Świat Zofii - Jostein Gaarder - ebook + audiobook + książka

Świat Zofii ebook i audiobook

Jostein Gaarder

4,4
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jedynie filozofowie wyprawiają się w niebezpieczną podróż ku ostatecznym granicom istnienia.

"Świat Zofii" przetłumaczono na czterdzieści pięć języków, a w samej Polsce książka sprzedana została w blisko ćwierćmilionowym nakładzie. Opowiada ona o czternastoletniej Zofii Amundsen, która podążając śladami największych uczonych Europy – Platona, Sokratesa i Heideggera – odkrywa nie tylko piękno i prostotę filozoficznych nauk, ale przede wszystkim dociera do głębin własnej duszy. Tam znajduje niezwykły i zupełnie niespodziewany skarb...

Jostein Gaarder (ur. 1952 r.), z zawodu nauczyciel filozofii, z zamiłowania zaś – pisarz; jest autorem wybitnych i niezmiernie popularnych powieści dla dorosłych i młodzieży, prezentujących ogrom dziedzictwa kulturowego Europy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 652

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 20 godz. 19 min

Lektor: Joanna Jeżewska

Oceny
4,4 (227 ocen)
131
54
33
9
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katarzynakorczak10

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałam tę książkę jako nastolatka, miło było sobie przypomnieć tę pozycję jako dostosować kobieta. Ciekawe wprowadzenie do filozofii.
00
Pawelshoppinguk

Nie oderwiesz się od lektury

Dla poczatkujacych, wspaniala ksiazka
00
jwroman

Dobrze spędzony czas

dobra książka na początek z filozofią
00
shun70

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka
00
Wladyslawborkowski-2000

Całkiem niezła

co do historii filozofii całkiem całkiem co do reszty to nie trawię. W.B
00



OGRÓD EDENU

…w końcu coś kie­dyś musiało powstać z niczego…

Zofia Amund­sen wra­cała ze szkoły do domu. Pierw­szy odci­nek drogi prze­szła razem z Jorunn. Roz­ma­wiały o elek­tro­nicz­nych robo­tach. Jorunn twier­dziła, że mózg czło­wieka jest jak skom­pli­ko­wany kom­pu­ter, ale Zofia nie była pewna, czy się z nią zga­dza. Czło­wiek musi być chyba czymś wię­cej niż tylko maszyną?

Roz­stały się przy dużym skle­pie spo­żyw­czym. Zofia miesz­kała na obrzeżu roz­le­głej dziel­nicy wil­lo­wej, do szkoły miała pra­wie dwa razy dalej niż Jorunn. Dom stał jakby na krańcu świata, bo za jej ogro­dem nie było już innych zabu­do­wań. Tu zaczy­nał się głę­boki las.

Zofia skrę­ciła w ulicę Koni­czy­nową. Na końcu uliczka zata­czała ostry łuk. Miej­sce to czę­sto nazy­wano Zakrę­tem Kapi­tań­skim. Ludzie cho­dzili tędy nie­mal wyłącz­nie w soboty i nie­dziele.

Był począ­tek maja. W ogro­dach, pod drze­wami owo­co­wymi kwi­tły gęste kępy żon­kili. Brzozy pokryły się deli­kat­nym zie­lo­nym welo­nem list­ków.

Czy to nie dziwne, że o tej porze roku wszystko tak po pro­stu zaczyna rosnąć? Co spra­wia, że kiedy tylko robi się cie­plej i zni­kają ostat­nie resztki śniegu, z pozba­wio­nej życia ziemi wyła­niają się tony zie­lo­nych liści?

Otwie­ra­jąc furtkę do swo­jego ogrodu, Zofia zaj­rzała do skrzynki na listy. Na ogół było w niej mnó­stwo reklam i kilka wiel­kich kopert do matki. Zofia zwy­kle kła­dła gruby plik poczty na kuchen­nym stole, potem szła na górę do swo­jego pokoju i zabie­rała się do odra­bia­nia lek­cji.

Do ojca przy­cho­dziły jedy­nie od czasu do czasu jakieś zawia­do­mie­nia z banku, ale też nie był on wcale, ot takim sobie, zwy­czaj­nym ojcem. Ojciec Zofii był kapi­ta­nem wiel­kiego tan­kowca i więk­szą część roku spę­dzał poza domem. Kiedy przy­jeż­dżał na kilka tygo­dni, prze­cha­dzał się po poko­jach wol­nym kro­kiem i uprzy­jem­niał życie Zofii i jej matce, ale gdy prze­by­wał na morzu, sta­wał się bar­dzo daleki.

Dziś w skrzynce leżał tylko jeden nie­duży list – i był do Zofii.

„Zofia Amund­sen – gło­sił napis na małej koper­cie – ul. Koni­czy­nowa 3”. To wszystko, ni­gdzie nie podano, kto go wysłał. Nie było nawet znaczka.

Zofia szybko zatrza­snęła furtkę i zaraz otwo­rzyła kopertę. W środku zna­la­zła jedy­nie mały arku­sik papieru, nie więk­szy od samej koperty. Napi­sano na nim: „Kim jesteś?”.

I nic wię­cej. Ani pozdro­wień, ani pod­pisu, tylko te dwa odręcz­nie napi­sane słowa i duży znak zapy­ta­nia.

Jesz­cze raz obej­rzała kopertę. No tak, list był do niej, ale kto wsu­nął go do skrzynki?

Zofia w pośpie­chu otwie­rała drzwi do czer­wo­nego domu. Jak zwy­kle kot Shere Khan zdą­żył chył­kiem prze­mknąć wśród krze­wów, wsko­czyć na schodki i prze­śli­zgnąć się przez drzwi, zanim zamknęła je za sobą.

– Kici, kici, kici!

Gdy matka Zofii zło­ściła się na to czy owo, zda­rzało się, że nazy­wała dom, w któ­rym miesz­kali – mena­że­rią. Mena­że­ria to zbio­ro­wi­sko roz­ma­itych zwie­rząt i prawdę powie­dziaw­szy, Zofia była bar­dzo zado­wo­lona ze swego zwie­rzyńca. Naj­pierw dostała wazę ze zło­tymi ryb­kami: Zło­to­włosą, Czer­wo­nym Kap­tur­kiem i Czar­nym Pio­tru­siem. Póź­niej przy­były papużki, Kru­szyna i Okru­szek, żółw Gowinda, a wresz­cie żół­to­brą­zowy jak prę­go­wany tygrys kot Shere Khan. Wszyst­kie zwie­rzaki miały sta­no­wić swo­istą rekom­pen­satę za to, że matka późno wra­cała z pracy, a ojciec tułał się gdzieś po morzach i oce­anach.

Zofia zrzu­ciła z ramion szkolny ple­cak i wysta­wiła dla Shere Khana miseczkę z kocim jedze­niem. Wresz­cie klap­nęła na kuchenny sto­łek z tajem­ni­czym listem w dłoni.

Kim jesteś?

Skąd mogła wie­dzieć? Oczy­wi­ście była Zofią Amund­sen, ale kto to taki? Na razie jesz­cze dokład­nie tego nie wie­działa.

A gdyby nazy­wała się zupeł­nie ina­czej? Na przy­kład Anna Knut­sen? Czy wów­czas byłaby kimś innym?

Nagle przy­po­mniało jej się, że tata z początku chciał, by miała na imię Synnøve. Zofia spró­bo­wała wyobra­zić sobie, że wyciąga rękę i przed­sta­wia się jako Synnøve Amund­sen, ale nie, to nie było to. Przez cały czas przed­sta­wiała się zupeł­nie inna dziew­czynka.

Zesko­czyła na pod­łogę i nie wypusz­cza­jąc z ręki nie­zwy­kłego listu, prze­szła do łazienki. Sta­nęła przed lustrem i głę­boko zaj­rzała sobie w oczy.

– Jestem Zofią Amund­sen – powie­działa.

Dziew­czynka w lustrze nawet się nie skrzy­wiła. Bez względu na to, co robiła Zofia, i ona robiła to samo. Zofia sta­rała się uprze­dzić swe lustrzane odbi­cie, wyko­nu­jąc bły­ska­wiczny ruch, ale ta druga oka­zała się rów­nie szybka.

– Kim jesteś? – zapy­tała.

I teraz także nie otrzy­mała żad­nej odpo­wie­dzi, ale przez moment poczuła, że sama zapę­dziła się w kozi róg, nie wie­działa bowiem, kto zadał pyta­nie – czy ona sama, czy też jej lustrzane odbi­cie.

Zofia przy­su­nęła palec wska­zu­jący do nosa w lustrze i powie­działa:

– Ty to ja.

Kiedy jej oświad­cze­nie pozo­stało bez odzewu, odwró­ciła zda­nie:

– Ja to ty.

Zofia Amund­sen nie zawsze była zado­wo­lona ze swo­jego wyglądu. Czę­sto sły­szała, że ma piękne mig­da­łowe oczy, ale z pew­no­ścią powta­rzano jej to tylko dla­tego, że miała za mały nos i za duże usta. W dodatku uszy tkwiły zbyt bli­sko oczu. A już naj­gor­sze ze wszyst­kiego były pro­ste, gład­kie włosy, za nic nie dające uło­żyć się w żadną fry­zurę. Cza­sami ojciec gła­dził ją po gło­wie i mówił: „Moje ty dziew­czę o wło­sach jak len”, nawią­zu­jąc do utworu muzycz­nego Claude’a Debussy’ego. Mógł sobie tak mówić, nie był ska­zany na to, by przez całe życie zwi­sały mu z głowy pro­ste czarne strąki. Na włosy Zofii nie dzia­łały ani pianki, ani żele.

Cza­sami wła­sny wygląd zda­wał jej się do tego stop­nia dziwny, że zasta­na­wiała się, czy przy­pad­kiem nie jest kaleką. W każ­dym razie matka wspo­mi­nała o trud­nym poro­dzie. Ale czy to naprawdę sam poród decy­do­wał o wyglą­dzie czło­wieka?

Czy to nie dziwne, że nie wie­działa, kim jest? I czy nie bez­sen­sowne, że sama nie może decy­do­wać o swoim wyglą­dzie? Został jej podany na tacy. Ow­szem, mogła wybie­rać sobie przy­ja­ciół, ale samej sie­bie nie wybrała. Nie wybrała nawet tego, że jest czło­wie­kiem.

Co to jest czło­wiek?

Zofia znów popa­trzyła na dziew­czynkę w lustrze.

– Chyba pójdę odra­biać bio­lo­gię – oznaj­miła, jakby chciała się uspra­wie­dli­wić. W następ­nej chwili była już na kory­ta­rzu.

Nie, raczej wyjdę do ogrodu, pomy­ślała.

– Kici, kici, kici!

Zofia wypchnęła kota na schody i zamknęła za sobą drzwi.

Stała na wysy­pa­nej żwi­rem alejce, trzy­ma­jąc w dłoni tajem­ni­czy list, gdy nagle ogar­nęło ją dziwne uczu­cie. Miała wra­że­nie, że jest lalką, która za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki stała się nagle żywą istotą.

Czy to nie dziwne, że znaj­do­wała się teraz na świe­cie, że mogła prze­by­wać w tak nie­zwy­kłej baśni?

Shere Khan lek­kimi susami prze­sko­czył żwi­ro­waną alejkę i wśli­zgnął się mię­dzy gęste krzewy porze­czek. Praw­dziwy, żywy kot; żywy od bia­łych wąsów aż po ruchliwy ogon koń­czący gład­kie, smu­kłe ciało. I kot także prze­by­wał w ogro­dzie, ale na pewno nie zda­wał sobie z tego sprawy w taki sam spo­sób jak Zofia.

Kiedy Zofia coraz głę­biej zasta­na­wiała się nad tym, że ist­nieje, przy­szło jej też do głowy, że nie zawsze tak będzie.

Jestem teraz na świe­cie, myślała. Ale pew­nego dnia zniknę.

Czy ist­nieje życie po śmierci? I tego pyta­nia kot był raczej nie­świa­domy.

Nie tak dawno temu zmarła bab­cia Zofii, matka ojca. Od ponad pół roku dziew­czynka nie­mal codzien­nie roz­my­ślała o tym, jak jej bra­kuje. Czy to jest spra­wie­dliwe, że w pew­nym momen­cie życie po pro­stu się koń­czy?

Zofia stała na żwi­ro­wa­nej alejce, zato­piona w myślach. Usi­ło­wała sku­pić się na tym, że ist­nieje, by zapo­mnieć, że nie zawsze tak będzie. Oka­zało się to jed­nak nie­moż­liwe. Kiedy tylko kon­cen­tro­wała się na swym ist­nie­niu, natych­miast poja­wiała się myśl o końcu życia. Podob­nie było, gdy pró­bo­wała myśleć odwrot­nie: dopiero gdy świa­do­mość, że pew­nego dnia prze­sta­nie ist­nieć, stała się dosta­tecz­nie silna, naprawdę zdała sobie sprawę, jak nie­skoń­cze­nie cenne jest życie. To tro­chę tak jak awers i rewers, dwie strony monety; monety, którą stale obra­cała w dłoni. Im więk­sza i wyraź­niej­sza była jedna strona, tym więk­sza i wyraź­niej­sza sta­wała się druga. Życie i śmierć były jak dwie strony tej samej sprawy.

Nie można prze­ży­wać tego, że się ist­nieje, bez świa­do­mo­ści, że kie­dyś się umrze, pomy­ślała. Tak jak nie­moż­liwe jest myśle­nie o śmierci bez myśle­nia o tym, jak wspa­niałe jest życie.

Zofia przy­po­mniała sobie, że bab­cia powie­działa coś podob­nego tego dnia, gdy dowie­działa się od leka­rza o swo­jej cho­ro­bie: „Dopiero teraz rozu­miem, jak wspa­niałe jest życie”.

