Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Bohaterem poruszającej powieści autora głośnego Księcia przypływów jest Jack McCall, Amerykanin, który w Rzymie próbuje odnaleźć spokój po niedawnym samobójstwie żony. Osiedla się tam wraz z dwuletnią córką Leah. Jego dobrowolne wygnanie przerywa przyjazd szwagierki, która namawia go do powrotu do Stanów i pojednania z rodziną. Dwaj szkolni przyjaciele proszą Jacka o pomoc w odnalezieniu zaginionego przed kilkunastu laty kolegi, uczestnika demonstracji przeciw wojnie w Wietnamie. Udział w poszukiwaniach pozwoli mu odkryć szokującą prawdę o własnej rodzinie, a także przywoła czarne wspomnienie sięgające czasów Holocaustu i okupacji Polski przez hitlerowców.
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1199
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Muzyka
plaży
Tego autora
WŁADCY DYSCYPLINY
MUZYKA PLAŻY
NA POŁUDNIE OD BROAD
Muzyka
PATCONROY
plaży
Z angielskiego przełożył
ANDRZEJ SZULC
Tytuł oryginału.
BEACH MUSIC
Copyright © Pat Conroy 1995
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2010
Polish translation copyright © Andrzej Szulc 1996
Published by arrangement with Nan A. Talese, an imprint
of Doubleday Publishing Group, a division of Random House Inc.
Redakcja: Barbara Nowak
Ilustracja na okładce: Wendell Minor
Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz
Skład: Laguna
ISBN 978-83-7659-138-4
Dystrybucja
Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.
t./f. 022-535-0557, 022-721-3011/7007/7009
www.olesiejuk.pl
Sprzedaż wysyłkowa - księgarnie internetowe www.empik.comwww.merlin.plwww.gandalf.com.plwww.ksiazki.wp.plwww.amazonka.pl
WYDAWNICTWO ALBATROS
ANDRZEJ KURYŁOWICZ
Wiktorii Wiedeńskiej 7/24, 02-954 Warszawa
2010. Wydanie I
Druk: B.M. Abedik S.A., Poznań
Książkę tę dedykuję
Michaelowi Josephowi, Jamesowi Patrickowi
i Timothy’emu Johnowi — trzem wspaniałym, niezastąpionym braciom,
lojalnie dzielącym mój los.
Oraz Thomasowi Patrickowi,
naszemu udręczonemu bratu,
który odebrał sobie życie 31 sierpnia 1994.
Chciałbym złożyć szczególne podziękowania następującym osobom:
Susannah Ansley Conroy, mojej najmłodszej córce, radości mego wieku średniego, którą kocham z całego serca.
Timowi Belkowi, dozgonnemu przyjacielowi, pianiście, południowcowi z San Francisco.
Dougowi Marlette’owi, mojemu przyjacielowi „Kudzu”, który pokazał mi, że artysta nie potrafi tworzyć bez wewnętrznego ognia.
Pisarzowi Michaelowi Mewshawowi i Lindzie Kirby Mewshaw, od których dowiedziałem się, co znaczy słowo gościnność i którzy uczynili z moich lat rzymskich lata magiczne.
Doktor Marion O’Neill, ratowniczce z Hilton Head.
Nan Talese, mojej błyskotliwej i uroczej redaktorce. Życzyłbym sobie, by każdy pisarz miał podobnego wydawcę.
Julianowi Bachowi, memu agentowi i ostatniemu wielkiemu dżentelmenowi.
Marly Rusoff, przyjaciółce z Minnesoty, wielkiej miłości mojego życia.
Pułkownikowi Josephowi Jonesowi Juniorowi oraz Jean Gauldin Jones z Newburn, w stanie Tennessee, za ich wielkoduszność, odwagę i klasę.
A także ich synowi, kapitanowi Josephowi W. Jonesowi III — ojcu moich dwóch najstarszych córek, który poległ w Wietnamie śmiercią bohatera i nie dane mu było zobaczyć, jak urocze kobiety wyrosły z jego dziewczyn.
A oto kolejne osoby, którym również należą się moje podziękowania:
Lenore i dzieci, Jessica, Melissa, Megan, Gregory i Emily, Melinda i Jackson Marlette’owie, Betty Roberts, Margaret Holly, Dennis Adams, Nuri Lindberg, Jane i Stan Lefco, Eugene Norris, Bill Dufford, Sallie i Dana Sinkler, Sylvia Peto, Sigmund, Frances, Cliff oraz Cynthia Graubartowie, Anne Rivers i Heyward Siddons, Terry i Tommie Kayowie, Mary Wilson i Gregg Smith, Bill i Trish McCannowie, Joseph i Kathleen Alioto, Yanek i Mary Chiu, Henry i Liselle Mathesonowie, Elayne Scott, Brooke Brunson, Carol Tuynman, Joy Hager, Ann Torago, Bea Belk, Sonny i Katie Rawlsowie, Dianę Marcus, Sandee Yuen, Jesse Cohen, Stephen Rubin, Bill i Lynne Kovacsowie, Herb i Gert Gurewitzowie, Steve, Riva, Peter, Ann i Jonathan Rosenfieldowie, Rachel Resnick, Dick i Patsy Lowry’owie, mieszkańcy Fripp Island, rodziny oraz nauczyciele Klasztoru Przenajświętszego Serca w San Francisco: Sobolowie, Pollakowie, O’Hearnowie, Nisbetowie, Harperowie z centralnej Florydy i rodzina Gillespie z Jacksonville, moi teściowie, Jean, Janice, Teri i Bobby oraz moja bratanica Rachel i moi bratankowie Willie i Michael.
Chylę również czoło przed moją pierwszą wnuczką Elise Michelle.
Jestem wdzięczny wszystkim, którzy podzielili się ze mną swymi wspomnieniami z okresu Holocaustu i umożliwili w ten sposób napisanie tej książki:
Marcie Popowski Berlin, której rodzice, Henry i Paula, przeżyli Holocaust i która pomogła mi wyruszyć w podróż stanowiącą zaczątek tej powieści.
Ośrodkowi Gminy Żydowskiej oraz organizacji Children of Holocaust Survivors z Atlanty.
Centrum Holocaustu Północnej Kalifornii, a także rodzinom Lourie i Friedman, które gościły mnie na swoich zjazdach rodzinnych w Charlestonie.
Dziękuję również wielu żydowskim rodzinom w Atlancie, które opowiedziały o swoich przeżyciach osobiście mnie bądź też mojej archiwistce, artystce Miriam Karp.
Jestem wdzięczny Old New York Bookshop za wydanie broszury Abrahama Liebesmana Pod rosyjskimi rządami: Z Żydami ze Stanisławowa podczas Holocaustu. Z hebrajskiego przełożył ją Sigmund Graubart.
W roku 1980, rok po tym, jak moja żona Shyla zabiła się, skacząc z mostu Silasa Pearlmana w Charlestonie w Karolinie Południowej, wyjechałem razem z córką do Włoch, aby zacząć życie od nowa. Nasza słodka Leah nie miała jeszcze dwóch lat, kiedy Shyla zatrzymała samochód w najwyższym punkcie mostu i po raz ostatni spojrzała na miasto, które tak bardzo ukochała. Zaciągnęła ręczny hamulec, otworzyła drzwi naszego samochodu i wspięła się na balustradę z całą delikatnością i tajemniczą kocią gracją, które zawsze składały się na jej urok. Inteligentna i wesoła, miała w sobie jednak ciemne jądro, które maskowała dowcipnymi aluzjami i ironią, cienką jak koronka. Tak dobrze opanowała strategię kamuflażu, iż jej własne dzieje wydawały się szeregiem precyzyjnie ustawionych luster, skrywających ją przed nią samą.
Zbliżał się zachód słońca; z radia płynęły jeden po drugim największe przeboje Driftersów. Shyla odebrała niedawno nasz wóz z przeglądu i w baku było pełno benzyny. Zdążyła także zapłacić wszystkie rachunki i załatwić mi czyszczenie kamienia nazębnego u stomatologa, doktora Josepha. Nawet w tych ostatnich dniach ani na moment nie opuściło ją poczucie ładu i porządku. Szczyciła się zawsze, iż potrafi kontrolować i uczynić niewidocznym swoje szaleństwo; i kiedy nie mogła już dłużej powstrzymać wzbierających w niej chaotycznych głosów, ich zła utrzymanego w minorowej tonacji, depresja runęła na nią, jakby ktoś naciągnął płachtę brezentu na tę część mózgu, na którą kiedyś padało światło. Po wielu pobytach w szpitalach psychiatrycznych, wyczerpaniu całej gamy farmaceutyków i poddaniu się kapłańskim obrzędom terapeutów wyznających wszelkie możliwe teorie, okazała się bezbronna, kiedy czarna muzyka podświadomości przybrała ton elegii — elegii na jej śmierć.
