lić.

Dla­tego teraz te kry­mi­nalne powie­ści, które czy­ty­wały już nawet panny z dobrych domów, tak go draż­niły, a gdy zda­rzyło mu się jakąś prze­czy­tać, odkła­dał ją znie­sma­czony. Na doda­tek coraz wię­cej oczy­ta­nych ban­dzio­rów wyko­rzy­sty­wało wie­dzę zdo­bytą pod­czas lek­tury ksią­żek o Sher­locku Hol­me­sie czy Nicku Car­te­rze, by utrud­niać pracę śled­czym. A wyczyny opi­sa­nych tam prze­stęp­ców pod­su­wały kry­mi­na­li­stom nowe pomy­sły.

– Nie ma pan poję­cia, jak bar­dzo chcia­ła­bym pra­co­wać w poli­cji – mówiła tym­cza­sem dziew­czyna. – Gdy­bym była męż­czy­zną, natych­miast bym tam wstą­piła. To smutne, że do poli­cji nie przyj­muje się kobiet, ale może wkrótce się to zmieni? Jesz­cze rok temu nie mogła­bym gło­so­wać, więc może nie­długo będę mogła wstą­pić do poli­cji? Tylko zapewne mój brak wykształ­ce­nia sta­no­wiłby prze­szkodę. A jeśli nie, to po czte­ro­kla­so­wej szkole powszech­nej pew­nie i tak naj­wy­żej sprzą­ta­ła­bym tam…

– Nie wiem, jak będzie to wyglą­dało w pol­skiej poli­cji – odparł krótko Rainer. – Dotych­czas pra­co­wa­łem w austriac­kiej.

– A teraz będzie pan pra­co­wał w Pol­sce? Czemu zde­cy­do­wał się pan na zmianę?

Przez krótką chwilę był gotów opo­wie­dzieć jej o woj­nie i legio­nach. I o tym, że sku­siły go wizje awansu, któ­rego potrze­bo­wał, żeby wię­cej zara­biać, bo miał teraz na utrzy­ma­niu żonę i dzieci, jed­nak powie­dział tylko, że potrze­bo­wał zmiany.

– To musi być trudna praca, prawda? – spy­tała.

Przy­tak­nął. Był cie­kaw, czy wspo­mni coś o tym, gdzie sama pra­co­wała, bo zain­try­go­wało go, dla­czego tak bar­dzo nie chciała odpo­wie­dzieć na to pyta­nie matro­nom, że ode­grała tę nagłą scenę z otwie­ra­niem okna. Nic jed­nak nie mówiła.

Wolał unik­nąć bez­po­śred­niego pyta­nia i dał jej tro­chę czasu, mając nadzieję, że sama się ode­zwie, ale tak się nie stało, więc nie­dba­łym tonem dorzu­cił:

– Poli­cja cza­sem współ­pra­cuje z oso­bami innych zawo­dów.

– Tak? – zain­te­re­so­wała się. – Szkoda, że nie mam zawodu przy­dat­nego poli­cji…

– A gdzie pani pra­co­wała? – Teraz wyglą­dało to na uprzejme zain­te­re­so­wa­nie.

Zer­k­nęła na matrony, po czym cicho powie­działa:

– W Hisz­pa­nii.

Rainer zro­zu­miał, dla­czego nie poin­for­mo­wała o tym matron. Hisz­pań­ska grypa zabiła tysiące ludzi i na­dal zabi­jała. Choć podobno wcale nie pocho­dziła z Hisz­pa­nii, bo już wcze­śniej była w Euro­pie, ale gazety zaczęły o tym pisać dopiero wtedy, gdy zacho­ro­wał hisz­pań­ski król. Teraz powia­dano, że jej wylę­gar­nią były okopy, ale kto to wie­dział na pewno?

– Pro­szę się nie oba­wiać, nie roz­no­szę tej cho­roby – powie­działa beżowa dziew­czyna. – Prze­szłam ją jakiś czas temu, dla­tego nie wró­ci­łam do Pol­ski zaraz po woj­nie.

– Też na to cho­ro­wa­łem – przy­znał Rainer. – Też opóź­niło to mój przy­jazd do Pol­ski.

W cza­sie cho­roby naj­gor­sza była obawa o Annę i dzieci, czy też na to nie zapadną. Rainer zara­ził się od ich niani, dwu­dzie­sto­let­niej dziew­czyny, która zmarła po kilku dniach, choć była oka­zem zdro­wia. A prze­cież led­wie ją widy­wał, pod­czas gdy dzieci spę­dzały z nią całe dnie, a Anna nie­wiele mniej czasu. Na szczę­ście nie zacho­ro­wali.

Do prze­działu wszedł kon­duk­tor, skon­tro­lo­wać bilety.

Dziew­czyna otwo­rzyła torebkę, by wyjąć bilet, a wtedy wypa­dła jej kartka, którą porwał podmuch powie­trza wpa­da­ją­cego do prze­działu z kory­ta­rza i zaniósł pod stopy matron, które przyj­rzały się jej z zain­te­re­so­wa­niem.

Rainer, który pochy­lił się, by wrę­czyć bilet kon­duk­to­rowi, pod­niósł ją i podał dziew­czy­nie. Udał, że nie patrzy, co jest na kartce, ale podob­nie jak matrony zdą­żył odczy­tać wid­nie­jące na niej dwa nazwi­ska: Roza­lia Gaw­ron i Ana­stazy Kro­to­wicz.

Nazwi­ska wyka­li­gra­fo­wano tuszem, któ­rym wyma­lo­wano też orna­ment pod­bar­wiony roz­wod­nioną akwa­relą.

Matrony spo­glą­dały pyta­jąco na dziew­czynę, która znowu poczuła się zobo­wią­zana do wyja­śnień.

– To pro­jekt karty infor­mu­ją­cej o moim ślu­bie – oznaj­miła.

– Wycho­dzi pani za mąż? – spy­tały nie­mal rów­no­cze­śnie.

Przy­tak­nęła.

– Wraca pani i od razu bie­rze ślub? – Nie wytrzy­mała ta w brą­zach.

– Mia­łam go wziąć przed wojną, ale nie zdą­ży­łam.

– Pani narze­czony był na woj­nie?

Ski­nęła głową.

– Całe szczę­ście, że z niej wró­cił.

Znowu przy­tak­nęła.

A więc nazy­wała się Roza­lia Gaw­ron. Rainer pomy­ślał, że kom­plet­nie do niej nie pasuje to nazwi­sko. Imię zresztą też. Roza­lia powinna być różowa i pulchna, a ktoś o nazwi­sku Gaw­ron powi­nien mieć lśniące czarne włosy, mie­niące się pod świa­tło na gra­na­towo, jak skrzy­dła gaw­rona, oraz bladą cerę i błę­kitne oczy. Ona tym­cza­sem była szczu­pła i beżowa. Koja­rzyła mu się z sarną, a nie z gaw­ro­nem.

Ale on sam też nie wyglą­dał na kogoś o swoim nazwi­sku. A przy­naj­mniej na kogoś o swoim imie­niu. Leonard powi­nien przy­po­mi­nać lwa – mieć bujną, długą grzywę i być wład­czym osob­ni­kiem, przez więk­szość czasu nie­ru­sza­ją­cym się z miej­sca, jak lew z książki dla dzieci, z któ­rej kie­dyś Rainer dowie­dział się o ist­nie­niu tego zwie­rzę­cia. On tym­cza­sem krótko obci­nał włosy, cią­gle był w ruchu, dużo pra­co­wał i rzadko odpo­czy­wał, bo szkoda mu było na to czasu.

Zasta­no­wił się też, czy w Pol­sce czę­sto jesz­cze nadaje się imię Ana­stazy? Wyda­wało mu się, że jest to jedno z tych imion, które można zoba­czyć jedy­nie na sta­rym nagrobku.

Po wyj­ściu kon­duk­tora matrony na chwilę umil­kły. Kątem oka obser­wo­wały dziew­czynę i dys­kret­nie zer­kały na Rainera, w końcu zaczęły skar­żyć się na znu­że­nie i nie­wy­spa­nie oraz narze­kać, że nie należą do tych pro­stych ludzi, któ­rzy potra­fią zasnąć gdzie­kol­wiek. Wtedy mogłyby zdrzem­nąć się w pociągu. Wkrótce potem znów zamil­kły, a po nie­dłu­gim cza­sie Rainer usły­szał ich chra­pa­nie. Beżowa dziew­czyna uśmiech­nęła się do niego, spo­glą­da­jąc na nie, ale żadne z nich się nie ode­zwało. Oboje woleli nie budzić złego.

Rainer naresz­cie mógł pogrą­żyć się w myślach, ale nie był w sta­nie się sku­pić, choć miał nadzieję, że tutaj, ode­rwany od Anny, dzieci i domu w Weiss­dor­fie, skąd wyje­chał o świ­cie, spo­koj­nie prze­ana­li­zuje, czy prze­nie­sie­nie się do Kra­kowa to na pewno dobry pomysł. Jego myśli z upo­rem powra­cały do czasu tuż przed wojną, a potem do ostat­nich tygo­dni, aż w końcu zaczęły się plą­tać i nawet nie zauwa­żył, kiedy i on zapadł w drzemkę.

