Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Nastrojowa, utrzymana w balladowej tonacji opowieść o płomiennym romansie dwójki niemłodych już ludzi, których drogi krzyżują się na chwilę, by rozejść się na zawsze. On – Robert Kincaid – fotograf współpracujący z National Geographic, przedkładający wolność nad karierę, który przybywa do Madison County, by fotografować zabytkowe kryte mosty. Ona – Francesca Johnson - przykładna żona farmera ze stanu Iowa, kobieta niespełniona, choć pogodzona z losem. Przypadkowe spotkanie przeradza się we wzajemną fascynację, niezwykle intensywny fizyczny i duchowy związek. Po kilku dniach spędzonych razem uświadamiają sobie, że są dla siebie stworzeni. Francesca staje przed dramatycznym wyborem – czy iść za głosem serca, czy pozostać lojalną wobec dzieci i męża?
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (2)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 164
Rok wydania: 2004
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robert James Waller, współczesny pisarz amerykański, z zamiłowania fotograf i muzyk. Przed rozpoczęciem kariery literackiej wykładał ekonomię na University of Northern Iowa. W swoim dorobku ma dwa zbiory esejów oraz kilka krótkich powieści m.in. Slow Waltz in Cedar Bend (1993), Border Musie (1995), Puerto Vallarta Squezze (1996) i „Tysiąc polnych dróg” (2002). Światową sławę przyniosła mu wydana w 1992 roku książka „Co się wydarzyło w Madison County”, sfilmowana przez Clinta Eastwooda z Meryl Streep w głównej roli. Waller mieszka na odludnej farmie w górzystej części stanu Texas.
W serii LITERKA m.in.
James Clavell
KRÓL SZCZURÓW
Harlan Coben
NIE MÓW NIKOMU
BEZ POŻEGNANIA
BEZ SKRUPUŁÓW
Jackie Collins
ŻONY Z HOLLYWOOD II:
NOWE POKOLENIE
Liza Dalby
GEJSZA
OPOWIEŚĆ MURASAKI
Nelson DeMille
GRA LWA
Ken Follett
NOC NAD OCEANEM
ZABÓJCZA PAMIĘĆ
KRYPTONIM „KAWKI”
Tess Gerritsen
CHIRURG
Arthur Golden
WYZNANIA GEJSZY
Jean-Christophe Grangé
PURPUROWE RZEKI
Denis Guedj
TWIERDZENIE PAPUGI
Brian Haig
TAJNA SANKCJA
Joseph Heller
PARAGRAF 22
COŚ SIĘ STAŁO
OSTATNI ROZDZIAŁ,
CZYLI PARAGRAF 22 BIS
Wei Hui
SZANGHAJSKA KOCHANKA
Stephen King
ZIELONA MILA
CZTERY PORY ROKU
SKLEPIK Z MARZENIAMI
BEZSENNOŚĆ
Królowa Noor
AUTOBIOGRAFIA
Latifa
UKRADZIONA TWARZ
Richard Mason
ŚWIAT SUZIE WONG
Ian McEwan
POKUTA NIEWINNI
Anchee Min
CZERWONA AZALIA
DZIKI IMBIR
CESARZOWA ORCHIDEA
Tony Parsons
MĘŻCZYZNA I CHŁOPIEC MĘŻCZYZNA I ŻONA
ZA MOJE DZIECKO
James Patterson
DOM PRZY PLAŻY
FIOŁKI SĄ NIEBIESKIE
Allison Pearson
NIE WIEM, JAK ONA TO ROBI
Mario Puzo
CZWARTY K
RODZINA BORGIÓW
GŁUPCY UMIERAJĄ
Jean Sasson
KSIĘŻNICZKA
CÓRKI KSIĘŻNICZKI SUŁTANY
Karla Schefter
AFGANKA
Erich Segal
NAGRODY
AKTY WIARY
Nicholas Sparks
NA RATUNEK
NA ZAKRĘCIE
NOCE W RODANTHE
Robert James Waller
CO SIĘ WYDARZYŁO W MADISON COUNTY
ROBERT JAMES WALLER
CO SIĘ WYDARZYŁO W MADISON COUNTY
Z angielskiego przełożyli
JACEK MANICKI
WŁADYSŁAW MASIULANIS
Seria LITERKA
Wydawnictwo
A.Kuryłowicz
WARSZAWA 2004
Tytuł oryginału:
THE BRIDGES OF MADISON COUNTY
Copyright © Robert James Waller 1992
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition
by Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2003
Redakcja: Barbara Nowak
Ilustracja na okładce: Jacek Kopalski
Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz
ISBN 83-7359-243-1
Wyłączny dystrybutor
Firma Księgarska Jacek Olesiejuk
Kolejowa 15/17, 01-217 Warszawa
tel./fax (22)-631-4832, (22)-632-9155, (22)-535-0557 www.olesiejuk.pl/www.oramus.pl
WYDAWNICTWO ALBATROS
ANDRZEJ KURYŁOWICZ
adres dla korespondencji:
skr. poczt. 55, 02-792 Warszawa 78
Warszawa 2004
Wydanie III (I w tej edycji)
Druk: OpolGraf S.A., Opole
Obcym; wędrowcom
Są pieśni, które płyną z błękitnookiej trawy, z kurzu tysiąca polnych dróg. Oto jedna z nich. Jest wieczór, jesień tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Siedzę przy biurku, wpatrzony w kursor migający na ekranie monitora; dzwoni telefon.
