Magnaci. Ostatni polski król - Przemysław Dębski - ebook + audiobook

Magnaci. Ostatni polski król ebook

Przemysław Dębski

0,0

Opis

Pełna akcji, humoru i anegdot powieść o patriotyzmie, honorze i miłości w realiach Rzeczypospolitej z XVIII wieku.

Z jednej strony wielkie, europejskie bitwy, podgraniczne starcia, leśne potyczki i brawurowe pościgi ulicami miast Rzeczpospolitej. Z drugiej strony karczemne burdy, obozowe awantury, sąsiedzkie zajazdy i honorowe pojedynki na ukrytych polanach.

Z jednej strony piękne kobiety, oświeceniowe idee, nauka, muzyka i teatr. Z drugiej strony publiczne zniewagi, płomienne romanse, samobójstwa i szpiegostwo.

Dyplomacja i intrygi.
Wolność i swawola.
Władza i pieniądz.

Autor zabiera nas do XVIII-wiecznej Polski, opowiadając oparte na anegdotach perypetie z życia ówczesnych rodów szlacheckich – Radziwiłłów, Czartoryskich, Poniatowskich i wielu innych wpływowych rodzin Rzeczpospolitej.

„Magnaci. Ostatni polski król” to wielowątkowa powieść o miłości, zdradzie, honorze oraz dążeniu do władzy. Przystępna i zabawna, lecz skłaniająca do przemyśleń propozycja literacka nie tylko dla miłośników historii.

Wiedźma podniosła wybrane dziecko. Obchodziła się z nim bardzo ostrożnie i z szacunkiem, jakby od tego zależało jej życie, co zresztą było zgodne z prawdą.
Trzymając maleństwo na rękach, odwróciła się do Konstancji Poniatowskiej i w geście tryumfu wzniosła dziecko ponad głowę.
- Kto za lat trzydzieści parę żyw będzie, ten ma przed sobą króla! – kobieta krzyknęła w najczystszej polszczyźnie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 589

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SŁOWO OD AUTORA

Na maskach samochodów, nowych koszulkach, starych murach, a przede wszystkim na portalach społecznościowych, pełno jest napisów „pamiętamy”. Herby, godła, symbole Polski Walczącej przelatują przed naszymi oczami zupełnie bez refleksji.

Dotychczasowe doświadczenia autora są zupełnie inne. Nie tylko nie „pamiętamy”, ale też niewiele rozumiemy z polskiej historii. Gloryfikacja własnych dziejów to światowa tendencja i norma. Nasza świadomość zwykle równa się wybiórczemu powielaniu popularnych frazesów, wierzeń ludowych i tytułów prasowych przygotowanych na szybko, na dużym ogniu, przez zamieniające się miejscami obozy rządzących i opozycji.

Nie pamiętamy, jakie były powody utraty niepodległości, której odzyskanie tak hucznie świętujemy (i słusznie! Stulecie niepodległości było dla autora największą motywacją!). Śledząc kolejne stronnice pamiętników wspaniałych osobistości sprzed setek lat, coraz szerzej otwieramy oczy z przerażenia. Anatomia rozkładu państwa ma swoje prawidła, których wiele cech, zachowań, a nawet wydarzeń pączkuje w prawie niezmienionej formie w dzisiejszej Polsce i Europie; jest tolerowana i na porządku dziennym.

Autor, nie uzurpując sobie prawa do historycznej prawdomówności, miał intencję uczynić historiograficzną przecież powieść przystępną i ciekawą, dlatego zbudowana jest ona w oparciu o intrygujące historie, anegdoty, a znacznie rzadziej w oparciu o plotki. Stety, niestety, większość z opisanych wydarzeń w podobnej formie (z precyzją, na jaką pozwala odstęp niemal 250 lat i rozbieżność w zeznaniach świadków) rozegrała się w przeszłości.

Na kolejnych stronach tekstu autor starał się nie oceniać głównych bohaterów powieści, tak jak to zrobiła historia, przypisując im jedynie cechy nadawane za życia. W trakcie lektury tekstu szybko może się okazać, że wymagania, jakie stawiamy przed naszymi przodkami wobec ich trudnych wyborów, mogłyby być nie do spełnienia również dla nas, gdybyśmy brali udział w tamtych wydarzeniach.

A może także w czasach dzisiejszych?

Rzeczpospolita w XVIII wieku nie sprzyjała byciu patriotą. Podobnie jak dzisiaj, również wtedy rozumienie patriotyzmu było bardzo różne, a ryzyko jego uprawiania na pewno dużo większe.

Korzystając z modnej na Zachodzie (a jakżeby inaczej!) formy rozbudowanej powieści wielowątkowej, przedstawiam Ci, Szanowny Czytelniku, rywalizację polskich i litewskich rodów o władzę, wpływy, tytuły i bogactwa. Historię życia szpiegów i książąt. Historię uzależnień i romansów czołowych arystokratów, dramatów rodzinnych i narodowych.

Nie frapuj się, Drogi Czytelniku, tym, że nie przyswoisz wszystkich nazwisk, herbów i tytułów, które pojawią się w tekście. Na początku przedstawiam Ci zestawienie pierwszo- i drugoplanowych postaci, do którego możesz wrócić zawsze w przypadku wątpliwości. Tak czy inaczej, wszystkie sztywne podziały, które usiłuje się narzucić dla uporządkowania roli i poglądów XVIII wieku szlachty, są wymuszone. Jeżeli braknie Ci cierpliwości do poszukiwań, wystarczy, że prześledzisz tytuły kolejnych rozdziałów i utożsamisz się z ich bohaterami, przeżywając z nimi niesamowite historie.

PROLOG

RZYM

168 R. N.E.

Z drewnianych pieców polewanych przejrzystą, ciepłą wodą zmieszaną z olejkami wonnymi buchały obłoki pary wypełniające wielką łaźnię. Kilku mężczyzn dbało o swoje zdrowie, smagając się śmiało witkami brzozowymi, i uprawiało wielbioną wówczas politykę, rozmawiając, a właściwie wymieniając się między sobą poglądami. Załatwiwszy, obok spraw higienicznych, także sprawy państwowe, bo byli to w większości senatorowie Rzymu, dzieci demokracji, zaczęli rozprawiać o filozofii. O ile bowiem czasy to były pełne ciemności, to wielu było ludzi światłych.

I spytał głos z rogu komnaty, dudniący, głęboki, wszędobylski, co przetoczył się przez łaźnię tak, jak słonie przetaczały się przez wschodnie pola bitew, pustosząc przeszkody i zostawiając za sobą jedynie ciszę:

– Co się stanie z demokracją, kiedy nasze dzieci odejdą, a potem ich dzieci?

A był to Galen, najwspanialszy z uzdrowicieli, ojciec medycyny.

Zapadła podniosła cisza. Nikt tego pytania nie chciał przyjmować na siebie, znając prawdziwego adresata.

I odezwał się głos pusty w brzmieniu, cichy w tonacji, bez żadnej siły witalnej, a wydobywający się ze smukłej gardzieli, gdzieś w najdalszym rogu łaźni:

– Kto widział teraźniejszość, widział wszystko od wieczności do wieczności. Wszystko bowiem jest jednakiego rodzaju i kształtu jednakiego1.

A był to głos Marcusa Aureliusa Antoninusa zwanego Verissimusem*, Cesarza Imperatora, Pana Znanego Świata rozciągającego się od Mezopotamii po Brytanię, od Egiptu po Mauretanię, od Afryki po Germanię, „filozofa na tronie”, wykształconego żołnierza. Władcy, który mógł mieć wszystko, co by zdołał wypowiedzieć, a spał na twardym łóżku przykryty skórami, nie godząc się na luksusy, które według niego naruszały życiową równowagę.

I wiedzieli senatorowie, że to było dobre.

* Verissimus (łac.) – najprawdziwszy. Marek Aureliusz był nazywany w ten sposób, bo brzydził się kłamstwem.

PROLOG II

WOŁCZYN

STYCZEŃ 1732 R.

PONIATOWSCY HERBU CIOŁEK

W dalekim kraju, leżącym w połowie drogi między wschodem a zachodem, będącym przystankiem między surowym krajobrazem nadbałtyckich krain a tureckimi quasi-państwowymi plemionami wyznawców Mahometa, w miejscu bogatym w urodzajną glebę, w lasy pełne dzikiej zwierzyny, w ludzi pełnych fantazji, stał modrzewiowy, jednopiętrowy dwór z murowanymi skrzydłami. Projektowany przez francuskich mistrzów, dekorowany z udziałem włoskich artystów, stanowił prawdziwie książęce gniazdo. I chociaż wszechwładna szlachta głosiła między sobą równość, byli wśród tej równości równi i równiejsi, a jedni drugim kłaniali się w pas i najmowali się u nich na służbę za pieniądze. Do tych, którym się kłaniano, należał z pewnością, choć dopiero od niedawna, ród Poniatowskich.

Generał Stanisław był twórcą potęgi swojego rodu. Droga do chwały nasączona była w jego przypadku krwią i potem wylanym na dziesiątkach pól bitewnych w Europie. Będąc u szwedów na służbie, dwakroć ratował ich króla z ramion śmierci, a chanów tureckich tak ze sobą skłócił, że ci wydali Rosji wojnę. Mówili o nim kanclerze, królowie, pisali o nim artyści. Generał również pisał, siedząc teraz w zaciszu swego gabinetu. Wysyłał listy do Paryża, Sztokholmu, Rygi. Słowem – prowadził politykę. Jego światową klasę potwierdzono w Rzeczpospolitej wszem wobec, do ożenku mu dając najbardziej pożądaną pannę w kraju, Konstancję z Czartoryskich, rodu starego jak sami Piastowie, z którymi to zresztą władcami książęta byli spokrewnieni.