Roza­lia Gaw­ron nawet nie zmru­żyła oka. Kiedy została sama ze swo­imi myślami, znu­że­nie czmych­nęło w obli­czu nie­po­koju, który ją ogar­nął. Czuła, że im jest bli­żej rodzin­nych stron, tym bar­dziej ją to prze­raża.

Kiedy miesz­kała w Hisz­pa­nii, czę­sto tęsk­niła za domem i rodziną. I za Ant­kiem. Cza­sem ogar­niała ją nostal­gia, gdy nagle przy­po­mi­nały się jej sceny, zapa­chy i smaki z dzie­ciń­stwa, z rodzin­nej wsi i z cza­sów, gdy miesz­kała w Kra­ko­wie u Man­tle­wi­czów. Teraz jed­nak już tęsk­niła za Hisz­pa­nią, za domem Hamil­to­nów, za rodziną, dla któ­rej pra­co­wała, za ich służbą i za Toma­szem Man­tle­wi­czem, z któ­rym dopiero co roz­stała się na dworcu…

W jej uszach cią­gle pul­so­wało to, co powie­dział jej na poże­gna­nie i co powta­rzał od pew­nego czasu.

– Nie musisz tam wra­cać. Naprawdę nie musisz. I pamię­taj, jeśli zoba­czysz, że takie życie ci nie odpo­wiada, ucie­kaj! Masz dokąd.

Ale Roza­lia nie zamie­rzała znowu ucie­kać pod skrzy­dła Man­tle­wi­czów. Była doro­sła i nad­szedł czas, żeby wzięła swoje życie we wła­sne ręce. Musiała sama sobie pora­dzić, co ozna­czało przy­ję­cie do wia­do­mo­ści, że pora wró­cić do rodzin­nej wsi, wyjść za Antka i zostać gospo­dy­nią z Cichego Potoku.

Miała wyrzuty sumie­nia, że nie wró­ciła do domu od razu, gdy tylko mogła. Zwle­kała z tym przez kilka mie­sięcy – naj­pierw pod pre­tek­stem rekon­wa­le­scen­cji po influ­enzy, potem zna­la­zła jesz­cze kilka innych wymó­wek.

W końcu spa­ko­wała walizki i zamie­rzała kupić bilet, ale Tomasz oznaj­mił, że on się tym zaj­mie, bo też zamie­rza poje­chać „na wschód”, więc naj­le­piej, żeby wyru­szyli w podróż razem. To ozna­czało kolejne dwa tygo­dnie zwłoki, a potem podróż pierw­szą klasą z dłu­gimi posto­jami w Paryżu i Wied­niu, co Roza­lia przy­jęła z ulgą, choć tro­chę się wzbra­niała i upie­rała, że sama zapłaci cho­ciaż za swoje bilety. Gdyby sama wyru­szyła w podróż, jak pla­no­wała, kupi­łaby sobie bilety trze­ciej klasy i wró­ciła jak naj­szyb­ciej, ale podróż z Toma­szem sta­no­wiła prze­dłu­że­nie cudow­nej przy­gody i jej piękne zakoń­cze­nie.

Roza­lia musiała poże­gnać to „poży­czone” życie, które wio­dła przez ostat­nie lata, zanim wró­ciła do tego praw­dzi­wego, które było jej pisane. W cza­sie wojny miesz­kała w Hisz­pa­nii, gdzie w rezy­den­cji Hamil­to­nów miała wła­sny pokój z wygod­nym łóż­kiem i nie­wiele pracy. Teo­re­tycz­nie miała być poko­jówką pani Hamil­ton, ale zwy­kle brano ją za jej damę do towa­rzy­stwa, a ona sama cza­sem przed­sta­wiała Roza­lię jako swoją wycho­wankę.

Wra­cała do Pol­ski przez trzy tygo­dnie, z czego jeden spę­dzili z Toma­szem u jego przy­ja­ciela Ber­tranda, w pałacu pod Pary­żem, gdzie była gościem i służba jej usłu­gi­wała. A ona codzien­nie z zaże­no­wa­niem łapała ich zbul­wer­so­wane spoj­rze­nia i nie wni­kała w to, co o niej myślą i mówią za ple­cami. I tak jej nie znali, nie spę­dziła z nimi wiele czasu, a ich twa­rze i imiona nie utkwiły jej w pamięci. Miała nadzieję, że oni rów­nież jej nie zapa­mię­tają, a poza tym to był inny kraj, inny świat i ni­gdy wię­cej nie miała ich spo­tkać.

W Paryżu wraz z Toma­szem i Ber­tran­dem całymi dniami „bywali” – muzea, zabytki, a wie­czo­rami spo­tka­nia w towa­rzy­stwie na tyle demo­kra­tycz­nym, że Roza­lia czuła się tam swo­bod­nie. Wra­cali nad ranem, spali do połu­dnia, a potem nie­spiesz­nie się posi­lali i znów ruszali do mia­sta.

Póź­niej ona i Tomasz wraz z Ber­tran­dem i jego słu­żą­cym wylą­do­wali w wie­deń­skim miesz­ka­niu rodziny Man­tle­wi­czów, w któ­rym Roza­lia już bywała. Tu żyli podob­nie, choć cza­sami towa­rzy­sze Roza­lii nie opusz­czali miesz­ka­nia, a ona wycho­dziła na spa­cery sama, by chło­nąć atmos­ferę mia­sta, któ­rego, jak sądziła, już ni­gdy wię­cej nie zoba­czy.

Dziś rano obaj wstali wcze­śnie, aby odwieźć Roza­lię na dwo­rzec, a ją zasko­czyło, że Ber­trand też ma taki zamiar. Jego obec­ność spra­wiła, że nie powie­działa Toma­szowi, że może poje­chać do Kra­kowa trze­cią klasą, i bez słowa wsia­dła do pierw­szej.

Teraz z tego świata, gdzie jedze­nie pod­sta­wiano jej pod nos, a potem dys­kret­nie sprzą­tano stół, gdzie wysy­piała się w prze­stron­nych sypial­niach na mięk­kich podusz­kach i mate­ra­cach, gdzie brała dłu­gie kąpiele, a elek­trycz­ność i bie­żąca woda były czymś oczy­wi­stym, jechała do rodzin­nej wsi. Tam nie było elek­trycz­no­ści, bie­żą­cej wody ani łazienki. Był drew­niany wycho­dek przy gno­jówce, a zamiast kąpieli – mycie się wodą z miski. Łóżko miała dzie­lić z któ­rąś z sióstr w dusz­nej izbie, w któ­rej spała cała jej rodzina.

Przez lata tak żyła, a jesz­cze przed wojną nie­mal co tydzień spę­dzała tam noc. Teraz odwy­kła od tego i coraz bar­dziej prze­ra­żał ją powrót do daw­nego życia. Rów­no­cze­śnie czuła się tym zawsty­dzona, bo to, że przy­wy­kła do wygody, uwa­żała za oznakę sła­bo­ści. „Ale już nie­długo zamiesz­kam z Ant­kiem – pocie­szała się w myślach. – A wtedy urzą­dzę nam w domu łazienkę z praw­dzi­wego zda­rze­nia i z bie­żącą wodą. Mogę sobie na to pozwo­lić i choćby nie wiem co, będę miała łazienkę!”. Poczuła się zaże­no­wana tym, że przy­wią­zuje tak wielką wagę do tak przy­ziem­nych rze­czy. A prze­cież sprawy mniej przy­ziemne męczyły ją znacz­nie bar­dziej.

Ostat­nio widziała swo­jego narze­czo­nego przed wojną. Pięć lat temu! To dużo dla kogoś, kto ma nie­spełna dwa­dzie­ścia cztery lata. Przez ten czas bar­dzo się zmie­niła i Antek pew­nie też, tym bar­dziej że był na woj­nie, a wojna bar­dzo zmie­niała ludzi.

W ciągu tych pię­ciu lat przez nie­mal trzy nie kon­tak­to­wali się ze sobą i Roza­lia zdą­żyła wtedy dojść do wnio­sku, że już ni­gdy nie zoba­czy Antka. W tym cza­sie poja­wili się w jej życiu inni męż­czyźni i omal nie wyszła za mąż. Nawet dwu­krot­nie…

Tak, w tym cza­sie dwóch męż­czyzn popro­siło ją o rękę, a ona przy­jęła ich oświad­czyny, jed­nak los chciał, by żad­nego z nich nie poślu­biła. A potem przy­szedł list od Antka i Roza­lia uznała, że widocz­nie tak miało być, więc odpi­sała mu i teraz jechała do Pol­ski, aby wyjść za niego, tak jak pla­no­wali przed laty.