Mówi Michael Johnson, były mieszkaniec stanu Iowa. Obecnie przebywa na Florydzie. Przyjaciel z Iowa przysłał mu jedną z moich książek. Michael Johnson przeczytał ją, przeczytała ją również jego siostra Carolyn. Chcą opowiedzieć mi pewną historię, która — jak sądzą — mogłaby mnie zainteresować. Johnson jest ostrożny, nie chce nic powiedzieć na temat owej historii. Mówi tylko, że on i Carolyn chętnie przyjadą do Iowa, żeby o tym porozmawiać.
Ciekawe, że gotowi są zadać sobie tyle trudu. Czuję się zaintrygowany, mimo że zazwyczaj sceptycznie odnoszę się do tego rodzaju propozycji. Tak więc zgadzam się na spotkanie z nimi w Des Moines za tydzień. W Holiday Inn nieopodal lotniska przedstawiamy się sobie nawzajem, stopniowo znika skrępowanie i Johnsonowie siadają naprzeciw mnie. Za oknami zmierzcha, pada rzadki śnieg.
Wymuszają na mnie przyrzeczenie: jeśli nie zechcę spisać ich opowieści, muszę obiecać, że nigdy nie ujawnię, co się wydarzyło w Madison County, w stanie Iowa, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku, a także innych związanych z tym późniejszych wypadków w ciągu dwudziestu czterech lat. W porządku, brzmi rozsądnie. Ostatecznie to ich historia, nie moja.
Słucham więc. Słucham uważnie i zadaję rzeczowe pytania. Oni zaś mówią i mówią. Chwilami Carolyn płacze, Michael z trudem powstrzymuje łzy. Pokazują mi dokumenty, wycinki z czasopism oraz pamiętniki ich matki Franceski.
Obsługa hotelowa pojawia się i znika. Zamawiamy dodatkową kawę. Kiedy tak mówią, z wolna napływają do mnie obrazy. Najpierw trzeba widzieć obrazy, słowa przychodzą później. I zaczynam słyszeć te słowa, widzieć je na papierze. Tuż po północy zgadzam się spisać ich historię — albo przynajmniej spróbować to zrobić.
Podjęcie decyzji o ujawnieniu zawartych w opowieści informacji nie przyszło im łatwo. Okoliczności wydarzeń są delikatnej natury, rzecz bezpośrednio dotyczy ich matki i — w jeszcze większym stopniu — ojca. Michael i Carolyn przyznali, że opublikowanie historii może wywołać obrzydliwe plotki i deprecjację przechowywanego w ludzkiej pamięci obrazu Richarda i Franceski Johnsonów.
Niemniej, żyjąc w świecie, w którym osobiste zaangażowanie we wszystkich jego formach zdawało się gwałtownie zanikać, a miłość stała się kwestią wygody, oboje czuli, że ta niepowszednia historia warta jest opowiedzenia. Wierzyłem wtedy, i nawet mocniej wierzę teraz, że mieli rację.
W trakcie zbierania materiałów i pisania jeszcze trzykrotnie prosiłem Michaela i Carolyn o spotkanie. Za każdym razem bez słowa protestu przyjeżdżali do Iowa. Tak bardzo zależało im na pewności, że historia opowiedziana zostanie bez przekłamań. Czasem tylko rozmawialiśmy; czasem jeździliśmy wolno drogami Madison County, a oni wskazywali miejsca odgrywające znaczącą rolę w ich opowieści.