We dworze Wołczyńskim, będącym dziedziczną majętnością Czartoryskich, nigdy nie było spokoju. Wszyscy okoliczni, a nawet zagraniczni szlachcice średniego szczebla garnęli się do potęgi, gotowi szukać tu opieki, ofiarować swe służby, zapewniać o oddaniu i wdzięczności. Inni przychodzili owych gości zagranicznych podglądać i zażyć „wielkiej Europy”, która przechodziła w tym czasie piękne przemiany.

Nie inaczej było tego dnia, kiedy Konstancja przyjmowała wraz z gromadą dzieci swoich gości, aby te od młodego nauczyły się sobiepaństwa, protokołu królewskiego i sprawiedliwych sądów. W kraju tym to, co było wyjątkowe, to ilość władców równa ilości wielkich posiadłości ziemskich2, a tyle tu było sprzecznych interesów, ile możnych rodów, ile mocarstw w Europie, które miały pieniądze do stracenia3. Konstancja, której ambicja była większa od sierpniowych zbiorów zbóż, miała plany co do swoich potomków, aby ich w tej feudalnej hybrydzie umieścić na właściwym miejscu. Dzieci czworakowały tedy w sali audiencyjnej, gaworząc wesoło i rozpychając się między sobą. Przyglądało się temu ludzi wystrojonych blisko pół setki, każdy gotów roztkliwiać się nad malcami na zlecenie ich matki. Pani domu siedziała pewnie na podwyższeniu, z surowym wyrazem twarzy zbywając podobne umizgi kiwnięciami głowy i cierpkimi półuśmiechami. W rogach komnaty stało czterech barczystych dragonów z chorągwi rodzinnej, którzy przywdziawszy czerwono-błękitno-białe stroje z wyszytym herbem rodowym Ciołek, przysięgali rodzinie dozgonną lojalność. Oni to dbali o bezpieczeństwo pani i młodych Poniatowskich. We dworze było jeszcze dwustu podobnych im na zawołanie, a w razie potrzeby mogła się ta liczba w kilka godzin zwielokrotnić.

Wkraczali kolejni goście, przynosząc nowiny, dary i błagania. Konstancja, urodzona do rządzenia i najwyższych godności, gwałtowna i inteligentna, o niespożytej energii, sądziła kolejnych interesantów, uzależniając ich los od swojego kaprysu. Po jakimś czasie odprawiono część służby i gdy gapie zbierali się już powoli do wyjścia, przyszedł paź Stanisława, Władysław, herbowy Półkozic, z nowiną, że zamówiono znachorkę. Czarownica podobna do tych, których stosy rozświetlały całą oświeconą, zachodnią część Europy, przejeżdżała nieopodal dworu, udając się do Wilna. Konstancja zgodziła się na pokaz, przeto wszyscy zgromadzeni ciekawi nadchodzącego widowiska usiedli na miejsca. Było w tym narodzie umiłowanie do przepowiedni, a pomimo setek lat minionych pozostało obok anarchicznego feudalizmu także zamiłowanie do zabobonów i bajań ludowych.

Podwójne dębowe drzwi okute żelazem, ze srebrnymi zdobieniami i klamkami w kształcie lilii otworzyły się na oścież. Do środka weszła staruszka okryta ciemnofioletowymi płótnami. Niewysoka kobieta szła powoli, płynnie, bez wahania. Oczy miała na wpół przymknięte i mamrotała coś pod nosem. Kto mógł, dostrzegł wyłaniające się spod okrycia głowy zmarszczki, które przeorały jej twarz przez lata spędzone w leśnych chatach, z dala od ludzi. Przeżegnali się jedni, inni patrzyli jak zahipnotyzowani. Woń ziół rozeszła się po pomieszczeniu, a nie był to szafran, tak ukochany przez naród, ani pieprz, tylko dziurawiec. Tajemnicze zioło od wieków babki obecnych na sali wkładały swoim dzieciom do pieluch, aby te nie padły ofiarą straszliwych dziwożon przychodzących w nocy do zagród i tajemniczych mar leśnych, które wielkimi ślepiami, niepodobnymi wcale do zwierzęcych, zerkały z zagajników na wiejskie gospodarstwa. Konstancja również poczuła nieprzyjemny zapach, ale wiedziona ciekawością i ciągotkami do popularnej metafizyki, pokiwała znacząco do stojącego nieopodal pazia, dając znak, że wszystko jest w porządku. Zacisnęła szczęki, gdy starucha zbliżyła się do dzieci. Spojrzała raz jeszcze na pazia, który bez wahania zaszedł kobietę od tyłu. Przeżegnał się i położył dłoń na głowni szabli, która to broń w tym kraju przybrała doskonałe formy, gotów w mgnieniu oka wyciągnąć ją i zakończyć całą przygodę jednym cięciem.

Nikt się nie poruszał. Ludzie zamarli, wciągając powietrze do płuc. Staruszka pochyliła się, mamrocząc nad gromadą dzieci i przyglądając im się uważnie. Kto usłyszał jej słowa, ten przeląkł się jeszcze bardziej. Kobieta nie mówiła językiem francuskim, stworzonym do miłości i poezji, ni angielszczyzną pierwszą w żartach i polityce, ni niemieckim, który każdemu rozmówcy narzucał porządek. Nie był to żaden ze znanych języków.

Wiedźma sięgnęła dłonią w kierunku jednego malca. Paź naprężył się do skoku. Na zewnątrz pałacu zarżał koń, czego nikt by nawet nie zauważył, gdyby wiedźma, zlękniona po raz pierwszy, nie cofnęła ręki. Spojrzała raz jeszcze na dzieciaka, którego chciała dotknąć. Kto stanąłby z nią twarzą w twarz, dostrzegłby w jej oczach głęboki smutek. Znachorka znów zaczęła okrążać gromadkę, przyglądając się magnackim dzieciom. Od czasu do czasu kręciła głową lub wyrzucała ręce w powietrze w niemym geście. W końcu stanęła, spoglądając na najmłodsze z dzieci. Skupiona przyciszyła głos i zaczęła szeptać coraz szybciej. Nachylała się, a jej powieki podnosiły się stopniowo, ukazując przekrwione białka. Zaśmiała się ochrypłym, szaleńczym głosem, wypluwając przy tym sporo śliny. Ludzie zjeżyli się na podobne czary, stali jednak dalej otumanieni oparami i hipnotyzującym urokiem obcej. Wiedźma podniosła wybrane dziecko. Obchodziła się z nim bardzo ostrożnie i z szacunkiem, jakby od tego zależało jej życie, co zresztą było zgodne z prawdą.

Trzymając maleństwo na rękach, wiedźma odwróciła się do Konstancji Poniatowskiej i w geście tryumfu wzniosła dziecko ponad głowę.

– Kto za lat trzydzieści parę żyw będzie, ten ma przed sobą króla! – kobieta krzyknęła w najczystszej polszczyźnie.

I znów zapadła cisza. Kilka osób skłoniło mimowolnie głowy. Wiedźma, nie zważając na to, brała malucha w ramiona, tuliła go do piersi, obracała się z nim i wielce się radowała. Radowała się też Konstancja, bo choć była światłą osobą i ze świecą można było szukać lepiej wykształconych, to znała przecież siłę słów, które raz wypowiedziane rzucały na kolana całe potężne narody, potrafiły zrywać sojusze i – jak miała nadzieję – miały cudowną moc stwórczą.

GDAŃSK

1734 R.

PONIATOWSCY HERBU CIOŁEK

Brukowaną ulicą wypełnioną ludźmi wszelkich narodowości poruszała się zdobiona kareta z herbem Ciołek, otoczona czterema dragonami. Pierwsze zimowe podmuchy smagały bezlitośnie po pancerzach wyrośniętych żołnierzy, mających swą powagą chronić rodzinę rozchwytywanego generała Poniatowskiego w trakcie trwającego bezkrólewia. Stronnictwa dwóch kandydatów chciały mieć przy sobie wielkiego wojownika, którego imię rozsławiano w całej Europie. Gotowi byli zrobić wszystko, żeby zachęcić go do lojalności wobec nich.

Z okien starych kamienic ozwały się strzały. Dwóch dragonów bez słowa skargi spadło ze swych koni na ziemię, dławiąc się własną krwią. Trzeci sięgnął po pistolet i oddał nawet kontrujący strzał, ale prędko dosięgła go kolejna salwa przeciwnika. Ostatni z obrońców zdołał doskoczyć do karety.

– Uciekaj! W kłusa! – krzyknął do woźnicy. Ten kilkukrotnie strzelił z bicza. Przerażone zwierzaki spięły potężne mięśnie i w kilka uderzeń serca poderwały wóz do dramatycznej ucieczki. Ostatni z żywych dragonów towarzyszył rodzinie Poniatowskich, dopóki naprzeciwko nich nie ujrzał kilkunastu jeźdźców czyhających na nich z przygotowaną bronią. Nie zastanawiając się ani chwili, zawołał głosem pełnym determinacji:

– W prawo! Jedź w prawo!