Stanąwszy na balustradzie — twierdzili zgodnie wszyscy naoczni świadkowie — Shyla zawahała się przez chwilę i spoglądając w stronę morza i mijających Fort Sumter statków, próbowała przygotować się do tego ostatniego zadania, jakie pozostało jej w życiu do spełnienia. Uroda mojej żony zawsze miała w sobie coś niepokojącego i kiedy wiatr od morza rozwiał jej włosy, unosząc je w górę niczym czarne proporce, nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś tak uroczy może pragnąć odebrać sobie życie. Ale Shyla miała dosyć poczucia niedoskonałości i ulotności i zapragnęła opuścić do połowy masztu flagi wszystkich nadchodzących dni. Trzy dni wcześniej wyjechała z naszego domu w Ansonborough i dopiero później dowiedziałem się, iż wynajęła pokój w hotelu Mills-Hyatt, aby ostatecznie uporządkować swoje sprawy. Po ustaleniu terminów spotkań, napisaniu listów i notatek, które miały pozwolić funkcjonować dalej we względnej harmonii naszej osieroconej rodzinie, namalowała czerwoną szminką na lustrze w hotelowym pokoju kasujący wszystko znak X, zapłaciła rachunek gotówką, poflirtowała chwilę z odźwiernym i dała duży napiwek chłopcu, który przyprowadził jej samochód. Pracownicy hotelu zapamiętali, iż przez cały czas była wesoła i opanowana.
Kiedy tak stała nieruchomo na balustradzie, z tyłu zbliżył się do niej mężczyzna, który przyjechał z Florydy, facet ogłupiony cytrusami i Disney Worldem.
— Wszystko w porządku, kochana? — zapytał cichym głosem, żeby nie spłoszyć tej ładnej, stojącej na moście nieznajomej.
Shyla odwróciła się powoli w jego stronę. A potem z twarzą zalaną łzami dała krok w tył — i krokiem tym na zawsze odmieniła życie swojej rodziny. Jej śmierć nie zaskoczyła nikogo, kto ją kochał, a jednak nikt z nas nie potrafił się z nią pogodzić. Należała do najrzadszego rodzaju samobójców: nikt nie obciążał jej odpowiedzialnością za to, co zrobiła; przebaczono jej tak samo szybko, jak szybko dał się odczuć jej brak, a potem bardzo długo opłakiwano.
Przez trzy dni szukałem jej szczątków wraz z innymi ochotnikami o smętnych twarzach. Przeczesywaliśmy wszerz i wzdłuż cały port, ryjąc kotwicami płycizny i pozostawiając groteskową formę brajla w mulistym dnie i palowaniu starego mostu, który łączył Mount Pleasant i Sullivan’s Island. Sunące wzdłuż trzcin ciało zauważyli w końcu dwaj chłopcy łowiący kraby.
Po jej pogrzebie pogrążyłem się w smutku, który wydawał się trwać wiecznie; bez końca rozpamiętywałem szczegóły i niuanse, które wiążą się ze śmiercią na Południu. Wielka rozpacz musi się czymś żywić —ja starałem się wypełnić nieszczęsną pustkę, karmiąc każdego, kto się pojawił, aby złożyć mi wyrazy współczucia. Miałem wrażenie, że żywię całą armię, która przybyła, aby ukoić dotkliwy ból, odczuwany przeze mnie za każdym razem, gdy ktoś wymienił imię Shyli. Samo to słowo stało się czymś w rodzaju przeciwpiechotnej miny. Ten słodko brzmiący wyraz był nieubłagany i nie mogłem wprost znieść jego dźwięku.
Szukałem więc zapomnienia wśród olejków i przypraw mojej dobrze zaopatrzonej kuchni. Tuczyłem przyjaciół i rodzinę, próbując skomplikowanych przepisów, które zawsze odkładałem na później, i eksperymentując nawet z kuchnią azjatycką. Na kuchence gazowej płonęło bez przerwy sześć palników, a ja przyrządzałem aksamitne zupy i gulasze ze sterczącymi w górę żeberkami, na przemian łkając i gotując, i ani na chwilę nie przestając modlić się o wieczny odpoczynek dla duszy mojej nieszczęsnej żony. Cierpiałem, rozpaczałem, załamywałem ręce i pichciłem bajeczne posiłki dla wszystkich, którzy przychodzili mnie pocieszyć.
Zaledwie parę tygodni po pogrzebie Shyli jej rodzice wystąpili do sądu o odebranie mi władzy rodzicielskiej nad Leah i ich pozew sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Spędziłem przygnębiający rok na sali sądowej, by udowodnić, że nadaję się na ojca. To wówczas właśnie miałem okazję spotkać wielu prawników o jaszczurczych oczach, do tego stopnia pozbawionych skrupułów, że bałbym się nakarmić ich kośćmi dzikie psy i nie użyłbym ich łykowatego mięsa jako przynęty na kraby. Rodzice Shyli szaleli z rozpaczy, a ja mogłem się przekonać, jak usilnie ludzie szukają kozła ofiarnego, gdy z twarzami wykrzywionymi nienawiścią składali zeznania na temat moich finansów, mojego zdrowia psychicznego, reputacji, jaką cieszę się w miejscu zamieszkania, oraz mojego pożycia z ich córką.
Mimo że mam wiele wad, co zresztą wzbudziło żywą ciekawość sądu, niewiele osób, które kiedykolwiek widziały mnie razem z córką, miało wątpliwości co do tego, jakie żywię do niej uczucia. Kolana miękną mi na sam jej widok. Jest moim certyfikatem, moją przepustką do rodziny człowieczej; na niej opiera się wszelka wiara w przyszłość, jaką jeszcze zachowałem.
A przecież to wcale nie gorąca miłość do Leah zapewniła mi zwycięstwo w sądzie. Przed wybraniem się w ostatnią podróż Shyla wysłała mi list, który był po części wyznaniem miłosnym, a po części przeprosinami za to, co zrobiła. Kiedy mój adwokat kazał mi go przeczytać na głos, rodzice Shyli i wszyscy obecni zrozumieli, iż obwinianie mnie o jej śmierć jest w najlepszym wypadku pomyłką sądową. Pisząc ten list, okazała nadzwyczajną wielkoduszność i zrobiła to w najczarniejszej godzinie swego życia. Posłała mi go niczym pocałunek w ostatnim geście głębokiej wrażliwości. Jej list uratował dla mnie Leah, brutalna sądowa batalia wyczerpała mnie jednak i pozostawiła w sercu gorzką zadrę. Czułem się tak, jakby Shyla umarła dwa razy.
Moją odpowiedzią na samobójstwo żony i zacietrzewienie przeciwników był okres dezorientacji i smutku, potem zaś ucieczka do Włoch. W Europie szukałem wytchnienia i samotności, a utrzymywany do ostatniej chwili w tajemnicy wyjazd z Karoliny Południowej na nowo obudził we mnie bojowego ducha. Zarabiałem dobrze jako autor przewodników turystycznych i kulinarnych, a ucieczka zawsze należała do rzeczy, w których byłem najlepszy.
Wraz z wyjazdem do Europy próbowałem zabić wszelkie wspomnienia o Karolinie Południowej i Shyli. Miałem nadzieję, iż uchronię siebie i Leah przed dusznościami, jakie ogarniały mnie w miejscu, w którym dorastaliśmy razem, ja i Shyla. Dla mnie Południe stało się podręcznym bagażem, którego nie mogłem się wyzbyć bez względu na to, ile przekroczę granic, moja córka była jednak wciąż dzieckiem i chciałem, aby dojrzewała jako młoda Europejka, nie wiedząc nic o łagodnej i zgubnej krainie, która uśmierciła jej matkę w jednej ze swych najpiękniejszych rzek. Traktowałem z wielką powagą liczne ojcowskie obowiązki, nie słyszałem jednak nigdy o prawie, które kazałoby mi wychowywać córkę na obywatelkę Karoliny Południowej. Ten stan budził we mnie z całą pewnością mieszane uczucia i udając się na wygnanie, nosiłem w sobie wiele niezagojonych ran. Leah przespała w moich objęciach cały lot przez Atlantyk, a kiedy się obudziła, zabrałem się do dzieła, ucząc ją liczyć po włosku.
Osiedliśmy zatem w Rzymie i rozpoczął się długi proces zrywania z Południem, proces, którego nie zdołała zakłócić listowna kampania mojej matki. Jej listy przychodziły w każdy piątek. Południowiec w Rzymie? Chłopak z nizin we Włoszech? Śmieszne. Nigdy nie potrafiłeś usiedzieć w miejscu, Jack, nigdy nie czułeś się dobrze w towarzystwie swoich bliskich. Zapamiętaj jednak moje słowa. Niedługo wrócisz. Południe ma wiele wad, ale pozostawia ślady, których nie zmyje żaden wywabiacz.
