Pieśni Dawnej Jonki. Część II - Michał Kamiński - ebook

Pieśni Dawnej Jonki. Część II ebook

Michał Kamiński

0,0

Opis

Spełniają się słowa przepowiedni. Nadchodzi czas krwi…

Po długich trzynastu latach wojny do Jonki powraca syn króla Henryka. Grzegorz nie wie jeszcze, że jest bliżej tronu, niż ktokolwiek mógłby sądzić. Po niespodziewanej śmierci ojca obejmuje władzę, jednak straszna tragedia powoduje, że nowy monarcha pogrąża się w rozpaczy. Brak dziedzica komplikuje sprawę przekazania berła, z czego starają się skorzystać inni, snując intrygi mające na celu pozbycie się obecnego władcy. Na dodatek według przepowiedni wkrótce na świat ma przyjść męski potomek siostry Grzegorza, który będzie stanowił poważne zagrożenie dla prawowitego następcy tronu. Harmonia i spokój w królestwie Jonki znów zostają zachwiane. Nad całą krainę nadciągają ciemne chmury zwiastujące burzliwe, krwawe czasy…

– Wróżba? – spytała wystraszonym głosem Żanna.
– Tak, z ognia i morskiej wody stara przepowie przyszłość twego dziecka – odparła cicho Florianna.
Starucha chwyciła coś, co przypominało zrobione z morskich wodorostów kropidło, i zanurzyła je w misie, po czym obficie skropiła ogień. Zasyczało. Ognisko niemal zagasło, wzbijając kłąb dymu.
– Lwica porodzi syna i ruszy na łowy! – krzyknęła.
Usłyszawszy o synu, król pokłonił się do samej ziemi.
– Nadchodzi czas krwi! Dopełnia się przeznaczenie Starego Ludu! – Znów skropiła ognisko. – Lwi książę włoży koronę! – wykrzyknęła stara. Król ponownie dotknął czołem ziemi. – Strzeż się, ludu Kamenii, nadchodzi czas krwi!


Grzmiące z oddali miecze zastępuje harmonia. W powietrzu czuć ogrom zmian i niepewności, które już niedługo spłyną krwią. Emocje, intrygi i wewnętrzne walki. Pora zaszyć się ponownie w królestwie Jonki.
Marta Daft, martawsrodksiazek.pl

Książęce intrygi, rycerskie pojedynki, walka o władze – tego nie powstydziłaby się Elżbieta Cherezińska. Brak sentymentu do bohaterów pochwaliłby za to George R.R. Martin, a ja? Nie mogłam się oderwać od lektury i śledzenia dziejów królestwa Jonki. Polecam!
Marta Kraszewska, www.rudymspojrzeniem.pl

Zdumiewająca opowieść o zdradzie, nienawiści i niekończącej się wojnie o władzę. Gdzie miłość to przywilej dla nielicznych, a rodzina jest jedynie przepustką do realizacji nadmiernych ambicji. Nieustająca polityczna walka z nutą romantyzmu i honoru w tle. Pieśni dawnej Jonki otrzymały godną kontynuację!
Daria Żmuda, recenzjedevi.blogspot.com

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 681

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PIEŚŃ IVNadzieja Jonki

Jonka,11 brzeźnia roku 2091

Przybycie następcy tronu do Jonki było wydarzeniem nie lada jakim. Odkąd trzynaście lat wcześniej Henryk z Lirwelii wyruszył na swoją wojnę, stolica nie widywała króla. Teraz w końcu poznawała jego sukcesora. Powód był po temu ważny. Do portu lada dzień miał zawinąć statek wiozący na pokładzie Marcję z Gentu, narzeczoną następcy jonkijskiego tronu. O poranku posłaniec przyniósł wiadomość: widziano statek na horyzoncie. Obudzono Grzegorza, który do stolicy przybył ledwie dwa dni wcześniej. Królewicz pośpiesznie ubierał odświętne szaty w srebrno-czerwonych barwach Jonki. Postukując laską po kamiennej posadzce, do komnaty wszedł powoli stareńki archisolis Marcjon.

– Jakże rad jestem widzieć waszą książęcą mość – powitał Grzegorza.

Przyjrzał się uważnie dawno niewidzianemu następcy tronu. Nagle podszedł do niego i przytulił lekko.

– Wybacz mi ten gest, dostojny książę, ale nawet nie wiesz, jakim szczęściem napełnił moje serce widok ciebie w twojej stolicy. Jak i to, że wybrałeś na ten dzień strój w barwach Jonki, a nie twojego rodu – wyjaśnił.

– Mnie także wydawało się, że ten strój będzie stosowniejszy – odparł pewnie następca tronu. – Wszak witamy dziś przyszłą królową Jonki.

– W rzeczy samej, książę – przytaknął mu Marcjon. – Pójdźmy już. Jak widzisz, chodzę coraz wolniej.

Grzegorz podał staremu kapłanowi ramię, aby mógł się na nim wesprzeć. Powolnym krokiem wyszli na krużganki. Archisolis odnotował, z jaką uwagą królewicz przyglądał się otwartym na dziedziniec ostrołukowym arkadom, które na dolnej kondygnacji wsparte były na kamiennych filarach, na górnej zaś opierały się na smukłych kolumienkach. Zachwycały finezją.

– Prawdziwy dziś tłum na ulicach, jak donoszą posłańcy – odezwał się książę, gdy zeszli na dziedziniec. – Trudno będzie się przebić powozem do portu.

– Naprawdę wybrałeś powóz? – zdziwił się Marcjon. – Książę, nie odbieraj poddanym widoku swojej osoby! Nie wiesz, ile lud Jonki czekał, aby znów ujrzeć następcę tronu?

– Prawdę powiedziawszy, nie pomyślałem o tym – przyznał z lekkim zażenowaniem. – Lud naprawdę aż tak chce mnie oglądać?

Uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. Wydało mu się to zabawne. Dla archisolisa sprawa była poważna. Zatrzymał się, spojrzał księciu prosto w oczy i powiedział:

– Panie, ty jesteś przyszłością i jedyną nadzieją Jonki. Od śmierci Roberta Prawego pod kamiennym orłem nie zasiadał król, którego by poważali. Przykro mi to mówić, bo i Wilhelm I był moim panem, oby bogowie wybaczyli mu jego głupotę i gnuśność, i twój ojciec, król Henryk, nim teraz jest, ale wszyscy wiemy, że dla ludu Jonki Henryk to…

– Uzurpator… – mruknął Grzegorz. – A czy ja w takim razie nie jestem synem uzurpatora?

– Ty, książę, jesteś wnukiem Roberta Prawego, synem jego córki Paulissy. Masz w sobie krew królów Jonki, nigdy o tym nie zapominaj! – poprawił go. – Jonka nie ma innej nadziei na sprawiedliwe rządy niż ciebie.

Grzegorz wyprostował się i skinął na służbę, która przygotowywała powóz.

– Nie będzie mi dziś potrzebny – oznajmił. – Do portu udam się pieszo!

Stary Marcjon uśmiechnął się uradowany.

 

Okręt zacumował. Grzegorz z dość liczną obstawą oczekiwał na nabrzeżu. Słudzy uwijali się wokół. W końcu na ląd zeszło kilku oficjeli ubranych w egzotyczne stroje, a za nimi podążyli muzykanci, którzy ledwie stanęli na stałym lądzie, już zaczęli grać skoczną melodię na piszczałkach. Wreszcie, podtrzymywana przez damy dworu, zeszła z pokładu Donna Marcja z Gentu. Grzegorz spojrzał na nią zaskoczony. Miała na sobie kremową suknię o bardzo szerokiej spódnicy, na szyi sznury pereł, a na głowie – wysoki czepek, z którego na twarz spływał jedwabny woal.

– Czy moja przyszła żona jest aż tak szpetna, że w dzień musi zakrywać twarz? – mruknął Grzegorz do stojącego obok Marcjona.

– Książę, zwyczajem ludzi z Gentu jest, by panna młoda nie ukazywała twarzy przed swoim mężem, zanim sobie przysięgną – wyjaśnił cicho archisolis. – Nie trap się jednak, Donna Marcja słynie z urody.

– Wolałbym nie zdawać się w takich sprawach na niespodzianki…

Musieli przerwać dyskusję, gdyż Donna Marcja wraz z dworem zbliżyła się do nich.

– Witaj, dostojna pani, w królestwie mego ojca. – Grzegorz ukłonił się dwornie. – Jestem wielce rad, mogąc osobiście powitać ciebie i twoich towarzyszy w naszej stolicy.

Stojący obok dworzanin zaczął na ucho tłumaczyć księżniczce, która błyskawicznie skinęła głową i szepnęła coś, czego nie mógł usłyszeć.

– Donna Marcja z Gentu dziękuje ci po stokroć, dostojny książę – odpowiedział za nią dworzanin. – Jest jednakże bardzo zmęczona i uprasza, by co prędzej ruszyć na zamek, gdzie będzie mogła odświeżyć się i przygotować na wieczorną ucztę.

– Oczywiście, natychmiast polecę zamkowej służbie pomóc jej wysokości, w czymkolwiek będzie sobie życzyła. – Grzegorz uśmiechnął się grzecznie.

Gestem ręki wskazał dostojnej pani i jej delegacji kierunek, po czym ruszył za nimi.

– Czy moja narzeczona również sama za siebie nie mówi? – Skrzywił się do Marcjona, gdy szli uliczkami Nowego Portu pod górę w kierunku Wzgórza Natreusza.

 

Gorący puls miasta powoli stygł w chłodzie wiosennego wieczora pośród krętych, wąskich uliczek Jonki. W pałacu przygotowywano się do uczty, która zacząć się miała o zachodzie słońca. Marcjon zdążył już słabym, starczym głosem zaintonować modlitwę dziękczynną do Wielkiego Sola. Grzegorz ziewnął krótko. Zniesmaczony przebiegiem powitania książę wypił przed wieczorem dwa puchary wina i czuł lekkie znużenie, a przede wszystkim głód. Domyślał się, że wieczerza przebiegnie w równie udanej atmosferze, i miał ochotę nieco się otumanić trunkiem. Przemknęło mu nawet przez głowę, że wolałby być w Berleujściu i wybrać się z Gniewkiem na dziewki.

W końcu usiedli do stołów, opóźniając rozpoczęcie, bo Donna Marcja i jej dwór ociągali się z przybyciem do wielkiej sali. Po dłuższej chwili odezwały się trąbki heroldów i okrzyki z dziedzińca. Przez sień wtoczył się barwny korowód flecistów i bębniarzy, za którymi podążały dziewczęta w zwiewnych sukienkach wyginające w tańcu swe młode ciała. Pomiędzy nimi, ubrana w lekką suknię jasnego koloru, drobne, skoczne kroki stawiała kształtna dziewczyna o zakrytej welonem twarzy. Grzegorz spoglądał na nią uważnie. Teraz miał okazję bliżej się jej przyjrzeć. Lekka sukienka pozwalała lepiej ocenić nienaganny kształt piersi i śliczne wcięcie w talii. Miała szerokie biodra, którymi zgrabnie poruszała w tańcu. Na chwilę zdołał zapomnieć o palącym pragnieniu jadła i napitku. Choć nie widział jej twarzy, był nią zafascynowany. Nie był nawet pewny, ile trwał ten niezwykły taniec – minutę tylko czy też może godzinę? W końcu Donna Marcja zbliżyła się zwiewnym krokiem, podskoczyła, po czym skłoniła nisko przed nim. Tak skończyła swój taniec. Wszyscy obecni nagrodzili występ dziewcząt z Gentu gorącymi oklaskami. Również Grzegorz. Chciał zbliżyć się do narzeczonej, która raptem bardziej go zainteresowała, jednakże gdy spróbował podać jej rękę, odsunęła się, grzecznie skłoniła i zasiadła na przygotowanym dla niej miejscu.