Niezależnie od pomocy udzielonej mi przez Michaela i Carolyn, tworząc niniejszą wersję historii, oparłem się na informacjach zawartych w pamiętniku Franceski Johnson i na wynikach poszukiwań prowadzonych na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w Seattle i Bellingham w stanie Waszyngton oraz — dyskretnie — w Madison County w stanie Iowa. Pewne informacje stanowiły pokłosie fotoreportaży Roberta Kincaida; pomocą służyli mi wydawcy magazynów ilustrowanych i producenci sprzętu i materiałów fotograficznych. Prowadziłem długie rozmowy z kilkorgiem starszych ludzi z okręgowego domu starców w Barnesville w stanie Ohio, pamiętających Kincaida z czasów jego dzieciństwa.
Mimo że podczas gromadzenia materiału nie szczędziłem trudu, moja wiedza pozostała niepełna. Uzupełniałem te luki tworami wyobraźni, ale tylko wtedy, gdy swoje domysły oprzeć mogłem na racjonalnych podstawach, wywiedzionych z intymnej zażyłości z Francescą Johnson i Robertem Kincaidem, a wszedłem w nią wraz z nimi dzięki swym poszukiwaniom. Ufam, że bardzo się zbliżyłem do tego, co wydarzyło się naprawdę.
Jedna z poważniejszych luk dotyczyła szczegółów podróży Kincaida przez północne stany. Wiedzieliśmy, że odbył taką podróż — z później opublikowanych fotografii, z krótkiej wzmianki w pamiętniku Franceski Johnson i z odręcznych notatek, które zostawił redaktorowi pewnego magazynu. Posłużyłem się tymi źródłami jako przewodnikiem i sam przebyłem szlak, którym — jak sądziłem — w sierpniu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku Kincaid zmierzał z Bellingham do Madison County. Dojeżdżając do celu podróży, czułem, że pod wieloma względami stałem się Robertem Kincaidem.
Niemniej jednak próba uchwycenia istoty jego osobowości stanowiła najtrudniejszą część moich badań i późniejszego pisania. Jest postacią nieuchwytną. Chwilami robi wrażenie człowieka dość pospolitego. Kiedy indziej znów — nieziemskiego, może nawet widmowego. W swojej pracy był skończonym profesjonalistą. A przecież uważał siebie za przedstawiciela specyficznego gatunku samców, stającego się anachronizmem w coraz bardziej zorganizowanym świecie. Wspomniał kiedyś o „niemiłosiernym zawodzeniu” czasu w jego głowie, Francesca Johnson zaś scharakteryzowała go jako „przebywającego w dziwnych, nawiedzanych przez duchy rejonach, gdzieś na początku Darwinowskiego łańcucha ewolucji”.
Dwa intrygujące pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Po pierwsze, nie zdołaliśmy ustalić, co się stało z archiwum fotograficznym Kincaida. Biorąc pod uwagę charakter jego pracy, musiały się w nim znajdować tysiące, może setki tysięcy zdjęć. Nigdy nie zostały odnalezione. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że zniszczył je przed śmiercią. Zgadzałoby się to z jego sposobem widzenia siebie i swojego miejsca w świecie.
Drugie pytanie dotyczy życia Kincaida w latach między tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym a tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim rokiem. Istnieje bardzo niewiele informacji na ten temat. Wiemy, że przez kilka lat zarabiał na (skromne) życie jako fotograf portrecista w Seattle. Stale też fotografował okolice cieśniny Puget. Poza tym nie wiemy nic. Co ciekawe, wszystkie listy wysyłane doń z zakładu ubezpieczeń społecznych i urzędu kombatanckiego były odsyłane z jego własnoręczną adnotacją: „Zwrot do nadawcy”.
Zebranie materiału i napisanie tej książki zmieniło moje poglądy, przeobraziło sposób myślenia. Przede wszystkim jednak sprawiło, że mniej we mnie cynizmu, kiedy odpowiadam sobie na pytanie, co jest możliwe w dziedzinie stosunków międzyludzkich. Poznawszy, w trakcie swoich poszukiwań, Francescę Johnson i Roberta Kincaida, doszedłem do wniosku, że granice owych stosunków mogą być rozszerzone w stopniu większym, niż dotąd sądziłem. Może i wy doznacie tego przeżycia, czytając tę książkę.