Choć matka miała trochę racji, obstawałem przy swoim. Pytających o mój akcent amerykańskich turystów zapewniałem, że nie sprawdzam już wyników Atlanta Braves w „Herald Tribune” i że nawet pod groźbą pistoletu nie zdołaliby mnie zmusić do ponownego zajrzenia do Faulknera lub Miss Eudory1. Nie zdawałem sobie sprawy i nie obchodziło mnie, iż usiłuję wyprzeć się tego, co we mnie najbardziej autentyczne. Byłem święcie przekonany, że potrzebuję trochę czasu, aby zagoić rany i dać odpocząć znękanej duszy. Moim celem była amnezja, moim narzędziem był Rzym. Przez pięć lat ten plan funkcjonował bez zarzutu.
A jednak każdy, kto porzuca bliskich, musi się liczyć z sankcjami: rodzina jest zbyt zdyscyplinowaną armią, aby okazywać współczucie swym dezerterom. Choć moje motywy mogły być dla nich całkiem zrozumiałe, ludzie, którzy mnie najbardziej kochali, traktowali to, co zrobiłem, jako zdradę. Ich zdaniem Shyla wypędziła mnie z Karoliny Południowej i tym samym sprawiła, iż ja i Leah znaleźliśmy się razem z nią po drugiej stronie balustrady.
Rozumiałem to doskonale, byłem jednak do tego stopnia wypalony, że miałem to w nosie. Uczyłem się z zapałem włoskiego i wkrótce opanowałem płynnie język sklepikarzy i straganiarzy naszej dzielnicy. W pierwszym roku wygnania, pracując pilnie w swoim zawodzie, ukończyłem trzecią książkę kucharską, kompilację przepisów, które zebrałem w ciągu dziesięciu lat, kiedy jadałem w najlepszych restauracjach Południa. Napisałem również przewodnik po Rzymie, który trafiwszy do kiosków, zyskał pewną popularność wśród amerykańskich turystów. Chciałem, aby każdy Amerykanin, który go przeczyta, zrozumiał, iż Rzym jest miastem jednocześnie wysublimowanym i nieskończenie pięknym — miastem roztopionym w ciszy liści spadających z drzew, oferującym wspaniałe wrażenia każdemu, kto tu wraca i ma w sobie dość odwagi, by trzymać się z daleka od głównych tras turystycznych. Pisaniu tej książki towarzyszyły wszystkie cierpienia i udręki mej własnej nostalgii. Podróż za granicę warta jest wszelkich niewygód i trosk, odbija się jednak w radykalny sposób na ludzkiej psychice, brzmiał w ciągu tych pierwszych lat subtelnie ukryty podtekst. Pisząc bez końca o nieprzemijających urokach Rzymu, nie potrafiłem ukoić nieznośnego bólu serca, bólu, w którym rozpoznawałem tęsknotę za domem.
Tłumiłem tę tęsknotę, nie przyznając się nawet, że ją odczuwam, i koncentrowałem się na tym, aby jak najlepiej wychować Leah w obcej mi kulturze. Wynająłem pochodzącą z umbryjskiej wioski służącą, Marię Parise, i obserwowałem z przyjemnością, jak staje się dla Leah zastępczą matką. Maria, prosta kobieta o silnym charakterze, bogobojna i przesądna, jak bogobojna i przesądna może być tylko wieśniaczka, z olbrzymim entuzjazmem przystąpiła do wychowania małej osieroconej Amerykanki.
W ciągu krótkiego czasu Leah stała się częścią fauny otaczającej Palazzo Farnese, ukochaną romanina, adoptowaną przez ludzi, którzy mieszkali i pracowali przy placu. Szybko również okazała się pierwszą prawdziwą poliglotką w dziejach naszej rodziny. Trajkocząc niczym rodowita Włoszka, żeglowała wokół licznych straganów Campo dei Fiori, z ich wartkimi strugami owoców, serów i oliwek. Bardzo wcześnie nauczyłem Leah rozpoznawać węchem, w którym miejscu placu akurat się znajdujemy. Południową stronę wypełniała woń ryb i nawet najbardziej rwące potoki wody i szorowanie szczotkami nie mogły usunąć unoszącego się w tym rejonie zapachu amoniaku. Ryby wyryły swoje imiona w bruku. Podobnie zresztą jak młode jagnięta, ziarna kawy, świeżo zerwana arugula, lśniące piramidy cytrusów i pieczywo, nęcące złocistobrązowym zapachem wielkich chlebowych pieców. Powtarzałem szeptem Leah, że zmysł węchu lepiej niż szkolny album utrwala w pamięci delikatne graffiti czasu. Zorientowałem się, że ma nos myśliwskiego ogara, w połowie drugiego roku, gdy zatrzymała się nagle przy alimentari braci Ruggeri.
— Przywieźli trufle, tato — oznajmiła i w tej samej chwili ja również poczułem ten niemożliwy do podrobienia zapach czystej ziemi. W nagrodę kupiłem jej kawałek drogiej jak uran trufli i nazajutrz rano wkroiłem ją do jajecznicy.
Wychowanie Leah zajmowało mi dużo czasu, usuwając w cień mój smutek i nie pozwalając analizować skomplikowanych uczuć, jakie budziła we mnie śmierć Shyli. Szczęście Leah było dla mnie najważniejsze i nie zamierzałem przekazywać jej w spadku kolosalnej zdolności do cierpienia, z której słynęła nasza rodzina. Wiedziałem, że Leah otrzymała ode mnie i Shyli więcej genów rozpaczy, niż jej się należało. W dziejach obu naszych rodzin dość było tragicznych wydarzeń, aby skłonić kolonię lemingów do bezzwłocznego marszu w stronę najbliższego zbiornika wodnego. Nie miałem pojęcia, czy w żyłach mojej córki nie płoną czasami żagwie naszego szaleństwa, ślubowałem jednak, że będę ją chronił przed rodzinnymi upiorami, nie dopuszczając do uruchomienia tych samych mocy, które zawiodły mnie pokrwawionego i duchowo poobijanego na lotnisko Fiumicino. Przyznaję, że stałem się cenzorem historii mojej córki. Południe, o którym opowiadałem co wieczór Leah do poduszki, istniało tylko w mojej wyobraźni. Nie miały do niego dostępu żadne zagrożenie ani koszmar. Księżyc nad Karoliną Południową pozbawiony był ciemnej strony, rzeki toczyły tam krystalicznie czyste wody i bez przerwy kwitły kamelie. W tym kraju nikt nie słyszał o cierniach i kolcach i nikogo nigdy nie bolało serce.
Ponieważ odziedziczyłem po swych przodkach talent narracyjny, moje zgrabnie podane kłamstwa stały się jedynymi wspomnieniami Leah. Popełniłem zupełnie bezwiednie błąd, zmieniając dla niej Karolinę Południową w rodzaj utraconego i tajemniczego rajskiego ogrodu. Usuwając starannie wszystko, co mogłoby ją moim zdaniem zranić, zmieniłem swe dzieciństwo w fascynujący zakazany owoc. Sam, nie wiedząc kiedy, sprawiłem, że moja córka zapragnęła zobaczyć na własne oczy porywająco piękne rodzinne strony. Chociaż Rzym wycisnął na niej niezatarte piętno, nie była przecież jego rdzenną mieszkanką, nie należała do niego, podobnie jak porosty, które ścielą się wzdłuż murów powstrzymujących wody Tybru.
*
Prawie co wieczór, kładąc moją córkę do łóżka, opowiadałem jej jakąś nową historię z dzieciństwa mojego lub jej matki. Jedną z nich Leah kazała mi jednak powtarzać tak długo, aż w końcu przybrała niezmienny, kanoniczny kształt roty albo katechizmu. Bez końca musiałem opowiadać jej o nocy, gdy Shyla i ja po raz pierwszy się w sobie zakochaliśmy. Chociaż dorastaliśmy w sąsiadujących ze sobą domach, bawiliśmy się razem i dawaliśmy sobie znaki z okien naszych sypialni, bardzo długo uważaliśmy się wyłącznie za dobrych kumpli. Miałem samych braci i Shyla zastępowała mi siostrę. Aż do owej nocy na plaży w ostatniej klasie liceum, kiedy zachowała się zupełnie nie jak siostra.
Gdy podejmowałem opowieść, pokonując głosem dystans lat i Atlantyku, Leah spoglądała zawsze na stojące na nocnej szafce zdjęcie swojej uroczej matki. Wiedziałem, że ta historia bardziej niż cokolwiek innego zbliża ją do Shyli, wzmacnia w niej miłość do matki i taka właśnie była moja intencja.