Nie napi­sała mu o swo­ich dwu­krot­nych zarę­czy­nach, choć kie­dyś mówili sobie wszystko. Nie chciała tego przed nim ukry­wać, po pro­stu nie wie­działa, jak to napi­sać. Poza tym uwa­żała, że taki list może prze­czy­tać ktoś jesz­cze, a nie miała ochoty opo­wia­dać o swo­ich nie­do­szłych mał­żeń­stwach wszyst­kim wokół. Teraz po raz kolejny obie­cała sobie, że powie o tym Ant­kowi. Mar­twiło ją, jak okrop­nie będzie się czuła, gdy okaże się, że Antek przez cały ten czas pozo­sta­wał jej wierny. Miała nadzieję, że on w tym cza­sie też kogoś poznał, ale też nic z tego nie wyni­kło…

Wie­działa, że doje­dzie do rodzin­nej wsi jesz­cze tego wie­czora, więc teo­re­tycz­nie jesz­cze dziś mogła znów zoba­czyć Antka, ale wola­łaby pocze­kać z tym do jutra. Podej­rze­wała, że zmę­czona po dłu­giej podróży, nie zrobi na nim takiego wra­że­nia, jakie chcia­łaby zro­bić. Oba­wiała się jed­nak, że jesz­cze gorzej może wyglą­dać po nocy spę­dzo­nej na jed­nym łóżku z któ­rąś z sióstr, w izbie, gdzie spała cała rodzina, a wszy­scy wsta­wali pomię­dzy czwartą a piątą rano. W Paryżu i w Wied­niu Roza­lia kła­dła się spać o tej porze, a dziś była nie­wy­spana, ponie­waż musiała wstać wcze­śniej, a nocą długo nie pozwa­lały jej zasnąć emo­cje przed spo­tka­niem z rodziną, Ant­kiem i prze­szło­ścią, która miała być też jej przy­szło­ścią.

Do tego jesz­cze ten Tomasz, który musiał usły­szeć, że Roza­lia cho­dzi po swoim pokoju i przy­szedł do niej, by znowu powta­rzać jej, że nie musi wra­cać do Cichego Potoku.

– Nic nie muszę – odpo­wia­dała. – Ale chcę.

Sta­rała się, by brzmiało to zde­cy­do­wa­nie, ale Tomasz nie wyda­wał się prze­ko­nany. A naj­gor­sze było to, że ona sama wcale nie była taka pewna, że tego wła­śnie chce. Po pro­stu wie­działa, że tak wła­śnie powinna postą­pić. Tak miało być i już.

Teraz pomy­ślała, że z dworca naj­chęt­niej poje­cha­łaby do kra­kow­skiego domu Man­tle­wi­czów i tam prze­cho­wała swoje kufry, bo nie była pewna, jak zare­aguje na nie rodzina. Wola­łaby daw­ko­wać im infor­ma­cje o tym, co działo się z nią przez ostat­nie lata…

Chęt­nie prze­bra­łaby się tam w coś prost­szego. Gdyby nie Ber­trand, wyru­szy­łaby w podróż ubrana skrom­niej, ale nie chciała tego robić, gdy ktoś taki jak on odpro­wa­dzał ją do wagonu pierw­szej klasy i był z nim Tomasz.

Nie­stety w kra­kow­skim domu Man­tle­wi­czów miesz­kała teraz kuzynka Bra­cław­ska, która nie lubiła Roza­lii. Nie było mowy, żeby pozwo­liła jej coś prze­cho­wać i prze­brać się u niej. Roza­lia musiała przy­je­chać do domu rodzin­nego w zaku­pio­nej w Paryżu odzieży. Oba­wiała się, że nie spodoba się ona rodzi­nie. Już wcze­śniej, przed wojną, nie byli zado­wo­leni z tego, że robi się „mia­stowa”.

Ale nie­dawno odkryła, że byli z niej nie­za­do­wo­leni, jesz­cze zanim w ogóle tra­fiła do domu Man­tle­wi­czów. Wła­ści­wie jak tylko Roza­lia się­gała pamię­cią, rodzina nie była z niej zado­wo­lona. Od dziecka rodzice porów­ny­wali ją z sio­strami – młod­szymi, a ich zda­niem bar­dziej zarad­nymi i gospo­dar­nymi od Roza­lii, któ­rej myśli od małego nie mogły skon­cen­tro­wać się na tym, co ważne dla gospo­dyni – sprzą­ta­niu, spraw­dza­niu, czy nie trzeba cze­goś zro­bić, i nie­ustan­nym krzą­ta­niu się po domu i obej­ściu. A kiedy tylko nauczyła się czy­tać, poszy­bo­wały jesz­cze dalej. Znacz­nie dalej, niż pozwa­lały miej­scowe limity.

Kiedy teraz zasta­na­wiała się nad tym, docho­dziła do wnio­sku, że te lata u Man­tle­wi­czów nie­wiele zmie­niły w tym zakre­sie. Gdyby ni­gdy nie opu­ściła rodzin­nego domu, pew­nie na­dal rodzice byliby z niej nie­za­do­wo­leni, tak jak przez pierw­sze pięt­na­ście lat jej życia. Tylko wtedy tłu­ma­czyli to sobie jej leni­stwem i innymi wadami, a potem – odkąd tra­fiła do Man­tle­wi­czów – ich złym wpły­wem.

No i był jesz­cze Antek, któ­rego rodzina ni­gdy nie lubiła. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Roza­lii z dzie­ciń­stwa, a potem jej uko­chany, za któ­rym poszłaby w ogień. Jed­nak dla jej rodzi­ców i sióstr był gol­cem, bękar­tem i nie­od­po­wied­nim kan­dy­da­tem do ręki gospo­dar­skiej córki. Mimo to posta­no­wiła wyjść za niego i tuż przed wojną przy­jęła jego oświad­czyny. Gdy poin­for­mo­wała o tym rodzi­ców, w domu doszło do naj­więk­szej awan­tury, jaką Roza­lia i jej sio­stry pamię­tały. Usły­szała wtedy wiele o swoim zepsu­ciu oraz postra­szono ją, że nie dosta­nie posagu, co prze­wi­działa i co nie było dla niej prze­szkodą. Oboje z Ant­kiem byli mło­dzi, zdrowi i pra­co­wici. Wie­dzieli, że nawet nie­wiele mając, pora­dzą sobie. I oboje zdą­żyli już odło­żyć tro­chę gro­sza na wspólne życie.

Roza­lię jed­nak przy­gnę­biło odrzu­ce­nie przez rodzinę i kiedy pani Man­tle­wi­czowa popro­siła ją, by poje­chała z nią do Paryża – przy­jęła ofertę. Nie tylko dla­tego, że zawsze chciała tam poje­chać i uwiel­biała podró­żo­wać, ale także po to, by dać rodzi­nie, a także sobie i Ant­kowi, tro­chę czasu na prze­my­śle­nie całej tej sytu­acji. Podej­rze­wała, że pani Man­tle­wi­czowa posta­no­wiła ją tam zabrać na prośbę Toma­sza, któ­remu Roza­lia zwie­rzała się z pro­ble­mów. Miała nadzieję, że gdy wróci za kilka tygo­dni, rodzice przy­zwy­czają się do nowej sytu­acji, a ona poślubi Antka z ich bło­go­sła­wień­stwem. Nie prze­wi­działa, że w Paryżu pani Man­tle­wi­czowa pozna pana Hamil­tona i posta­nowi wyjść za niego. Pan Hamil­ton, choć był Angli­kiem, miesz­kał w Hisz­pa­nii, więc pani Man­tle­wi­czowa posta­no­wiła rów­nież się tam prze­pro­wa­dzić i uznała, że pomoc Roza­lii jest jej w tym nie­zbędna. Tutaj też Roza­lia podej­rze­wała inter­wen­cję Toma­sza, ale skoro tra­fiała jej się oka­zja odwie­dze­nia Hisz­pa­nii…

Była prze­ko­nana, że kiedy wyj­dzie za Antka, czeka ją już tylko ciężka praca, skoń­czą się podróże i świa­towe życie u boku chle­bo­daw­ców. Posta­no­wiła więc wyko­rzy­stać jesz­cze tę oka­zję zoba­cze­nia kawałka świata, zanim zosta­nie gospo­dy­nią z Cichego Potoku.

Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak, dla niej i dla świata, gdy zna­la­zła się w Hisz­pa­nii, nie­jaki Gaw­riło Prin­cip zastrze­lił arcy­księ­cia Fer­dy­nanda i zaczęła się wojna, która zatrzy­mała ją w Pina­res na pra­wie pięć lat. A póź­niej trudno było jej stam­tąd wyje­chać i wró­cić do życia, które cza­sami wyda­wało jej się innym, wcze­śniej­szym życiem. Jakby zda­rzyło jej się w poprzed­nim wcie­le­niu – jeśli ta teo­ria o rein­kar­na­cji, którą pan Hamil­ton uzna­wał za moż­liwą, była praw­dziwa.

Jed­nak wła­śnie to było jej życie. Nie to w Pina­res, w Paryżu, w Wied­niu czy nawet w kra­kow­skim miesz­ka­niu Man­tle­wi­czów. To w Cichym Potoku.

Musiała o tym pamię­tać, pogo­dzić się z tym i robić to, co należy.

3

Rainer prze­bu­dził się gwał­tow­nie i Roza­lia od razu pomy­ślała, że musiał przy­śnić mu się kosz­mar. Udała, że patrzy w okno. Kosz­mary to pry­watna sprawa.

Matrony na­dal drze­mały, a oni znów sie­dzieli naprze­ciw sie­bie w mil­cze­niu, aż do prze­działu zaj­rzał kon­duk­tor i obu­dził ich współ­pa­sa­żerki.

