Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Argumenty za porządkiem politycznym opartym na suwerennych państwach narodowych.
Proponuje się dziś nowy „liberalny imperializm”, który zastąpi stary porządek oparty na logice niepodległych, samostanowiących państw narodowych. To imperium ma nas uratować od zła nacjonalizmu. Czy to dobra droga? – pyta Yoram Hazony w swoim bestsellerze „Pochwała państwa narodowego”.
Od polityki „America First” Donalda Trumpa, przez Brexit, po powstanie prawicy w Europie, wydarzenia wymusiły kluczową debatę: czy powinniśmy walczyć o międzynarodowy rząd? A może narody świata powinny zachować swoją niezależność i samostanowienie? W książce „Pochwała państwa narodowego” Yoram Hazony twierdzi, że świat suwerennych narodów jest jedyną opcją dla tych, którym zależy na wolności osobistej i zbiorowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 411
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Teologia Polityczna istnieje i rozwija się dzięki wsparciu życzliwych osób, którym składamy serdeczne podziękowania.
Honorowymi darczyńcami pierwszego polskiego wydania książki „Pochwała państwa narodowego” zostali: Pan Rafał Kania, Pan Łukasz Turkowski oraz Darczyńca pragnący pozostać anonimowym.
Książka ukazała się dzięki finansowemu wsparciu naszych Darczyńców. Bez ich hojności działalność środowiska Teologii Politycznej nie byłaby możliwa.
Współwydawcami tego tomu zostali:
Michał Appelt, ks. dr hab. Przemysław Artemiuk, Rajmund Bacewicz, Emilia i Tomasz Badurkowie, Magdalena Bajer, Erwin Bakalarz, Michał Balcerzak, Anita Balcerzak-Michalska, Michał Barta, Robert Basałaj, Anna Baterowicz, Artur i Maria Bazakowie, Konrad Bączek, Tomasz Berent, Damian Białek, Jan Bielaszewski, Jarosław Bobulski, Ryszard Bojke, Ewa Bokiniec, Alexandre Bondarev, Jan Bondyra, Jerzy Borkowski, ks. Jerzy Borowiec, Adam Boykow, Krzysztof Bożym, Jerzy Bracisiewicz, Krzysztof Brzechczyn, Patryk Brzozowski, Mariusz Buchaniewicz, Agata Buchholtz, Marta Burek, Krzysztof Bystram, Andrzej Cehak, Ewa Chalimoniuk, Sergiusz Chądzyński, Anna Chomętowska-Kontkiewicz, Patrycja Cicha i Piotr Cichy, Wojciech Ciećwierz, Róża i Jerzy Cieślińscy, Jarosław Cymerman, Małgorzata Czajkowska, Witold Czapp, Dawid Czekała-Karpiński, Monika i Marek Czekańscy, Adam Czepielik, Robert Czernisz, Marek Czowicki DMC, ks. Antoni Czyżewski, Anna Czyżkowska, Dorota i Piotr Dardzińscy, Wojciech Sława-Darkiewicz, prof. Jacek Daroszewski, Urszula i Dariusz Dąbrowscy, Dariusz Deka, prof. Dobrochna Dembińska-Siury, Dariusz Derda, Michał Derdak, Piotr Derejczyk, Grażyna Dłubała, Paweł Długosz, Łukasz Doktór, Danuta i Krzysztof Domareccy, Paweł Drobny, Dominika i Krzysztof Drysiowie, prof. Antoni Dudek, Waldemar Dudek, Róża i Marcin Dziekiewiczowie, Piotr Dziewicki, Jacek Ebertowski, Danuta i Krzysztof Ebnerowie, Jadwiga i Marcin Emilewiczowie, Andrzej Fedirko, prof. Barbara Fedyszak-Radziejowska, Małgorzata Fengler, Katarzyna Górska-Fingas i Bartosz Fingas, Anna i Andrzej Fister-Stoga, Małgorzata Flis, Norbert Frejek SJ, Marcin Gackowski, Radosław Gadzinowski, Dariusz Gajzler, Krzysztof Galeja, prof. Magdalena i prof. Dariusz Gawinowie, prof. Maria Gintowt-Jankowicz, Adam Gniazdowski, Paweł Gniazdowski, Witold Gorecki, Arkadiusz Gosławski, Dominik Goślicki, Dariusz Góra, Michał Góra, Marcin Grabarczyk, Piotr Grabowiec, Roman Graczyk, Piotr Grauer, Jaromir Greń, Michał Gronkiewicz, Mariusz Grunt, Jolanta Domańska-Gruszka i Mirosław Gruszka, bp prof. Jacek Grzybowski, Alicja i Krzysztof Gurajowie, Artur Gut, Tomasz Gworek, Katarzyna Hackenberg, Magdalena i Maciej Hajdulowie, Karol Handzel, Dorota Heck, Katarzyna i Tomasz Herbichowie, Tomasz Horubała, Wojciech Iwanecki, Andrzej Iwaniuk, Tomasz Iwasiów, Michał Jach, Marta Jachimiak, Patryk Jaki, Jadwiga Jakubas-Przewłocka, Jacek Jakubiak, Adam Jankowski, Mirosław Jarzynowski, Zbigniew Jasiołek, Beata Jastrzębska-Gawron, Michał Jeżewski, Roman Jędrzejczak, Piotr Jozwiak, Ludwik Jurek, Beata Juszczyk, Jakub Kaczmarski, Mateusz Kaczmarski, Wojciech Kaczor, Aleksandra Kaiper-Miszułowicz, Rafał Kania, Edwin Kaniuk, Piotr Kapela, Elżbieta i Zbigniew Kaproniowie, Anna i Dariusz Kardasiowie, Adrian Kędzierski, Anna Kępa, Katarzyna Kępa, Malwina Kęsicka, Wanda Kierys, Marek Kiliszek, Gerard Kilroy, Jerzy Knopik, dr hab. Jacek Kobus, Marta Hozer-Koćmiel i Marek Koćmiel, Róża i Jerzy Kogutowie, Michał Kokorniak, Jerzy Kolarzowski, Dominik Kolbusz, Ryszard Kolczyński, Tomasz Kołakowski, Maria Kołek, Grzegorz Kołodziej, Marek Kołosowski, Magdalena i Artur Komorowscy, Waldemar Kopciuch, Barbara i Jakub Koprowie, Krzysztof Kotowski, Krzysztof Kotrasiński, Krzysztof Kowalczewski, Adam Kowalczyk, Agnieszka Kowalczyk, Katarzyna Kowalczyk, Krystian Kowalewski, Justyna i Paweł Kowalowie, Grażyna i Piotr Kowalscy, Maciej Kozakiewicz, Andrzej Kozicki, Joanna Kozioł, Wojciech Koziorowski, Ewa Kozłowska, Adam Krauze, Milena Krok, Janusz Król, Tomasz Król, ks. prof. Janusz Królikowski, Dawid Krupa, Aneta Krupka, Mateusz Krząkała, Leszek Krzemiński, Justyna Kubiak, Maciej Kubicki, Dorota Kuncewicz, Marek Kunecki, Dariusz Kupiecki, Joanna Kurasz, Andrzej