Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Dziewczyna z Pomarańczami - to przede wszystkim piękna opowieść o poszukiwaniu miłości i odwadze, by z trudnych ścieżek życia wybrać tę właściwą. 15-letni Georg - dotąd zupełnie przeciętny chłopak - zmienia się w dniu, kiedy otrzymuje niezwykły list. Nadawcą jest nieżyjący od lat ojciec Georga... W chwili jego śmierci chłopiec miał zaledwie 4 lata - pamięta go jedynie z przechowywanych w rodzinnych zbiorach starych zdjęć i filmów. Ojciec napisał list tuż przed śmiercią, gdy był pewien, że nie uda się pokonać choroby. Przez wiele lat list leżał w dziecięcym wózku, czekając na chłopca. Znaleziony u progu dojrzałości Georga staje się znakiem przemiany i inicjacji. Ojciec opowiada w nim o swojej miłości do tajemniczej Dziewczyny z Pomarańczami, także o próbach rozwiązania jej zagadki. Zadaje pytania o sens życia, gdy śmierć wydaje się nieuchronna... Inspirowany listem, chłopak usiłuje sprostać pytaniom ojca, przekroczyć granice czasu i śmierci. Posłuży temu pisana wspólnie z nim książka, której patronuje Dziewczyna z Pomarańczami. W znakomitej powieści nie tylko dla młodzieży Jostein Gaarder celuje prosto w serca czytelników i jak zwykle trafia w samo sedno.
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Bielsku Podlaskim
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego
Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Gminna Biblioteka w Pruszczu (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (3)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 207
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jostein Gaarder (ur. 1952), wybitny pisarz norweski, autor licznych książek zarówno dla dorosłyck, jak i młodzieży. Odniósł światowy sukces powieścią o historii filozofii Świat Zofii. Wydana po raz pierwszy w roku 1991, została dotychczas przełożona na 40 języków, sprzedana w ponad 25 milionach egzemplarzy i uhonorowana wieloma prestiżowymi nagrodami. W całej twórczości Gaardera przewijają się zadziwienie światem i rozważania na temat problemów egzystencjalnych i związanych z tajemnicą istnienia. Dzięki swemu talentowi, wielkiemu zaangażowania i zdolnościom dydaktycznym podbił serca czytelników wszędzie tam, gdzie ukazały się jego książki.
jostein
gaarder
DZIEWCZYNA
Z POMARAŃCZAMI
przełożyła Iwona Zimnicka
Jacek Santorski & Co
Agencja Wydawnicza
Warszawa 2007
Tytuł oryginału
Appelsinpiken
Projekt okładki i projekt graficzny serii
Monika Makowska
Skład i łamanie
Marcin Labus
Copyright © The author and H. Aschehoug & Co.
Copyright © for the Polish edition by Jacek Santorski & Co.
Wydanie II
2007
Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza Sp. z o.o.
ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
e-mail: [email protected]
Dział handlowy: tel. (022) 616 29 36, 616 29 28
tel./fax (022) 433 51 51
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:
www.jsantorski.pl
Druk i oprawa
Grafmar, Kolbuszowa Dolna
ISBN 978-83-89763-77-8
Mój ojciec zmarł jedenaście lat temu. Miałem wtedy zaledwie cztery lata. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek jeszcze się do mnie odezwie, ale teraz piszemy razem książkę.
Te zdania to początkowe linijki tej opowieści, i to ja je piszę, ale z czasem dopuszczę do głosu ojca. On ma przecież najwięcej do powiedzenia.
Nie jestem pewien, na ile dobrze pamiętam ojca. Najprawdopodobniej jedynie mi się wydaje, że go pamiętam, ponieważ wiele razy oglądałem wszystkie jego zdjęcia.
Właściwie tylko jedną jedyną rzecz z nim związaną zapamiętałem bez żadnej wątpliwości, a wydarzyło się to pewnego wieczora, gdy siedzieliśmy razem na tarasie i patrzyliśmy w gwiazdy.
Na jednym ze zdjęć ojciec i ja usadowiliśmy się na żółtej skórzanej kanapie w salonie. Wygląda to tak, jakby opowiadał mi coś przyjemnego. Ta kanapa ciągle jest u nas w domu, ale ojciec już na niej nie siedzi.
Na innym zdjęciu rozsiedliśmy się w zielonym fotelu bujanym na oszklonej werandzie. Ta fotografia wisi tutaj od śmierci ojca. Siedzę teraz w tym samym zielonym fotelu. Staram się nie huśtać, ponieważ piszę w wielkim zeszycie. Potem przepiszę wszystko do starego peceta ojca.
O tym komputerze też należy co nieco opowiedzieć, ale do tego wrócę później.