Woźnica skręcił ostro, ledwo nie przewracając niestabilnego wozu. Przeciwnicy zorientowali się, że ich ofiara ucieka, i ruszyli w kierunku wozu. Ostatni z dragonów Poniatowskich rozpędził konia, wyprowadzając go wprost na nadjeżdżającą grupę. Wypalił z pistoletu, trafiając jednego z napastników w ramię. Tamten złapał ręką za miejsce, w którym kula otarła się o kość, i syknął z bólu. Jego towarzysze wycelowali w pędzącego na nich jeźdźca. Pociągnęli za spust, zrzucając go bez życia z konia, i popędzili w ślad za karetą.

Woźnica omijał na tyle, na ile mógł, uliczne kramy, żebraków, przestraszonych przechodniów. Z karety wyglądała Konstancja Poniatowska, która pod nieobecność męża pozostała sama z dziećmi. Najstarszy, Kazimierz, chociaż jeszcze dziecko, zakasał rękawy i napuszył się, gotowy do bitwy. Towarzyszący mu Franciszek wyglądał na wystraszonego w przeciwieństwie do Aleksandra, który wystawił głowę przez okno, pokrzykując na woźnicę. Dziewczynki wtulone w mamę trzymały najmłodszych potomków: Stasia i Andrzeja. Twarz ich rodzicielki spiął złowieszczy grymas. Pełne skupienie Konstancji, obserwującej przez okno całe zajście, pozwoliło jej w porę dostrzec kolejną zasadzkę. Na wysokości głowy woźnicy, pomiędzy kamienicami, zawieszono sznurek.

– Skręcaj! Skręcaj! – krzyknęła, aby woźnica pociągnął za lejce, zjeżdżając do bocznej alejki.

Ozdobna kareta nie była przystosowana do takich manewrów. Tym razem wchodząc pod zbyt dużym kątem w zakręt, przechyliła się, niebezpiecznie uderzając w kamienną ścianę budynku. Pani Poniatowska rzuciła się na dzieci, amortyzując uderzenie. Leżała wściekła na ziemi, drżącymi rękami obejmując swoje największe skarby. Z nosa kapała jej krew.

– Nadchodzą – krzyknął woźnica.

Pani Konstancja usłyszała, jak sługa zeskakuje z powozu i ucieka w boczną uliczkę.

– Niech nadchodzą – powiedziała do siebie.

Stukot końskich kopyt narastał stopniowo. W końcu wszystkie odgłosy ustały. Pani Konstancja wzdrygnęła się, gdy ktoś zapukał do drzwiczek.

– Pani Konstancjo, proszę być spokojną. Nikomu nie stanie się krzywda.

– Mąż was pozabija! Rozumiesz to, chłopie?

– Pani wybaczy, nie jestem chłopem. Zapewniam, że to tylko niezbędne środki ostrożności.

Drzwiczki otworzyły się, do środka zajrzało czterech wąsatych, grubych szlachciców poubieranych w kontusze. Ku zaskoczeniu wszystkich obecnych malutki Aleksander wyskoczył z karety i zaczął okładać pierwszego napotkanego przeciwnika pięściami. Ten chwycił go delikatnie oburącz i przytrzymał. Napastnicy uśmiechnęli się na ten piękny widok.

– No proszę, rośnie nam zastępca pana generała. Pan wojewoda Józef Potocki przesyła pozdrowienia i uprzedza, żeby nie mieć mu za złe, że weźmiemy pod opiekę jednego waćpani syna. Musimy mieć pewność, że pani mąż opowie się za koronowaniem Stanisława Leszczyńskiego. To dla nas bardzo ważne. W dowód uznania za ten brawurowy pokaz odwagi zostawimy tego bohatera z panią. Weźmiemy innego…

– Nie waż się dotykać moich dzieci! – krzyczała Konstancja, jednak ludzie Potockiego nic sobie z tego nie robili. Dowódca skinął na dwóch pozostałych i wskazał im dwuletniego Stasia. Ten oddał się przerażony w ręce nieprzyjaciela, nie rozumiejąc sytuacji. Dwóch ludzi Potockich siłowało się w tym samym momencie z panią generałową.

– Pani syn zostanie objęty ochroną w Kamieńcu Podolskim, zaopiekuje się nim człowiek honoru, Wacław Rzewuski – tłumaczył dowódca porywaczy.

– Wy nie macie honoru, gnido! – usłyszał w odpowiedzi od pani Poniatowskiej i zrezygnował z dyplomacji.

Konstancja została sama w środku zimnego miasta. Pod jej ręką tuliły się dzieci. Wszystkie oprócz zmęczonego Aleksandra, który obrażony wyszedł z karety, i Stasia siedzącego teraz na koniu zamaskowanego awanturnika. Na jego powrót do domu matka czekała ponad rok. W tym czasie zarówno generał Poniatowski, jak i wojewoda Potocki zmienili obóz, popierając przyszłego króla, Augusta III Wettyna.

WOJNÓW

MAKSYMILIAN WOYNA HERBU DĄB

Biegnę przez stary, dębowy las należący do ojca, a wcześniej do jego ojca, i tak dalej, i tak dalej, aż do stworzenia Polski. Rachityczne gałązki pękają pod drobnymi, skórzanymi trzewiczkami śmiejącego się podrostka. Mam kilka lat.

Słyszę nawoływania matki – po niemiecku. Dumna śląska kobieta. Słabo mówi po polsku i nie lubi tego robić. Dochodzi do mnie głos ojca tłumaczący zaproszonym gościom:

– Chyży, a prędki, znacz kawalerzysta nam rośnie! Komendy nie słucha niczyjej, utrapienie! Ot co! – mówi z przejęciem, ale oczy mu się błyszczą i przepełnia go duma. Goście kiwają z uśmiechem głowami, pewnie z grzeczności.

Biegniemy we trójkę: Ja – Maksymilian Jan, młodszy Henryk i starszy Joachim Michał. Za nami dzieci służebne. Jest Jasiu, Maksiu i Heniu, ale też zgraja innych Jasiów, Andrzejów, Michałów. Wszyscy bawią się razem. Równość szybko się skończy. Mama odpędzi silniejszego Janka, da mu po głowie, nabije dużego guza. My będziemy chodzić na francuski, jeździć konno, a mały Wojtuś zacznie pomagać upodlonemu tatulowi na roli. Do wygód i przywilejów można się szybko przyzwyczaić. Dojrzały, choć przeraźliwie chudy, w wieku lat dwunastu nabrałem ochoty na hulanki i swawole. W dalekim sąsiedztwie mieszkali państwo Chudowscy, z których to pan Michał posiadał wielkie stada koni i zaliczał się do najmożniejszych w naszej okolicy. Przyjeżdżali do nas, lub my do nich, co trzecią niedzielę. Trzymali się z moim ojcem blisko i starą wyznawali mądrość: „gdzie zgoda, tam siła”. Długo mi tego ojciec nie przetłumaczył.

Podczas jednej z wizyt Chudowskich, spośród których Zbyszek był pierwszy do tańca i do różańca, ten ostatni mocno się zaprzyjaźnił z moim rodzonym bratem Jaśkiem. Był to dla mnie wspaniały bohater, który wielce dokazywał. Byłem zaczarowany tym buńczucznym zachowaniem. Pierwszy on z nas wszystkich miał swoją szablę, pierwszy fechtował, pierwszy jeździł konno. Zawsze w grupie wiódł prym. Nawet jak gadał bzdury, miał w zwyczaju robić to głośno i wyraźnie, co mu wystarczało, żeby zjednywać sobie innych. Starzy chwalili go przy obiedzie, a to dla nas było ważniejsze niż zdrowie. Ojciec mój – wielki szlachcic i gospodarz – wydawał się sędzią i prawie królem. Nie znał nad sobą pana. Jak powiedział, tak było.

Skoro mówił, że Jasiek i Zbyszek to „młodzi rycerze” – musiało tak być.

Jasiek posłyszał od Zbyszka, że chłopi należą do nas i gdy nachodzi nocna gorączka, podniecenie wkrada się do trzewi, a złe duchy nie dają spać, to można dać upust, skorzystać z baby rolnej, byle nie mówić ojcu. Zbyszek natychmiast zaczął nas przekonywać. Heniek na ten pomysł się obraził, poszedł doglądać kaczek, bo był największym dziwakiem w całym Wojnowie, słowem – zdezerterował. Taki to był chłop, co gdy się coś działo, robić nie chciał, tylko „musiał przemyśleć”. Chyba podsłuchał to słowo przy stole, bo w domu rodzice ciągle „musieli przemyśleć”, gdy akurat nic konkretnego nie robili.

– Do diabła z tobą, Heniek – rzucił starszy brat i popatrzył na niego jak na krowi zad. Wolałbym się sam na swój nóż nadziać, niż to usłyszeć z jego ust. Poszedłem więc z Jasiem i Zbyszkiem.

W stodole baby przerzucały siano. Chłopy poszli w pole, przeto same dzierlatki się uchowały w budynku. Na sklep* Heniek wszedł pierwszy, Zbyszek miał zastawiać od zewnątrz wejście do środka i krzyknąć, gdyby się ktoś zbliżał.

Wnet słyszę zduszony krzyk. Nie Zbyszka, kobiecy. Chwilę szamotania i cisza.