– Daleko jesz­cze do Kra­kowa? – spy­tała go matrona w brą­zach.

– Godzina – odparł.

– Godzina! – powtó­rzyła jakby prze­ra­żona, a Roza­lia też poczuła, że ją to prze­raża. Za godzinę będzie w Kra­ko­wie, a wkrótce potem tam, skąd ucie­kła dzie­więć lat temu.

Jej towa­rzyszki podróży popra­wiły kape­lu­sze i wło­żyły płasz­cze, jakby od celu dzie­liła je nie godzina, a naj­wy­żej kilka minut. Sie­działy teraz, gotowe do wyj­ścia, nie podej­mu­jąc roz­mowy, ale znowu spo­glą­dały w kie­runku Roza­lii, którą to zanie­po­ko­iło.

– Pan też wysiada w Kra­ko­wie? – spy­tała po angiel­sku Rainera.

– Tak – odparł krótko.

– Tam będzie pan pra­co­wać?

– Tak sądzę. – Cią­gle nie był tego do końca pewien.

Kilka godzin temu Anna po raz kolejny powtó­rzyła, że nie wyobraża sobie miesz­ka­nia w Pol­sce, a on uwa­żał, że nie mógłby w tym kraju pozo­stać bez niej.

– W poli­cji? – upew­niła się dziew­czyna.

Wie­dział, że cią­gnie tę roz­mowę na siłę, żeby nie być zmu­szoną kon­wer­so­wać z matro­nami. Posta­no­wił jej pomóc.

– Tak. Zapro­po­no­wano mi pracę w pol­skiej poli­cji, w Kra­ko­wie – powie­dział.

Odpo­wie­działo mu pełne podziwu spoj­rze­nie.

– Musi pan być bar­dzo dobrym detek­ty­wem, skoro spro­wa­dzają pana z tak daleka – powie­działa. – Na pewno mają wielu na miej­scu. Roz­wią­zał pan jakieś poważne sprawy?

Miałby się czym pochwa­lić, ale to byłoby żało­sne, więc powie­dział tylko:

– Ściąga mnie tam stary zna­jomy. Ktoś, kto kie­dyś dużo mnie nauczył.

– Też znany detek­tyw?

– Nie każdy, kto jest dobry w tym, co robi, jest znany – powie­dział Rainer. – Komen­dant Oczlik to geniusz, ale zapewne ni­gdy pani o nim nie sły­szała.

– Nie sły­sza­łam – przy­znała. – Może to dla­tego, że przez ostat­nie lata miesz­ka­łam daleko stąd. Mam nadzieję, że spodoba się panu w Kra­ko­wie. Był tam pan już kie­dyś?

– Ow­szem. Wycho­wa­łem się w Sar­no­wie, w górach – powie­dział. – Jako dziecko dość czę­sto jeź­dzi­łem do Kra­kowa.

Umilkł, prze­ra­żony tą nie­zwy­kłą dla niego otwar­to­ścią.

– Ja wycho­wa­łam się w Cichym Potoku. To mała wieś pod Kra­ko­wem. Pły­nie przez nią rzeka, która też tak się nazywa, Cichy Potok. Choć rzeka to chyba za dużo powie­dziane – uśmiech­nęła się. – Miesz­ka­łam tam przez pięt­na­ście lat, a potem poszłam do pracy w Kra­ko­wie. Moi chle­bo­dawcy zabie­rali mnie w różne miej­sca, także do Wied­nia, gdzie mają miesz­ka­nie. Teraz wła­śnie tam się zatrzy­ma­łam… Nie wiem, czemu panu to wszystko opo­wia­dam… – zre­flek­to­wała się. – Może dla­tego, że się nie znamy? Zna­jo­mo­ści w pociągu trwają mak­sy­mal­nie kilka godzin, a potem ni­gdy wię­cej nie spo­tyka się tych osób, więc można poroz­ma­wiać o spra­wach, o któ­rych cza­sem nie roz­ma­wia się z bli­skimi…

– Jed­no­ra­zowi zna­jomi – pod­jął Rainer. – Mój przy­ja­ciel tak ich nazy­wał. Kiedy byli­śmy w szkole z inter­na­tem, czę­sto razem jeź­dzi­li­śmy pocią­giem do jego rodziny, a cza­sami do mojej, choć to było daleko. On był bar­dziej elo­kwentny i towa­rzy­ski ode mnie, a w pocią­gach lubił uda­wać przed współ­pa­sa­że­rami kogoś innego. Wcią­gał mnie w te zabawy, przed­sta­wia­jąc nas jako jakieś wymy­ślone posta­cie. Nie zno­si­łem tego… – Uśmiech­nął się na samo wspo­mnie­nie tych sza­lo­nych pomy­słów Kurta.

Ona też się uśmiech­nęła.

Przez chwilę zasta­no­wił się, czy nie opo­wie­dzieć jej o tym, jak pew­nego dnia, gdy miał pięt­na­ście albo szes­na­ście lat, posta­no­wił udać swego przy­ja­ciela. Podró­żo­wał sam, a w prze­dziale z nim sie­działa rodzina z dwiema pen­sjo­nar­kami w jego wieku. Gdy ojciec rodziny uznał, że wypada zaopie­ko­wać się chłop­cem i spy­tał go, jak się nazywa i dokąd jedzie, odparł, że wraca do domu na waka­cje ze szkoły z inter­na­tem, a nazywa się Kurt West­berg. A potem, ku swo­jemu zdu­mie­niu, zaczął zacho­wy­wać się jak Kurt – stał się roz­mowny, dow­cipny, cza­ru­jący. Im dłu­żej go uda­wał, tym bar­dziej wczu­wał się w rolę Kurta i odkrył, że przej­muje te jego cechy, któ­rych mu bra­ko­wało. Jakby Kurt West­berg powoli wcho­dził w ciało Leonarda Rainera, wypie­ra­jąc z niego jego cha­rak­ter i zastę­pu­jąc go cha­rak­terem Kurta.

Coś w tym było, bo gdy wysia­dał, dziew­częta dys­kret­nie podały mu kar­teczki ze swo­imi adre­sami, by do nich napi­sał. Takie rze­czy dość czę­sto przy­tra­fiały się Kur­towi, ale Leonar­dowi ni­gdy się to nie zda­rzyło. Mimo to gdy tylko wysiadł z pociągu, wyrzu­cił te kar­teczki, bo dziew­czyny kom­plet­nie go nie inte­re­so­wały. Kochał tylko Annę, a Anna kochała jego.

Nie zdą­żyła jesz­cze wtedy poznać Kurta.

Roza­lia myślała o swo­ich kufrach i żało­wała, że nie może się prze­brać w coś skrom­niej­szego niż ten nowy kostium i płaszcz. Im bli­żej Kra­kowa była, tym bar­dziej despe­racko o tym myślała i w końcu zaczęła się zasta­na­wiać, czy jechać z dworca od razu do domu, czy może jed­nak zaj­rzeć do Man­tle­wi­czów i poroz­ma­wiać z Mag­do­niową, czy nie zgo­dzi­łaby się prze­cho­wać jej kufrów. Albo zamel­do­wać się w jakimś hotelu i zostać tam na noc? Skra­dłaby jesz­cze kilka godzin „poży­czo­nego życia”, prze­bra­łaby się, odpo­częła po podróży, a rano poje­cha­łaby do Cichego Potoku i spo­tkała się z Ant­kiem świeża i zadbana.

Podobne myśli cho­dziły po gło­wie Leonarda Rainera. Wcale nie miał ochoty zatrzy­my­wać się u Berty, kuzynki Anny, u któ­rej miał miesz­kać, dopóki się nie urzą­dzi i nie znaj­dzie jakie­goś lokum dla rodziny. Z tego powodu zamie­rzał to zro­bić jak naj­szyb­ciej, bo znał Bertę od dziecka i od dziecka jej nie zno­sił – z cza­sem coraz bar­dziej.

Nor­mal­nie poje­chałby wprost z dworca do biura komen­danta Oczlika, który go tu spro­wa­dził. Nie­stety przed­wczo­raj dostał tele­gram, w któ­rym Oczlik infor­mo­wał go, że zacho­ro­wał i przyj­mie Rainera u sie­bie w domu, nie na komen­dzie, w sobotę o dzie­wią­tej rano. Do tam­tej pory był ska­zany na Bertę, która na prośbę Anny zgo­dziła się go gościć.

Ale mógł też zamel­do­wać się w jakimś hotelu, napi­sać do Anny, że poli­cja zapew­niła mu cza­sowe zakwa­te­ro­wa­nie i nie zatrzy­my­wać się u Berty. Mógł nawet im wmó­wić, że ktoś z poli­cji ode­brał go z dworca i zawiózł do tymcza­sowej kwa­tery…

Z tym posta­no­wie­niem opu­ścił pociąg. Gdy zoba­czył, jak matrony na pero­nie ner­wowo zacze­piają baga­żo­wych, poże­gnał się po pol­sku z Roza­lią Gaw­ron.

– Do widze­nia.

– Do widze­nia. Choć pew­nie już ni­gdy się nie zoba­czymy – dodała. – Byli­śmy, jak pan to nazwał, jed­no­ra­zo­wymi zna­jo­mymi.