 

Lasy Wysoczyzny, pomiędzy Berleujściem a Pilznem,12 brzeźnia roku 2091

Król Henryk nie ruszył do Jonki. Po pierwsze uznał, że nie ma takiej potrzeby, jako że sprawa dotyczyła małżeństwa Grzegorza i jego obecność była wystarczająca. Po drugie nie kochał ludu Jonki, podobnie jak i lud stolicy nie miłował jego. Uznał, że dla nastrojów w mieście lepiej jest posłać tam wyłącznie syna. Sam, korzystając z wczesnej w tym roku wiosny, postanowił odpocząć na polowaniu w otoczeniu najbardziej zaufanych wojów.

Z Berleujścia udali się na zachód i po dwóch dniach dotarli do pradawnej kniei na skraju Wysoczyzny. Rozbili obóz i wieczorem usiedli przy ogniu, wspominając chwałę dawnych wypraw. Król zdołał nieco się odprężyć i tryskał wyśmienitym wręcz humorem, co w ostatnich miesiącach rzadko mu się zdarzało. Ciepło ognia, miód i wspomnienia dawnej chwały podniosły go na duchu.

– I gdy tak siedzieliśmy i piliśmy to wino, nadszedł dostojny Piotr z Darlington, z początku nie podobało mu się okrutnie nasze świętowanie, ale w końcu i on dał się zaprosić na pucharek. Posmakowało mu i spytał, za ile tak dobre wino można tu kupić – wspominał jeden z wojów.

– Pamiętam! – Inny wszedł mu w zdanie. – A jaką miał minę, gdyśmy mu odparli, że nic nie kosztowało, bo gdyśmy je brali, to karczmarz już wisiał na gałęzi opodal!

Zgromadzeni przy ogniu mężowie ryknęli śmiechem na to wspomnienie.

– Pamiętam tę historię z winnicą – odezwał się Henryk, udając surową minę. – Gorzej, żeście to wino wypili z pucharów, co to je zrabowaliście parę dni wcześniej z sanktuarium w Litoborzu. Ciężką pokutę mi archisolis za ten wasz grzech wyznaczył! – Król pogroził im palcem, po czym ponownie wzniósł swoje naczynie.

– A pamiętacie, najjaśniejszy panie, jakeśmy zdobywali Witrę? – rzucił jeden z wojów, gdy wychylili kolejną szklanicę. – Jej kasztelan odmówił poddania zamku, a gdyśmy strzaskali bramy, schował się w wychodku… Pies tchórzliwy…

Pozostali odpowiedzieli salwą śmiechu.

– Za to pod Ratborem miał najjaśniejszy pan lepsze powitanie – przypomniał ktoś inny.

– O tak, pani kasztelanowa wiedziała, jak się królowi przypodobać – wtrącił następny.

– Ale łaski dla męża i tak nie wybłagała! – dodał jeszcze inny.

– Nie o to błagała tamtej nocy. – Król uśmiechnął się wymownie, a towarzyszący mu mężowie odpowiedzieli rechotem.

– Szybko się po małżonku pocieszyła – wybełkotał jeden z podpitych towarzyszy. – Sama się królowi w łapy pchała, zresztą jej dwórki nie były lepsze. A że król nasz zawsze był łaskawy, to i nam dał ich posmakować. Trzy dni żeśmy poużywali!

– Ech, moi druhowie, to były dobre czasy. Kości nie bolały tak od całodziennej jazdy w siodle i miód łagodniej wchodził. – Henryk wstał, by się rozprostować. – Starość, panowie.

– Ależ, królu, gdzie wam do starości – roześmiali się jego towarzysze. – Jeszcze wiele lat przed wami, najjaśniejszy panie! Za króla!

Wieczór spędzony w wesołej kompanii pomógł Henrykowi odzyskać humor. Choć spał krótko, wstał pełen wigoru i chęci do życia. Wcześnie wyruszyli tropić w puszczy zwierza. Procjon, ukochany ogar najjaśniejszego pana, dreptał obok królewskiego konia. Naganiacze przynieśli wieści, że w okolicy natknęli się na okazałego jelenia o wspaniałym porożu.

– Zatem na cóż czekamy? – rzucił radośnie Henryk, po czym zaczął cmokać i pogwizdywać na psy.

Ogary wkrótce podjęły trop i ruszyły za zdobyczą. Gdy ujrzeli zwierzę, byli urzeczeni. Prawdziwie królewskie to było trofeum. Przez dłuższy czas jeleń kluczył po zaroślach, chcąc zapewne zmylić psy. W końcu ruszył szybko przed siebie. Monarcha, nie chcąc stracić takiej okazji, zaciął konia i puścił się w pogoń. Wysforował się w pościgu za jeleniem tak, iż stracili go z oczu jego towarzysze.

Las gęstniał, przechodząc w głęboki, ciemny bór. Gałęzie smagały twarz króla, a pęd chłodnego, przesyconego zapachem kniei powietrza wcinał się głęboko w jego nozdrza. Czy jechał za szybko, czy może zbyt wysoko wychylił się ponad grzbietem swego wierzchowca? Nie wiedział. Dość, że potężna gałąź uderzyła go prosto w głowę. Król Henryk z impetem wyleciał z siodła i upadł na ziemię. Upadając na lewą stronę, wykrzywił boleśnie nogę. Chrupnięcie kości i potworny ból uda dały mu znać, że złamał kończynę. Mógł tylko krzyczeć z bólu. On, Henryk z Lirwelii, z łaski Regula, króla królów i szafarza koron, król Jonki i tak dalej, leżał na ziemi, nie mogąc się podnieść.

Słudzy przywabieni krzykiem monarchy znaleźli go kilka chwil później. Podnieśli władcę na noszach naprędce skleconych ze świerkowych gałęzi. Rana nie wyglądała dobrze, otwarte złamanie źle rokowało.

– Dokąd mnie wieziecie? – spytał Henryk, gdy podane mu przez towarzyszy zioła lekko zamaskowały ból.

– Do Bochynia, mój królu, to najbliższy zamek – poinformował jeden z dworzan.

– Nie – szepnął król. – Wieźcie mnie do Berleujścia, na mój zamek.

– Panie, to dwa dni drogi…

– Do Berleujścia, rzekłem – uparł się Henryk. – I poślijcie po Grzegorza i Ładę, muszę z nimi jeszcze mówić…

Henryk czuł, że jego dni są policzone. Bardzo pragnął uporządkować swoje sprawy, zanim bogowie wezwą go do siebie.

 

Czerwieńsk,14 brzeźnia roku 2091

Czas w sanktuarium od wieków płynął według tego samego rytmu. Przed świtem, gdy świat wokół dopiero budził się z szarości i marazmu, dzwon wzywał na poranną modlitwę. Później przychodził czas na pracę. Kilkanaście soliss pod przewodnictwem matki przełożonej w imię bogini Virgis niosło pomoc pannom, sierotom i wszystkim tym, którzy z różnych powodów byli bezbronni wobec nieszczęść świata.

W pracy pomagały świeckie dziewczęta, których kilkanaście przyjęła pod dach Virginia. Dwie dziewczyny wyróżniały się pochodzeniem z Lirwelii. Starsza z Lirwelijek przybyła do sanktuarium jesienią. O opiekę nad nią błagał Virginię ten nieznośny solis służący królowi, który zeszłej wiosny przebywał w Czerwieńsku w czasie pobytu księżniczki Łady. Dziewczyna była podobno jego powinowatą. Virginia z pewną rezerwą podeszła do ciężarnej Bogny, choć troskliwie się nią zajęła, pomagając w ostatnim okresie ciąży i odbierając poród.

Młodsza – zielonooka, szczupła blondynka – była szczególnie cennym nabytkiem. Znała się dobrze na zielarstwie i umiała sporządzać rozmaite leki i mikstury. Chętnie dzieliła się swoją wiedzą. Nawet solissy mówiły o Dafne, że jej ręce potrafią leczyć. Dziewczyna czasem śmiała się z tego w duchu, mniszki nie wiedziały bowiem, że naprawdę posiadała dar, którego używała w sekrecie nawet pod świętym dachem panny Virgis.

Dafne skończyła ucierać zioła i otarła wierzchem dłoni czoło. Mdła woń zmieszanych specyfików wypełniała duszne pomieszczenie. Przymknęła oczy, próbując sobie przypomnieć świeże zapachy lasu wracającego do życia wczesną wiosną. Mury sanktuarium zapewniały bezpieczeństwo, odbierały jednak poczucie wolności. Oderwała się od marzeń o szemrzących strumieniach i zieleniących się drzewach. Przeszła do pomieszczeń szpitalnych. W niewielkiej izdebce leżała na łożu dziewczyna, trzęsąc się od gorączki.

– Musisz walczyć – szeptała Dafne, odwijając bandaże opatrunku. Mdły odór ropy rozszedł się po pomieszczeniu. Rana gniła. – Nie poddawaj się.

Dafne posmarowała ranę przygotowaną maścią. Wstała i starannie zamknęła drzwi izdebki, po czym nachyliła się do ognia. Przymknęła oczy, szepcząc inkantacje. Gdy jej dłoń zajaśniała blaskiem ognia, zbliżyła ją do rany dziewczyny. Kilkakrotnie powtórzyła uzdrawiające zaklęcie. Zajęta odprawianym rytuałem nie usłyszała zbliżających się kroków.

– Siostra Gertruda wszędzie cię szuka! Staruszek z gorączką powinien dostać swój napar… – Głos Bogny wypełnił pomieszczenie, po czym ucichł nagle.

Bogna wpatrywała się w przyjaciółkę z mieszaniną zaskoczenia i lęku. Dafne przerwała śpiew i powoli się wyprostowała. Jej dłoń wciąż pulsowała jasnością ku rosnącemu zdziwieniu Bogny. Dafne opuściła rękę, blask powoli przygasł.

– Co to… miało… znaczyć… – wydukała Bogna.

– Nic, ja tylko śpiewałam sobie – odparła Dafne, nie tracąc rezonu.

– Nie kłam! Widziałam! Ty… Ty używałaś magii?! – wypowiedziała coś, co jej samej zdawało się niedorzecznością. – Jesteś… Bogowie!

Bogna odwróciła się na pięcie. Zanim dopadła drzwi, Dafne doskoczyła do niej i chwyciła ją za ramię.