I wtedy zaczynałem opowiadać na serio, wracając na St. Michael’s Island w owym sztormowym roku, gdy bez przerwy wiały północno-zachodnie wiatry i erozja wysp wystawionych na otwarte fale sięgnęła naprawdę niebezpiecznych rozmiarów. Na ruchomej, bez przerwy podmywanej plaży, niedaleko miejsca, gdzie woda zalała fragment starego lasu, drużyna baseballowa Waterford High wydawała przyjęcie w trakcie wysokiego przypływu. Przewidywano, że tej nocy dom Middletona runie do morza. Cztery inne budynki, milę dalej na południe, zostały już zniszczone przez wiosenne przypływy. Dom był właściwie skazany na zagładę i porzucony — zaczynał osuwać się w stronę morza, chyląc się ku rzeźbionym w srebrze grzebieniom fal — my jednak wyprawialiśmy mu pożegnalne przyjęcie. Przybój dotrzymywał nam kroku, odmierzając głośno ostatnie godziny, w trakcie których mogliśmy powiedzieć o sobie, iż jesteśmy nastolatkami. Wszyscy byliśmy tutaj podczas narodzin rock and rolla i przetańczyliśmy niewinne, lecz burzliwe lata szkoły średniej, wnosząc nasz skromny wkład w przepojenie muzyki rytmem i pożądaniem. Władze zakazały wstępu do budynku, my jednak wyłamaliśmy założoną przez szeryfa kłódkę i zajęliśmy dom na ten ostatni bal w czasie przypływu.
Miałem prawie osiemnaście lat i po głowie wciąż chodziły mi wariackie pomysły. Upojony własną brawurą i whiskey Maker’s Mark, przechwalałem się, iż pozostanę w domu, kiedy ten podniesie w końcu żagle i odpłynie ze swej przystani przy starej Seaside Road. Moja dziewczyna, Ledare Ansley, miała dość zdrowego rozsądku, by nie siedzieć do samego końca w przechylonym budynku, oświetlonym wyłącznie przez reflektory samochodów, którymi moi kumple przyjechali na przyjęcie. W drodze na wyspę Ledare poinformowała mnie słodkim głosem, że pora już, abyśmy zaczęli spotykać innych ludzi, i że jej rodzice chcą, byśmy zerwali zaraz po maturze. Kiwałem głową, nie dlatego, że się akurat zgadzałem, ale ponieważ głos uwiązł mi w gardle, zablokowany przez burzę hormonów, która odebrała mi niemal mowę. Ledare dodała również, że chce poprosić Capersa Middletona, aby dotrzymywał jej towarzystwa na balu Świętej Cecylii w Charlestonie, w czasie którego miał się odbyć jej towarzyski debiut. Pochodziłem z o wiele gorszej rodziny niż ona i matka od dawna ostrzegała mnie przed nadejściem tego wieczoru — nigdy jednak nie uprzedziła, że tak mocno mnie to zaboli.
Zaczęliśmy tańczyć przy muzyce z tranzystorowych radioodbiorników; lokalna stacja WBEU nadawała wszystkie piosenki, które towarzyszyły naszej klasie podczas czterech lat liceum. Pod nami pęczniało niewidoczne morze, na niebie świecił jasny księżyc w pełni. Połyskująca niczym atłasowy dywan, po którym stąpa młoda para, smuga światła wydobywała z mroku łuski marlinów i grzbiety migrujących sto mil od brzegu wielorybów. Przypływ sunął przez rozlewiska; każda fala, która docierała do wyspy, była masywna i lśniąca i atakowała plażę z całą pierwotną siłą, jakiej użyczył jej księżyc. Nie wiadomo kiedy minęła pierwsza godzina; w końcu fale zaczęły uderzać bezpośrednio o ścianę domu i nasza grupa rzucających wyzwanie przypływowi morskich tancerzy zdała sobie sprawę, iż słyszy morze dokładnie pod stopami. Poprzednie przypływy nadwątliły już pale i fundamenty, wpychając dom głęboko w piasek. Kiedy odgłosy przyboju oraz pękających desek i betonu stały się zbyt głośne, wielu moich kolegów wycofało się roztropnie razem z dziewczynami tam, gdzie stały samochody. Poziom wody ciągle rósł, przekraczając wszelkie przewidywania. Wysokość tego wielkiego przypływu miała ostatecznie sięgnąć ośmiu stóp i w pewnym momencie wydawało się, iż zaleje całą wyspę. Coraz więcej uczestników prywatki przerywało taniec i śmiejąc się rejterowało na wydmy; morze porywało już pierwsze fragmenty domu, a zardzewiałe gwoździe skrzypiały niczym struny wiolonczeli w miąższu osłabionego drzewa. Tańczyłem właśnie przy dźwiękach melodii Annie Had a Baby, kiedy fala oderwała balustradę frontowej werandy i straciłem partnerkę, Ledare Ansley, która w mojej szkolnej marynarce uciekła w ślad za innymi, piszcząc głośno ze strachu.
Pozostawiony sam sobie, zabrałem na piętro butelkę whiskey Maker’s Mark, wyszedłem na przylegający do głównej sypialni taras i stanąłem twarzą w twarz z księżycem, oceanem i przyszłością, która rozpościerała się przede mną w całym swym oszałamiającym ogromie. W moim życiu trwał wówczas okres, kiedy wiele rzeczy niesamowicie mnie nudziło. Spragniony byłem piękna i czystych uniesień, dostępnych jedynie tym, którzy mają dość wyobraźni, aby wiedzieć, czego szukają i gdzie można to znaleźć. Dlatego między innymi grałem na prawym polu w trakcie owego długiego sezonu, gdy uganialiśmy się po baseballowym boisku, upajając się czystym pięknem przepisów tej gry. Prawe pole było właściwym miejscem dla myśliciela, jeśli umiało się zastopować sprinterów zasuwających z pierwszej do trzeciej bazy. Ja miałem silne ramię i kamienną cierpliwość fantasty i ganiałem po murawie wesoły jak szczeniak i podenerwowany, kiedy kij brali do ręki mańkuci.
Drzwi za mną otworzyły się.
— Mama! — piszczała w tym momencie Leah.
Odwróciłem się i ujrzałem stojącą w księżycowej poświacie Shylę Fox. Wyglądała, jakby sam księżyc pomógł jej ubrać się na tę chwilę. Ukłoniła się nisko i zapytała, czy może prosić mnie do tańca.
Zatańczyliśmy więc, sunąc ku kulminacyjnemu punktowi w moim i w jej życiu. Za oknami huczał wiatr, a między nami rosła niczym przypływ dziwna miłość, opierająca się na grzebieniach fal, które osłabiały konstrukcję domu. Tańczyliśmy sami w świetle księżyca i zasilanych przez akumulatory reflektorów, podczas gdy zawodnicy i ich dziewczyny wznosili radosne okrzyki za każdym razem, kiedy w zniszczonych przez wodę fundamentach pojawiała się kolejna rysa. Wody Atlantyku podnosiły się coraz wyżej w uświęconym tańcu pływów i w końcu cały dom zaczął się kołysać niczym ruszająca powoli z miejsca Arka Noego. Z pokoju pod nami dobiegały krzyki radości i strachu pięciu innych par. Obejmowałem mocno Shylę pamiętając, że tańczę z dziewczyną, która nauczyła mnie kiedyś tańczyć na mojej własnej werandzie. Ludzie stojący na wydmach prosili, żebyśmy wyszli z walącego się domu i usiedli razem z nimi przy ognisku. Krzyczeli głośno i trąbili, podziwiając naszą odwagę.
A potem wielka fala uderzyła w betonowe fundamenty i cały dom zatrząsł się w posadach. Poczułem ten sam lodowaty strach, który skłonił do ucieczki innych, oczy Shyli zatrzymały mnie jednak w miejscu. Słuchaliśmy razem łoskotu bałwanów. Nawoływania naszych przyjaciół zmieniały się w błagalne prośby za każdym razem, kiedy woda zalewała zniszczoną drogę, rozrywając w tumanach słonego pyłu popękany asfalt, który z biegiem czasu skruszał niczym zjedzone do połowy ciastko.
Na zewnątrz, z hukiem podobnym do karabinowego wystrzału, pękły pale podtrzymujące werandę. W radiu Driftersi zaczęli śpiewać Save the Last Dance for Me.
— To moja ulubiona piosenka — powiedzieliśmy jednocześnie i bez chwili wahania, jakby ktoś dawno temu wyreżyserował tę scenę w jakimś zodiakalnym proroctwie.
Przetańczyliśmy tę piosenkę od pierwszego do ostatniego taktu i od tej chwili stała się naszą własnością. Nie odzywaliśmy się ani słowem; słychać było tylko plusk wody na dole i kiedy obróciłem Shylę kilka razy dookoła, zmieniła się nagle w zupełnie inną dziewczynę, dziewczynę, która spoglądała na mnie tak, jak nie spoglądał na mnie nikt dotąd. W jej oczach byłem zrodzonym z morskiej piany młodym księciem. Użyczyła mi piękna, którego nie miałem, i widząc, jak pożąda mnie każda cząstka jej ciała, poczułem nagły przypływ dumy. Pod wpływem jej pasji coś dobrego i jasnego rodziło się w moim sercu. Shyla zaprowadziła mnie do sypialni i po chwili leżeliśmy już oboje na postrzępionym dywanie: jej usta wpijały się w moje usta, a jej język dotykał mojego języka.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, dom ponownie zadygotał i przesunął się do przodu, dając pierwszy zdecydowany krok w stronę morza. A potem przechylił się i osiadł niżej, jakby oddawał hołd potężnemu przypływowi, takiemu, jaki zdarza się tylko raz w życiu. Miałem wrażenie, że w głębinach oceanu rodzi się góra.