– Może jesz­cze kie­dyś nasze drogi się prze­tną. – Uśmiech­nął się grzecz­no­ściowo. – Choć mam nadzieję, że ni­gdy nie będzie pani potrze­bo­wała pomocy poli­cji.

– Też mam taką nadzieję – zgo­dziła się. – A gdyby jed­nak… o kogo mam pytać?

– Nie przed­sta­wi­łem się – zre­flek­to­wał się. – Leonard Rainer – powie­dział. – Nie wiem, jaki sto­pień będę mieć w pol­skiej poli­cji – dodał. – W tej chwili nie wiem nawet, czy na pewno mnie tam przyjmą.

– Roza­lia Gaw­ron – przed­sta­wiła się. – Wkrótce wycho­dzę za mąż, a wtedy będę nazy­wać się tak jak mój przy­szły mąż – Kro­to­wicz.

Jesz­cze raz powie­dzieli sobie „do widze­nia” i poszli każde w swoją stronę. Oboje myśleli o tym samym, aby zaraz po tym, jak odbiorą bagaże, zamel­do­wać się w jakimś hotelu i cie­sząc się samot­no­ścią, prze­my­śleć zmiany, jakie zacho­dzą w ich życiu.

Jed­nak led­wie Rainer ode­brał bagaże, pode­szła do niego ponura Berta, spo­wita w beże, które na jej posęp­nej, zwa­li­stej postu­rze wyglą­dały zupeł­nie ina­czej niż na Roza­lii Gaw­ron. Nie widział jej przez kil­ka­na­ście lat, ale od razu ją roz­po­znał i pomy­ślał, że wszystko, czego nie zno­sił w Ber­cie od dziecka, z wie­kiem jesz­cze się spo­tę­go­wało.

Kie­dyś była dziew­czynką, którą mu sta­wiano za przy­kład. Berta ni­gdy nie trzy­mała łokci na stole, nie bru­dziła ubra­nek i nie gar­biła się. Berta sta­ran­nie pisała i miała takie nie­ska­zi­tel­nie czy­ste ręce, paznok­cie, koł­nie­rzyki… Każde dziecko powinno być takie jak ta cho­lerna Berta. Zadzie­ra­jąca nosa, zawsze coś knu­jąca, skar­żąca, kła­miąca bez mru­gnię­cia okiem, potra­fiąca na zawo­ła­nie roz­pła­kać się, zbled­nąć i ode­grać każdą scenę tak, że wszy­scy doro­śli się nabie­rali. I chęt­nie zamie­ni­liby swoje gor­sze, nie­udane dzieci na takie Berty i ich męskie odpo­wied­niki.

Teraz Berta odgry­wała rolę ofiar­nej żony i matki, cał­ko­wi­cie odda­nej i poświę­co­nej rodzi­nie i nie myślą­cej o sobie. Święta Berta od sied­miu bole­ści.

– Wola­łam wyjść po cie­bie, Leonar­dzie – powie­działa, wzdy­cha­jąc z rezy­gna­cją – żeby biedna Anna nie musiała się mar­twić, że się zgu­bisz w obcym mie­ście.

– Znam dobrze Kra­ków. Bywa­łem tu czę­sto od dziecka.

Berta go nie słu­chała, wyda­wała pole­ce­nia baga­żo­wemu, nie zwa­ża­jąc na to, że chło­pak naj­wy­raź­niej nie rozu­mie po nie­miecku i wcale nie musi, bo jest w Pol­sce. Naj­wy­raź­niej Berta cią­gle jesz­cze żyła w Austro-Węgrzech.

Rainer wziął swój bagaż, a ona szła obok niego, posa­pu­jąc, jakby to ona nio­sła jego walizkę i mówiła coś, na co Rainer nie zwra­cał uwagi. Docie­rało do niego jed­nak, jak czę­sto powta­rzała słowa „biedna Anna”. I Rainer wie­dział, że ma na myśli dosłowną biedę, w którą Anna popa­dła, poślu­bia­jąc nie­do­sta­tecz­nie boga­tego męż­czy­znę.

Cią­gle pamię­tał ten mroźny, zimowy pora­nek przed laty, kiedy wszedł do domu Asche­rów i usły­szał roz­mowę Berty i Anny.

„Oczy­wi­ście, że masz rację, Anno – mówiła Berta. – To jedyna roz­sądna rzecz, jaką możesz zro­bić. Kurt West­berg zapewni ci życie na odpo­wied­nim pozio­mie. Leonard chce zostać poli­cjan­tem! Chcia­ła­byś być żoną poli­cjanta? Prze­cież nie byłoby cię stać nawet na jedną słu­żącą!”

Biedna Anna była teraz żoną poli­cjanta, któ­rej nie powinno być stać nawet na jedną słu­żącą.

4

Roza­lia cze­kała na kufry, bo jakaś matka z dwójką roz­bie­ga­nych i roz­krzy­cza­nych dzieci doma­gała się, aby naj­pierw wydać bagaż jej, a gdy odmó­wiono, zaczęła oskar­żać baga­żo­wych o zgu­bie­nie go i spro­wa­dziła kon­duk­tora. Kiedy w końcu Roza­lia zoba­czyła swoje kufry, posta­no­wiła spy­tać o jakiś hotel, ale wtedy usły­szała, że ktoś ją woła.

Odwró­ciła się i nie wie­rzyła wła­snym oczom. To był Antek!

Wysoki, przy­stojny i wpa­trzony w nią jak w obra­zek. Był taki piękny… czy ona zapo­mniała, jaki był piękny?

Przy­glą­dała mu się, zasko­czona, nie mogąc wydu­sić słowa. Wyda­wał jej się jesz­cze wyż­szy niż kie­dyś, a prze­cież zawsze był wysoki. Tylko wtedy był chudy, a teraz wyglą­dał tak zdrowo i krzepko. Kiedy ostat­nio go widziała, miał osiem­na­ście lat. Potem poszedł na wojnę, a teraz miał dwa­dzie­ścia trzy lata, zmęż­niał i był jesz­cze przy­stoj­niej­szy.

Patrzył teraz na nią, jakby to ona była takim zja­wi­skiem, jakim wydał jej się on. W prze­ci­wień­stwie do niej jemu nie ode­brało mowy, prze­ciw­nie, usta mu się nie zamy­kały.

– Moja Roza­lia wró­ciła! – powta­rzał. – Jaka ty jesteś piękna! Jesz­cze pięk­niej­sza niż kie­dyś. I jaka ele­gancka! Wyglą­dasz jak wielka dama! Zobacz, te wszyst­kie hra­bianki mało sobie łbów nie poukrę­cają, tak się za tobą oglą­dają. Wiele by dały, żeby mieć twoją urodę, ale nic z tego. Tylko moja Roza­lia jest taka piękna.

– Antek! – wykrztu­siła wresz­cie. – Naprawdę tu jesteś? Skąd się tu wzią­łeś?

– Przy­je­cha­łem po cie­bie – odparł tak, jakby było to coś oczy­wi­stego.

– Ale… skąd wie­dzia­łeś, że przy­jadę?

– Wyli­czy­łem sobie, że to będzie jakoś teraz – powie­dział. – Spraw­dzi­łem, kiedy przy­cho­dzą pociągi z Wied­nia, i przy­je­cha­łem.

– Ale… skąd wie­dzia­łeś, że wrócę wła­śnie dziś? – Nie rozu­miała. – Nie wysy­ła­łam tele­gramu, bo… sama nie wie­dzia­łam… – Zawa­hała się.

– Bo myśla­łaś, że i tak nikt po cie­bie nie wyje­dzie? – wszedł jej w słowo. – Twoi pew­nie by nie wyje­chali – przy­znał, uśmie­cha­jąc się smutno – ale teraz masz jesz­cze mnie – przy­po­mniał jej. – Ja zawsze będę na cie­bie cze­kać!

Roza­lia wie­działa, że jej rodzina nie przy­je­dzie po nią, co nawet jej paso­wało. Ale Antek naprawdę nie mógł się docze­kać. Wzru­szyło ją to. Odkąd go poznała, jesz­cze w dzie­ciń­stwie, Antek był osobą, dzięki któ­rej czuła, że można ją lubić i że jest coś warta.

– A gdy­bym dziś nie przy­je­chała?

– To cze­kał­bym, aż wszy­scy sobie pójdą, żeby mieć pew­ność, że nie było cię w tym pociągu, i wró­cił­bym do domu. A jutro znowu bym tu przy­je­chał i cze­kał na cie­bie – oświad­czył. – I tak aż do skutku. Na wszelki wypa­dek już wczo­raj tu byłem i cze­kałem… – Uśmiech­nął się, a ona wzru­szyła się jesz­cze bar­dziej. – Oba te kufry są twoje? – zdzi­wił się.

Przy­tak­nęła.

– No, no… Józkę i Mał­gośkę pokręci z zazdro­ści – mruk­nął.

Wrę­czył baga­żo­wemu napi­wek i wrzu­cił oba kufry do powozu.

– Bar­dzo chęt­nie nie poka­zy­wa­ła­bym tego wszyst­kiego moim sio­strom – wes­tchnęła Roza­lia, sia­da­jąc obok niego.