Czy to nie smutne, że więk­szość ludzi musi zacho­ro­wać, by zdać sobie sprawę z cudow­no­ści życia? A przy­naj­mniej potrzeba im do tego tajem­ni­czego listu w skrzynce!

Może powinna spraw­dzić, czy w skrzynce nie leży coś jesz­cze? Zofia pobie­gła do furtki i unio­sła zie­lone wieczko. Drgnęła prze­stra­szona, ujrzaw­szy iden­tyczną kopertę. Czy wycią­ga­jąc pierw­szy list, nie upew­niła się, że skrzynka jest pusta?

Na tej koper­cie także napi­sano jej nazwi­sko. Roze­rwała ją i wyło­wiła ze środka taki sam arku­sik papieru jak poprzedni.

Skąd wziął się świat? – prze­czy­tała.

Nie mam poję­cia, pomy­ślała Zofia. Tego chyba nie wie nikt? A mimo wszystko Zofia uznała, że pyta­nie jest w pełni uza­sad­nione. Pierw­szy raz w życiu doszła do wnio­sku, że wła­ści­wie nie da się żyć na świe­cie, przy­naj­mniej nie pyta­jąc, skąd się ten świat wziął.

Tajem­ni­cze listy tak zamie­szały Zofii w gło­wie, że posta­no­wiła usiąść w Zaułku.

Zaułek był super­tajną kry­jówką Zofii. Przy­cho­dziła tu tylko wtedy, gdy była bar­dzo zła, bar­dzo smutna albo bar­dzo szczę­śliwa. Tego dnia miała po pro­stu mętlik w gło­wie.

Czer­wony dom stał w wiel­kim ogro­dzie. Było tu wiele rabat z kwia­tami, krze­wów i roz­ma­itych drzew owo­co­wych, roz­le­gły traw­nik z ogro­dową huś­tawką i nawet nie­duża altana; dzia­dek, ojciec ojca, zbu­do­wał ją dla babci, kiedy stra­ciła pierw­sze dziecko, które zmarło zale­d­wie w kilka tygo­dni po uro­dze­niu. Bie­dac­two miało na imię Maria. Na jej nagrobku wyryto napis: „Mała Maria do nas przy­była, przy­wi­tała się i zawró­ciła”.

W jed­nym z rogów ogrodu, z tyłu, za mali­nami rosły gęste zaro­śla, które ni­gdy nie wyda­wały ani kwia­tów, ani owo­ców. Wła­ści­wie był to stary żywo­płot oddzie­la­jący ogród od wiel­kiego lasu, ale ponie­waż przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat nikt go nie pie­lę­gno­wał, zmie­nił się w nie­prze­byty gąszcz. Bab­cia opo­wia­dała, że w cza­sie wojny żywo­płot utrud­niał przej­ście lisom, przy­cho­dzą­cym tu na polo­wa­nie, kiedy kury cho­dziły wolno po ogro­dzie.

Dla wszyst­kich, poza Zofią, stary żywo­płot był rów­nie nie­po­trzebny co klatki dla kró­li­ków w innym miej­scu ogrodu, ale nikt nie znał tajem­nicy Zofii.

Odkąd mogła się­gnąć pamię­cią, Zofia znała wąskie przej­ście w żywo­pło­cie. Czoł­ga­jąc się przez nie, docie­rało się do wol­nego miej­sca oto­czo­nego krza­kami. Było tutaj jak w małej chatce. Mogła mieć pew­ność, że nikt jej tu nie znaj­dzie.

Ści­ska­jąc w ręku dwie koperty, Zofia pobie­gła przez ogród do żywo­płotu i na czwo­ra­kach prze­ci­snęła się przez gęstwinę. Zaułek był dość duży, mogła w nim sta­nąć pra­wie wypro­sto­wana, ale teraz wolała przy­siąść na gru­bych korze­niach. Stąd mogła wyglą­dać przez małe prze­świty mię­dzy gałę­ziami i liśćmi. Choć żaden z nich nie był więk­szy od pię­cio­ko­ro­nówki, miała widok na cały ogród. Kiedy była mała, lubiła stąd przy­glą­dać się, jak matka czy ojciec szu­kają jej mię­dzy drze­wami.

Zofia zawsze uwa­żała, że ogród two­rzy odrębny świat. Za każ­dym razem, gdy sły­szała o ogro­dzie Edenu w histo­rii o stwo­rze­niu świata, miała wra­że­nie, że sie­dzi w Zaułku i wygląda na swój mały raj.

„Skąd wziął się świat?”

Nie, Zofia nie potra­fiła odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Wie­działa, że Zie­mia jest tylko maleńką pla­netą zawie­szoną w ogrom­nej prze­strzeni kosmosu. Ale skąd wzięła się prze­strzeń kosmiczna?

Można było, rzecz jasna, zało­żyć, że kosmos ist­niał od zawsze, i wów­czas nie trzeba było szu­kać odpo­wie­dzi, skąd się wziął. Ale czy cokol­wiek mogło ist­nieć od zawsze? W głębi jej duszy coś gwał­tow­nie pro­te­sto­wało prze­ciwko takiemu twier­dze­niu. Wszystko, co ist­nieje, musiało chyba mieć jakiś począ­tek? A więc i prze­strzeń kosmiczna musiała kie­dyś powstać z cze­goś innego.

Ale jeśli kosmos powstał nagle z cze­goś innego, to i to coś innego musiało kie­dyś powstać z cze­goś jesz­cze innego. Zofia zro­zu­miała, że zepchnęła tylko cały pro­blem na dal­szy plan. W końcu coś kie­dyś musiało powstać z niczego. Ale czy to moż­liwe? Czy nie jest to rów­nie nie­praw­do­po­dobne, jak wyobra­że­nie sobie, że świat ist­nieje od zawsze?

W szkole uczono ją, że świat został stwo­rzony przez Boga, i Zofia usi­ło­wała teraz uspo­koić się myślą, że ta odpo­wiedź jest naj­lep­sza. Zaraz jed­nak znów zaczęła się zasta­na­wiać. Chęt­nie zgo­dzi się z twier­dze­niem, że to Bóg stwo­rzył prze­strzeń kosmiczną, ale co z samym Bogiem? Czy on stwo­rzył się sam, z niczego? Znów coś w niej ostro zapro­te­sto­wało. Nawet jeśli Bóg potra­fił stwo­rzyć to czy tamto, z pew­no­ścią nie zdo­łałby stwo­rzyć samego sie­bie, zanim miał jakie­goś „sie­bie”, przy pomocy któ­rego mógł two­rzyć. Pozo­sta­wała więc tylko jedna moż­li­wość: Bóg ist­nieje od zawsze. Ale prze­cież tę moż­li­wość odrzu­ciła już na początku! Wszystko, co ist­nieje, musi mieć jakiś począ­tek.

– Cho­lera!

Jesz­cze raz otwo­rzyła obie koperty.

Kim jesteś?

Skąd wziął się świat?

Pod­stępne pyta­nia! I od kogo przy­szły te listy? Pozo­sta­wało to rów­nie wielką tajem­nicą.

Kto wyrwał Zofię z codzien­no­ści i zmu­sił do szu­ka­nia roz­wią­zań wiel­kich zaga­dek wszech­świata?

Zofia po raz trzeci poszła do skrzynki.

Dopiero teraz listo­nosz przy­niósł codzienną por­cję poczty. Zofia wyło­wiła pękaty plik reklam, gazety i parę listów do matki. Zauwa­żyła też wido­kówkę z egzo­tyczną plażą. Odwró­ciła kartkę i zoba­czyła, że przy­kle­jono na niej nor­we­skie znaczki. Na stem­plu wid­niał napis: „Bata­lion ONZ”. Czy to kartka od tatu­sia? Ale prze­cież on miał znaj­do­wać się w zupeł­nie innym miej­scu, a w dodatku to wcale nie jego pismo!

Zofia poczuła, że puls ude­rza jej szyb­ciej, kiedy czy­tała, do kogo zaadre­so­wana jest kartka: „Hilda Møller Knag, c/o Zofia Amund­sen, ul. Koni­czy­nowa 3”… Dalej adres się zga­dzał. Przeczy­tała kartkę:

Kochana Hildo!

Naj­ser­decz­niej­sze życze­nia z oka­zji pięt­na­stych uro­dzin! Jak pew­nie rozu­miesz, chciał­bym Ci ofia­ro­wać pre­zent, który pomoże Ci dora­stać. Wybacz, że wysy­łam kartkę do Zofii. Tak było naj­ła­twiej.

Uca­ło­wa­nia

Tatuś

Zofia pędem wró­ciła do domu i wpa­dła do kuchni. Czuła, że wzbiera w niej burza.

Kim była ta Hilda, która koń­czyła pięt­na­ście lat tro­chę ponad mie­siąc przed jej pięt­na­stymi uro­dzi­nami?

Zofia przy­nio­sła z kory­ta­rza książkę tele­fo­niczną. Spraw­dziła. Wiele osób nosiło nazwi­sko Møller, było też sporo Kna­gów. Ale nikt w całym gru­bym tomie nie nazy­wał się Møller Knag.

Jesz­cze raz zba­dała tajem­ni­czą pocz­tówkę. Tak, była praw­dziwa, z praw­dzi­wym znacz­kiem i stem­plem.

Dla­czego jakiś ojciec wysłał kartkę z życze­niami uro­dzi­no­wymi pod adre­sem Zofii, jeśli jasne było, że prze­zna­czone są dla kogoś zupeł­nie innego? Jaki ojciec chciałby pozba­wić wła­sną córkę przy­jem­no­ści z otrzy­ma­nia uro­dzi­no­wej kartki, wysy­ła­jąc ją, ot tak sobie, gdzieś w świat? Dla­czego tak mia­łoby być „naj­ła­twiej”? I przede wszyst­kim: w jaki spo­sób zdoła odna­leźć Hildę?

Zofii tra­fił się więc jesz­cze jeden twardy orzech do zgry­zie­nia. Spró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli.

W ciągu kilku zale­d­wie popo­łu­dnio­wych godzin poja­wiły się przed nią trzy zagadki. Pierw­sza: kto wsu­nął dwie białe koperty do skrzynki na listy. Druga to owe trudne pyta­nia zadane w listach. Trze­cia zagadka brzmiała: kim jest Hilda Møller Knag i dla­czego Zofia otrzy­mała kartkę uro­dzi­nową prze­zna­czoną dla obcej dziew­czynki.

Była prze­ko­nana, że wszyst­kie trzy zagadki muszą w jakiś spo­sób wią­zać się ze sobą, bo do tego dnia wio­dła cał­kiem zwy­czajne życie.

CYLINDER

…zdzi­wie­nie jest tą przy­czyną, dla któ­rej ludzie zaczęli filo­zo­fo­wać…

Zofia przy­jęła za pew­nik, że osoba, która napi­sała do niej trzy ano­ni­mowe listy, ponow­nie się z nią skon­tak­tuje. Posta­no­wiła na razie nikomu o nich nie wspo­mi­nać.

W szkole trud­niej jej było skon­cen­tro­wać się na lek­cjach. Uznała nagle, że nauczy­ciel roz­pra­wia tylko o rze­czach nie­istot­nych. Dla­czego nie mówił raczej o tym, czym jest czło­wiek albo czym jest świat i jak powstał?

Ogar­nęło ją uczu­cie, któ­rego ni­gdy dotąd nie doznała: i w szkole, i wszę­dzie dookoła ludzie zaj­mo­wali się spra­wami mniej lub bar­dziej przy­pad­ko­wymi. A prze­cież ist­niały poważne, trudne pro­blemy, któ­rych roz­wi­kła­nie było waż­niej­sze niż zwy­kłe przed­mioty szkolne.

Czy ktoś w ogóle znał odpo­wiedź na takie pyta­nia? Zofia w każ­dym razie uwa­żała, że zasta­na­wia­nie się nad nimi jest waż­niej­sze niż wku­wa­nie odmiany cza­sow­ni­ków.

Kiedy zabrzę­czał dzwo­nek na koniec ostat­niej lek­cji, tak prędko opu­ściła dzie­dzi­niec szkoły, że Jorunn musiała biec, by ją dogo­nić.

Po chwili Jorunn zapy­tała:

– Zagramy wie­czo­rem w karty? – Zofia wzru­szyła ramio­nami.

– Chyba już mnie nie inte­re­suje gra w karty. – Jorunn wyglą­dała, jakby wła­śnie spa­dła z księ­życa.

– Nie? No to może zagramy w bad­min­tona?

Zofia wbiła wzrok w asfalt, ale zaraz pod­nio­sła oczy na przy­ja­ciółkę.

– Bad­min­ton też już mnie chyba nie inte­re­suje.

– Ach tak!

Zofia usły­szała w gło­sie Jorunn ton gory­czy.

– A może mogła­byś mi powie­dzieć, co tak nagle stało się dla cie­bie takie ważne?

Zofia led­wie widocz­nie potrzą­snęła głową.

– To… to tajem­nica.

– Phi! Na pewno się zako­cha­łaś!

Dziew­częta przez dłuż­szą chwilę nie odzy­wały się do sie­bie ani sło­wem. Kiedy doszły do boiska, Jorunn oświad­czyła:

– Idę przez boisko.

Przez boisko – to była naj­krót­sza droga dla Jorunn, ale cho­dziła tędy tylko wtedy, gdy musiała spie­szyć się do domu, żeby zdą­żyć na jakieś spo­tka­nie albo wizytę u den­ty­sty.

Zofia czuła, że robi jej się przy­kro, ponie­waż ura­ziła przy­ja­ciółkę. Ale co mogła odpo­wie­dzieć? Że nagle pro­blem, kim jest i skąd wziął się świat, pochło­nął ją do tego stop­nia, że nie miała czasu zagrać w bad­min­tona? Czy Jorunn by to zro­zu­miała?

Dla­czego tak trudno zaj­mo­wać się pyta­niami naj­waż­niej­szymi, choć w pewien spo­sób naj­zwy­klej­szymi ze wszyst­kich?