Podnieśliśmy się z dywanu i trzymając się za ręce, żeby nie stracić równowagi, wyszliśmy z powrotem na przechyloną werandę. Światło księżyca biegło papierową smugą po morzu, a my obserwowaliśmy białe języki fal, które połykały leżące niżej kawałki cementu. Tańczyliśmy dalej aż do chwili, gdy dom dotrzymał obietnicy i stawił się na spotkanie z przypływem, a ja zapłonąłem miłością do tej dziewczyny.
Nasza miłość zrodziła się i skończyła w morskiej wodzie. Żałowałem często później, że Shyla i ja nie zostaliśmy tamtej nocy w podmywanym przez fale domu, trzymając się w objęciach i pozwalając, aby ocean wdarł się przez otwarte okna i jakiś niewidzialny wsteczny prąd porwał nas oboje i poniósł w śmiertelnym uścisku gdzieś daleko ku Golfstromowi, gdzie nie pokaleczyłaby nas historia.
Po raz ostatni widziałem Shylę w miejskiej kostnicy w Charlestonie, kiedy musiałem zidentyfikować jej ciało. Koroner, człowiek wielkiej wrażliwości, zostawił mnie samego, gdy płakałem nad jej z trudem dającymi się rozpoznać zwłokami. Odmawiałem katolickie modlitwy, ponieważ były jedynymi, które znałem, i choć w połowie zapomniane, przychodziły mi tak łatwo jak łzy. Shyla spuchła w wyniku długotrwałego pozostawania w wodzie. Jej uroda przepadła bez śladu w płytkich portowych basenach i jakby tego było mało, dobrały się do niej kraby. Kiedy szykowałem się do wyjścia, coś zwróciło nagle moją uwagę i obróciłem jej rękę. Na lewym przedramieniu widniał wytatuowany numer 36 364 04.
*
Nazywam się Jack McCall i uciekłem do Włoch, aby wychować w spokoju moją córkę. Teraz, w roku 1985, wchodząc po spiralnych schodach na taras, z którego rozciąga się widok na dachy Rzymu, zabrałem ze sobą pozytywkę ofiarowaną mi przez Shylę w piątą rocznicę naszego ślubu. Nakręciłem ją i spojrzałem na pogrążone w mroku miasto. Gdzieś daleko zabrzmiało nagle, niczym krzyk upadłego anioła, bicie dzwonu i poczułem na policzku wiejący od Tybru wiatr. Pozytywka grała dwudziesty pierwszy koncert fortepianowy Mozarta, jeden z moich ulubionych utworów. W powietrzu unosiły się zapachy z położonej niżej restauracji Er Giggetto: woń pieczonego jagnięcia, liści mięty i szałwii. Zamknąłem oczy i ponownie zobaczyłem twarz Shyli.
Ze środka pozytywki wyjąłem list, który wysłała do mnie w dniu śmierci, i przyjrzałem się widniejącemu na kopercie swojemu nazwisku. Shyla miała bardzo ładny charakter pisma i zawsze z wielką starannością kaligrafowała moje imię. Zastanawiałem się, czy nie przeczytać listu na nowo, zamiast tego jednak wyjąłem z pozytywki naszyjnik ze złotą monetą i słuchałem przez chwilę ulicznego ruchu. Shyla dostała ten naszyjnik od swojej matki na szesnaste urodziny i nie zdejmowała go aż do ostatniego dnia. Zawsze budził we mnie wspomnienie chwil, kiedy się kochaliśmy. W swoim testamencie Shyla napisała, że chce, aby Leah dostała go, gdy będzie wystarczająco dorosła, aby zrozumieć sens podarunku. Próbując odebrać mi władzę rodzicielską, rodzice Shyli wystąpili jednocześnie o zwrot naszyjnika. Ponieważ w moich oczach stanowił wyłącznie złowrogi talizman, zastanawiałem się często, czy nie wysłać im go pocztą bez adresu zwrotnego. Dla mnie był tylko naszyjnikiem, niczym więcej, i po chwili włożyłem go z powrotem do pozytywki.
Przyglądając się idącym przez plac przechodniom, nie zdawałem sobie w ogóle sprawy, że ten rok na zawsze odmieni moje życie.
Na ogół nie śpię już, kiedy Piazza Farnese budzi się do życia. Parzę sobie po ciemku kawę, zabieram filiżankę na taras i patrzę, jak pierwsza łuna zapala się nad płowego koloru miastem.
O szóstej rano przychodzi kioskarz i zaczyna układać czasopisma pod swoją markizą. Potem od zachodu wjeżdża na plac ciężarówka, przywożąca paki „II Messaggero” i innych porannych gazet. Dwaj karabinierzy pilnujący wejścia do ambasady francuskiej zapalają światła swojego dżipa i zaczynają objeżdżać powoli Palazzo Farnese. Zawsze z tym samym wyrazem twarzy, niczym figury ze zdekompletowanej talii kart, karabinierzy wydają się śmiertelnie znudzeni i kiedy sterczą w swoich samochodach podczas długich rzymskich nocy, można na ogół zobaczyć odbijające się od tablicy rozdzielczej ogniki papierosów. Po pewnym czasie przed Bon Caffé zatrzymuje się furgonetka z pachnącymi workami kawy, a właściciel kawiarni zaczyna podnosić stalowe rolety. Pierwszą filiżankę czarnej kawy dostaje zawsze kierowca furgonetki, drugą kioskarz. Mały chłopak, syn właściciela, zanosi potem dwie filiżanki karabinierom po drugiej stronie placu, a w klasztorze Świętej Brygidy, naprzeciwko mojego domu, zaczynają się krzątać zakonnice.
Na niebie wciąż żarzą się gwiazdy i świeci księżyc, kiedy jedna z mniszek otwiera małą stalową furtkę przed kościołem Świętej Brygidy — znak, iż niedługo zacznie się msza. Oglądając to wszystko i czując, jak doskwiera mi samotność, zaczynam liczyć wszystkie trzynaście kościołów, które widać z mojego tarasu. Nie zdążyłem ich policzyć w ów poniedziałkowy ranek do końca, gdy od strony Campo dei Fiori na plac wszedł mężczyzna, który od kilku dni nas śledził.
Kiedy spojrzał w stronę mojego tarasu, schowałem się za krzak oleandra. Mężczyzna wszedł do Bon Caffé, a ja słuchałem z przyjemnością muzyki stojących na piazzy fontann, licząc dzwonnice i cztery wielkie nieruchome zegary, których wskazówki oznajmiały Rzymowi dokładny moment swej śmierci.
Po drugiej stronie placu obojętna niczym ćma zakonnica podlewała róże na klasztornym tarasie. Cętkowany kot skradał się do gołębia spacerującego w pierwszym skrawku padającego na plac słonecznego światła, ale stojący obok zarośnięty włóczęga klasnął w dłonie i spłoszył i gołębia, i kota. Siedzący mnie mężczyzna wyszedł z Bon Caffé i ponownie zerknął w stronę mojego tarasu. Zapalił papierosa, a potem podszedł do kiosku i kupił sobie egzemplarz „II Messaggero”.
Na dole piazza zaczynała tętnić życiem. Przekupnie wtaczali swoje wózki, a z bocznych uliczek wylęgało coraz więcej przechodniów. Gołębie gruchały do siebie z kamiennych burbońskich lilii, wieńczących dostojny architraw ambasady francuskiej. Uwielbiam regularne linie i prostotę mojej piazzy.
O siódmej rano na dachu po drugiej stronie ulicy zabrali się do roboty dekarze. Wbijając gwoździe w dachówki, komponowali dziwny rodzaj muzyki — tak jakby ktoś grał na umieszczonych pod wodą ksylofonach. Dopiłem kawę i zszedłem na dół, aby obudzić Leah.
Podniosłem moją córkę wysoko, tak że nasze oczy znalazły się na tym samym poziomie.
Usłyszałem wchodzącą przez frontowe drzwi Marię.
Piazza Farnese była centralnym punktem w życiu Leah. Nie miała na szczęście pojęcia, że uciekam przed przeszłością, która wystawiła przeciw mnie zbyt liczną nagonkę. Nie pamiętała lotu z Karoliny Południowej do Nowego Jorku ani nocnego lotu samolotem Alitalii, którym przylecieliśmy do Rzymu.