Wszystkie te stare zdjęcia zawsze budziły we mnie dziwne uczucia. Należą do zupełnie innego czasu niż ten, który jest teraz.
U siebie w pokoju trzymam album, cały wypełniony fotografiami ojca. Właściwie to prawie straszne, że tyle jest zdjęć człowieka, który już nie żyje. Mamy też ojca na kasetach wideo. Moim zdaniem to trochę przerażające, że można usłyszeć jego tubalny głos.
Być może powinien obowiązywać zakaz oglądania filmów wideo z osobami, które już nie istnieją, albo, jak mówi babcia, matka ojca, których już nie ma wśród nas. Szpiegowanie zmarłych nie wydaje się w porządku.
Na niektórych filmach słychać też mój głos. Jest cienki i piszczący. Przywodzi na myśl ptasie pisklę.
Tak to właśnie wtedy było: mój ojciec mówił basem, a ja dyszkantem.
Na jednym z filmów wideo siedzę u ojca na barana i próbuję ściągnąć gwiazdę z choinki. Mam zaledwie roczek, ale prawie udaje mi się ją zerwać.
Kiedy mama ogląda filmy, na których ojciec jest razem ze mną, czasami pęka ze śmiechu, aż się musi oprzeć, chociaż to ona w owym czasie trzymała kamerę wideo i filmowała. Uważam, że nie powinna się śmiać, kiedy ogląda na filmie mojego ojca. Wydaje mi się, że jemu by się to nie podobało. Być może uznałby to za złamanie zasad.
Na innym filmie ojciec i ja siedzimy w wielkanocnym słońcu przed domkiem w górach, w Fjellstolen, a każdy z nas trzyma połówkę pomarańczy. Ja usiłuję wyssać sok ze swojej połówki bez obierania jej ze skórki. Mój ojciec chyba myśli o całkiem innych pomarańczach, co do tego nie mam teraz wątpliwości.
Właśnie zaraz po tamtej Wielkanocy ojciec zachorował. Chorował ponad pół roku i bał się, że umrze. Moim zdaniem miał świadomość nadchodzącej śmierci.
Mama wiele razy opowiadała mi, że ojcu było szczególnie przykro, bo wiedział, że umrze, zanim zdąży porządnie mnie poznać. Babcia mówiła coś podobnego, tylko w o wiele bardziej tajemniczy sposób.
Babcia, kiedy rozmawia ze mną o ojcu, ma zawsze taki dziwny głos. Może nic w tym nadzwyczajnego. Babcia i dziadek stracili dorosłego syna. Nie wiem, jakie to uczucie. Na szczęście mają jeszcze jednego, który żyje. Ale babcia nigdy się nie śmieje, kiedy ogląda stare zdjęcia ojca. Robi to z wielkim nabożeństwem. To jej własne słowa.
Mój ojciec w pewnym sensie postanowił, że z trzyipółrocznym chłopcem nie da się tak naprawdę rozmawiać. Dzisiaj rozumiem, o co mu chodziło, a czytelnik tej książki też wkrótce to pojmie.
Na jednym ze zdjęć ojciec leży w szpitalnym łóżku. Ma bardzo wychudzoną twarz. Ja siedzę mu na kolanach, a on trzyma mnie za ręce, żebym na niego nie upadł. Próbuje się do mnie uśmiechać. To było zaledwie kilka tygodni przed śmiercią. Żałuję, że zrobiono tę fotografię, ale skoro już tak jest, nie mogę jej po prostu wyrzucić. Nie potrafię nawet jej nie oglądać.
Teraz mam piętnaście lat, a raczej, dokładnie mówiąc, piętnaście lat i trzy tygodnie. Nazywam się Georg Røed i mieszkam na ulicy Humleveien w Oslo razem z mamą, Jørgenem i Miriam. Jørgen to mój nowy tatuś, ale mówię na niego po prostu Jørgen. Miriam to moja młodsza siostra. Ma dopiero półtora roku i jest z całą pewnością za mała na prawdziwe rozmowy.
Oczywiście nie istnieją żadne stare zdjęcia czy filmy wideo, na których byłaby Miriam i mój ojciec. To Jørgen jest ojcem Miriam. Ja jestem jedynym dzieckiem mojego ojca.
Na samym końcu tej książki pojawią się pewne bulwersujące informacje o Jørgenie. Na razie nie można ich ujawnić, ale kto przeczyta do końca, ten się dowie.
Po śmierci ojca przyjechali do nas babcia z dziadkiem i pomagali mamie uporządkować wszystkie jego rzeczy. Istniało jednak coś ważnego, czego żadne z nich nie znalazło. Było to długie opowiadanie, które mój ojciec napisał przed pójściem do szpitala.
