Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
PORUSZAJĄCA POWIEŚĆ HISTORYCZNA Z WĄTKIEM KRYMINALNYM
Kraków 1919 roku. Po I wojnie światowej ludzie starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Leonard Rainer, detektyw z policji kryminalnej, poznaje w pociągu młodą wykształconą chłopkę, Rozalię Gawron. Kobieta po latach spędzonych za granicą wraca do domu, by wyjść za narzeczonego, z którym zaręczyła się jeszcze przed wojną, i zostać gospodynią w rodzinnym Cichym Potoku. Rozalia bardzo szybko przekonuje się, że wiele tam się zmieniło, a jeszcze bardziej zmieniła się ona sama. Cichy Potok skrywa wiele tajemnic.
A kiedy we wsi z rąk nieznanego mordercy zaczynają ginąć młode piękne dziewczyny, Leonard Rainer postanawia poprowadzić sprawę i dowiedzieć się, kto i dlaczego zabija w Cichym Potoku oraz jaką rolę w tym wszystkim odegrała fascynująca Rozalia Gawron.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 543
Żółta fasada już z daleka prześwitywała spomiędzy drzew, ale na pewno nie był to jedyny dom we wsi pomalowany na ten kolor. Jednak jeszcze zanim komisarz Leonard Rainer wszedł na podwórko, wiedział, że dobrze trafił. Śpiewy było słychać już na drodze, więc to musiało być tutaj.
Pchnął uchylone drzwi i od razu poczuł zaduch wypełniający ciemną sień. Drzwi do przestronnego pokoju były otwarte, więc wszedł do środka. Stłoczyło się tam około dwudziestu osób, siedzących na krzesłach przy stole i na łóżkach albo stojących przy ścianach. Czwórka dzieci przycupnęła w kącie przy piecu. Ciężkie zasłony zaciągnięto, więc do środka wpadało niewiele światła. Paliła się gromnica przy łóżku, na którym położono zmarłą, ubraną w wykrochmaloną, białą bluzkę.
Rainer zdjął kapelusz i podszedł bliżej, nie bacząc na to, że wieśniacy przyglądają mu się z dezaprobatą, ale i z ciekawością. Zobaczył duży krzyżyk na piersiach martwej dziewczyny i jasny kosmyk wymykający się spod chustki, którą zawiązano jej na głowie.
To był trzeci dzień jego pracy w Krakowie i wyglądało na to, że miał swoją pierwszą sprawę. Której pewnie by nie było, gdyby pięć dni wcześniej w pociągu jadącym z Wiednia do Krakowa nie spotkał miejscowej dziewczyny.
Pomyślał, że gdyby swoim zwyczajem przez całą drogę nie odzywał się do współpasażerów, teraz nie byłoby go tutaj. Wieśniacy mogliby spokojnie pomodlić się przy zwłokach, a potem pochować ofiarę. I nikt nawet by się nie zająknął o morderstwie. Ale z jakichś powodów jeszcze na peronie zwrócił uwagę na młodą dziewczynę w beżach, a potem, gdy go zagadnęła w pociągu, odpowiedział jej. Następnie zaczął z nią rozmawiać, a nawet powiedział jej, że pracuje w policji kryminalnej i przedstawił się jej.
I tylko dlatego teraz tu był.
Pięć dni wcześniej
Zapachy przywołują wspomnienia. Leonard Rainer wiedział to od lat, a tego dnia znowu się o tym przekonał. Wchodząc na Dworzec Północny w Wiedniu, odniósł wrażenie, że przeniósł się w czasie. Pięć lat temu wrócił właśnie z Weissdorfu. Wtedy też poczuł zapach ciepłego, wiosennego poranka na stacji kolejowej: ulotną woń wczesnych kwiatów, rosy parującej znad świeżo skoszonej trawy oraz mieszanki smarów, rozgrzanych maszyn i ich wyziewów. Od dziecka Rainer lubił zapach pociągów – zapowiedź zmiany i nowych przygód. A teraz mieszanka zapachu dworca i pogodnego poranka przypomniała mu podobny ciepły, wiosenny poranek na dworcu pięć lat temu, w maju 1914 roku.
Rainer szedł wtedy przez Dworzec Północny, ale w przeciwną stronę i czuł się wolny jak nigdy wcześniej. Właśnie wrócił od Anny i Kurta, a w czasie podróży, siedząc samotnie w przedziale, postanowił, że zacznie nowe życie. Własne. Bez Anny i bez Kurta. Że zajmie się w końcu karierą zawodową i przestanie skupiać się tylko na sprawach, nad którymi pracuje, ale też zadba o siebie. O to, by awansować i lepiej zarabiać. A wtedy wyprowadzi się od Hoffsteinów i pozna jakąś miłą dziewczynę, z którą założy rodzinę. Zbliżał się wówczas do trzydziestki i uznał, że najwyższy czas, by zrobić coś ze swoim życiem.
A potem, wychodząc z dworca, poczuł woń pierwszego ciepłego, wiosennego dnia, pomieszany z zapachem taboru kolejowego i pomyślał, że to zapach zmiany i nowych przygód. Poczuł wolność i potrzebę zmiany. Jednak prosto z dworca poszedł do biura, gdzie jeszcze tego samego dnia pracował do późna. Od razu wrócił do życia, jakie prowadził od lat, zatracając się w pracy, a postanowienia, które powziął w pociągu, gdzieś się zapodziały.
Rainer nadal dbał o skuteczność, nie o awanse i zarobki, nadal mieszkał u Hoffsteinów przy Ungargasse i czasami sypiał z Gertrude, choć ciągle myślał o Annie. Nie miał czasu rozglądać się za dziewczynami i nie wiadomo, jak długo jeszcze by to trwało, gdyby kilka tygodni później niejaki Gawriło Princip nie zastrzelił arcyksięcia Ferdynanda.
Wojna wywróciła wszystko do góry nogami i teraz, pięć lat później, rozglądając się po Dworcu Północnym, Rainer poczuł się tak, jakby tych pięciu lat nie było. Jakby w ogóle nie było wojny. Bo wszystko wydawało się takie, jak przed nią.
Dworzec był pełen ludzi, którzy mijali się w pośpiechu albo znudzeni stali i czekali. Witali się albo żegnali. Dzieci nie mogły ustać spokojnie, a matki karciły je za to. Na peronach stały pociągi albo wkrótce miały tam wjechać. Zupełnie tak jak przed wojną.
Usłyszał, jak jakaś polska rodzina niepokoi się, czy jazda będzie bezpieczna, skoro pociągi się teraz wykolejają i nie dalej jak przedwczoraj doszło do wypadku pomiędzy Krakowem a Zakopanem. Dwie osoby zginęły, a kilka innych odniosło obrażenia.
– I jak tu teraz wsiąść do pociągu? – martwiła się jakaś kobieta.
Druga obrzuciła ją surowym spojrzeniem.
– Wszystko w ręku Boga – orzekła stanowczo. – Ja tam będę się modlić przez całą drogę i pani też to radzę – dodała takim tonem, że tamta poczuła się zrugana i zamilkła.
Nadbiegła hałaśliwa gromadka dzieci, napominana przez jeszcze bardziej hałaśliwe matki i opiekunki, więc Rainer odszedł nieco dalej.
Ponownie przymknął oczy i spróbował sobie wyobrazić, że znowu jest wiosna roku 1914, a on właśnie wrócił od Anny i Kurta. I teraz zacznie to własne życie…
Może już wtedy, pięć lat temu, powinien był pomyśleć o Krakowie albo innym mieście oddalonym od Weissdorfu? W nowym miejscu musiałby zacząć od nowa. Może wtedy coś by się zmieniło… Tylko na jak długo? I tak zaraz nadeszłaby wojna, bo to, że Rainera nie byłoby w Wiedniu, raczej nie wpłynęłoby na los Europy… Dlatego nie miało znaczenia, że Rainer nie zmienił wtedy swojego życia. Zrobiła to za niego wojna.
Teraz był starszy o pięć lat, na rękach miał blizny po oparzeniach, a na palcu obrączkę, bo miał żonę i dwoje dzieci. I koszmarne sny, w których wszystko wokół niego płonęło, a języki ognia wżerały mu się w ciało. Czasem w tych snach pojawiał się Kurt…
A jednak kiedy poczuł ten zapach, który zdawał się czekać tu na niego przez pięć lat, żeby przypomnieć mu o tamtym poranku, spróbował sobie wyobrazić, co by było, gdyby nie było wojny i gdyby znowu była wiosna 1914 roku, a on właśnie wróciłby z Weissdorfu. Nie mając żony, dzieci, blizn ani koszmarnych snów i wspomnień. Co mógłby zrobić, żeby nie wrócić do życia wypełnionego pracą tak bardzo, że na nic więcej nie miał już ani czasu, ani siły?
Rainer od dziecka lubił wyobrażać sobie różne rzeczy, szczególnie w czasie podróży. Jako mały chłopiec spędzał dużo czasu w pociągach i aby zabić nudę, wymyślał przygody, jakie miały czekać go w nowym miejscu, swoje dalsze losy albo historie współpasażerów. Od dziecka bacznie obserwował ludzi, próbując jakoś ich skatalogować – uporządkować swoją wiedzę o nich. Wyobrażanie sobie ich historii pomagało mu w tym.
Nigdy nie przestał tego robić. Uważał, że to pobudza wyobraźnię, która w jego zawodzie jest bardzo ważna, należy więc trenować ją tak, jak ćwiczy się mięśnie.
Pomimo panującego wokół zgiełku pogrążył się w myślach, ale wtedy potrącił go przechodzący obok i żywo gestykulujący młodzieniec, głośno mówiący po angielsku z ledwie zauważalnym francuskim akcentem. Przeprosił Rainera po niemiecku, a ten tylko lekko skinął głową. Przyjrzał się cudzoziemcowi, odzianemu modnie i drogo: w granatowy płaszcz ze złotymi guzikami i takąż kamizelkę oraz lśniący, karmazynowy krawat. Wyglądał na bogatego dandysa i emanował pewnością siebie. Mówił i śmiał się zbyt głośno, gestykulował zbyt gwałtownie, jakby popisywał się przed towarzyszem, ubranym równie modnie, choć w przyzwoitych odcieniach szarości.
„Homoseksualiści!” – pomyślał od razu Rainer.
Miał oko do takich rzeczy. Na początku swojej kariery w policji patrolował miejsca, gdzie się spotykali, i aresztował ich. W pierwszych tygodniach był rozczarowany pracą, bo chciał tropić i osaczać niebezpiecznych przestępców, rozwiązywać zawiłe sprawy kryminalne, a kazano mu aresztować obściskujących się mężczyzn, a czasem i dzieciaki. Ciągle pamiętał ich zawstydzone spojrzenia, strach, że ich sekrety wyjdą na jaw…
Jednak ci dwaj zdawali się nie przejmować tym, co pomyślą o nich inni. Znak czasów. Współczesna młodzież różniła się od tej, kiedy Rainer był w podobnym wieku. Choć przyjrzawszy się im bliżej, doszedł do wniosku, że nie są od niego wiele młodsi. Rozmawiali i śmiali się głośno, przekrzykując gwar.
Dopiero po chwili Rainer dostrzegł towarzyszącą im dziewczynę, która stała tak spokojnie i była ubrana tak skromnie, że niemal wtopiła się w tło i trudno było ją dostrzec w towarzystwie dwóch młodzieńców. Wyglądała na dwadzieścia lat, była smukła i beżowa. Tak właśnie Rainer określiłby ją, spisując swoje obserwacje. Miała na sobie jasnobeżowy płaszcz, który rozpięła, ukazując odrobinę ciemniejszy kostium podróżny. Beżowe były też jej buty, torba i włosy. Nawet jej cera, choć bardzo jasna, nie była różowa, jak u wielu blondynek, ale miała delikatny odcień mleka z odrobiną herbaty, jakie pijała do śniadania Anna. Oczy też wydawały się beżowe. Jedyny kolorowy akcent stanowił jasnozielony żabot pod szyją.