Po chwili ze sklepu wybiega Janka cała czerwona, poprawia kawał szmaty, taki, co to na co dzień nosiła na sobie. Brudna jest w wielu miejscach, a ręce ma grube i spękane. Wstręt i obrzydzenie przepełniają mnie, ale serce bije mocno, gotowe bitwy toczyć i bić z dział.

Janka patrzy na mnie wzrokiem, który często potem widywałem na polowaniach u saren. Strach miesza się w nich z niepewnością, w oczekiwaniu na ruch myśliwego. Puszczam ją wolno. W chwilę później wychodzi Zbyszek i uśmiecha się zawadiacko. Wygląda na pełnego energii i dumnego z siebie.

– No, młody, przyczaj się, aż któraś wejdzie. Ja się schowam, żeby ją lepiej podejść. – Szczerzy zęby w szerokim uśmiechu, poprawia swoje jasne włosy i wskakuje w największy stóg siana, bo fantazje ma niepomierną, kocha przygody, podchody, chowanego, i bitwy na kije. Nie pytał mnie nawet, czy chcę, ale nie zwykłem nikomu z rodziny odmawiać, bezwiednie stoję więc na stanowisku, oczekując na jakąś wieśniaczkę.

Wtem do pomieszczenia wchodzi piękna dziewczyna. Z początku pomyliłem ją ze szlachcianką, bo ma jasny warkocz zapleciony z finezją, który opada jej aż do pośladków. Przypatruję się jej, nieśmiały. W podwórzu nawet bym się wstydził wypowiedzieć do niej słowo. Przyczajony Zbyszek ujawnia się, wyskakując z siana jak Tatar z lasu, i porywa piękność za ręce. Pojawiam się obok niego, żeby nie stronić od przygody i wykonywać rozkazy brata. Ten krzyczy raz po raz: „szmatę jej w gębę”, „zasznuruj ręce”, „do piwniczki!”.

Ta z początku krzyczy i szamocze się jak zwierzyna, ale my i tak wciągamy ją siłą do ciemnego, zimnego pomieszczenia. Podniecenie rozrywa mi ciało i jak energia nie z tego świata pcha się do przodu, aby wybuchnąć. Podciągam jej chłopską szmatę i krew odpływa mi z głowy zupełnie. Zrobiło się duszno. Pali mnie w płucach tak mocno, że mi dym prawie ulatuje z nozdrzy.

Patrzę na brata zaniepokojony.

Co robić?

On, dumny, że mu się zasadzka udała, nie zauważa mojego wahania. Poprawia koszulę, zacierając ślady zbrodni.

– No to masz, bracik, znaj pogodę szlacheckiego życia – mówi Jasiek z udawaną nonszalancją w głosie. Tak naprawdę on też jest podniecony tą sytuacją jak nowy poseł na sejmiku. – Ja cię tu nie będę konsternował, harcuj swobodnie, a o starych się nie martw. Ze Zbyszkiem stanę na czatach i jak się kto zbliży, zrobimy rumor, żebyś uciekł. Na zakończenie klepie mnie po plecach mocno i przyciska nieszczęsną wieśniaczkę z powrotem do drewnianej belki, akcentując swoją siłę. Wychodzi, pogwizdując.

A ja zostałem z moimi myślami, z którymi szarpałem się całe życie. Szarpałem się z opiniami i rozkazami. Szarpałem stronnictwa, zrywałem sejmy, zrywałem głowy z ludzkich korpusów i oficerów z ich stanowisk. Szarpałem włosy z własnej głowy, bezradny, ogłupiały, oszukany. W dobrej wierze największe czyniąc krzywdy, z frustracji opadając w otchłań desperacji, mogłem odwracać zupełnie fatalne sytuacje. Najpierw wszak należało podjąć decyzję.

MARZEC 1744 R.

Dwa śmigłe bachmaty zatrzymały się przed dworem Adama Tarły, wojewody lubelskiego, znacznego pana i wielkiego pieniacza. Strojni oficerowie saskiej gwardii zsiedli z obłoconych koni nieopodal olbrzymiej marmurowej fontanny i nie bacząc na zmęczenie, udali się po równie marmurowych schodach do pałacu, zrobionego w znacznym stopniu z marmuru.

Otworzył i ugościł ich lokaj, który od biedy nie był marmurowy, ale szybko nabrał białego jak marmur koloru. Krew odpłynęła mu z twarzy, co dodało wiele komizmu jego karnawałowej kreacji, bo ubrany był ten jegomość jak cygański król. Patrząc na gości, zrozumiał, że jest to nieoczekiwana wizyta, domyślał się jej materii i nie chciał być tym, który przyniesie wojewodzie nowinę.

– Mości panowie oficerowie, zapraszam do pokoju gościnnego, Fryderyk zaraz zaproponuje trunek, bo przecież napijecie się po długiej podróży?

Wpuścił gości przodem i ukradkiem popatrzył na długie żołnierskie buty, całe w błocie i końskim gównie, stąpające po perskich dywanach. Dostał mdłości. Wiedział również, że w głosie nie ukrył wystarczająco dobrze swego niepokoju, dlatego na ponure, bezwzględne miny przybyłych wojaków, a w szczególności ich długie szpady, zareagował salonowym dygnięciem na jedną nóżkę. Skręcił przy tym głowę, jakby chciał posłuchać własnego serca, po czym zniknął w komnatach.

Przedtem usłyszał tylko, że wojacy przybyli od „mości pana Poniatowskiego i chcą się namówić bez zwłoki z gospodarzem tego domu”. W świetle ostatnich wydarzeń rodziło to jak najgorsze prognozy w głowie lokaja, który jak każdy normalny człowiek pragnął spokojnie żyć, ale i obracać się w doborowym towarzystwie. Trzeba było najpierw wojewodę do rozmowy zaprosić.

WARSZAWA

ROK WCZEŚNIEJ

ADAM TARŁO HERBU TOPÓR

Warszawa zawsze kochała bogate bale, wystawne imprezy i te z burzliwych romansów, które wychodziły na jaw ku uciesze szerokiej publiczności. Takie same upodobania miał pan Adam Tarło, noszący zawsze ze sobą pokaźne szablisko na wypadek przygody. Miał tysiąc ludzi na zawołanie, w Rzeczpospolitej robił, co chciał, z królem lub bez niego, a więc dużo pił, chłopów bił i nie bał się niczego.

Na balu u marszałka wielkiego koronnego Bielińskiego, wielkiego nie tylko z urzędu, ale i z duszy, gospodarza Warszawy, wystrojony w szaty i drogocenne kamienie warte setki złotych polskich, pan Tarło chciał zrobić jak najlepsze wrażenie. Razem z przyjaciółmi odebrał wyróżniony stół i choć do pana marszałka chcieli się dostać wszyscy, a i on zaprosił niemało ludzi, to w wielkiej Rzeczpospolitej zaproszeni goście stanowili prawdziwą elitę.

Rodzin się naschodziło co niemiara. Była to prawdziwa okazja, żeby powiększyć wpływy, pogodzić zwaśnione strony, a przede wszystkim: jak Bóg da, dwójkę ludzi zbliżyć, połączyć magnackie fortuny i rosnąć w siłę. Takie były chwalebne zamiary pana marszałka, które jednak los boleśnie zweryfikował.

Już przy wejściu było ciasnawo, tedy pogniewał się pan Adam, że mu jakiś pachołek nieopatrznie stanął na drodze. Zdzielił go nahajem, który nosił dla koni, z taką siłą, że tamten spadł ze schodów. Kiedy biedakowi uniosły się poły płaszcza, oczom wojewody ukazał się wyszyty na koszuli herb przedstawiający czarnego orła w koronie. Drapieżny ptak nosił na swej piersi trzy czarne trąby o srebrnych okuciach, połączone ustnikami. Wokół rodowego klejnotu roztaczało się pięć strusich piór. Wojewodzie podniosło się ciśnienie, zaczęło brakować mu powietrza. Był to jeden z najpoważniejszych herbów w Rzeczpospolitej, należący od zarania dziejów do domu Radziwiłłowskiego. Pan Adam zapomniał na chwilę o swoim walecznym usposobieniu, podszedł i podniósł zmarnowanego chłopaka. Wprawdzie zwymyślał go, ale z umiarem, tak że wszyscy byli zadowoleni.

Po wejściu, zobaczywszy gąsiora wypełnionego winem, zwołał towarzyszy. Wysłuchawszy mowy marszałka, obecni stuknęli się dzbanami i wlali do gardeł znakomite płyny. Nie siadając, zawołali na służbę, która, tylko czekając na znak, ruszyła, by uzupełnić naczynia. Kilka setek rąk z pucharami powędrowało do wąsatych twarzy. Kiedy wszyscy usiedli, pan Adam kazał nalewać trzeci raz przy swoim stole, po czym wzniósł toast wobec wszystkich w ten sposób, żeby go było widać i słychać:

– Nie wygrasz z grabarzem, żyjąc długo, wygrasz z grabarzem, żyjąc. Żyjąc w pełni!

– Wiwat! – krzyknęło kilka głosów, w rzeczywistości jego klientów, którzy zawdzięczali mu obecność na zabawie i wiele innych rzeczy.