Czuła, że serce moc­niej ude­rza jej w piersi, kiedy otwie­rała skrzynkę, ale nie­stety zna­la­zła tylko list z banku i kilka dużych żół­tych kopert dla matki. A taką miała nadzieję na kolejną prze­syłkę od nie­zna­nego nadawcy.

Dopiero zamy­ka­jąc furtkę, odkryła swoje imię na jed­nej z dużych kopert. Na odwro­cie, w miej­scu, w któ­rym miała zamiar ją roze­rwać, umiesz­czono napis: „Kurs filo­zo­fii. Obcho­dzić się ostroż­nie”.

Zofia pobie­gła żwi­ro­waną alejką i zosta­wiła ple­cak na scho­dach. Pozo­stałe listy wsu­nęła pod wycie­raczkę i pomknęła do ogrodu za dom. Posta­no­wiła ukryć się w Zaułku. Ten list nale­żało otwo­rzyć wła­śnie tam.

Shere Khan dłu­gimi susami pomknął za nią, ale Zofia uznała, że to nie szko­dzi. Była pewna, że kot nic nikomu nie piśnie.

W koper­cie zna­la­zła trzy kartki maszy­no­pisu spięte spi­na­czem. Zaczęła czy­tać.

Co to jest filo­zo­fia?

Droga Zosiu!

Ludzie mają różne hobby. Są tacy, co zbie­rają stare monety albo znaczki, nie­któ­rzy lubią robótki ręczne, inni poświę­cają wolny czas na upra­wia­nie jakiejś dys­cy­pliny sportu.

Wiele osób lubi także czy­tać, jed­nakże dobór ich lek­tur bar­dzo się różni. Jedni czy­tają tylko gazety albo komiksy, inni wolą powie­ści, a jesz­cze inni książki z róż­nych dzie­dzin nauki, na przy­kład astro­no­mii, życia zwie­rząt czy wyna­laz­ków tech­nicz­nych.

Jeśli inte­re­sują mnie konie albo kamie­nie szla­chetne, nie mogę żądać, aby wszy­scy inni rów­nież się tym inte­re­so­wali. Jeżeli z napię­ciem śle­dzę rela­cje spor­towe w tele­wi­zji, muszę też tole­ro­wać zda­nie tych, któ­rzy uwa­żają, że sport jest nudny.

Czy mimo wszystko jed­nak jest coś, co powinno inte­re­so­wać każ­dego bez wyjątku? Czy ist­nieje coś, co doty­czy wszyst­kich ludzi, bez względu na to, kim są i w jakim miej­scu na świe­cie miesz­kają? Tak, droga Zosiu. Ist­nieją pyta­nia, które powinny zaj­mo­wać wszyst­kich ludzi. Takich wła­śnie pytań doty­czyć będzie ten kurs.

Co jest naj­waż­niej­sze w życiu? Jeśli zapy­tamy kogoś, kto gło­duje, odpo­wiedź będzie brzmiała: jedze­nie. Gdy takie samo pyta­nie zadamy komuś, kto mar­z­nie, odpo­wie: cie­pło. A kiedy spy­tamy czło­wieka, który czuje się samotny, stwier­dzi z pew­no­ścią, że naj­waż­niej­sza jest więź z innymi ludźmi.

Ale gdy wszyst­kie takie potrzeby zostaną zaspo­ko­jone, czy na­dal jest coś nie­zbęd­nego wszyst­kim ludziom? Filo­zo­fo­wie uwa­żają, że tak. Sądzą, że nie samym chle­bem czło­wiek żyje. Natu­ral­nie wszy­scy ludzie potrze­bują poży­wie­nia. Wszy­scy rów­nież potrze­bują miło­ści i tro­ski. Jest jed­nak coś jesz­cze, coś nie­zbęd­nego każ­demu czło­wiekowi. Mamy potrzebę zna­le­zie­nia odpo­wie­dzi na pyta­nie, kim jeste­śmy i dla­czego żyjemy.

Zain­te­re­so­wa­nie sen­sem i przy­czyną ist­nie­nia nie jest rów­nie „przy­pad­kowe” jak zain­te­re­so­wa­nie zbie­ra­niem znacz­ków. Ten, kto szuka odpo­wie­dzi na pyta­nia doty­czące istoty życia, zaj­muje się tym, nad czym ludzie zasta­na­wiali się, odkąd żyjemy na Ziemi. W jaki spo­sób powstała prze­strzeń kosmiczna, kula ziem­ska i życie na niej – to pyta­nia poważ­niej­sze i istot­niej­sze, niż kto zdo­był złoty medal na zeszło­rocz­nej olim­pia­dzie.

Naj­lep­szym spo­so­bem zbli­że­nia się do filo­zo­fii jest posta­wie­nie sobie kilku filo­zo­ficz­nych pytań.

Jak powstał świat? Czy za tym, co się dzieje, kryje się czy­jaś wola, jakiś sens? Czy ist­nieje życie po śmierci? W jaki w ogóle spo­sób zna­leźć odpo­wiedź na podobne pyta­nia? I przede wszyst­kim: jak powin­ni­śmy żyć?

Pyta­nia takie jak te zada­wali sobie ludzie od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Nie znamy kul­tury, która nie docie­ka­łaby, kim są ludzie czy skąd wziął się świat.

W zasa­dzie pytań filo­zo­ficz­nych nie jest tak wiele. Naj­waż­niej­sze już sobie zada­li­śmy. Na każde z nich w prze­szło­ści udzie­lono wielu róż­nych odpo­wie­dzi.

Łatwiej jest zada­wać filo­zo­ficzne pyta­nia, niż na nie odpo­wia­dać.

Dzi­siaj także każdy czło­wiek musi zna­leźć wła­sną odpo­wiedź na te pyta­nia. Nie da się nie­stety zaj­rzeć do ency­klo­pe­dii, by dowie­dzieć się, czy ist­nieje Bóg lub czy jest jakieś życie po śmierci. Ency­klo­pe­dia nie udzieli nam także odpo­wie­dzi na pyta­nie, jak powin­ni­śmy żyć. Jed­nakże stu­dio­wa­nie tego, co wymy­ślili inni ludzie, może oka­zać się pomocne w for­mo­wa­niu naszego poglądu na życie.

Pogoń filo­zo­fów za prawdą można chyba porów­nać do opo­wie­ści detek­ty­wi­stycz­nej. Nie­któ­rzy uwa­żają, że mor­dercą jest Jakob­sen, inni podej­rze­wają Nie­lsena albo Jep­sena. Gdy mamy do czy­nie­nia z praw­dziwą zagadką kry­mi­nalną, zda­rzyć się może, że poli­cji nagle uda się ją roz­wią­zać. Moż­liwe jest także, że ni­gdy nie zdoła się jej roz­wi­kłać. Ale prze­cież tajem­nica mimo to ma jakieś roz­wią­za­nie.

Choćby na jakieś pyta­nie trudno było odpo­wie­dzieć, należy jed­nak przy­jąć, że ist­nieje na nie tylko jedna jedyna odpo­wiedź. Albo jest jakiś rodzaj egzy­sten­cji po śmierci, albo go nie ma.

Wiele daw­nych zaga­dek z cza­sem roz­wią­zała nauka. Kie­dyś wielką tajem­nicą był wygląd dru­giej strony Księ­życa. Do odpo­wie­dzi na to pyta­nie nie dało się dojść przez dys­ku­sję, pozo­sta­wało więc pole do popisu dla fan­ta­zji. Dziś jed­nak wiemy dobrze, jak Księ­życ wygląda z dru­giej strony. Nikt już nie wie­rzy, że mieszka tam jakiś czło­wie­czek lub że Księ­życ to wielki ser.

Jeden z daw­nych filo­zo­fów grec­kich, który żył ponad dwa tysiące lat temu, uwa­żał, że filo­zo­fia naro­dziła się z ludz­kiego zdzi­wie­nia. Czło­wieka tak dzi­wiło wła­sne ist­nie­nie, że pyta­nia filo­zo­ficzne same mu się nasu­nęły.

To tro­chę tak jak wtedy, gdy obser­wu­jemy cza­ro­dziej­ską sztuczkę: nie możemy pojąć, jak mogło dojść do tego, co widzimy. Pytamy więc wła­śnie o to: w jaki spo­sób cza­ro­dziej zdo­łał prze­mie­nić kilka jedwab­nych bia­łych chu­s­tek w żywego kró­lika?

Wielu ludzi ma poczu­cie, że świat jest rów­nie nie­po­jęty jak sztuka cza­ro­dzieja, nagle wycią­ga­ją­cego kró­lika z pustego przed chwilą cylin­dra.

Jeśli cho­dzi o kró­lika, rozu­miemy, że cza­ro­dziej musiał nas oszu­kać, i pra­gniemy odkryć, w jaki spo­sób tego doko­nał. Ze świa­tem sprawa przed­sta­wia się nieco ina­czej. Wiemy, że świat to nie żadne sza­chraj­stwo i bujda, bo prze­cież cho­dzimy po Ziemi, sami jeste­śmy czę­ścią świata. Wła­ści­wie to my sami jeste­śmy bia­łym kró­li­kiem wycią­gnię­tym z cylin­dra. Róż­nimy się od bia­łego kró­lika tylko tym, że on nie zdaje sobie sprawy, iż bie­rze udział w sztuczce. Z nami jest ina­czej. My uwa­żamy, że uczest­ni­czymy w czymś zagad­ko­wym i chcie­li­by­śmy dowie­dzieć się, jak wła­ści­wie sprawy się mają.

PS Jeśli cho­dzi o bia­łego kró­lika, to lepiej chyba będzie przy­rów­nać go do całego wszech­świata. My, któ­rzy tu miesz­kamy, jeste­śmy malut­kimi stwo­rzon­kami, żyją­cymi głę­boko w futrze kró­lika. Ale filo­zo­fo­wie pró­bują się wspi­nać po jed­nym z cien­kich wło­sków, aby zaj­rzeć wiel­kiemu cza­ro­dzie­jowi pro­sto w oczy.

Czy to dla Cie­bie nie za nudne, Zosiu? Ciąg dal­szy nastąpi.

Zofia była kom­plet­nie oszo­ło­miona. Czy to nie jest nudne? Czy­tała z zapar­tym tchem, nawet na moment nie mogła się ode­rwać.

Kto przy­niósł ten list? Kto? Kto?

Nie­moż­liwe, by była to ta sama osoba, która wysłała pocz­tówkę z życze­niami uro­dzi­no­wymi do Hildy Møller Knag, na kartce był prze­cież zna­czek i stem­pel. Żółtą kopertę wło­żono bez­po­śred­nio do skrzynki na listy, tak samo jak poprzed­nio dwie białe koperty.

Zofia zer­k­nęła na zega­rek. Była dopiero za kwa­drans trze­cia, a więc jesz­cze pra­wie dwie godziny do powrotu matki z pracy.

Zofia wyczoł­gała się do ogrodu i znów pobie­gła do skrzynki na listy. Czy moż­liwe, by leżało tam coś jesz­cze?

Zna­la­zła kolejną żółtą kopertę ze swoim nazwi­skiem. Tym razem rozej­rzała się dokoła, ale nikogo nie zoba­czyła. Wybie­gła za furtkę aż na skraj lasu, zba­dała ścieżkę.

I tam także ani żywej duszy.

Nagle wydało jej się, że z głębi lasu doszedł ją trzask łama­nych gałą­zek. Nie była tego jed­nak cał­kiem pewna, zresztą i tak na nic by się zdało rusza­nie w pogoń za kimś, kto ucie­kał.

Zofia otwo­rzyła klu­czem drzwi i weszła do domu, odło­żyła szkolny ple­cak i pocztę dla matki. Wbie­gła na górę do swego pokoju, wycią­gnęła wielką puszkę po ciast­kach, pełną ślicz­nych kamieni, wysy­pała kamie­nie na pod­łogę i wło­żyła do puszki obie duże koperty. Znów wybie­gła do ogrodu z puszką pod pachą. Zanim wyszła, wysta­wiła jesz­cze jedze­nie dla Shere Khana.

– Kici! Kici! Kici!

Gdy znów zna­la­zła się w Zaułku, otwo­rzyła kopertę i wycią­gnęła kilka zapi­sa­nych na maszy­nie kar­tek. Zaczęła czy­tać:

Nie­zwy­kła istota

A więc znów się spo­ty­kamy. Jak już pew­nie zro­zu­mia­łaś, nasz mały kurs filo­zo­fii dosta­wać będziesz w odpo­wied­nio straw­nych por­cjach. Oto kilka kolej­nych uwag wstęp­nych.

Czy mówi­łem już, że jedyne, czego nam potrzeba, aby­śmy stali się dobrymi filo­zo­fami, to zdol­ność do dzi­wie­nia się świa­tem? Jeśli nie, oznaj­miam to teraz: JEDYNE, CZEGO NAM POTRZEBA, ABY­ŚMY STALI SIĘ DOBRYMI FILO­ZO­FAMI, TO ZDOL­NOŚĆ DO DZI­WIE­NIA SIĘ ŚWIA­TEM.

Zdol­ność tę posia­dają wszyst­kie małe dzieci. Po kilku zale­d­wie mie­sią­cach wśli­zgują się w olśnie­wa­jąco nową rze­czy­wi­stość. Wydaje się jed­nak, że kiedy rosną, zdol­ność dzi­wie­nia się zaczyna zani­kać. Dla­czego tak jest? Czy Zofia Amund­sen zna na to odpo­wiedź?

Gdyby nie­mowlę umiało mówić, z pew­no­ścią wspo­mnia­łoby o tym, jak zadzi­wia­jący jest świat, na któ­rym się poja­wiło. Bo choć dziecko nie umie mówić, widzimy, z jakim zain­te­re­so­wa­niem wska­zuje na wszystko dokoła i z jaką cie­ka­wo­ścią chwyta przed­mioty znaj­du­jące się w pokoju.