Wtedy nikt nie wiedział, że ojciec napisał jakąś opowieść. Historia o „Dziewczynie z Pomarańczami” objawiła się dopiero w ostatni poniedziałek. Babcia dobrała się do składziku z narzędziami i właśnie tam znalazła cały tekst, wetknięty pod podszewkę czerwonego wózka spacerowego, w którym jeździłem, kiedy byłem mały.
W jaki sposób opowiadanie tam trafiło, to niezła zagadka. Nie mogło się to stać zupełnie przypadkiem, gdyż opowieść, którą napisał mój ojciec, kiedy miałem trzy i pół roku, wiązała się w pewien sposób z tą spacerówką. Nie chodzi mi o to, że sama historia to typowa opowieść do wózka spacerowego, bo tak wcale nie jest, ale ojciec całe to długie opowiadanie napisał dla mnie. Napisał historię o „Dziewczynie z Pomarańczami”, żebym ją przeczytał, kiedy będę już dostatecznie duży, by ją zrozumieć. Taki list do przyszłości.
Jeśli to rzeczywiście ojciec wsunął kiedyś gruby plik kartek z opowieścią pod podszewkę starej spacerówki, to musiał niezłomnie wierzyć w to, że poczta zawsze dociera do adresata. Przyszło mi do głowy, że na wszelki wypadek dobrze byłoby bardzo dokładnie sprawdzać wszystkie stare rzeczy, zanim odda się je na pchli targ albo po prostu wyrzuci do kontenera. Aż strach pomyśleć, ilu starych listów i podobnych rzeczy można by się dogrzebać na wysypisku śmieci.
Przez ostatnie dni nie daje mi spokoju pewna myśl. Uważam, że powinien istnieć jakiś prostszy sposób wysłania listu do przyszłości niż wsuwanie go pod podszewkę dziecięcego wózka.
Czasami, choć nieczęsto, zdarza się, że chcemy, aby ktoś przeczytał to, co napisaliśmy, dopiero za cztery godziny, za dwa tygodnie albo za czterdzieści lat. Opowieść o „Dziewczynie z Pomarańczami” była właśnie takim listem. Został on napisany do dwunasto-albo czternastoletniego chłopca Georga, czyli do kogoś, kogo mój ojciec jeszcze nie znał, a być może miał nigdy nie poznać.
Teraz jednak trzeba dać tej historii przyzwoity początek.
Niecały tydzień temu wróciłem do domu ze szkoły muzycznej i okazało się, że z niespodziewaną wizytą zjawili się babcia i dziadek. Nagle przyjechali z Tønsberg i mieli zamiar nocować.
Mama i Jørgen też byli w domu i wszyscy czworo wyglądali na niezwykle podekscytowanych, kiedy wszedłem do przedpokoju i zacząłem ściągać buty. Były zabłocone i mokre, ale nikt się tym nie przejął. Czułem, że coś wisi w powietrzu. Wszyscy dorośli mieli myśli zajęte czymś zupełnie innym niż moje brudne buty.
Mama powiedziała, że Miriam już poszła spać, a mnie było to bardzo na rękę, skoro przyjechali babcia z dziadkiem. Przecież nie są babcią i dziadkiem Miriam. Ona ma własnych dziadków ze strony ojca. To również bardzo mili ludzie i czasami do nas zaglądają, ale mówi się przecież, że krew jest gęściejsza od wody.
Wszedłem do salonu i usiadłem na podłodze, a wszyscy zrobili bardzo uroczyste miny, aż pomyślałem, że stało się coś ważnego. Nie mogłem sobie przypomnieć, żebym w ostatnich dniach nabroił w szkole, z lekcji gry na fortepianie wróciłem o właściwej porze, a od dnia, kiedy ostatnio ściągnąłem dziesięciokoronówkę z blatu w kuchni, minęło już kilka miesięcy. Dlatego spytałem: - Czy coś się stało?
Babcia zaczęła opowiadać, że znaleźli list, który mój ojciec napisał do mnie tuż przed śmiercią. Poczułem ssanie w żołądku. Ojciec umarł jedenaście lat temu. Nie byłem nawet pewien, czy go pamiętam. Określenie „list od ojca” zabrzmiało w moich uszach niezwykle uroczyście, prawie jak testament.
Zorientowałem się, że babcia trzyma na kolanach dużą kopertę. Teraz mi ją podała. Koperta była zaklejona, a na wierzchu widniał jedynie napis: „Dla Georga”. Nie był to ani charakter pisma babci, ani też mamy czy Jørgena. Rozerwałem kopertę i wyciągnąłem sztywny plik kartek. Wtedy naprawdę się przestraszyłem, bo na samej górze pierwszej strony przeczytałem:
Siedzisz wygodnie, Georg? Ważne, byś miał przynajmniej o co się oprzeć, bo zamierzam Ci teraz opowiedzieć niezwykle emocjonującą historię...