– Nie wolno ci o tym nikomu powiedzieć, słyszysz?! – Jej głos zabrzmiał niepokojąco. Bogna spojrzała w jej zielone oczy i dostrzegła dziwny błysk. – Proszę cię… – dodała bardziej miękko Dafne. – Wiesz, co się stanie, jeśli im powiesz. One nie zrozumieją…

Bogna przez chwilę wpatrywała się w twarz Dafne. Co czaiło się w jej oczach: strach czy gniew? Do czego byłaby zdolna, by uratować skórę? „A jeśli rzuci na mnie urok?”

– Błagam cię, Bogno…

Żona Lucjusza skinęła powoli głową, starając się ukryć rodzący się lęk.

– Nie zbliżaj się do mojej córki. Nie pozwolę ci skrzywdzić Łucji.

Bogna szybkim krokiem opuściła izbę, zanim Dafne zdołała cokolwiek wyjaśnić.

 

Lensburg,19 brzeźnia roku 2091

Łada stała w komnacie oficjalnej swego męża, wpatrując się w okno. Palcami lewej ręki obracała naszyjnik w kształcie lamparta. Często ostatnio tak czyniła, szczególnie gdy nad czymś rozmyślała. Od pewnego czasu żyło się jej w Lensborku całkiem znośnie. Dni wypełnione obowiązkami mijały bardzo szybko. Krzysztof z coraz większą ulgą zrzucał sprawy państwowe na jej ramiona i teraz, gdy już nie było Wilfrieda, który ciągle psuł jej szyki, mogła z większą swobodą realizować swoje plany. Chyba tylko stryj męża, Cecyl, miał na tyle odwagi, by się przeciwstawiać. Tak czy owak, za dnia nie narzekała na brak zajęć. „Gdyby tak jeszcze wypełnić czymś noce”, myślała czasami. Nocami bowiem nachodziły ją wspomnienia.

– Dostojny pan Cecyl von Kolbie do ciebie, łaskawa pani. – Głos strażnika przywołał ją do porządku.

Łada stanęła twarzą do drzwi i pozdrowiła stryja swego męża uśmiechem.

– Dziękuję, dostojny panie, że odpowiedziałeś tak szybko na wezwanie księcia.

– Tak, istotnie, książę mnie wezwał – zaznaczył twardo. – Dlatego dziwi mnie, że rozmawiam z tobą, pani, a nie z nim.

– Krzysztof oddaje się modłom w solarze – oznajmiła. – Wkrótce do nas dołączy.

– Zatem może i my pójdziemy na modlitwę, a rozmowy o sprawach księstwa przełożymy na później – zasugerował.

– Nie ma takiej potrzeby.

Przesunęła się w kierunku stołu i zasiadła na krześle. Gestem ręki wskazała Cecylowi miejsce przed stołem. Omal krew go nie zalała, gdy zobaczył ją rozsiadającą się jak udzielna księżna za stołem jego brata, a wcześniej ojca.

– Znam sprawy księstwa nie gorzej niż mój małżonek – kontynuowała tymczasem. – Odkąd opuścił nas nieodżałowanej pamięci archisolis Wilfried, ktoś musiał przejąć część jego obowiązków.

– Co przypomina mi o tym, że wciąż nie mamy nominacji następcy Wilfrieda – mruknął, starając się nie dać po sobie poznać, jak był wściekły.

– Mój brat bawi w stolicy w związku ze swoimi zaślubinami – odparła. – Prosiłam go w liście, by ponaglił archisolisa Marcjona w tej kwestii.

– Czyli wyznaczyłaś już kandydata?

– Och, przeceniasz moje możliwości, dostojny stryju. – Uśmiechnęła się kokieteryjnie. – Kandydata wyznaczył oczywiście mój mąż.

– Oczywiście – mruknął.

 

Cecyl był niemal purpurowy ze złości, gdy opuszczał komnatę audiencyjną. Ledwie docierały do niego odgłosy życia tętniącego na lensburskim zamku. Zbyt był pochłonięty myślami, by przejmować się pokrzykiwaniem wartownika, rżeniem koni w pobliskich stajniach czy miarowym stukaniem młota w książęcej kuźni. Zbiegł szybko na dziedziniec i tam natknął się na Gotfryda. Młodzieniec szedł od strony stajni. Miał zmierzwione włosy i rozpięty kaftan. Na kilka kroków zionęło od niego winem.

– Księstwo w rękach lirwelijskiej wiedźmy, a ty chlejesz i chędożysz służebne dziewki! – warknął na niego.

– Spokojnie, mój kuzyn się za nas modli… – Gotfryd uśmiechnął się dziwnie. – Za mnie, za ciebie, za księstwo…

– To księstwo jest zgubione, żadne modły mu nie pomogą – szepnął Cecyl. – Ta suka, żona twojego kuzyna, mocno wczepiła pazury w jego skarbiec i kancelarię. Wyznaczyła nawet nowego archisolisa i naciska na brata, by wymusił na świętym kolegium błogosławieństwo dla niego, wyobrażasz sobie?

– Ma już oddanego sobie skarbnika, podczaszego, stajennych – wyliczył Gotfryd. – A lud wynosi ją pod niebiosa za strawę i złoto, które im rozdaje.

– Cwana dziewka! – syknął Cecyl, po czym spojrzał na syna i ponownie go napomniał. – Ogarnij się, młodzieńcze, wkrótce będziesz mi potrzebny.

Gotfryd lekko się ukłonił, gdy ojciec ruszył przed siebie.

 

W posrebrzanym świeczniku płonęła gruba świeca. Jej drżące światło padało na leżący na stoliku stos pergaminów, które Łada przed chwilą skończyła przeglądać. Odłożyła ostatni zwój i westchnęła głośno. Kolejny dzień, który zdawał się nie mieć końca. Spojrzała w okno i z pewnym zdziwieniem stwierdziła, iż nad miastem powoli zapadał już zmrok. Przywołała służącego i nakazała mu rozpalić więcej świec. Przetarła dłonią zmęczone oczy i podeszła do pulpitu. Przez chwilę stała z piórem w ręku nad pustą kartą, zastanawiając się, jak zacząć list. Gdy wreszcie zdołała znaleźć właściwe słowa, przerwało jej wejście jednego z kancelistów.

– Wybacz, dostojna pani, przyszły wieści… – odezwał się, podając jej pergamin.

– Z Jonki? – spytała z nadzieją. – Marcjon dał błogosławieństwo Rutgerowi?

– Nie, pani. Wieści przyszły z dworu króla. Powinnaś je przeczytać.

– Król jest chory i wzywa na dwór. – Księżna przebiegła tekst oczyma i westchnęła. – Nie powinnam teraz opuszczać Lensburga…

– Ale skoro ojciec cię wzywa…

– Król mnie wzywa – poprawiła go szorstko. – Szykuj powóz i rzeknij Przecławie, że z rana wyruszamy.

 

Wolęcin,stolica Wysp Kameńskich,21 brzeźnia roku 2091

Minęła zima, która na wyspach była dżdżysta i chłodna. Szalejące na morzu sztormy utrudniały żeglugę, narażając kupców na straty. Żanna nie narzekała na swój los. Dni spędzała, haftując w otoczeniu dwórek. Coraz więcej z nimi rozmawiała, bo i coraz lepiej mówiła po kameńsku. Podczas wizyt w Recławiu spotkała już istoty należące do rasy elfów. Przyglądała się im z zainteresowaniem. Zaskoczyło ją, że tak mało różniły się od ludzi. Owszem, były wyższe, ich włosy miały zawsze bardzo jasny kolor, a oblicza – szlachetny wyraz. Nie były jednak potworami, jak można wysnuć z dawnych lektur, które znalazła swego czasu w bibliotece archisolisa. Ich maniery były nienaganne, nie dostrzegła niczego dzikiego w ich zachowaniu. Z ich jasnymi włosami w jakiś sposób przypominały wyglądem ludzi z jej rodzinnej Lirwelii. A mimo to nie umiała się przemóc. Ich inność, mimo wszystko zauważalna, odpychała ją. Nie reagowała więc na pozdrowienia, gdy kłaniały się jej i życzyły zdrowia, mijając na ulicach gwarnego Recławia.

Nie polubiła tego miasta ani trochę. O wiele bezpieczniej czuła się w wolęcińskiej cytadeli. Zaprzyjaźniła się z dziewczętami, które jej przydzielono. Wieczorami opowiadały zasłyszane od żeglarzy historie o dalekich krajach, władcach egzotycznych królestw, tajemniczych stworzeniach żyjących na innych kontynentach. Chłonęła to wszystko i czasami wyobrażała sobie, jak to jest być takim żeglarzem, móc samemu decydować o tym, kiedy i dokąd popłynąć. Ach, jak kuszące były te marzenia.

Zawsze jednak docierała do niej bolesna prawda: była ptakiem w złotej klatce, którego jedynym zadaniem było zadowalanie śpiewem jej pana, króla Ludwika. Gdybyż chodziło tylko o śpiew! Drżała, ile razy wzywał ją do swej alkowy, a robił to często. Brał ją, nie zważając na łzy i jęki. Na samo wspomnienie jego dotyku czuła mdłości. Nienawidziła zapachu jego ciała, nie znosiła, gdy sapał, wchodząc na nią. Przeważnie skupiała wzrok na jakimś przedmiocie i próbowała uciec myślami w inny świat. A gdy Ludwik kończył, czekała, aż zaśnie, po czym szła dokładnie się wyszorować, jakby chciała zmyć z siebie dotyk jego rąk. Tego wieczora nie wezwał jej. Poczuła ulgę. Mimo to miała mdłości, silne, silniejsze niż zwykle. Skrzywiła się, gdy dwórka czesała jej długie, jasne włosy.

– Coś ci jest, królowo? – spytała dziewczyna, której na imię było Florianna.

– Mdli mnie…

Florianna i dwie inne dwórki podały jej miskę i pomogły opróżnić żołądek.

– Poprosić medyczkę? – spytała Florianna.

– Nie, wolę odpocząć – odparła cicho Żanna.

– Pani, jeśli dobrze liczę, nie krwawiłaś od ponad ośmiu tygodni.

– To prawda – przyznała po chwili zastanowienia Żanna. – I cóż z tego?

– Jak to: co? – Florianna uśmiechnęła się ciepło. – Zapewne nosisz dziecko.

 

Berleujście,26 brzeźnia roku 2091

Łada wysiadła z powozu na dziedzińcu zamku swego ojca. Nie czekała na oficjalne powitanie Filomena, który z zakasaną kapłańską szatą biegł ku niej. Ruszyła wprost do sieni i wspiąwszy się po stopniach na piętro, przemierzyła krużganki, kierując się do komnat prywatnych króla. Grzegorz powitał ją uściskiem, przy okazji przedstawiając swoją niedawno zaślubioną małżonkę. Łada pobieżnie przyjrzała się bratowej. Musiała przyznać, że była dość ładna, o jasnej cerze i oczach oraz przyjemnych rysach twarzy.

– Jaki jest stan króla? – spytała brata.

– Złamanie źle się goi, a gorączka nie ustępuje – streścił. – Łado, obawiam się, że nasz ojciec umiera.