Kiedy dziecko zaczyna wyma­wiać pierw­sze słowa, zatrzy­muje się i woła „hau, hau” za każ­dym razem, gdy zoba­czy psa. Czę­sto widzimy, jak malec rado­śnie pod­ska­kuje w wózku i wyma­chu­jąc rącz­kami, krzy­czy: „Hau, hau! Hau, hau!”. Nas, któ­rzy mamy już tro­chę lat na karku, drażni być może taki zapał. „Tak, tak, to hau-hau – mówimy tonem ludzi zna­ją­cych życie – ale siedź spo­koj­nie, bo ina­czej wypad­niesz z wózka”. Nie podzie­lamy zachwy­tów dziecka. Widzie­li­śmy już sporo psów.

Być może taki sza­lony, rado­sny popis odbę­dzie się kil­ka­set razy, zanim dziecko zdoła przejść obok psa, nie tra­cąc głowy z rado­ści. Albo obok sło­nia czy hipo­po­tama. Jed­nak na długo przed­tem, nim dziecko nauczy się popraw­nie mówić – i na długo zanim nauczy się myśleć filo­zo­ficz­nie – świat staje się czymś zwy­czaj­nym.

Szkoda – powiesz pew­nie!

Moją sprawą jest, abyś nie zna­la­zła się wsród tych, któ­rzy przyj­mują świat za oczy­wi­stość, droga Zosiu. Dla pew­no­ści, zanim na dobre roz­pocz­niemy kurs filo­zo­fii, prze­pro­wa­dzimy parę eks­pe­ry­men­tów.

Wyobraź sobie, że pew­nego dnia wybie­rasz się na wycieczkę do lasu. Nagle przed sobą, na ścieżce, dostrze­gasz nie­duży sta­tek kosmiczny. Ze statku wycho­dzi mały Mar­sja­nin, staje jak wryty i wga­pia się w cie­bie…

Co byś wów­czas pomy­ślała? Ach, to zresztą nie jest takie ważne, ale czy nie przy­szło Ci do głowy, że ty sama jesteś taką Mar­sjanką?

Nie jest rze­czą szcze­gól­nie praw­do­po­dobną, byś kie­dy­kol­wiek potknęła się o stwora z innej pla­nety. Nie wiemy nawet, czy na innych pla­ne­tach ist­nieje życie. Ale można sobie wyobra­zić, że potkniesz się o samą sie­bie. Może się zda­rzyć, że pew­nego dnia zatrzy­masz się i spoj­rzysz na sie­bie w zupeł­nie inny spo­sób. Może zda­rzy się to wła­śnie pod­czas wycieczki do lasu.

Jestem nie­zwy­kłą istotą, pomy­ślisz. Jestem tajem­ni­czym stwo­rem…

To tak, jak­byś nagle obu­dziła się ze stu­let­niego snu Śpią­cej Kró­lewny. „Kim jestem?” – zapy­tasz. Wiesz, że cho­dzisz po jakimś glo­bie, zawie­szo­nym we wszech­świe­cie. Ale czym jest wszech­świat?

Jeśli w taki spo­sób odkry­jesz samą sie­bie, odkry­jesz coś rów­nie tajem­ni­czego jak ów Mar­sja­nin na leśnej ścieżce. Nie tylko zoba­czy­łaś istotę z prze­strzeni kosmicz­nej. W głębi duszy czu­jesz, że sama jesteś taką zadzi­wia­jącą istotą.

Nie stra­ci­łaś wątku, Zosiu? Prze­pro­wa­dzimy jesz­cze jeden eks­pe­ry­ment myślowy.

Pew­nego dnia mama, tatuś i mały, dwu- albo trzy­letni Tho­mas sie­dzą w kuchni i jedzą śnia­da­nie. Wkrótce mama wstaje od stołu i odwraca się do kuchen­nego blatu, a tatuś, tak, tatuś nagle na oczach małego Tho­masa unosi się w powie­trze i wzla­tuje pod sufit.

Jak myślisz, co wów­czas mówi Tho­mas? Może wycią­gnie rękę, wskaże na ojca i ogłosi: „Tata lata!”.

Mały Tho­mas tro­chę się zdziwi, ale nie bar­dziej niż zwy­kle. Tatuś i tak robi tyle nie­zwy­kłych rze­czy, że ot, taki sobie mały prze­lot nad sto­łem po śnia­da­niu nie­wiele zmieni w oczach chłopca. Ojciec prze­cież co dzień goli się zabawną maszynką, cza­sami wcho­dzi na dach i kręci anteną tele­wi­zyjną albo wsa­dza głowę do sil­nika samo­cho­do­wego, a potem jest czarny jak Murzyn.

Teraz kolej na mamę. Usły­szała, co mówi Tho­mas, i zaraz się odwraca. Jak sądzisz, w jaki spo­sób zare­aguje na widok męża uno­szą­cego się lekko nad kuchen­nym sto­łem?

Wypu­ści z rąk słoik z dże­mem i ude­rzy w krzyk z prze­ra­że­nia. Być może potrzebna jej będzie pomoc lekar­ska, gdy tatuś wresz­cie znaj­dzie się z powro­tem na krze­śle. (Już dawno powi­nien nauczyć się ład­nie sie­dzieć przy stole!).

Jak sądzisz, dla­czego Tho­mas i mama reagują tak róż­nie?

Ma to zwią­zek z przy­zwy­cza­je­niem. (Zapa­mię­taj to sobie!). Mama nauczyła się, że ludzie nie mogą fru­wać, Tho­mas nato­miast jesz­cze o tym nie wie. Na­dal nie jest pewien, co na tym świe­cie jest moż­liwe, a co nie.

A jak jest z samym świa­tem, Zosiu? Czy świat jest moż­liwy? Prze­cież on także swo­bod­nie unosi się w prze­strzeni.

Naj­smut­niej­sze jest to, że dora­sta­jąc, przy­zwy­cza­jamy się nie tylko do prawa cią­że­nia. Przy­zwy­cza­jamy się jed­no­cze­śnie także do świata jako takiego.

Wygląda na to, że w cza­sie dora­sta­nia tra­cimy zdol­ność do dzi­wie­nia się świa­tem. Tra­cimy wów­czas coś bar­dzo istot­nego, co filo­zo­fo­wie powtór­nie usi­łują pobu­dzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co pod­po­wiada nam, że życie jest wielką zagadką. Wie­dzie­li­śmy to na długo przed­tem, zanim nauczy­li­śmy się o tym myśleć.

Spre­cy­zuję: cho­ciaż pyta­nia filo­zo­ficzne doty­czą wszyst­kich ludzi, nie wszy­scy zostaną filo­zo­fami. Z roz­ma­itych powo­dów więk­szość ludzi tak bar­dzo pochło­nięta jest codzien­nymi pro­ble­mami, że zdu­mie­nie samym życiem zostaje ode­pchnięte w naj­głęb­sze zaka­marki myśli. (Ci ludzie kryją się głę­boko w futrze kró­lika, wygod­nie się ukła­dają i pozo­stają tam aż do końca życia).

Dla dzieci świat i wszystko, co się w nim znaj­duje, jest czymś nowym, czymś, co budzi zdzi­wie­nie. Nie każdy doro­sły myśli podob­nie. Więk­szość z nich postrzega świat jako coś zupeł­nie zwy­czaj­nego.

I tu wła­śnie filo­zo­fo­wie są szczyt­nym wyjąt­kiem. Filo­zof ni­gdy nie zdoła tak naprawdę przy­zwy­czaić się do świata. Dla niego (lub dla niej) świat pozo­staje czymś nie­praw­do­po­dob­nym. Tak, zagad­ko­wym i tajem­ni­czym. Filo­zofowie i małe dzieci mają więc pewną cechę wspólną. Można powie­dzieć, że filo­zof przez całe życie pozo­staje rów­nie wraż­liwy, zacho­wuje cienką skórę, jaką ma dziecko.

Możesz więc teraz wybie­rać, droga Zosiu. Czy jesteś dziec­kiem, które jesz­cze nie zdą­żyło przy­zwy­czaić się do świata, czy raczej filo­zo­fem, który może przy­siąc, że to ni­gdy nie nastąpi?

Jeśli tylko potrzą­śniesz głową i nie roz­po­znasz w sobie ani dziecka, ani filo­zofa, to dla­tego, że tak już się zado­mo­wi­łaś na świe­cie, że aż prze­stał Cię zdu­mie­wać. W takim razie zagraża Ci nie­bez­pie­czeń­stwo. I dla­tego wła­śnie dosta­jesz ten kurs filo­zo­fii, na wszelki wypa­dek. Nie chcę, byś Ty wła­śnie była jedną z tych ospa­łych i obo­jęt­nych. Chcę, abyś żyła świa­do­mie.

Kurs jest bez­płatny, dla­tego też nie licz na zwrot pie­nię­dzy, jeśli go nie ukoń­czysz. Ale jeśli chcia­ła­byś go prze­rwać, masz na to pełną szansę. Musisz mi tylko zosta­wić wia­do­mość w skrzynce na listy. Odpo­wied­nia będzie na przy­kład żywa żaba; w każ­dym razie powinno to być coś zie­lo­nego, ina­czej listo­nosz mógłby się nie na żarty wystra­szyć.

Krót­kie pod­su­mo­wa­nie: Z pustego cylin­dra wycią­gnięty zostaje biały kró­lik. Ponie­waż kró­lik jest olbrzymi, sztuczka ta trwa wiele miliar­dów lat. Na samych koniusz­kach cie­niu­teń­kich wło­sków kró­li­czego futerka rodzą się ludz­kie dzieci. Z tego miej­sca potra­fią się dzi­wić nie­praw­do­po­dobną cza­ro­dziej­ską sztuczką. Ale z cza­sem są coraz star­sze, wśli­zgują się coraz dalej w głąb kró­li­czego futra. Tam już zostają. Czują się tam tak przy­jem­nie, że ni­gdy nie ośmielą się ponow­nie wdra­pać na szczyt cien­kich wło­sków. Jedy­nie filo­zo­fo­wie wypra­wiają się w nie­bez­pieczną podróż ku osta­tecz­nym gra­ni­com ist­nie­nia. Nie­któ­rzy z nich spa­dają, ale inni mocno wcze­piają się we włosy i z góry wołają do ludzi wtu­lo­nych głę­boko w kró­li­cze futro i opy­cha­ją­cych się sma­ko­ły­kami:

– Panie i pano­wie! Uno­simy się w próżni!

Ale nikt z ludzi zamiesz­ku­ją­cych zaciszne poła­cie kró­li­czego futra nie przej­muje się woła­niem filo­zo­fów.

– Ach, cóż za awan­tur­nicy! – stwier­dzają.

I kon­ty­nu­ują roz­mowę: Czy możesz podać mi masło? Jak stoją dzi­siaj akcje banku? Ile kosz­tują pomi­dory? Czy sły­sza­łeś, że Lady Di znów spo­dziewa się dziecka?

Kiedy matka Zofii po połu­dniu wró­ciła do domu, dziew­czyna była w szoku. Puszka z listami od tajem­ni­czego filo­zofa leżała dobrze ukryta w Zaułku. Zofia pró­bo­wała zabrać się do lek­cji, ale sie­działa tylko, zasta­na­wia­jąc się nad tym, co prze­czy­tała.

O tak wielu rze­czach przed­tem nie myślała! Nie była już dziec­kiem, ale nie była też jesz­cze cał­kiem doro­sła. Zro­zu­miała, że zaczęła już powoli zapa­dać się w głąb futerka kró­lika wycią­gnię­tego z czar­nego cylin­dra wszech­świata. Filo­zof jed­nak zatrzy­mał ją w pół drogi. On – a może ona? – mocno chwy­cił ją za kark i pocią­gnął w górę, na czu­bek wło­ska, gdzie kie­dyś bawiła się jako dziecko. I stam­tąd wła­śnie, z samego czubka wło­ska, przyj­rzała się światu, jak gdyby ujrzała go po raz pierw­szy.

Filo­zof ją oca­lił. Nie miała co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie­znany nadawca ura­to­wał ją od obo­jęt­no­ści codzien­nego życia.

Kiedy matka wró­ciła do domu około pią­tej, Zofia zacią­gnęła ją do salonu i posa­dziła w fotelu.

– Mamo, czy nie uwa­żasz, że to nie­zwy­kłe: żyć? – zaczęła.

Matka była tak zasko­czona, że nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Na ogół kiedy wra­cała do domu, zasta­wała córkę sie­dzącą nad lek­cjami.

– Hmmm – mruk­nęła. – Cza­sami, ow­szem.

– Cza­sami? A czy nie uwa­żasz, że to dziwne, że w ogóle ist­nieje jakiś świat?

– Och, Zosiu, nie mów takich rze­czy!

– Dla­czego nie? Może wydaje ci się, że świat jest cał­kiem nor­malny?

– No, bo tak prze­cież jest. W każ­dym razie na ogół.

Zofia zro­zu­miała, że filo­zof miał rację. Doro­śli trak­to­wali świat jako rzecz cał­kiem natu­ralną. Raz na zawsze, jak Śpiąca Kró­lewna, uko­ły­sali się do stu­let­niego snu codzien­no­ści.

– Phi! To tylko ty na dobre zado­mo­wi­łaś się na świe­cie i prze­stał już cię dzi­wić – powie­działa.

– Co ty ple­ciesz?

– Że za bar­dzo się przy­zwy­cza­iłaś do świata. Innymi słowy, cał­kiem zgłu­pia­łaś.

– Nie wolno ci się tak do mnie odzy­wać, Zofio.

– Dobrze, wyja­śnię ci to ina­czej. Uło­ży­łaś się głę­boko w futrze bia­łego kró­lika, który wła­śnie w tym momen­cie wycią­gany jest z czar­nego cylin­dra wszech­świata. Zaraz pój­dziesz nasta­wić ziem­niaki, potem prze­czy­tasz gazetę, a po pół­go­dzin­nej poobied­niej drzemce obej­rzysz dzien­nik.