Mimo tej skromnej kolorystyki była elegancka i wydawała się dystyngowana, dopóki nie parsknęła śmiechem, zasłaniając dłonią twarz jak rozbawiona dziewczynka. Rainerowi się to spodobało. Nie lubił wyniosłych dam, a brak okazywania emocji i poczucia humoru kojarzył z niedostatkiem inteligencji.
Poza tym wyglądała na Polkę. Rainer był pół-Polakiem po matce i wychował się w Polsce, choć w jego rodzinnym domu rozmawiało się głównie po niemiecku. Po polsku mówiła czasami matka – kiedy odwiedzali ją krewni albo polskie sąsiadki, na co dzień jednak rozmawiała z mężem i dziećmi po niemiecku. Rainer nauczył się polskiego od służby, dzieci sąsiadów i innych mieszkańców Sarnowa, miasteczka, w którym się urodził. Choć przez większość życia mieszkał w Austrii, mówił po polsku tak jak Polacy.
Przyjrzał się towarzyszom dziewczyny, którzy tak ją rozbawili. Nie pasowała do nich. Była elegancka, ale skromna, jak pracująca dziewczyna – sekretarka albo guwernantka.
Tęższy, ekstrawagancko ubrany brunet prawdopodobnie był Francuzem. Gdy rozmawiał z towarzyszami po angielsku i kiedy przeprosił Rainera po niemiecku, dało się zauważyć charakterystyczny francuski akcent. Jego towarzysz mówił po angielsku – podobnie jak Rainer – prawie jak Anglik. Zapewne też miał w dzieciństwie dobrą angielską guwernantkę. Beżowa dziewczyna mówiła zbyt cicho, żeby Rainer mógł ją usłyszeć.
Rainer zastanowił się, co ją z nimi łączy. Wyglądała na ich ubogą krewną, ale może była sekretarką któregoś z nich? Albo nauczycielką młodszego braciszka lub siostrzyczki? Z jakichś przyczyn to drugie bardziej Rainerowi pasowało. Miała w sobie coś z guwernantki.
Jednak sposób, w jaki z nimi rozmawiała, szczególnie z tym wyższym i szczupłym, zdradzał, że są przyjaciółmi albo krewnymi. Więc może raczej była ubogą kuzynką czy wychowanką jakiejś ciotki, być może wyrosła razem z tym młodzieńcem, a może z oboma? Choć Francuz wydawał się mniej związany z tą dwójką niż oni ze sobą.
Tak czy owak, dziewczyna była ładna i interesująca. Intrygowało go, kim jest i czy tak jak przypuszczał, jest Polką, co było prawdopodobne, bo stała na peronie, z którego wyruszał pociąg do Polski, więc jechała tam albo odprowadzała kogoś, kto tam jedzie.
Gdyby to był kwiecień roku 1914, Rainer zainteresowałby się nią, ale teraz był kwiecień roku 1919, a Rainer był żonaty. Poślubił miłość swojego życia i interesowanie się innymi kobietami było zdecydowanie nie na miejscu.
Postanowił wsiąść do pociągu. Podał walizkę bagażowemu i z myślą o czekających go godzinach podróży kupił jeszcze gazety, po czym znalazł swój wagon.
Dworzec pożegnał go intensywną wonią wydobywającą się spod ciepłej maszyny, a w jej wnętrzu unosił się zapach rozgrzanego wagonu, ludzi, jedzenia i tytoniu. Ten ostatni był najmocniejszy i gdy Rainer był dzieckiem, bardzo go lubił, ale teraz już nie. To jedna z tych rzeczy, które wojna zmieniła.
Rainer zawsze miał wrażliwy węch, a teraz, gdy przestał palić, ten zmysł jeszcze bardziej mu się wyostrzył. Przechodząc korytarzem i mijając otwarte przedziały, nawet nie zaglądając do ich, wiedział, co się tam dzieje: z jednego wydostawał się zapach naftaliny, z innego bułek z szynką, a z kolejnego – ugotowanych jajek…
Rainer przestał palić, bo zapach tytoniu też przywoływał wspomnienia. Takie, które chciałby wymazać, ale nie mógł, bo powracały. Wystarczyło, że poczuł ten zapach… A czuł go wszędzie, bo zawsze ktoś palił.
Rainer od dziecka uważał, że najgorsze, na co można trafić w przedziale, to plotkujące baby. Bez przerwy gadały, co nie pozwalało się skupić ani na lekturze, ani na własnych myślach. Przy plotkujących babach nie można było czytać, pisać listów, zdrzemnąć się ani nawet spokojnie pomyśleć. Żeby jeszcze opowiadały coś ciekawego, ale nie. One zawsze paplały o bzdurach i nic z tym nie można było zrobić. Kulturalny człowiek musiał tego słuchać, czy chciał, czy nie chciał.
Kiedy tylko zobaczył siedzące przy drzwiach dwie wyniosłe matrony, zdające się wypełniać cały przedział, w którym miał miejsce, najchętniej by uciekł. Rozmawiały po polsku o czyimś kapeluszu, który ktoś uznał za nieprzyzwoity. Rainera czekała więc wielogodzinna podróż pośród bzdur, które kompletnie go nie interesowały i przez które nie będzie mógł się zdrzemnąć, poczytać gazet ani pomyśleć w spokoju.
Przywitał się uprzejmie po niemiecku, bo nie miał ochoty z nimi rozmawiać. Gorsze od plotkujących bab były tylko plotkujące baby, które zadawały pytania.
Obie odpowiedziały mu, mierząc go wzrokiem, i wymieniły spojrzenia, nieudolnie starając się zrobić to dyskretnie. Najwyraźniej musiały oszacować, czy jest godzien jechać z nimi w przedziale, czy po prostu będą musiały jakoś znieść jego towarzystwo. Po ich minach Rainer zorientował się, że nie zdał tego egzaminu, ale też go nie oblał. Podróż z nim nie była dla nich zaszczytem, ale też specjalnie im nie uwłaczała. Miał to w nosie.
Usiadł na swoim miejscu pod oknem i od razu schował się za płachtą „Wiener Zeitung”, próbując choć tak symbolicznie odizolować się od towarzyszek podróży.
I wtedy w drzwiach przedziału stanęła ona. Beżowa dziewczyna, którą dostrzegł na peronie. Spojrzała na numery miejsc i zajęła to pod oknem, naprzeciwko Rainera.
– Guten Morgen – przywitała się, wymawiając to w tak polski sposób, że nawet plotkujące baby od razu się zorientowały.
– No proszę, pani też do Polski – zauważyły.
– Tak – przytaknęła, uśmiechając się uprzejmie.
Ją mierzyły wzrokiem dłużej niż Rainera i jeszcze mniej siliły się na dyskrecję. Na pierwszy rzut oka musiała im się wydać godna ich towarzystwa, ale potem długość jej spódnicy wzbudziła ich niechęć, co Rainer dostrzegł bez trudu. Gdy tylko odwróciła się do nich tyłem, zajmując miejsce, obie wymownie spojrzały na dół owej spódnicy, ledwie sięgającej do pół łydki, i wymieniły zniesmaczone spojrzenia.
Potem jedna z nich zapytała dziewczynę, z kim podróżuje.
– Sama – odparła pogodnie i to ostatecznie pogrążyło ją w oczach obu matron.
„Młoda kobieta podróżująca sama? Co się stało z tym światem?” – mówiły ich przygnębione oblicza.
A jednak musiały poznać przyczynę tego stanu rzeczy. Choćby po to (i prawdopodobnie tylko po to), by mieć temat do kolejnych plotek.
– Do pracy? – zaczęła pierwsza, korpulentna matrona w granatowej sukience i popielatym kapeluszu. Jej towarzyszka, cała w brązach, nadstawiła ucha.
– Do domu – odparła beżowa dziewczyna, jak uczennica wezwana do odpowiedzi. – Można powiedzieć, że wracam z pracy.
– Pracowała pani w Wiedniu?
– Nie… – zawahała się. – Byłam… jeszcze dalej – powiedziała enigmatycznie. – Wracałam przez Wiedeń.
– My też byłyśmy znacznie dalej – odezwała się kobieta w brązach. – W Paryżu – oznajmiła z dumą, a jej koleżanka przytaknęła.
– Piękne miasto – przyznała dziewczyna.
– Była tam pani?
Dziewczyna skinęła głową.
– Właśnie stamtąd przyjechałam do Wiednia.
– Zatem pani też przeczekała wojnę za granicą – orzekła matrona w granatowej sukience, a dziewczyna wyraźnie się zmieszała. – No i dobrze, bo podobno w Polsce działy się straszne rzeczy.
– Tak, słyszałam – wykrztusiła zawstydzona dziewczyna. – Kraków ewakuowano. Ludzi ściśnięto w jakichś koszmarnych barakach na podmokłych terenach, w okropnych warunkach higienicznych i tyle osób przypłaciło to życiem… Tyle dzieci…
Matrony nie wyglądały na bardzo przejęte losem tych dzieci i ewakuowanych krakowian.
– Kraków? – powtórzyła ta w brązach. – To pani z Krakowa?
– Właściwie spod Krakowa. A panie? – Teraz w końcu ona zadała im jakieś pytanie.
– Z Warszawy – odparły niemal obie równocześnie z nieukrywaną z dumą.
– Warszawę zabory ciężko doświadczyły – dorzuciła ta w granatowej sukience, jakby próbowała przelicytować ewakuację Krakowa i śmierć tysięcy jego mieszkańców. – W Krakowie nie było powstań przeciwko rosyjskim zaborcom – dodała z wyrzutem.
– Nie było – przyznała dziewczyna. – Nie było tam nawet rosyjskich zaborców – dodała, a Rainer uśmiechnął się pod nosem, zasłaniając się otwartą gazetą.
Jednak matrony zdawały się nie dostrzegać sarkazmu. Miały ważniejsze problemy.
– A teraz mamy tego Piłsudskiego. – Westchnęła kobieta w brązach ze zbolałą miną.
– I jeszcze ten Paderewski przyjechał – dodała jej towarzyszka. – Pianista nie powinien mieszać się do polityki…
Dziewczyna patrzyła na nią skonsternowana.
– Przyznam, że nie orientuję się w polskiej polityce tak jak powinnam – powiedziała ostrożnie. – Nie było mnie w Polsce przez pięć lat i nie miałam okazji dokładnie zapoznać się z sytuacją. – Matrony spojrzały na nią nieufnie. – Ale cieszę, że Polska odzyskała niepodległość i że będzie jednym państwem.
– Ale nie wiadomo, jakim państwem – mruknęła ponuro matrona w granacie.
– Miejmy nadzieję, że władza zostanie przejęta przez osoby, które lepiej się do tego nadają. – Jej towarzyszka wzniosła oczy ku niebu. – My, kobiety, możemy tylko się modlić, żeby nasi mężczyźni dobrze to urządzili.
– Teraz my, kobiety, możemy też głosować – odezwała się dziewczyna.
Rainer podniósł wzrok znad gazety. Musiał to zobaczyć. Ta dziewczyna była jak czerwona płachta przywiana przez wiatr na łąkę, na której pasą się dwa dorodne byki. Byki, czyli matrony, spojrzały na nią tak, jakby miały wziąć ją na rogi, ale one atakowały inaczej.
– Coś podobnego! – Matrona w granatowej sukience pokręciła głową, wpatrując się w dziewczynę z niedowierzaniem. – Pani naprawdę chce głosować?
– Moim zdaniem to niewłaściwe – wtrąciła jej towarzyszka, zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć. – Polityka nie jest dla kobiet.
– Kobiety powinny zajmować się tym, do czego zostały stworzone – podjęła ochoczo dama w granatowej sukience. – Domem, rodziną… Ten świat zaczął iść w złym kierunku…
– Zupełnie niewłaściwym – dodała ta w brązach. – Stąd ta wojna – orzekła.
– Wojna wybuchła, zanim wywalczyłyśmy prawa wyborcze – zauważyła dziewczyna.