Kuraś, Agnieszka Kuryś, Urszula i Krzysztof Kusowie, Mirosława Adamczak i Marek Kuzaka, Adam Kwaśniewski, Anna Kwiatkowska, Roman Lalicki, Rafał Langda, Wojciech Langer, Andrzej Laskowski, Monica Georgii-Lassak i Franz Lassak, Maria Lechowicz, prof. Ryszard Legutko, Jan Lencznarowicz, Andrzej Lesiak, Renata i Krzysztof Lipcowie, Aleksander Litwinowicz, Grzegorz Lizurej, Adam Loba, Patryk Lubryczyński, prof. Anna Łabno, Mariola i Jarosław Łagunowie, Jacek Łangowski, Wiesław Łatała, Krzysztof Łączyński, Ignacy Łukasiewicz, Konrad Łyś, Weronika Maciejewska, Tomasz i Niamh Machurowie, Agnieszka Madej, Anna Madej, Dariusz Makać, Julia Malinowska, Hanna Małecka, Krzysztof Małecki, Szymon Małecki, Anna Małyszko, Maciej Manikowski, Agata Marcinkowska, Seweryn Marek, Justyna Marekwica, Joanna Żak-Markiewicz i Zbigniew Markiewicz, Piotr Marszałek, Aleksandra i Ignacy Masny, Dorota Matusiak, ks. Waldemar Matusiak SChr, Michał Mazur, Jan Melon, Marcin Melzacki, Joanna Metzger, Piotr Michna, Paweł Mikołajczyk, Anna Mikos, Barbara Milewska, Tomasz Miłek, Przemysław Miłkowski, Łukasz Młyńczyk, Grażyna Mozol, Andrzej Musiałowicz, Zofia Nachiło-Morbiato, Mateusz Nagórski, Paweł Niemiec, Tomasz Nitychoruk, prof. Agnieszka Nogal, Maciej Nowak, Jolanta i Maciej Nowakowie, Maria i Grzegorz Nowakowie, Tomasz Ociepka, Jerzy Oirajter, Patryk Oiryś, Luiza i Radosław Oklesińscy, Róża i Eugeniusz Olczakowie, Wojciech Olejniczak, Zenon Olewicz, Marek Ostafiński, Joanna i Jakub Paciorkowie, Barbara Pankiewicz, ks. prof. Tadeusz Panuś, Jan Papaj, Ewa i Jarosław Paradowscy, Witold Parecki, Mirosław Partyka, Bartlomiej Pawlowski, Waldemar Pawłowski, Teresa Pelc, Grzegorz Pelczar, Robert Pelewicz, Ewa Perskawiec, Wojciech Piasecki, Barbara Piechowska, Bartosz Piekarski, Filip Piestrzeniewicz, Piotr Pietryga, Jan Pięta, Magdalena Pinkalska, Krzysztof Piotrowski, Stanisław Piskorz, dr. hab. Olga Płaszczewska, Marcin Polakowski, Kamil Polikowski, ks. Rajmund Ponczek, Antoni Poniński, Janusz Popko, Marek Popławski, Grzegorz Postek, Marta Prochowska-Gabzdyl, Barbara i Romuald Przybyłowie, Jarosław Przybysławski, Paweł Przychodzeń, Stanisław Puchniewicz, Maciej Radecki, Bartłomiej Radziejewski, Maciej Ramus, Elżbieta i Grzegorz Ratajczakowie, Iwona i Michał Ratajowie, Paulina i Adrian Recowie, Piotr Remiszewski, Sławomir Rogowski, prof. Zofia Rosińska-Zielińska, Krystyna Rożek-Lesiak, Wanda Rutkowska, Ewa Rychlewska, Sabina i Maciej Rzepeccy, Dorota i Grzegorz Rzeźnikowie, Paweł Sadłowski, Monika i Jerzy Saganowie, Grzegorz Sakowicz, Maria Salij, Tadeusz Salij, Małgorzata Samojedny, ks. Robert Samsel, Roman Sawka, Henryk Seweryniak, Michal Siciarek, Ludwik Siembab, Danuta Prył-Silska i Jacek Silski, Magdalena Simon-Błażewicz, Jacek Siński, Michał Sklepik, Monika Skoczylas-Sroka, Krzysztof Skowron, Michał Słaby, Anna i Grzegorz Słokowie, Ziemowit Socha, Grażyna Halkiewicz-Sojak i Sławomir Sojak, Liliana Sonik, Dariusz Sosiński, Elżbieta Sowińska-Przepiera, Sławomir Stachowicz, Małgorzata Stadnik, Jacek Staniaszek, ks. Jacek Stawik, Piotr Stawiński, prof. Zbigniew Stawrowski, Tomasz Stefanek, Andrzej Stępień, Mirosława Stryjek, Barbara Suchorowska-Włodarczyk, Urszula i Wojciech Swakoniowie, Marcin Sychowski, Robert Szalewicz-Szalegiejew, Tadeusz Szawiel, Konrad Szczebiot, Damian Szczerbaty, Anita i Michał Szczurowscy, Anna Szeliga, Magdalena Szewczyk, Krzysztof Szewior, Tomasz Szkatuła, Piotr Szlagowski, Tomasz Szocik, Tomasz Szopa, Bogumiła Szponar, Jacek Szwechowicz, Agnieszka Szymczyk, Emilia i Krzysztof Szyprowscy, Cezariusz Ścisiński, Ryszard Ślaski, Maria i Mateusz Środoniowie, Jerzy Świątkiewicz, Robert Tarnacki, Kamilla Thiel-Ornass, prof. Ewa Thompson, Graham Thompson, Beata Tim, Jacek Todys, Roman Tomanek OMI, Czesław Tomaszek, Seweryn Tota, ks. Piotr Towarek, Agata i Wojciech Trebniowie, Tamara Trojanowska, Grzegorz Truszkowski, Łukasz Turkowski, Marian Turzański, Justyna Typa-Rogoża, Katarzyna i Zbigniew Tyszkiewiczowie, Agnieszka Uklańska, Jolanta Ulatowska, Marek Urbanowski, Urszula i Andrzej Wacławczykowie, Wojciech Walczyk, Elżbieta i Jan Walewscy, Joanna Wardak, Karolina i Daniel Wardzińscy, Ewa Wasiak, Ryszard Wawryniewicz, Robert Wawrzeń, Dariusz Wegnerski, Bartosz Wesołowski, Wojciech Widłak, Jolanta Wiech, Krzysztof Wielecki, Monika Wierzba, Ewa i Rafał Wierzchosławscy, Łukasz Wieszczeczyński, Anna Wilińska, Elżbieta i Bogdan Wiśniewscy, Paweł Wiśniewski, Michał Witaszek, Lucjan Włodarczyk, Dawid Wojcieszek, Anna Wojtas, Iwona i Wojciech Wojtczakowie, Maria i Wojciech Woszczyńscy, Piotr Woyke, Adam Wylęgała, Monika Wyszomirska-Łapczyńska, Andrew Zachoszcz, Zbigniew Zagrodzki, Ewa Zając, Aleksander Zalewski, Bartosz Zalewski, prof. Krzysztof Zanussi, Grzegorz Zarzeczny, Andrzej Zawadzki, Dyzma Zawadzki, Czesława Zawrotniak, Sławomir Ząbek, Iwona Ząbkowicz, Dorota i Tomasz Zdziebkowscy, Jan Zdzienicki, prof. Michał Zembrzuski, Dariusz Zgutka, Marta Zielińska, Kamil Ziemian, Aleksander Zimiński, Łukasz Ziółkowski, Piotr Ziółkowski, ks. Wenancjusz Zmuda, Barbara i Jacek Zygadło, Grzegorz Żabiński, Witold Żórański oraz Darczyńcy pragnący zachować anonimowość.