Wypili i usiedli. Wkrótce proszono do tańca. Od dwóch godzin każdy rozsądny samiec rozglądał się za kobietami, które by nadarzyło się spotkać na parkiecie. Siedzieli przy stołach najpoważniejsi w kraju, którzy przybyli akurat do Warszawy lub mieli tutaj swoje pałace. Czartoryscy, Lubomirscy, Brühlowie, Radziwiłłowie, Potoccy, Zamoyscy, a i kilku Sapiehów, i inne rody równie znakomite. Wokół nich stłoczona klientela, dalekie kuzynostwo lub tacy, których największym marzeniem było zaliczać się do magnackich rodzin. Taka była ta polsko-litewsko-saska arystokracja, a w skomplikowanych więzach rodzinnych orientowały się w pełni tylko babki i co niektóre matki. W trosce o przedstawienie się pięknej pani trzeba było najpierw zabiegać o ich względy, przymilać się, komplementować. Tak i teraz zrobił pan Adam, obracając się do pani mającej pewnie ze czterdzieści wiosen. Odgarnął czuprynę, odchrząknął i zapytał delikatnie:

– Najmocniej waćpannę za turbulencje przepraszam, raczyłaby pani dać wskazówkę, kim jest panna siedząca z boku, tam dalej, za Lubomirskich stołem, która cały czas trwa skromnie w milczeniu, nikomu nie oddając uśmiechu? Nie widziałem jej nigdy w Warszawie, a przecież piękna jest jak złote liście we wrześniu.

– Tą się waćpan nie powinien zajmować, wszak to liść raczej październikowy, owoc mezaliansu, bo jej ojcem był sam pan Teodor Lubomirski, a matką jakaś pani Elżbieta, co się ze szlachectwem na oczy nie widziała. – Tu tęga kobieta wydęła wargi na kształt żółtka wypływającego z pękniętej skorupki kurzego jaja. – Była z tego duża afera, bo nawet ślub wzięli, którego ta młoda dama jest dowodem. Nikt jej jednak Lubomirską nie nazwał i nie nazwie – zakończyła wyjątkowo kąśliwie i z pewną satysfakcją matrona.

Wojewoda patrzył na Anusię Lubomirską jak w obraz. Była piękna jak przed laty jej matka.

I tak historia musi zatoczyć jedyną znaną jej figurę, która nadaje się do toczenia – pomyślał pan Tarło, wstał, wychylił kolejnego kielicha i pełen kurażu, który mu się wraz z tym kielichem podwoił, ruszył przed siebie. Patrzyło na niego wiele komnatowych, salonowych i wiele sypialnianych dam, on jednak brnął, nie zważając na nic, za punctum fixum obierając sobie nieszczęśliwą półszlachciankę.

Podszedł do niej wielce przebojowym krokiem, zagarnął czuprynę, podkasał saską suknię, pokłonił się dwornie i zaprosił damę do tańca. Jej matka spłonęła rumieńcem i zaszkliły jej się oczy, córka spłonęła rumieńcem jeszcze mocniej. Złapali się za ręce, nie trzeba było nic więcej mówić.

Iskry leciały z zielonych kobiecych oczu, na wskroś przeszywając dostojnego i bogatego pana. Oboje wiedzieli, że nigdy by te oczy nawet nie musnęły chłystka bez ziemi, nawet pięknego. Na sali dość już było ognia, który rozpętał się pomiędzy tańczącymi. Po zakończeniu tego żywiołowego uniesienia wojewoda odprowadził wybrankę, szepcząc jej do ucha jeszcze obietnicę spotkania. Przy okazji opróżnił kolejny kielich, lub prawie garniec, z cudzego stołu, otarł z czoła krople potu i hajdamackim wzrokiem rozejrzał się po sali.

Dojrzał następną ofiarę.

Podszedł pewnym krokiem, choć już mniej stabilnym, do Izabeli Poniatowskiej, zaliczanej do najpiękniejszej nie tylko w Rzeczpospolitej, ale i w tej części Europy. Stała w towarzystwie swej matki Konstancji, nerwowo wachlującej twarz i odkryty biust. Te dwie damy więcej miały władzy niż niejeden senator, więcej piękna i wdzięku niż sławne później warszawskie Łazienki i więcej adoratorów niż królowa Polski. Obie wściekły się, że ktoś stawia Poniatowską na drugim miejscu po parweniuszce, każąc jej czekać w kolejce. Złe były tak bardzo, jak zły może być człowiek ambitny i noszący książęce wychowanie.

– Uprzejmie proszę do tańca piękną panią, gotów cały wieczór tylko jej usługiwać. – Pan Adam ukłonił się dwornie i trzeba przyznać, że zgrabnie mu to wyszło.

Konstancja nachyliła się do córki i wyszeptała jej coś do ucha.

– Z kimś waćpan tańcował pierwszy taniec, z tą tańcuj i drugi4 – rzuciła szorstko Izabela do adoratora.

Kilku naocznych świadków wciągnęło powietrze, wiedzieli bowiem, że będzie co opowiadać na salonach. Wściekł się na podobną dymisję porywczy z natury i wychowania magnat. Jego twarz pokryła się purpurą. Wtem szlachcic obrócił się na pięcie do uczestników balu i ryknął:

– Będę miał go za szelmę, kto z wojewodzianką mazowiecką w taniec pójdzie5!

Konstancja, baba dumna i męskiego serca, zaczęła znowu sączyć jad, tym razem jednak pochyliła się nad swoim synem, Kazimierzem. Ten wysłuchiwał przez chwilę z kamienną twarzą, co mu mówiła matka.

– Ależ, pani matko, z tego będzie pojedynek… – Młodzieniec starał się zachować racjonalnie.

– Dosyć! Poproś siostrę do tańca! – Matka nie tolerowała sprzeciwu.

Młodziutki Kazimierz spojrzał z pogardą na wojewodę i wobec wszystkich wziął siostrę za rękę, prowadząc ją na parkiet.

– Otóż jesteś szelma6! – usłyszał za plecami młody Poniatowski i wszystkie szepty na balu ustały. Nawet Konstancja nic już nie mówiła i czekała na reakcję. Przyszło do honoru. Kazimierz już nie trzymał w ręce dłoni siostry, lecz hiszpańską szpadę.

W moment poderwali się z biesiadnych ław pijani stronnicy, kuzyni, służba. Każdy, kto mógł, ten sięgnął do pasa. Siedem uzbrojonych osób ustawiło się na parkiecie, gotowych do ostatniego tańca. Pozostali za plecami gotowi rozbijać łby i palić z pistoletów, nikt bowiem o zdrowych zmysłach nie przyjeżdżał na imprezę do Warszawy bezbronny. Kto ma siłę, ten ma rację. Trafił teraz swój na swego.

– EEEJ!

Ryk wdarł się między zbliżających się do siebie przeciwników, rozdzielając ich skuteczniej od salwy regimentu muszkieterów. Kto mógł, opuszczał speszony ręce, chował do pochew dobytą broń i odstępował od parkietu. Między nich wkuśtykał prawdziwy tyran dla rzezimieszków i bandytów, rzymski sędzia w polskiej skórze, sprawiedliwy i szanowany marszałek Bieliński. On był gospodarzem i on był szefem pierwszej warszawskiej policji, hufców węgierskich, które nazywały go ojcem. W kraju pełnym walecznych i kawalerskich ludzi tej osobie zepsuć bal bez konsekwencji mogło jedynie kilka osób. Żadnej nie było na tej sali. Marszałek zmierzył wzrokiem dwóch prowodyrów i widząc powagę sytuacji, zganił ich, jak ojciec łaja dzieci. Zaraz też potajemnie wprowadził do komnaty kilku ludzi uzbrojonych w bandolety.

Dwóch głównych aktorów spektaklu, którym najbardziej dymiło się z czupryn, w gniewie opuściło bal. Pokrzykując na służbę, powsiadali do karoc. Każdy udał się w swoją stronę.

PAŁAC ADAMA TARŁO

Dwóch oficerów siedziało w zupełnej ciszy i cierpliwie czekało na gospodarza.

Nie pozwolił im długo czekać.

Syn Stanisława, herbu Topór, po ojcu odziedziczył oprócz nazwiska także pucołowatą twarz, egocentryczne podejście do życia i niezły majątek. Pan Adam lubił awantury, lubił być przeciwko, a najbardziej w Rzeczpospolitej kochał to, że mógł w niej być przeciwko każdemu i wszystkiemu i nie musiał się z tego tłumaczyć.

W wieku lat osiemnastu był już rotmistrzem pancernym, potem marszałkował konfederacji dzikowskiej, która była piękną awanturą. Województwo lubelskie, dzięki staraniom rodziny i sporym umiejętnościom, otrzymał we władanie w wieku dwudziestu trzech lat, co czyniło go najmłodszym wojewodą w historii Polski. Pobierał stosowne opłaty i pensyje, toteż mógł się poświęcić w pełni awanturowaniu. Był przeciwko królowi. Co więcej, był przywódcą opozycji. Z Czartoryskimi i Familią skupioną wokół niej do tej pory miał niezłe kontakty. Z Kazimierzem Poniatowskim – wschodzącą koronną gwiazdą – pokłócił się już we Francji, gdzie obaj uczyli się wojaczki. Tam o szlacheckiej wolności nie było dużo wiadomo, nie można było więc w armii, w środku obozu dać komuś w mordę.