– No to może zawie­ziemy to do mnie? – zapro­po­no­wał. – Pisa­łem ci, że mam teraz gospo­dar­stwo? – rzu­cił nie­dba­łym tonem.

– Tak. – Spoj­rzała na niego.

Miał na sobie gar­ni­tur, który spra­wiał wra­że­nie uszy­tego na miarę, i czy­stą, białą koszulę. Wszystko to wyglą­dało jak nowe, podob­nie jak jego buty, wypa­sto­wane na wysoki połysk. Włosy musiał przy­strzyc u dobrego kra­kow­skiego fry­zjera. Po daw­nym, bied­nym Antku, w pod­nisz­czo­nych rze­czach dona­sza­nych po kuzy­nie, nie pozo­stał ślad.

– Masz gospo­dar­stwo po Kro­to­wi­czach… Wszy­scy oni nie żyją?

– Tak. Fra­nek zgi­nął na woj­nie, a Bronka i Staszka umarły na influ­enzę. Wuj też na to umarł, a ciotka jesz­cze przed wojną na te płuca, co cho­ro­wała.

Ski­nęła głową. Cała rodzina, która odwró­ciła się od Antka i trak­to­wała go jak popy­cha­dło, teraz spo­czy­wała w gro­bach, a mają­tek, któ­rym tak się szczy­cili, zna­lazł się w jego rękach. Antek został gospo­da­rzem i sądząc z tych krót­kich listów, które Roza­lia dostała od rodziny, jej ojciec i matka nie mieli już nic prze­ciwko temu, by za niego wyszła.

Ona sama teraz też się już nie wahała. Opu­ściły ją wąt­pli­wo­ści, które tar­gały nią przez ostat­nie mie­siące i które nie pozwo­liły jej zmru­żyć oka w pociągu. Chciała zostać żoną tego pięk­nego męż­czy­zny, który sie­dział obok niej i spo­glą­dał na nią tak, że wszyst­kie jej obawy zwią­zane z powro­tem do domu i daw­nego życia znik­nęły. Znowu miała Antka i nie potrze­bo­wała niczego innego. Wszyst­kie jej uczu­cia powró­ciły, a może ni­gdy nie ode­szły?

Sie­działa bli­sko niego, świe­ciło słońce, wio­senny wiatr roz­wie­wał jej włosy nad czo­łem i pró­bo­wał zsu­nąć kape­lusz. Pach­niało wio­sną. To był piękny dzień.

5

– Po woj­nie nie wró­ci­łem do Cichego Potoku, bo tam już mnie nie cią­gnęło – opo­wia­dał Antek. – Kolega z woj­ska zna­lazł mi pracę w Kra­ko­wie, przy samo­cho­dach. Poje­cha­łem do Cichego Potoku tylko po to, żeby spy­tać o cie­bie… Samo­cho­dem poje­cha­łem – dodał i oboje się roze­śmiali, przy­po­mi­na­jąc sobie aferę, jaką tuż przed wojną wywo­łał Tomasz Man­tle­wicz, przy­jeż­dża­jąc po Roza­lię samo­cho­dem. – Twoja ciotka i inne baby mało nie padły, że już drugi kawa­ler samo­cho­dem do cie­bie przy­je­chał. A do żad­nej innej panny we wsi nikt ni­gdy nie przy­jeż­dżał samo­cho­dem.

Roza­lia popła­kała się ze śmie­chu. I ze szczę­ścia, że Antek nie jest ani tro­chę zazdro­sny o Toma­sza i nie prze­szka­dza mu, że część wsi uważa, że powi­nien.

– Twoi powie­dzieli, że nie wró­ci­łaś, więc napi­sa­łem do cie­bie z Kra­kowa i dosta­łaś list, bo mi odpi­sa­łaś.

Ski­nęła głową.

– No i wtedy, jak przy­je­cha­łem spy­tać o cie­bie, dowie­dzia­łem się, że Franka zabili i że Bronka umarła, bo to jakoś zaraz po jej pogrze­bie było… Dzień albo dwa wcze­śniej ją pocho­wali. Przy­szło mi do głowy, że wypada pójść do wuja, a raczej do Staszki, ale z Cisz­kami roz­ma­wia­łem i powie­dzieli mi, żebym lepiej nie szedł, bo Staszka też chora i żebym się nie zara­ził i nie roz­niósł tego dalej. No to nie posze­dłem… A potem, może ze dwa tygo­dnie póź­niej, spo­tka­łem w Kra­ko­wie Mar­cyśkę Sołecką i ona od razu zaczęła mi kon­do­len­cje skła­dać, że kuzynki umarły. I tak się dowie­dzia­łem, że Staszka też nie żyje.

– Obie były takie młode – wes­tchnęła Roza­lia. – I poje­cha­łeś do wuja?

– Na początku się nie rwa­łem, bo sama wiesz, jak z nim było. No i nie chcia­łem, żeby wyszło, że jak ten sęp przy­cza­iłem się na mają­tek. Ale naj­pierw ta Mar­cyśka mi naga­dała, że powi­nie­nem poje­chać, bo wuj został sam, a też nie­do­maga. No i że ma swoje lata, i jak on sobie pora­dzi na takim gospo­dar­stwie, i takie tam, jak to Mar­cyśka. A potem jesz­cze wpadł do mnie Mate­usz Kowal. Twoi mu powie­dzieli, gdzie mnie szu­kać, bo zosta­wi­łem adres dla cie­bie. Mate­usz powie­dział, że wuj go pro­sił, żeby mnie zna­lazł, jak będzie w Kra­ko­wie i żeby spy­tał, czy bym nie chciał z nim gospo­da­rzyć, bo sami zosta­li­śmy z rodziny.

– Kro­to­wicz przy­słał po cie­bie Mate­usza? – zdzi­wiła się Roza­lia. – No, no… Musiało go przy­ci­snąć…

– To samo pomy­śla­łem – przy­znał Antek. – Ale mam swoją dumę. Powie­dzia­łem Mate­uszowi, że mam w Kra­ko­wie dobrą robotę i nie potrze­buję łaski. Mate­usz się zdzi­wił, że takie gospo­dar­stwo, tyle ziemi, inwen­tarz taki piękny i wszystko teraz wuj pew­nie mnie zapi­sze, bo komu? Ale ja już pozna­łem się na tym wuju moim. – Skrzy­wił się. – Więc mówię Mate­uszowi, że rodzina to nie zawsze to, co ludzie myślą, i że jedno, czego mnie w życiu nauczyli, to tego, że liczyć mogę tylko na sie­bie.

– Pew­nie Mate­usz tego nie rozu­miał?

– No wła­śnie – mruk­nął Antek. – Gadał mi jesz­cze takie rze­czy, aż musia­łem do roboty wra­cać. A wuj przy­słał jesz­cze Mietka Cho­mąto. I on to samo, co Mate­usz. To powie­dzia­łem mu to samo, co jemu, ale Mie­tek lepiej wie­dział, o co mi cho­dzi, bo on też tak ma z rodziną. Ale potem tak sobie myśla­łem, że rze­czywiście… Jestem Kro­to­wicz, a gro­sza od Kro­to­wiczów nie zoba­czy­łem. Niby wiem, że matka prze­pu­ściła wszystko, co dostała, ale powia­dają, że nie dostała tyle, ile powinna. I tak myśla­łem o tym wszyst­kim i jesz­cze o tym, że ten psi syn, mój wuj, dostał już za swoje. Bóg go poka­rał i może to nie po chrze­ści­jań­sku w takich oko­licz­no­ściach się na niego boczyć. Pomyśla­łem, że go odwie­dzę, ale nie spe­cjal­nie po to tam poje­cha­łem, tylko przy oka­zji. Bo listów od cie­bie nie było i do two­ich poje­cha­łem, zapy­tać, kiedy wró­cisz, a potem wuja odwie­dzi­łem. Zło­ży­łem kon­do­len­cje, powie­dzia­łem, że u cie­bie byłem, żeby sobie nie myślał…

– A on co?

– A on cały w skow­ron­kach, psia­krew… – Antek pokrę­cił głową. – Wódkę od razu wycią­gnął, na obiad zapro­sił, sam nie wie­dział, co wymy­ślić. A jak sobie przy­po­mnia­łem, co kie­dyś… – urwał, a Roza­lia poki­wała głową.

– No to nie­źle mu się odmie­niło – przy­znała.

– Tak. Jak nie on. Tak mnie nama­wiał, żebym został, że mi wszystko zapi­sze, bo już nikogo na świe­cie nie ma. Roz­pła­kał się nawet… No, ale się nie dzi­wię. Troje dzieci stra­cił…

Roza­lia poki­wała głową.

Wuj Kro­to­wicz był pod­łym czło­wie­kiem, ale nawet on musiał mieć jakieś uczu­cia, a śmierć trojga dzieci w krót­kim cza­sie dla każ­dego musiała być strasz­nym doświad­cze­niem.

– I po tym zamiesz­ka­łeś u niego?

– Tak. Na początku aż go nie pozna­wa­łem. Sam nie wie­dział, co robić, żebym został. Wszystko mi zapi­sał, ale w testa­men­cie. Że dopiero po jego śmierci coś dostanę.

– Pew­nie się bał, że jak już teraz coś na cie­bie prze­pi­sze, to go puścisz z tor­bami.