Nie będzie to łatwe. Żyjąc w świecie dotkniętym postępującą znieczulicą, każdy z nas kryje się w skorupie własnej zdrewniałej wyobraźni. Nie jestem pewien, gdzie kończy się wielka namiętność, a zaczyna ckliwość. Ale nasza skłonność do wyszydzania tej drugiej ewentualności i określania autentycznych, głębokich uczuć mianem sentymentalizmu utrudnia wejście do strefy delikatności, koniecznej do zrozumienia opowieści o Francesce Johnson i Robercie Kincaidzie. Musiałem przezwyciężyć tę skłonność, by móc przystąpić do pisania.
Jeśli jednak, czytając niniejszą opowieść, gotowi będziecie zawiesić niewiarę (jak to ujął Coleridge), pewien jestem, że doświadczycie tego co ja. Może nawet w zapoznanych przestrzeniach serca —jak Francesca Johnson — znajdziecie powód, żeby zatańczyć jeszcze raz.
Lato 1991
Robert Kincaid
Był ranek ósmego sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku. Robert Kincaid zamknął drzwi małego, dwupokojowego mieszkania na drugim piętrze bezstylowego, nieforemnego domu w Bellingham w stanie Waszyngton. Niosąc plecak ze sprzętem fotograficznym i walizkę, zszedł po drewnianych schodach i przez korytarz dotarł na tył budynku, gdzie na miejscu zarezerwowanym dla mieszkańców parkował jego stary chevrolet pikap.
Drugi plecak, średnich rozmiarów lodówka turystyczna, dwa statywy, karton cameli, termos i torba owoców znajdowały się już w szoferce. Na skrzyni leżało pudło z gitarą. Kincaid ustawił plecaki na siedzeniu, lodówkę zaś i statywy umieścił na podłodze. Wspiął się na skrzynię, pudło z gitarą oraz walizkę wsunął w róg i przycisnął położoną na płask, wytartą zapasową oponą. Całość związał kawałkiem sznura do suszenia bielizny. Pod oponę wsunął czarny brezent.
Usiadł za kierownicą, zapalił camela i przebiegł myślą listę zgromadzonych w wozie przedmiotów: dwieście szpul odpowiednio dobranych filmów, głównie zwykłych ładunków dziennych marki Kodachrome; statywy; lodówka; trzy aparaty i pięć obiektywów; portki dżinsowe i khaki; koszule; znoszona kamizelka, z gatunku tych noszonych przez fotografów. Okej. Wszystko inne mógł kupić po drodze, jeśli czegoś zapomniał.
Kincaid miał na sobie wyblakłe lewisy, znoszone terenowe buty Red Wing i koszulę khaki. Do tego pomarańczowe szelki. U szerokiego skórzanego pasa nosił szwajcarski wielofunkcyjny nóż wojskowy w oryginalnej pochwie.
Spojrzał na zegarek; ósma siedemnaście. Silnik pikapa zaskoczył przy trzeciej próbie. Kincaid wyjechał tyłem z parkingu, zmienił bieg i z wolna mszył uliczką oświetloną blaskiem zamglonego słońca. Jechał ulicami Bellingham, kierując się na południe, na jedenastą stanową, na odcinku kilku mil biegnącą brzegiem cieśniny Puget. Tuż przed skrzyżowaniem z dwudziestą krajową autostrada skręcała nieco na wschód.
Skierował się ku słońcu i rozpoczął długą, wiodącą krętym szlakiem jazdę przez Góry Kaskadowe. Podobało mu się tutaj i, choć nie musiał, zatrzymywał się od czasu do czasu, aby odnotować możliwość odbycia w przyszłości ciekawej wyprawy albo strzelić kilka — jak to nazywał — pamiętnikowych zdjęć migawkowych. Te robione ad hoc fotografie miały przypominać mu o miejscach, które warto by może odwiedzić powtórnie, już z poważniejszymi zamiarami. Pod wieczór znalazł się w Spokane. Skręcił na północ w drugą międzystanową, która miała go doprowadzić do leżącego w połowie trasy przez północne stany Duluth w Minnesocie.
Po raz tysięczny w życiu pomyślał, że chciałby mieć psa, na przykład złotego retrievera, by dotrzymywał mu towarzystwa w podróżach, takich jak ta, oraz w domu. Zbyt często jednak wyjeżdżał, zwykle za granicę, i zwierzak musiałby zostawać sam, a to byłoby wobec niego nie fair. Mimo wszystko myślał o tym. Za kilka lat będzie za stary do ciężkiej pracy w terenie.