Księżna Hazenii skinęła głową. Przeszła do przylegającej obok królewskiej alkowy, gdzie Henryk spoczywał na łożu. Na jego twarzy perlił się pot. Miał wpół przymknięte powieki. Pomyślała, że bardzo postarzał się od chwili, gdy ostatnio go widziała. Głęboko w sercu poczuła ukłucie. Chciała podbiec i uścisnąć ojca, który przecież był jej kiedyś bardzo bliski. Po chwili zwyciężyła uraza. Skłoniła się tylko, podchodząc do łoża.

– Mój królu…

Otworzył oczy i spojrzał na nią. Jego usta rozszerzył uśmiech.

– Córko… – szepnął.

Stała nieruchomo, jej twarz nie zdradzała jakichkolwiek emocji.

– Wciąż się na mnie gniewasz – stwierdził bardziej, niż spytał, a ona nie zaprzeczyła. – Masz prawo. Postąpiłem z tobą okrutnie, wiem.

Do komnaty powoli wkradała się szarość zapadającego zmierzchu. Pozbawiona emocji twarz Łady tonęła w półmroku.

– Postąpiłeś tak, jak powinien postąpić król, dlatego nie żywię do waszej wysokości urazy – odezwała się po chwili, która zdawała się wiecznością.

– Nie rozkazałem go zabić, przysięgam na Wielkiego Sola, panią Lunę i wszystkich ich Dwanaścioro Dzieci. Przysięgam na swoją duszę – zapewnił.

– Wiem – odparła. – Ale i nie powstrzymałeś biegu wydarzeń. Teraz to nieważne. Co było, to było…

– Wybaczysz mi? – jęknął błagalnym tonem. – Proszę, chciałbym odejść z tego świata w pokoju choć z najbliższymi…

– Czy wybaczę? – szepnęła.

Prośba ojca zbiła ją z tropu. Skinęła na pokojowego, nakazując mu zapalić kilka świec. W ich blasku król dostrzegł lekki błysk w jej oku. Nie był pewny, czy to łza. Wciąż nie umiał odczytać jej głęboko skrywanych uczuć.

– Przykro mi, że muszę zawieść mego króla, ale nie mam takiej mocy – odezwała się spokojnym głosem. – Powinieneś, panie, błagać o wybaczenie bogów, ja nie mogę nic zrobić.

– Łado, córko… Proszę… Ja umieram…

– Będę się zatem modliła, by Kaprun dał ci spokojną śmierć, najjaśniejszy panie – odparła tylko. – Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić, królu.

Skłoniła się nisko i wyszła z jego alkowy.

 

Stan Henryka pogarszał się coraz szybciej. Przeżył noc, podczas której czuwali przy nim przysypiający na stołkach archisolis Prochor, solis Filomen, kilku dworzan i członkowie rodziny: Grzegorz z Donną Marcją i Łada. Zbliżał się świt. Król oddychał ciężko. Archisolis obudził się i ujrzawszy przez okno rozjaśniające się niebo, zaintonował hymn ku czci Poranicy, która przemierzała niebo, anonsując wyjazd ognistego rydwanu Wielkiego Sola. Król zacharczał. Prochor przestał śpiewać i spojrzał na niego. Henryk powiódł jeszcze niewidzącym spojrzeniem po zebranych nad jego łożem i po raz ostatni zamknął oczy. Z kącika oka spłynęła mu po policzku jedna łza. Obecni kapłani zaczęli wznosić modły za duszę króla, która właśnie w tej chwili przechodziła do świata bogów. Grzegorz stał jak porażony, świadomy ciężaru, który wraz ze śmiercią ojca spadł mu na ramiona.

– Umarł król! – odezwała się Łada donośnym, pewnym głosem.

Podeszła do brata, uklękła przed nim i z szacunkiem ucałowała najpierw jego szatę, a potem prawą dłoń.

– Niech żyje król! – powiedziała głośno.

– Niech żyje król! – powtórzyli poważnymi tonami pozostali obecni.

 

Wiśnicz,27 brzeźnia roku 2091

Gdy tylko skonał król Henryk Lirwelijczyk, z Berleujścia wyruszyli posłańcy. Wysłano ich w cztery strony królestwa, by nieśli poddanym smutną wieść. Pędzili co sił w końskich nogach. Od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka. Wszędzie, gdzie się pojawiali, solisowie natychmiast uderzali w dzwony i rozpoczynali modły, upraszając łaskawości bogów dla duszy Henryka i błogosławieństwa Regula dla jego wstępującego na tron syna. Pod wieczór jeden z posłańców dotarł do Wiśnicza. Pozostawił Lucjuszowi jako dowódcy straży zamkowej wieści do przekazania, posilił się szybko, zmienił konia i ruszył dalej, na Mieniec.

Żołdacy z miejscowego garnizonu, których zadaniem było strzec bezpieczeństwa królowej Jonki, od razu podchwycili nowinę. Poczęli gorączkowo rozprawiać, próbując sobie przypomnieć jakieś informacje o nowym władcy. Zanim Lucjusz nakazał im udać się do solaru na modły, zdążyli dojść do wniosku, że młody król z pewnością będzie myślał o wojnie,. Solis rozpoczynał właśnie nabożeństwo. Przerwał śpiewanie żałobnego hymnu, gdy do świątyni wkroczyła królowa Ofka. Tłumek złożony z żołnierzy, dworzan i czeladzi rozstąpił się, pochylając przed nią głowy. Podeszła bliżej ołtarza. Solis odnotował, że na jej twarzy maluje się spokój. Nie wyglądała na pogrążoną w rozpaczy wdowę.

– Wielkiemu Solowi spodobało się powołać do gwiezdnych krain naszego najjaśniejszego pana Henryka! – obwieścił raz jeszcze kapłan.

W niejednym oku zakręciła się łza. Niewielu z obecnych miało okazję poznać Henryka osobiście. Mimo to był obecny w świadomości poddanych. Czternaście lat jego rządów odcisnęło swe piętno na obliczu królestwa.

– Wierzymy, że Kaprun dał naszemu władcy łaskę spokojnej śmierci – ciągnął solis.

Lucjusz patrzył gdzieś przed siebie. Zastanawiał się, jak zmiana na tronie wpłynie na jego sytuację. Może nowy król łaskawiej spojrzy na jego prośbę. Gdyby pozwolił wrócić na dwór i sprowadzić Bognę… Dowódca straży uśmiechnął się lekko na samą myśl.

– Módlmy się do Dwunastu, aby łaskawie przyjęli duszę monarchy i nakarmili ją miodem. – Kolejne zawołanie solisa przebiło się do umysłu Lucjusza, zmuszając go, by na powrót przybrał poważną minę.

Uczucia Ofki dalekie były od żalu. Jeśli o coś się modliła, to w duchu dziękowała bogom, że nareszcie uwolnili ją od okrutnego małżonka. Odetchnęła głęboko. W jej sercu zrodziło się nagle kojące poczucie ulgi.

– Oby bogowie nakarmili go miodem! – powtórzyli wierni.

Lucjusz zerknął kątem oka na królową i dostrzegł, że jej usta się nie poruszyły. Na jej twarzy pojawił się drwiący uśmiech.

 

Jonka,30 brzeźnia roku 2091

Późnym wieczorem czwartego dnia od śmierci monarchy zdrożony poseł wjechał na spienionym koniu na Wzgórze Natreusza.

– Najjaśniejszy pan Henryk umarł cztery dni temu o świcie! – oznajmił tylko. – Królewicz Grzegorz przejął rządy.

Słudzy archisolisa pobiegli rychło przekazać wieści Marcjonowi. Chwilę później dzwony wzniesionego przez Halcjona archisolaru przerwały wieczorną ciszę, rozbrzmiewając żałobnym tonem, by oznajmić miastu nowinę.

Dostojny pan Jacobson kładł się już do łoża, gdy usłyszał dochodzący zza okna łomot dzwonów świątynnych, do których po chwili dołączyły inne w całej stolicy.

– Sprawdź, co się dzieje – polecił słudze.

Oczekując na powrót chłopaka, stanął w oknie i wpatrywał się w pogrążone w nocnym mroku miasto. Było tak spokojnie. Delikatny wiosenny wietrzyk niósł ze sobą zapachy portu.

– Dostojny hrabio. – Głos dworzanina przerwał panu Jakubowi rozmyślania o jego ulubionej porze roku. – Archisolis Marcjon wzywa cię, panie.

– O tej porze? – zdziwił się hrabia Bytowa. – Wiesz w końcu, co się stało?

– Najjaśniejszy pan Henryk nie żyje – oznajmił zwięźle chłopak.

Jakub Jacobson znów spojrzał w okno. Poczuł dziwne ukłucie. Zawsze wydawało mu się, że wiadomość o śmierci politycznego przeciwnika przyniesie mu radość. Na dźwięk słów służącego poczuł coś wręcz przeciwnego. Przez te wszystkie lata przyzwyczaił się do Henryka. W głębi duszy musiał przyznać, że król wywiązał się z umowy, jaką zawarli przed laty: nigdy więcej nie mieszał się do zarządzania stolicą, zostawił w tym względzie panom Starej Jonki wolną rękę. Jakub musiał z niechęcią przyznać sam przed sobą, że śmierć Henryka zasmuciła go.

– Oby bogowie nakarmili go miodem – szepnął tylko, po czym nakazał słudze przygotować ubranie.

 

Wolęcin, stolica Wysp Kameńskich,1 kwietnia roku 2091

Ludwik z radością wysłuchał wyjaśnień dwórki swej żony.

– Teraz nie ma już żadnych wątpliwości, wasza wysokość, królowa nosi dziecko – oznajmiła mu tego wieczoru Florianna.

– Nareszcie. – Ludwik rozparł się na krześle. – Niech Turunal pozwoli, by był to syn!

Dwunastoletni, jasnowłosy chłopiec, który stał pod oknem, spojrzał spode łba na króla, co nie uszło uwadze Florianny. Jedyny, jak dotąd, syn władcy najwyraźniej nie ucieszył się, że jego macocha jest przy nadziei.

– Andreaszu, słyszałeś? Będziesz mieć brata! – huknął Ludwik.

Chłopak opuścił wzrok.

– Co, nie pogratulujesz swemu królewskiemu ojcu?

Andreasz tylko ukłonił się i wyszedł z komnaty.

– Ha! Twarda z niego bestia! Dobrze! – roześmiał się głośno król.

– Najjaśniejszy panie, czy przygotować wróżby? – spytała Florianna.

– Jeszcze pytasz? – burknął Ludwik. – Z rana poślij do jaskiń przeznaczenia, niech przygotują wróżby dla mojego dziecka.

Florianna skłoniła się przed królem i wyszła.

 

Dwa wieczory później Żanna wraz z królem i kilkoma służebnymi udała się poza zamek. Ujechali kilka mil, zostawili konie na granicy sosnowego lasu i stromą ścieżką powoli zeszli na sam brzeg. Delikatne fale rozbijały się o kamienie przy brzegu. Wsiedli do łodzi i pokonując niewielką zatoczkę, podpłynęli do wyżłobionej przez wodę morską jaskini. Tam wysiedli na ląd i weszli w głąb potężnej pieczary. W jej środku paliło się niewielkie ognisko, wokół którego uwijała się pomarszczona starucha ubrana w szarą tunikę. Wrzucała w ogień wodorosty i coś mamrotała. Potem wyjęła z kosza rybę, odcięła jej głowę i cisnęła w ogień. Żannie ten nieznany rytuał przypomniał składane w jej ojczyźnie ofiary Askei, bogini mórz. Wiedźma odeszła od ognia i zbliżyła się do króla, składając przed nim głęboki ukłon.