Serdeczne podziękowania składamy również na ręce Teresy Pelc, która swoją pracą i zaangażowaniem przyczyniła się do wydania tej książki.
Wstęp
Lektura książki Yorama Hazony’ego jest niczym oddech świeżego powietrza. W czasach, kiedy jednym z kluczowych elementów ortodoksji obejmującej praktycznie cały świat zachodni stało się prychanie na pojęcie narodu i potępienie nacjonalizmu, Hazony podjął się bezkompromisowej obrony jednego i drugiego. A ponieważ dzisiejsza ortodoksja jest agresywna i nachalna, obecna wszędzie, w niemal całej przestrzeni publicznej, a przenikająca również do sfer niepublicznych, usłyszenie głosu dystansującego się od owego dogmatyzmu jest czymś niezmiernie odświeżającym.
Pojęcia nacjonalizmu używa autor w sensie klasycznym, to znaczy wywodzącym się jeszcze ze starożytności grecko-rzymskiej oraz Starego Testamentu, a mówiącym o obiektywnej granicy rozszerzania organizmu politycznego. Jest to argument, który znajdujemy u Platona, a przede wszystkim u Arystotelesa. Wspólnota polityczna – mówili mędrcy – nie może się rozszerzać w nieskończoność, lecz ma granice wynikające nie tylko z funkcjonalności, lecz przede wszystkim z mocnych historycznych korzeni takich jak język, religia, wspólne dziedzictwo. Ten pogląd (zdroworozsądkowy, jak mogłoby się wydawać) jest w nowożytności kontestowany w oparciu o uniwersalistyczne hasła braterstwa ludzkości. W doktrynach takich jak marksizm czy liberalizm istnieje więc tendencja do poszerzania owych granic porządku politycznego praktycznie bez końca, które w śmielszych konstatacjach ma obejmować całą ludzkość.
Czytając tę książkę, trzeba pamiętać o takim klasycznym rozumieniu nacjonalizmu. W szerokim obiegu funkcjonuje bowiem pojęcie inne, skrajnie negatywnie wartościujące, a przypisujące nacjonalizmowi biologizm, radykalny ekskluzywizm, pogardę dla innych i tym podobne niemiłe cechy. Takie użycie tego pojęcia rozpowszechniło się na tyle, że stało się ono nie tylko inwektywą stosowaną wobec przeciwników, lecz inwektywą na tyle dosadną, że praktycznie uniemożliwiającą dzisiaj sensowną rozmowę na temat narodu, tożsamości narodowej i jego państwotwórczej roli.
Czytelnik książki powinien wziąć w nawias całą tę listę inwektyw i śledzić argumentację autora, a opiera się ona na przeciwstawieniu dwóch typów idealnych: jednym jest nacjonalizm, czyli teoria uzasadniająca państwo narodowe jako podstawowy i optymalny byt polityczny, drugim zaś imperializm, czyli teoria mówiąca o szerszych konstrukcjach politycznych takich jak imperium czy wielonarodowa federacja.
Atak na państwo narodowe nasilił się szczególnie w ostatnich dwóch dziesięcioleciach w Europie, kiedy próbuje się podważyć jego rolę, a niekiedy nawet wyekspediować je na śmietnik historii. Wydaje się, że wcześniej takie tendencje były mniej wyraźne. Kiedy po obaleniu komunizmu powstał pogląd, że w świecie zachodnim zapanuje niczym niekontestowana liberalna demokracja, to dla wielu, zwłaszcza w społeczeństwach od komunizmu wyzwolonych, było oczywiste, że będzie to świat współpracujących ze sobą – w sposób bardziej lub mniej ścisły, bardziej lub mniej sformalizowany – państw narodowych. Jeśli retoryka końca historii miała jakiś sens, to właśnie taki: wyobraźnia polityczna nie wykraczała poza porządek liberalno-demokratyczny, a zatem ufano, że następuje era swobodnego rozwoju państw narodowych, którym ów porządek na taki swobodny rozwój pozwala.
Ale ani wyobraźnia polityczna, ani praktyka nie poszły tym tropem. Okazało się, że nastała era globalnych czy kontynentalnych konstrukcji. Karierę zaczęły robić takie pojęcia jak global governance czy European governance, które wskazują na taki właśnie kierunek zmian i taki plan budowania struktur politycznych. Najbardziej znanym i Polaków najbardziej obchodzącym przykładem jest oczywiście Unia Europejska i jej instytucje, które w szybkim tempie zaczęły przejmować – prawem lub lewem, a częściej lewem – kompetencje państw narodowych. Natura i sposób funkcjonowania takich ponadnarodowych struktur nie została jeszcze wystarczająco zbadana i opisana. Hazony słusznie zauważa, że w Europie ta skłonność federalistyczna – jeszcze na poziomie koncepcyjnym – istniała od początku integracji europejskiej. Cytuje on, na przykład, zdanie Konrada Adenauera pochodzące jeszcze z wczesnych lat pięćdziesiątych, że pokój w Europie i trwała współpraca mogą być możliwe tylko przez więdnięcie państw narodowych, który to proces – uważał ów polityk – miał się już wtedy zacząć.
I dziś wielu, a nawet bardzo wielu patrzy się na te zmiany jak na konieczność dziejową, tak jak patrzono kiedyś na tzw. wspólnotę państw komunistycznych jako na efekt logiki historii. Ale nie mamy tutaj do czynienia z quasi-heglowskim czy quasi-marksowskim determinizmem dziejowym, lecz z projektem politycznym, który jest realizowany, często dość brutalnie, przez niektóre partie polityczne, rządy, korporacje czy instytucje międzynarodowe. Bezwzględność w urzeczywistnianiu tego projektu w Europie nie została niestety jeszcze wystarczająco opisana, a wiedza na ten temat wystarczająco rozpowszechniona.
Cokolwiek dobrego można by powiedzieć o ściślejszych mechanizmach międzynarodowej kooperacji takich jak swoboda przemieszczania i handlu, projekt zmierzający do ubezwłasnowolnienia państw narodowych przez instytucje unijne i rozmycia narodowych tożsamości w nowej tożsamości unijnej jest szalenie niebezpieczny. Jest to właściwie plan gigantycznej inżynierii społecznej, zagrażający odebraniem człowiekowi tych wszystkich zdobyczy, jakie zyskał w dobrze rządzonych państwach narodowych, a jakie Hazony elokwentnie i precyzyjnie w swojej książce opisuje. Tych zdobyczy wielkie struktury nie są w stanie zagwarantować ani rozwinąć, a jest spore prawdopodobieństwo, że je zmarnotrawią.