Trzymając się za ręce, pozdrowiliśmy portiera i wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę.
Mężczyzna obrócił się do nas plecami i zapalił papierosa, a potem udał, że czyta pamiątkową tablicę nad drzwiami apteki.
Za każdym razem, kiedy tracę nad sobą panowanie, podnoszę głos bądź też znajdę się w sytuacji, która grozi wybuchem awantury, Leah przypomina mi moje najbardziej niemiłe jak dotąd starcie z rzymską obyczajowością. Zdarzyło się to podczas pierwszych miesięcy naszego pobytu w Rzymie, kiedy wciąż jeszcze przyzwyczajałem się do miliona obowiązków, które musi wziąć na swoje barki mężczyzna usiłujący wychować samotnie córkę w obcym mieście. Codziennie obezwładniała mnie rozmaitość potrzeb i pragnień produkowanych przez to całkiem nieskomplikowane dziecko. Miałem wrażenie, że potrzebuję talentów miejskiego administratora, aby pokonać wraz z nią wszelkie przeszkody, które Rzym potrafił rzucać nam pod nogi. Zdając się na los szczęścia, odkryłem właściwego pediatrę. Założenie telefonu wymagało trzech wizyt w magistracie, czterech w urzędzie telekomunikacyjnym, trzech łapówek w twardej walucie i skrzynki dobrego wina dla portiera, którego brat znał faceta mieszkającego drzwi w drzwi z burmistrzem Rzymu. Wieczne Miasto szczyciło się swoją skrajną niewydolnością. Jego wielkoduszna anarchia sprawiała, że pod koniec każdego dnia czułem się kompletnie wyzuty z sił.
Prawdziwe problemy czekały mnie jednak dopiero wtedy, gdy zapominając o niezbędnych środkach ostrożności, wybrałem się pewnego dnia na zakupy pod markizami, które ocieniały słynne stragany owocowe i warzywne na Campo dei Fiori. Prowadząc Leah przez tę hałaśliwą ptaszarnię ludzkiego handlu, uwielbiałem przyglądać się wielkim piramidom żółtych śliwek, winogron i brzoskwiń i spijającym ich nektar, baraszkującym niczym szczeniaki osom. Pokazując osy mojej córce, wychwalałem zgodę, jaka panuje między nimi i sprzedawcami — tak jakby podpisali ze sobą traktat, zatwierdzający wspólne prowadzenie interesu i konsumpcję owoców.
Teatralny charakter ulicznego życia Campo oczarował Leah od pierwszego tygodnia naszego pobytu w tej dzielnicy. Dzień w dzień dryfowaliśmy od północnej pierzei, gdzie kupowaliśmy chleb, do ostatniego przystanku przy sklepie Fratelli Ruggieri. Unosiły się tam zapachy serów i wieprzowiny, a pod sufitem wisiało pięćdziesiąt udźców prosciutto. Z zaplecza wytaczano koła parmezanu, wielkie jak opony ciężarówki. Sklep prowadziło pięciu braci i każdy z nich miał unikalną i tragiczną osobowość, zupełnie jakby odgrywali pięć drugoplanowych ról w pięciu różnych operach. Każdy robił, co chciał, i wspólnie wnosili piętno improwizacji i teatralności w swój aromatyczny interes. W kłopoty wpadłem przed ich sklepem, kiedy przypomniałem sobie o kupnie oliwek.
Wracając z Leah przez cały plac, obok faceta ostrzącego noże i jego stacjonarnego roweru, a także straganów, gdzie sprzedawano płucka i inne podroby, trafiliśmy prosto na jedną z ognistych sprzeczek małżeństwa De Angelo. Chociaż nie od razu poznaliśmy ich imiona, już przedtem byłem świadkiem kilku awantur między Mimmem i Sophią De Angelo. Mimmo był robotnikiem i nałogowym pijakiem i często widywano go z butelką grappy, popijającego samotnie na jednej ze stojących przed pałacem kamiennych ławek. Tęgi i przysadzisty, miał owłosione ramiona i silne krótkie ręce. Sącząc swoją grappę, wydawał się raczej pogrążać w mroku, aniżeli upijać. Z nadejściem nocy zaczynał mamrotać przekleństwa na wszystko, co go w życiu rozczarowało. Jego żona znajdowała go na ogół w tym stanie i obelgi, którymi obrzucali się nawzajem, dobiegały nawet przechodniów podążających wzdłuż Tybru i tych, którzy wychodzili z Piazza Navona. Żadne zasady savoir-vivre’u, których De Angelo przestrzegali w domowym zaciszu, nie obowiązywały podczas ich głośnych publicznych awantur. Leah i ja obserwowaliśmy kilka z nich z naszego wysokiego okna nad placem i choćby z racji samej siły głosu i jakości inwektyw, ta rzymska para stanowiła klasę dla siebie. Kłótnie kończyły się na ogół w momencie, gdy wytrącona z równowagi i zapłakana Sophia uciekała do domu, uświadamiając sobie, iż cały plac znakomicie się bawi w trakcie odgrywanego przez nich spektaklu.
Małżeńskie sprzeczki De Angelo stawały się jednak coraz częstsze i głośniejsze. Sophia była ładna, wymowna i dziesięć lat młodsza od swego nieokrzesanego, nieczułego męża. Miała piękne nogi, pełną figurę i oczy podkrążone bólem. Z każdym dniem Mimmo coraz bardziej się upijał, a Sophia coraz częściej płakała — w ich mowie pobrzmiewała stara rozpacz biednych i pozbawionych nadziei. Maria poinformowała mnie, iż Mimmo groził, że zabije Sophię, bo przynosi mu wstyd przed sąsiadami, a mężczyzna jest zerem, jeśli nie cieszy się szacunkiem swoich przyjaciół i ziomków.
Wszystko to nie powinno mnie w najmniejszym stopniu obchodzić. De Angelo należeli do lokalnego kolorytu, stanowili niepokojący epizod wojny płci, z którą nie miałem dzięki Bogu nic wspólnego.
A jednak w tamtym konkretnym dniu, gdy dobiegał końca pierwszy rok naszego pobytu w Rzymie, kupując oliwki u straganiarza, gderliwego posępnego, faceta, którego zaczynałem lubić za oryginalny charakter jego ponuractwa, usłyszałem nagle krzyk Leah. Kiedy się odwróciłem, pięść Mimma lądowała właśnie na policzku Sophii.
To nie widok krwi wzbudził mój gniew, nie łzy i nie współczucie dla biednej Włoszki. Wzbudził go głęboki żal, jaki poczułem, widząc w oczach Leah przerażenie i bezradność, które tak często oglądałem będąc dzieckiem. Podchodząc do Mimma, całkowicie się jednak kontrolowałem; zdawałem sobie sprawę, iż znajduję się w obcym kraju, którego obyczaje różnią się od moich i w którym moja interwencja może kogoś dotkliwie urazić.
Mimmo miał zadać kolejny cios, kiedy chwyciłem go za ramię. Widząc, że przeszkadzam mu w ukaraniu własnej żony, wpadł w prawdziwą wściekłość. Próbował uderzyć mnie wolną dłonią, ale ja uchyliłem się i przycisnąłem obie jego ręce do boków.
— No, signore — powiedziałem z szacunkiem, posługując się moją oporną włoszczyzną. — É malo.
Mimmo bluznął strumieniem włoskich przekleństw, które powinny w znacznym stopniu pomóc mi wyjaśnić treść graffiti wypisanych na murach i mostach Rzymu, gdy zwiedzałem później wraz z Leah mniej uczęszczane zaułki starego miasta. Zrozumiałem słowo morte, co skłoniło mnie do przekonania, iż grozi mi śmiercią, oraz słowo stronzo, uliczny termin zawierający wszechstronne konotacje i oznaczający z grubsza rzecz biorąc „dupka”.
Mimmo uwolnił jedną rękę i chciał uderzyć mnie sierpowym w policzek, ale ja ponownie chwyciłem go za ramię, podniosłem w powietrze i rąbnąłem nim o ścianę piekarni. Ludzie zaczęli krzyczeć i obejrzawszy się do tyłu, zobaczyłem przerażoną twarz Leah. Głównie ze względu na nią próbowałem znaleźć w miarę spokojne wyjście z sytuacji, która przybierała rozmiary wielkiej operowej sceny. Chwilę później Mimmo splunął mi w twarz i przez krótki moment myślałem, że urwę mu głowę, ale potem znowu popatrzyłem na swoją córkę i uświadomiłem sobie, że muszę się wycofać i zrobić to szybko, zanim zjawi się policja.
Postawiłem Mimma na ziemi obok Sophii, która krzyczała, abym nie robił krzywdy jej mężowi. Następnie wziąłem Leah za rękę i przeprosiłem Mimma oraz jego żonę, powtarzając kilka razy mi dispiace. Kiedy ruszyliśmy szybko w stronę domu, kilka stojących w tłumie kobiet zaczęło bić brawo i wiwatować. Po chwili usłyszałem syrenę policyjnego samochodu i poczułem, jak ogarniają mnie złe przeczucia.