Zakręciło mi się w głowie. Co to ma znaczyć? List od ojca? Ale czy prawdziwy?
„Siedzisz wygodnie, Georg?”. Wydało mi się, że słyszę tubalny głos ojca, i to nie tylko na wideo, usłyszałem teraz jego głos tak, jakby ojciec nagle ożył i siedział z nami w pokoju.
Wprawdzie koperta była zaklejona, ale zanim ją otworzyłem, musiałem spytać, czy dorośli już przeczytali ten długi list, ale wszyscy pokręcili głowami i oświadczyli, że nie czytali nawet jednego zdania.
- Ani słóweczka - zapewnił Jørgen z lekkim zażenowaniem w głosie, co jest bardzo nietypowe jak na tego faceta. Dodał jednak, że może pozwolę im przeczytać list od mojego ojca, kiedy sam już będę miał to za sobą. Wydaje mi się, że był ogromnie ciekaw, co w nim jest. Ogarnęło mnie wrażenie, że Jørgen ma z jakiegoś powodu wyrzuty sumienia.
Babcia wyjaśniła, dlaczego tego dnia po południu wsiedli do samochodu i przyjechali do Oslo. Stało się tak, ponieważ uznała, iż być może rozwiązała pewną dawną zagadkę. Zabrzmiało to tajemniczo i rzeczywiście okazało się tajemnicze.
Kiedy ojciec zachorował, wyznał mamie, że pisze coś do mnie. Chodziło o list, który powinienem przeczytać, jak będę duży. Ale taki list nigdy się nie pojawił, a ja miałem już piętnaście lat.
Nowość polegała na tym, że babcia nagle przypomniała sobie o zupełnie innej sprawie, o której również mówił ojciec. Zażądał mianowicie, żeby nikomu nie przyszło do głowy wyrzucenie czerwonej spacerówki. Babcia była przekonana, że wręcz dosłownie zapamiętała, co jej na ten temat powiedział, gdy leżał w szpitalu. - Chyba nigdy nie pozbędziecie się spacerówki. Bardzo proszę, nie wyrzucajcie jej. Ten wózek tyle znaczył dla mnie i dla Georga przez te miesiące. Chcę, żeby Georg go zatrzymał. Powiedzcie mu to kiedyś. Powiedzcie mu, gdy będzie już dostatecznie dorosły, by zrozumieć, że tak bardzo chciałem go dla niego zachować.
Dlatego właśnie starej spacerówki nigdy nie wyrzucono ani nie oddano na pchli targ. Nawet Jørgen został w tej kwestii poinstruowany. Od samego początku, kiedy tylko wprowadził się na Humleveien, wiedział, że jednej rzeczy nie wolno mu tknąć, a mianowicie czerwonej spacerówki. Miał wobec niej tak wielki respekt, że nalegał na kupienie dla Miriam nowiuteńkiego wózka spacerowego. Może nie w smak była mu myśl, że miałby wozić rodzoną córkę w tym samym wózku, w którym ojciec kiedyś, przed wielu laty, woził mnie. Bardzo możliwe jednak, że chciał po prostu mieć nowy, bardziej nowoczesny wózek. Jørgen doskonale wie, co jest modne, a co nie, i straszny z niego elegant, żeby nie powiedzieć snob.
Była więc mowa o jakimś liście i o wózku spacerowym. Ale babci rozwiązanie tego rebusu zabrało jedenaście lat. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że ktoś być może powinien zebrać się na odwagę i iść do składziku z narzędziami, żeby dokładniej zbadać starą spacerówkę. Przypuszczenia babci okazały się najzupełniej słuszne. Wózek był nie tylko wózkiem. Był również skrzynką pocztową.
Nie bardzo wiedziałem, czy wierzyć w całą tę historię. Nigdy nie da się powiedzieć, czy rodzice i dziadkowie mówią prawdę, zwłaszcza gdy chodzi o „delikatne sprawy”, jak chętnie nazywa je babcia.
Dziś największą z zagadek jest dla mnie to, dlaczego nikt nie miał dość oleju w głowie, żeby wtedy, jedenaście lat temu, uruchomić stary komputer ojca. Przecież to na nim napisał list! Oczywiście podjęto wówczas pewne próby, lecz nikomu nie wystarczyło fantazji, by odkryć osobisty kod ojca. Mógł mieć maksimum osiem liter, takie były komputery w tamtych czasach. Ale nawet mamie nie udało się złamać kodu. Niewiarygodne! Wynieśli więc komputer na strych.