Matrony znowu wymieniły spojrzenia.
– Na pewno odebrała pani odpowiednie wykształcenie… – zaczęła ta w granacie i zawiesiła głos.
– Niestety nie – oznajmiła dziewczyna bez cienia wstydu. – Bardzo chciałabym być wykształcona, ale niestety nie miałam tego szczęścia.
– Jak to, nie jest pani wykształcona?
– Skończyłam tylko cztery klasy szkoły powszechnej – wyznała skromnie. – Wiem, że nie jest to żaden powód do dumy i chętnie bym to zmieniła…
– Ale przecież chyba miała pani jakąś guwernantkę – weszła jej w słowo matrona w granatowej sukni. – Wypowiada się pani jak inteligentna osoba z dobrego domu.
– No i nie wierzę, żeby naprawdę chodziła pani do szkoły powszechnej jak jakaś chłopka albo córka robotnika – dodała druga.
– Jestem chłopką – uśmiechnęła się dziewczyna.
Wymieniły zaskoczone spojrzenia.
– Nie wygląda pani na chłopkę – zauważyła skonsternowana matrona w granatowej sukience.
– Ani nie mówi pani jak chłopka – poparła ją towarzyszka.
– Nie mówię jak chłopka? – Uniosła brwi. – To znaczy jak?
– Chłopi mówią… Inaczej – odparła dyplomatycznie dama w brązach. – Pani wypowiada się składnie i inteligentnie.
Teraz dziewczyna wydawała się skonsternowana.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się blado. – Obawiałam się, czy po pięciu latach za granicą nie zacznę kaleczyć polskiego. Choć przez cały ten czas pracowałam u rodziny częściowo polskiej… – Urwała, widząc, że matrony jakby straciły zainteresowanie dalszą rozmową z osobą tak nisko urodzoną.
Na chwilę zamilkły i Rainer niemal poczuł ulgę, choć wolał się nie przywiązywać do tego uczucia. Wiedział, że zaraz znowu zaczną. Ich towarzyszka podróży stanowiła ciekawy materiał do plotek i choć może nie wypadało z nią rozmawiać, czuły pokusę dowiedzenia się, co chłopka spod Krakowa robiła w Wiedniu i Paryżu i dlaczego wyglądała, zachowywała się i mówiła, jakby należała do ich sfery.
– Pracowała tam pani pięć lat, więc musiała pani wcześnie pójść do pracy – zauważyła ta w granatowej sukience. Obie przyjrzały się jej badawczo, a w oczach dziewczyny odmalowało się coś w rodzaju chęci ucieczki. – Jest pani sierotą? – Matrona bardziej to stwierdziła, niż zapytała, i Rainer pomyślał, że czasem robi się tak podczas przesłuchań.
– Nie. Mam oboje rodziców – przyznała dziewczyna, unikając kontaktu wzrokowego z matronami, które znowu wymieniły spojrzenia.
Ona tymczasem popatrzyła na Rainera w taki sposób, jakby oczekiwała od niego pomocy. Odwrócił wzrok, udając, że dostrzegł coś fascynującego za oknem.
– I jedzie pani do nich? – pytały matrony. – Zamierza pani pozostać na wsi?
– Tak… – Znowu złapała spojrzenie Rainera, który szybko spuścił wzrok na gazetę, zasłaniając sobie nią twarz.
Szkoda mu się zrobiło beżowej dziewczyny, ale po co wdawała się w rozmowę z plotkującymi babami? Podejrzewał, że przywykła do odpowiadania na pytania osób w ich typie. Może apodyktycznej nauczycielki z tej szkoły powszechnej, może pracodawczyni – tyranki, a może surowej matki?
Kiedyś zastanawiał się, czy takie baby nie byłyby dobre do prowadzenia przesłuchań. Wydawało mu się, że wcześniej czy później każdy powie im wszystko, co zechcą, byle tylko się od nich uwolnić. Niestety one nie umiały przesłuchiwać tak, aby poznać fakty. Przesłuchiwały tak, aby potwierdzić swoją tezę, a poza tym nie interesowały ich istotne sprawy, tylko bzdury. Byłyby beznadziejnymi śledczymi.
– I co? – chciały wiedzieć. – Wyjdzie pani za chłopa? Będzie pani pracować w polu?
– Tak sądzę – odparła cicho, a one znów wymieniły spojrzenia.
Teraz wydawały się usatysfakcjonowane, że chłopka pozostanie chłopką, nawet jeśli podróżuje pierwszą klasą i nosi ubrania szyte na miarę, więc może jest jeszcze nadzieja dla tego świata.
– A gdzie pani pracowała…? – zaczęła matrona w brązach, ale dziewczyna udała, że tego nie słyszy i spytała, czy mogłaby na chwilę otworzyć okno.
– Zrobiło się tu duszno – zauważyła.
– Duszno? – zdziwiły się obie.
– Dobrze byłoby wpuścić trochę świeżego powietrza. Jedziemy przez las – zauważyła – będzie pięknie pachniało…
– Ale zrobi się przeciąg! – wzdrygnęły się.
– Tylko na chwilkę! – Nie bacząc na nie, dziewczyna wstała i próbowała otworzyć okno, ale ono nie ustępowało. Rainer wstał, chcąc pomóc, nacisnął uchwyt z większą siłą.
– Danke! – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, a pomieszczenie wypełnił balsamiczny zapach lasu.
– Strasznie wieje! – oburzyły się matrony. – Proszę to zamknąć.
Rainer udał, że nie rozumie, co mówią. Cały skrył się za płachtą gazety, która teraz powiewała, miotana podmuchem. Dziewczyna ponownie wstała i zaczęła mocować się z oknem, po chwili wyjaśniła matronom, że chyba nie da rady zamknąć.
– Do you speak English? – spytała Rainera.
Ten zerknął na nią zaskoczony i złapał jej błagalne spojrzenie, które zdawało się mówić: „Niech mnie pan uratuje”.
– I do – odparł.
– Cudownie! – powiedziała po angielsku. – Mój niemiecki jest okropny – przyznała. – Prawdę mówiąc, znam go bardzo słabo… Czy zechciałby pan zamknąć okno?
– Oczywiście.
Wstał i zamknął okno.
– Dziękuję. A czy zechciałby pan wymienić ze mną jeszcze kilka zdań? – Beżowa dziewczyna ściszyła głos, nadal mówiąc po angielsku. – O czymkolwiek.
Rozbawiło go to.
– Rozumiem panią – powiedział cicho, również w tym języku. – Jak mniemam, nasze towarzyszki podróży raczej nie włączą się do tej rozmowy.
– Miejmy nadzieję. Niestety nie miałam tyle rozumu, żeby zrobić to, co pan, i udawać, że nie mówię po polsku.
Teraz Rainer spojrzał na nią zaskoczony.
– Zauważyłam, że rozumie pan, o czym rozmawiamy – powiedziała. – Ale proszę się nie martwić, te dwie panie chyba tego nie zauważyły, a ja pana nie wydam.
Matrony dyskretnie obserwowały ich konwersację i wydały się niezadowolone, że chłopka swobodnie rozmawia z cudzoziemcem w języku, którego same nie opanowały na tyle, by zrozumieć, o czym mówią. Podejrzewały jednak, że jest to jakaś wymiana uprzejmości i że dziewczyna usiłuje zwrócić na siebie jego uwagę.
Postanowiły ją zignorować i wróciły do rozmowy, którą prowadziły, zanim wsiadła, a która koncentrowała się na upadku obyczajów wśród dzisiejszej młodzieży.
– Jest pani bardzo spostrzegawcza – przyznał Rainer.
– Nie tak bardzo, jak bym chciała – odparła skromnie. – Po prostu w jakiś sposób wygląda pan na Polaka i…
– Doprawdy? – zdziwił się. – Wyglądam na Polaka? Przyznam, że jeszcze nigdy nikt mi tego nie powiedział, choć istotnie jestem w połowie Polakiem. Może dlatego, że większość życia spędziłem w Austrii, wszyscy zakładali, że jestem Austriakiem.
– Ludzie czasem przyjmują różne założenia… Jak sam pan miał okazję się przekonać, słuchając mojej konwersacji z tymi damami.
– Najwyraźniej damy nie miały do czynienia z wykształconymi chłopkami.
– Nie jestem wykształcona – przypomniała mu.
– Mówi pani biegle w co najmniej jednym języku obcym i, jak podejrzewam, posiada pani szerszą wiedzę niż pani towarzyszki podróży. To wskazuje na wykształcenie, bez względu na to, w ilu szkołach pani była.
– Po prostu szybko się uczę. – Wzruszyła ramionami. – I myślę, że panu też nie brak spostrzegawczości.
– To mój zawód – powiedział. – Pracuję w policji kryminalnej.
Od razu trochę się zawstydził, że jej to powiedział. Unikał opowiadania o sobie nieznajomym. W ogóle nie należał do otwartych ludzi i nie lubił dużo mówić. Kiedy słuchał, jak beżowa dziewczyna spowiada się plotkującym babom, myślał, że na własne życzenie wchodzi w paszczę lwa. A teraz sam zaczynał opowiadać jej o sobie. Co w niego wstąpiło?
Rozmawia w pociągu z nieznajomą młodą kobietą. Atrakcyjną, ale przecież jest żonaty. Poślubił miłość swojego życia.
„To tylko konwersacja w pociągu dla zabicia czasu” – usprawiedliwił się w myślach.
Ona tymczasem zareagowała tak, jak miał to w zwyczaju pewien typ młodych dziewczyn, które właśnie poznały pracownika policji kryminalnej.
– Naprawdę? – Spojrzała na niego podekscytowana. – Uwielbiam książki o policyjnych detektywach! Mam świadomość, że nie są to wielkie dzieła starożytnych klasyków, ale uwielbiam je czytać i nic na to nie poradzę. Ma pan fascynującą pracę!
– W rzeczywistości nie wygląda ona tak jak w książkach – mruknął Rainer.
Swego czasu powieści kryminalne sprawiły, że Rainer zapragnął zostać detektywem rozwiązującym skomplikowane zagadki i demaskującym niebezpiecznych przestępców. I udało mu się to, choć zapłacił za to wysoką cenę. Wszedł w konflikt z rodziną, która oczekiwała, że przejmie interes po ojcu, notariuszu. Ojciec nigdy mu tego nie wybaczył.
Niestety, kiedy Rainer zaczął pracować, odkrył, że te powieści nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Przestępcy wcale nie powracali na miejsce zbrodni, a gdy padły na nich podejrzenia, nie spowiadali się radośnie śledczym, opowiadając dokładnie o szczegółach popełnianych czynów. Nie pisali też listów z wyznaniami zbrodni, odbierając sobie życie, targani wyrzutami sumienia, najczęściej niczym się nie zdradzali. Poza nielicznymi wyjątkami potwierdzającymi regułę, że najwięksi zbrodniarze często nie czują się winni albo nie uważają, że zrobili coś złego. Często nawet wydawali się dumni z tego, co zrobili, choć mieli na tyle rozsądku, by się tym nie chwalić.
Dlatego teraz te kryminalne powieści, które czytywały już nawet panny z dobrych domów, tak go drażniły, a gdy zdarzyło mu się jakąś przeczytać, odkładał ją zniesmaczony. Na dodatek coraz więcej oczytanych bandziorów wykorzystywało wiedzę zdobytą podczas lektury książek o Sherlocku Holmesie czy Nicku Carterze, by utrudniać pracę śledczym. A wyczyny opisanych tam przestępców podsuwały kryminalistom nowe pomysły.
– Nie ma pan pojęcia, jak bardzo chciałabym pracować w policji – mówiła tymczasem dziewczyna. – Gdybym była mężczyzną, natychmiast bym tam wstąpiła. To smutne, że do policji nie przyjmuje się kobiet, ale może wkrótce się to zmieni? Jeszcze rok temu nie mogłabym głosować, więc może niedługo będę mogła wstąpić do policji? Tylko zapewne mój brak wykształcenia stanowiłby przeszkodę. A jeśli nie, to po czteroklasowej szkole powszechnej pewnie i tak najwyżej sprzątałabym tam…
– Nie wiem, jak będzie to wyglądało w polskiej policji – odparł krótko Rainer. – Dotychczas pracowałem w austriackiej.