– Potrzeba jej krwi – powiedziała cicho, wskazując na Żannę.

Królowa spojrzała przestraszona na swoją dwórkę.

– Nie lękaj się, pani – uspokoiła ją Florianna. – To tylko kilka kropli, tak każe zwyczaj.

Żanna podała wiedźmie lewą rękę, bo tak zażyczyła sobie stara. Kobieta nacięła wnętrze dłoni nożem i zlała kilka kropli krwi do niewielkiego naczynka. Wróciła do ognia, podczas gdy Florianna natychmiast zabandażowała rękę swej pani. Wiedźma wlała kroplę krwi Żanny do ogniska, resztę zaś do srebrnej misy, którą miała obok i w której był jakiś płyn.

– To morska woda – szepnęła Florianna, widząc, że Żanna przygląda się z zainteresowaniem. – Teraz patrz uważnie i słuchaj, rozpocznie się wróżba.

– Wróżba? – spytała wystraszonym głosem Żanna.

– Tak, z ognia i morskiej wody stara przepowie przyszłość twego dziecka – odparła cicho Florianna.

Starucha chwyciła coś, co przypominało zrobione z morskich wodorostów kropidło, i zanurzyła je w misie, po czym obficie skropiła ogień. Zasyczało. Ognisko niemal zagasło, wzbijając kłąb dymu.

– Lwica porodzi syna i ruszy na łowy! – krzyknęła.

Usłyszawszy o synu, król pokłonił się do samej ziemi.

– Nadchodzi czas krwi! Dopełnia się przeznaczenie Starego Ludu! – Znów skropiła ognisko. – Lwi książę włoży koronę! – wykrzyknęła stara. Król ponownie dotknął czołem ziemi. – Strzeż się, ludu Kamenii, nadchodzi czas krwi!

W pieczarze zapadła cisza. Stara znów zanurzyła kropidło w misie i ponownie skropiła ogień. Tym razem musiała zobaczyć w dymie więcej, bo aż krzyknęła. Zakryła twarz i upadła na ziemię.

– Co się dzieje? – szepnęła zdezorientowana Żanna.

– Nie wiem, pani… – jęknęła Florianna, najwyraźniej także nie rozumiejąc zachowania wiedźmy.

Starucha tymczasem podniosła się i podeszła do Żanny. Uklękła przed nią i rzekła:

– Ty jesteś z rodu lwa. Stary lew, który cię zrodził, umarł. Jego krew żyje w tobie! – oznajmiła, nie ośmielając się spojrzeć jej w oczy. – Jedyny wnuk lwa, który wyda owoc. To dzięki niemu krew starego lwa przetrwa wieki, a ci, w których żyłach będzie płynąć, zasiądą na wielu tronach i na powrót zjednoczą plemiona, które mówią Wspólnym Słowem.

– Mój syn! – wykrzyknął zachwycony Ludwik.

Wiedźma spojrzała na niego surowo.

– Nie, panie. Ty tego nie doczekasz. Ani ty, lwico. Wiele krwi i łez wyleje się na ten świat, nim nadejdzie ten, którego ujrzałam, ale on przyjdzie i będzie z twojej krwi, lwico. Chroń swego syna, choć przyjdzie ci za to stracić duszę – powiedziała smutno. – Wielu przyprawisz o śmierć, aby go ocalić. On jest początkiem i końcem. Nadzieją plemion Wspólnego Słowa i rozpaczą Starej Krwi.

Żanna siedziała z rozdziawionymi ustami, nie rozumiejąc niczego z tego, co usłyszała. Stara nic już więcej nie rzekła. Zgromadzeni w pieczarze zaczęli zbierać się do wyjścia. Ludwik spochmurniał, chyba też nie pojął znaczenia przepowiedni. Gdy już wsiadali do łodzi, wiedźma podbiegła do Żanny i chwyciła jej ramię.

– Wybacz mi, lwia pani, ale to cię ochroni. – Podała jej niewielki srebrny naszyjnik przedstawiający nieznane jej stworzenie o skrzydłach i głowie ptaka, tułowiu i łapach lwa oraz ogonie ryby. – Nigdy się z tym nie rozstawaj. Gdy przyjdzie potrzeba, ochroni cię przed wrogami.

– Ochroni? – spytała Żanna, nie rozumiejąc.

– Strzeż się kamiennego orła.

Stara odwróciła się i wróciła do swojej jaskini.

 

Obóz wojsk Czcibora pod murami Gergontu w Sylwanii,16 kwietnia roku 2091

Wilhelm przybył wraz z wojskami Czcibora do Sylwanii. Podróż morzem, której tak się bał, minęła tym razem spokojnie. Upewniło go to w przekonaniu, że pani Askea naprawdę mu sprzyjała. Również w pierwszych potyczkach z miejscowymi oddziałami odniósł kilka sukcesów, czym zjednał sobie szacunek innych wojów Czcibora. Początkowe łatwe zwycięstwa rozochociły wszystkich. Postanowili wejść w głąb lądu, zagarnąć więcej łupów, a może nawet splądrować jakiś zamek. Podeszli więc pod Gergont. Kasztel był średnich rozmiarów. Jak ocenił Wilhelm, do Lensburga było mu daleko, a mimo to od ponad miesiąca bronił się dzielnie. Najwyraźniej obrońcy mieli aż nadto zapasów i spodziewali się rychłego przybycia posiłków od swego króla z twierdzy Olberoń. Czcibor był w fatalnym nastroju. Doradcy próbowali go namówić, by zwinąć obóz i ruszyć w drogę powrotną do wybrzeża, ale władca trwał przy swoim postanowieniu.

– Splądruję ten zamek, choćbym miał przegryźć mury własnymi zębami! – powtarzał.

Król siedział w namiocie w otoczeniu zaufanych rycerzy, wśród których był młody Wilhelm. Nosił się teraz na zażnicką modłę, włosy miał już dobrze za ramiona i spinał je srebrnymi ozdobami tak, jak miejscowi rycerze. Zapuścił również brodę. Siedział przy królewskim stole podczas rady wojennej i wymieniał nieprzyjazne spojrzenia z Dalgorem.

– Radźcie, moi panowie! – Król Czcibor uderzył pięścią w stół, chcąc zmusić ich do pracy. – Ludzie z twierdzy drwią z nas. Mają czas i zapasy, a dla nas każdy dzień jest cenny, bo jeśli nie zajmiemy zamku, to przegonią nas stąd posiłki z ich stolicy.

– Panie, jestem pewny, że oblężenie wkrótce złamie ich ducha – odezwał się Dalgor. – Daję im jeszcze najwyżej tydzień.

– Tydzień to długo. Armia królewska jest już ponoć w drodze. Za najwyżej dziesięć dni tu będą – wtrącił Lutogniew, sędziwy rycerz dowodzący jedną z głównych chorągwi króla.

– Nie da się tego przyśpieszyć – sapnął Dalgor.

– Mój ojciec opowiadał kiedyś – odezwał się w końcu Wilhelm – że gdy wraz z królem oblegali twierdzę zwaną Wyszków, a leżącą w widłach dwóch wielkich rzek i z jednej tylko strony odsłoniętą, musieli uciec się do fortelu.

– Fortelu… – parsknął Dalgor.

– Na czym polegał ów podstęp? – spytał Lutogniew.

– Wykonali podkop pod mury, umieścili w nim substancję, jaką przygotowali dla nich alchemicy. Ta substancja się zapalała, w ten sposób wysadzili w powietrze mury – relacjonował. – Dzięki temu powstał w nich wyłom i oblegający weszli do twierdzy.

– To jakieś czary! – Dalgor machnął tylko ręką.

– Nawet jeśli w twoim kraju tak było, my tu nie mamy takich substancji – odparł z wyraźnym zawodem Lutogniew.

– Ale może są jacyś alchemicy? – zauważył Wilhelm. – Może oni znają się na tego typu sprawach?

– Na bogów! – prychnął Dalgor. – Czy teraz, mój królu, zamiast rycerzy walczyć będą alchemicy? Toż to jakieś niedorzeczności!

– Dość! – uciął król. – Wystarczy, wyjdźcie. – Zebrani wstali i kłaniając się przed królem, zaczęli opuszczać jego namiot. – Ty, Wilhelmie, zostań.

Czcibor podszedł do stolika i rozlał wino do dwóch pucharków, jeden podał Wilhelmowi.

– Pochwalam twój pomysł. – Uśmiechnął się po chwili. – Zbierz ludzi, którzy umieją dobrze kopać, z pewnością jakichś mamy w obozie. Zacznijcie prace. I poślij po alchemików, wyciągnij ich choćby z samych piekieł – polecił. – Jeśli zdobędziesz dla mnie ten zamek, to ja dam ci, co zechcesz!

 

Lensburg,21 kwietnia roku 2091

Po pogrzebie króla Henryka, który zgodnie z jego wcześniejszym życzeniem odbył się w archisolarze w Berleujściu, Łada wróciła do Lensburga. Krzysztof bardzo się z tego ucieszył. Liczył, że żona pomoże mu rozsądzić Cecyla i Rutgera, dających sprzeczne ze sobą rady, z których niewiele w ogóle rozumiał. Wieczorem odwiedził Ładę. Spodziewał się, że zastanie ją w żałobie, dlatego zdziwiło go, gdy wchodząc do jej komnat, usłyszał chichotanie dam dworu. Gdy go zobaczyły, ucichły i na skinienie swojej pani wyszły.

– Dobry wieczór, żono. Rad jestem, że wróciłaś.

– Ja również się cieszę, mój panie. Czas bez ciebie bardzo mi się dłużył – skłamała.

– Tyle cię ominęło – zaczął, chcąc podzielić się z nią nowinami. Sam dziwił się sobie, ale nie wyobrażał już sobie, by nie rozmawiać z nią o sprawach księstwa. W przeciwieństwie do niego Łada zawsze wiedziała, co robić. – Rutger dostał nareszcie błogosławieństwo kolegium archisolisów!

– Wiem.

– Przedwczoraj przysłali wezwanie na koronację twego brata – poinformował ją następnie.

– To także wiem.

– A dziś przybył stryj Cecyl. Rozmawialiśmy o koronacji – relacjonował dalej. – Stryj uważa, że nie powinienem jechać, że jeśli najpierw będę negocjował z królem i przeciągnę złożenie mu hołdu, to wyciągnę większe korzyści.

To również już do niej dotarło. Od podczaszego, który dbał o puchary dostojnych panów w trakcie ich rozmowy, ale do tego nie zamierzała mu się przyznawać. Milczał, czekając, aż ona coś powie.

– Zrobisz oczywiście, jak uważasz, mój miły. – Podeszła bliżej. – Honor nakazywałby złożyć królowi homagium w zwyczajowy sposób, a nie wymigiwać się od tego, wyszukując przeszkody.