— Wtedy mógłbym sobie sprawić psa — powiedział w zieleń iglastego lasu, przesuwającą się za oknem półciężarówki.
Taka jazda wprawiała go zawsze w nastrój sprzyjający rozliczeniom. Kwestia psa stanowiła jeden z ich składników. Robert Kincaid był sam na świecie; tak kompletnie sam, jak to tylko możliwe w wypadku jedynaka, który utracił już oboje rodziców, stracił kontakt z dalszymi krewnymi i nie ma bliskich przyjaciół.
Znał z imienia właściciela narożnego sklepu spożywczego w Bellingham, niedaleko jego domu, i człowieka prowadzącego sklep fotograficzny, w którym się zaopatrywał. Oficjalne, zawodowe stosunki łączyły go też z redaktorami kilku czasopism. Poza tym nie znał prawie nikogo i prawie nikt nie znał jego. Zwykłym ludziom trudno przyjaźnić się z Cyganami, a on był kimś w rodzaju Cygana.
Pomyślał o Marian. Odeszła od niego dziewięć lat temu, po pięciu latach małżeństwa. Miał teraz pięćdziesiąt dwa lata; ona więc musiała dobijać do czterdziestki. Marzyła o karierze piosenkarki folkowej. Znała wszystkie piosenki Weaversów i całkiem dobrze je śpiewała. W tamtych czasach, kiedy był w domu, woził ją na występy w kawiarniach Seattle i z widowni słuchał jej śpiewu.
Długie okresy jego nieobecności — czasem dwu-, trzymiesięczne — nie służyły małżeństwu. Wiedział o tym. Kiedy zdecydowali się pobrać, zdawała sobie sprawę z charakteru jego pracy, ale oboje mieli niejasne poczucie, że wszystko da się jakoś ułożyć. Nie dało się. Kiedy wrócił z reporterskiej wyprawy do Islandii, jej już nie było. Na kartce widniały słowa: „Robercie, nie wyszło nam. Zostawiłam ci naszą gitarę rytmiczną. Odezwij się”.
Nie odezwał się. Ona też nie. Rok później podpisał dokumenty rozwodowe, a następnego dnia wsiadł do samolotu do Australii. Nie chciała od niego niczego poza wolnością.
W Kalispell w Montanie zatrzymał się na nocleg. Zrobiło się późno. Motel Cozy Inn wyglądał na tani i był tani. Wniósł swoje rzeczy do pokoju, w którym znajdowały się dwie lampy biurowe, jedna z przepaloną żarówką. Leżał w łóżku, czytając Zielone wzgórza Afryki i popijając piwo. Czuł woń papierni Kalispell. Rano biegał przez czterdzieści minut, zrobił pięćdziesiąt pompek i posłużył się aparatami fotograficznymi w miejsce hantli, aby dopełnić codziennego rytuału.
Przez Montanę dotarł do Dakoty Północnej, krainy niepozornej i płaskiej, którą uznał za równie fascynującą jak góry czy morze. Było w niej jakieś surowe piękno, toteż kilkakrotnie zatrzymywał się, rozstawiał statyw i robił czarno-białe fotografie starych farmerskich zagród. Ten krajobraz miał dla Kincaida szczególny urok ze względu na jego minimalistyczne skłonności. Rezerwaty indiańskie robiły przygnębiające wrażenie, z powodów, które wszyscy znali i wszyscy lekceważyli. Niemniej tego rodzaju miejsca nie lepiej prezentowały się w północno-zachodniej części stanu Waszyngton, czy gdziekolwiek je widział.
Rankiem czternastego sierpnia, znalazłszy się o dwie godziny jazdy od Duluth, skręcił na północny wschód, w boczną drogę wiodącą do Hibbing i tamtejszych kopalni rud żelaza. W powietrzu unosił się rdzawy pył; wielkie maszyny wydobywały rudę, którą specjalnymi pociągami przewożono na statki, do Two Harbors nad Jeziorem Górnym. Popołudnie spędził na rozglądaniu się po okolicach Hibbing i stwierdził, że mu się tu nie podoba, jeśli nawet stąd pochodził Bob Zimmerman-Dylan.