Państwo, jak czytamy w książce, nigdy nie jest i nie może być neutralne, bo ma swoją tożsamość czy swój charakter ograniczony przez historyczne i społeczne treści. Nawet patriotyzm konstytucyjny nie jest jedynie lojalnością wobec konstytucji, lecz tego wszystkiego, co sprawia, że ów dokument przyjmuje się jako swój własny i odzwierciedlający część nas samych. Tworzenie nowego patriotyzmu globalnego czy kontynentalnego jest więc przedsięwzięciem w samej swojej istocie absurdalnym, bo jest stwarzaniem czegoś, czego stworzyć się nie da.
Z książki Hazony’ego wynika, że wady federalizmu czy imperializmu jako przeciwieństwa nacjonalizmu wynikają nie tylko z błędu konstrukcyjnego, lecz – używając znanego określenia Jana Pawła II – z „błędu antropologicznego”. Człowiek jest istotą społeczną, rodzinną, rozwijającą się przez silne więzi ze swoimi bliskimi, a także ze wszystkimi, z którymi poczuwa wspólnotę miejsca, historii, symboliki, kultów, przekonań. Człowiek, mówiąc inaczej, zwykle dąży do swoich. Albo cytując sławne zdanie Arystotelesa, „kto nie potrafi żyć we wspólnocie albo jej wcale nie potrzebuje [...], jest albo zwierzęciem, albo bogiem.”
Dzisiejszy świat oferuje wiele sposobów, by tę prawdę o człowieku zrelatywizować lub ukryć. Rozwój technologiczny, nowe formy komunikowania i tworzenia związków towarzyskich, globalne sieci współpracy: to wszystko może dawać złudzenie, że jesteśmy w świecie płynnym – by zacytować frazę Zygmunta Baumana – i możemy sobie dowolnie konfigurować nasze otoczenie. Jest oczywiście jakiś element prawdy w tym, że poziom rozwoju technologicznego ma wpływ na struktury społeczne i sposób myślenia. Tak było zawsze. Ale od tego twierdzenia do tezy o zastępowaniu państwa narodowego strukturami szerszymi droga jest daleka i pokrętna.
Rozmywanie tożsamości i lojalności nie prowadzi wcale do zwiększenia naszych możliwości rozwojowych, ani u jednostek, ani w strukturach politycznych. Zwracam uwagę na słowo cnota, które pada u Hazony’ego, również w tytule. Wprawdzie autor przede wszystkim używa tego pojęcia w sensie „pozytywu”, czy, jak się kiedyś mówiło, „przewagi” i stosuje je do państwa narodowego, ale warto też pamiętać o innym sensie tego pojęcia pochodzącego ze starożytności. Oznacza ono sprawności moralne i polityczne człowieka powstałe z uczestnictwa w życiu zbiorowym i internalizacji dobrych nawyków regulujących nasze zachowania. Warto więc i tu przypomnieć Arystotelesa oraz jego pogląd o uczestnictwie w życiu wspólnotowym jako warunku kształcenia cnót.
Oczywiście, w kształceniu cnót bierze udział wiele innych elementów, często przygodnych, trudnych do zidentyfikowania i odtworzenia, lecz nie ulega wątpliwości, że lepszym dla nich środowiskiem jest państwo narodowe niż ponadnarodowa struktura. W Unii Europejskiej, by dać przykład, kształcenie cnót w ogóle nie jest możliwe, bo nie tylko jest ona zbyt duża i bezosobowa, ale przede wszystkim pozbawiona elementu odpowiedzialności. To też jest skutek „błędu antropologicznego”. Podejmowanie decyzji dotyczących krajów, których się nawet nie zna, wobec których jest się obojętnym i przez które nie jest się rozliczanym, nie może w żaden sposób podnieść jakości życia politycznego, lecz nieuchronnie ją obniża. Kto patrzy więc z nadzieją na dobroczynny wpływ Unii na kształt życia w krajach członkowskich, ten popełnia błąd. Materiał rozbijający tę nadzieję jest już dziś nadto obfity.
Książka Hazony’ego to głównie obrona pewnej koncepcji politycznej, lecz zawiera ona także wątki historyczne dotyczące, na przykład, religii. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro naród z samej swojej istoty jest bytem istniejącym w historii i z niej wywodzącym swoje siły, a także słabości. Autor stawia tezę, że w świecie chrześcijańskim katolicyzm raczej sankcjonował struktury imperialne, natomiast państwa narodowe utrwaliły się dzięki reformacji, a właściwie dzięki porządkowi powestfalskiemu, który nastał po zakończeniu wojny trzydziestoletniej.
Z jednej strony, Hazony ma rację, że Christianitas zachowywała względną jedność dzięki katolicyzmowi. Oczywiście, nie była ona imperium czy federacją, lecz kierowała umysły ludzkie ku jakiejś formie jedności nie tylko duchowej i doktrynalnej, lecz także politycznej. Na temat relacji między Państwem Bożym a Państwem Ziemskim istnieje w tradycji katolickiej bogata literatura. W wyniku reformacji powstały kościoły narodowe, które wzmocniły, a może raczej przyspieszyły formowanie się państw narodowych. Ale w tym procesie obserwujemy paradoks. Teorie polityczne powstałe w krajach protestanckich takich jak Anglia stworzyły koncepcje umowy społecznej, a więc porządku politycznego, który był maksymalnie odarty ze wszystkich treści historycznych i został stworzony w wyniku kalkulacji czy logiki decyzji. W ten sposób przewrót protestancki wprowadził do zachodniej polityki koncepcję konstruktywistyczną, z której wynikało, że państwo można wymyślić i skonstruować zgodnie z regułami domniemanego kontraktu. Było to, oczywiście, całkowite zanegowanie narodu jako wspólnoty historycznej.
Z drugiej strony, w rzeczywistości powestfalskiej katolicyzm okazał się siłą dość skutecznie podtrzymującą tradycje narodowe, ponieważ – w przeciwieństwie do protestanckiego fideizmu i zasady sola scriptura – zawsze podkreślał rolę tradycji, i to nie tylko jako czegoś bliskiego naturalnym odruchom człowieka, lecz jako przekaziciela mądrości. Stąd katolicy broniący swojego Kościoła nie bronili tylko swojej religii, papieża i Christianitas, lecz także swojej wspólnoty narodowej, z którą ta religia była złączona. Polska jest tutaj przykładem dobitnym. W jej historii obrona narodu i jego suwerenności zawsze łączyła się z obroną religii katolickiej, a w świątyniach katolickich patrioci znajdowali azyl i wsparcie.
Obrońcy dzisiejszego imperializmu czy federalizmu twierdzą, że słabnięcie więzi narodowych oraz religijnych jest czymś w rodzaju pozbycia się sztucznych kostiumów, po którym następuje wejście w świat ludzi wolnych swobodnie dysponującymi swoimi prawami, świat prawdziwej niczym nie skrępowanej różnorodności. W istocie jednak oznacza to wielkie ujednolicenie. Narody i religie czyniły świat bogatym, pełnym odmienności, czerpiącym obficie z ludzkiego doświadczenia zgromadzonego w dziejach. Gdyby miała się zrealizować strategia imperialistów i federalistów, oznaczałoby to, że staczamy się w rzeczywistość coraz bardziej jednorodną, monoideologiczną i reglamentowaną. To wielkie niebezpieczeństwo, bo przypomina budowę nowego wspaniałego świata.