Ale do sprawy peceta ojca jeszcze wrócę.
Najwyższy już czas, żeby głos zabrał wreszcie mój ojciec. Ja jednak będę po drodze wplatał swoje komentarze. Poza tym zamierzam napisać posłowie. Jestem do tego zmuszony, bo ojciec w swoim długim liście zadaje mi pewne poważne pytanie. Moja odpowiedź ma dla niego bardzo wielkie znaczenie.
Dostałem butelkę coli i zabrałem cały ten plik kartek do swojego pokoju. Kiedy wyjątkowo zamknąłem drzwi na klucz od wewnątrz, mama zaczęła protestować, ale zrozumiała, że to na nic się nie zda.
Czytanie listu od kogoś, kto już nie żyje, stało się dla mnie takim świętem, że nie mogłem znieść myśli o całej rodzinie kręcącej się wokół mnie. To był przecież mimo wszystko list od mojego rodzonego ojca, nieżyjącego od jedenastu lat. Potrzebowałem spokoju.
Ogarnęło mnie bardzo dziwne uczucie, kiedy stanąłem z długim wydrukiem w rękach, miałem mniej więcej takie wrażenie, jakbym odkrył zupełnie nowy album pełen nieznanych zdjęć, na których jestem razem z ojcem. Na zewnątrz sypał gęsty śnieg. Padać zaczęło, już kiedy wracałem do domu ze szkoły muzycznej. Nie wierzyłem, że śnieg się utrzyma. Był zaledwie początek listopada.
Usiadłem na łóżku i zacząłem czytać.
Siedzisz wygodnie, Georg? Ważne, byś miał przynajmniej o co się oprzeć, bo zamierzam Ci teraz opowiedzieć niezwykle emocjonującą historię. Ale może już zdążyłeś się usadowić na tej żółtej skórzanej kanapie? Oczywiście jeśli nie wymieniliście jej na nową, co ja mogę o tym wiedzieć? Potrafię sobie zresztą równie dobrze wyobrazić, że zasiadłeś w starym fotelu bujanym w zimowym ogrodzie, tym, który zawsze tak lubiłeś. A może siedzisz na tarasie? Nie wiem przecież, jaka jest pora roku. Cóż, może w ogóle już nie mieszkacie na Humleveien?
Co ja mogę wiedzieć?
Nie wiem nic. Kto jest premierem Norwegii? Jak się nazywa sekretarz generalny ONZ? I, posłuchaj, jak się miewa teleskop Hubble'a? Wiesz coś na ten temat? Czy astronomowie dowiedzieli się czegoś więcej o tym, w jaki sposób został zmontowany ten wszechświat?
Wielokrotnie próbowałem posunąć się myślą o kilka lat w przyszłość, ale nigdy nawet się nie zbliżyłem do stworzenia sobie sensownego obrazu Ciebie w świecie, w którym teraz żyjesz. Wiem tylko, kim byłeś. Nie wiem nawet, ile masz lat w chwili, gdy to czytasz. Może dwanaście albo czternaście, a ja, Twój ojciec, dawno już wypadłem z czasu.
Prawdą jest, że już teraz czuję się jak upiór i dech mi zapiera za każdym razem, gdy o tym pomyślę. Zacząłem rozumieć, dlaczego upiory tak często sapią i dyszą jak miech kowalski. To po prostu dlatego, że tak strasznie ciężko im oddychać w czasie innym niż ich własny.
Mamy w życiu nie tylko swoje miejsce. Mamy również wyznaczony czas.
Tak już jest, nie mogę więc postąpić inaczej, niż przyjąć za punkt wyjścia to, co mnie obecnie otacza. Piszę w sierpniu 1990 roku.
Dzisiaj - to znaczy w chwili, gdy to czytasz - z pewnością zapomniałeś o większości naszych wspólnych przeżyć z tych gorących letnich miesięcy, kiedy miałeś trzy i pół roku. Ale dni wciąż jeszcze należą do nas i wciąż przeżywamy razem wiele pięknych chwil.
Zwierzę Ci się z czegoś, o czym ostatnio dużo myślę: z każdym upływającym dniem i z każdym nowym drobiazgiem, jaki wymyślimy, rosną szanse na to, że mnie zapamiętasz. Liczę teraz tygodnie i dni. We wtorek staliśmy wysoko na wieży telewizyjnej w Tryvann, skąd roztaczał się widok na pół królestwa, widać było nawet Szwecję. Mama też to z nami oglądała, wybraliśmy się tam wszyscy troje. Ale czy Ty to pamiętasz?
Czy nie mógłbyś przynajmniej spróbować sobie przypomnieć, Georg? Proszę Cię, tylko spróbuj, bo masz to wszystko gdzieś w sobie, w środku.