Na twa­rzy matki poja­wił się wyraz zatro­ska­nia. Rze­czy­wi­ście poszła do kuchni nasta­wić ziem­niaki. Nieco póź­niej wró­ciła do salonu i teraz ona usa­dziła Zofię w fotelu.

– Muszę z tobą poroz­ma­wiać – zaczęła. Zofia z tonu wywnio­sko­wała, że cho­dzi o coś poważ­nego. – Nie zaplą­ta­łaś się przy­pad­kiem w jakieś nar­ko­tyki, kocha­nie?

Zofia wybuch­nęła śmie­chem, ale dobrze rozu­miała, dla­czego to pyta­nie padło aku­rat teraz.

– Skąd! – powie­działa. – Od tego czło­wiek obo­jęt­nieje jesz­cze bar­dziej.

Tego dnia nie mówiły już wię­cej ani o nar­ko­ty­kach, ani o bia­łych kró­li­kach.

MITY

…chwiejna rów­no­waga mię­dzy dobrymi a złymi mocami…

Następ­nego ranka nie było żad­nego listu do Zofii. Dziew­czynka nudziła się przez długi dzień w szkole. Na prze­rwach sta­rała się być wyjąt­kowo miła dla Jorunn, a w dro­dze do domu zaczęły pla­no­wać wspólną wycieczkę z namio­tem, kiedy tylko w lesie tro­chę prze­schnie.

Wresz­cie Zofia znów sta­nęła przed skrzynką. Naj­pierw otwo­rzyła liścik ze stem­plem z Mek­syku. To kartka od taty. Tęsk­nił za domem i pierw­szy raz udało mu się poko­nać w sza­chach pierw­szego ofi­cera. Poza tym upo­rał się już pra­wie z dwu­dzie­stoma kilo­gra­mami ksią­żek, które zabrał ze sobą, kiedy wyru­szał w rejs po zimo­wych waka­cjach.

Ale w skrzynce leżała także zaadre­so­wana do niej żółta koperta! Zofia zosta­wiła w domu ple­cak oraz resztę poczty i pobie­gła do Zaułka. Wycią­gnęła kolejne zapi­sane na maszy­nie kartki i zaczęła czy­tać.

Mityczny obraz świata

Witaj, Zosiu! Mamy sporo do zro­bie­nia, przy­stąpmy więc od razu do rze­czy.

Przez filo­zo­fię rozu­miemy nowy spo­sób myśle­nia, który naro­dził się w Gre­cji, około 600 lat przed Chry­stu­sem. Wcze­śniej odpo­wiedź na wszyst­kie pyta­nia dawały ludziom roz­ma­ite reli­gie. Takie reli­gijne wyja­śnie­nia prze­ka­zy­wane były z poko­le­nia na poko­le­nie w postaci mitów. Mity to opo­wie­ści o bogach, wyja­śnia­jące, dla­czego życie jest takie, jakie jest.

Przez tysiące lat na całym świe­cie wyrósł praw­dzi­wie dziki i bujny gąszcz mitycz­nych wyja­śnień pro­ble­mów filo­zo­ficz­nych. Filo­zo­fo­wie greccy sta­rali się wyka­zać, że ludzie nie powinni wie­rzyć mitom.

Aby pojąć spo­sób myśle­nia pierw­szych filo­zo­fów, musimy zro­zu­mieć, co to jest mityczny obraz świata. Jako przy­kład posłużą nam mity pocho­dzące ze Skan­dy­na­wii. By zaczerp­nąć wody, nie trzeba prze­cho­dzić na drugą stronę stru­mie­nia.

Z pew­no­ścią znany Ci jest bóg THOR z mło­tem. Zanim chrze­ści­jań­stwo dotarło do Nor­we­gii, tu, na Pół­nocy, ludzie wie­rzyli, że Thor podró­żuje po nie­bie wozem cią­gnię­tym przez dwa kozły. Kiedy obra­cał swym mło­tem, powsta­wały grzmoty i bły­ska­wice. Nor­we­skie słowo tor­den (grzmot) pocho­dzi od Tor-dønn (huk Thora). Po szwedzku grzmot nazywa się åska, a wła­ści­wie ås-aka, co zna­czy „podróż boga” przez niebo.

Kiedy bły­ska i grzmi, na ogół towa­rzy­szy temu deszcz. Dla chło­pów w epoce wikin­gów opady miały ogromne zna­cze­nie. Dla­tego wła­śnie Thora czczono jako boga płod­no­ści.

A zatem na pyta­nie, dla­czego pada deszcz, mityczna odpo­wiedź brzmiała nastę­pu­jąco: bo Thor wywija mło­tem. A po desz­czu wszystko kieł­ko­wało, obsiane pola rodziły.

W jaki spo­sób rośliny rosną i wydają owoce, samo w sobie pozo­sta­wało nie­po­jęte. Chłopi wie­dzieli jed­nak, że ma to coś wspól­nego z desz­czem. Powszech­nie wie­rzono rów­nież, że deszcz jest wyni­kiem dzia­ła­nia Thora. Przez to stał się on jed­nym z naj­waż­niej­szych bogów w Skan­dy­na­wii.

Wiel­kie zna­cze­nie Thora miało jesz­cze inne przy­czyny, zwią­zane z porząd­kiem świata.

Wikin­go­wie wyobra­żali sobie, że cały zamiesz­kany przez ludzi świat jest wyspą, któ­rej stale grożą nie­bez­pie­czeń­stwa z zewnątrz. Tę część świata nazy­wali MID­GARD, czyli kra­ina poło­żona w środku. W Mid­gar­dzie znaj­do­wał się także ASGARD, czyli sie­dziba bogów. Wokół Mid­gardu roz­cią­gał się UTGARD, czyli kraj poło­żony na zewnątrz. Tu miesz­kali groźni jotu­no­wie – olbrzymi, któ­rzy wymyśl­nymi sztucz­kami bez­u­stan­nie usi­ło­wali znisz­czyć świat. Takie zło­śliwe potwory czę­sto okre­ślamy jako „moce cha­osu”. Zarówno w reli­gii sta­ro­skan­dy­naw­skiej, jak i w więk­szo­ści innych kul­tur, ludzie wie­rzyli w chwiejną rów­no­wagę sił mię­dzy dobrymi i złymi mocami.

Jed­nym ze spo­so­bów, jakimi olbrzymi mogli znisz­czyć Mid­gard, było porwa­nie bogini płod­no­ści FREYJI. Gdyby tego doko­nali, zie­mia prze­sta­łaby wyda­wać plony, a kobiety nie rodzi­łyby dzieci. Dla­tego tak istotne było, by bogo­wie zdo­łali utrzy­mać olbrzy­mów w sza­chu.

I tu także ważną rolę odgry­wał Thor. Jego młot nie tylko spro­wa­dzał deszcz, był także nie­za­wodną bro­nią w walce z nie­bez­piecz­nymi siłami cha­osu. Młot zapew­niał mu pra­wie nie­ogra­ni­czoną siłę. Mógł rzu­cać nim za olbrzy­mami i w ten spo­sób je uśmier­cać. Nie musiał się też bać, że go straci, gdyż młot dzia­łał jak bume­rang i zawsze wra­cał do wła­ści­ciela.

Takie było mityczne wyja­śnie­nie ist­nie­nia natury i przy­czyn bez­u­stan­nie toczą­cej się walki dobra ze złem. Jed­nakże filo­zo­fo­wie takich wła­śnie wyja­śnień nie chcieli uznać.

Nie cho­dziło jed­nak tylko o wyja­śnie­nia.

Ludzie nie mogli sie­dzieć z zało­żo­nymi rękami i cze­kać, aż spadną na nich nie­szczę­ścia – na przy­kład susza lub zakaźne cho­roby. Sami ludzie także musieli brać udział w walce ze złem. Doko­ny­wało się to poprzez roz­ma­ite obrzędy reli­gijne, czyli rytu­ały.

W epoce sta­ro­skan­dy­naw­skiej naj­waż­niej­szym reli­gij­nym obrzę­dem była ofiara. Dzięki ofie­rze skła­da­nej bogu jego siła wzra­stała. Ludzie musieli skła­dać ofiary bogom, by dodać im mocy w walce z siłami cha­osu. W ofie­rze skła­dano zwie­rzęta. Tho­rowi praw­do­po­dob­nie ofia­ro­wy­wano kozły. ODY­NOWI skła­dano cza­sem nawet ofiary z ludzi.

Naj­po­pu­lar­niej­szy w Nor­we­gii mit znamy z poematu Thrym­skvida, czyli Pie­śni o Thry­mie. Opo­wiada on, jak to Thor pogrą­żony był we śnie, a kiedy się obu­dził, zoba­czył, że jego młot znik­nął. Thor wpadł w taki gniew, że aż drżały mu ręce i trzę­sła się broda. Wraz ze swym towa­rzy­szem LOKIM udał się do Freyji i popro­sił ją o poży­cze­nie szaty z piór, aby Loki mógł pofru­nąć do Jotun­heim, sie­dziby olbrzy­mów, i spraw­dzić, czy to nie oni skra­dli młot. Tu wła­śnie Loki spo­tyka króla olbrzy­mów, THRYMA, który rze­czy­wi­ście chełpi się, że ukrył młot osiem mil pod zie­mią. Dodaje także: Aso­wie (bogo­wie) nie odzy­skają go, dopóki Freyja nie zosta­nie jego żoną.

Słu­chasz uważ­nie, Zosiu? Dobrzy bogo­wie stają nagle w obli­czu strasz­li­wego szan­tażu z zakład­ni­kiem. Olbrzymi przej­mują teraz wła­dzę nad naj­po­tęż­niej­szą bro­nią bogów, sytu­acja staje się więc nie­zwy­kle napięta. Dopóki olbrzymi mają młot Thora, dzierżą wła­dzę nad świa­tem bogów i ludzi. W zamian za młot żądają Freyji. Taka trans­ak­cja jest jed­nak nie­moż­liwa. Jeśli bogo­wie będą zmu­szeni oddać bogi­nię płod­no­ści, która strzeże wszel­kiego życia, wów­czas zwięd­nie trawa na łąkach, a bogów i ludzi nie­chyb­nie czeka śmierć. Jest to więc sytu­acja bez wyj­ścia. Jeśli wyobra­zisz sobie grupę ter­ro­ry­styczną gro­żącą zrzu­ce­niem bomby ato­mo­wej na Lon­dyn albo Paryż, gdy nie zostaną speł­nione ich śmier­tel­nie nie­bez­pieczne żąda­nia, z pew­no­ścią zro­zu­miesz, o co mi cho­dzi.

Mit opo­wiada dalej, że Loki wró­cił do domu, do Asgardu. Prosi Freyję, by przy­wdziała ślubny strój, bo nie­stety musi zostać poślu­biona olbrzy­mowi. Freyja gniewa się i mówi, że ludzie posą­dzą ją o cał­ko­wite sza­leń­stwo na punk­cie męż­czyzn, jeśli zgo­dzi się poślu­bić jed­nego z olbrzy­mów.

Na świetny pomysł wpada jed­nak bóg HEIM­DALL. Pro­po­nuje, aby zamiast Freyji, prze­brać za oblu­bie­nicę Thora. Żeby przy­po­mi­nał kobietę, mogą odpo­wied­nio uło­żyć mu włosy, a na piersi zawie­sić kamie­nie. Thor natu­ral­nie nie jest zachwy­cony pro­po­zy­cją, ale w końcu poj­muje, że jedy­nym spo­so­bem na odzy­ska­nie młota jest usłu­cha­nie rady Heim­dalla.

Thor prze­biera się za pannę młodą, Loki ma mu towa­rzy­szyć jako druhna. „Tak więc my, dwie nie­wia­sty, wyru­szamy do Jotun­heim” – mówi Loki.

Posłu­gu­jąc się bar­dziej nowo­cze­snym języ­kiem, możemy stwier­dzić, że Thor i Loki to „bry­gada anty­ter­ro­ry­styczna” bogów. Prze­brani za kobiety mają wedrzeć się do twier­dzy olbrzy­mów i odzy­skać młot Thora.

Led­wie przy­by­wają do Jotun­he­imu, a już olbrzymi zaczy­nają szy­ko­wać ucztę ślubną. Ale pod­czas bie­siady panna młoda – czyli Thor w prze­bra­niu – zjada całego wołu i osiem łososi i do tego wypija trzy beczki piwa. Budzi to podej­rze­nia Thryma i nie­wiele bra­kuje, by „koman­dosi” zostali zde­ma­sko­wani. Loki potrafi jed­nak w porę zaże­gnać nie­bez­pie­czeń­stwo. Wyja­śnia, że Freyja nic nie jadła od ośmiu dni, tak ogrom­nie cie­szyła się na przy­by­cie do Jotun­he­imu.

Następ­nie Thrym unosi welon ślubny, chcąc uca­ło­wać pannę młodą, ale spoj­rzaw­szy w zie­jące nie­na­wi­ścią oczy Thora, odska­kuje prze­ra­żony. I tym razem Loki ratuje sytu­ację. Wyja­śnia, że narze­czona nie spała przez osiem nocy, tak bar­dzo rado­wała się zamąż­pój­ściem. Thrym, zado­wo­lony z odpo­wie­dzi, naka­zuje przy­nieść młot i poło­żyć go na kola­nach panny mło­dej na czas zaślu­bin.

Podobno gdy Thor poczuł swój młot na kola­nach, wybuch­nął rado­snym grom­kim śmie­chem. Naj­pierw ude­rze­niem młota pozba­wił życia Thryma, a póź­niej resztę olbrzy­mów. W ten spo­sób straszna histo­ria ter­ro­ry­styczna zakoń­czyła się szczę­śli­wie. Jesz­cze raz Thor – Bat­man czy James Bond bogów – zwy­cię­żył złe moce.