Po balu u marszałka Bielińskiego korespondował z całą rodziną Poniatowskich, przy czym nie były to wyrafinowane literackie arcydzieła. Do Stanisława, głowy rodziny i twórcy potęgi, przy którym przydomek „wielki” w oczy by nie raził, napisał:

Ojciec Pana nigdy nie był w stanie mierzyć się z człowiekiem mojej rangi, czego winszuję teraz obydwu Panom (…). Prezentuję mu tedy te bronie: szpadę, lancę, pikę, szponton, pistolet, fuzję, sztuciec, harmatę aż do prochu7.

Bohater szwedzki przytomnie nie dał responsu. Pan Tarło napisał wtedy do Czartoryskich: Michała i Augusta, ale ci z kolei zbyli go jak chudopachołka, co mu podgrzało krew i wpędziło w szaleństwo. Na próżno rodzina i przyjaciele radzili mu odpuścić bezsensowną sprawę. Szkody na honorach Familii robił, gdzie tylko mógł. Na którejś naradzie musieli postanowić z nim skończyć, skoro przysłali oficerów.

Trzeba zawsze dochodzić swojej szkody, każdym sposobem – pomyślał pan Adam Tarło, a do oficerów rzucił:

– Dobrzeście panowie przyjechali, choć późno.

Wojewoda stanął naprzeciw przybyłym, a oni podnieśli się z krzeseł. Pan Tarło wziął się pod boki, ruszył czarnym wąsem i czekał jak żbik na jakiś ruch.

– Zaproszenie przywozimy waszmości, żebyś się z panem Kazimierzem potykał – rzekł jeden z przybyłych, starając się oddać szacunek i powagę sytuacji.

– Co Kazimierz chce, to jedno, co król chce, to drugie – wycedził wojewoda powoli przez zęby, obserwując reakcje przybyłych.

Było powszechnie wiadomo, że król Rzeczpospolitej usłyszawszy o tym zajściu, zabronił przedstawicielom zwaśnionych stron się bić, żeby nie wywołać wojny domowej.

Oficerowie milczeli przez chwilę. W końcu wyższy z nich zapytał:

– Taką wiadomość mamy przekazać naszemu dobrodziejowi?

Cisza. W komnacie słychać było tylko serce wojewody. Krew wyrywała się z szybko bijącej pompy, ręce zwilżone potem obracały się płynnie, czasem zataczając okrąg, innym razem poruszając się jak do gry na pianinie.

– Przekażcie jegomości, że nie król, a ja decyzję podejmuję. Stanę. – Wojewoda obrócił się na pięcie i odszedł.

Oficerowie jak jeden mąż skinęli głowami i w milczeniu wyszli.

OKOLICE BYTOWA

STYCZEŃ 1744 R.

Stara kareta ciągnięta przez dwa duże ogiery podskakiwała na wyboistych drogach województwa pomorskiego. Woźnica nie oszczędzał koni, a wymęczone zwierzęta nie oszczędzały podróżujących wewnątrz karety kobiet.

Deszcz odbijał się intensywnie od drewnianej konstrukcji pojazdu, usypiając swym rytmem siedzące w środku panie Reinbeck i wprowadzając je w melancholijny nastrój. Podróżniczki potrzebowały dotrzeć prędko do Rygi, dlatego przystawały rzadko. Nie mogły zatrzymywać się też w dużych miastach, a to z uwagi na mnogość szpiegów i wścibskich, podejrzliwych, mieszczańskich oczu.

Osamotniona kareta nie wzbudzała podejrzeń, nie była bowiem rzadkością w miejscach pełnych wszelkiej szlachty i podróżujących w obie strony dyplomatów, naukowców i wojskowych. W jednym z zajazdów, w którym panie Reinbeck gościły ostatniej nocy, mogłaby się ich podróż właśnie z tego powodu zakończyć.

Do zawsze w tym kraju rozświetlonej, pełnej gwaru i życia gospody zawitali goście. Sześciu jegomościom, z których prawie wszyscy byli muszkieterami, przewodził mężczyzna w sile wieku, ubrany w mundur oficera saskiego. Kobiety jak najszybciej zakryły twarz udawanym wachlowaniem i natychmiast udały się do swoich pokojów. W nocy pijani mężczyźni, szukając gorącego łoża, walili po kolei do wszystkich drzwi, również do tych, które oddzielały ich od pań Reinbeck. Istniało niebezpieczeństwo, że gdyby przybyli goście dostali się do środka i byli powiązani z saskim dworem lub, co gorsza, z dworem angielskim, kobiety zostałyby zdemaskowane.

Na to nie mogły sobie pozwolić ani one, ani król w Prusach – Fryderyk II, ani władająca Rosją cesarzowa Elżbieta. Los wielu narodów zależał od tej mizernej karety i siedzących w niej osób. Wszechwładny kanclerz Rosji, hrabia Bestużew, zagorzały wróg Prus, zrobiłby wszystko, żeby te losy odmienić.

Dlatego zziębnięte, wygłodniałe damy mężnie znosiły trudy długiej podróży, zamieniając bogato zdobione suknie na zwykłe, zużyte ubranie podróżne. W umyśle starszej z nich kryły się olbrzymie pokłady ambicji, żądza niezmierzonych bogactw i niczym nieograniczonej władzy. Spoglądała często nerwowym, krytycznym wzrokiem na młodszą panią Reinbeck. Głęboko w tym spojrzeniu można było zauważyć dumę z córki. Myśli tej drugiej pełne były wzniosłego ducha, ale nie było w nich naiwności. W sercu tliła się iskierka nadziei na odmianę jej smutnych losów. Dama była pełna ciekawości, pragnęła się uczyć, poznawać ludzi i świat. Chciała czerpać z życia pełnymi garściami, oddychać pełną piersią. Jej rozum wyzwolony był z więzów uprzedzeń i zdawał się rozświetlać mroczną drogę pokonywaną przez konie.

Był to bowiem okres europejskiego oświecenia i w takiej atmosferze była młoda pani Reinbeck wychowywana.

PIASECZNO

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Słońce wschodziło pięknie nad zalesioną doliną, której, prócz wszędobylskiej dzikiej zwierzyny, nikt nie mógł podziwiać. Zgromadzeni w zagajniku mężczyźni nie wiedzieli o bożym świecie. Głowy mieli pozajmowane czymś, czego dostrzec nie sposób, spisać bardzo trudno, opowiadać łatwo, a na sprawdzanie nielicznym wystarcza odwagi. Tak jak Dawid i Goliat pierwsi stanęli na udeptanej ziemi, tak teraz pan Tarło i pan Poniatowski ze swymi sekundantami przybyli stoczyć walkę i rozstrzygnąć spór. Tu jednak dwóch było Goliatów, każdy myślał, że jest większy, potężniejszy i prędko złamie drugiego. Większość warszawiaków, którzy zdążyli już zasłyszeć gorącą wieść, chętniej stawiała denara na wojewodę, który raz, że starszy, dwa, szablę miał słynną ze zwinności i żebra nią macał u wielu szanowanych kawalerów. Młody pan Poniatowski sam by się w takiej sytuacji nie postawił, bo nie brakowało mu rozumu. Niestety jego matka miała więcej ambicji i honoru, które to kazały synowi walczyć.

Dzielni rycerze stanęli naprzeciw siebie na wzór dziadów i pradziadów, gotowi bronić swojego honoru, wykazać męstwo i czem prędzej wrócić do domu na obiad. Serca biły dzielnie, kiedy wsiadali na koń i rozjeżdżali się od stojących pośrodku sekundantów. Wcześniej ustalili, że najpierw będą strzelać, a jeśli to nie wyjaśni sprawy, z białą bronią spotkają się w połowie drogi. Pan Tarło z zawziętą twarzą obraca się na karej klaczy w miejscu i gniecie, świdruje już oczami swojego rywala. Kilkanaście metrów dalej zawraca Poniatowski, usta ma lekko rozchylone, źrenice zdradzają, że strach paraliżuje młodego magnata.

Sekundant zaczyna liczyć, świta odstępuje od swych panów, bardziej się jeszcze bojąc niż sami walczący.

– Trzy… Dwa… Jeden… WALCZ! – krzyknął prowadzący i dwóch jeźdźców sięgnęło do klamry, wyciągając nabite pistolety.

– Puuuf! – walnęło z jednego, i kto by się nie znał na walce, domyśliłby się dopiero, kto wypalił pierwszy, kiedy koń pod Poniatowskim obalił się martwy. Czaszka pękła zwierzakowi, bryznęło na właściciela. Ten grzmotnął całym ciałem o twardy grunt, bo nie zdążył wyjąć stóp ze strzemion, i leżał na wpół przywalony przez świeże końskie truchło.

Pan Tarło naprędce odrzucił pistolet, uderzył konia piętami i jadąc przed siebie, wyjmował szablę, żeby ciąć przez łeb bezczelnego młodziaka.

Za koniem pojawiła się jedna ręka machająca w tę i z powrotem. Głos za nią zawołał:

– Kocham pana wojewodę8!

Pan Tarło wstrzymał klacz i popatrzył na świadków. Jego ludzie ruszyli zaraz z gratulacjami, nie okazując zbytniej radości, żeby wojewodzie pokazać, że się wielce tego rozwiązania spodziewali. Przeciwnicy pospuszczali głowy i podkasali suknie, żeby jak najszybciej opatrzyć swojego dobrodzieja. Zwycięzca zaś śmiał się, odchylając głowę, a promienie prześwitujące przez drzewa nadawały mu jeszcze blask, czyniąc jego facjatę wyjątkowo piękną jak na jego naturalne ku temu predyspozycje. Dał też pan wojewoda upust swemu humorowi, wyciągając pomocną dłoń do upokorzonego.