Usiadł na krześle, a ona stanęła za nim i zaczęła masować mu ramiona.

– Wydaje mi się poza tym, że udawanie, na przykład choroby, mogłoby sprowadzić nieszczęście.

– Może i masz rację. – Skinął głową. Jej dotyk całkowicie go zajmował. Nie myślał już o niczym innym. – Łado… Może byśmy tak dzisiejszej nocy…

Wyczuła w jego głosie błaganie. Jego skomlenie irytowało ją, ale i upewniało w tym, że miała nad nim pełną władzę.

– Nie dziś, miły – odparła cicho. – Do koronacji jest żałoba po królu. Nie chciałabym urazić jego pamięci. Kiedy już będzie po ceremonii i złożysz nowemu królowi homagium…

Skinął głową. Uradowało go, że chociaż pozwoliła mu się dotknąć.

 

Wolęcin, stolica Wysp Kameńskich,23 kwietnia roku 2091

Żanna spędziła kilka dni na rozmyślaniach nad sensem przepowiedni, którą usłyszała w jaskini przeznaczenia. Wiele razy uważnie oglądała talizman, który podarowała jej wiedźma. Nie umiała ani znaleźć odpowiedzi na pytanie, czym był ów dziwny stwór wykuty w srebrze, ani tym bardziej orzec, co mógł oznaczać. W końcu zmęczona bezowocnym poszukiwaniem rozwiązania zagadki, odłożyła naszyjnik do szkatuły z biżuterią i postanowiła po prostu cieszyć się życiem. Miała po temu powód, bo odkąd Ludwik posłyszał niezwykłą przepowiednię dotyczącą przyszłości swego syna i zobaczył, z jaką rewerencją jego żonę traktowała stara wróżbitka, zmienił się całkowicie. Żanna każdego dnia otrzymywała od królewskiego małżonka kosztowne podarunki.

Villegar czekał właśnie w komnacie dziennej, aż królowa Wysp Kameńskich przyjmie go na audiencji. Z rozkazu Ludwika przepłynął cieśninę, by przekazać najjaśniejszej pani prezent, jaki monarcha polecił dla niej sprowadzić. Żanna w końcu wyszła ze swojej alkowy. Elf ukłonił się nisko i pozdrowił ją w swoim języku. Otworzyła usta i spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Chciałem tylko życzyć ci, najjaśniejsza pani, dobrego poranka – odezwał się po kameńsku. – Jestem do twych usług.

– Dziękuję – odparła sztywno. – Z czym przybywasz?

Dla elfa tak szybkie i bezceremonialne przejście do sedna sprawy było niemal obrazą. Villegar znał już ludzi na tyle, by nie dać po sobie poznać zaskoczenia.

– Pochodzisz z królestwa Jonki, miłościwa pani, prawda? – zagaił tylko.

– Owszem – odparła, świdrując go wzrokiem.

Odkąd była w ciąży, rzadko opuszczała wolęcińską twierdzę. Nieczęsto więc widywała istoty Starej Krwi. Ich widok nie przestawał jej zadziwiać. Nie chciała, by odziany w kosztowne szaty gość o nienagannych manierach odczuł jej skrępowanie. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że w obecności elfa zawsze czuła się nieswojo.

– Jonka to przepiękne miasto – odezwał się znowu. – Nigdy tam nie byłem, ale mój dziad odwiedził je ongiś. Król Gumuncjusz przyjął go na swoim dworze.

Żanna wybuchła nagłym śmiechem.

– To niemożliwe – odparła, starając się opanować. – Gumuncjusz zmarł przed wieloma wiekami. Twój dziad, panie, nie mógł go znać!

Elf uniósł tylko brew, a ona zrozumiała, jak wielką gafę właśnie popełniła.

– Wybacz… – szepnęła.

Poczuła złość. Czy jego obecność aż tak ją krępowała? Po jakie licho przepraszała tego odmieńca?!

Villegar chyba odczytał jej emocje, bo postanowił przejść do rzeczy.

– Najjaśniejszy pan Ludwik zamówił u mnie coś szczególnego dla ciebie, pani. – Klasnął w dłonie i do komnaty weszły dwie dziewczyny, niosąc suknię. – Najwspanialsze odzienie dla najcudowniejszej królowej, tak zażyczył sobie twój mąż, królowo.

Z początku od prezentu Żannę bardziej zainteresowały dziewczęta. Były o wiele wyższe od niej. Od razu zorientowała się, że muszą być elfkami. Zlustrowała ich oblicza i stwierdziła, że gdyby były nieco niższe i miały odrobinę pełniejsze twarze, mogłyby nawet uchodzić za Lirwelijki. Odrzuciła tę dziwną myśl i zerknęła na suknię. Była naprawdę niepowtarzalna.

– Dotknij, najjaśniejsza pani – zachęcił Villegar.

Żanna podeszła i wyciągnęła dłoń. Materiał, z którego uszyto kreację, był wyjątkowo miękki.

– Próżno szukać takich tkanin nawet w tkalniach waszego Orrońska, prawda, pani? – Elf uśmiechnął się z dumą. – Weź do ręki, królowo, zobacz, jaka jest lekka.

Żanna wykonała jego polecenie. Musiała przyznać, że suknia naprawdę niewiele waży.

– Życzę sobie ją przymierzyć – odparła szybko.

– Oczywiście, królowo. – Elf skinął głową. – Czy chciałabyś, aby moje dziewczęta pomogły ci?

– Nie! – pisnęła natychmiast. Myśl, że elfki miałyby ją oglądać w czasie przebierania, wydała się jej cokolwiek dziwaczna. – Moje dwórki z pewnością sobie poradzą – dodała, chcąc złagodzić wydźwięk pierwszej odpowiedzi.

Pstryknęła palcami na Floriannę i pozostałe służki. Raz jeszcze zerknęła na suknię i uśmiechnęła się pod nosem. Na dworze ojca nigdy takiej nie wiedziała. „Jakże Łada by mi zazdrościła!”, przemknęło jej przez myśl.

Miała już wycofać się do alkowy, by przymierzyć suknię, gdy drzwi komnaty nagle się otwarły. Królewicz Andreasz wpadł do środka, nie zwracając nawet na nią uwagi. Powitał elfa w ich języku, ściągając na siebie wściekłe spojrzenie Żanny. Villegar odpowiedział mu skinieniem głowy. Widząc wyraz twarzy królowej, postanowił odpowiedzieć po kameńsku:

– Jakże rad jestem widzieć cię, mój królewiczu. To zaszczyt dla mnie, że następca kameńskiego tronu przyszedł mnie powitać!

Słysząc słowa o sukcesji, Żanna instynktownie dotknęła swojego brzucha. Przez głowę przemknęło jej, że elf specjalnie odpowiedział chłopcu w kameńskim tymi słowy, aby ją obrazić.

– Drogi wuju! – Andreasz tylko uścisnął Villegara.

Żanna spojrzała na chłopca i dostrzegła w jego rysach podobieństwo do elfa. Dopiero teraz przypomniała sobie plotki, które do niej docierały. Wszak jego matka była ćwierćelfem. Nagle suknia i wszystkie miłe słowa, które wypowiedział Villegar, przestały mieć znaczenie.

 

Obóz wojsk Czcibora pod murami Gergontu w Sylwanii,24 kwietnia roku 2091

Czcibor był już mocno poirytowany przedłużającymi się pracami nad tunelem. Zwiadowcy donosili, że posiłki królewskie lada dzień dotrą pod mury oblężonej twierdzy, a wówczas to oblegający znaleźliby się w potrzasku. W południe wezwał Wilhelma do swego namiotu. Młodzieniec był brudny od błota. Większość czasu spędzał pod ziemią, wraz ze swoimi podwładnymi przygotowując tunel.

– Jeśli dobrze obliczyliśmy, królu, jesteśmy już pod samym murem. Musimy tylko do wieczora podstemplować wykop, aby zawczasu się nie zawalił – relacjonował. – Muszę też sprawdzić, czy alchemicy są gotowi.

– Znaleźli sposób? – dopytywał Czcibor.

– Tak, królu. Powiadają, że przygotowali jakąś miksturę, która pod wpływem iskry zapala się od razu i wybucha po chwili. Jeśli jej siła rażenia będzie wystarczająca…

– Jeśli, jeśli, jeśli… – wtrącił Dalgor. – Królu, wybacz, ale jeżeli do wieczora nie zdobędziemy twierdzy i nie zagarniemy jej zapasów, nie zdołamy bez strat wycofać się do naszych okrętów.

– Słyszałeś, Wilhelmie? – spytał król. – Daję ci czas do wieczora. Nie zawiedź mnie.

Wilhelm skłonił się przed władcą. Po wyjściu z namiotu udał się do alchemików, którzy przekazali mu dzban zawierający ciekłą substancję w rudawym kolorze.

– Uważaj na nią, młodzieńcze. Jeśli ci upadnie, spalisz pół obozowiska – przestrzegli go.

Powoli, cały czas zgarbiony, Wilhelm szedł wykopanym tunelem. Tu i ówdzie sypała się na niego ziemia. Wiedział, że tunel nie jest porządnie podstemplowany. Nie było na to dość czasu, zwłaszcza w jego końcowej części, w pobliżu murów.

Słońce chyliło się już ku zachodowi. Król Czcibor ze swoimi wojami czekał w umówionym miejscu, skąd miał uderzyć na wyłom, jaki wybuch uczyniłby w murze. Trzech ludzi i Wilhelm wyczołgali się z tunelu.

– Gotowe, królu – oznajmił Wilhelm, podchodząc do monarchy. – Teraz trzeba tylko odpalić lont.

– Zrób to! – polecił rozgorączkowany król. – Natychmiast! Szkoda czasu do stracenia!

– Można to zrobić dopiero w tunelu, im bliżej jego końca, tym większa szansa, że lont nie zagaśnie – pouczył władcę.

– Idź – nakazał mu po chwili zastanowienia. – Niech chronią cię moi i twoi bogowie.

Wilhelm wślizgnął się z powrotem do wejścia do tunelu i pochylony ruszył przed siebie. Doszedł daleko za połowę. Schylił się i wykrzesał ogień, podpalił lont. Iskra szybko ruszyła przed siebie. Wiedział, jak mało miał czasu. Ruszył ku wyjściu najszybciej, jak tylko było to możliwe, gdy się idzie zgiętym wpół. Niecierpliwie wpatrywał się w światło, które już majaczyło na końcu jego drogi.

Król i jego ludzie także czekali w napięciu. Nagle usłyszeli przed sobą głuche dudnienie dochodzące od strony zamkowych obwarowań. Wokół muru coś zaszumiało, zrobiło się mglisto, tak jakby wiatr podniósł potężny tuman piachu. Mur lekko się przechylił, po czym pękł w dwóch miejscach, kamienie poczęły spadać na ziemię.

– Udało się! Huuuuuraaaaa! – Głośne krzyki wydostały się z gardeł dwóch setek ludzi króla.

– Naprzód! – wrzasnął Czcibor i na czele swoich zbrojnych ruszył w kierunku wyłomu w murze.

 

Nie minęły dwie godziny od momentu, gdy atakujący wdarli się na rumowisko muru obronnego twierdzy, i jej komendant dostrzegł bezsens dalszego oporu, poddając zamek Czciborowi.