Jedyną piosenką Dylana, którą naprawdę lubił, była Girl from the North Country. Umiał ją zaśpiewać i zagrać i mruczał sobie pod nosem jej słowa, opuszczając to miasto z gigantycznymi czerwonymi dziurami w ziemi. Marian nauczyła go kilku akordów i pokazała, jak je łączyć, by mógł sobie akompaniować.
— Dała mi więcej niźli ja jej — powiedział kiedyś w rozmowie z pewnym nie całkiem trzeźwym pilotem statków rzecznych. Działo się to w lokalu zwanym Bar u McElroya, gdzieś w dorzeczu Amazonki. I mówił prawdę.
Rezerwat przyrody Superior National Forest był wspaniały, naprawdę piękny. Kraina traperów. Za młodu żałował, że czasy traperów przeminęły bezpowrotnie, bo sam chciałby zostać jednym z nich. Jadąc przez łąki, widział trzy łosie, rudego lisa i mnóstwo jeleni. Zatrzymał się przystawię i sfotografował odbitą w wodzie osobliwie ukształtowaną gałąź. Usiadł potem na stopniu pikapa, pił kawę, palił camela i słuchał szumu poruszanych wiatrem brzóz.
Dobrze byłoby kogoś mieć; kobietę, pomyślał, obserwując dym z papierosa, zwiewany nad staw. Człowiek się starzeje i to wprawia go w ten nastrój. Ale świństwem byłoby się z kimś wiązać, skoro tak często wyjeżdżał. Już się tego nauczył.
Kiedy przebywał w Bellingham, od czasu do czasu spotykał się z pewną kobietą. Była kierownikiem artystycznym jednej z agencji reklamowych w Seattle. Poznał ją przy okazji wykonywania jakiejś pracy zbiorowej. Miała czterdzieści dwa lata, była inteligentna i sympatyczna, ale nie kochał jej, nigdy by jej nie pokochał.
Zdarzało się jednak, że oboje czuli się nieco samotni i wspólnie spędzali wieczór. Szli do kina, wypijali kilka piw, potem kochali się, i to z całkiem przyzwoitym skutkiem. Była kobietą doświadczoną. Miała za sobą dwa małżeństwa, w czasie studiów pracowała jako kelnerka w kilku barach. Niezmiennie, kiedy skończyli się kochać i leżeli razem w łóżku, mówiła mu:
Przypuszczał, że każdy mężczyzna czułby się dobrze, słysząc coś takiego, ale że wcale nie był aż tak doświadczony, nie miał pojęcia, czy to prawda. Kiedyś jednak powiedziała coś, co długo nie dawało mu spokoju.
Niejasno rozumiał, o co jej chodzi, lecz on sam również nie potrafił tego uchwycić. Nie zawsze panował nad swoimi myślami. Już jako chłopiec dorastający w niewielkim miasteczku w Ohio miał dręczące poczucie tragizmu życia, a jednocześnie ogromnej fizycznej i intelektualnej mocy. Kiedy jego rówieśnicy śpiewali dziecięce rymowanki, on uczył się melodii i angielskich słów pewnej francuskiej piosenki kabaretowej.
Lubił słowa i obrazy. „Blue” — to było jedno z jego ulubionych słów. Podobało mu się uczucie, jakiego doznawał na ustach i na języku, kiedy je wymawiał. Pamiętał, że w tamtych czasach uważał, iż słowa nie tylko mają znaczenie, ale wywołują doznania fizyczne. Lubił też inne słowa, takie jak: „odległy”, „dym”, „autostrada”, „przedwieczny”, „wędrówka”, „traper” i „Indie” — za to jak brzmiały, jak smakowały i co wyczarowywały w jego umyśle. Listy ulubionych słów przyklejał do ściany w swoim pokoju.
Następnie łączył słowa w zdania i te również, spisane, przyczepiał do ścian.
Zbyt blisko ognia.
Przybyłem ze Wschodu z garścią
podróżników.
Niecichnący szczebiot tych, którzy chcieliby mnie
ocalić, i tych, którzy chcieliby mnie sprzedać.
Talizmanie, talizmanie, zdradź mi swoje tajemnice.
Sterniku, sterniku, wieź mnie ku domowi.
Gdzie pływają błękitne wieloryby, leżała naga.
Życzyła mu pędzących pociągów, które wyjechały
z zimowych dworców.
Nim stałem się człowiekiem, byłem strzałą —
dawno, dawno temu.