Dzięki takim autorom jak Yoram Hazony oraz dzięki takim książkom jak Pochwała państwa narodowego widzimy jaśniej to niebezpieczeństwo. Przede wszystkim jednak, widzimy także, jak wiele zawdzięczamy państwu narodowemu i jak zwodnicze są racje tych, którzy albo skazują je na wymarcie wyrokiem historii, albo starają się je unicestwić brutalną polityką imperialną.
prof. Ryszard Legutko
Wprowadzenie.Powrót nacjonalizmu
W polityce brytyjskiej i amerykańskiej nastąpił zwrot ku nacjonalizmowi. Zjawisko to jest dla wielu niepokojące, zwłaszcza w kręgu ludzi wykształconych, w którym globalną integrację od dawna uznaje się za warunek stabilnej polityki i moralnej przyzwoitości. Z tej perspektywy decyzja Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii Europejskiej oraz przyjęta w Waszyngtonie retoryka „America first” zdają się zwiastować nawrót do bardziej prymitywnej epoki dziejów, w której swobodnie podżegano do wojen oraz dawano wyraz rasizmowi i w której panowało przyzwolenie, by te właśnie postawy kształtowały politykę poszczególnych narodów. W obawie przed najgorszym, osoby publiczne, dziennikarze i akademicy w możliwie najsilniejszych słowach potępiają powrót nacjonalizmu do amerykańskiego i brytyjskiego życia publicznego.
Jednak nacjonalizm nie zawsze uznawano za tak zły, jak sugeruje to ton współczesnej debaty. Jeszcze kilka dekad temu nacjonalistyczną politykę powszechnie kojarzono z otwartością umysłu i wielkodusznością. Czternaście punktów Wilsona i podpisana przez Franklina Roosevelta oraz Winstona Churchilla Karta Atlantycka były przez progresistów postrzegane jako promyki nadziei dla ludzkości – i to właśnie dlatego, że uważano je za stanowiące wyraz nacjonalistycznego nastawienia, obiecując narodową niepodległość i samostanowienie zniewolonym ludom całego świata. Również konserwatyści, od Teddy’ego Roosevelta po Dwighta Eisenhowera, traktowali nacjonalizm jako dobro pozytywne, zaś Ronald Reagan i Margaret Thatcher w swoim czasie byli przez konserwatystów chwaleni za „nowy nacjonalizm” wniesiony przez nich do życia politycznego. W innych krajach mężowie stanu, tacy jak Mahatma Gandhi czy Dawid Ben Gurion, stanęli na czele nacjonalistycznych ruchów politycznych, które pozyskały sobie powszechny podziw i szacunek, prowadząc mieszkańców tych państw ku wolności[1].
Liczni politycy i intelektualiści, którzy jeszcze kilka pokoleń temu akceptowali nacjonalizm, niewątpliwie mieli o nim jakieś pojęcie i nie starali się po prostu zepchnąć nas do bardziej prymitywnej epoki dziejowej, do wojennego podżegania i rasizmu. Co zatem widzieli w nacjonalizmie? Jak dotąd podjęto zaskakująco niewiele prób udzielenia odpowiedzi na to pytanie, czy to w sferze publicznej, czy to w życiu akademickim.
Moje pochodzenie daje mi pewien wgląd w tę kwestię. Przez całe swe życie byłem żydowskim nacjonalistą, czyli syjonistą[2]. Podobnie do większości Izraelczyków przejąłem tę polityczną postawę od swych rodziców i dziadków. Moja rodzina przybyła do żydowskiej Palestyny w latach dwudziestych i na początku lat trzydziestych XX wieku, dążąc do ustanowienia tam niepodległego państwa żydowskiego. Udało im się to i większość swego życia spędziłem w kraju, który został założony przez nacjonalistów i po dziś dzień jest rządzony w znacznym stopniu przez nich. Przez te lata poznałem bardzo wielu nacjonalistów, wśród których były osoby publiczne i intelektualiści zarówno z Izraela, jak i z innych krajów. I choć nie każdy z nich przypadł mi do gustu, ogólnie rzecz biorąc są to ludzie, których głęboko podziwiam za ich lojalność i odwagę, zdrowy rozsądek i moralną uczciwość. W tym kręgu nacjonalizm nie jest uznawany za jakąś niepojętą chorobę polityczną, okresowo opanowującą poszczególne państwa bez żadnego powodu i ze złymi skutkami, jak współcześnie wydaje się sądzić wielu ludzi w Ameryce i Wielkiej Brytanii. Stanowi on natomiast uznaną teorię polityczną, w duchu której zostali wychowani jego zwolennicy – teorię tego, jak powinien być urządzony świat polityki.
Czego dotyczy ta nacjonalistyczna teoria polityczna? Ten nacjonalizm, w którym zostałem wychowany, stanowi pewne pryncypialne stanowisko, zgodnie z którym świat jest najlepiej zarządzany wtedy, gdy poszczególne narody mogą obierać niezależny kierunek działania, bez przeszkód pielęgnując swoje tradycje i realizując własne interesy. Przeciwnym stanowiskiem jest imperializm, zgodnie z którym do zapewnienia światu pokoju i zamożności należy dążyć przez zjednoczenie ludzkości, na ile to możliwe, w ramach jednego ustroju politycznego. Nie zakładam, że argumenty jednoznacznie wskazują na wyższość nacjonalizmu. Za obiema tymi teoriami przemawiają rozmaite względy. Jednak nie da się, bez zaciemniania sprawy, uniknąć wyboru między dwoma stanowiskami: albo zasadniczo popiera się ideę międzynarodowego rządu lub ustroju, który narzuca swą wolę podlegającym mu narodom wtedy, gdy ludzie nim kierujący uznają to za konieczne; albo jest się przekonanym, że narody powinny mieć swobodę w wyznaczaniu kierunku swego działania przy nieobecności tego rodzaju międzynarodowego rządu lub ustroju[3].
Ta debata pomiędzy nacjonalizmem i imperializmem na powrót stała się szczególnie aktualna po upadku Muru Berlińskiego w 1989 roku. Wówczas zakończyły się zmagania z komunizmem, a umysły zachodnich przywódców opanowały dwa wielkie imperialistyczne projekty: pierwszym z nich jest Unia Europejska, która stopniowo przejmuje od państw członkowskich wiele prerogatyw zwykle kojarzonych z polityczną niepodległością, drugim zaś jest dążenie do ustanowienia amerykańskiego „porządku światowego”, w ramach którego narody niechcące podporządkować się prawu międzynarodowemu są do tego zmuszane, przede wszystkim za pomocą amerykańskiej potęgi wojskowej. Choć ich zwolennicy nie lubią tej nazwy, są to projekty imperialistyczne, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, mają one na celu odebranie procesu decyzyjnego niepodległym rządom narodowym i przekazanie go międzynarodowym rządom lub organom. Po drugie, jak już na pierwszy rzut oka wynika z publikacji autorstwa jednostek i instytucji opowiadających się za tymi przedsięwzięciami, projekty te celowo wpisuje się w imperialistyczną tradycję polityczną, czerpiąc historyczne inspiracje z Cesarstwa Rzymskiego, Austro-Węgier i Imperium Brytyjskiego. Na przykład Charles Krauthammer, argumentując u zarania okresu pozimnowojennego za powstaniem amerykańskiego „uniwersalnego dominium”, wzywał, by Ameryka ustanowiła „supersuwerena”, który będzie przewodził trwałemu „dewaluowaniu [...] pojęcia suwerenności” wśród wszystkich narodów na ziemi. Krauthammer do opisania tej wizji używa łacińskiego terminu pax Americana, kreującego obraz Stanów Zjednoczonych jako nowego Rzymu: podobnie jak Cesarstwo Rzymskie miało ustanowić pax Romana (czyli „pokój rzymski”), który zapewnił bezpieczeństwo i pokój całej Europie, tak teraz Ameryka zapewni bezpieczeństwo i pokój całemu światu[4].