Pamiętasz swoją wielką kolejkę BRIO? Codziennie bawisz się nią godzinami. Zerkam na nią teraz. W chwili, kiedy to piszę, tory, lokomotywa i wagoniki leżą rozsypane na podłodze w przedpokoju dokładnie tak, jak je niedawno zostawiłeś. W końcu musiałem Cię od nich po prostu oderwać, żebyśmy się nie spóźnili na zbiórkę w przedszkolu. Ale mam wrażenie, że Twoje małe rączki ciągle dotykają klocków. Nie ośmieliłem się przesunąć nawet jednego kawałka torów.
Pamiętasz komputer, na którym Ty i ja gramy w weekendy w gry komputerowe? Kiedy był nowy, stał na górze w moim gabinecie, ale w zeszłym tygodniu zniosłem go na dół do przedpokoju. Teraz najbardziej chcę przebywać tam, gdzie są wszystkie Twoje rzeczy. Przecież po południu i Ty, i mama też tu jesteście. Poza tym dziadek i babcia ostatnio częściej przyjeżdżają z wizytą niż dawniej. To dobrze.
Pamiętasz zielony rowerek na trzech kółkach? Stoi teraz na wysypanej żwirem dróżce i jest prawie lśniąco nowy. Jeżeli go nie zapomniałeś, to chyba tylko dlatego, że ciągle jest gdzieś w garażu albo w składziku z narzędziami, prawdopodobnie stary i zniszczony. A może skończył na pchlim targu?
A co z czerwoną spacerówką, Georg? No właśnie, co z nią?
Musiałeś zachować w pamięci przynajmniej kilka obrazów ze wszystkich naszych wycieczek dookoła jeziora Sognsvann? Albo ze wszystkich wyjazdów do domku w górach, przecież ostatnio spędziliśmy w Fjellstolen trzy kolejne weekendy. Ale nie śmiem już więcej o to pytać, naprawdę nie mam odwagi, bo być może nie jesteś w stanie przypomnieć sobie nic z tych czasów, które również były moimi czasami. Cóż, musi być, jak jest.
Zapowiedziałem, że przedstawię Ci pewną historię, ale odpowiedniego tonu dla tego listu nie da się znaleźć tak raz-dwa. Pewnie już popełniłem głupstwo, zwracając się do małego chłopaczka, którego, jak mi się wydaje, tak dobrze znam. Ale Ty, kiedy czytasz te linijki, nie jesteś już mały. Przestałeś być maluchem ze złotymi lokami.
Sam widzę, że plotę jak stare ciotki, kiedy przymilają się do małych dzieci. To niemądre, bo przecież staram się dotrzeć do dorosłego Georga, tego, którego nie zdążyłem zobaczyć, z którym nie zdążyłem tak naprawdę porozmawiać.
Patrzę na zegarek. Upłynęła zaledwie godzina, odkąd wróciłem do domu, odprowadziwszy Cię do przedszkola.
Kiedy przechodzimy przez strumień, zawsze chcesz wysiąść z wózka, żeby wrzucić do wody patyczek albo kamyk. Pewnego dnia znalazłeś pustą butelkę po oranżadzie i ją też wrzuciłeś. Nawet nie próbowałem Cię powstrzymywać. Ostatnio pozwalam Ci na więcej. A kiedy docieramy do przedszkola, często pędzisz do swojej sali, jeszcze zanim zdążymy powiedzieć sobie „cześć”. Mogłoby się wydawać, że to Ty masz mało czasu, nie ja. To takie dziwne. Starzy ludzie często sprawiają wrażenie, jakby mieli o wiele więcej czasu niż dzieci, przed którymi jest jeszcze całe życie.
Osobiście nie jestem wcale taki stary, żeby było się czym przechwalać, wciąż uważam się za młodego człowieka, a już na pewno za młodego ojca. Mimo wszystko bardzo chciałbym zatrzymać czas. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby te dni trwały całą wieczność. Wieczór i noc oczywiście by nadchodziły, ponieważ doba idzie swoim torem, ma swój własny, okrągły rytm, ale następny dzień mógłby się zaczynać dokładnie w tym samym miejscu co poprzedni.
Nie odczuwam już potrzeby przeżywania czegoś więcej niż to, czego do tej pory doświadczyłem. Tak bardzo pragnę jedynie zatrzymać to, co już mam. Ale niestety, Georg, złodzieje grasują. Nieproszeni goście wysysają ze mnie siły życiowe. Powinni się wstydzić.
Odprowadzanie Cię do przedszkola w tych dniach wywołuje we mnie wyjątkowo przyjemne, a jednocześnie niezwykle przygnębiające uczucie. Bo chociaż nie mam jeszcze problemów z poruszaniem się i nawet z pchaniem przed sobą spacerówki, to jednocześnie wiem, że moje ciało jest bardzo chore.
