52,90 zł
INSPIROWANA PRAWDZIWĄ HISTORIĄ KSIĘDZA HUGH O’FLAHERTY’EGO, KTÓRY RYZYKOWAŁ ŻYCIE, ABY WYDOSTAĆ TYSIĄCE LUDZI Z OKUPOWANEGO RZYMU W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ.
Wrzesień, rok 1943: Rzym znajduje się pod niemiecką okupacją. Szef Gestapo, Paul Hauptmann, rządzi Wiecznym Miastem z zimną bezwzględnością. Dyplomaci, uchodźcy, Żydzi i uciekinierzy z więzień alianckich szukają schronienia w Watykanie – neutralnym i niezależnym państwie usytuowanym w sercu Rzymu. Grupa przyjaciół, na czele z odważnym irlandzkim księdzem, podejmuje śmiertelną walkę, starając się pomóc tym, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie.
Pełna emocji i intryg, pięknie napisana powieść opowiada niezapomnianą historię o miłości, wierze, poświęceniu i odwadze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 381
Rok wydania: 2025
Dom mego Ojca jest jednocześnie kapitalną opowieścią i wnikliwym studium wyborów moralnych w najgorszych możliwych czasach… Z liryczną wizją czasu i miejsca, ciętym humorem i zapierającym dech w piersi napięciem łączy w sobie przyjemność idealnej wakacyjnej lektury z literackim arcydziełem.
Fintan O’Toole, „Irish Times”
Literacki thriller z najwyższej półki. Wcielenie O’Flaherty’ego, irlandzkiego Oskara Schindlera, jest doskonałe. Tym, co często uwzniośla autora, jest współczucie, a O’Connor ma go pod dostatkiem… Pięknie skonstruowane, ostre jak brzytwa dialogi są czymś, czym można się rozkoszować, autor dodaje do nich również czarny humor, dla lepszego efektu. Zwroty akcji nie pozwalają się nudzić.
„Observer”
Spektakularna, emocjonująca powieść… Napięcie aż iskrzy… Celebracja triumfującego wbrew wszystkim przeciwnościom koleżeństwa.
„Sunday Times”
W swoim najnowszym thrillerze O’Connor jest w znakomitej formie… Podczas gdy wbudowane w historię napięcie ciągle trzyma cię w garści, to dynamika przepięknie ułożonych przez O’Connora zwrotów naprawdę sprawia, że ta książka śpiewa… Ekspert w tworzeniu opowiadań.
„Daily Mail”
Zapierająco dech w piersiach dobra powieść – O’Connor sprawia, że znajdujesz się w samym centrum tej historii, i cię z niej nie wypuszcza.
Peter James
Działające na wyobraźnię aranżowanie scen, wartka narracja i mocne przedstawienie odwagi oraz jedności in extremis – wszystko to tworzy pochłaniającą lekturę.
„Telegraph”
Ekscytująca… Oparta na prawdziwych wydarzeniach, ta pełna napięcia, emocjonująca narracja została przedstawiona piękną, wpływającą na wyobraźnię prozą.
„Mail on Sunday”
Imponująca i przyjemna… Różnorodność punktów widzenia, jaką zapewnia powieść O’Connora, przedstawia zagrożone miasto z wspaniałą żywotnością.
„Financial Times”
Historia warta opowiadania, przystrojona geniuszem impresjonistycznego pióra O’Connora.
„The Times”
Mocny portret nadzwyczajnej odwagi.
„Irish Independent”
Precyzyjnie zaaranżowana… Pełni napięcia podążamy za bohaterami przez niepewność i rozczarowania, a także ogromne niebezpieczeństwo. O’Connor bawi się możliwościami, jakie dają różni narratorzy, myśli też o mnogości, rzetelności i odniesieniach historycznych.
„Guardian”, Book of the Day
Ekscytująca… Ogromnie satysfakcjonująca książka, od burzliwego początku aż do słodko-gorzkiego zakończenia.
„Washington Post”
Przepięknie napisana powieść, mistrzostwo „na głosy” i niesamowicie intensywny thriller. Jest znakomita.
Marian Keyes
Majstersztyk… Tak ekscytująca, tak niesamowicie żywa. Palący i jednocześnie piękny przykład odwiecznej istoty powieściopisarstwa.
Donal Ryan
Za wszystkie te dreszczyki emocji… Zasadniczo – i zwycięsko – osobista powieść, która ujawnia zarówno kruchość, jak i wspaniałość nieoczywistych relacji ludzkich stworzonych w obliczu nieszczęścia, które w pewnych przypadkach przetrwały całe życie.
„Wall Street Journal”
Dzieło O’Connora robi ogromne wrażenie i w całości zapada w pamięć.