– Tak… – Wes­tchnął Antek. – Myślał, że jestem taki sam psi chwost bez wstydu i sumie­nia, jak on. Ale potem zaczęło z niego wyła­zić… Tuż przed Popiel­cem powie­dział mi parę słów za dużo, a ja mu na to, że po nie­dzieli się pakuję i odcho­dzę, ale on w sobotę zacho­ro­wał, no to go nie zosta­wi­łem. Nawet dwa tygo­dnie nie minęły, jak umarł.

– Influ­enza?

– Wła­śnie nie wia­domo. Może tyfus albo nawet cho­lera? Lekarz tak powie­dział, bo spro­wa­dzi­łem leka­rza, nawet trzy razy. Na początku mówił, że influ­enza, a potem wyszło, że raczej tyfus albo nawet cho­lera… Zmar­twi­łem się wtedy, bo jak powie­dział, że influ­enza, to Honorkę zatrud­ni­łem, żeby go pie­lę­gno­wała.

– Honorkę od Cisz­ków?

– Tak. Ona prze­cho­ro­wała influ­enzę zaraz na początku, a potem pie­lę­gno­wała innych, bo każdy się bał. Tak sobie dora­biała. Ale jak się dowie­działa, że to mogła być cho­lera albo tyfus, to się wystra­szyła… Pro­siła mnie, żebym Cisz­ko­wej nie mówił, bo ją z domu wyrzuci. No i nie powie­dzia­łem i we wsi nie wie­dzą, co to było… Ale ten lekarz też do końca nie wie­dział. Może to jed­nak też influ­enza? Kto tam to teraz wie?

– Ale ty się nie zara­zi­łeś?

– Nie. Ani Honorka, bo jak ten lekarz powie­dział, że może cho­lera albo tyfus, to też się bałem, że ona się zarazi albo ktoś od Cisz­ków, ale nie. Dla­tego myślę, że to nie było to. A lekarz może tak mówił, bo nie chciał wuja brać do szpi­tala… Cho­ciaż naj­pierw chciał i ja też bym go wysłał, bo w szpi­talu miałby leka­rzy i leki, ale wuj się uparł, że nie. Jak to stary czło­wiek. Oni uwa­żają, że jak do szpi­tala, to stam­tąd pro­sto na cmen­tarz.

– To głu­pie – wes­tchnęła Roza­lia. – Tylu ludziom w szpi­ta­lach ura­to­wano życie.

Antek się z nią zgo­dził.

– Honorkę Cisz­ko­wie od razu wysłali do szpi­tala. Żeby sami nie zła­pali influ­enzy. Ale szybko wyzdro­wiała. Tak samo Pie­tras…

– Pie­tras też zacho­ro­wał?

Pie­tras, tro­chę młod­szy od nich, był ich przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa.

– Też. I nie wiem, czy ci napi­sali, że Pie­tras się oże­nił z Hanką od Golonki?

Roza­lia popa­trzyła na niego oczami jak spodki.

– Pie­tras z Hanką? Jak to?!

Pie­tras był synem ubo­giej wdowy, która miesz­kała w walą­cej się cha­cie, a wszyst­kie dzieci wysy­łała na służbę, gdy tylko odro­sły od ziemi. Pie­tras był naj­star­szy i od małego pra­co­wał dla gospo­da­rzy z Cichego Potoku. A Hanka była jedy­naczką na pra­wie dwu­dzie­stu hek­ta­rach. Od małego zadzie­rała nosa. Zada­wała się z Lalką Paczół­kówną i obie były zaro­zu­mia­łymi, wred­nymi dzie­wu­chami, znaj­du­ją­cymi przy­jem­ność w doku­cza­niu innym.

– Matka go oże­niła z tą Hanką – opo­wia­dał Antek. – Cała szczę­śliwa była, jakby Pana Boga za nogi zła­pała, bo jej Golonka pomaga. Prze­han­dlo­wała Pie­trasa. – Pokrę­cił głową ze zgor­sze­niem. – Szedł do ślubu jak na ścię­cie. Jesz­cze zaraz przed chciał ucie­kać, to mu matka naga­dała, że ona tak się dla niego poświę­ciła, a on nie chce pomóc jej i rodzeń­stwu.

Roza­lia słu­chała tego zmar­twiona.

– Prze­cież Pie­tras od małego pra­co­wał na nią i rodzeń­stwo – powie­działa obu­rzona. – I za to jesz­cze wydała go za tę cho­lerę? Hanka dalej taka wredna?

– Jesz­cze wred­niej­sza – odparł Antek. – Bez prze­rwy cho­dzi zła jak osa. Pie­tras jej żałuje tego, po co chciała wyjść za niego – uśmiech­nął się kpiąco. – Bo dzie­wu­chy za nim oczy wypa­try­wały, to Hanka pomy­ślała, że on musi być jej, i prze­ko­nała sta­rego, żeby jej go kupił. Wcale się Pie­trasowi nie dzi­wię, że jej unika. Każdy by uni­kał. We łbie ma poprzew­ra­cane, cho­lera jedna. Ale cie­szy się, że ma męża, bo teraz o mężów trud­niej, po woj­nie. U nas we wsi pię­ciu zgi­nęło. Jaśka zabili, sły­sza­łaś?

– Naszego Jaśka?

Jasiek też był ich przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa.

Antek przy­tak­nął.

– Cesiek ze dwora też nie żyje – dodał.

Cesiek ze dwora był synem miej­sco­wego dzie­dzica, Sołec­kiego.

– Boha­ter­sko zgi­nął i Sołec­kie medal dostały – opo­wia­dał Antek. – Pośmiertny. Powie­siły sobie ten medal i Ceśka por­tret na hono­ro­wym miej­scu, żeby każdy widział…

Roza­lia dowia­dy­wała się, co ostat­nio wyda­rzyło się w jej rodzin­nej wsi, słu­cha­jąc opo­wie­ści Antka, i roz­po­zna­wała zna­jome widoki.

Wkrótce zoba­czyła most nad Cichym Poto­kiem, a za nim las, za któ­rym była jej wieś.

– Tyle razy myśla­łam o tym miej­scu – szep­nęła.

– Tęsk­ni­łaś za domem?

Przy­tak­nęła, ale się zawa­hała.

– Za tobą tęsk­ni­łam – powie­działa.

Poca­ło­wali się, prze­jeż­dża­jąc przez most. A potem znowu, kiedy wjeż­dżali do lasu.

Antek rozej­rzał się i spoj­rzał na nią figlar­nie.

– Ja nic nie mówię, ale w lesie jeste­śmy – zauwa­żył wesoło. – I nikogo w oko­licy…

Roze­śmiała się. Przy­sta­nęli i cało­wali się, nie zwra­ca­jąc uwagi na znie­cier­pli­wione konie, które pry­chały i co jakiś czas szar­pały powo­zem.

Roza­lia była szczę­śliwa. Dawno nie czuła się tak wspa­niale. Krę­ciło jej się w gło­wie od tych wszyst­kich emo­cji i piesz­czot Antka. Wszyst­kie wąt­pli­wo­ści gdzieś ule­ciały. Była tylko ona i Antek, a wokół pach­niał las, śpie­wały ptaki i świe­ciło wio­senne słońce.

Nie spie­szyło im się do domu i nie wia­domo, kiedy ruszy­liby dalej, gdyby nie zoba­czyli w oddali nad­jeż­dża­ją­cej fur­manki. Antek gwizd­nął na konie, jedną ręką trzy­ma­jąc lejce, a drugą popra­wia­jąc ubra­nie. Roza­lia popra­wiała swoje.

– Nie mam potar­ga­nych wło­sów? – spy­tała.

– Masz! – roze­śmiał się. – Scho­waj pod kape­lu­szem.

Kape­lusz zsu­nął jej się pod­czas piesz­czot i teraz leżał obok.

– Powin­nam była zna­leźć jakąś chustkę – wes­tchnęła, upi­na­jąc włosy. – Łatwiej by było, no i bar­dziej bym paso­wała do wsi…

– Ty ni­gdy nie będziesz tam paso­wała – prze­rwał jej. – I bar­dzo dobrze – dodał.

Uśmiech­nęli się do sie­bie.

Jako dzieci uświa­do­mili sobie, że nie pasują do wsi, dla­tego tak czę­sto im się obrywa. Począt­kowo się tym mar­twili, ale odkąd oboje to wie­dzieli i uznali, że to ich połą­czyło, zaczęli być z tego w pewien spo­sób dumni.

Przez jakiś czas znów jechali, roz­ma­wia­jąc i trzy­ma­jąc dystans przed fur­manką. Mieli nadzieję, że skręci w boczną drogę do lasu, bo był to pro­sty wóz dra­bi­nia­sty.

Gdy wresz­cie tak się stało, pocze­kali, aż znik­nie z ich pola widze­nia, żeby mogli znowu oddać się piesz­czo­tom, ale wtedy na hory­zon­cie widzieli już wyjazd z lasu, za któ­rym zaczy­nał się Cichy Potok, a na dro­dze przed nimi poja­wił się kolejny czło­wiek. Szedł pie­chotą, a raczej zda­wał się prze­my­kać, trzy­ma­jąc się bli­sko drzew.