– Nie miej, waść, do mnie pretensji, że ci konia ubiłem. Fortel to stary i znany, a dlategom go wykorzystał, bom nie chciał waszmości narażać na uraz. Jeśliś waść cały i zdrowy, urazy nie chowasz i takim mnie darzysz uczuciem, jakieś zadeklarował, to mi się widzi, że zaraz wystosuję drugi liścik. Tym razem zapraszam w moje skromne progi, gdzie przy stole podejmiemy inną walkę, w której, ho, ho, i remis byłbym kontent uzyskać.

Mości panowie wybaczyli sobie chętnie wszystkie krzywdy, wieczorem spotkali się raz jeszcze i pili do rana, ścigając się w żartach.

Następnego dnia Kazimierz wrócił do matki, tak jak byli umówieni. Śmierdziało od niego, ale to nie dlatego spojrzała na niego z obrzydzeniem. W trzech krokach była przy nim, chlasnęła go w pysk i poprawiła z drugiej strony. Zrobiła to tą samą ręką, czym wykazała wielką wprawę w policzkowaniu.

– Martwym cię wolę niż zhańbionym – rzekła tylko i wróciła do swoich komnat. Szczególnie łatwo jej było mówić, bo nie o jej życie chodziło, tylko „wolę”. Młody Poniatowski został z niczym i posmutniał bardzo, bo polubił wojewodę, a wiedział, że sprawę trzeba zakończyć.

RYGA

LUTY 1744 R.

Po dotarciu na miejsce kobiety niezwłocznie udały się do potężnej twierdzy Dünamünde, leżącej u ujścia rzeki Dźwiny. Tam podały hasło wyjątkowo zarośniętym i grubo ubranym strażnikom i przez kilka minut zniecierpliwione dreptały w miejscu wobec dziesięciostopniowego mrozu. W kobiecych piersiach biły niespokojne serca, myśli pełne zwątpienia kotłowały się w głowach okrytych perukami.

Wszak to w tej twierdzy jeszcze nie tak dawno była przetrzymywana rosyjska regentka Anna wraz ze swym synem, malutkim carzykiem Iwanem VI. Annie, niemieckiej księżniczce, nie było dane rządzić długo w surowej krainie pełnej dworskich intryg, romansów i okazjonalnych zamachów stanu.

Drzwi otworzyły się szeroko, naprzeciw nich pojawił się bardzo przystojny mężczyzna w rosyjskim wojskowym mundurze. Przez chwilę spoglądał na zmarznięte damy, po czym wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu. Ukłonił się dworsko i pełnym kurtuazji tonem zagaił po francusku do dojrzalszej ze zmarzniętych kobiet:

– Witam w moich skromnych progach Waszą Książęcą Mość i jej córkę. Plotki o pani urodzie nie oddają w pełni rzeczywistości, madame. Zapewniam, że wasze niewygody dobiegły końca. Ze względów bezpieczeństwa po wyjeździe stąd będzie wam towarzyszyć szwadron moich najlepszych dragonów. Teraz proszę wejść do środka, służba zajmie się wami, a ja jeszcze dzisiaj urządzam bal na cześć naszych holsztyńskich przyjaciół.

Grzeczny gospodarz pokłonił się raz jeszcze, otwierając szerzej drzwi. Za nim czekała sfora ludzi, którzy od razu obskoczyli pannę i panią nazwane wcześniej Reinbeck. Przybrane nazwisko poszło jednak w zapomnienie i wszyscy tytułowali obie damy per „Wasza Książęca Mość”.

Niepowodzenia książęcych rodów niemieckich muszą się skończyć – pomyślała starsza podróżniczka, księżna Joanna Elżbieta von Anhalt-Zerbst, z domu Holstein-Gottorp.

WARSZAWA, MARYMONT

16 MARCA 1744 R.

Warszawa od tygodnia huczała, że będzie dogrywka pojedynku. Sprawa zrobiła się wielce polityczna i po barach, komnatach, zakrystiach mówiło się, że od początku tak były uknute plany, które miały podzielić Rzeczpospolitą. Kazimierz, jako członek swojego rodu, przedstawiał sobą stronnictwo Familli tworzone wokół książęcej rodziny Czartoryskich. Wykuci w duchu oświecenia niespotykanego na skalę Rzeczpospolitej, dowódcy Familii marzyli, aby uzdrowić chory kraj, wprowadzić konieczne reformy i Sasa na tronie zamienić na Piasta. Najlepiej Piasta – Czartoryskiego. Byli to potężni ludzie, ale całej szlachty nigdy by nie zdołali przekonać, gotowi byli zatem zrezygnować z ostatniego punktu swojego programu. Wszystko to po to, żeby pod Augustem III uchwalić podatki na wojsko, sejm doprowadzić wreszcie spokojnie do końca, znieść głos wolności – liberum veto. Nie było na to zgody stronnictwa republikańskiego, a więc staroszlachciurów magnackich, którzy od dawien dawna siedzieli w swoich włościach niczym w samowładnych księstwach. Od króla gotowi byli odczytywać jedynie zaproszenia na fety, a na pewno nie przyszło im do głowy, żeby wprowadzać reformy i podatki. Pan Tarło był człowiekiem Potockich, którzy swą rozbudowaną, potężną rodziną stanowili trzon obozu staroszlacheckiego. Zaczęły się zaraz schadzki, narady gabinetowe i przycmentarne wiece w obu obozach. Rozmawiano o pojedynku na suto zastawianych obiadkach i wieczerzach mocno zakrapianych alkoholem.

Dowiedział się o wszystkim człowiek numer jeden w Rzeczpospolitej, choć trudno było go tak nazywać, bo większość czasu wcale w tym kraju nie przebywał. Ciężko mu było rządzić polsko-litewskim żywiołem, więc wyjechał do Drezna, skąd pisał listy z instrukcjami, co ma się dziać w kraju. August II Wettyn i tym razem wystosował pouczające pisma. Zakazał walczącym pojedynku, a jednak w Warszawie kto tylko mógł, uciekał z domu, służby nie pilnował i śpieszył na Marymont, żeby obserwować walkę. Na miejsce pierwsza dojechała kareta Poniatowskich, zdobiona pięknie w barwy rodowe Pogoni Litewskiej oraz uszlachetniana dodatkowo złotem. Drzwiczki otworzyły się, a ze środka wyłonił się najpierw wysoki but kawaleryjski, wraz z kapeluszem, za którymi podążała sylwetka mężczyzny. Mąż wyprostował się, szepty przebiegły po tysięcznej widowni. To hrabia Jerzy Flemming, syn pruskiego szpiega*, ważna persona w Familii, „porywczy i dziwaczny skąpiec i karciarz, który gospodarowaniem, sprawiedliwością w osądach i grubiańskimi żartami zjednał sobie prawie całą Litwę”9, a do Czartoryskich dołączył, biorąc za żonę Antoninę z tego domu. Pucołowata twarz bez wyrazu obróciła się w stronę publiki, a następnie z powrotem w stronę karety.

Tym razem wyłonił się z niej Kazimierz Poniatowski, podkomorzy wielki koronny, człowiek wojskowy, najstarszy z synów wielkiego Stanisława, ubrany jedynie w koszulę, spodnie i swój nieco poobijany honor. Przy boku miał długą szpadę i dwa pistolety, a specjalnie ułożona peruka nadawała mu wojowniczy wygląd. Przystanęli we dwójkę i rozejrzawszy się, rozpoczęli rozmowę przyciszonymi głosami w oczekiwaniu na przeciwnika. Szybko dołączył do nich major saskiej gwardii, Fryderyk Wilhelm Korff, wąsaty ponury praktyk, który nie udzielał się bardzo w rozmowie. Łypał tylko na boki, wypatrując zagrożenia. Rycerskie mając życie, czekał na rycerskie wypadki.

Z drugiej strony nadjechał wojewoda Adam Tarło, w kontuszu i żupanie zapiętym pod szyję i szabelką przypiętą do boku. Był w bardzo ponurym nastroju. Zapytany przez przyjaciół, między którymi major Szabłowski i polski Francuz – pułkownik Brassac – sprawowali funkcję sekundantów, o powód spóźnienia, tłumaczył, że mu koń stanął przy pałacu, miotał się, rżał, nogami grzebał tak, że wykopał mały dół.

Zbladło kilku jegomości, na co wściekł się publicznie pan Tarło i krzyknął na swoich ludzi, żeby go zabobonami nie śmieli odżegnywać od ryzyka, bo rozszarpie ich jeszcze przed Poniatowskim.

Mężowie po raz kolejny stanęli naprzeciwko siebie. Pojętny Poniatowski nie chciał tym razem dopuścić do pojedynku z konia. Sekundanci zbliżyli się, aby negocjować warunki. Każdy z nich wojenkę znał i nie raz wyjmował szablę, żeby ją ostrzyć na ludzkich łbach. Warszawa czekała i choć ludzie nie mogli dosłyszeć tej rozmowy, to i szlachcice, i mieszczanie uciszali się wzajemnie, żeby jak najbliżej być tego wyjątkowego widowiska.