– Nie na wiele ci się to zda, królu Czciborze – powiedział hardo, składając przed władcą Zażnicji swoją broń. – Jutro w południe dotrze tu armia mojego władcy.

– Jutro w południe nas już tu nie będzie, ale twoje złoto i zapasy pozwolą nam wrócić do naszych okrętów – odparł mu Czcibor.

W pośpiechu załadowali najcenniejsze trofea na wozy, zabrali zapasy, a znaleźli ich całkiem sporo, i o świcie rozpoczęli odwrót ku wybrzeżu, gdzie czekały ich okręty. Król rozejrzał się jeszcze po swoich ludziach.

– Gdzie Wilhelm? – spytał, nie mogąc go nigdzie dostrzec.

Znaleźli młodzieńca leżącego opodal końca tunelu. Najwyraźniej wybuch nastąpił w momencie, gdy dopadł wyjścia. Nie był ranny, trochę tylko poturbowany i oszołomiony. Przytomność odzyskał tego samego dnia pod wieczór. Żałował, że ominął go szturm na twierdzę.

 

Odwrót do wybrzeża okazał się trudniejszy, niż sądzili. Każdego dnia naciskały ich idące za nimi wojska króla Sylwanii. Spokoju nie dawały im także niewielkie podjazdy wroga, które raz po raz znienacka zaciekle atakowały, zabijając wielu ludzi, a potem znikały tak szybko, jak się pojawiały. W końcu, po trzech dniach i nocach marszu, dotarli do niewielkiej przystani, gdzie czekały łodzie. Ich okręty stały u wyjścia z niewielkiej zatoczki. Musieli się śpieszyć. Jak poinformował kapitan flotylli, tylko do świtu mogli liczyć na korzystny wiatr pozwalający wypłynąć na pełne morze. Cały wieczór i noc ładowali więc ludzi i łupy, przewożąc łodziami na okręty.

– Panie, jesteśmy już gotowi – zwrócił się Dalgor do króla, gdy niebo powoli różowiało. – Lepiej będzie, jeśli ty też wsiądziesz do łodzi.

Czcibor skinął głową. Wilhelm miał już ruszyć za władcą. Powiódł jeszcze wzrokiem po linii lasu, który rozciągał się wzdłuż niewielkiej przystani. Jego uwagę zwrócił jakiś ruch. Przez chwilę myślał, że to zwierzę poruszyło gałęzią, ale zaraz potem ujrzał kształt człowieka napinającego łuk.

– Uważaj, panie! – krzyknął Wilhelm i rzucił się w kierunku króla.

Osłonił go tarczą, w którą dosłownie w tej samej chwili wbiła się strzała.

– Do łodzi! – ryknął Czcibor. – Żwawo!

Ostatni ludzie wbiegali do łodzi. Na lądzie pojawiło się kilkunastu łuczników, którzy poczęli siec ich strzałami. Dołączali do nich kolejni. Ludzie Czcibora też nie pozostali im dłużni, ostrzeliwali wrogów z łuków i kusz. Wioślarze tymczasem zaczęli swoją pracę. Łodzie powoli ruszyły ku stojącej u wyjścia z zatoki flotylli zażnickiej.

Kiedy byli już bezpieczni na pokładzie flagowego okrętu króla, Czcibor podszedł do Wilhelma i położył mu dłoń na ramieniu.

– Dałeś mi tę twierdzę, jak obiecałeś. A dziś o świcie drugi raz ocaliłeś mnie od śmierci. Nie zdołam spłacić ci tego długu, ale jestem gotów dać wszystko, o co poprosisz.

– Nie pragnę niczego poza twoją przyjaźnią, królu. – Wilhelm uśmiechnął się tylko.

W myślach przemknęło mu też inne życzenie, ale tego, czego naprawdę pragnął, nie mógł otrzymać od króla Czcibora.

 

Jonka,13 trawnia roku 2091

Przygotowania do koronacji pochłonęły mnóstwo czasu i jeszcze więcej złota. Większość dnia poprzedzającego uroczystość Grzegorz spędził w Tyczyniu, by dopiero pod wieczór zbliżyć się do murów Jonki. Zwyczaj nakazywał, by król noc przed koronacją spędził na przedpolach miasta i o brzasku wjechał do stolicy. Przy głównym trakcie ustawiono kilka potężnych namiotów. Zmęczony Grzegorz postanowił jeszcze przed snem odwiedzić żonę. Krzątała się w przeznaczonym dla niej namiocie, pouczając dwórki co do swojego stroju. Na dzień koronacji przygotowano dla królowej aż trzy odświętne suknie: jedną na wjazd do miasta, drugą na homagium, a trzecią na wieczorną ucztę. Każda strojniejsza była od pozostałych. I każda kosztowała tyle, ile wynosił roczny dochód barona.

– Najdroższy! – Marcja zaćwierkała radośnie na widok Grzegorza. – Jakże jestem ci wdzięczna za to wszystko, miły mój!

Król tylko cmoknął ją w czoło i przysiadł na brzegu łoża ustawionego na środku namiotu. Marcja powiedziała jeszcze coś, czego nawet nie odnotował. Podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu. Wyczuła napięcie mięśni. Przysiadła obok. Nie powiedziała nic, tylko dotknęła nosem jego policzka, pocałowała w szyję. Westchnął przeciągle i objął ją ramieniem. Ledwie zauważalnym ruchem głowy nakazała dwórkom opuścić namiot.

– Nie obawiaj się, miły. – Uśmiechnęła się ciepło. – Teraz to ty tworzysz własną historię.

Dotknął dłonią jej policzka. Pocałował ją, przesuwając rękę niżej, na pierś żony. Pod wpływem ciepła jej ciała dręczący go niepokój zaczął ustępować.

 

Mury jonkijskiego archisolaru, który począł wznosić Halcjon przed ponad dwunastoma wiekami, pięły się na sto stóp w górę, lśniąc jasnym kamieniem w promieniach wschodzącego nad miastem słońca. Potężna, masywna bryła budowli górowała nad Wzgórzem Natreusza. O świcie, zgodnie z obyczajem, orszak wjechał przez Bramę Orrońską. Na przedzie kroczyli muzykanci i heroldzi. Za nimi na wspaniałym białym koniu jechał Grzegorz przystrojony w srebrną tunikę i szkarłatny płaszcz. Obok niego, równie strojnie ubrana, podążała Donna Marcja z Gentu, która już za kilka godzin miała zostać królową Marcją z Jonki. Dalej sunęli baronowie królestwa poprzedzani swoimi chorążymi i w otoczeniu przybocznych. Gdy król i królowa minęli już Podwale i wjeżdżali na Targ Drzewny na Starym Mieście, koniec pochodu dopiero przekraczał Bramę Orrońską. Tak długi korowód ciągnął tego dnia przez stolicę. Nieopisany hałas ciżby wykrzykującej z radością imiona pary monarszej powitał ich, gdy dotarli na obszerny Plac Przystani Królewskiej, zwanej tak dlatego, że tutaj miały zwyczaj przybijać statki królewskie. Zdarzało się tak, gdy niegdyś monarchowie przybywali do Jonki morzem. Przejechali następnie przez przedmieścia szerokim traktem u podnóża Wzgórza Roberta, a potem, minąwszy po lewej ręce Nowy Port, wspięli się na Wzgórze Natreusza.

Przed wejściem do Wielkiej Świątyni powitali króla archisolisowie. W ich otoczeniu nowy władca wkroczył do środka. Chór śpiewał uroczyste hymny na cześć Wielkiego Sola, pani Luny i Dwunastu. Zgodnie z uświęconym zwyczajem koronacja rozpoczęła się od namaszczenia. Grzegorz z pomocą solisów zdjął płaszcz i tunikę, zostawiając na sobie tylko spodnią koszulę. Stanął przed obliczem bogów onieśmielony i drżący. Świętym olejem, który podobno dał pierwszym królom Jonki sam Regul, pomazano mu dłonie, czoło i pierś. Wtedy mógł ponownie założyć tunikę.

– Bogowie wzywają cię, byś złożył przysięgę! – zawołał mocno wzruszony archisolis Marcjon.

– Ja, Grzegorz, syn Henryka, z rodu Lirwelii – zaczął – prawowity król Jonki, zwierzchni książę Slawinii, Porawia, Hazenii Górnej i Dolnej, hrabia Lirwelii i Rozanii, wymienionych ziem pan i dziedzic, uroczyście przysięgam przed obliczem Wielkiego Sola, pani Luny i wszystkich Dwunastu – recytował, a z każdym słowem jego głos stawał się mocniejszy – że odtąd aż po dzień swojej śmierci chronić będę lud Jonki przed jego wrogami, nie pozwolę uszczuplić jej granic ani nie uczynię niczego przeciw prawu bogów.

Archisolis Bogalandu, któremu na imię było Zenobiusz, podał Marcjonowi koronę królów Jonki. Ten chwiejnym krokiem podszedł do Grzegorza i nałożył mu ją na głowę.

– Niech Regul, król królów i szafarz koron, odtąd cię prowadzi i strzeże – wyrecytował Marcjon. – I niech obdarzy cię długim panowaniem.

Po tych słowach Grzegorz wstał, a stojący wokół niego archisolisowie uklękli przed nim, nie wyłączając Marcjona, który potrzebował pomocy aż dwóch sług, aby móc sprostać temu zadaniu.

Gdy Grzegorz wyszedł ze świątyni, ponownie w srebrnej tunice i szkarłatnym płaszczu i już z koroną na głowie, tłum ryknął ogłuszającą salwą wiwatów. Gapie niedługo mogli podziwiać monarchę, bo prosto po wyjściu ze świątyni przeszedł wraz z oficjelami na drugi koniec obszernego placu do pałacu królewskiego. Wielka sala, której wysokie sklepienia wsparto na smukłych kolumnach o rzeźbionych kapitelach, przybrana była odświętnie w królewskie barwy srebra i purpury. Potężne, koliste, przypominające korony świeczniki napełniały wnętrze ciepłym światłem świec. Król żwawym krokiem pokonał odległość od wejścia do podwyższenia, po czym zasiadł na tronie pod kamiennym orłem.

Nadszedł czas na homagium, podczas którego dwunastu najważniejszych baronów królestwa, poczynając od najprzedniejszych rodów Jonki, a kończąc na jej lennikach, składało pod stopami króla swoje miecze, przekazywało chorążemu władcy swoje chorągwie i całowało monarszą szatę i pierścień. Gdy nadszedł czas, herold wywołał Krzysztofa.

– Hazenio! Oto twój prawdziwy król, podejdź i złóż mu pokłon!

Krzysztof stał w pierwszym rzędzie, po jego prawej stronie stał stryj Cecyl, po lewej – Łada. Spojrzał po kolei na nich oboje, jakby jeszcze raz chciał spytać o zdanie, i ruszył do przodu. Gdy zbliżał się do stopni tronu, jego stryj i żona wciąż mierzyli się wzrokiem, chcąc sprawdzić, które z nich dłużej wytrzyma. Krzysztof tymczasem ukląkł przed tronem, wyjął swój miecz i złożył pomiędzy innymi, a potem ucałował kolejno szatę nowego władcy i jego królewski pierścień. Łada odetchnęła z satysfakcją.