Tyle opo­wiada nam sam mit, Zosiu. Ale co wła­ści­wie chce nam prze­ka­zać? Z pew­no­ścią nie wymy­ślono go jedy­nie dla zabawy. Ma on coś wyja­śnić. Można na przy­kład rozu­mieć go nastę­pu­jąco:

Kiedy w kraju nastała susza, ludziom potrzebne było wyja­śnie­nie, dla­czego nie nad­cho­dzi deszcz. Może dla­tego, że olbrzymi skra­dli młot Thora?

Można rów­nież przy­pusz­czać, że mit usi­łuje wytłu­ma­czyć zmie­nia­jące się pory roku: zimą natura zamiera, ponie­waż młot Thora znaj­duje się w Jotun­he­imie, ale wio­sną udaje się go Tho­rowi odzy­skać. W taki spo­sób mit wyja­śnia ludziom coś, czego nie rozu­mieją.

Rola mitu nie koń­czyła się jed­nak na wyja­śnia­niu. Czę­sto ludzie odpra­wiali obrzędy zwią­zane z mitem. Możemy wyobra­zić sobie, że spo­so­bem ludzi na suszę czy nie­uro­dzaj było ode­gra­nie dra­matu, o któ­rym mówi mityczna opo­wieść. Być może któ­re­goś z męż­czyzn z wio­ski prze­bie­rano za oblu­bie­nicę, przy­wią­zu­jąc mu zamiast piersi kamie­nie, by wykradł młot olbrzy­mom. W taki spo­sób ludzie mogli pod­jąć dzia­ła­nia, by przy­wo­łać deszcz i by ziarno na polu zakieł­ko­wało.

Wia­domo, że ist­nieje wiele pocho­dzą­cych z innych czę­ści świata przy­kła­dów na to, że ludzie odgry­wali mit o porach roku, by przy­spie­szyć pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie.

Led­wie uchy­li­li­śmy drzwi pro­wa­dzące do świata mitów skan­dy­naw­skich. Ist­niało całe mnó­stwo innych mitów o Tho­rze i Ody­nie, FREYU i Freyji, HODZIE i BAL­DRZE, i wielu, wielu innych bogach. Mityczne wyobra­że­nia kwi­tły na całym świe­cie, zanim zabrali się za nie filo­zo­fo­wie. Tak, bo kiedy rodziła się filo­zo­fia, Grecy także posłu­gi­wali się mitycz­nym obra­zem świata. Przez stu­le­cia, z poko­le­nia na poko­le­nie prze­ka­zy­wano opo­wie­ści o bogach. Greccy bogo­wie nazy­wali się ZEUS i APOLLO, HERA i ATENA, DIO­NI­ZOS i ASKLE­PIOS, HERA­KLES i HEFAJ­STOS. Wymie­ni­łem tylko kilku.

Około roku 700 przed Chry­stu­sem wiele grec­kich mitów zostało spi­sa­nych przez HOMERA i HEZJODA. Zaist­niała cał­kiem nowa sytu­acja. Gdy mity zostały zapi­sane, można było o nich dys­ku­to­wać.

Pierwsi greccy filo­zo­fo­wie kry­ty­ko­wali mito­lo­gię Homera za to, że bogo­wie tak bar­dzo przy­po­mi­nali ludzi, że byli rów­nie ego­istyczni i wia­ro­łomni jak zwy­kli śmier­tel­nicy. Po raz pierw­szy stwier­dzono, że mity być może są jedy­nie wytwo­rami ludz­kiej fan­ta­zji.

Przy­kład kry­tyki mitów zna­leźć możemy u filo­zofa KSE­NO­FA­NESA, który uro­dził się około 570 r. p.n.e.: „Ludzie stwo­rzyli bogów na wła­sny obraz – mówił. – Śmier­tel­nym się zdaje, że bogo­wie zostali zro­dzeni jak oni, że noszą ich szaty, mają ich głos i postać. Etio­po­wie uwa­żają, że ich bogo­wie mają spłasz­czone nosy i są czarni, Tra­ko­wie zaś, że mają nie­bie­skie oczy i rude włosy. Gdyby woły, konie i lwy miały ręce i mogły nimi malo­wać, to konie malo­wa­łyby obrazy bogów podobne do koni, a woły podobne do wołów”.

W tym wła­śnie okre­sie Grecy zało­żyli wiele miast-państw, zarówno w Gre­cji, jak i w połu­dnio­wej Ita­lii i Azji Mniej­szej. Wszelką pracę fizyczną wyko­ny­wali nie­wol­nicy, wolni oby­wa­tele mogli więc poświę­cać wiele czasu na poli­tykę i życie kul­tu­ralne.

W owych śro­do­wi­skach miej­skich nastą­pił prze­łom w spo­so­bie myśle­nia. Każdy czło­wiek mógł indy­wi­du­al­nie, na wła­sny rachu­nek sta­wiać sobie pyta­nia, w jaki spo­sób należy zor­ga­ni­zo­wać spo­łe­czeń­stwo. Każdy czło­wiek mógł rów­nież zada­wać pyta­nia filo­zo­ficzne, nie odwo­łu­jąc się do mitów.

Mówimy, że doko­nało się przej­ście od mitycz­nego spo­sobu myśle­nia do myśle­nia opar­tego na doświad­cze­niu i rozu­mie. Celem pierw­szych grec­kich filo­zo­fów było zna­leźć natu­ralne wyja­śnie­nia pro­ce­sów zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Zofia spa­ce­ro­wała po ogro­dzie. Sta­rała się zapo­mnieć o wszyst­kim, czego nauczyła się w szkole, a zwłasz­cza o tym, czego dowie­działa się na lek­cjach przy­rody.

Gdyby wyro­sła w tym ogro­dzie, gdyby nie miała całej szkol­nej wie­dzy, jak wtedy patrzy­łaby na wio­snę?

Jak pró­bo­wa­łaby wytłu­ma­czyć, dla­czego pew­nego dnia nagle zaczyna padać deszcz? Czy dzięki wyobraźni zro­zu­mia­łaby, dla­czego śnieg znika, a słońce wznosi się na nie­bie coraz wyżej?

Tak, na pewno tak wła­śnie by było, stwier­dziła, i natych­miast zaczęła wymy­ślać wyja­śnie­nie:

Zima skuła oko­wami mrozu cały kraj, ponie­waż zły Muriat uwię­ził piękną księż­niczkę Sikitę w zim­nym lochu. Ale pew­nego dnia mężny książę Bra­vato ją uwol­nił. Uszczę­śli­wiona Sikita zaczęła tań­czyć po łąkach, nucąc pio­senkę, którą uło­żyła w ponu­rym wię­zie­niu. Zie­mia i drzewa, sły­sząc to, wzru­szyły się tak bar­dzo, że śnieg prze­mie­nił się w łzy, zaraz też na nie­bie poka­zało się słońce i osu­szyło je. Ptaki pod­jęły pio­senkę Sikity, a gdy księż­niczka roz­pu­ściła złote włosy, kilka loków upa­dło na zie­mię i w jed­nej chwili zamie­niło się w żon­kile.

Zofia uznała, że wymy­śliła bar­dzo piękną histo­rię. Czuła, że gdyby nie znała innego wyja­śnie­nia nastę­pu­ją­cych po sobie pór roku, na pewno uwie­rzy­łaby w histo­rię wymy­śloną przez sie­bie.

Zro­zu­miała, że ludzie zawsze odczu­wali potrzebę wyja­śnie­nia zja­wisk zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie. Chyba nie mogli bez tego żyć, i w cza­sach, gdy nie ist­niała jesz­cze nauka, two­rzyli mity.

FILOZOFOWIE PRZYRODY

…nic nie może powstać z tego, czego nie ma…

Kiedy matka po połu­dniu wró­ciła z pracy, Zofia sie­działa na ogro­do­wej huś­tawce, roz­my­śla­jąc, jaki może ist­nieć zwią­zek mię­dzy kur­sem filo­zo­fii a Hildą Møller Knag, która raczej nie dosta­nie kartki z życze­niami uro­dzi­no­wymi od swego ojca.

– Zosiu! – zawo­łała matka z daleka. – Przy­szedł do cie­bie jakiś list!

Zofia drgnęła. Prze­cież sama wyj­mo­wała pocztę, a więc musiał to być list od filo­zofa. Co ma powie­dzieć matce?

Powoli wstała z huś­tawki i wyszła matce na spo­tka­nie.

– Nie ma na nim znaczka. To na pewno list miło­sny.

Zofia ode­brała kopertę z rąk matki.

– Nie otwo­rzysz?

Co mogła powie­dzieć?

– Sły­sza­łaś, żeby ktoś otwie­rał list miło­sny w obec­no­ści matki zaglą­da­ją­cej przez ramię?

Niech raczej wie­rzy, że to coś takiego. Zofia czuła się strasz­nie głu­pio, bo doprawdy była jesz­cze bar­dzo młoda jak na osobę otrzy­mu­jącą miło­sne liściki, ale jesz­cze głu­piej by było, gdyby pew­nego dnia wydało się, że dostaje cały kurs kore­spon­den­cyjny od zupeł­nie nie­zna­jo­mego, obcego filo­zofa, który na doda­tek bawi się z nią w kotka i myszkę.

Była to następna mała, biała koperta. Zofia u sie­bie w pokoju prze­czy­tała kolejne trzy pyta­nia napi­sane na nie­du­żym arku­siku:

Czy ist­nieje pier­wotna mate­ria, z któ­rej powstało wszystko inne?

Czy woda może prze­mie­nić się w wino?

W jaki spo­sób zie­mia i woda mogą zmie­nić się w żywą żabę?

Zofia uznała, że pyta­nia są zwa­rio­wane, ale przez cały wie­czór nie prze­sta­wały jej brzę­czeć w gło­wie. Rów­nież następ­nego dnia w szkole zaczęła je po kolei roz­wa­żać.

Czy ist­nieje pier­wotna mate­ria, z któ­rej powstało wszystko inne? Ale jeśli ist­nieje jakaś mate­ria, z któ­rej składa się wszystko na świe­cie, to w jaki spo­sób ta sama mate­ria może prze­obra­zić się za jed­nym razem w jaskier, a za dru­gim na przy­kład w wiel­kiego sło­nia?

Ta sama wąt­pli­wość doty­czyła rów­nież następ­nego pyta­nia: czy woda może prze­mie­nić się w wino. Zofia sły­szała o Jezu­sie, który prze­mie­nił wodę w wino, ale ni­gdy nie trak­to­wała tego dosłow­nie. A jeśli Jezus rze­czy­wi­ście prze­mie­nił wodę w wino, to był to cud, a więc coś, co wła­ści­wie jest nie­moż­liwe. Zofia zda­wała sobie sprawę, że zarówno w winie, jak i nie­mal wszę­dzie w przy­ro­dzie jest bar­dzo dużo wody, jed­nak cho­ciaż ogó­rek zawiera 95 pro­cent wody, to musi być w nim coś jesz­cze, żeby ogó­rek mógł być ogór­kiem, a nie samą wodą.

Następny pro­blem, z żabą. Nauczy­ciel filo­zo­fii w ogóle zasta­na­wia­jąco inte­re­so­wał się żabami. Zofia mogła ewen­tu­al­nie zgo­dzić się z twier­dze­niem, że żaba składa się z ziemi i wody, ale pod warun­kiem, że zie­mia nie składa się z jed­nego jedy­nego rodzaju mate­rii. Nato­miast jeśli zie­mia składa się z wielu rodza­jów mate­rii, to rze­czy­wi­ście można by uznać, że zie­mia i woda razem mogą stać się żabą. Oczy­wi­ście gdyby omi­nęły drogę od żabiego skrzeku poprzez kijankę. Bo prze­cież żaba nie wyro­śnie ot, tak sobie, na grządce warzyw­nej, nawet gdyby nad­zwy­czaj sta­ran­nie się ją pod­le­wało.

Kiedy po połu­dniu Zofia wró­ciła ze szkoły do domu, w skrzynce cze­kała na nią pękata koperta. Tak jak w poprzed­nich dniach, Zofia pospie­szyła do Zaułka.

Zało­że­nie filo­zo­ficzne

Znów się spo­ty­kamy! Od razu zabie­ramy się za dzi­siej­szą lek­cję, nie zaha­cza­jąc o białe kró­liki i inne temu podobne histo­rie.

Spró­buję w ogól­nym zary­sie opo­wie­dzieć Ci, co ludzie myśleli na temat pro­ble­mów filo­zo­ficz­nych od grec­kiej sta­ro­żyt­no­ści aż do chwili obec­nej. Ale wszystko po kolei.

Ponie­waż filo­zo­fo­wie żyli w innych cza­sach, a być może i w zupeł­nie innej kul­tu­rze niż nasza, czę­sto dobrze jest okre­ślić, jakie były zało­że­nia poszcze­gól­nych filo­zo­fów. Cho­dzi mi o to, że musimy się zorien­to­wać, czego naj­bar­dziej chciał się dowie­dzieć dany filo­zof. Jeden inte­re­so­wał się, jak powstały pla­nety i zwie­rzęta. Innego pasjo­no­wało poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy ist­nieje Bóg lub czy czło­wiek ma nie­śmier­telną duszę.

Kiedy już zdo­łamy zorien­to­wać się, jakie jest zało­że­nie danego filo­zofa, łatwiej nam będzie prze­śle­dzić jego spo­sób myśle­nia. Jeden filo­zof bowiem nie zaj­muje się wszyst­kimi pro­ble­mami filo­zoficznymi.

Mówiąc o filo­zo­fie, uży­łem sfor­mu­ło­wa­nia „jego spo­sób myśle­nia”. Tak, bo rów­nież histo­ria filo­zo­fii zdo­mi­no­wana jest przez męż­czyzn. Kobiety były cie­mię­żone jako płeć i jako istoty myślące. Wielka szkoda, bo w ten spo­sób zaprze­pasz­czono wiele istot­nych doświad­czeń. Dopiero w naszym stu­le­ciu kobiety naprawdę wkra­czają do histo­rii filo­zo­fii.