„Sunday Mirror”
Dzieła O’Connora zawsze mają specyficzną atmosferę… Udaje mu się wpleść w pełną napięcia fabułę liczne głosy narracyjne, które mieszają się w klasach społecznych, płciach, narodowościach i religiach.
„Literary Review”
Emocjonująca, fascynująca i absolutnie genialna. Przez całość przebija się nadzwyczajny talent O’Connora do używania kunsztownego języka.
Liz Nugent
Najnowsza powieść Josepha O’Connora, Dom mego Ojca, łączy w sobie dwie rzeczy: pokrętny thriller, którego zakończenie jest trudne do odgadnięcia, oraz znakomicie przedstawioną literaturę od wprawnego pisarza… Brawo.
„Jewish Chronicle”
Trzymający w napięciu thriller.
„Irish Independent”
Świetny powieściopisarz, zdolny do nadzwyczajnych wyczynów z literacką mnogością narracji.
„Spectator”
Dla Emmy, Laurence’a i Cormaca, un abbraccio
Drodzy Matko, Ojcze i Rodzino. To ostatni list, który będę w stanie napisać, gdyż dzisiaj zostanę rozstrzelany. Droga Rodzino, oddałem życie za mój kraj i wszystko, co było dla mnie drogie. Mam nadzieję, że ta wojna wkrótce dobiegnie końca, żebyście mogli już zawsze żyć w spokoju. Żegnajcie. Wasz zawsze kochający żołnierz, syn i brat, Willie.
List napisany przez szkockiego jeńca wojennego we Włoszech
AKT I
CHÓR
Soprany: Delia Kiernan, Marianna de Vries
Alt: hrabina Giovanna Landini
Tenory: sir D’Arcy Osborne, Enzo Angelucci, major Sam Derry
Bas: John May
Dyrygent: prałat (monsignore) Hugh O’Flaherty
Wrzesień 1943: siły niemieckie okupują Rzym.
Szef Gestapo Obersturmbannführer Paul Hauptmann wprowadza rządy terroru.
Szerzy się głód. Krążą plotki. Wynik wojny jest niemożliwy do przewidzenia.
Dyplomaci, uchodźcy i zbiegli więźniowie aliantów ryzykują życie, szukając schronienia w Watykanie, na powierzchni czterdziestu czterech setnych kilometra kwadratowego w najmniejszym na świecie, neutralnym, niezależnym państwie wewnątrz Rzymu.
Niewielka grupa nie do końca przyjaciół prowadzona przez dzielnego księdza zostaje wciągnięta w śmiertelne niebezpieczeństwo.
Nim nadchodzą święta Bożego Narodzenia, jest już za późno, żeby się wycofać.
–– 1 ––
Niedziela, 19 grudnia 1943
22.49
119 godzin i 11 minut przed misją
Stękający, ponury, spowity kłębami ołowianego dymu czarny daimler z dyplomatycznymi tablicami rejestracyjnymi wjeżdża na Via Diciannove, krople ściętego mrozem deszczu przywarły do jego maski. Pojedyncza latarnia mruga do własnego odbicia w brudnej kałuży w miejscu, gdzie wybiła kanalizacja. Zepsuty neonowy znak kawiarni mruga nieregularnie, podświetlając słowa „MORTE AL. FASCISMO” nabazgrane na okiennicy.
Szkarłat.
Szmaragd.
Biel.
Delia Kiernan ma czterdzieści lat i jest żoną dyplomaty. Lekarze kazali jej rzucić palenie, ale ona i tak pali.
Tydzień przed świętami znajduje się ponad półtora tysiąca kilometrów od domu. Pot przykleja jej od tyłu spódnicę do rajstop, gdy próbuje przełożyć upartą dźwignię skrzyni biegów na jedynkę.
Mężczyzna na tylnym siedzeniu jęczy od tłumionego bólu, szarpie za swastyki na swoich pagonach.
Silnik dudni ciężko. Krew pulsuje jej w skroniach. Na desce rozdzielczej leży wyrysowana mapa, wskazująca, jak dostać się do szpitala jedynie cichszymi uliczkami, gotowa, by zmiąć ją i wyrzucić, gdyby kobieta zauważyła patrol SS, ale w ciemności trudno jest rozszyfrować rysunki zrobione ołówkiem, a ręka, która je sporządziła, była niespokojna. Kobieta pstryka zapalniczką, woń benzyny wywołuje jego jęki.
Skręcając w Via Ventuno, daimler zahacza kosz na śmieci i go przewraca. To, co się z niego wysypuje, wypada do ścieków i natychmiast rzuca się na to chmara wynędzniałych psów, które wyskakują z mrocznej bramy.
Pisk hamulców, przeskakiwanie przez wyboje, podwozie wpadające w dziury, śliska nawierzchnia, utrata panowania nad kierownicą, łomotanie desek, unikanie ostrzeliwanych z broni maszynowej brukowanych ulic i wjeżdżanie w te, gdzie mokre liście uczyniły lodowisko z płyt chodnikowych.