Ten rozkwit imperialistycznych idei i projektów politycznych, który dokonał się w ostatnim pokoleniu, powinien był rozbudzić pomiędzy nacjonalistami i imperialistami szczegółową debatę na temat tego, jak powinien być urządzony świat polityczny. Ale do niedawna tego typu dyskusji zasadniczo się unikało. Od 1990 roku, kiedy Margaret Thatcher została przez własną partię zmuszona do ustąpienia ze stanowiska premiera za wyrażenie wątpliwości co do Unii Europejskiej, praktycznie nikt wpływowy czy to w Ameryce, czy to w Europie, nie był specjalnie zainteresowany zakwestionowaniem ogólnej wizji, leżącej w samym sercu tych bliźniaczych przedsięwzięć, nakierowanych na budowanie imperium[5]. Ta przedziwna jednomyślność pozwoliła na rozwój Unii Europejskiej oraz amerykańskiego „porządku światowego” bez wzbudzania gwałtownej debaty publicznej.
Jednocześnie polityczni i intelektualni orędownicy tych projektów zachowali przejmującą świadomość faktu, że Europejczyków niekoniecznie zachwyci perspektywa odnowy „Cesarstwa Niemieckiego”, nawet jeśli miałoby ono być formalnie kierowane z Brukseli. Zdawali sobie też sprawę z tego, że Amerykanie często wzdragali się przez koncepcją „amerykańskiego imperium”. W rezultacie nieomal każda publiczna dyskusja na temat tych starań prowadzona była w mglistej nowomowie, pełnej eufemizmów w rodzaju: „nowy porządek światowy”, „coraz ściślejszy związek”, „otwartość”, „globalizacja”, „zarządzanie globalne”, „suwerenność łączona”, „porządek oparty na regułach”, „zasada jurysdykcji uniwersalnej”, „wspólnota międzynarodowa”, „liberalny internacjonalizm”, „transnacjonalizm”, „amerykańskie przywództwo”, „stulecie Ameryki”, „świat jednobiegunowy”, „niezastąpiony naród”, „hegemon”, „subsydiarność”, „grać według zasad”, „właściwa strona historii”, „koniec historii” i tak dalej[6]. Trwało to przez pokolenie, aż wreszcie znaczenie tych zwrotów stało się jasne dla szerokiej publiczności, czego skutki sami możemy teraz zobaczyć.
Nie wiadomo jeszcze, czy rozkwit nacjonalistycznych sentymentów w Wielkiej Brytanii i Ameryce koniec końców wyjdzie nam na dobre. Jednak chyba wszyscy możemy się zgodzić co do jednego: skończył się czas pustych wypowiedzi. Stoimy w obliczu debaty pomiędzy nacjonalizmem i imperializmem. Są to przemożne i sprzeczne ze sobą idee, które w przeszłości już wzajemnie rywalizowały, a dziś powracają do tego starego konfliktu. Oba te punkty widzenia zasługują na to, by je dokładnie i z szacunkiem przeanalizować, z czym wiąże się też rozmawianie o nich w przystępnych i jednoznacznych kategoriach, tak byśmy wszyscy rozumieli, o czym dokładnie mówimy. Miejmy nadzieję, że tę dyskusję – tak bardzo spóźnioną – uda się nam przeprowadzić w sposób zarazem szczery, podparty argumentami i klarowny.
Napisałem tę książkę, by przedstawić powody, dla których warto być nacjonalistą[7]. W imię wniesienia przyczynku do możliwie jak najbardziej klarownej i zrozumiałej dyskusji, „globalizm” będę traktował jako to, czym on w oczywisty sposób jest: jako pewną odmianę dawnego imperializmu. Nie będę też tracić czasu na próbę odmalowania nacjonalizmu piękniejszym, niż on jest w istocie, nazywając go „patriotyzmem” – jak często czyni się to w tych kręgach, w których nacjonalizm uznawany jest za coś niestosownego[8]. Zwykle pojęcie „patriotyzm” odnosi się do miłości lub lojalności, jakie jednostka żywi ku swemu niepodległemu narodowi. Termin „nacjonalizm” również może być wykorzystywany w podobny sposób, na przykład jak wtedy, gdy określamy Mazziniego mianem „włoskiego nacjonalisty”, zaś Gandhiego nazywamy „nacjonalistą hinduskim”. Jednak nacjonalizm może oznaczać też coś więcej. Jak już wspominałem, istnieje długa tradycja, zgodnie z którą pojęcie to odnosi się do teorii na temat tego, jaki porządek polityczny jest najlepszy – mianowicie do antyimperialistycznej koncepcji, mającej na celu ustanowienie świata składającego się z wolnych i niepodległych narodów. Tak właśnie będę rozumiał ten termin w niniejszej książce.
Gdy dokonujące się wydarzenia umieszcza się w kontekście tego długotrwałego starcia pomiędzy dwoma niemożliwymi do pogodzenia ze sobą sposobami myślenia o porządku politycznym, cała ta tematyka staje się dużo łatwiejsza do zrozumienia i możliwa jest rozsądniejsza debata wokół niej.
Tok argumentacji będzie tutaj następujący:
W pierwszej części książki, zatytułowanej Nacjonalizm a zachodnia wolność, przedstawiam kontekst historyczny, pozwalający uchwycić spór między imperializmem i nacjonalizmem tak, jak rozwijał się on wśród zachodnich narodów. Wprowadzam rozróżnienie pomiędzy tym porządkiem politycznym, który opiera się na państwie narodowym i dąży do zarządzania tylko jednym narodem, oraz tym, którego celem jest zapewnienie pokoju i zamożności przez zjednoczenie ludzkości w ramach jednego ustroju politycznego, zwanego państwem imperialnym[9]. Rozróżnienie to odgrywa centralną rolę w myśli politycznej przedstawionej w Biblii hebrajskiej (czyli Starym Testamencie), a po wybuchu reformacji stanowiło bodziec do odrzucenia autorytetu Świętego Cesarstwa Rzymskiego przez narodowe państwa w rodzaju Anglii, Holandii i Francji. Tak rozpoczął się czterechsetletni okres, kiedy to ludy Europy Zachodniej i Ameryki przyjęły nową, protestancką konstrukcję świata politycznego, za którego zasady założycielskie uznano narodową niepodległość i samostanowienie. W rzeczy samej, wartości te zaczęły być postrzegane jako jedne z najcenniejszych dla człowieka rzeczy i jako podstawa wszelkiej naszej wolności. Porządek, w którym narody byłyby niepodległe, miał pozwolić na rozwój rozmaitych form samorządności, religii i kultury w ramach „świata eksperymentów”, przynoszącego korzyści całej ludzkości.