 

Blakownik w Królestwie Zażnicji,17 trawnia roku 2091

Lud miasta tłumnie wyległ na ulice, by powitać króla Czcibora wracającego z wcale udanej kampanii łupieżczej. Wilhelm z ogromną radością zszedł na ląd. Choć już nie bał się żeglować, to nadal tego nie lubił. Dlatego gdy tylko mógł, poprosił króla o pozwolenie i oddalił się od tłumu na nabrzeżu. Znów kupił mewę i udał się na pagórek za miastem, gdzie był uprzednio już dwukrotnie. Choć wyglądał jak każdy inny z wojów króla Zażnicji, wciąż kultywował wiarę i tradycję przodków. Ukręcił ptakowi łeb i złożył go w ofierze, dziękując bogini mórz za szczęśliwy powrót. Zanim wrócił do siedziby króla, zajrzał jeszcze do znajomego kantoru w dzielnicy handlowej.

– Ledo, mój druhu! – przywitał go radośnie Julius. – Jakże się cieszę, widząc cię w zdrowiu! Choć może powinienem powitać rycerza Wilhelma von Kolbie?

Młodzieniec uśmiechnął się pod nosem. Julius miał rację. Wilhelm nie musiał już ukrywać nazwiska. Nikt go nie ścigał i nie dybał na jego życie. Myśl ta przynosiła ulgę, ale i ból, przypominała bowiem o wszystkim, co w poprzednim życiu było mu bliskie, a co utracił.

– Zostańmy przy Ledo – odezwał się po chwili. – Ja też rad jestem, że i tobie bogowie zsyłają zdrowie.

– Zsyłają zdrowie i pomyślność – zapewnił Julius. – Chodź, usiądź. Napij się ze mną wina. Prosto z winnic Morawy Slawińskiej. – Podał mu pucharek. – Wczoraj przyszła karawana. Siedem tygodni wędrowali z Berleujścia. Imponujący wynik. I wyobraź sobie: bez strat!

Wilhelm łyknął wina i westchnął przeciągle. Dawno nie pił trunku z rodzinnych, jak by nie patrzeć, stron.

– Przywieźli też wieści. I to jakie! – Klasnął dłonią o kolano. – Wyobraź sobie: dzień przed ich wyjazdem król Henryk oddał ducha bogom!

– Henryk umarł? – zdziwił się Wilhelm.

– Umarł, umarł. Ponoć połamał się, spadając z konia, i już nie wrócił do sił. Pewnie teraz mają już w Jonce nowego króla…

– Grzegorza – dokończył za niego młodzieniec. – A czy są jakieś wieści o… – Wilhelm nie wiedział, jak spytać o Ładę i swoich bliskich. – O innych z dworu?

– Pytasz mnie o ród von Kolbiech, prawda, przyjacielu? – Julius uśmiechnął się wymownie. – Po ojcu tytuł otrzymał młodszy syn, ożenili go z córką króla.

Wilhelmowi oczy stanęły w słup. Bo jak to, Żannę mieliby wydać za Krzysztofa, jemu odmawiając Łady?

– Mówią, że to niezwykła kobieta. Lud wychwala ją, jakby była samą miłosierną Luną, a baronowie nienawidzą i boją się jak zarazy.

Wilhelm też się uśmiechnął, choć nie bardzo potrafił wyobrazić sobie księżniczkę Żannę dyrygującą jego bratem, stryjem i kuzynami.

– Dziwny pomysł, ożenili Krzysztofa von Kolbiego z Żanną… – powiedział na głos.

– Nie, nie z Żanną, ta poszła za króla Kamenii – poprawił go. – Z tą drugą. Jak jej było…

– Łada…

Młodzieniec gwałtownie wstał. W oczach mu pociemniało.

– Ejże, druhu, co ci jest? – spytał zaskoczony Julius.

– Pójdę już, wybacz – szepnął tylko Wilhelm. – Król będzie mnie potrzebował.

– Zrobisz, jak zechcesz, Wilhelmie von Kolbie, ale ja uważam, że powinieneś wrócić do domu – poradził mu Julius.

Wilhelm potrząsnął głową.

– Mówiłem ci już, Wilhelm von Kolbie nie żyje. Jestem Ledo i nie mam domu. Dziękuję za wino, druhu.

 

Jonka,22 trawnia roku 2091

Lud Jonki pokochał młodego króla, szczególnie że ten organizował coraz to nowe uczty i igrzyska, przeciągając czas świętowania swojej koronacji. Dziewięć dni hulanek i zabaw, ostentacyjnego zbytku i bezprzykładnej rozrzutności, jakich mieszkańcy Jonki od dziesięcioleci nie mieli okazji oglądać. W całym chyba zbliżającym się do końca stuleciu nie wypito tyle miodu, wina czy piwa, ile w czasie tego niekończącego się festiwalu.

Ileż było w tym wszystkim szczerej radości! Po latach rządów nieudolnego Wilhelma I, po katastrofie wojny, po czternastu wiosnach surowego panowania Henryka z Lirwelii szło nareszcie nowe. Młody król, który miał przed sobą zadanie przywrócenia miastu i królestwu jego dawnej chwały. Serca możnych i mieszczan, którzy wspólnie bawili się w tych dniach, przepełniała nadzieja.

Marcja szybko znalazła swoje miejsce na dworze. Dobrze czuła się w stolicy. Łagodny, morski klimat miasta przypominał jej rodzinny dom. Cieszyli się właśnie rześkim, słonecznym porankiem po kolejnej wspólnej upojnej nocy. Pokojowi podali królewskiej parze śniadanie. Grzegorz opowiadał żonie o swoich upodobaniach kulinarnych. Do komnaty wszedł Gniewko, ledwie kilka dni wcześniej mianowany dowódcą straży przybocznej.

– Najjaśniejszy panie… – zaczął, kłaniając się monarszej parze.

– Nie teraz, przyjacielu. – Grzegorz się uśmiechnął. – Widzisz przecież, że spożywamy śniadanie.

– Wybacz, wasza wysokość, ale dostojny pan Jakub Jacobson życzy sobie rozmawiać z tobą natychmiast – odparł Gniewko.

Grzegorz skrzywił się i odłożył kubek z lekkim jasnym piwem.

– Dostojnemu panu Jacobsonowi wciąż wydaje się, że to on dyktuje warunki w tym pałacu – zauważył tonem zdradzającym irytację.

– Miły, może jednak z nim porozmawiasz – szepnęła Marcja, nachylając się do męża. – Dostojny pan Jacobson jest drażliwy, a nam powinno zależeć, by mieć go po swojej stronie. Tak przynajmniej mówił archisolis.

Grzegorz pokręcił głową, dając wyraz swemu zniecierpliwieniu. Podniósł się z krzesła. Podszedł do królowej, nachylił się i namiętnie ją pocałował. W końcu powolnym krokiem ruszył za Gniewkiem.

– Życie króla jest takie ciężkie… – rzucił jeszcze, uśmiechając się do Marcji.

Pomysł porannego spotkania z baronem nieszczególnie przypadł mu do gustu. Wszedł do izby, gdzie czekał na niego gość, i spojrzał na niego z ukosa. Pan na Miastku, Rozgardzie i Leopolu pokłonił się władcy, po czym od razu przeszedł do rzeczy.

– Archisolis Marcjon upoważnił mnie do tej rozmowy, najjaśniejszy panie – zaczął. – Otrzymał pilne wieści od archisolisa Prochora…

– Dlaczego czcigodny Marcjon sam do mnie nie przybył?

– Zaniemógł. Ma blisko osiemdziesiąt wiosen, w tym wieku to niestety normalne. Możemy wrócić do sprawy? – powiedział nieco bardziej stanowczo Jacobson. Grzegorz skinął tylko głową. – Archisolis Prochor ponagla cię, najjaśniejszy panie, do powrotu do Berleujścia. Wraz z czcigodnym Marcjonem uważamy, że należy dać mu do zrozumienia…

– Wyjadę za kilka dni – burknął król znudzonym tonem. – To wszystko?

Jacobson zmierzył swego monarchę chłodnym wzrokiem.

– Zamierzasz wyjechać z Jonki? – spytał zaskoczony.

– Skoro Prochor twierdzi, że w Berleujściu czekają na mnie pilne sprawy.

– Sądziłem, najjaśniejszy panie, że przeniesiesz kancelarię i dwór do Jonki. Właśnie taką odpowiedź dla Prochora przygotowaliśmy z Marcjonem.

Grzegorz uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: czyżby? Zaskoczenie, jakie odmalowało się na twarzy barona, szczerze go rozbawiło.

– Najjaśniejszy panie, Jonka jest twoją stolicą – odezwał się ponownie Jacobson. – Naturalne powinno być, że to właśnie stąd będziesz władał swoim królestwem. Tak czynili twój dziad, Robert Prawy, i jego przodkowie.

– Mój ojciec rządził z Berleujścia – zauważył Grzegorz.

Jacobson znów posłał władcy chłodne spojrzenie.

– Czy to wszystko? – spytał zniecierpliwiony monarcha.

– Tak, najjaśniejszy panie, sądzę, że to już naprawdę wszystko… – odparł spokojnie Jacobson, kłaniając się wychodzącemu królowi.

 

Marcji nie uradowała perspektywa rychłej podróży. Jonka z jej morskim klimatem i starymi budynkami rozłożonymi na wzgórzach wyrastających ponad ramionami ujściowymi Fiuminy niezwykle jej się spodobała. Wieczorem, gdy już znaleźli się w królewskiej alkowie, próbowała przekonać męża.

– Może dostojny pan Jakub ma rację – szepnęła mu do ucha. – Jonka jest stolicą. W dodatku lud cię wielbi. Może moglibyśmy zostać.

– Jacobsonowi nie chodzi o stolicę ani o jej tradycje, ani tym bardziej o lud. – Grzegorz przeciągnął się w łożu jak dziki kot. – Chodzi mu tylko o władzę. Wie, że jeśli zostanę, będzie mógł wywierać na mnie nacisk, a na to nie mam ochoty.

– Mężu, wszak jesteś królem, ty sam decydujesz, kogo chcesz umieścić w radzie…

– Nie rozumiesz, najmilsza, to zawiłe sprawy. – Wyciągnął rękę i pogładził włosy żony.

Marcja odczytała w jego głosie nutkę lekceważenia. Uniosła się na łokciu i uśmiechnęła kokieteryjnie.

– Zatem wytłumacz mi, mój królu. – Jej głos brzmiał miękko, ale stanowczo.

Grzegorz spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Uśmiechnął się pod nosem i odezwał:

– Jacobson nie musi być w radzie ani piastować jakiejkolwiek godności. Nawet siedząc w swoim zamku w Bytowie, ma wpływ na wszystko i wszystkich. Nie ma w Starej Jonce barona, który by mu się sprzeciwił. Zostając w stolicy, będę na nich skazany.

– I dlatego wolisz przed nimi uciec niż rzucić im wyzwanie.

Grzegorz nie dał po sobie poznać, że jej słowa go dotknęły.