Skamlenie mężczyzny. Błaganie o pośpiech.
Boczną uliczką wzdłuż uniwersytetu zlikwidowanego i spalonego przez najeźdźców. Na boisku piłkarskim nie ma siatki w bramce, całe jest porośnięte chwastami, dziura, w której miał powstać basen, pozostaje pusta, a księżyc nie odbija się w żadnym z pięciuset wybitych okien. Delia pamięta ognisko z tablic szkolnych, widziała jego zdjęcie w gazecie, rankiem w osiemnaste urodziny córki. Obok potwornego kadłuba Koloseum, jak szkielet wyrzuconego na brzeg krakena.
Po drugiej stronie placu gargulce łypią z mrocznej fasady kościoła. Mruga światłami dwa razy.
Dzwon wybija jedenastą. Ona czuje to nawet w zębach. Wiatr gwiżdże wśród przykutych łańcuchami stołów i krzeseł przed kawiarnią i wiruje między ostro zakończonymi balustradami.
Ubrany na czarno mężczyzna wybiega na ganek, przywarł do niego przemoczony płaszcz przeciwdeszczowy, porzuca wywróconą na lewą stronę parasolkę i wdrapuje się na miejsce pasażera niezgrabnego, przypominającego łódź samochodu, z jego filcowego kapelusza kapie woda.
Delia odsuwa się, a on wyjmuje notatnik i zaczyna zapisywać coś ołówkiem.
– Co ty wyprawiasz?
– Myślę – odpowiada.
Wydobywa z kieszeni buteleczkę brandy i proponuje ją jęczącemu pasażerowi, który zdjął jedną ze skórzanych rękawiczek i wepchnął ją sobie do ust.
Mężczyzna potrząsa głową, jego przerażone oczy uciekają w tył.
– Na litość boską, daj mu spokój – mówi Delia. – Daj to.
– Przecież prowadzisz.
– Dawaj to w tej chwili. Albo będziesz szedł pieszo.
Stoją całą wieczność na skrzyżowaniu Via Quattordici i Piazza Settanta, gdy obok przejeżdża pokiereszowany po bitwie czołg, jego gąsienice poruszają się powoli, jakby był znudzony.
– Co to oznacza dla misji? – pyta. – Jeśli jest śmiertelnie chory?
– Będziemy musieli znaleźć kogoś innego. Może Angelucci?
– Nie zdążymy przeszkolić Enzo. Nie w tak krótkim czasie.
Grad uderza w przednią szybę, kiedy mijają więzienie Regina Coeli. Delia zapala kolejnego papierosa, a popiół spada na kołnierz jej płaszcza. Mężczyzna z przodu ma zamknięte oczy, ale jest pewna, że nie dlatego, że się modli.
– Na litość boską, Delio, czy ta zardzewiała puszka nie może jechać szybciej?
Sączący się błękit latarni ulicznych, alejki wijące się po wzgórzach, ustawione w szeregu sylwetki męczenników na dachach kościołów. Jej drugi poranek w Rzymie wraca do niej w tej chwili, weszła wtedy po schodach bazyliki Świętego Piotra, wszystkie elementy starych posągów były zniszczone przez ząb czasu albo burzę. Pokryte sadzą, zwietrzałe stalagmity.
Przejazd blokuje brama. Mężczyzna wysiada na szalejący deszcz i próbuje ją otworzyć, kapelusz spada mu z głowy, kiedy wściekle za nią szarpie. W blasku świateł samochodu mocuje się z kratami.
– Zamknięte na amen! – krzyczy. – Masz w bagażniku skrzynkę z narzędziami?
– Zejdź z drogi.
– Delio…
Zwiększa obroty silnika, wciska gaz i pędzi ciężkim samochodem, a drzazgi i odłamki wylatują w powietrze, kiedy taranuje bramę, po czym zatrzymuje się, by wsiadł z powrotem; kręcił mokrą głową jak człowiek, który nie ma pojęcia, jakim cudem jego życie potoczyło się w taki sposób.
Jadą długą, płaską drogą, wzdłuż której stoją przemoczone, ryczące owce. Potem droga zaczyna się piąć i pojawia się zarys szpitala, trzy surowe betonowe budynki z pustymi masztami flagowymi i potworami, które zapewne są zbiornikami na wodę.
Fluorescencyjny żółty znak drogowy głosi czarnymi literami:
Rallentare!
Wjeżdżają krótkim, krętym podjazdem skąpo wyłożonym żwirem, mijają trzy chore klony i betonową wieżyczkę z bronią maszynową i dojeżdżają do podświetlonego portyku, przed którym stoi zaparkowany ambulans khaki z czerwonym krzyżem. Ma włączony silnik, a trzej sanitariusze grają na tyłach w karty. Z niewytłumaczalnych powodów, widząc nadjeżdżającego daimlera, zatrzaskują drzwi. Chwilę później podświetlenie zostaje wyłączone.