Jeszcze do II wojny światowej wielu ludzi wciąż było przekonanych, że zasada narodowej wolności odgrywa kluczową rolę w budowie sprawiedliwego, zróżnicowanego i stosunkowo spokojnego świata. Jednak pojawienie się Hitlera zmieniło to wszystko, z czego konsekwencjami mierzmy się do dziś, wciąż stykając się z nazbyt uproszczoną, nieustannie powtarzaną narracją, głoszącą, że „nacjonalizm był przyczyną dwóch wojen światowych i holokaustu”. Kto zaś chciałby być nacjonalistą, skoro nacjonalizm oznacza popieranie rasizmu i przelewu krwi na niewyobrażalną skalę?
W sytuacji, gdy nacjonalizm cieszy się opinią przyczyny największych zbrodni naszej epoki, nie zaskakuje, że dawne instytucje sprzyjające narodowej niepodległości ulegają stopniowemu osłabieniu, a ostatecznie nawet uznawane są za skompromitowane. Dziś wielu ludzi przyjmuje, że żarliwa osobista lojalność względem państwa narodowego i jego niepodległości jest czymś nie tylko niepotrzebnym, ale też moralnie podejrzanym. Narodowej lojalności i tradycji nie postrzega się już jako solidnych podstaw dla określania praw, według których żyjemy, dla regulowania ekonomii i podejmowania decyzji w sprawie obrony i bezpieczeństwa, dla określania publicznych norm co do religii i edukacji czy też dla ustalania tego, kto może gdzie mieszkać. W postulowanym dziś nowym świecie liberalne teorie rządów prawa, gospodarki rynkowej i praw jednostki – które rozwinęły się w obrębie państw narodowych, takich jak Wielka Brytania, Holandia i Ameryka – są uznawane za prawdy powszechne i traktowane jako właściwe podstawy międzynarodowego ustroju, w którym niepodległość państw narodowych nie będzie już potrzebna[10]. Innymi słowy tym, co proponowane, jest nowe „imperium liberalne”, które zastąpi stary porządek protestancki, opierający się na niepodległych państwach narodowych. Imperium to ma nas ocalić przed niebezpieczeństwami związanymi z nacjonalizmem.
Czy jednak zwolennicy nowego imperializmu trafnie odczytują, czym jest nacjonalizm i skąd się on bierze? Czy mają rację, składając na jego karb największe zbrodnie poprzedniego wieku? I czy odrodzony imperializm rzeczywiście stanowi właściwe remedium?
Sądzę, że twierdzenia te wydają się coraz bardziej wątpliwe. Zatem w części drugiej, zatytułowanej Argumenty za państwem narodowym, przekonuję, że świat opierający się na niepodległych państwach narodowych należy postrzegać jako najlepszy porządek polityczny, pokazując przy tym, dlaczego powinniśmy odrzucić tak bardzo modny dziś imperializm. W tej części książki przedstawiam filozofię porządku politycznego, odwołującą się do porównania między trzema konkurencyjnymi sposobami organizowania świata politycznego, jakie znamy z doświadczenia: ustroju plemiennego i klanowego, który panował w praktycznie wszystkich społecznościach przedpaństwowych; ustroju międzynarodowego, zarządzanego przez państwo imperialne; oraz ustroju opartego na niepodległych państwach narodowych.
Większość podejmowanych ostatnio prób zestawienia „globalistycznego” porządku politycznego ze światem, w którym istnieją państwa narodowe, koncentruje się na postulowanych korzyściach związanych z gospodarką i bezpieczeństwem, jakie płyną z posiadania na całym świecie zunifikowanego ustroju prawnego. Jednak według tego punktu widzenia, którego tutaj bronię, argumenty odwołujące się do gospodarki i bezpieczeństwa mają zbyt wąski charakter, by dostarczyć właściwej odpowiedzi na pytanie o to, jaki jest najlepszy porządek polityczny. Tak naprawdę wiele rzeczy dokonujących się w życiu politycznym wypływa z tego, co nas zajmuje w związku z naszą przynależnością do takich zbiorowości, jak rodziny, plemiona i narody. Ludzie rodzą się w nich albo przystępują do nich na dalszych etapach swego życia i wiążą ich z nimi niezwykle silne więzy, oparte na wzajemnej lojalności pomiędzy ich członkami. W rzeczywistości zaczynamy uznawać swoje członkostwo w tych społecznościach za integralną część nas samych. Wiele, jeśli nie większość, dążeń politycznych ma swoje źródło w zobowiązaniach, jakie w naszym odczuciu posiadamy względem nie tyle siebie jako jednostek, co względem naszego poszerzonego „ja”, obejmującego rodzinę, plemię lub naród. Chodzi tu między innymi o troskę o życie i własność członków tej zbiorowości, której jesteśmy oddani. Ale potężną motywację stanowią również wspólne nam i innym dążenia niematerialne: potrzeba zachowania wewnętrznej spójności danej rodziny, plemienia czy narodu oraz pragnienie umocnienia ich wyjątkowego dziedzictwa kulturowego i przekazania go następnemu pokoleniu.
Nie da się trafnie opisać tych wymiarów kierujących ludźmi pobudek politycznych w kategoriach dążenia jednostki do ochrony własnego życia, osobistej wolności i własności. Każdy z nas w rzeczywistości pragnie i potrzebuje również czegoś więcej, co proponuję określić mianem „zbiorowego samostanowienia” – chodzi tu o wolność rodziny, plemienia czy narodu. Taką właśnie wolność odczuwamy wtedy, gdy zbiorowość, względem której żywimy lojalność, wzrasta w siłę i nabiera szczególnych cech, nadających jej w naszych oczach wyjątkową wartość.
W liberalnej tradycji politycznej pragnienie i potrzeba takiego zbiorowego samostanowienia są przeważnie postrzegane jako prymitywne i zbędne. Zakłada się, że wraz nadejściem nowoczesności jednostki wyzwalają się z tego rodzaju pobudek. Postaram się jednak wykazać, że w rzeczywistości tak się nie dzieje. Brytyjskie i amerykańskie koncepcje jednostkowej wolności nie należą – jak się to nieraz twierdzi – do uniwersaliów, które każdy człowiek jest w stanie natychmiast pojąć i zapragnąć. One same stanowią kulturowe dziedzictwo określonych plemion i narodów. Amerykanie i Brytyjczycy, dążąc do upowszechnienia tych idei na całym świecie, dają w ten sposób wyraz wielowiekowemu pragnieniu zbiorowego samostanowienia, pod wpływem którego chcą sprawiać, by ich kulturowe dziedzictwo umacniało się i miało coraz większe oddziaływanie – nawet jeśli pociąga to za sobą zniszczenie dziedzictwa tych, którzy mogliby inaczej zapatrywać się na te sprawy.