To dobre choroby każą pacjentowi położyć się do łóżka natychmiast. Zła choroba z reguły potrzebuje długiego czasu, zanim w końcu każe ci fiknąć kozła i obali na ziemię na dobre. Może nie pamiętasz, że byłem lekarzem, chociaż mama chyba coś Ci o mnie opowiadała, jestem tego pewien. Wprawdzie zwolniłem się z pracy w przychodni, ale wiem, o czym mówię. Nie zaliczam się do pacjentów, których łatwo oszukać.
Są więc dwa różne czasy w tym naszym rachunku, czy też w tym ostatnim z ostatnich spotkaniu nas dwóch. To trochę takie uczucie, jak gdyby każdy z nas stał na swoim szczycie góry, otulonym mgłą, i próbował dostrzec tego drugiego. Pomiędzy nami leży zaklęta dolina, którą Ty właśnie pozostawiłeś za sobą na ścieżce swego życia, a w której ja nigdy Cię nie zobaczę. Przedpołudnia spędzasz w przedszkolu, a ja wówczas muszę mimo wszystko podjąć próbę odniesienia się zarówno do chwili pisania, jak i do chwili czytania, która, gdy wreszcie nadejdzie ten dzień, należeć będzie wyłącznie do Ciebie.
Musisz wiedzieć, że pisanie listu do osieroconego syna sprawia, że skóra wprost płonie, a zapewne również czytanie tego listu jest trochę bolesne. Ale jesteś już teraz w dużej mierze mężczyzną. Skoro mnie udaje się zapisać te linijki na papierze, ty musisz znieść ich czytanie.
Rozumiesz chyba, że spojrzałem w oczy prawdzie i zdaję sobie sprawę, iż być może już niedługo rozstanę się ze wszystkim, ze słońcem i księżycem, ze wszystkim, co istnieje, lecz przede wszystkim z mamą i z Tobą. Tak wygląda prawda, a jest ona naprawdę bolesna.
Muszę Ci zadać bardzo poważne pytanie, Georg, i właśnie dlatego piszę. Aby jednak móc je zadać, najpierw opowiem Ci ową emocjonującą historię, którą ci obiecałem.
Odkąd się pojawiłeś na świecie, nie mogłem się doczekać chwili, kiedy wreszcie będę mógł Ci opowiedzieć o Dziewczynie z Pomarańczami. Dzisiaj - to znaczy w momencie pisania - jesteś jeszcze za mały, żeby zrozumieć tę historię. Przekażę Ci ją wobec tego w spadku. Będzie leżała w jakimś miejscu i czekała na inny dzień Twojego życia.
Ten dzień właśnie nadszedł.
Doczytawszy do tego miejsca, musiałem oderwać wzrok. Wielokrotnie usiłowałem przypomnieć sobie ojca i teraz znów podjąłem taką próbę. Przecież mnie o to prosił. Ale wszystko, co, jak mi się wydawało, sobie przypominam, pamiętałem z filmów wideo i z albumu ze zdjęciami.
Przypomniałem sobie, że istotnie miałem wielką kolejkę BRIO, kiedy byłem mały, ale to ani trochę mi nie pomogło w przypomnieniu sobie ojca. Zielony rowerek na trzech kółkach wciąż stoi w garażu, mogę go więc równie dobrze pamiętać z dzieciństwa. A czerwony wózek spacerowy zawsze stał w głębi składziku z narzędziami. Nie zdołałem sobie jednak przypomnieć żadnej wycieczki wokół Sognsvann. Nie pamiętałem też, że byłem z ojcem na wieży w Tryyann. Owszem, bywałem na tej wieży wielokrotnie, ale zawsze z mamą i Jørgenem. Raz wybrałem się tam tylko z Jørgenem. Było to jednego z tych dni, kiedy mama leżała w szpitalu po urodzeniu Miriam.
Oczywiście z domku w Fjellstolen mam mnóstwo wspomnień, ale w żadnym z nich nie znalazło się miejsce dla mego ojca. W tych wspomnieniach nie ma nikogo innego oprócz mamy, Jørgena i malutkiej Miriam. Przechowujemy tam starą kronikę i wiele razy czytałem, co ojciec zapisał w niej przed śmiercią. Problem tkwi natomiast w tym, że nie wiem, czy rzeczywiście pamiętam cokolwiek z tego, o czym pisał. To mniej więcej tak samo, jak z tymi filmami wideo i ze zdjęciami. „W Wielką Sobotę Georg i ja zbudowaliśmy rekordowo wielką chatkę ze śniegu ze śnieżnymi latarniami...”. Oczywiście czytałem wszystkie te historie, a niektóre z nich umiem na pamięć. Nigdy jednak nie zdołałem sobie przypomnieć, czy rzeczywiście brałem udział w wydarzeniach, o których te historie opowiadały. Miałem zaledwie dwa i pół roku, kiedy razem z ojcem budowaliśmy tę rekordowo wielką chatkę ze śniegu ze śniegowymi latarniami. Mamy też jej zdjęcie, ale jest na nim tak ciemno, że widać tylko latarnie.