Nie będę Ci zada­wał prac domo­wych, a w każ­dym razie trud­nych zadań mate­ma­tycz­nych. Nie inte­re­suje mnie też odmiana cza­sow­ni­ków angiel­skich. Cza­sami jed­nak popro­szę Cię o wyko­na­nie jakie­goś, i to wcale nie­ła­twego, doświad­cze­nia.

Jeśli zga­dzasz się na te warunki, zaczy­namy.

Filo­zo­fo­wie przy­rody

Pierw­szych filo­zo­fów w Gre­cji czę­sto nazywa się filo­zo­fami przy­rody, ponie­waż inte­re­so­wali się przede wszyst­kim przy­rodą i zja­wi­skami, jakie w niej zacho­dzą.

Zada­li­śmy już sobie pyta­nie, skąd wszystko się bie­rze. W dzi­siej­szych cza­sach wielu ludzi skłon­nych jest twier­dzić, że coś kie­dyś musiało powstać z niczego. Myśl ta wśród Gre­ków nie była rów­nie popu­larna. Z takiego czy innego powodu przyj­mo­wali za pew­nik, że coś musiało ist­nieć od zawsze.

Zasad­ni­czym pyta­niem nie było więc, w jaki spo­sób wszystko mogło powstać z niczego. Grecy zasta­na­wiali się nato­miast, jak to moż­liwe, że woda może zmie­nić się w żywą rybę, a mar­twa zie­mia w wyso­kie drzewa i barwne kwiaty. Nie mówiąc już o tym, jak dziecko może powstać w łonie matki!

Filo­zo­fo­wie na wła­sne oczy widzieli, że w przy­ro­dzie nie­ustan­nie zacho­dzą zmiany. Ale w jaki spo­sób te zmiany były moż­liwe? W jaki spo­sób jakaś sub­stan­cja może zmie­nić się w coś zupeł­nie innego, na przy­kład w coś żywego?

Wspólny dla pierw­szych filo­zo­fów jest pogląd, że musi ist­nieć okre­ślona pier­wotna mate­ria, będąca zasadą wszel­kich zmian. Trudno powie­dzieć, jak wpa­dli na taką myśl. Wiemy jedy­nie, że roz­prze­strze­niło się prze­ko­na­nie o koniecz­no­ści ist­nie­nia okre­ślo­nej pra­sub­stan­cji, która kryje się za wszel­kimi zmia­nami w przy­ro­dzie. Musi ist­nieć coś, z czego wszystko bie­rze swój począ­tek i do czego powraca.

Roz­wią­za­nia, do jakich doszli pierwsi filo­zo­fo­wie, nie są dla nas naj­bar­dziej inte­re­su­jące. Cie­kaw­sze jest, jakie zagad­nie­nia roz­wa­żali i jakiego typu odpo­wie­dzi poszu­ki­wali. Bar­dziej inte­re­suje nas, w jaki spo­sób myśleli, niż co dokład­nie myśleli.

Możemy stwier­dzić na pewno, że zada­wali pyta­nia doty­czące widocz­nych zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie. Sta­rali się okre­ślić odwieczne prawa natury. Pra­gnęli zro­zu­mieć to, co dzieje się w przy­ro­dzie, nie odwo­łu­jąc się przy tym do wyja­śnień poda­wa­nych przez mito­lo­gię. Przede wszyst­kim sta­rali się zro­zu­mieć pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie, obser­wu­jąc samą przy­rodę. To coś zupeł­nie innego niż wyja­śnia­nie bły­ska­wicy i grzmotu, zimy i wio­sny wyda­rze­niami w świe­cie bogów!

W ten spo­sób filo­zo­fo­wie uwol­nili się od reli­gii. Możemy powie­dzieć, że filo­zo­fo­wie przy­rody uczy­nili pierw­szy krok w kie­runku nauko­wego spo­sobu myśle­nia. Dali pod­stawy wszyst­kim póź­niej­szym naukom przy­rod­ni­czym.

Więk­szość z tego, co mówili i pisali filo­zo­fo­wie przy­rody, nie zacho­wała się dla potom­no­ści. Garść infor­ma­cji, które dane nam było poznać, zna­leźć można w pismach ARY­STO­TE­LESA, żyją­cego około dwu­stu lat póź­niej niż pierwsi filo­zo­fo­wie. Ary­sto­te­les przed­sta­wia jedy­nie wnio­ski, jakie wycią­gnęli jego poprzed­nicy. Ozna­cza to, że nie zawsze wiemy, w jaki spo­sób doszli oni do swo­ich kon­klu­zji. Wiemy jed­nak wystar­cza­jąco wiele, by móc z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że zało­że­niem pierw­szych grec­kich filo­zo­fów były zagad­nie­nia doty­czące pier­wot­nej mate­rii i zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Trzej filo­zo­fo­wie z Miletu

Pierw­szym filo­zo­fem, jakiego znamy, był TALES z MILETU, grec­kiej kolo­nii z Azji Mniej­szej. Wiele podró­żo­wał po świe­cie. Mówi się, że podał wyso­kość jed­nej z pira­mid w Egip­cie, mie­rząc jej cień aku­rat w momen­cie, gdy jego wła­sny cień miał tę samą dłu­gość, co on sam. Podobno zdo­łał także prze­po­wie­dzieć zaćmie­nie Słońca w 585 r. p.n.e.

Tales był zda­nia, że począt­kiem wszyst­kiego jest woda. O co dokład­nie mu cho­dziło, nie wiemy. Może uwa­żał, że wszel­kie życie bie­rze swój począ­tek w wodzie i gdy ulega roz­kła­dowi, znów się w nią zmie­nia?

Kiedy prze­by­wał w Egip­cie, z pew­no­ścią widział, jak zaczy­nają kieł­ko­wać rośliny, gdy Nil ustę­puje z pól wokół jego delty. Być może zauwa­żył także dżdżow­nice i żaby poka­zu­jące się po desz­czu.

Praw­do­po­dobne jest rów­nież, że Tales myślał o tym, jak woda prze­mie­nia się w lód i w parę, by póź­niej znów przy­brać postać wody.

Tales miał poza tym powie­dzieć: „Wszystko pełne jest bogów”. I tu także możemy jedy­nie zga­dy­wać, co miał na myśli. Być może obser­wo­wał czarną glebę, która jest począt­kiem wszyst­kiego, poczy­na­jąc od kwia­tów i zboża aż do małych owa­dów i kara­lu­chów, i wyobra­żał sobie, że zie­mia pełna jest maleń­kich, nie­wi­dzial­nych „zarod­ków życia”. Pewne jest w każ­dym razie, że nie cho­dziło mu o bogów Homera.

Następ­nym filo­zo­fem, o jakim się dowia­du­jemy, jest ANAK­SY­MAN­DER, który także pocho­dził z Miletu. Uwa­żał, że nasz świat jest tylko jed­nym z wielu świa­tów, które powstają i giną w tym, co nazy­wał bez­kre­sem. Nie­ła­two powie­dzieć, co miał na myśli, mówiąc o bez­kre­sie, ale jasne się wydaje, że nie cho­dziło mu o kon­kretny rodzaj mate­rii – jak Tale­sowi. Być może uwa­żał, że to, z czego wszystko jest stwo­rzone, musi wła­śnie róż­nić się od wszyst­kiego, co two­rzy. Pier­wotną mate­rią nie mogła być zwy­kła woda, lecz coś nie­okre­ślo­nego, czyli bez­kres.

Trze­cim filo­zo­fem z Miletu był ANAK­SY­ME­NES (ok. 570 – 526 r. p.n.e.). Uwa­żał, że pier­wotną mate­rią, z któ­rej wszystko powstało, jest powie­trze albo mgła.

Anak­sy­me­nes znał oczy­wi­ście naukę Talesa o wodzie. Ale skąd wzięła się woda? Anak­sy­me­nes był zda­nia, że woda to zgęsz­czone powie­trze. Widzimy wszak, że kiedy powie­trze gęst­nieje, zmie­nia się w wodę i pada deszcz. Kiedy woda zgęst­nieje jesz­cze bar­dziej, zmie­nia się w zie­mię. Być może widział, jak zie­mia i pia­sek wyła­niają się z top­nie­ją­cego lodu. Anak­sy­me­nes był rów­nież prze­ko­nany, że ogień to roz­rze­dzone powie­trze. Jego zda­niem więc zarówno zie­mia, woda, jak i ogień powstały z powie­trza.

Droga od ziemi i wody do roślin na polu nie jest wcale taka daleka. Być może Anak­sy­me­nes uwa­żał, że po to, by mogło powstać życie, nie­zbędna jest i zie­mia, i powie­trze, i ogień, i woda, jed­nakże punk­tem wyj­ścia było jego zda­niem powie­trze czy mgła. Podzie­lał więc pogląd Talesa, że musi ist­nieć jeden rodzaj mate­rii, będący przy­czyną wszel­kich zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Nic nie może powstać z tego, czego nie ma

Wszy­scy trzej filo­zo­fo­wie z Miletu wyobra­żali sobie, że musi ist­nieć jeden i tylko jeden rodzaj pier­wot­nej mate­rii, z któ­rego powstało wszystko inne. Ale w jaki spo­sób jedna mate­ria może nagle się zmie­nić i stać się czymś zupeł­nie innym? Ten pro­blem możemy nazwać pro­ble­mem zmian.

Na prze­ło­mie VI i V w. p.n.e. w Elei, grec­kiej kolo­nii w połu­dnio­wej Ita­lii, żyło kilku filo­zo­fów, i wła­śnie oni, tzw. ele­aci, zaj­mo­wali się podob­nymi zagad­nie­niami. Naj­bar­dziej zna­nym spo­śród nich był PAR­ME­NI­DES (ok. 540 – 480 r. p.n.e.).

Par­me­ni­des uwa­żał, że wszystko, co ist­nieje, ist­nieje od zawsze. Był to dość powszechny pogląd wśród Gre­ków. Przyj­mo­wali nie­mal za pew­nik, że wszystko, co ist­nieje na świe­cie, jest wieczne. Par­me­ni­des był zda­nia, że „nic nie może powstać z tego, czego nie ma, a to, co jest, nie może prze­stać być”.

Par­me­ni­des posu­nął się jed­nak jesz­cze dalej. Był prze­ko­nany, że żadna praw­dziwa zmiana nie jest moż­liwa. Nic nie może zmie­nić się w nic innego niż w to, czym dokład­nie jest.

Par­me­ni­des zda­wał sobie oczy­wi­ście sprawę, że w przy­ro­dzie widoczne są cią­głe zmiany. Zmy­słami reje­stro­wał, jak zmie­niają się rze­czy, ale nie zga­dzało się to z tym, co pod­po­wia­dał mu rozum. Kiedy jed­nak został zmu­szony, by wybrać, czy bar­dziej ufa zmy­słom czy rozu­mowi, opo­wie­dział się po stro­nie rozumu.

Znamy wyra­że­nie: „Nie uwie­rzę, dopóki nie zoba­czę”. Par­me­ni­des jed­nak nie wie­rzył i w to, co widział. Sądził, że zmy­sły dają nam fał­szywy obraz świata, obraz, który nie zga­dza się z ludz­kim rozu­mem. Uwa­żał, że jego zada­niem jako filo­zofa jest ujaw­nia­nie wszel­kich form złu­dze­nia zmy­sło­wego.

Tak silna wiara w ludzki rozum zwie się racjo­na­li­zmem. Racjo­na­li­sta to ktoś, kto wie­rzy, że źró­dłem pozna­nia świata jest ludzki rozum.

Wszystko pły­nie

Współ­cze­śnie z Par­me­ni­de­sem żył HERA­KLIT (ok. 540 – 480 r. p.n.e.) z Efezu w Azji Mniej­szej. Uwa­żał, że naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczną cechą przy­rody jest jej cią­gła zmien­ność. Możemy stwier­dzić, że Hera­klit, bar­dziej niż Par­me­ni­des, ufał temu, co obser­wo­wał zmy­słami.

„Wszystko pły­nie” – twier­dził Hera­klit. Wszystko jest w ruchu, nic nie trwa wiecz­nie. Dla­tego nie możemy „dwa razy wejść do tej samej rzeki”. Kiedy bowiem wcho­dzę do rzeki po raz drugi, i ja jestem już inny, i rzeka jest inna.

Hera­klit pod­kre­ślał także, że świat pełen jest cią­głych prze­ci­wieństw. Gdy­by­śmy ni­gdy nie cho­ro­wali, nie rozu­mie­li­by­śmy, co to zna­czy być zdro­wym. Gdy­by­śmy ni­gdy nie zaznali głodu, nie mie­li­by­śmy żad­nej rado­ści z tego, że się najemy. Gdyby nie było wojny, nie ceni­li­by­śmy pokoju, a gdyby ni­gdy nie było zimy, nie dostrze­ga­li­by­śmy nadej­ścia wio­sny.

Hera­klit uwa­żał, że zarówno dobro, jak i zło jest konieczne dla dopeł­nie­nia cało­ści. Gdyby nie cią­gła walka prze­ci­wieństw, świat prze­stałby ist­nieć.

„Bóg to dzień i noc, zima i lato, wojna i pokój, głód i sytość” – mówił. Choć używa słowa „bóg”, pewne jest, że nie ma na myśli bogów, o któ­rych opo­wia­dały mity. Dla Hera­klita Bóg – czy boskość – to coś, co obej­muje cały świat. Tak, Bóg uka­zuje się wła­śnie w stale zmie­nia­ją­cej się i peł­nej prze­ci­wieństw przy­ro­dzie.