W swojej argumentacji zwracam uwagę na szereg niewątpliwych korzyści płynących z organizacji politycznego świata w oparciu o niepodległe państwa narodowe. Między innymi wskazuję, że taki porządek daje największe możliwości zbiorowego stanowienia, że zaszczepia niechęć do podboju innych narodów i tworzy warunki dla tolerancji względem rozmaitych stylów życia oraz że ustanawia zdumiewająco produktywną rywalizację pomiędzy narodami, z których każdy dąży do jak najpełniejszej realizacji własnego potencjału oraz zdolności swych poszczególnych członków. Ponadto sądzę, że przemożne więzy wzajemnej lojalności, leżące w samym sercu państwa narodowego, stanowią jedyne znane nam oparcie dla rozwoju niezależnych instytucji i osobistych wolności.
Te i inne względy wskazują na to, że świat składający się z niepodległych państw narodowych jest najlepszych porządkiem politycznym, do jakiego możemy dążyć. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy być zwolennikami powszechnego prawa do samostanowienia, które postulował Woodrow Wilson. Nie każdy z tysięcy bezpaństwowych ludów istniejących na ziemi jest albo będzie w stanie wybić się na polityczną niepodległość – jaką zatem rolę powinna odgrywać zasada narodowej niezawisłości w kwestiach dotyczących poszczególnych narodów? Część drugą książki kończę rozważaniami nad tym, na ile koncepcja odwołująca się do porządku opartego na państwach narodowych może być odnoszona do rzeczywistej areny międzynarodowej, na której ideę politycznej niepodległości nie zawsze i nie wszędzie da się wcielić w życie.
Argumentem najczęściej podnoszonym przeciwko nacjonalistycznej polityce jest to, jakoby sprzyjała ona rozwojowi nienawiści i fanatyzmu. Z pewnością kryje się w tym ziarno prawdy: w każdym nacjonalistycznym ruchu da się znaleźć osoby będące nienawistnikami i fanatykami. Jaki jednak wniosek powinniśmy wyciągnąć z tego faktu? Moim zdaniem jego doniosłość osłabia uświadomienie sobie, że uniwersalistyczne idee polityczne – w rodzaju tych zajmujących poczesne miejsce na przykład w Unii Europejskiej – wydają się nieodmiennie rodzić nienawiść i fanatyzm w przynajmniej tym samym stopniu, co ruchy nacjonalistyczne. W części trzeciej, zatytułowanej Antynacjonalizm a nienawiść, analizuję to zjawisko, zestawiając antagonizmy pomiędzy konkurującymi ze sobą grupami narodowymi lub plemiennymi, czującymi się zagrożonymi przez siebie nawzajem, z wrogością zwolenników imperialistycznych lub uniwersalistycznych ideologii względem tych grup narodowych lub plemiennych, które nie przyjmują głoszonego przez nich twierdzenia, że przynoszą światu zbawienie i pokój. Najsłynniejszym przykładem nienawiści zrodzonej w obrębie imperialistycznej czy też uniwersalistycznej ideologii jest być może chrześcijański antysemityzm. Ale również takie ruchy, jak islam, marksizm i liberalizm udowodniły, że są zdolne do rozbudzenia podobnie zażartej niechęci względem grup zdeterminowanych do opierania się uniwersalistycznym doktrynom przez nie propagowanym. Powiedziałbym, że liberalno-imperialistyczne idee polityczne w rzeczywistości stały się jednymi z najpotężniejszych czynników przyczyniających się dziś na Zachodzie do wzrostu nietolerancji i nienawiści. Spostrzeżenie to samo w sobie nie stanowi argumentu za nacjonalizmem. Pomaga ono jednak dostrzec, że antagonizmy mogą być w ogóle czymś wpisanym w ruchy polityczne, a debatę pomiędzy nacjonalizmem i imperializmem powinno się rozstrzygać w oparciu o inne przesłanki.
W podsumowaniu, zatytułowanym Cnota nacjonalizmu, przedstawiam kilka krótkich uwag na temat relacji pomiędzy nacjonalizmem a osobistym charakterem. Przez całe swe życie słyszałem, że nacjonalizm psuje ludzką osobowość. Pogląd taki padał z ust chrześcijan i muzułmanów, liberałów i marksistów, którzy uznają nacjonalizm za wadę, ponieważ jego celem jest wznoszenie barier między ludźmi, podczas gdy powinniśmy te bariery burzyć. Sam inaczej się na to zapatruję. W domu mego ojca nauczono mnie, że bycie nacjonalistą jest cnotą. Wyjaśniam tutaj, na czym to polega, pokazując, że skłonność ku porządkowi opierającemu się na niepodległych narodach może pomóc w formowaniu pewnych pozytywnych cech charakteru, osiągnięcie których jest trudniejsze – jeśli nie wręcz niemożliwe – dopóki żywi się marzenie o imperium.
Nie mamy pewności co do dokładnego kierunku, jaki obierze odrodzony nacjonalizm w Wielkiej Brytanii, Ameryce i innych krajach. Niezależnie jednak od tego, jak powieją polityczne wiatry, możemy być pewni, że nie zniknie oś podziału, która ujawniła się w samym sercu życia publicznego na Zachodzie. Wzdłuż tej osi przekształca się polityka poszczególnych narodów, oddzielając tych, którzy pragną powrócić do dawnych, nacjonalistycznych fundamentów świata politycznego, od wykształconych elit, które w tym czy innym stopniu są zwolennikami idei, by w przyszłości zapanował porządek imperialny. Obecnie zatem niewiele jest zagadnień bardziej zasługujących na uważną analizę niż debata między nacjonalizmem i imperializmem.
Zajmując się tą tematyką, będę się odwoływał do takich politycznych pojęć, jak „naród”, „imperium”, „niepodległość”, „wolność narodowa”, „samostanowienie”, „lojalność”, „plemię”, „tradycja” oraz „tolerancja”. Wiele z tych terminów sprawia wrażenie nieco przebrzmiałych, prosiłbym jednak Czytelników o wyrozumiałość w tym względzie. To prawda, że w ostatnich latach te i inne powiązane z nimi pojęcia w znacznym stopniu uległy marginalizacji i zostały zastąpione dyskursem, w którym dąży się do wyjaśniania problemów politycznych prawie wyłącznie w kategoriach „państwa”, „równości”, „wolności osobistej”, „praw”, „przyzwolenia” i „rasy”. Jednak takie ograniczenie naszego politycznego patrzenia samo w sobie stanowi jedną z podstawowych trudności, w obliczu których dziś stajemy. Świata politycznego nie da się zredukować do tych kategorii, a próby uczynienia tego prowadzą do naszej ślepoty w kluczowych dziedzinach – ślepoty pociągającej za sobą dezorientację, gdy zaczynamy się zderzać z rzeczami, które wciąż pozostają realne, nawet jeśli nie potrafimy ich już zobaczyć. Szerszy zakres koncepcji politycznych, uaktualnionych dla naszych potrzeb, może bardzo pomóc w przywróceniu nam pełnego pola widzenia oraz uporządkowaniu zamętu, w który popadliśmy. Gdy już jasno ujrzymy poszczególne drogi, łatwiej będzie nam zdecydować, którą z nich chcemy podążać.
Przypisy