Sie­dzieli więc obok sie­bie w przy­zwo­itej odle­gło­ści, a gdy mijali prze­chod­nia, Antek pozdro­wił go, a on jego. Roza­lia rów­nież się ukło­niła, choć go nie roz­po­znała. Z dala wyglą­dał na star­szego od nich, spod czapki wymy­kały mu się ciemne kosmyki prze­ty­kane siwi­zną, ale z bli­ska jego twarz wydała się Roza­lii młod­sza, niż się spo­dzie­wała.

– Kto to? – spy­tała cicho Antka, gdy tam­ten nieco się odda­lił.

– Nie pozna­łaś Zająca?

– To Zając? – Roza­lia mgli­ście go pamię­tała. Był o dobre dzie­sięć lat star­szy od nich. Kiedy byli dzie­cia­kami, Zając był mło­dzień­cem, za któ­rym oglą­dały się dziew­czyny w jego wieku, a potem… Roza­lia nawet nie pamię­tała, czy się oże­nił, czy nie. Zawsze miesz­kał z matką na skraju lasu. – Nie pozna­łam go…

– Dziwny się zro­bił po woj­nie – powie­dział Antek. – Przy­brał sobie do głowy – wyja­śnił. – Z nie­któ­rymi wojna poro­biła takie rze­czy. Sam mia­łem dwóch kole­gów… jeden pró­bo­wał się powie­sić, a dru­giego zamknęli w Kobie­rzy­nie, w tym szpi­talu dla waria­tów.

– I ten Zając też…?

– Nie gada­łem z nim po woj­nie – przy­znał Antek. – Ni­gdy się za dobrze nie zna­li­śmy, ale z tego, co widzę i co mówią we wsi, unika ludzi. No i stara go z domu wyrzu­ciła.

– Stara Zają­cowa?

Antek przy­tak­nął.

– Wła­snego syna, jedy­naka – dodał. – Nie wiem, co tam było, ale podobno odkąd wró­cił z wojny, nie wpusz­cza go do domu. A wró­cił tam­tego lata. Zamiesz­kał w sza­ła­sie, a przez zimę stara Zają­cowa pozwo­liła mu spać w szo­pie i chyba dalej tam śpi. A w polu jej robi, ale może dla­tego, że to kie­dyś jego będzie. Zają­cowa ma swoje lata i jest scho­ro­wana.

– To może ona ma coś z głową? – zasta­no­wiła się Roza­lia.

– Moż­liwe, cho­ciaż te stare baby cią­gle ją sza­nują. Tak po swo­jemu, jak to one…

Poki­wała głową. Wie­działa, do czego zdolne są wiej­skie plo­ciu­chy…

Zza drzew wynu­rzyły się zna­jome zabu­do­wa­nia Cichego Potoku. Antek ścią­gnął lejce i ruszył w prawo, by wje­chać na drogę pro­wa­dzącą na drugi koniec wsi, gdzie stał dom Gaw­ro­nów, ale Roza­lia go powstrzy­mała.

– Mogli­by­śmy naj­pierw poje­chać do cie­bie? – spy­tała.

– Do mnie? – zdzi­wił się, a potem uśmiech­nął łobu­zer­sko.

Pokrę­ciła głową.

– Cho­dzi mi o to, że zosta­wi­ła­bym tam kufry. Wzię­ła­bym tylko tro­chę rze­czy.

Antek zawró­cił i już jechali w stronę domu Kro­to­wi­czów, poło­żo­nego nie­opo­dal lasu.

Minęli dom Gru­złów, przed któ­rym sie­działa Gru­złowa ze starą matką. Od razu wycią­gnęły szyje, patrząc, kto to jedzie, a gdy zoba­czyły Roza­lię, już się pod­ry­wały z miej­sca. Jed­nak Antek nawet nie zwol­nił, oboje z Roza­lią tylko je pozdro­wili i już jechali dalej, mija­jąc kobietę z dziec­kiem na ręku i dru­gim, drep­cą­cym obok. Obej­rzała się i Roza­lia zoba­czyła, że to Mary­sia od Gaw­łów, która była w jej wieku. Led­wie ją poznała w zakry­wa­ją­cej włosy chu­stce i w zaawan­so­wa­nej ciąży.

– Mary­sia wyszła za mąż! – szep­nęła zasko­czona do Antka, który tylko przy­tak­nął.

Chwilę póź­niej, mija­jąc dom Balic­kich, któ­rych córki cho­dziły z nią do szkoły, zoba­czyła na podwórku ich matkę w oto­cze­niu małych dzieci. Wszyst­kie dziew­czyny w jej wieku miały już dzieci, i to po kil­koro! Będzie teraz wio­skową starą panną, która powinna czym prę­dzej wyjść za kogo­kol­wiek, by jak naj­szyb­ciej dołą­czyć do grona matek.

Z jakie­goś powodu prze­ra­ziło ją to, ale Antek znowu się z kimś witał.

Przed domem Boro­wia­ków sie­dział Jasiek Boro­wiak, pozdro­wił ich i Antek zwol­nił.

– To Roza­lia? – zawo­łał Jasiek i przyj­rzał się jej, osła­nia­jąc oczy od słońca.

– Tak! – odpo­wie­działa, zasta­na­wia­jąc się, czemu Jasiek nie wstaje, żeby podejść, dopóki nie zauwa­żyła, że chło­pak nie ma pra­wej nogi.

– Postrze­lili go i dostał jakie­goś zaka­że­nia… – Wyja­śnił Antek i urwał, by pozdro­wić star­szą kobietę, któ­rej sta­ro­modny kape­lusz przy­kuł uwagę Roza­lii, bo kobiety z Cichego Potoku nosiły na gło­wach chustki.

Też ją pozdro­wiła i przyj­rzała się z nie­do­wie­rza­niem.

– To Sołecka? – upew­niła się. – Tak się posta­rzała?

– Śmierć Ceśka ją dobiła, no i obie z Mar­cyśką teraz cienko przędą.

Jakby na potwier­dze­nie tych słów ich oczom uka­zał się dwo­rek Sołec­kich – kie­dyś ele­gancki, teraz wyraź­nie pod­upa­dły. Fasady dawno nikt nie odma­lo­wał, ogród poza­ra­stał.

– Cesiek był, jaki był, ale miał łeb na karku i umiał gospo­da­rzyć – wes­tchnął Antek. – Teraz, jak go zabra­kło, Sołec­kie sobie nie radzą. Zasta­na­wiam się, czy im pomóc nie trzeba, ale z dru­giej strony mają sporo ziemi, a tylu ludzi we wsi naprawdę nie ma co wło­żyć do gara po tej woj­nie. One prze­cież nie są biedne, tylko obie to takie panie hra­bianki, co grają na for­te­pia­nie, haftują i malują obrazki, ale że trzeba zasiać, zebrać, zaorać, to żadna z nich nie wie. Mar­cyśka niby męża szuka, ale cią­gle coś zna­leźć nie może. Żaden dla niej nie dość dobry i cią­gle jest panną, choć ma już ze trzy­dzie­ści lat. Księ­cia by chciała, tylko jaki książę poleci na taką Mar­cyśkę? Im tam nie księ­cia potrzeba, tylko dobrego gospo­da­rza…

– A moje sio­stry? – spy­tała Roza­lia. – Mają kawa­le­rów?

– A gdzie?! – Prych­nął. – Cho­ciaż za Anto­sią się chło­paki oglą­dają, bo śliczna z niej dziew­czyna. Ale nie taka piękna jak ty – dodał szybko. – No i Madzia się zapo­wiada, że też będzie ładna, ale to jesz­cze dzie­ciak. A Józka i Mał­gośka tak coś jakby nie mają powo­dze­nia… – Zro­bił łobu­zer­ską minę, bo Józka i Mał­gośka zala­zły im za skórę.

– Dalej takie… – Roza­lia nie wie­działa, jak to ująć. – Takie, jak były?

Przy­tak­nął, a Roza­lii wcale to nie zasko­czyło. Wąt­piła, by mogły się zmie­nić.

– Pew­nie dla­tego nikt się nie rwie z oświad­czy­nami – orzekł Antek. – Józki sam bym się bał. Mał­gośki zresztą też, bo choć sama mniej groźna, to zawsze wszę­dzie łazi z Józką.

Dom Kro­to­wi­czów też jakby pod­upadł w ciągu tych pię­ciu lat, kiedy Roza­lia go nie widziała. Była jed­nak pewna, że wkrótce dopro­wa­dzą go do porządku.

– Tylu ludzi nas widziało, że teraz nie mamy wyj­ścia, musimy szybko poje­chać stąd do two­ich – powie­dział Antek, wjeż­dża­jąc na podwórko.

– No tak, będą gadać – wes­tchnęła Roza­lia. – Naj­le­piej, żeby­śmy prze­je­chali tam­tędy, co w tę stronę, żeby wszy­scy wie­dzieli, jak krótko tu byli­śmy. Tylko dom mi poka­za­łeś…

– I tak będą gadać! – Mach­nął ręką.

Wycią­gnął więk­szy kufer i zaniósł go do domu.

Roza­lia chwy­ciła mniej­szy, ale ją powstrzy­mał.