Wydostałem się bez przeszkód z tłumu. Idąc przez plac, czułem jednak utkwione we mnie oczy. Nie dochodząc do domu, daliśmy nurka do kafejki przy Vicolo del Galio, do której po południu często zabierałem Leah na lody. Właścicielką była pełna macierzyńskich uczuć kobieta, która bardzo lubiła Leah i dawała jej cukierka za każdym razem, kiedy mała nauczyła się nowego włoskiego słowa.
Zamawiając cappuccino dla siebie i lody dla mojej córki, nie zauważyłem, że do kafejki wślizgnął się w ślad za mną Signor De Angelo. Właścicielka podała loda Leah i zajęła się skomplikowaną czynnością parzenia kawy, czynnością, którą Włosi potrafią wykonywać z takim ceremoniałem. Nie widziałem, jak Mimmo De Angelo kupuje sobie butelkę piwa i szybko ją wypija.
Nim zdążyłem się zorientować, podstawa butelki trafiła mnie tuż nad łukiem brwiowym i krew zalała mój zdrętwiały policzek. Dużo mniejszy Mimmo zamierzył się po raz drugi, ale ja złapałem go za ramię, podniosłem do góry i położyłem na ocynkowanym barze. Trzymając go płasko na brzuchu i obserwując w lustrze płynącą po mojej twarzy krew, słyszałem krzyk Leah, krzyk właścicielki, krzyk Sophii i miałem wrażenie, że krzyczy połowa Rzymu. A potem ruszyłem razem z Mimmem do przodu, ciągnąc go za sobą po barze, niczym worek z praniem, i szybko się rozpędzając. Przebiegłem tak może z dziesięć stóp, trzymając go za pasek i tył koszuli i strącając na podłogę kieliszki, filiżanki i sztućce. Kiedy bar się skończył, Mimmo przefrunął w powietrzu nad stolikiem, przy którym siedzieli zdumieni goście, i w powodzi szkła i krwi rozbił z głośnym hukiem automatyczny bilard.
Tę noc Leah i ja spędziliśmy razem w więzieniu Regina Coeli nad Tybrem, słuchając, jak stojące na wzgórzu Janiculum rzymianki wołają swoich zamkniętych w celach kochanków. Więzienny lekarz założył pięć szwów na mój pęknięty luk brwiowy i przekonał dyrektora, że Leah jest sierotą, której dopiero co umarła matka, i nie wolno jej w żadnym wypadku oddzielać od ojca. Strażnik, który zaprowadził mnie i Leah do celi, zapytał, jakie spaghetti chcielibyśmy zjeść na kolację i czy do posiłku wolę wino białe czy czerwone. Napisałem później do „European Travel and Life” artykuł na temat swojego pobytu w więzieniu i przyznałem więziennej restauracji dwie gwiazdki.
Powracających z Regina Coeli Leah i mnie witano z wielkimi honorami. Spędzona w więzieniu noc wpłynęła nader korzystnie na moją znajomość włoskiego i rekomendowałem później pobyt w kryminale jako najpewniejszy sposób opanowania tego języka każdemu Amerykaninowi, który zamierzał stać się w krótkim czasie dwujęzyczny.
Najbardziej jednak trwałym efektem naszego aresztowania stała się pozycja, którą zdobyliśmy jako obywatele piazzy. Wielu jegomości przesiadujących na ławkach przed pałacem uważało, iż wielkość Włoch zależy w znacznej mierze od stanowczości, z jaką mężczyźni traktują swoje kobiety. W krajach śródziemnomorskich, zwłaszcza na południu Włoch oraz wśród klas niższych, bicie żony stanowi, podobnie jak zapędzanie mułów do pracy w polu, formę utrzymywania dyscypliny w rodzinie i z całą pewnością nie powinno interesować amerykańskich turystów. Żeńska populacja placu jednomyślnie pogardzała jednak Mimmem, podziwiając zarazem bezgranicznie każdego, kto przelał swoją krew i poszedł do kryminału w obronie włoskich kobiet.
Dlatego właśnie cały plac obserwował tego ranka obcego mężczyznę, który ruszył za nami Via di Monserrato.
Leah miała na sobie żółtą sukienkę i lśniące pantofle z brązowej skórki i przyglądała się swemu odbiciu w każdej mijanej szybie. Wiedziała, że jest ładna; jej ciemne włosy połyskiwały w słońcu niczym skrzydła ptaka. Giancarlo, czterdziestoletni kaleka z wadą mózgu, zawołał do nas, kiedy jego wyczerpana, schorowana matka przetoczyła go na wózku obok angielskiego seminarium. Nikt w całej dzielnicy nie wiedział, co stanie się z Giancarlem po śmierci matki i zawsze oddychano z ulgą, kiedy pojawiali się rankiem na ulicy. Głuchoniemy Antonio pomachał do nas i przystanąłem, aby podać mu ogień. Co chwila mijali nas idący na zajęcia angielscy seminarzyści, poważni chłopcy, którzy rzadko się uśmiechali i mieli dziwnie bladą cerę, jakby wychowano ich w jaskini.
Pod numerem dwudziestym Via di Monserrato zajrzeliśmy na pogrążony w głębokim cieniu, pachnący dziedziniec i Leah zawołała kota Gerarda, aby odebrał od nas swój poranny plasterek pepperoni. Kot przybiegł z ogrodu — ruchoma plama nakrapianego liśćmi brązowego jedwabiu — i porwawszy mięso, uciekł z nim na górę po stopniach klatki schodowej, ozdobionej fragmentami marmurowych tablic i zwietrzałymi płaskorzeźbami. Śledzący nas mężczyzna udawał, że czyta kartę dań trattorii przy małym skwerku.
Przechodząc na drugą stronę ulicy, zawsze uważnie się rozglądaliśmy, wiedziałem bowiem, iż siedzący za kierownicą rzymianin nigdy nie prowadzi po prostu samochodu — on celuje — i dlatego idąc z Leah do szkoły, starałem się zachować wyjątkową ostrożność. Widzieliśmy kiedyś na Ponte Mazzini angielskiego turystę, który zatrzymał pośrodku mostu swój samochód i podniósł ręce do góry w udawanym geście kapitulacji.
Mężczyzna zachowywał dystans i nie odważył się wejść na most, póki nie zobaczył, że schodzimy po schodach obok więzienia Regina Coeli. Teraz, kiedy zdawał sobie sprawę, że wiemy o jego obecności, zachowywał większą ostrożność. Być może mieszkańcy placu opowiedzieli mu, jak rozbiłem automatyczny bilard, rzucając nań Mimma.
Weszliśmy na dziedziniec Sacra Cuore, położony przy końcu długiej ulicy, Via di San Francesco di Sales. Z daleka zobaczyła nas Suor Rosaria — drobna, lecz piękna zakonnica, która cieszyła się opinią jednej z najlepszych nauczycielek klas początkowych w całym Rzymie. Uczyła Leah już trzy lata i zawsze świetnie się rozumiały. Zakonnice, które znałem w Karolinie Południowej, złośliwe, rozgoryczone kobiety, pomogły w walnym stopniu zatruć moje dziwaczne i bolesne dzieciństwo i chociaż wiedziałem, że nie sposób zostać eks-katolikiem, podobnie jak nie sposób zostać eks-człowiekiem Orientu, przyrzekłem sobie, że nigdy nie wychowam Leah w duchu katolickim. Nie mogłem przewidzieć, że mieszkając w kraju katolickim, nie zdołam wymknąć się spod apodyktycznej kurateli Kościoła.
Suor Rosaria podbiegła do Leah i obie rzuciły się sobie w objęcia niczym szkolne koleżanki. Głęboko wzruszała mnie autentyczna i nieskrywana miłość, jaką ta zakonnica żywiła do mojej córki. Suor Rosaria posłała mi zalotne spojrzenie swoich jasnych oczu. Cieszy się, stwierdziła, że znowu przyprowadziliśmy do szkoły naszego gościa. Mówiąc to, wskazała wzrokiem mężczyznę, który chodził za nami po Rzymie przez czwarty dzień z rzędu.
Tego ranka włożyłem specjalnie tenisówki i bez chwili wahania ruszyłem spokojnym truchtem jedną z tych eleganckich prostych rzymskich uliczek, wzdłuż których ciągną się po obu stronach pozbawione drzwi i bram wysokie mury.
Kiedy wszedłem do baru, mężczyzna wskazał gestem, abym przysiadł się do jego stolika.
Mężczyzna wypił łyżeczkę kawy i pokiwał z uznaniem głową.
Kiedy wymówił te trzy słowa, zatrzymałem się jak wryty: przeszyły mnie niczym odłamek szrapnela.