– Pan Wojewoda, skoro wyzywał na kornety, szpontony, bryły prochu, to i pistoletu bać się nie powinien – rzucił głośno wyuczoną wcześniej kwestię hrabia Jerzy Flemming, który niedawno posłował do Petersburga, na dwór carycy Elżbiety.

Proponowany pojedynek strzelecki nie znalazł entuzjasty w osobie wojewody. Pan Tarło wyciągnął szablę na te słowa. W tym dniu, kiedy tylko ktoś gębę przy nim otworzył, to jakby wrzucał beczkę prochu do ogniska. Szaleństwo rozbłysło w jego oczach. Porwał listy, które miał przy sobie od Poniatowskiego, i nabił je na przygotowaną broń, tym samym tworząc osobliwy szaszłyk góralski. Krzyczał przy tym:

– Na pamiątkę ci to do serca przybiję, żebyś reguły umiał ustalać! – Po prawdzie to wzrok wojewody szwankował w ostatnim czasie, co nie wróżyło dobrze przed starciem na pistolety. Pan Tarło nie raczyłby tego przyznawać nigdy w życiu nawet przed sobą samym. – Żaden z was nic w listach nie deklarował, a wy przysłaliście oficerów, zapraszając do walki, tedy ja o broni decyduję!

Na słowa tak butne, wypowiedziane wobec osoby kluczowej na dworze królewskim, skinął major Korff po swoich ludziach. Gwardziści ustawili się powoli, dokładnie otaczając zainteresowanych. Zasłonili większość widoku przybyłym gapiom. Tłum ryknął niezadowolony. Kilku rosłych, milczących Sasów stanęło z pięknymi kirysami na piersi przy publiczności, uciszając tym samym ludzi, bo nie było tam ni górali, ni Kozaków, którzy by na taką zuchwałość podnieśli jeszcze większy rumor.

Był wszak pan Bazarewicz, herbu własnego, który podpijał z lekka od siedmiu dni. Ubłocony, odchrząknął flegmę i chrapliwym głosem wyrecytował w publikę:

 

Wali piorun w sosny,

Wali piorun w dęby,

Gdy cię Niemiec pocałuje,

Wal mu prosto w zęby.

 

Cała zgraja buchnęła śmiechem i, powinszowawszy autorowi wspaniałej fantazji, w lepszych humorach czekała, aż się mości panowie namówią.

Ci dalej stali wobec siebie w kole, które to jako jedyne było w tym kraju uznawane do rozmów. W końcu ustalono walkę na zasadach wcześniejszego pojedynku. Najpierw pistolety na pięć kroków, a potem, co Bóg da.

Walczący stanęli plecami do siebie. Koszula Poniatowskiego unosiła się i opadała niesiona rozszerzającymi się od panicznych oddechów żebrami. Ręce mu się trzęsły. Przykleił się do niego Tarło, któremu drżały ręce, ze złości raczej niż z obawy. Jego oddychanie mniej było widoczne, bo miał założony piękny, jedwabny żupan w paski, wyszywany po bokach złotym sznureczkiem. Arcydzieło to maskowało doskonale ruchy klatki piersiowej i wzbudzało zazdrość wśród gapiów. Nawet hrabia Flemming ukradkiem zerknął z uznaniem na tę piękną szatę.

Rozstąpili się gwardziści, a także inni „familjanci”, „kuzyni”, „ziomki”, których przy tej okazji zebrało się ze dwudziestu. Sekundanci uprawnieni do wtargnięcia w pojedynek ustawili się przy swoich zawodnikach od strony niechronionej bronią. Wyciągnęli tępy oręż, gotowi odbijać nieuczciwe zagrywki przeciwnika.

Ucichło mrowie ludzi, wstrzymali oddech stronnicy. Wiele zależało od tego pojedynku i wiele sobie po nim obiecywano.

– Panowie, z Bogiem – powiedział jeden z sekundantów, jednak wszyscy przytomnie pozakrywali twarze, żeby ich później nie osądzono za organizację pojedynku.

Walczący rozeszli się, stawiając ostatnie kroki przed walką: raz, dwa, trzy, cztery…

Pięta jednego i drugiego stanęła na stwardniałej ziemi. Mężczyźni w chwilę dobyli pistoletów i obracając się do siebie, wypalili.

Puuuf!

Puuf!

Pomimo strzałów panowie stoją, jak stali. Dotarło do nich wnet, że żyją, że obaj spudłowali jak oprychy, choć z tej odległości mogli sobie liczyć zęby.

Pan Tarło odrzucił zużyty pistolet, sięgnął po drugi i wypalił znowu, tym razem trafiając w bark Poniatowskiego. Ten już mierzył do wojewody i zdążył nacisnąć spust, ale kula przeciwnika szarpnęła nim w tył. Wypalił. Jęknęła stara baba, bo zbłąkana kula pokąsała ją w zadek. Wyciągnął pan Tarło szablę zygmuntówkę, Poniatowski znów był w tarapatach. Biała koszula nabierała szkarłatnego odcienia. Pan Tarło był blisko. Młody Poniatowski w ostatniej chwili zdecydował się na wypad, nie dobywając jeszcze szpady. W trakcie wypadu jeszcze obracał rękę, by w końcu dosięgnąć broni. Pan Tarło próbował siec z góry, podnosząc wysoko szablę. Drugą rękę po mistrzowsku trzymał złożoną na plecach. Poniatowski wyrzucił ramię ze szpadą w kierunku nadbiegającego wojewody. Pchnięcie. Ostrze przebija piękne sukno, rozrywając złote hafty. Czuć opór, to szpada drasnęła żebro i już na wylot przebija serce pana wojewody.

– O mon Dieu!10 – słychać na Marymoncie, a republikanci wciągają powietrze. Wszyscy patrzą na wojewodę.

Ten cofa się, upada. Z rany obficie broczy krew. Ludzie podbiegają, ktoś krzyczy. Wojewoda jest trupem. Lament na trybunach. Niejedna pani wspominała swą przelotną miłość. Do ciała podbiegają zrozpaczeni sekundanci.

Kazimierz Poniatowski stał z wyciągniętą szpadą, patrząc ogłupiały na to wszystko. Z przemyśleń wyrwał go kapitan Korff, pociągając za rękaw:

– Szybko, chowaj się, waść, do karety i jedź. Pojedynek był zabroniony i zaraz przegrani wezmą się do pomstowania. Najlepiej do koszar, gdzie nikt, chcąc nie chcąc, nie wejdzie – moi ludzie tam czekają. Ktoś się zgłosi do waszmości z informacją, jakie nastroje i czy można wychodzić.

Kapitan poklepał jeszcze z podnieceniem zwycięzcę, wsadził do karety, klepnął też w podobnym geście w zad zaprzęgniętego konia i skinął do woźnicy. Ten ruszył z werwą, kierując głównie lejcami i głosem, ale też używając sporo nahaja. Ośmiu Sasów podążyło tym tropem na rozkaz kapitana Korffa dla konfidencji, że pan Poniatowski dojedzie spokojnie na miejsce przeznaczenia. Kapitan sam również wsiadł na konia i pogalopował do domu Poniatowskich z cudowną nowiną i po kolejne instrukcje.

***

Ktoś zapukał we framugę drzwi. Poniatowski, leżąc słaby, zestresowany, z założonym opatrunkiem, sięgnął błyskawicznie za poduszkę i wyciągnął pistolet. Wycelował w drzwi. Weszła jego matka, Konstancja. Stanęła niepewnie, ale gdy ten złożył broń, ona uśmiechnęła się i zapomniała o geście. Podeszła do niego spokojnie i kojącym głosem nagrodziła starania:

– Tak się prawdziwy mąż z Poniatowskich zachowuje. Teraz ojcaś godzien.

* Sklep – dawniej pomieszczenie ze sklepieniem, np. piwnica.

* Pomorskiego von Flemminga.

BIBLIOGRAFIA

1 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Biblioteka Europejska, wyd. Marek Derwiecki, Kęty 2017, s. 53.

2 Guillaume T. Raynal.

3 Bernardin de Saint Pierre, za: Marian Henryk Serejski, Europa a rozbiory Polski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009, s. 88.

4https://www.focus.pl/artykul/szpady––lance––pistolety.

5https://www.focus.pl/artykul/szpady––lance––pistolety.

6https://www.focus.pl/artykul/szpady–lance–pistolety.

7https://www.focus.pl/artykul/szpady–lance–pistolety.

8https://www.focus.pl/artykul/szpady–lance–pistolety.

9Pamiętniki Stanisława Augusta i ich bohaterowie, red. Anna Grześkowiak-Krwawicz, Warszawa 2015, s. 36.

10 Sekrety warszawy.pl/walka-o-honor-czyli-dramat-w-trzech-odsłonach.

 

Poza wymienionymi źródłami autor opierał się w swojej pracy na wielu innych dziełach, w tym w głównej mierze na pamiętnikach wybitnych osobistości z okresu oraz Internetowym Polskim Słowniku Biograficznym IPSB.

Magnaci. Ostatni polski król

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-531-0

 

© Przemysław Dębski i Wydawnictwo Novae Res 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Katarzyna Kusojć

OKŁADKA: Krystian Żelazo

ILUSTRACJA: Designed by Kjpargeter / Freepik

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:Inkpad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.