Ojciec w tym długim liście, który właśnie zacząłem czytać, pytał mnie jeszcze o coś innego:
I, posłuchaj, jak się miewa teleskop Hubble'a? Wiesz coś na ten temat? Czy astronomowie dowiedzieli się czegoś więcej o tym, w jaki sposób został zmontowany ten wszechświat?
Ciarki przebiegły mi po plecach, kiedy przeczytałem te linijki, bo całkiem niedawno napisałem bardzo obszerną pracę na temat właśnie tego teleskopu kosmicznego, czy też Hubble Space Telescope, jak się on nazywa po angielsku. Koledzy z klasy rozpisywali się o angielskiej piłce nożnej, o Spice Girls albo Roaldzie Dahlu. Ja natomiast poszedłem do biblioteki, wziąłem stamtąd wszystkie możliwe materiały dotyczące teleskopu Hubble'a i całą pracę napisałem właśnie na ten temat. Zaledwie przed kilkoma tygodniami oddałem ją nauczycielowi, a on w zeszycie napisał, że bardzo mu zaimponowało takie „dojrzałe, pełne refleksji i wiedzy podejście do tak trudnego materiału”. Nigdy nie czułem się równie dumny jak wówczas, gdy przeczytałem to zdanie. Nauczyciel zatytułował swoją recenzję: „Kwiaty dla astronoma amatora!”. Narysował też wspaniały bukiet.
Czyżby mój ojciec był jasnowidzem? A może to przez czysty przypadek spytał mnie, co się dzieje z teleskopem Hubble'a, zaledwie kilka tygodni po tym, jak uporałem się ze swoją pracą?
A jeśli list od ojca nie był prawdziwy? Albo jeśli on ciągle żyje? Znów przeszedł mnie dreszcz.
Siedziałem na łóżku i rozmyślałem. Teleskop Hubble'a został umieszczony na orbicie okołoziemskiej przez prom kosmiczny Discovery 25 kwietnia 1990. Mniej więcej w tym czasie ojciec zachorował, to się stało tuż po feriach wielkanocnych w 1990 roku. Wiedziałem o tym od zawsze. Nie skojarzyłem jedynie, że dokładnie w tym samym czasie na orbicie okołoziemskiej umieszczono teleskop Hubble'a. Być może jednak ojciec dowiedział się o swojej chorobie akurat tego samego dnia, w którym z Cape Canaveral wystrzelono wahadłowiec Discovery z teleskopem Hubble'a na pokładzie. Może stało się to w tej samej godzinie, może w tej samej minucie?
W takim razie potrafiłem świetnie zrozumieć, że mógł być ciekaw, co się dzieje z teleskopem kosmicznym. Prędko bowiem odkryto znaczącą wadę teleskopu - odchylenie kształtu zwierciadła. Mój ojciec nie mógł wiedzieć, że ten błąd został naprawiony przez astronautów z wahadłowca Endeavour w grudniu 1993 roku, bo stało się to niemal dokładnie trzy lata po jego śmierci. Oczywiście nie miał też pojęcia o całym wspaniałym wyposażeniu dodatkowym, które zamontowano w lutym 1997.
Mój ojciec umarł, zanim zdążył się dowiedzieć, że teleskop Hubble'a zrobił najostrzejsze i najlepsze zdjęcia wszechświata ze wszystkich wykonanych do tej pory. Wiele z nich znalazłem w internecie i dołączyłem do swojej pracy cały plik wydruków. Kilka ulubionych zdjęć powiesiłem zresztą w swoim pokoju, na przykład to ostre jak brzytwa zdjęcie olbrzymiej gwiazdy Eta Carinae, odległej od naszego Układu Słonecznego o ponad osiem tysięcy lat świetlnych. Eta Carinae to jedna z najbardziej masywnych gwiazd Drogi Mlecznej i wkrótce może wybuchnąć jako supernowa, żeby w końcu skurczyć się i zmienić w gwiazdę neutronową albo czarną dziurę. Na innym z moich ulubionych zdjęć widać ogromne słupy gazu i pyłu w Mgławicy Orła (znanej też pod nazwą Ml6). Tu się rodzą nowe gwiazdy!