Kiedy z początkiem lata odwiedzają mnie w Rzymie przyjaciele, lubię zabierać ich podczas burzy do Panteonu, stawać pod lekką, odznaczającą się idealnymi proporcjami, otwartą kopułą i obserwować rozpryskujący się na marmurowej posadzce deszcz i przecinające zachmurzone niebo błyskawice. Cesarz Hadrian przebudował tę świątynię, by złożyć hołd bogom, którym nie oddawano już dłużej kultu, w dostojnej i harmonijnej bryle Panteonu wyczuwa się jednak gorącą, gniewną pasję. Moim zdaniem rzadko kiedy udało się tak dobrze uczcić bogów.
Podczas pierwszego pobytu w Rzymie studiowałem kiedyś przez cały dzień architekturę Panteonu, zbierając materiały do artykułu zamówionego przez „Southern Living”. Kiedy strażnik wygonił mnie wreszcie na godzinę przed zachodem słońca na dwór, wybrałem się na poszukiwanie restauracji, gdzie ja i Shyla moglibyśmy zjeść kolację. Shyla, która spędziła dzień na zakupach przy Via Condotti, wyszła z hotelu, aby się ze mną przejść. Kupiła sobie szalik oraz półbuty na swoje piękne małe stopy, które stanowiły przedmiot jej szczególnej dumy. Nagle, kiedy szliśmy Via del Pantheon, w nozdrza wpadła mi dziwna piżmowa, podziemna woń, której żadne z nas nie rozpoznawało. Niczym dwa wyżły ruszyliśmy śladem zapachu i po jakimś czasie znaleźliśmy jego źródło przy wejściu do Da Fortunato. W zalatujących czosnkiem i spryskanych winem powietrznych prądach, które wypełniały alejkę przed trattorią, gryzący egzotyczny aromat tkwiących w koszu białych trufli wydawał się przeistoczoną w jakiś cudowny sposób esencją lasu.
Wróciliśmy tam wieczorem, ale najpierw pokochaliśmy się w naszym hotelowym pokoju. Leżeliśmy później, trzymając się mocno w objęciach, wciąż zdziwieni i onieśmieleni tym, jak wysoko potrafimy wzniecić płomień czułej żądzy, jaką budziły w nas nasze ciała. Czasami rozsadzało nas wprost pragnienie, aby dokonywać w łóżku niesamowitych rzeczy. W obcych miastach, leżąc we dwoje, szeptaliśmy sobie do uszu słowa, których nie zdradzilibyśmy nikomu innemu pod słońcem. Wyprawialiśmy sobie wzajemnie uczty i karmiliśmy naszą miłość językami ognia. Nasze ciała były dla nas zaczarowanymi ogrodami.
Kelner, który podawał nam tej nocy, nazywał się Fernando, lecz wszyscy zwracali się do niego Freddie. Silnie zbudowany i obdarzony głębokim głosem znakomicie dawał sobie radę ze swoim rewirem. Zaprowadził nas do małego stolika na dworze, z widokiem na Panteon, i polecił na pierwsze danie risotto oraz butelkę barolo. Przyniósłszy risotto, wyjął elegancki ostry jak brzytwa instrument i skroił cienkie kawałki trufli do parującej, gorącej potrawy. Ryż i grzyby połączyły się w niemym konkordacie i do końca życia nie zapomnę, jak podniosłem do nosa talerz, dziękując Bogu za to, iż tej samej nocy pozwolił nam poznać Freddiego i trufle.
Kolacja była długa; nigdzie nam się nie śpieszyło. Z początku rozmawialiśmy o przeszłości i o wielu rzeczach, które nie ułożyły się między nami, potem jednak szybko zwróciliśmy wzrok ku przyszłości i zaczęliśmy mówić o dzieciach: jakie damy im imiona, gdzie z nimi zamieszkamy i jak będziemy wychowywać te eteryczne i piękne istoty, które choć jeszcze nienarodzone, cieszyły się już naszą wielką miłością.
Shyla flirtowała z Freddiem za każdym razem, kiedy podchodził do stolika, a on reagował na to jednocześnie z powściągliwością i śródziemnomorskim wdziękiem. Polecił nam świeże krewetki, podgrzane lekko na grillu i skropione oliwą z oliwek oraz sokiem cytrynowym. Oliwa miała odcień głębokiej zieleni i wyglądała, jakby dostarczono ją wprost ze szmaragdowej winnicy. Krewetki były słodkie niczym karmione miodem homary i kontrapunktowały niskie tony, pozostawione w kubeczkach smakowych przez trufle. Shyla wylała trochę oliwy na swoje palce i polizała je. A potem oblała moje palce i oblizała je jeden po drugim. Freddie, który obserwował nas z zazdrością i uznaniem, uhonorował jej występ sałatką z aruguli, następnie zaś wyjął z kieszeni scyzoryk, otworzył go i zaczął uroczystą ceremonię obierania czerwonokrwistej pomarańczy z Sycylii. Pomarańczowa skórka schodziła z rubinowego owocu, zwijając się w długą spiralną wstęgę. Myślałem, że się choć raz pomyli, ale ostrze scyzoryka żeglowało przez cały czas bezbłędnie wokół pomarańczy i w końcu zaczęli mu bić brawo inni goście. Kiedy długa jak wąż skórka spadła na podłogę, Freddie podniósł ją i wręczył z ukłonem Shyli, która wciągnęła w nozdrza jej ostry zapach. Freddie podzielił i położył przed nią pomarańczę, nieskazitelnie rozciętą i piękną jak kwiat róży. A potem przyniósł dwa kieliszki z wyrytym w szkle wizerunkiem Panteonu i nalał nam grappy.
Nad miastem wisiał księżyc w pełni; młoda Cyganka sprzedawała kwiaty o długich łodygach, lawirując zgrabnie między stolikami. Trzej wieśniacy z Abruzji śpiewali neapolitańskie pieśni miłosne, a potem puścili w obieg kapelusz, do którego wrzucaliśmy datki. Połykacz ognia wysuwał z ust swój płomienny miecz, a facet z ukulele zaśpiewał I Want to Hold Your Hand i Love Me Tender.
W stronę Piazza delia Rotonda płynęły nieprzerwanym strumieniem tłumy beztroskich włoskich nastolatków. Cyganki we wspaniałych barwnych strojach zaczepiały ochrypłym głosem kawiarnianych gości, nie zwracając wcale uwagi na starających się je odpędzić kelnerów. Emerytowane konie wyścigowe ciągnęły dorożki z niemieckimi i japońskimi turystami, którzy wszystko filmowali i niczego nie widzieli.
Pod koniec wieczoru Freddie przyniósł nam dwie filiżanki espresso i poprosił, abyśmy na zawsze zapamiętali Da Fortunato oraz kierownika sali, Freddiego, który miał zaszczyt obsługiwać nas tej rzymskiej nocy, określonej przez niego mianem fantastica. Shyla pocałowała go w spontanicznym geście, który wydawał się całkowicie na miejscu.
Kiedy studiowałem rachunek, ścisnęła moją dłoń i szepnęła, żebym podniósł wzrok.
Zobaczyłem Freddiego, który prowadził do sąsiedniego stolika Federica Felliniego w towarzystwie dwóch najbardziej olśniewających kobiet, jakie w życiu widziałem.
Po śmierci Shyli odnalazłem ten kieliszek, tę zasuszoną różę i tę pomarańczową skórkę, starannie opakowane i złożone w jej skrytce w banku. Przypomniały mi, że bywają takie noce na ziemi, kiedy parze zakochanych sprzyja dosłownie wszystko, noce, kiedy świeci księżyc w pełni i między stolikami krążą Cyganki z kwiatami, kiedy trufle przyciągają spacerujących ulicą nieznajomych, Fellini siada przy sąsiednim stoliku, a Freddie obiera w akcie hołdu czerwono-krwistą pomarańczę. Przypomniały mi, że tamtej nocy w Rzymie kochaliśmy się tak, jak nie ma prawa nawet marzyć, że będzie się kochał, nikt inny na tej planecie, i poczęliśmy naszą córkę, Leah, w związku niewysłowionej, okaleczonej miłości, w wielkim strzelistym akcie aprobaty dla naszej przyszłości.
Dwa i pół roku później Shyla wspięła się na balustradę mostu.
Wiele lat później Freddie objął mnie, kiedy wszedłem wieczorem do restauracji, i pocałował w oba policzki, w europejski sposób.
Martha wstała, kiedy do niej podszedłem. Podała mi dłoń, a ja niechętnie ją uścisnąłem. Nie próbowała mnie pocałować; i tak bym jej na to nie pozwolił.
Martha spuściła wzrok i studiowała przez krótki moment kartę dań. Dałem znak Freddiemu, żeby przyniósł nam wino. Chwilę później pojawił się przy naszym stoliku i otworzył schłodzoną butelkę gavi dei gavi.