Istniały też miejsca, których nazwy lubił: Prąd Somalijski, góry Big Hatchet, cieśnina Malakka i wiele innych. Kartki ze słowami, zdaniami i nazwami miejsc w końcu całkowicie pokryły ściany jego pokoju.
Nawet matka zauważyła, że jakoś różni się od innych dzieci. Do chwili ukończenia trzeciego roku życia nie wypowiedział ani jednego słowa. Potem zaczął mówić pełnymi zdaniami, a jako pięciolatek doskonale czytał. W szkole był uczniem miernym, nie angażował się — prawdziwe utrapienie dla nauczycieli.
Spoglądali na wyniki jego testu na inteligencję i mówili mu o osiągnięciach, o robieniu tego, co zdolny był robić, o tym, że mógł zostać, kimkolwiek zostać zapragnie. Jeden z jego nauczycieli w szkole średniej napisał w wystawionej mu opinii: „Uważa, że »testy IQ to kiepski sposób oceniania ludzkich zdolności, zawodny w konfrontacji z magią, która ma swoje znaczenie — i sama w sobie i jako dopełnienie logiki«. Proponuję spotkanie z jego rodzicami”.
Matka rozmawiała z kilkoma nauczycielami. Mówili, że Robert jest skryty i krnąbrny, a przecież taki zdolny.
— Robert żyje w świecie, który sam sobie stworzył — odparła. — Wiem, że jest moim synem, mimo to chwilami mam wrażenie, iż nie pochodzi ode mnie i mojego męża, ale z jakiejś innej rzeczywistości, do której próbuje wrócić. Jestem państwu wdzięczna za okazaną Robertowi troskę, i jeszcze raz postaram się zachęcić go do większej pilności w nauce.
On jednak zadowolił się przeczytaniem wszystkich przygodowych i podróżniczych książek z miejscowej biblioteki i pozostał odludkiem, całe dnie spędzając nad rzeką płynącą skrajem miasta. Miał w nosie promocje, mecze futbolowe i inne rzeczy, które go nudziły. Łowił ryby, pływał, przechadzał się i leżał w wysokiej trawie, wsłuchany w odległe głosy, które — jak sobie wyobrażał — tylko on mógł słyszeć. „Gdzieś tam są czarodzieje — mówił sobie. — Jeśli jesteś spokojny i wystarczająco otwarty, by ich usłyszeć, są tam”. Marzył o tym, żeby mieć psa, który dzieliłby z nim takie chwile.
Na naukę w college’u nie było pieniędzy. A i chęci nie stało. Ojciec ciężko pracował i był dobry dla matki i dla niego, ale harówka w wytwórni lamp elektronowych nie zostawiała wiele czasu na cokolwiek innego, także na zajęcie się psem. Umarł, gdy Robert miał osiemnaście lat. Wielki Kryzys niemiłosiernie dawał się wszystkim we znaki; Robert zaciągnął się do wojska, by w ten sposób zarobić na swoje i matki utrzymanie. Służył cztery lata, ale te cztery lata odmieniły jego życie.
Z niewiadomych powodów (umysły wojskowych działają w tajemniczy sposób) otrzymał przydział pomocnika fotografa, choć nie miał nawet pojęcia, jak załadować aparat. Ale to wtedy odkrył swoje zawodowe powołanie. Szczegóły techniczne nie sprawiały mu trudności. Po miesiącu wykonywał wszystkie prace w ciemni za dwu fotografów sztabowych, a nawet pozwalano mu pstrykać łatwiejsze zdjęcia.
Jeden z fotografów, Jim Peterson, polubił go i nie żałując własnego czasu, odkrywał przed nim subtelności fotografiki. Robert Kincaid wypożyczył z biblioteki miejskiej Fort Monmouth wszystkie książki poświęcone fotografii i sztukom pięknym i przestudiował je uważnie. Już wtedy podobali mu się francuscy impresjoniści i gra światła w pracach Rembrandta.
W końcu zrozumiał, że fotografuje nie przedmioty, lecz światło. Przedmioty są tylko nośnikami odbijanego światła. Jeśli światło jest dobre, zawsze znajdzie się coś do sfotografowania. Właśnie zaczęły wchodzić do powszechnego użytku aparaty małoobrazkowe, więc w miejscowym sklepie fotograficznym kupił używaną leicę. Wybrał się z nią na Cape May w New Jersey i całą tygodniową przepustkę spędził na fotografowaniu życia wybrzeża.