Zamiast uży­wać słowa „bóg”, posłu­guje się czę­sto grec­kim sło­wem logos, które ozna­cza rozum. Hera­klit uwa­żał, że cho­ciaż my, ludzie, nie zawsze myślimy podob­nie i nie zawsze mamy taki sam rozum, musi ist­nieć swo­isty „rozum świata”, który rzą­dzi wszyst­kim, co dzieje się w natu­rze. Ów „rozum świata”, czy też „prawo natury”, jest wspólny dla wszyst­kich i wszy­scy ludzie muszą się mu pod­po­rząd­ko­wać. Zda­niem Hera­klita więk­szość ludzi żyje jed­nak, kie­ru­jąc się wła­snym rozu­mem. Zresztą nie bar­dzo cenił on sobie bliź­nich. „Opi­nie więk­szo­ści ludzi można porów­nać do zabaw małych dzieci” – twier­dził.

Tak więc wśród wszyst­kich zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie i tkwią­cych w niej prze­ci­wieństw Hera­klit dostrze­gał pewną jed­ność czy też całość. Owo coś, będące począt­kiem wszyst­kiego, nazy­wał Bogiem albo logos.

Cztery pier­wiastki

Par­me­ni­des i Hera­klit sta­no­wili wła­ści­wie krań­cowe prze­ci­wień­stwa. Rozum Par­me­ni­desa uzna­wał, że nic nie może się zmie­nić, nato­miast doświad­cze­nia zmy­słowe Hera­klita wyka­zy­wały, że w przy­ro­dzie zacho­dzą cią­głe zmiany. Który z nich miał rację? Czy mamy ufać temu, co pod­po­wiada nam rozum, czy też raczej dowie­rzać doświad­cze­niom zmy­sło­wym?

I Par­me­ni­des, i Hera­klit wysu­nęli dwa twier­dze­nia. Par­me­ni­des mówi:

a) nic się nie zmie­nia

b) i dla­tego nie można pole­gać na wra­że­niach zmy­sło­wych.

Hera­klit twier­dzi nato­miast:

a) wszystko się zmie­nia („wszystko pły­nie”)

b) i można pole­gać na wra­że­niach zmy­sło­wych.

Chyba bar­dziej już filo­zo­fo­wie nie mogą się nie zga­dzać! Ale który z nich miał rację? Zawi­ło­ści, w które uwi­kłała się filo­zo­fia, zdo­łał roz­wią­zać EMPE­DO­KLES (494 – 434 r. p.n.e.) z Sycy­lii. Stwier­dził, że zarówno Par­me­ni­des, jak i Hera­klit mieli rację co do jed­nego z punk­tów, nato­miast w dru­gim – oby­dwaj się mylili.

Empe­do­kles był zda­nia, że tak wielka nie­zgod­ność dwu filo­zo­fów bie­rze się stąd, iż obaj zało­żyli ist­nie­nie tylko jed­nego pier­wiastka. Gdyby było to prawdą, prze­paść mię­dzy tym, co mówi rozum, a tym, co widzimy na wła­sne oczy, byłaby nie do poko­na­nia.

Woda, rzecz jasna, nie może prze­mie­nić się w rybę ani w motyla. Woda w ogóle nie może się zmie­niać. Czy­sta woda na wiecz­ność pozo­sta­nie czy­stą wodą. Par­me­ni­des miał więc rację, że nic się nie zmie­nia.

Jed­no­cze­śnie Empe­do­kles zga­dzał się z Hera­kli­tem, że możemy ufać naszym doświad­cze­niom. Musimy wie­rzyć w to, co widzimy, a wszak w przy­ro­dzie obser­wu­jemy cią­głe zmiany.

Empe­do­kles doszedł do wnio­sku, że należy odrzu­cić wyobra­że­nie o ist­nie­niu jed­nej tylko pier­wot­nej mate­rii. Ani sama woda, ani samo powie­trze nie zdoła prze­mie­nić się w krzew różany czy też w motyla. Nie­moż­liwe jest więc, by w przy­ro­dzie wystę­po­wał tylko jeden „pier­wia­stek”.

Empe­do­kles uwa­żał, że przy­roda zbu­do­wana jest w sumie z czte­rech pier­wot­nych skład­ni­ków czy „korzeni”, jak je nazy­wał. Owe cztery korze­nie to zie­mia, powie­trze, ogień i woda.

Wszyst­kie zmiany zacho­dzące w przy­ro­dzie powo­do­wane są łącze­niem się i roz­dzie­la­niem tych czte­rech sub­stan­cji, wszystko bowiem składa się z ziemi, powie­trza, ognia i wody, ale wymie­sza­nych w róż­nych pro­por­cjach. Kiedy ginie kwiat albo zwie­rzę, cztery skład­niki znów się roz­łą­czają. Tę zmianę możemy zauwa­żyć gołym okiem. Jed­nakże i zie­mia, i powie­trze, i ogień, i woda pozo­stają nie­zmie­nione, nie­tknięte, pomimo pro­ce­sów łącze­nia, w któ­rych biorą udział. Nie jest więc prawdą, że wszystko się zmie­nia. W zasa­dzie nie zmie­nia się nic. Jedyne, co się dzieje, to to, że cztery różne skład­niki łączą się ze sobą i roz­dzie­lają, by póź­niej znów się połą­czyć.

Możemy ten pro­ces przy­rów­nać do pracy arty­sty mala­rza. Jeśli ma tylko jedną farbę, na przy­kład czer­woną, nie może nama­lo­wać zie­lo­nych drzew. Ale jeśli będzie miał żółtą, czer­woną, nie­bie­ską i czarną, może nama­lo­wać setkę roz­ma­itych kolo­rów, mie­sza­jąc farby w róż­nych pro­por­cjach.

Inny przy­kład, kuchenny, poka­zuje nam to samo. Gdy­byś miała tylko mąkę, musia­ła­byś być cza­ro­dziejką, by upiec z niej cia­sto. Jeśli­byś nato­miast miała jajka, mąkę, mleko i cukier, z tych czte­rech surow­ców możesz upiec roz­ma­ite cia­sta.

Empe­do­kles wcale nie­przy­pad­kowo wska­zy­wał na zie­mię, powie­trze, ogień i wodę jako „korze­nie” przy­rody. Inni, żyjący przed nim filo­zo­fo­wie pró­bo­wali udo­wod­nić, że woda, powie­trze lub ogień są pier­wotną mate­rią. Tales i Anak­sy­me­nes wska­zali na to, że woda i powie­trze są waż­nymi ele­men­tami w przy­ro­dzie. Grecy uwa­żali także, że wiel­kie zna­cze­nie ma rów­nież ogień. Widzieli prze­cież, jaką rolę odgrywa w przy­ro­dzie słońce, znali oczy­wi­ście cie­pło ludz­kiego i zwie­rzę­cego ciała.

Być może Empe­do­kles obser­wo­wał, jak spala się kawa­łek drewna. Wtedy wła­śnie coś się roz­łą­cza. Sły­szymy, jak drzewo trza­ska i syczy. To woda. Coś unosi się z dymem. To powie­trze. Ogień widzimy przez cały czas. A kiedy ogni­sko dogasa, coś w nim zostaje – to popiół, czyli zie­mia.

Gdy Empe­do­kles stwier­dził już, że wszel­kie zmiany w przy­ro­dzie zacho­dzą, ponie­waż cztery „korze­nie” łączą się i roz­dzie­lają, do wyja­śnie­nia na­dal pozo­sta­wał pewien pro­blem. Co jest przy­czyną łącze­nia się skład­ni­ków tak, że powstaje nowe życie?

I co spra­wia, że nowa „mie­szanka”, na przy­kład kwiat, ulega ponow­nemu roz­dzie­le­niu?

Doszedł do wnio­sku, że w przy­ro­dzie muszą dzia­łać dwie zupeł­nie różne siły. Nazwał je „miło­ścią” i „nie­zgodą”. Miłość łączy rze­czy, nie­zgoda roz­dziela.

Empe­do­kles roz­róż­nia mate­rię i siłę. Tę myśl warto zapa­mię­tać. Współ­cze­sna nauka mówi o pier­wiast­kach i siłach przy­rody. Naukowcy są zda­nia, że wszyst­kie pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie można przed­sta­wić jako współ­gra­nie roz­ma­itych pier­wiast­ków i sił przy­rody.

Empe­do­kles zasta­na­wiał się rów­nież nad pyta­niem, co się dzieje, kiedy postrze­gamy coś za pomocą zmy­słów. Jak to się dzieje na przy­kład, że widzę kwiat? Czy myśla­łaś o tym kie­dyś, Zosiu? Jeśli nie, masz teraz szansę!

Uwa­żał, że nasze oczy, jak i wszystko inne w przy­ro­dzie, skła­dają się z ziemi, powie­trza, ognia i wody. „Zie­mia” w moim oku dostrzega zie­mię w tym, co widzę, „powie­trze” widzi to, co jest powie­trzem, „ogień” – to, co jest ogniem, a „woda” – to, co wodą. Gdyby w oku zabra­kło jed­nego z owych czte­rech skład­ni­ków, nie mogli­by­śmy widzieć całej przy­rody.

We wszyst­kim jest część wszyst­kiego

Innym filo­zo­fem, któ­rego nie zado­wa­lał pogląd, że okre­ślona pier­wotna mate­ria – na przy­kład woda – może prze­mie­nić się we wszystko inne, co spo­ty­kamy w przy­ro­dzie, był ANAK­SA­GO­RAS (500 – 428 r. p.n.e.). Nie akcep­to­wał on rów­nież myśli, że zie­mia, powie­trze, ogień czy woda mogą zmie­nić się w krew albo kość.

Anak­sa­go­ras uwa­żał, że przy­roda zbu­do­wana jest z bar­dzo maleń­kich czą­ste­czek, nie­wi­docz­nych dla oka. Wszystko można podzie­lić na mniej­sze cząstki, ale nawet w naj­mniej­szych jest część wszyst­kiego. Skóra i włosy nie mogą powstać z niczego innego, tak więc jego zda­niem i skóra, i włosy muszą znaj­do­wać się i w mleku, które pijemy, i w pokar­mach, które spo­ży­wamy.

Dwa współ­cze­sne nam przy­kłady pomogą Ci zro­zu­mieć, co wyobra­żał sobie Anak­sa­go­ras. Za pomocą tech­niki lase­ro­wej można two­rzyć obrazy zwane holo­gra­mami. Jeśli, na przy­kład, poła­ma­li­by­śmy na kawałki holo­gram przed­sta­wia­jący samo­chód, w jed­nym kawałku ujrze­li­by­śmy znów cały samo­chód, cho­ciaż przed­tem widać na nim było tylko zde­rzak. To dla­tego, że w każ­dej naj­mniej­szej nawet czą­stce holo­gramu obecny jest cały motyw.

Podob­nie jest z komór­kami, z któ­rych zbu­do­wane jest nasze ciało. Kiedy pobie­ram komórkę skóry z palca, jądro tej komórki zawiera nie tylko „prze­pis” na to, jak wygląda moja skóra. W tej samej komórce jest także „prze­pis” na to, jakie są moje oczy, jaki mam kolor wło­sów, ile pal­ców i jakie i tak dalej, i tak dalej. W każ­dej, każ­dziu­teń­kiej komórce ciała znaj­duje się szcze­gó­łowy opis budowy wszyst­kich innych komó­rek ciała. W każ­dej komórce tkwi więc „coś ze wszyst­kiego”. Całość ist­nieje w każ­dej naj­mniej­szej czą­stce.

Anak­sa­go­ras nazwał owe naj­mniej­sze cząstki, które zawie­rają w sobie „coś ze wszyst­kiego”, „ziar­nami” albo „zarod­kami”.

Jak pamię­tamy, Empe­do­kles uwa­żał, że to miłość łączy czę­ści w całość. Także Anak­sa­go­ras wyobra­żał sobie pewną rozumną siłę porząd­ku­jącą i two­rzącą zwie­rzęta i ludzi, kwiaty i drzewa. Siłę tę nazwał „duchem” (nous).

Osoba Anak­sa­go­rasa budzi zain­te­re­so­wa­nie także dla­tego, że był on pierw­szym zna­nym filo­zo­fem, który osiadł w Ate­nach. Pocho­dził z Azji Mniej­szej, ale gdy miał czter­dzie­ści lat, prze­niósł się do Aten. Tu został oskar­żony o bez­boż­ność i w końcu musiał opu­ścić mia­sto. Twier­dził mię­dzy innymi, że Słońce nie jest bogiem, lecz roz­ża­rzoną masą, więk­szą niż pół­wy­sep Pelo­po­nez.

Anak­sa­go­ras inte­re­so­wał się także astro­no­mią. Uwa­żał, że wszyst­kie ciała nie­bie­skie są z tej samej sub­stan­cji co Zie­mia. Do takiego wnio­sku doszedł, zba­daw­szy mete­oryt. Dla­tego sądził, iż moż­liwe jest, że rów­nież na innych pla­ne­tach miesz­kają ludzie. Twier­dził także, że Księ­życ nie świeci sam z sie­bie, lecz odbija świa­tło z Ziemi. Wyja­śnił poza tym przy­czynę zaćmień Słońca.

PS Dzię­kuję Ci za uwagę, Zosiu. Być może będziesz musiała prze­czy­tać ten roz­dział ze dwa albo trzy razy, zanim wszystko dokład­nie zro­zu­miesz. Ale takie są koszty, jakie musisz ponieść. Na pewno nie podzi­wia­ła­byś kole­żanki, która zna się na tym czy na tam­tym, gdyby nie kosz­to­wało jej to żad­nego wysiłku.

Naj­lep­sze roz­wią­za­nie zagad­nie­nia pier­wot­nej mate­rii oraz zmian zacho­dzą­cych w natu­rze musi pocze­kać do jutra. Poznasz wtedy Demo­kryta. Na razie wię­cej nie wyja­wię!

Zofia sie­działa w Zaułku i przez mały otwo­rek w gęstych zaro­ślach patrzyła na ogród. Chciała upo­rząd­ko­wać myśli po tym, co prze­czy­tała.