– A teraz będzie pan pracował w Polsce? Czemu zdecydował się pan na zmianę?
Przez krótką chwilę był gotów opowiedzieć jej o wojnie i legionach. I o tym, że skusiły go wizje awansu, którego potrzebował, żeby więcej zarabiać, bo miał teraz na utrzymaniu żonę i dzieci, jednak powiedział tylko, że potrzebował zmiany.
– To musi być trudna praca, prawda? – spytała.
Przytaknął. Był ciekaw, czy wspomni coś o tym, gdzie sama pracowała, bo zaintrygowało go, dlaczego tak bardzo nie chciała odpowiedzieć na to pytanie matronom, że odegrała tę nagłą scenę z otwieraniem okna. Nic jednak nie mówiła.
Wolał uniknąć bezpośredniego pytania i dał jej trochę czasu, mając nadzieję, że sama się odezwie, ale tak się nie stało, więc niedbałym tonem dorzucił:
– Policja czasem współpracuje z osobami innych zawodów.
– Tak? – zainteresowała się. – Szkoda, że nie mam zawodu przydatnego policji…
– A gdzie pani pracowała? – Teraz wyglądało to na uprzejme zainteresowanie.
Zerknęła na matrony, po czym cicho powiedziała:
– W Hiszpanii.
Rainer zrozumiał, dlaczego nie poinformowała o tym matron. Hiszpańska grypa zabiła tysiące ludzi i nadal zabijała. Choć podobno wcale nie pochodziła z Hiszpanii, bo już wcześniej była w Europie, ale gazety zaczęły o tym pisać dopiero wtedy, gdy zachorował hiszpański król. Teraz powiadano, że jej wylęgarnią były okopy, ale kto to wiedział na pewno?
– Proszę się nie obawiać, nie roznoszę tej choroby – powiedziała beżowa dziewczyna. – Przeszłam ją jakiś czas temu, dlatego nie wróciłam do Polski zaraz po wojnie.
– Też na to chorowałem – przyznał Rainer. – Też opóźniło to mój przyjazd do Polski.
W czasie choroby najgorsza była obawa o Annę i dzieci, czy też na to nie zapadną. Rainer zaraził się od ich niani, dwudziestoletniej dziewczyny, która zmarła po kilku dniach, choć była okazem zdrowia. A przecież ledwie ją widywał, podczas gdy dzieci spędzały z nią całe dnie, a Anna niewiele mniej czasu. Na szczęście nie zachorowali.
Do przedziału wszedł konduktor, skontrolować bilety.
Dziewczyna otworzyła torebkę, by wyjąć bilet, a wtedy wypadła jej kartka, którą porwał podmuch powietrza wpadającego do przedziału z korytarza i zaniósł pod stopy matron, które przyjrzały się jej z zainteresowaniem.
Rainer, który pochylił się, by wręczyć bilet konduktorowi, podniósł ją i podał dziewczynie. Udał, że nie patrzy, co jest na kartce, ale podobnie jak matrony zdążył odczytać widniejące na niej dwa nazwiska: Rozalia Gawron i Anastazy Krotowicz.
Nazwiska wykaligrafowano tuszem, którym wymalowano też ornament podbarwiony rozwodnioną akwarelą.
Matrony spoglądały pytająco na dziewczynę, która znowu poczuła się zobowiązana do wyjaśnień.
– To projekt karty informującej o moim ślubie – oznajmiła.
– Wychodzi pani za mąż? – spytały niemal równocześnie.
Przytaknęła.
– Wraca pani i od razu bierze ślub? – Nie wytrzymała ta w brązach.
– Miałam go wziąć przed wojną, ale nie zdążyłam.
– Pani narzeczony był na wojnie?
Skinęła głową.
– Całe szczęście, że z niej wrócił.
Znowu przytaknęła.
A więc nazywała się Rozalia Gawron. Rainer pomyślał, że kompletnie do niej nie pasuje to nazwisko. Imię zresztą też. Rozalia powinna być różowa i pulchna, a ktoś o nazwisku Gawron powinien mieć lśniące czarne włosy, mieniące się pod światło na granatowo, jak skrzydła gawrona, oraz bladą cerę i błękitne oczy. Ona tymczasem była szczupła i beżowa. Kojarzyła mu się z sarną, a nie z gawronem.
Ale on sam też nie wyglądał na kogoś o swoim nazwisku. A przynajmniej na kogoś o swoim imieniu. Leonard powinien przypominać lwa – mieć bujną, długą grzywę i być władczym osobnikiem, przez większość czasu nieruszającym się z miejsca, jak lew z książki dla dzieci, z której kiedyś Rainer dowiedział się o istnieniu tego zwierzęcia. On tymczasem krótko obcinał włosy, ciągle był w ruchu, dużo pracował i rzadko odpoczywał, bo szkoda mu było na to czasu.
Zastanowił się też, czy w Polsce często jeszcze nadaje się imię Anastazy? Wydawało mu się, że jest to jedno z tych imion, które można zobaczyć jedynie na starym nagrobku.
Po wyjściu konduktora matrony na chwilę umilkły. Kątem oka obserwowały dziewczynę i dyskretnie zerkały na Rainera, w końcu zaczęły skarżyć się na znużenie i niewyspanie oraz narzekać, że nie należą do tych prostych ludzi, którzy potrafią zasnąć gdziekolwiek. Wtedy mogłyby zdrzemnąć się w pociągu. Wkrótce potem znów zamilkły, a po niedługim czasie Rainer usłyszał ich chrapanie. Beżowa dziewczyna uśmiechnęła się do niego, spoglądając na nie, ale żadne z nich się nie odezwało. Oboje woleli nie budzić złego.
Rainer nareszcie mógł pogrążyć się w myślach, ale nie był w stanie się skupić, choć miał nadzieję, że tutaj, oderwany od Anny, dzieci i domu w Weissdorfie, skąd wyjechał o świcie, spokojnie przeanalizuje, czy przeniesienie się do Krakowa to na pewno dobry pomysł. Jego myśli z uporem powracały do czasu tuż przed wojną, a potem do ostatnich tygodni, aż w końcu zaczęły się plątać i nawet nie zauważył, kiedy i on zapadł w drzemkę.
Rozalia Gawron nawet nie zmrużyła oka. Kiedy została sama ze swoimi myślami, znużenie czmychnęło w obliczu niepokoju, który ją ogarnął. Czuła, że im jest bliżej rodzinnych stron, tym bardziej ją to przeraża.
Kiedy mieszkała w Hiszpanii, często tęskniła za domem i rodziną. I za Antkiem. Czasem ogarniała ją nostalgia, gdy nagle przypominały się jej sceny, zapachy i smaki z dzieciństwa, z rodzinnej wsi i z czasów, gdy mieszkała w Krakowie u Mantlewiczów. Teraz jednak już tęskniła za Hiszpanią, za domem Hamiltonów, za rodziną, dla której pracowała, za ich służbą i za Tomaszem Mantlewiczem, z którym dopiero co rozstała się na dworcu…
W jej uszach ciągle pulsowało to, co powiedział jej na pożegnanie i co powtarzał od pewnego czasu.
– Nie musisz tam wracać. Naprawdę nie musisz. I pamiętaj, jeśli zobaczysz, że takie życie ci nie odpowiada, uciekaj! Masz dokąd.
Ale Rozalia nie zamierzała znowu uciekać pod skrzydła Mantlewiczów. Była dorosła i nadszedł czas, żeby wzięła swoje życie we własne ręce. Musiała sama sobie poradzić, co oznaczało przyjęcie do wiadomości, że pora wrócić do rodzinnej wsi, wyjść za Antka i zostać gospodynią z Cichego Potoku.
Miała wyrzuty sumienia, że nie wróciła do domu od razu, gdy tylko mogła. Zwlekała z tym przez kilka miesięcy – najpierw pod pretekstem rekonwalescencji po influenzy, potem znalazła jeszcze kilka innych wymówek.
W końcu spakowała walizki i zamierzała kupić bilet, ale Tomasz oznajmił, że on się tym zajmie, bo też zamierza pojechać „na wschód”, więc najlepiej, żeby wyruszyli w podróż razem. To oznaczało kolejne dwa tygodnie zwłoki, a potem podróż pierwszą klasą z długimi postojami w Paryżu i Wiedniu, co Rozalia przyjęła z ulgą, choć trochę się wzbraniała i upierała, że sama zapłaci chociaż za swoje bilety. Gdyby sama wyruszyła w podróż, jak planowała, kupiłaby sobie bilety trzeciej klasy i wróciła jak najszybciej, ale podróż z Tomaszem stanowiła przedłużenie cudownej przygody i jej piękne zakończenie.
Rozalia musiała pożegnać to „pożyczone” życie, które wiodła przez ostatnie lata, zanim wróciła do tego prawdziwego, które było jej pisane. W czasie wojny mieszkała w Hiszpanii, gdzie w rezydencji Hamiltonów miała własny pokój z wygodnym łóżkiem i niewiele pracy. Teoretycznie miała być pokojówką pani Hamilton, ale zwykle brano ją za jej damę do towarzystwa, a ona sama czasem przedstawiała Rozalię jako swoją wychowankę.
Wracała do Polski przez trzy tygodnie, z czego jeden spędzili z Tomaszem u jego przyjaciela Bertranda, w pałacu pod Paryżem, gdzie była gościem i służba jej usługiwała. A ona codziennie z zażenowaniem łapała ich zbulwersowane spojrzenia i nie wnikała w to, co o niej myślą i mówią za plecami. I tak jej nie znali, nie spędziła z nimi wiele czasu, a ich twarze i imiona nie utkwiły jej w pamięci. Miała nadzieję, że oni również jej nie zapamiętają, a poza tym to był inny kraj, inny świat i nigdy więcej nie miała ich spotkać.
W Paryżu wraz z Tomaszem i Bertrandem całymi dniami „bywali” – muzea, zabytki, a wieczorami spotkania w towarzystwie na tyle demokratycznym, że Rozalia czuła się tam swobodnie. Wracali nad ranem, spali do południa, a potem niespiesznie się posilali i znów ruszali do miasta.
Później ona i Tomasz wraz z Bertrandem i jego służącym wylądowali w wiedeńskim mieszkaniu rodziny Mantlewiczów, w którym Rozalia już bywała. Tu żyli podobnie, choć czasami towarzysze Rozalii nie opuszczali mieszkania, a ona wychodziła na spacery sama, by chłonąć atmosferę miasta, którego, jak sądziła, już nigdy więcej nie zobaczy.
Dziś rano obaj wstali wcześnie, aby odwieźć Rozalię na dworzec, a ją zaskoczyło, że Bertrand też ma taki zamiar. Jego obecność sprawiła, że nie powiedziała Tomaszowi, że może pojechać do Krakowa trzecią klasą, i bez słowa wsiadła do pierwszej.
Teraz z tego świata, gdzie jedzenie podstawiano jej pod nos, a potem dyskretnie sprzątano stół, gdzie wysypiała się w przestronnych sypialniach na miękkich poduszkach i materacach, gdzie brała długie kąpiele, a elektryczność i bieżąca woda były czymś oczywistym, jechała do rodzinnej wsi. Tam nie było elektryczności, bieżącej wody ani łazienki. Był drewniany wychodek przy gnojówce, a zamiast kąpieli – mycie się wodą z miski. Łóżko miała dzielić z którąś z sióstr w dusznej izbie, w której spała cała jej rodzina.
Przez lata tak żyła, a jeszcze przed wojną niemal co tydzień spędzała tam noc. Teraz odwykła od tego i coraz bardziej przerażał ją powrót do dawnego życia. Równocześnie czuła się tym zawstydzona, bo to, że przywykła do wygody, uważała za oznakę słabości. „Ale już niedługo zamieszkam z Antkiem – pocieszała się w myślach. – A wtedy urządzę nam w domu łazienkę z prawdziwego zdarzenia i z bieżącą wodą. Mogę sobie na to pozwolić i choćby nie wiem co, będę miała łazienkę!”. Poczuła się zażenowana tym, że przywiązuje tak wielką wagę do tak przyziemnych rzeczy. A przecież sprawy mniej przyziemne męczyły ją znacznie bardziej.
Ostatnio widziała swojego narzeczonego przed wojną. Pięć lat temu! To dużo dla kogoś, kto ma niespełna dwadzieścia cztery lata. Przez ten czas bardzo się zmieniła i Antek pewnie też, tym bardziej że był na wojnie, a wojna bardzo zmieniała ludzi.
W ciągu tych pięciu lat przez niemal trzy nie kontaktowali się ze sobą i Rozalia zdążyła wtedy dojść do wniosku, że już nigdy nie zobaczy Antka. W tym czasie pojawili się w jej życiu inni mężczyźni i omal nie wyszła za mąż. Nawet dwukrotnie…
Tak, w tym czasie dwóch mężczyzn poprosiło ją o rękę, a ona przyjęła ich oświadczyny, jednak los chciał, by żadnego z nich nie poślubiła. A potem przyszedł list od Antka i Rozalia uznała, że widocznie tak miało być, więc odpisała mu i teraz jechała do Polski, aby wyjść za niego, tak jak planowali przed laty.
Nie napisała mu o swoich dwukrotnych zaręczynach, choć kiedyś mówili sobie wszystko. Nie chciała tego przed nim ukrywać, po prostu nie wiedziała, jak to napisać. Poza tym uważała, że taki list może przeczytać ktoś jeszcze, a nie miała ochoty opowiadać o swoich niedoszłych małżeństwach wszystkim wokół. Teraz po raz kolejny obiecała sobie, że powie o tym Antkowi. Martwiło ją, jak okropnie będzie się czuła, gdy okaże się, że Antek przez cały ten czas pozostawał jej wierny. Miała nadzieję, że on w tym czasie też kogoś poznał, ale też nic z tego nie wynikło…
Wiedziała, że dojedzie do rodzinnej wsi jeszcze tego wieczora, więc teoretycznie jeszcze dziś mogła znów zobaczyć Antka, ale wolałaby poczekać z tym do jutra. Podejrzewała, że zmęczona po długiej podróży, nie zrobi na nim takiego wrażenia, jakie chciałaby zrobić. Obawiała się jednak, że jeszcze gorzej może wyglądać po nocy spędzonej na jednym łóżku z którąś z sióstr, w izbie, gdzie spała cała rodzina, a wszyscy wstawali pomiędzy czwartą a piątą rano. W Paryżu i w Wiedniu Rozalia kładła się spać o tej porze, a dziś była niewyspana, ponieważ musiała wstać wcześniej, a nocą długo nie pozwalały jej zasnąć emocje przed spotkaniem z rodziną, Antkiem i przeszłością, która miała być też jej przyszłością.
Do tego jeszcze ten Tomasz, który musiał usłyszeć, że Rozalia chodzi po swoim pokoju i przyszedł do niej, by znowu powtarzać jej, że nie musi wracać do Cichego Potoku.
– Nic nie muszę – odpowiadała. – Ale chcę.
Starała się, by brzmiało to zdecydowanie, ale Tomasz nie wydawał się przekonany. A najgorsze było to, że ona sama wcale nie była taka pewna, że tego właśnie chce. Po prostu wiedziała, że tak właśnie powinna postąpić. Tak miało być i już.
Teraz pomyślała, że z dworca najchętniej pojechałaby do krakowskiego domu Mantlewiczów i tam przechowała swoje kufry, bo nie była pewna, jak zareaguje na nie rodzina. Wolałaby dawkować im informacje o tym, co działo się z nią przez ostatnie lata…
Chętnie przebrałaby się tam w coś prostszego. Gdyby nie Bertrand, wyruszyłaby w podróż ubrana skromniej, ale nie chciała tego robić, gdy ktoś taki jak on odprowadzał ją do wagonu pierwszej klasy i był z nim Tomasz.
Niestety w krakowskim domu Mantlewiczów mieszkała teraz kuzynka Bracławska, która nie lubiła Rozalii. Nie było mowy, żeby pozwoliła jej coś przechować i przebrać się u niej. Rozalia musiała przyjechać do domu rodzinnego w zakupionej w Paryżu odzieży. Obawiała się, że nie spodoba się ona rodzinie. Już wcześniej, przed wojną, nie byli zadowoleni z tego, że robi się „miastowa”.
Ale niedawno odkryła, że byli z niej niezadowoleni, jeszcze zanim w ogóle trafiła do domu Mantlewiczów. Właściwie jak tylko Rozalia sięgała pamięcią, rodzina nie była z niej zadowolona. Od dziecka rodzice porównywali ją z siostrami – młodszymi, a ich zdaniem bardziej zaradnymi i gospodarnymi od Rozalii, której myśli od małego nie mogły skoncentrować się na tym, co ważne dla gospodyni – sprzątaniu, sprawdzaniu, czy nie trzeba czegoś zrobić, i nieustannym krzątaniu się po domu i obejściu. A kiedy tylko nauczyła się czytać, poszybowały jeszcze dalej. Znacznie dalej, niż pozwalały miejscowe limity.
Kiedy teraz zastanawiała się nad tym, dochodziła do wniosku, że te lata u Mantlewiczów niewiele zmieniły w tym zakresie. Gdyby nigdy nie opuściła rodzinnego domu, pewnie nadal rodzice byliby z niej niezadowoleni, tak jak przez pierwsze piętnaście lat jej życia. Tylko wtedy tłumaczyli to sobie jej lenistwem i innymi wadami, a potem – odkąd trafiła do Mantlewiczów – ich złym wpływem.
No i był jeszcze Antek, którego rodzina nigdy nie lubiła. Najlepszy przyjaciel Rozalii z dzieciństwa, a potem jej ukochany, za którym poszłaby w ogień. Jednak dla jej rodziców i sióstr był golcem, bękartem i nieodpowiednim kandydatem do ręki gospodarskiej córki. Mimo to postanowiła wyjść za niego i tuż przed wojną przyjęła jego oświadczyny. Gdy poinformowała o tym rodziców, w domu doszło do największej awantury, jaką Rozalia i jej siostry pamiętały. Usłyszała wtedy wiele o swoim zepsuciu oraz postraszono ją, że nie dostanie posagu, co przewidziała i co nie było dla niej przeszkodą. Oboje z Antkiem byli młodzi, zdrowi i pracowici. Wiedzieli, że nawet niewiele mając, poradzą sobie. I oboje zdążyli już odłożyć trochę grosza na wspólne życie.
Rozalię jednak przygnębiło odrzucenie przez rodzinę i kiedy pani Mantlewiczowa poprosiła ją, by pojechała z nią do Paryża – przyjęła ofertę. Nie tylko dlatego, że zawsze chciała tam pojechać i uwielbiała podróżować, ale także po to, by dać rodzinie, a także sobie i Antkowi, trochę czasu na przemyślenie całej tej sytuacji. Podejrzewała, że pani Mantlewiczowa postanowiła ją tam zabrać na prośbę Tomasza, któremu Rozalia zwierzała się z problemów. Miała nadzieję, że gdy wróci za kilka tygodni, rodzice przyzwyczają się do nowej sytuacji, a ona poślubi Antka z ich błogosławieństwem. Nie przewidziała, że w Paryżu pani Mantlewiczowa pozna pana Hamiltona i postanowi wyjść za niego. Pan Hamilton, choć był Anglikiem, mieszkał w Hiszpanii, więc pani Mantlewiczowa postanowiła również się tam przeprowadzić i uznała, że pomoc Rozalii jest jej w tym niezbędna. Tutaj też Rozalia podejrzewała interwencję Tomasza, ale skoro trafiała jej się okazja odwiedzenia Hiszpanii…
Była przekonana, że kiedy wyjdzie za Antka, czeka ją już tylko ciężka praca, skończą się podróże i światowe życie u boku chlebodawców. Postanowiła więc wykorzystać jeszcze tę okazję zobaczenia kawałka świata, zanim zostanie gospodynią z Cichego Potoku.
Niespodziewanie jednak, dla niej i dla świata, gdy znalazła się w Hiszpanii, niejaki Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Ferdynanda i zaczęła się wojna, która zatrzymała ją w Pinares na prawie pięć lat. A później trudno było jej stamtąd wyjechać i wrócić do życia, które czasami wydawało jej się innym, wcześniejszym życiem. Jakby zdarzyło jej się w poprzednim wcieleniu – jeśli ta teoria o reinkarnacji, którą pan Hamilton uznawał za możliwą, była prawdziwa.
Jednak właśnie to było jej życie. Nie to w Pinares, w Paryżu, w Wiedniu czy nawet w krakowskim mieszkaniu Mantlewiczów. To w Cichym Potoku.
Musiała o tym pamiętać, pogodzić się z tym i robić to, co należy.
Rainer przebudził się gwałtownie i Rozalia od razu pomyślała, że musiał przyśnić mu się koszmar. Udała, że patrzy w okno. Koszmary to prywatna sprawa.
Matrony nadal drzemały, a oni znów siedzieli naprzeciw siebie w milczeniu, aż do przedziału zajrzał konduktor i obudził ich współpasażerki.
– Daleko jeszcze do Krakowa? – spytała go matrona w brązach.
– Godzina – odparł.
– Godzina! – powtórzyła jakby przerażona, a Rozalia też poczuła, że ją to przeraża. Za godzinę będzie w Krakowie, a wkrótce potem tam, skąd uciekła dziewięć lat temu.
Jej towarzyszki podróży poprawiły kapelusze i włożyły płaszcze, jakby od celu dzieliła je nie godzina, a najwyżej kilka minut. Siedziały teraz, gotowe do wyjścia, nie podejmując rozmowy, ale znowu spoglądały w kierunku Rozalii, którą to zaniepokoiło.
– Pan też wysiada w Krakowie? – spytała po angielsku Rainera.
– Tak – odparł krótko.
– Tam będzie pan pracować?
– Tak sądzę. – Ciągle nie był tego do końca pewien.
Kilka godzin temu Anna po raz kolejny powtórzyła, że nie wyobraża sobie mieszkania w Polsce, a on uważał, że nie mógłby w tym kraju pozostać bez niej.
– W policji? – upewniła się dziewczyna.
Wiedział, że ciągnie tę rozmowę na siłę, żeby nie być zmuszoną konwersować z matronami. Postanowił jej pomóc.
– Tak. Zaproponowano mi pracę w polskiej policji, w Krakowie – powiedział.
Odpowiedziało mu pełne podziwu spojrzenie.
– Musi pan być bardzo dobrym detektywem, skoro sprowadzają pana z tak daleka – powiedziała. – Na pewno mają wielu na miejscu. Rozwiązał pan jakieś poważne sprawy?
Miałby się czym pochwalić, ale to byłoby żałosne, więc powiedział tylko:
– Ściąga mnie tam stary znajomy. Ktoś, kto kiedyś dużo mnie nauczył.
– Też znany detektyw?
– Nie każdy, kto jest dobry w tym, co robi, jest znany – powiedział Rainer. – Komendant Oczlik to geniusz, ale zapewne nigdy pani o nim nie słyszała.
– Nie słyszałam – przyznała. – Może to dlatego, że przez ostatnie lata mieszkałam daleko stąd. Mam nadzieję, że spodoba się panu w Krakowie. Był tam pan już kiedyś?
– Owszem. Wychowałem się w Sarnowie, w górach – powiedział. – Jako dziecko dość często jeździłem do Krakowa.
Umilkł, przerażony tą niezwykłą dla niego otwartością.
– Ja wychowałam się w Cichym Potoku. To mała wieś pod Krakowem. Płynie przez nią rzeka, która też tak się nazywa, Cichy Potok. Choć rzeka to chyba za dużo powiedziane – uśmiechnęła się. – Mieszkałam tam przez piętnaście lat, a potem poszłam do pracy w Krakowie. Moi chlebodawcy zabierali mnie w różne miejsca, także do Wiednia, gdzie mają mieszkanie. Teraz właśnie tam się zatrzymałam… Nie wiem, czemu panu to wszystko opowiadam… – zreflektowała się. – Może dlatego, że się nie znamy? Znajomości w pociągu trwają maksymalnie kilka godzin, a potem nigdy więcej nie spotyka się tych osób, więc można porozmawiać o sprawach, o których czasem nie rozmawia się z bliskimi…
– Jednorazowi znajomi – podjął Rainer. – Mój przyjaciel tak ich nazywał. Kiedy byliśmy w szkole z internatem, często razem jeździliśmy pociągiem do jego rodziny, a czasami do mojej, choć to było daleko. On był bardziej elokwentny i towarzyski ode mnie, a w pociągach lubił udawać przed współpasażerami kogoś innego. Wciągał mnie w te zabawy, przedstawiając nas jako jakieś wymyślone postacie. Nie znosiłem tego… – Uśmiechnął się na samo wspomnienie tych szalonych pomysłów Kurta.
Ona też się uśmiechnęła.
Przez chwilę zastanowił się, czy nie opowiedzieć jej o tym, jak pewnego dnia, gdy miał piętnaście albo szesnaście lat, postanowił udać swego przyjaciela. Podróżował sam, a w przedziale z nim siedziała rodzina z dwiema pensjonarkami w jego wieku. Gdy ojciec rodziny uznał, że wypada zaopiekować się chłopcem i spytał go, jak się nazywa i dokąd jedzie, odparł, że wraca do domu na wakacje ze szkoły z internatem, a nazywa się Kurt Westberg. A potem, ku swojemu zdumieniu, zaczął zachowywać się jak Kurt – stał się rozmowny, dowcipny, czarujący. Im dłużej go udawał, tym bardziej wczuwał się w rolę Kurta i odkrył, że przejmuje te jego cechy, których mu brakowało. Jakby Kurt Westberg powoli wchodził w ciało Leonarda Rainera, wypierając z niego jego charakter i zastępując go charakterem Kurta.
Coś w tym było, bo gdy wysiadał, dziewczęta dyskretnie podały mu karteczki ze swoimi adresami, by do nich napisał. Takie rzeczy dość często przytrafiały się Kurtowi, ale Leonardowi nigdy się to nie zdarzyło. Mimo to gdy tylko wysiadł z pociągu, wyrzucił te karteczki, bo dziewczyny kompletnie go nie interesowały. Kochał tylko Annę, a Anna kochała jego.
Nie zdążyła jeszcze wtedy poznać Kurta.
Rozalia myślała o swoich kufrach i żałowała, że nie może się przebrać w coś skromniejszego niż ten nowy kostium i płaszcz. Im bliżej Krakowa była, tym bardziej desperacko o tym myślała i w końcu zaczęła się zastanawiać, czy jechać z dworca od razu do domu, czy może jednak zajrzeć do Mantlewiczów i porozmawiać z Magdoniową, czy nie zgodziłaby się przechować jej kufrów. Albo zameldować się w jakimś hotelu i zostać tam na noc? Skradłaby jeszcze kilka godzin „pożyczonego życia”, przebrałaby się, odpoczęła po podróży, a rano pojechałaby do Cichego Potoku i spotkała się z Antkiem świeża i zadbana.
Podobne myśli chodziły po głowie Leonarda Rainera. Wcale nie miał ochoty zatrzymywać się u Berty, kuzynki Anny, u której miał mieszkać, dopóki się nie urządzi i nie znajdzie jakiegoś lokum dla rodziny. Z tego powodu zamierzał to zrobić jak najszybciej, bo znał Bertę od dziecka i od dziecka jej nie znosił – z czasem coraz bardziej.
Normalnie pojechałby wprost z dworca do biura komendanta Oczlika, który go tu sprowadził. Niestety przedwczoraj dostał telegram, w którym Oczlik informował go, że zachorował i przyjmie Rainera u siebie w domu, nie na komendzie, w sobotę o dziewiątej rano. Do tamtej pory był skazany na Bertę, która na prośbę Anny zgodziła się go gościć.
Ale mógł też zameldować się w jakimś hotelu, napisać do Anny, że policja zapewniła mu czasowe zakwaterowanie i nie zatrzymywać się u Berty. Mógł nawet im wmówić, że ktoś z policji odebrał go z dworca i zawiózł do tymczasowej kwatery…
Z tym postanowieniem opuścił pociąg. Gdy zobaczył, jak matrony na peronie nerwowo zaczepiają bagażowych, pożegnał się po polsku z Rozalią Gawron.
– Do widzenia.
– Do widzenia. Choć pewnie już nigdy się nie zobaczymy – dodała. – Byliśmy, jak pan to nazwał, jednorazowymi znajomymi.
– Może jeszcze kiedyś nasze drogi się przetną. – Uśmiechnął się grzecznościowo. – Choć mam nadzieję, że nigdy nie będzie pani potrzebowała pomocy policji.
– Też mam taką nadzieję – zgodziła się. – A gdyby jednak… o kogo mam pytać?
– Nie przedstawiłem się – zreflektował się. – Leonard Rainer – powiedział. – Nie wiem, jaki stopień będę mieć w polskiej policji – dodał. – W tej chwili nie wiem nawet, czy na pewno mnie tam przyjmą.
– Rozalia Gawron – przedstawiła się. – Wkrótce wychodzę za mąż, a wtedy będę nazywać się tak jak mój przyszły mąż – Krotowicz.
Jeszcze raz powiedzieli sobie „do widzenia” i poszli każde w swoją stronę. Oboje myśleli o tym samym, aby zaraz po tym, jak odbiorą bagaże, zameldować się w jakimś hotelu i ciesząc się samotnością, przemyśleć zmiany, jakie zachodzą w ich życiu.
Jednak ledwie Rainer odebrał bagaże, podeszła do niego ponura Berta, spowita w beże, które na jej posępnej, zwalistej posturze wyglądały zupełnie inaczej niż na Rozalii Gawron. Nie widział jej przez kilkanaście lat, ale od razu ją rozpoznał i pomyślał, że wszystko, czego nie znosił w Bercie od dziecka, z wiekiem jeszcze się spotęgowało.
Kiedyś była dziewczynką, którą mu stawiano za przykład. Berta nigdy nie trzymała łokci na stole, nie brudziła ubranek i nie garbiła się. Berta starannie pisała i miała takie nieskazitelnie czyste ręce, paznokcie, kołnierzyki… Każde dziecko powinno być takie jak ta cholerna Berta. Zadzierająca nosa, zawsze coś knująca, skarżąca, kłamiąca bez mrugnięcia okiem, potrafiąca na zawołanie rozpłakać się, zblednąć i odegrać każdą scenę tak, że wszyscy dorośli się nabierali. I chętnie zamieniliby swoje gorsze, nieudane dzieci na takie Berty i ich męskie odpowiedniki.
Teraz Berta odgrywała rolę ofiarnej żony i matki, całkowicie oddanej i poświęconej rodzinie i nie myślącej o sobie. Święta Berta od siedmiu boleści.
– Wolałam wyjść po ciebie, Leonardzie – powiedziała, wzdychając z rezygnacją – żeby biedna Anna nie musiała się martwić, że się zgubisz w obcym mieście.
– Znam dobrze Kraków. Bywałem tu często od dziecka.
Berta go nie słuchała, wydawała polecenia bagażowemu, nie zważając na to, że chłopak najwyraźniej nie rozumie po niemiecku i wcale nie musi, bo jest w Polsce. Najwyraźniej Berta ciągle jeszcze żyła w Austro-Węgrzech.
Rainer wziął swój bagaż, a ona szła obok niego, posapując, jakby to ona niosła jego walizkę i mówiła coś, na co Rainer nie zwracał uwagi. Docierało do niego jednak, jak często powtarzała słowa „biedna Anna”. I Rainer wiedział, że ma na myśli dosłowną biedę, w którą Anna popadła, poślubiając niedostatecznie bogatego mężczyznę.
Ciągle pamiętał ten mroźny, zimowy poranek przed laty, kiedy wszedł do domu Ascherów i usłyszał rozmowę Berty i Anny.
„Oczywiście, że masz rację, Anno – mówiła Berta. – To jedyna rozsądna rzecz, jaką możesz zrobić. Kurt Westberg zapewni ci życie na odpowiednim poziomie. Leonard chce zostać policjantem! Chciałabyś być żoną policjanta? Przecież nie byłoby cię stać nawet na jedną służącą!”
Biedna Anna była teraz żoną policjanta, której nie powinno być stać nawet na jedną służącą.
Rozalia czekała na kufry, bo jakaś matka z dwójką rozbieganych i rozkrzyczanych dzieci domagała się, aby najpierw wydać bagaż jej, a gdy odmówiono, zaczęła oskarżać bagażowych o zgubienie go i sprowadziła konduktora. Kiedy w końcu Rozalia zobaczyła swoje kufry, postanowiła spytać o jakiś hotel, ale wtedy usłyszała, że ktoś ją woła.
Odwróciła się i nie wierzyła własnym oczom. To był Antek!
Wysoki, przystojny i wpatrzony w nią jak w obrazek. Był taki piękny… czy ona zapomniała, jaki był piękny?
Przyglądała mu się, zaskoczona, nie mogąc wydusić słowa. Wydawał jej się jeszcze wyższy niż kiedyś, a przecież zawsze był wysoki. Tylko wtedy był chudy, a teraz wyglądał tak zdrowo i krzepko. Kiedy ostatnio go widziała, miał osiemnaście lat. Potem poszedł na wojnę, a teraz miał dwadzieścia trzy lata, zmężniał i był jeszcze przystojniejszy.
Patrzył teraz na nią, jakby to ona była takim zjawiskiem, jakim wydał jej się on. W przeciwieństwie do niej jemu nie odebrało mowy, przeciwnie, usta mu się nie zamykały.
– Moja Rozalia wróciła! – powtarzał. – Jaka ty jesteś piękna! Jeszcze piękniejsza niż kiedyś. I jaka elegancka! Wyglądasz jak wielka dama! Zobacz, te wszystkie hrabianki mało sobie łbów nie poukręcają, tak się za tobą oglądają. Wiele by dały, żeby mieć twoją urodę, ale nic z tego. Tylko moja Rozalia jest taka piękna.
– Antek! – wykrztusiła wreszcie. – Naprawdę tu jesteś? Skąd się tu wziąłeś?
– Przyjechałem po ciebie – odparł tak, jakby było to coś oczywistego.
– Ale… skąd wiedziałeś, że przyjadę?
– Wyliczyłem sobie, że to będzie jakoś teraz – powiedział. – Sprawdziłem, kiedy przychodzą pociągi z Wiednia, i przyjechałem.
– Ale… skąd wiedziałeś, że wrócę właśnie dziś? – Nie rozumiała. – Nie wysyłałam telegramu, bo… sama nie wiedziałam… – Zawahała się.
– Bo myślałaś, że i tak nikt po ciebie nie wyjedzie? – wszedł jej w słowo. – Twoi pewnie by nie wyjechali – przyznał, uśmiechając się smutno – ale teraz masz jeszcze mnie – przypomniał jej. – Ja zawsze będę na ciebie czekać!
Rozalia wiedziała, że jej rodzina nie przyjedzie po nią, co nawet jej pasowało. Ale Antek naprawdę nie mógł się doczekać. Wzruszyło ją to. Odkąd go poznała, jeszcze w dzieciństwie, Antek był osobą, dzięki której czuła, że można ją lubić i że jest coś warta.
– A gdybym dziś nie przyjechała?
– To czekałbym, aż wszyscy sobie pójdą, żeby mieć pewność, że nie było cię w tym pociągu, i wróciłbym do domu. A jutro znowu bym tu przyjechał i czekał na ciebie – oświadczył. – I tak aż do skutku. Na wszelki wypadek już wczoraj tu byłem i czekałem… – Uśmiechnął się, a ona wzruszyła się jeszcze bardziej. – Oba te kufry są twoje? – zdziwił się.
Przytaknęła.
– No, no… Józkę i Małgośkę pokręci z zazdrości – mruknął.
Wręczył bagażowemu napiwek i wrzucił oba kufry do powozu.
– Bardzo chętnie nie pokazywałabym tego wszystkiego moim siostrom – westchnęła Rozalia, siadając obok niego.
– No to może zawieziemy to do mnie? – zaproponował. – Pisałem ci, że mam teraz gospodarstwo? – rzucił niedbałym tonem.
– Tak. – Spojrzała na niego.
Miał na sobie garnitur, który sprawiał wrażenie uszytego na miarę, i czystą, białą koszulę. Wszystko to wyglądało jak nowe, podobnie jak jego buty, wypastowane na wysoki połysk. Włosy musiał przystrzyc u dobrego krakowskiego fryzjera. Po dawnym, biednym Antku, w podniszczonych rzeczach donaszanych po kuzynie, nie pozostał ślad.
– Masz gospodarstwo po Krotowiczach… Wszyscy oni nie żyją?
– Tak. Franek zginął na wojnie, a Bronka i Staszka umarły na influenzę. Wuj też na to umarł, a ciotka jeszcze przed wojną na te płuca, co chorowała.
Skinęła głową. Cała rodzina, która odwróciła się od Antka i traktowała go jak popychadło, teraz spoczywała w grobach, a majątek, którym tak się szczycili, znalazł się w jego rękach. Antek został gospodarzem i sądząc z tych krótkich listów, które Rozalia dostała od rodziny, jej ojciec i matka nie mieli już nic przeciwko temu, by za niego wyszła.
Ona sama teraz też się już nie wahała. Opuściły ją wątpliwości, które targały nią przez ostatnie miesiące i które nie pozwoliły jej zmrużyć oka w pociągu. Chciała zostać żoną tego pięknego mężczyzny, który siedział obok niej i spoglądał na nią tak, że wszystkie jej obawy związane z powrotem do domu i dawnego życia zniknęły. Znowu miała Antka i nie potrzebowała niczego innego. Wszystkie jej uczucia powróciły, a może nigdy nie odeszły?
Siedziała blisko niego, świeciło słońce, wiosenny wiatr rozwiewał jej włosy nad czołem i próbował zsunąć kapelusz. Pachniało wiosną. To był piękny dzień.
– Po wojnie nie wróciłem do Cichego Potoku, bo tam już mnie nie ciągnęło – opowiadał Antek. – Kolega z wojska znalazł mi pracę w Krakowie, przy samochodach. Pojechałem do Cichego Potoku tylko po to, żeby spytać o ciebie… Samochodem pojechałem – dodał i oboje się roześmiali, przypominając sobie aferę, jaką tuż przed wojną wywołał Tomasz Mantlewicz, przyjeżdżając po Rozalię samochodem. – Twoja ciotka i inne baby mało nie padły, że już drugi kawaler samochodem do ciebie przyjechał. A do żadnej innej panny we wsi nikt nigdy nie przyjeżdżał samochodem.
Rozalia popłakała się ze śmiechu. I ze szczęścia, że Antek nie jest ani trochę zazdrosny o Tomasza i nie przeszkadza mu, że część wsi uważa, że powinien.
– Twoi powiedzieli, że nie wróciłaś, więc napisałem do ciebie z Krakowa i dostałaś list, bo mi odpisałaś.
Skinęła głową.
– No i wtedy, jak przyjechałem spytać o ciebie, dowiedziałem się, że Franka zabili i że Bronka umarła, bo to jakoś zaraz po jej pogrzebie było… Dzień albo dwa wcześniej ją pochowali. Przyszło mi do głowy, że wypada pójść do wuja, a raczej do Staszki, ale z Ciszkami rozmawiałem i powiedzieli mi, żebym lepiej nie szedł, bo Staszka też chora i żebym się nie zaraził i nie rozniósł tego dalej. No to nie poszedłem… A potem, może ze dwa tygodnie później, spotkałem w Krakowie Marcyśkę Sołecką i ona od razu zaczęła mi kondolencje składać, że kuzynki umarły. I tak się dowiedziałem, że Staszka też nie żyje.
– Obie były takie młode – westchnęła Rozalia. – I pojechałeś do wuja?
– Na początku się nie rwałem, bo sama wiesz, jak z nim było. No i nie chciałem, żeby wyszło, że jak ten sęp przyczaiłem się na majątek. Ale najpierw ta Marcyśka mi nagadała, że powinienem pojechać, bo wuj został sam, a też niedomaga. No i że ma swoje lata, i jak on sobie poradzi na takim gospodarstwie, i takie tam, jak to Marcyśka. A potem jeszcze wpadł do mnie Mateusz Kowal. Twoi mu powiedzieli, gdzie mnie szukać, bo zostawiłem adres dla ciebie. Mateusz powiedział, że wuj go prosił, żeby mnie znalazł, jak będzie w Krakowie i żeby spytał, czy bym nie chciał z nim gospodarzyć, bo sami zostaliśmy z rodziny.
– Krotowicz przysłał po ciebie Mateusza? – zdziwiła się Rozalia. – No, no… Musiało go przycisnąć…
– To samo pomyślałem – przyznał Antek. – Ale mam swoją dumę. Powiedziałem Mateuszowi, że mam w Krakowie dobrą robotę i nie potrzebuję łaski. Mateusz się zdziwił, że takie gospodarstwo, tyle ziemi, inwentarz taki piękny i wszystko teraz wuj pewnie mnie zapisze, bo komu? Ale ja już poznałem się na tym wuju moim. – Skrzywił się. – Więc mówię Mateuszowi, że rodzina to nie zawsze to, co ludzie myślą, i że jedno, czego mnie w życiu nauczyli, to tego, że liczyć mogę tylko na siebie.
– Pewnie Mateusz tego nie rozumiał?
– No właśnie – mruknął Antek. – Gadał mi jeszcze takie rzeczy, aż musiałem do roboty wracać. A wuj przysłał jeszcze Mietka Chomąto. I on to samo, co Mateusz. To powiedziałem mu to samo, co jemu, ale Mietek lepiej wiedział, o co mi chodzi, bo on też tak ma z rodziną. Ale potem tak sobie myślałem, że rzeczywiście… Jestem Krotowicz, a grosza od Krotowiczów nie zobaczyłem. Niby wiem, że matka przepuściła wszystko, co dostała, ale powiadają, że nie dostała tyle, ile powinna. I tak myślałem o tym wszystkim i jeszcze o tym, że ten psi syn, mój wuj, dostał już za swoje. Bóg go pokarał i może to nie po chrześcijańsku w takich okolicznościach się na niego boczyć. Pomyślałem, że go odwiedzę, ale nie specjalnie po to tam pojechałem, tylko przy okazji. Bo listów od ciebie nie było i do twoich pojechałem, zapytać, kiedy wrócisz, a potem wuja odwiedziłem. Złożyłem kondolencje, powiedziałem, że u ciebie byłem, żeby sobie nie myślał…
– A on co?
– A on cały w skowronkach, psiakrew… – Antek pokręcił głową. – Wódkę od razu wyciągnął, na obiad zaprosił, sam nie wiedział, co wymyślić. A jak sobie przypomniałem, co kiedyś… – urwał, a Rozalia pokiwała głową.
– No to nieźle mu się odmieniło – przyznała.
– Tak. Jak nie on. Tak mnie namawiał, żebym został, że mi wszystko zapisze, bo już nikogo na świecie nie ma. Rozpłakał się nawet… No, ale się nie dziwię. Troje dzieci stracił…
Rozalia pokiwała głową.
Wuj Krotowicz był podłym człowiekiem, ale nawet on musiał mieć jakieś uczucia, a śmierć trojga dzieci w krótkim czasie dla każdego musiała być strasznym doświadczeniem.
– I po tym zamieszkałeś u niego?
– Tak. Na początku aż go nie poznawałem. Sam nie wiedział, co robić, żebym został. Wszystko mi zapisał, ale w testamencie. Że dopiero po jego śmierci coś dostanę.
– Pewnie się bał, że jak już teraz coś na ciebie przepisze, to go puścisz z torbami.
– Tak… – Westchnął Antek. – Myślał, że jestem taki sam psi chwost bez wstydu i sumienia, jak on. Ale potem zaczęło z niego wyłazić… Tuż przed Popielcem powiedział mi parę słów za dużo, a ja mu na to, że po niedzieli się pakuję i odchodzę, ale on w sobotę zachorował, no to go nie zostawiłem. Nawet dwa tygodnie nie minęły, jak umarł.
– Influenza?
– Właśnie nie wiadomo. Może tyfus albo nawet cholera? Lekarz tak powiedział, bo sprowadziłem lekarza, nawet trzy razy. Na początku mówił, że influenza, a potem wyszło, że raczej tyfus albo nawet cholera… Zmartwiłem się wtedy, bo jak powiedział, że influenza, to Honorkę zatrudniłem, żeby go pielęgnowała.
– Honorkę od Ciszków?
– Tak. Ona przechorowała influenzę zaraz na początku, a potem pielęgnowała innych, bo każdy się bał. Tak sobie dorabiała. Ale jak się dowiedziała, że to mogła być cholera albo tyfus, to się wystraszyła… Prosiła mnie, żebym Ciszkowej nie mówił, bo ją z domu wyrzuci. No i nie powiedziałem i we wsi nie wiedzą, co to było… Ale ten lekarz też do końca nie wiedział. Może to jednak też influenza? Kto tam to teraz wie?
– Ale ty się nie zaraziłeś?
– Nie. Ani Honorka, bo jak ten lekarz powiedział, że może cholera albo tyfus, to też się bałem, że ona się zarazi albo ktoś od Ciszków, ale nie. Dlatego myślę, że to nie było to. A lekarz może tak mówił, bo nie chciał wuja brać do szpitala… Chociaż najpierw chciał i ja też bym go wysłał, bo w szpitalu miałby lekarzy i leki, ale wuj się uparł, że nie. Jak to stary człowiek. Oni uważają, że jak do szpitala, to stamtąd prosto na cmentarz.
– To głupie – westchnęła Rozalia. – Tylu ludziom w szpitalach uratowano życie.
Antek się z nią zgodził.
– Honorkę Ciszkowie od razu wysłali do szpitala. Żeby sami nie złapali influenzy. Ale szybko wyzdrowiała. Tak samo Pietras…
– Pietras też zachorował?
Pietras, trochę młodszy od nich, był ich przyjacielem z dzieciństwa.
– Też. I nie wiem, czy ci napisali, że Pietras się ożenił z Hanką od Golonki?
Rozalia popatrzyła na niego oczami jak spodki.
– Pietras z Hanką? Jak to?!
Pietras był synem ubogiej wdowy, która mieszkała w walącej się chacie, a wszystkie dzieci wysyłała na służbę, gdy tylko odrosły od ziemi. Pietras był najstarszy i od małego pracował dla gospodarzy z Cichego Potoku. A Hanka była jedynaczką na prawie dwudziestu hektarach. Od małego zadzierała nosa. Zadawała się z Lalką Paczółkówną i obie były zarozumiałymi, wrednymi dziewuchami, znajdującymi przyjemność w dokuczaniu innym.
– Matka go ożeniła z tą Hanką – opowiadał Antek. – Cała szczęśliwa była, jakby Pana Boga za nogi złapała, bo jej Golonka pomaga. Przehandlowała Pietrasa. – Pokręcił głową ze zgorszeniem. – Szedł do ślubu jak na ścięcie. Jeszcze zaraz przed chciał uciekać, to mu matka nagadała, że ona tak się dla niego poświęciła, a on nie chce pomóc jej i rodzeństwu.
Rozalia słuchała tego zmartwiona.
– Przecież Pietras od małego pracował na nią i rodzeństwo – powiedziała oburzona. – I za to jeszcze wydała go za tę cholerę? Hanka dalej taka wredna?
– Jeszcze wredniejsza – odparł Antek. – Bez przerwy chodzi zła jak osa. Pietras jej żałuje tego, po co chciała wyjść za niego – uśmiechnął się kpiąco. – Bo dziewuchy za nim oczy wypatrywały, to Hanka pomyślała, że on musi być jej, i przekonała starego, żeby jej go kupił. Wcale się Pietrasowi nie dziwię, że jej unika. Każdy by unikał. We łbie ma poprzewracane, cholera jedna. Ale cieszy się, że ma męża, bo teraz o mężów trudniej, po wojnie. U nas we wsi pięciu zginęło. Jaśka zabili, słyszałaś?
– Naszego Jaśka?
Jasiek też był ich przyjacielem z dzieciństwa.
Antek przytaknął.
– Cesiek ze dwora też nie żyje – dodał.
Cesiek ze dwora był synem miejscowego dziedzica, Sołeckiego.
– Bohatersko zginął i Sołeckie medal dostały – opowiadał Antek. – Pośmiertny. Powiesiły sobie ten medal i Ceśka portret na honorowym miejscu, żeby każdy widział…
Rozalia dowiadywała się, co ostatnio wydarzyło się w jej rodzinnej wsi, słuchając opowieści Antka, i rozpoznawała znajome widoki.
Wkrótce zobaczyła most nad Cichym Potokiem, a za nim las, za którym była jej wieś.
– Tyle razy myślałam o tym miejscu – szepnęła.
– Tęskniłaś za domem?
Przytaknęła, ale się zawahała.
– Za tobą tęskniłam – powiedziała.
Pocałowali się, przejeżdżając przez most. A potem znowu, kiedy wjeżdżali do lasu.
Antek rozejrzał się i spojrzał na nią figlarnie.
– Ja nic nie mówię, ale w lesie jesteśmy – zauważył wesoło. – I nikogo w okolicy…
Roześmiała się. Przystanęli i całowali się, nie zwracając uwagi na zniecierpliwione konie, które prychały i co jakiś czas szarpały powozem.
Rozalia była szczęśliwa. Dawno nie czuła się tak wspaniale. Kręciło jej się w głowie od tych wszystkich emocji i pieszczot Antka. Wszystkie wątpliwości gdzieś uleciały. Była tylko ona i Antek, a wokół pachniał las, śpiewały ptaki i świeciło wiosenne słońce.
Nie spieszyło im się do domu i nie wiadomo, kiedy ruszyliby dalej, gdyby nie zobaczyli w oddali nadjeżdżającej furmanki. Antek gwizdnął na konie, jedną ręką trzymając lejce, a drugą poprawiając ubranie. Rozalia poprawiała swoje.
– Nie mam potarganych włosów? – spytała.
– Masz! – roześmiał się. – Schowaj pod kapeluszem.
Kapelusz zsunął jej się podczas pieszczot i teraz leżał obok.
– Powinnam była znaleźć jakąś chustkę – westchnęła, upinając włosy. – Łatwiej by było, no i bardziej bym pasowała do wsi…
– Ty nigdy nie będziesz tam pasowała – przerwał jej. – I bardzo dobrze – dodał.
Uśmiechnęli się do siebie.
Jako dzieci uświadomili sobie, że nie pasują do wsi, dlatego tak często im się obrywa. Początkowo się tym martwili, ale odkąd oboje to wiedzieli i uznali, że to ich połączyło, zaczęli być z tego w pewien sposób dumni.
Przez jakiś czas znów jechali, rozmawiając i trzymając dystans przed furmanką. Mieli nadzieję, że skręci w boczną drogę do lasu, bo był to prosty wóz drabiniasty.
Gdy wreszcie tak się stało, poczekali, aż zniknie z ich pola widzenia, żeby mogli znowu oddać się pieszczotom, ale wtedy na horyzoncie widzieli już wyjazd z lasu, za którym zaczynał się Cichy Potok, a na drodze przed nimi pojawił się kolejny człowiek. Szedł piechotą, a raczej zdawał się przemykać, trzymając się blisko drzew.
Siedzieli więc obok siebie w przyzwoitej odległości, a gdy mijali przechodnia, Antek pozdrowił go, a on jego. Rozalia również się ukłoniła, choć go nie rozpoznała. Z dala wyglądał na starszego od nich, spod czapki wymykały mu się ciemne kosmyki przetykane siwizną, ale z bliska jego twarz wydała się Rozalii młodsza, niż się spodziewała.
– Kto to? – spytała cicho Antka, gdy tamten nieco się oddalił.
– Nie poznałaś Zająca?
– To Zając? – Rozalia mgliście go pamiętała. Był o dobre dziesięć lat starszy od nich. Kiedy byli dzieciakami, Zając był młodzieńcem, za którym oglądały się dziewczyny w jego wieku, a potem… Rozalia nawet nie pamiętała, czy się ożenił, czy nie. Zawsze mieszkał z matką na skraju lasu. – Nie poznałam go…
– Dziwny się zrobił po wojnie – powiedział Antek. – Przybrał sobie do głowy – wyjaśnił. – Z niektórymi wojna porobiła takie rzeczy. Sam miałem dwóch kolegów… jeden próbował się powiesić, a drugiego zamknęli w Kobierzynie, w tym szpitalu dla wariatów.
– I ten Zając też…?
– Nie gadałem z nim po wojnie – przyznał Antek. – Nigdy się za dobrze nie znaliśmy, ale z tego, co widzę i co mówią we wsi, unika ludzi. No i stara go z domu wyrzuciła.
– Stara Zającowa?
Antek przytaknął.
– Własnego syna, jedynaka – dodał. – Nie wiem, co tam było, ale podobno odkąd wrócił z wojny, nie wpuszcza go do domu. A wrócił tamtego lata. Zamieszkał w szałasie, a przez zimę stara Zającowa pozwoliła mu spać w szopie i chyba dalej tam śpi. A w polu jej robi, ale może dlatego, że to kiedyś jego będzie. Zającowa ma swoje lata i jest schorowana.
– To może ona ma coś z głową? – zastanowiła się Rozalia.
– Możliwe, chociaż te stare baby ciągle ją szanują. Tak po swojemu, jak to one…
Pokiwała głową. Wiedziała, do czego zdolne są wiejskie plociuchy…
Zza drzew wynurzyły się znajome zabudowania Cichego Potoku. Antek ściągnął lejce i ruszył w prawo, by wjechać na drogę prowadzącą na drugi koniec wsi, gdzie stał dom Gawronów, ale Rozalia go powstrzymała.
– Moglibyśmy najpierw pojechać do ciebie? – spytała.
– Do mnie? – zdziwił się, a potem uśmiechnął łobuzersko.
Pokręciła głową.
– Chodzi mi o to, że zostawiłabym tam kufry. Wzięłabym tylko trochę rzeczy.
Antek zawrócił i już jechali w stronę domu Krotowiczów, położonego nieopodal lasu.
Minęli dom Gruzłów, przed którym siedziała Gruzłowa ze starą matką. Od razu wyciągnęły szyje, patrząc, kto to jedzie, a gdy zobaczyły Rozalię, już się podrywały z miejsca. Jednak Antek nawet nie zwolnił, oboje z Rozalią tylko je pozdrowili i już jechali dalej, mijając kobietę z dzieckiem na ręku i drugim, drepcącym obok. Obejrzała się i Rozalia zobaczyła, że to Marysia od Gawłów, która była w jej wieku. Ledwie ją poznała w zakrywającej włosy chustce i w zaawansowanej ciąży.
– Marysia wyszła za mąż! – szepnęła zaskoczona do Antka, który tylko przytaknął.
Chwilę później, mijając dom Balickich, których córki chodziły z nią do szkoły, zobaczyła na podwórku ich matkę w otoczeniu małych dzieci. Wszystkie dziewczyny w jej wieku miały już dzieci, i to po kilkoro! Będzie teraz wioskową starą panną, która powinna czym prędzej wyjść za kogokolwiek, by jak najszybciej dołączyć do grona matek.
Z jakiegoś powodu przeraziło ją to, ale Antek znowu się z kimś witał.
Przed domem Borowiaków siedział Jasiek Borowiak, pozdrowił ich i Antek zwolnił.
– To Rozalia? – zawołał Jasiek i przyjrzał się jej, osłaniając oczy od słońca.
– Tak! – odpowiedziała, zastanawiając się, czemu Jasiek nie wstaje, żeby podejść, dopóki nie zauważyła, że chłopak nie ma prawej nogi.
– Postrzelili go i dostał jakiegoś zakażenia… – Wyjaśnił Antek i urwał, by pozdrowić starszą kobietę, której staromodny kapelusz przykuł uwagę Rozalii, bo kobiety z Cichego Potoku nosiły na głowach chustki.
Też ją pozdrowiła i przyjrzała się z niedowierzaniem.
– To Sołecka? – upewniła się. – Tak się postarzała?
– Śmierć Ceśka ją dobiła, no i obie z Marcyśką teraz cienko przędą.
Jakby na potwierdzenie tych słów ich oczom ukazał się dworek Sołeckich – kiedyś elegancki, teraz wyraźnie podupadły. Fasady dawno nikt nie odmalował, ogród pozarastał.
– Cesiek był, jaki był, ale miał łeb na karku i umiał gospodarzyć – westchnął Antek. – Teraz, jak go zabrakło, Sołeckie sobie nie radzą. Zastanawiam się, czy im pomóc nie trzeba, ale z drugiej strony mają sporo ziemi, a tylu ludzi we wsi naprawdę nie ma co włożyć do gara po tej wojnie. One przecież nie są biedne, tylko obie to takie panie hrabianki, co grają na fortepianie, haftują i malują obrazki, ale że trzeba zasiać, zebrać, zaorać, to żadna z nich nie wie. Marcyśka niby męża szuka, ale ciągle coś znaleźć nie może. Żaden dla niej nie dość dobry i ciągle jest panną, choć ma już ze trzydzieści lat. Księcia by chciała, tylko jaki książę poleci na taką Marcyśkę? Im tam nie księcia potrzeba, tylko dobrego gospodarza…
– A moje siostry? – spytała Rozalia. – Mają kawalerów?
– A gdzie?! – Prychnął. – Chociaż za Antosią się chłopaki oglądają, bo śliczna z niej dziewczyna. Ale nie taka piękna jak ty – dodał szybko. – No i Madzia się zapowiada, że też będzie ładna, ale to jeszcze dzieciak. A Józka i Małgośka tak coś jakby nie mają powodzenia… – Zrobił łobuzerską minę, bo Józka i Małgośka zalazły im za skórę.
– Dalej takie… – Rozalia nie wiedziała, jak to ująć. – Takie, jak były?
Przytaknął, a Rozalii wcale to nie zaskoczyło. Wątpiła, by mogły się zmienić.
– Pewnie dlatego nikt się nie rwie z oświadczynami – orzekł Antek. – Józki sam bym się bał. Małgośki zresztą też, bo choć sama mniej groźna, to zawsze wszędzie łazi z Józką.
Dom Krotowiczów też jakby podupadł w ciągu tych pięciu lat, kiedy Rozalia go nie widziała. Była jednak pewna, że wkrótce doprowadzą go do porządku.
– Tylu ludzi nas widziało, że teraz nie mamy wyjścia, musimy szybko pojechać stąd do twoich – powiedział Antek, wjeżdżając na podwórko.
– No tak, będą gadać – westchnęła Rozalia. – Najlepiej, żebyśmy przejechali tamtędy, co w tę stronę, żeby wszyscy wiedzieli, jak krótko tu byliśmy. Tylko dom mi pokazałeś…
– I tak będą gadać! – Machnął ręką.
Wyciągnął większy kufer i zaniósł go do domu.
Rozalia chwyciła mniejszy, ale ją powstrzymał.