Delia wysiada z samochodu, ale nie wyłącza silnika.
Drzwi do szpitala są zamknięte, lobby za nimi pozostaje pogrążone w ciemności. Ciągnie za sznur dzwonka trzy razy i słyszy w oddali samotne dzwonienie gdzieś w sercu ciemnych oddziałów.
Odsuwa się i patrzy w górę na wybite okna, jakby samym spojrzeniem mogła przywołać obserwatora, co jest nadzieją wszystkich wierzących ludzi, ale nikt się nie pojawia, więc podchodzi do zamkniętego ambulansu i tam szuka pomocy. Wtedy za nią rozlega się gwizd.
Sanitariusz po dwudziestce wyłania się z jakichś drzwi, których nie zauważyła. Nadąsany, z przyklepanymi kręconymi włosami i papierosem w ustach wygląda, jakby jeszcze dwie minuty temu spał. Za nim unosi się zapach zatęchłego pomieszczenia. Latarka w jego dłoni błyska niemrawo, nie dając zbyt wiele światła. W prawej ręce ma przedmiot, który Delia dopiero po chwili rozpoznaje jako nóż sprężynowy. Mężczyzna wygląda, jak gdyby wiedział, co z nim zrobić.
– Mam pacjenta, który potrzebuje pilnej pomocy – mówi Delia. – Tutaj. Na tylnym siedzeniu.
– Nazwisko? – Sanitariusz wzdycha, zaglądając przez zaparowaną szybę na tył daimlera.
– Nie jestem upoważniona do wyjawiania swojej tożsamości. Jestem związana z neutralnym Przedstawicielstwem w mieście. Ten mężczyzna jest poważnie chory. Nasz oficjalny lekarz obejrzał go godzinę temu. Mówi, że to zapalenie otrzewnej albo perforacja wyrostka.
– Co mnie to obchodzi? Jestem rzymianinem. A wy?
– Gówno cię obchodzi, skąd jestem. Przyślij tu kogoś z noszami.
– Przyjeżdżasz tutaj ze swoimi rozkazami i oczekujesz, że pomogę jakiemuś skurwysyńskiemu naziście?
– Masz obowiązek pomagać każdemu.
Spluwa na ziemię.
– Tu masz mój obowiązek – odpowiada.
Mężczyzna w czerni wysiada z samochodu, opiera ciężko rękę o dach i rzuca ponure spojrzenie na niebo, jakby gardził chmurami, a potem podchodzi do miejsca, w którym stoi młody sanitariusz.
– Całujesz matkę tymi ustami?
– A kto pyta?
– Nazywam się O’Flaherty. – Rozchyla płaszcz, ukazując sutannę i koloratkę.
– Ojcze. Wybacz, ojcze. – Robi znak krzyża. – Nie wiedziałem.
– Niemiecki mundur, który ma na sobie mężczyzna w samochodzie, to przykrywka. Prowadził misję inwigilacyjną i poważnie zachorował.
– Ojcze…
– Twardzielu, mam pytanie. Macie dentystę w tym szpitalu?
– Bo co?
– Bo będziesz go potrzebował, kiedy wbiję ci zęby w czaszkę. Ty prostacki gburze, żeby zachowywać się w taki sposób przed jakąkolwiek kobietą. Jutro rano idź do spowiedzi i w tej chwili przeproś.
– Błagam o wybaczenie, signora. – Pochyla zarumienioną twarz. – Nie jadłem nic i nie spałem od trzech dni.
– Wybaczam – odpowiada Delia. – Możemy zacząć działać?
– Nasz pasażer to zbiegły brytyjski więzień, major Sam Derry z Królewskiego Pułku Artyleryjskiego – oznajmia O’Flaherty. – Życie wielu tysięcy ludzi zależy od tego człowieka. Jeśli kochasz Włochy, zabierz go na salę operacyjną. W tej chwili.
Młodzian mu się przygląda.
O’Flaherty podchodzi do ambulansu i otwiera drzwi.
– Andiamo, ragazzi – mówi, kiwając w stronę daimlera. – Podnosimy tyłki, dobrzy ludzie. Potrzebujemy waszych mięśni.
Derry wytacza się z samochodu i zaciskając ręce na brzuchu, wypluwa fontannę krwi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Tytuł oryginału: My Father’s House
Copyright © 2023 by Joseph O’Connor
Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2025
Projekt okładki: © Ginevra Rapisardi
Mapa: © Mike Hall
Redakcja: RedKor Agnieszka Luberadzka
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Agnieszka Luberadzka
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:
„DARKHART”
Dariusz Nowacki
eISBN: 978-83-8402-216-0
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl