Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Tę książkę powinni przeczytać ludzie znajdujący się wkażdej połowie życia. Chciałbym, żeby moje dzieci przeczytały ją, gdy zaczną pracę, iżeby stała się ona dla nich drogowskazem, który pomoże im odkryć ich życie. Tę książkę powinien przeczytać każdy, kto zbliża się do drugiej połowy albo już wniej jest. Półmetek wzywa czytelnika do działania, apoprzez działanie do gorliwej służby samemu sobie, swoim rodzinom, społeczności iStwórcy”.
Peter H. Coors, Dyrektor Generalny, Coors Brewing Company
„Ta inspirująca książka powstała zumysłu iserca niezwykłego człowieka inawiązuje do ogromnej potrzeby naszego społeczeństwa – odnalezienia znaczenia ispełnienia wdrugiej połowie naszego życia. Jest otym, jak od sukcesu przejść doznaczenia”.
Stephen R. Covey, Covey Leadership Center
„Bob Buford jest jedną ztych nielicznych osób, które dokonały przemiany od skupiania się na sukcesie do skupienia na znaczeniu. Ta książka pokaże ci, jak uczynić drugą połowę życia tą lepszą połową. Chcę, żeby każdy członek mojego zboru przeczytał tę inspirującąopowieść”!
Rick Warren, pastor, Saddleback Community Church
„Podejście Boba uderza prosto wuczucia iemocje, wsposób, wjaki może to uczynić chyba tylko chrześcijanin-biznesmen, taki jakBob”.
Steven S. Reinemund, przewodniczący iDyrektor Generalny, Pepsico, Inc.
„Bob Buford wskazuje, że pierwsza połowa życia to pogoń za sukcesem, druga to pogoń za znaczeniem. Bob wie, oczym mówi – osiągnął to pierwsze ipokazuje, jak osiągnąć to drugie. Ta książka jest wyjątkowa, inspirująca ipraktyczna. Przeczytaj ją iwzmocnijsię”!
Max Lucado,autor bestselera według New York Times Gdy Bóg wyszepcze twoje imię
„Jestem osobą, która wniewyobrażalny sposób skorzystała zdrugiej połowy życia Boba Buforda. Jest jednym znajbardziej efektywnych katalizatorów Królestwa, jakichznam”.
Bill Hybels, pastor senior, Willow Creek Community Church
„Książka Boba każe nam przyjrzeć się tym dręczącym nas wątpliwościom, które dotyczą naszego podejścia do pracy iżycia; apotem wprzystępny sposób pokazuje nam, jak szukać odwagi dodziałania”.
Dennis Bakke, emerytowany Dyrektor Generalny, AES Corporation
„Książka ta jest skierowana do ludzi sukcesu, którzy chcą więcej spełnienia wswoim życiu irozumieją, że nie przyjdzie ono zkolejnym zwycięstwem, kolejną sprzedażą, kolejnym podbojem czy znaczącym wzrostem ich dochodów. Pozwól Bobowi Bufordowi przekonać cię, że najlepsze lata życia masz przedsobą”.
Ken Blanchard, współautor The One-Minute Manager
„Buford dociera do komnat serca. Dla mnie, osoby przekraczającej właśnie czterdziestkę, Półmetek jest jak kubek zimnej wody dla strudzonego wędrowca, zdyszanego wpołowie wędrówki, ale gotowego na ostatni jejetap”.
David G. Bradley, prezes Atlantic Media Company
„Książka Boba Buforda to nie tylko pełne mocy przesłanie; to bodziec do osobistego działania. Jest szczera ipraktyczna. Poruszająca ifascynująca… Jestem wdzięczny Bobowi za to, że podzielił się swoim życiem ifilozofią dla lepszegojutra”.
Michael J. Kami, Konsultant wStrategic Management
„Jest to książka dla wszystkich, którzy chcą połączyć (lub na nowo scalić) pasję zcelem, sukces ze znaczeniem itłum ze społecznością. Słowa iżycie Boba Buforda wzywają do nauki, jak żyć tym, wco wierzymy. Jego życie jest wnajgłębszym sensie życiem zreformowanym, życiem, które zostało wspaniale ukształtowane przez jego pierwotnąlojalność”.
Don Flow, prezes Flow Motors, Inc.
„Książka ujawnia serce człowieka, który wykorzystuje swój czas italent dla Boga itroszczy się oludzi na całym świecie. Bóg przez wieki najbardziej błogosławił mężczyznom ikobietom dobrego serca iBob jest jednym znich. Przesłanie tej książki jest cennymdarem”.
Douglas E. Coe, który poprzez swoją pracę nawiązał wiele bliskich relacji zczłonkami Kongresu, Waszyngton, D.C.
„Przez wiele lat zachęcałem chrześcijan, by śnili wspaniałe sny, robili wielkie plany, modlili się wspaniałymi modlitwami ibyli posłuszni Bożym przykazaniom. Bob Buford pomaga tak żyć, przybliżając swoją przenikliwość biznesmena ioddanie Jezusowi Chrystusowi. Zachęca cię do pomnażania wszystkiego, co dał ci Bóg, żebyś mógł prowadzić życie pełneznaczenia”.
Luis Palau, Luis Palau Evangelistic Association
„To jest książka, którą dam swoimdzieciom”.
Max DePree, prezes Herman Miller, Inc., autor książek Leadership JazziLeadership Is an Art
„Półmetek to fascynująca opowieść ospektakularnym sukcesie wbiznesie, który przekłada się na spektakularne znaczenie wsłużeniu innym. Zawiera nie tylko filozofię Boba Buforda, ale również cytaty wielu wspaniałych filozofów którzy przeszli swoją duchową podróż. Jest to książka dla tych, którzy są zarówno wpierwszej, jak iw drugiej połowie życia, oraz dla tych wszystkich, którzy docenią ciepłą, osobistąodyseję”.
Frances Hesselbein, prezes iDyrektor Generalny The Drucker Foundation
„Wielu młodych, bogatych przywódców trafi do nieba dzięki życiu Boba Buforda. Stworzył on wspaniałe dzieło mówiące otym, jak przestać liczyć lata isprawić, żeby to lata zaczęły się liczyć. Wiem, że to nada mojej drugiej połowie życia większeznaczenie”.
Stephen Arterburn, założyciel iprezes New Life Ministries
„Książka Boba wzywa nas do zatrzymania się ipomyślenia okierunkach ipriorytetach naszego życia. Autor zmagał się zprzemianami wżyciu wpełni zaangażowanym idoświadczonym, dzięki czemu jego poglądy irady brzmią prawdziwie igłęboko. Sposób nauczania, który Bob wykształcił, działając zwdziękiem iłaską, jest przepełniony mądrością, która wyposaża nas wzasady istrategie ubogacające naszeżycie”.
J. Williams, prezes Trammell Crow Company
„Bob Buford wie, że wżyciu, jak wsporcie, ważne jest to, by dobrze skończyć. Co znaczą dobre wyniki wpierwszej połowie, jeśli na końcu przegrywasz? Bob zagrzewa do walki, mówiąc oodkrywaniu podstaw życia wsposób zrozumiały dla skupionych na sukcesieAmerykanów”.
Dr Stephen A. Hayner, profesor nadzwyczajny Ewangelizacji iWzrostu Kościoła, Columbia Theological Seminary
Książek na temat kryzysu wieku średniego oraz związanego znim często zjawiska wypalenia zawodowego powstało już mnóstwo, ale dopiero Buford dotknął tematu wsposób tak kompletny ipraktyczny, jak tego potrzebowali czytelnicy. „Półmetek” zcałą pewnością pomoże czterdziestolatkom, do których właśnie dociera, że zaprzepaścili najlepsze lata swojego życia iszukają nowej drogi. Książka ta jednak okaże się pasjonującą iinspirującą lekturą także dla każdego, kto - niezależnie od wieku - zrozumiał, że prawdziwy sukces nie ma nic wspólnego ze zdobywaniem dla siebie tego, co doczesne, lecz polega na takich osiągnięciach wsłużbie innym, które gromadzą „skarby wniebie (Mt 6,20).
Fabian Błaszkiewicz,
mówca profesjonalny, szkoleniowiec
SzanownyCzytelniku,
Może osiągnąłeś już 40 lat ipewien sukces wżyciu zawodowym, ale zapytam cięszczerze:
– Czy wiesz, co jest twoim życiowym powołaniem? Czy wiesz, co tak naprawdę chcesz dalej wżyciu robić, by miało ono znaczenie isens?
– Czy czujesz się spełniony? Amoże czujesz pewien niedosyt inie wiesz, jak spędzić resztę życia?
– Czy wiesz, kim jesteś ijakie są twoje podstawowewartości?
– Czy znasz swoje mocne strony italenty, którymi obdarzył cięBóg?
– Czy chcesz, aby świat wokół ciebie był lepszym miejscem? Czy wiesz, jak wnieść swój wkład wosiągnięcie tego? Czy chcesz, aby twoja spuścizna przetrwała wieki?
Jeśli nurtują cię powyższe pytania, bez względu na to, czy znasz na nie odpowiedzi, to książka, którą trzymasz wręku, jest dla ciebie.
Jeśli jednak nie zadawałeś sobie nigdy takich pytań, to gorąco zachęcam cię do takiej, często niełatwej, osobistej introspekcji. Zwiekiem coraz trudniej zdecydować, co zrobić ze swoim życiem, by wdrugiej jego połowie użyć całego nagromadzonego doświadczenia izasobów.
Prawdziwi ludzie sukcesu, świadomi swej misji nie odchodzą na emeryturę, która polega na bezużyteczności inudzie. Tacy ludzie wdrugiej połowie swojego życia aktywnie szukają znaczenia, sensu ipowołania, co jest źródłem ich szczęścia, radości iwitalności aż do końca ich dni. Ludzie świadomi celu głęboko wierzą, że najlepsze lata są stale przed nimi izawsze mają wiele marzeń iplanów. Niestety wielu ludzi, którzy osiągneli sukces wpierwszej połowie życia, nie wie inawet nie zastanawia się nad tym, jak wdrugiej połowie sukces przetransformować wznaczenie.
Półmetek był ijest dla mnie wspaniałym przewodnikiem wtym procesie. Jest ona wdużej mierze życiorysem Boba Buforda, człowieka, który tą drogą szedł przed nami, az którym miałem ogromny przywilej spotkać się osobiście, by zaczerpnąć zzasobów jego mądrości i zainspirować się tym, jak Bóg poprowadził go od sukcesu do znaczenia. To spotkanie było dla mnie bardzo ważne, bowiem najbardziej przemawiają do nas prawdziwe historie realnych ludzi – ich zmagania, porażki izwycięstwa.
Są książki, które fundamentalnie zmieniły moje życie. Niekwestionowanym numerem 1 jest dla mnie Biblia, ale Półmetekzpewnością znajduje się wpierwszejtrójce.
Półmetek Boba Buforda pomoże ci przejść przez niełatwy okres wżyciu, kiedy po osiągnięciu sukcesu czujesz się zagubiony iszukasz prawdziwego sensu iznaczenia.
Odkrycie własnej misji ipowołania pomaga skoncentrować swoją uwagę tylko na ważnych rzeczach ipowiedzieć „nie” tym, które nie są już wzgodzie zokreśloną misją, choć same w sobie nie muszą być złe. Wostatnich kilku latach odkryłem, że jest mnóstwo wspaniałych rzeczy, wktóre można się zangażować. Jednak nasz czas inasze zasoby są ograniczone, dlatego dobrze jest wiedzieć, co jest właśnie tą rzeczą, do której Bóg nas powołuje, gdzie możemy być najbardziej przydatni igdzie nasze silne strony przejawią sięnajmocniej.
Życzę ci, by ta książka zainspirowała cię do głębokich przemyśleń, odważnych życiowych decyzji izmian, by twoje dalsze życie nabrało większego sensu iprzyniosło poczucie spełnienia iznaczenia, które przekroczy ramydoczesności.
Adam Wałach
Ernst and Young Przedsiębiorca roku 2010, Republika Czeska
Piętnaście lat temu zacząłem zapisywać myśli dotyczące pewnego wydarzenia, które miało miejsce wmoim życiu. Zamiast mierzyć się zkryzysem wieku średniego, odkryłem, że czeka mnie nowe, lepsze życie. To odkrycie nazwałem „przerwą”, asam proces doprowadził mnie ostatecznie do „drugiej połowy”. Ta przenośnia jest trafna, ponieważ po pełnej sukcesów pierwszej połowie potrzebowałem przerwy, wktórej musiałem dokonać zmian wrozgrywce podczas drugiej połowy. Wciągu ostatnich dwudziestu lat odniosłem wiele sukcesów, nie doświadczyłem wypalenia ani frustracji, ale czułem, że czegoś mi brakuje iże muszę zmienić strategię swojej gry. Patrząc wstecz, widzę, że Bóg ochronił mnie przed skorzystaniem ztypowych dróg, uczęszczanych przez ludzi, którzy szukają tego, czego im brakuje.
Zaniosłem swoje notatki do wydawcy, aon uznał, że należy stworzyć znich książkę, wobec której miał skromne oczekiwania. Myślę, że można powiedzieć, że od tego momentu wokół Półmetku utworzył się pewien ruch. Książkę przeczytało ponad 500 000 osób, zczego większość użyła jej jako katalizatora do odkrywania swojej drugiej połowy życia. Założona przeze mnie organizacja, Leadership Network, odpowiedziała na tysiące listów, powołując Halftime Group, która za pomocą coachingu iinnych środków prowadzi ludzi wich osobistej podróży od sukcesu do znaczenia. Książka nadal jest sprzedawana wogromnych ilościach, aHalftime Group ma więcej pracy niż kiedykolwiek wcześniej. Najwyraźniej ten cichy, drobny głos, który przemówił do mnie ponad dwadzieścia lat temu, nakłaniając do zmiany planu gry, również dzisiaj brzmi znajomo wuszach ludzi; na tyle znajomo, że mój wydawca namówił mnie na ponowne, uzupełnione wydanieksiążki.
Pod wieloma względami niczego nie zmieniłem. Moje przesłanie brzmi tak samo, jak brzmiało w1994 roku: jeżeli zbliżasz się do wieku średniego – czyli masz od trzydziestu kilku do pięćdziesięciu kilku lat – najlepsze lata życia masz przed sobą. Żaden sukces, którego doświadczyłeś, nie da ci pełnego spełnienia. Czeka na ciebie życie, które ma znaczenie, prawdziwą wartość, aja opisuję wtej książce proces, który dokona się iw twoim życiu.
Jednak gdy pisałem tę książkę, niewiele osób posiadało telefony komórkowe, ajeszcze mniej miało dostęp do Internetu. Ludzie, których historie opowiadam, odeszli już do lepszego świata, wtym czasie pojawiły się również lepsze sposoby, które mogą pomóc ci wtwojej drodze. Znalazłem więc trochę czasu na mojej farmie wTyler, wTeksasie, żeby ponownie przeczytać tę książkę, mając wgłowie jedno pytanie: Gdybym miał zacząć dzisiaj na nowo, co bym zmienił? Doszedłem do wniosku, że niewiele, ale na tyle dużo, by sprawić, że ta książka będzie jeszcze lepszym towarzyszem twojej podróży. Nowe, aktualne historie ludzi, którzy odkryli misję drugiej połowy swojego życia. Zupełnie nowy rozdział, poświęcony pytaniu: Jak mogę doświadczyć przerwy, jeśli nie mogę zrezygnować zpracy? Odświeżony zestaw pytań do dyskusji, znajdujący się na końcu książki oraz nauczanie, dla którego natchnieniem była mądrość tych, którzy rozpoczynając drugą połowę swojego życia, przeczytali tę książkę inauczyli się zniej czegoś nowego.
Być może najlepszą częścią oryginalnego wydania było wspaniałe słowo wstępne, napisane przez mojego przyjaciela imentora, Petera Druckera. Peter niestety odszedł od nas 11 listopada 2005 roku. Jego słowa wciąż brzmią jednak prawdziwie, więc je zachowałem. Nasz wspólny dobry przyjaciel iautor bestselerów, Jim Collins, również napisał słowo wstępne, które jest tak dobre jak to autorstwa Petera – traktuję je jako dodatek dla siebie idlaciebie.
Życzę ci dobrej lektury.
Bob Buford ma szczególny dar do przekonywania ludzi, by zgodzili się na niewygodę. Poznałem go w1996 roku, gdy poprosił mnie, żebym nauczał pastorów z dużych kościołów ewangelicznych. Nie wiedziałem niczego omegakościołach i zastanawiałem się, czy mogę mieć wogóle jakiś wpływ na ich sposób myślenia.
– Tym bardziej powinieneś to zrobić! – odpowiedział Buford. – To sprawi, że sam dowiesz się czegoś nowego otym, co możesz dać innym. Nie masz pojęcia, czego sam się nauczysz, angażując tych kościelnych liderów, ijak bardzo to zmieni twoją własną użyteczność.
Okazało się, że wkwestii doświadczenia przygody Bob miał rację. Wtrakcie sesji dla megakościołów, gdy zachęcałem pastorów do tworzenia kościołów, których zadaniem jest trwać, nagle gdzieś ztyłu podniosła się czyjaśręka.
– Jim, niby dlaczego to jest ważne? – zapytał pastor zKarolinyPołudniowej.
– Ponieważ jeśli nie myślisz wcześniej oswoim następcy – jeśli twój kościół opiera się wyłącznie na twojej charyzmatycznej osobowości – to po twoim odejściu on najpewniej upadnie.
Potem podzieliłem się znimi historią oniegdyś wspaniałej firmie, której starzejący się założyciel definiował planowanie następstwa, wypowiadając jedynie co miesiąc zdanie: „Jeśli kiedyś będęnieosiągalny…”.
Pastor popatrzył na mnie niemalże zlitością, tak jakby brakowało mi piątej klepki, apotem powoli, przeciągając każde słowo, powiedział:
– Cóż, panie Collins, wydaje mi się, że, hmm, zapomina pan opewnej podstawowej rzeczy – przerwał dla uzyskania lepszego efektu. – Widzisz, nasz założyciel – kolejna przerwa – cóż, on nigdy nie jest nieosiągalny.
Sala wybuchła śmiechem, aja zauważyłem, że Buford kiwnął na mnie głową, tak jakby chciał powiedzieć: „Widzisz, mówiłem ci, że cię przycisną ibędziesz lepszy”. Wróciłem do domu iprzemyślałem kwestię idei wiecznej trwałości wkontekście religijnego przywództwa. Wtedy też zaczęła się moja przyjaźń, która stała się dla mnie stałym źródłem odnowy.
Buford popychał istawiał wyzwania. Podczas jednej znaszych długich rozmów zapytałem Buforda (który jest najlepszym posłańcem chrześcijaństwa, jakiego kiedykolwiekspotkałem):
– Wjaki sposób chrześcijaństwo przekształciło się wciągu trzystu lat zgrupy fanatyków, którzy podróżowali po dalekiej pustyni Imperium Rzymskiego, woficjalną religię najpotężniejszego imperium na świecie? Analogicznie to tak, jakby dzisiaj dwa tuziny osób stworzyło nową religię trzydzieści mil od Bagdadu iwiek czy dwa później uczyniło zniej oficjalną religię Stanów Zjednoczonych – ito bez komunikacji masowej. Jak to się stało?
Buford odpowiedział, pytając mądrych chrześcijańskich historyków, zbierając ich odpowiedzi iprzesyłając mi karton danych iinformacji do przeczytania – kolejne wyzwanie, kolejna okazja do nauki iodnowy, kolejny wstrząs wywołany przez Boba Buforda.
W prośbie Boba oto, bym napisał to słowo wstępne, kryje się pyszna ironia: jestem właśnie wsamym środku mojej przerwy, bo właśnie kończę pięćdziesiąt lat. Buford przebiegle zaangażował mnie wswoją pracę wtym właściwym momencie, wktórym zrobi mi to najlepiej. Nie mam odpowiedzi, ale Buford dał mi – iwszystkim tym, którzy czytają tę książkę – właściwe pytanie: Dlaczego mamy popaść wbeznadzieję po latach gromadzenia wiedzypoznawczej?
W pierwszej połowie dwudziestego wieku ludzie wdużej mierze postrzegali pracę jako zło konieczne, sposób na zapewnienie bezpieczeństwa iwygody. Potem, wlatach 60., ludzie zaczęli oczekiwać więcej od swoich karier – chcieli znaczenia ipoczucia celu. Ateraz Bob Buford pojawia się zkolejnym wyzwaniem: wyjść poza wąskie myślenie osatysfakcjonującej ipełnej sukcesów karierze, izacząć postrzegać całe życie jako znaczące iwartościowe. Wksiążce Półmetek autor utrzymuje, że należy odrzucić stary model mozolnej kariery, po której następuje odprężająca emerytura, izastąpić go ideą, zgodnie zktórą druga połowa może – ipowinna – być bardziej twórcza, bardziej wpływowa, bardziej znacząca, bardziej śmiała iwypełniona większą ilością uczenia się niż pierwsza połowa. Udane pierwsze pięćdziesiąt lat powinno być postrzegane zaledwie jako dobry początek.
Większość osób, które czytają prace Buforda, osiągnęło już sukces iodkryło, że on sam wsobie to za mało. Agdy dochodzimy do połowy, gdy wiemy, że zostało nam mniej dni od tych, które już przeżyliśmy, gdy nasi mentorzy, nauczyciele, matki iojcowie zaczynają odchodzić, idea „większego sukcesu” nie odpowiada na pytanie: Jaki jest wtym cel? Odpowiedziałeś już na pytanie: Jaka jedna rzecz – nie dwie, nie trzy, nie cztery, ale jedna wielka rzecz – znajduje się wpudełku? Napisałeś już swoje epitafium? Stworzyłeś już strategię pomnożenia twojego wkładu stukrotnie? Odpowiedziałeś już na pytanie: Ile to za dużo? Czy dokonałeś już „testów sejsmicznych”, żeby ocenić, jaka służba będzie dla ciebie najlepsza? Czy zorganizowałeś już swój czas wokół dwóch najważniejszych elementów pełnego życia: samorealizacji ispołeczności? Jeżeli jesteś gotowy na te pytania, jesteś gotowy na Półmetek.
Zmagając się zpytaniami Buforda, odkryłem dwa różne podejścia do samoodnowy – izachęcam, byś rozważył oba podczas lektury tej książki. Podstawą pierwszego znich jest idea Johna Gardnera, która mówi, żeby zamieniając sukces na znaczenie, przerzucić się na zupełnie nowe czynności, zmieniając nasze działania od tych skupiających się na karierze na te dotyczące udziału. Gardner, były sekretarz ds. zdrowia, edukacji iopieki społecznej (autor klasyku Self-renewal1) powiedział mi kiedyś, że zaplanował uczyć się iwzrastać pomiędzy 70. a88. rokiem życia wtakim stopniu, jak od narodzin do osiemnastego roku życia. Gdy pojawiły się wyzwania, Gardner powiedział, że wwieku siedemdziesięciu lat wiedział trochę więcej, niż gdy miał kilka miesięcy. Gardner każe ludziom myśleć o„przesadzaniu samych siebie” co 10–15 lat poprzez podejmowanie wyzwań, które wydobywają zczłowieka ukryte wnim siły. Buford wkracza tam, gdzie Gardner zakończył, istawia nam wyzwanie, żebyśmy zauważyli, że niektóre istotne iznaczące działania powinny pojawić się wdrugiej połowie, zaprzeczając poglądowi, że kreatywność maleje zwiekiem. Poprzez „przesadzanie się” możesz odtwarzać poczucie ekscytacji, których doświadczałeś w swojej młodości, ciągle na nowo. „Przesadzanie się” ma również cudowny efekt uboczny wpostaci spowolnienia czasu. Przypomnij sobie, jak żywe było doświadczenie pierwszych tygodni nowej szkoły, nowego miasta, nowej pracy czy nowego kraju – ta nowość pobudziła twoje zmysły ipogłębiła wspomnienia – wporównaniu do tego, jak doświadczałeś pięćdziesiątego czy setnego tygodnia, gdy życie stało się rutyną.
Drugą ścieżką do odnowionego życia jest spojrzenie na twoją pierwszą aktywność – tę, której oddawałeś się przez pierwszą połowę – jako głównego środka odnowy. Dla niektórych najlepszym wyborem jest ta druga ścieżka, wybór odnowy w obrębie pewnego pola, podobnie jak artysta wzrasta wswojej sztuce. Beethoven nie doszedł do przerwy, zostawiając muzykę, żeby się odnowić; nadal był na niej skupiony, tworząc najbardziej przełomowe dzieła. Czy byłby większy pożytek zBeethovena, gdyby porzucił muzykę iszukał znaczenia? Tak jak Beethoven, Peter Drucker wybrał drugą ścieżkę iświetnie, że jest on autorem pierwszego słowa wstępnego do tej książki.
Książki Druckera wypełniają trzy rzędy półek wClaremont Graduate University. Jeden zmoich przyjaciół zwrócił uwagę: „Zauważ, że jego prace, napisane przed sześćdziesiątym piątym rokiem życia zajmują jedną półkę, ate napisane posześćdziesiątym piątym potrzebują już dwóch półek”. Gdy zapytałem Petera Druckera, który wówczas miał osiemdziesiąt sześć lat, zktórej zdwudziestu sześciu książek był najbardziej dumny, odpowiedział: „Znastępnej”. Dla niektórych sztuką jest być dyrektorem generalnym (albo pisarzem, liderem wkościele czy profesorem) ijeśli to opisuje ciebie, pytanie brzmi: Jeżeli do przerwy napisałeś tylko cztery symfonie, jakie będą symfonie nr 5, 6, 7, 8, i9 iw jaki sposób uczynisz dziewiątą symfonię najbardziej wyjątkową ze wszystkich?
Uznaj zatem, że zostałeś zawczasu ostrzeżony, zanim na następnych stronach poznasz Boba Buforda. Nie czytaj tej książki, jeśli chcesz łatwego iwygodnego życia. Nie czytaj jej, jeśli chcesz łatwo dotrzeć do mety. Nie czytaj tej książki, jeśli zamiast dawać, chcesz głównie brać. Ale jeśli masz głębokie pragnienie bycia użytecznym, uczenia się iwzrastania aż do momentu śmierci, Półmetek będzie dla ciebie ożywczym wyzwaniem.
Zagadnienie odnowienia pozostaje znami przez całe nasze życie. Niektórzy odpowiadają na nie zogromną łaską ikreatywnością, stając się młodymi siedemdziesięciolatkami; inni niestety zaczynają szybko się starzeć, będąc wpodeszłym wieku jako zaledwie trzydziestopięciolatkowie. Ipodczas gdy Buford zaadaptował analogię przerwy zniesamowitym skutkiem, pomiędzy sportem ażyciem pozostaje jedna ogromna różnica: wfutbolu (czy maratonie, czy wspinaczce wysokogórskiej) dokładnie wiesz, kiedy przekroczyłeś połowę. Wżyciu może ci się wydawać, że wiesz, kiedy doszedłeś do połowy, ale wrzeczywistości możesz być na dwudziestej piątej mili dwudziestosześciomilowego maratonu albo na dwóch ostatnich minutach czwartej kwarty, albo – jeśli masz szczęście – ciągle wjednej trzeciej wspinaczki wysokogórskiej. Mamy tylko jedno życie iważność tego, co mamy do zrobienia, wzrasta zkażdym dniem. Zegar bije.
Jim Collins
Boulder, Kolorado
listopad 2007
To jest najbardziej niezwykła, naprawdę wyjątkowa książka – przynajmniej ja nie znam żadnej, która byłaby choćby odrobinę do niejzbliżona.
Jako biografia niezwykłego człowieka jest bardzo przystępna iczyta się ją z wielką przyjemnością. Jest to historia omrocznych początkach, historia chłopca, który po śmierci ojca, wwieku zaledwie jedenastu lat musiał wziąć na siebie ciężar jedynego mężczyzny wrodzinie; historia wielkiego trudu, wizji ideterminacji, smutku isukcesu.
Mimo że to samo wsobie jest już ciekawe, jednak to, co jest niezwykłe, to fakt, że Bob Buford jest jedną zniewielu znanych mi osób, które wwieku kilkunastu lat musiały dobrze poznać swoje mocne strony. Zazwyczaj zaledwie kilku artystów działa wten sposób. Jeszcze bardziej niesamowitą rzeczą jest to, że gdy Bob zdał sobie sprawę, że to, do czego Pan go uzdolnił, bardzo różniło się od tego, co on sam chciał robić, miał wsobie dość szczerości iodwagi, żeby powiedzieć: „Moim obowiązkiem imisją jest robić to, wczym jestem dobry, zamiast tego, co chciałbym robić”. Temu oczywiście Bob zawdzięcza swój sukces przedsiębiorcy ibiznesmena.
Jednak – ito jest według mnie bezprecedensowe – Bob nigdy nie zapomniał oswojej pierwotnej wizji inigdy nie zrezygnował ze swoich pierwotnych wartości na rzecz sukcesu. Nie skreślił swoich młodzieńczych ambicji jako dziecięcego marzenia. Harował jak wół inigdy nie stracił zoczu celu. Agdy po trzydziestu latach nieustannego znoju doszedł do miejsca, wktórym mógłby oszczędzić trochę czasu ipieniędzy, on zastanawiał się, jak może osiągnąć to, czego chciał trzydzieści lat wcześniej, aco wymagało jego sił, doświadczenia iwiedzy.
W tym momencie wiele osób przechodzi na emeryturę. Jednak Bob zrozumiał, że lubi, wręcz kocha swoją pracę iże jest wtym dobry. Wiedział, że powinien nadal robić to, co robił. Uznał jednak również, że powinien rozwinąć równoległą karierę, wktórej jego siły, wiedza, doświadczenie – ipieniądze – posłużą jego głębokiemu przekonaniu ogłoszeniu Królestwa Bożego na ziemi; chciał służyć chrześcijaństwu na swojej rodzinnej ziemi.
To samo wsobie jest wyjątkowe. Jednocześnie jednak ta książka jest czymś dużo więcej niż autobiografią. Nie zawiera kazań, nie próbuje być naukowa, nie ma w niej statystyk ani akademickiego żargonu; stawia ona czoło podstawowemu, społecznemu wyzwaniu rozwiniętego izamożnego społeczeństwa, jakim się staliśmy.
Nie tak dawno temu, wczasach, gdy się urodziłem, czyli kilka lat przed Iwojną światową, niewielu ludzi dożywało tzw. średniego wieku. Jeszcze wroku 1929 średnia długość życia wStanach Zjednoczonych nie wynosiła nawet pięćdziesięciu lat – apół wieku wcześniej było to ok. trzydziestu pięciu lat. Jednak dzisiaj olbrzymia większość Amerykanów – iw ogóle ludzi żyjących wrozwiniętych krajach – żyje dwa razy dłużej niż żyli ludzie wczasach naszych pradziadków.
Równie ważny jest fakt, że po raz pierwszy whistorii ogromna liczba osób może spodziewać się sukcesu – czegoś, co wprzeszłości było praktycznie nieznane. Sukces niekoniecznie oznacza pokaźną fortunę czy nawet wielki światowy sukces. Oznacza jednak uzyskanie czegoś, czego ludzie wpoprzednich latach po prostu nie znali: osiągnięć. Może jako profesor na uczelni, lekarz albo prawnik, manager średniego szczebla albo zawodowiec worganizacji czy administrator szpitala – chodzi ote wszystkie zawody, które na początku wieku albo nie istniały, albo było ich tak niewiele, że społecznie nie miały wielkiego znaczenia.
Praca służyła wtedy przeżyciu, nie stanowiła życia sama wsobie. Pracownik w fabryce stali, rolnik na rodzinnej farmie, pracownik linii montażowej, sprzedawca w małym sklepie rodzinnym – wszyscy ludzie tradycyjnych zawodów byli gotowi na przejście na emeryturę po trzydziestu latach, gdyby tylko mogli sobie na to pozwolić. Nie tęsknili za pracą, ponieważ była ona dla nich tylko środkiem na zdobycie kolejnego posiłku albo butów dla dzieci.
Dzisiaj coraz większa liczba ludzi chce odnaleźć to, co odkrył Bob Buford: radość zpracy, stawanie się lepszym wmiarę upływu czasu, brak gotowości na emeryturę nawet pomimo zgromadzonych na to środków. Ogromna irosnąca rzesza ludzi – nazywam ich „pracownikami wiedzy” – nie tylko radzi sobie lepiej finansowo niż kiedykolwiek wcześniej whistorii; oni radzą sobie nieskończenie lepiej wkwestii osobistego spełnienia. Ajednak gdy są po czterdziestce, praca, którą znają ikochają, nie jest już dla nich wyzwaniem. Potrzebują nowego bodźca.
Kiedy po raz pierwszy zdałem sobie ztego sprawę jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, wydawało mi się, że pojawi się ogromna liczba ludzi „drugiej kariery”, którzy zpracy np. kontrolera finansowego wdużej korporacji przerzucą się na podobne stanowisko, ale winstytucji non profit. Myliłem się – Bob Buford dał mi dobrą lekcję. Większość tych osób nie chce zostawić tego, co robią iw czym są dobrzy. Ale czują potrzebę, żeby do tego, co nazywają „drugą połową swojego życia” dodać to, co ja nazywam „równoległą karierą”. Szukają pewnej sfery, wktórej mogą służyć swoimi wartościami, działając za pomocą tego, wczym są dobrzy, korzystając ze swoich mocnych stron, wiedzy idoświadczenia, które już zdobyli.
Tak jak powiedziałem wcześniej, to są nowe, bezprecedensowe wyzwania. I wydaje mi się, że ta książka jest pierwszą, która wmistrzowski sposób pokazuje je itłumaczy, jak się do nich odnieść. Jest to pionierstwo wyższego szczebla. Jest to analiza społeczna wyższego szczebla. Ijest to poradnik najwyższego szczebla. Bez względu na to, jakie ktoś ma wartości, czy wco się angażuje – inie musi to być nawet zbliżone do tego, czemu poświęca się Bob Buford – ta książka powinna być katalizatorem dla wszystkich tych, którzy są beneficjentami dwóch największych osiągnięć tego stulecia: wydłużenia życia (zwłaszcza zawodowego) ifaktu, że można obecnie odnieść sukces iżyć, anie tylko egzystować.
Jest to książka ważna również ze względów politycznych. Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę ztego, że współczesny rząd nie jest wstanie zatroszczyć się ospołeczeństwo izająć problemami społecznymi. Nie potrafi tego zrobić również wolny rynek. Rośnie świadomość potrzeby nowego sektora, bez względu na to, jak go nazwiemy – non profit, trzeci sektor, sektor niezależny czy (moja osobista preferencja) sektor społeczny. Wtym sektorze obywatelstwo pracujących wolontariuszy ponownie staje się rzeczywistością zamiast być rytuałem, na który składa się doraźne głosowanie ipłacenie podatków. Książka Boba wskazuje na rozwiązanie głównego wyzwania politycznego rozwiniętego społeczeństwa: sukces człowieka wśrednim wieku może pomóc przywrócić ciało polityczne do funkcjonowania, efektywności ipotwierdzenia podstawowych wartości zarówno demokracji, jak ispołeczeństwa.
Jest to również książka religijna, która dociera do serca jednego zgłównych wyzwań Ameryki: roli religii ichrześcijaństwa wspołeczeństwie amerykańskim iżyciu Amerykanów. Wszyscy wiemy, że większość głównych kościołów wAmeryce przez ostatnie trzydzieści-czterdzieści lat regularnie traci członków. Cudowne jest jednak to, że kościoły straciły tak niewielu ludzi! Przynależność do kościoła wczoraj – awczoraj oznacza zaledwie pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat temu – wwielu wypadkach wynikała raczej ze społecznego przymusu niż zwłasnego wyboru.
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do tego kraju wlatach 30. jako amerykański korespondent kilku brytyjskich gazet, uczęszczanie do kościoła było obowiązkowe. Kilka tygodni po naszej przeprowadzce do tego kraju wypełnialiśmy wniosek okredyt hipoteczny – na dodatek staraliśmy się omieszkanie wbogatej iraczej niereligijnej części Nowego Jorku – imusieliśmy dołączyć do dokumentów dwie referencje, zczego jedna musiała być wystawiona przez pastora kościoła, do którego uczęszczaliśmy. Jeżeli nie miałeś takich referencji, nie mogłeś otrzymać kredytu. Nawet dwadzieścia pięć lat później, na początku lat 50., wmałym mieście wiejskich obszarów Ameryki, jeżeli ktoś nie uczęszczał do kościoła, nie mógł otrzymać pożyczki zbanku albo przyzwoitej pracy.
Ta presja społeczna już nie istnieje. Ale mimo że oczekiwaliśmy katastrofalnego spadku liczby członków kościoła, spadek ten był raczej skromny – choćby wporównaniu do Europy – areakcją na niego był wzrost nowych, dużych „kościołów pastorskich”, wktórych liczba członków wzrasta dwa-trzy razy szybciej niż tempo, wjakim tradycyjne kościoły tracą swoich członków. Innymi słowy, Ameryka nadal jest wdużej mierze krajem chrześcijańskim, oile kościoły nauczą się, jak służyć obecnemu elektoratowi: ludziom, którzy nie chodzą do kościoła dlatego, że muszą, ale dlatego, że wolą to nad wszystko inne.
Bob wcześnie to zauważył. Jego Leadership Network działało jako katalizator, który miał sprawić, że duże, pastoralne kościoły pracowały efektywnie, rozpoznawały swoje główne problemy, potrafiły same się utrzymać (czego wcześniej żaden kościół pastoralny nie był wstanie zrobić) iskupiały się na misji jako apostołowie, świadkowie igłówna służba wspołeczeństwie. Ateraz poszerza tę pracę na wiele kościołów, włączając te średniej wielkości, nie jako kaznodzieja, ale jako przedsiębiorca, który przekształca ukrytą energię wdziałanie.
W końcu ta książka może – ipowinna – być czytana jako historia wzrostu od wiedzy do mądrości, od edukacji umysłowej do duchowej. Takie historie naprawdę są rzadkie – idużo bardziej ekscytujące, ważne ipouczające od awanturniczych powieści przygodowych czy romansideł. Tych historii potrzebują ludzie, którzy doszli do połowy swojego życia, ci, którzy odnieśli sukces wznaczeniu osiągnięć – tak jak młodzi ludzie potrzebują opowieści oheroicznych wyczynach iromantycznej miłości.
Podsumowując, jest to książka, która powinna być czytana na wielu poziomach. Przemówi wróżny sposób do różnych ludzi. Ale jest to książka, która zawiera znaczenie iprzesłanie dla wszystkich, którzy ją otworzą.
Peter F. Drucker, 1 września 1994
I mówił do nich wiele wpodobieństwach. Irzekł: Oto wyszedł siewca, aby siać. A gdy siał, padły niektóre ziarna na drogę iprzyleciało ptactwo izjadło je. Inne zaś padły na grunt skalisty, gdzie nie miały wiele ziemi, iszybko powschodziły, gdyż gleba nie była głęboka. A gdy wzeszło słońce, zostały spieczone, aże nie miały korzenia, uschły. A inne padły między ciernie, aciernie wyrosły izadusiły je. Jeszcze inne padły na dobrą ziemię iwydały owoc, jedne stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, ainne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechajsłucha.
Ewangelia Mateusza 13,3–9
Nikt znas nie wie, kiedy umrze. Ale każdy znas może, jeśli chce, wybrać swoje epitafium. Ja swoje wybrałem. Muszę wyznać, że myślenie oswoim nagrobku w momencie, gdy jestem jeszcze wpełni sił witalnych, jest dość niepokojące. Ajednak wmoim umyśle isercu istnieje żywy obraz, który stanowi dla mnie zarówno wspaniałą inspirację, jak iwielkiewyzwanie:
Oznacza on „100 razy”. Wziąłem go dla siebie zprzypowieści osiewcy z Ewangelii Mateusza 13. Jestem przedsiębiorcą ichcę zostać zapamiętany jako nasiono, które zostało zasiane na dobrej glebie idało stukrotny owoc. Tak chcę żyć. Tak chcę wyrażać swoje pasje igłówne zobowiązania. Tak wyobrażam sobie moje dziedzictwo. Chcę być symbolem większego zysku, na śmierć iżycie.
Św. Augustyn powiedział, że początkiem dorosłości jest zadanie sobie pytania owłasne dziedzictwo: Za co chcę zostać zapamiętany? To właśnie zrobiłem, pisząc swoje własne epitafium. Wkońcu epitafium powinno być czymś więcej niż tylko wątłym, życzeniowym, samodzielnie wybranym mottem. Jeżeli jest szczere, mówi coś oesencji twojej osobowości iduszy.
Wierzę, że to, co porusza się wewnątrz najświętszej komnaty serca, jest darem, który otrzymaliśmy od naszego Stwórcy. Jest to jeden ze sposobów na wyznanie przekonania, że istoty ludzkie są czymś więcej niż zwierzęta czy maszyny. To wyznanie, że jesteśmy istotami duchowymi, które mają cel iprzeznaczenie. Jest to boskie przypomnienie, że jesteśmy cudownie iwspaniale stworzeni na obraz Boga.
Możesz nazwać moje epitafium 100x pobożnym życzeniem ina pewno częściowo tak jest. Ale gdy wybierzesz epitafium, które wyraża twoją wdzięczność za twój pojedynczy talent – ijako cel, do którego jesteś zobowiązany, dopóki nie spoczniesz wgrobie – postrzegasz siebie jako człowieka zcelem ipasją, które zostały zakodowane wtobie na całe życie.
Jezus uczył głównie poprzez historie iprzypowieści, aprzypowieść osiewcy dociera do centrum moich marzeń ido istoty moich doświadczeń. To jest siła napędowa tej książki. Moją pasją jest pomnażanie tego, co Bóg mi dał i, poprzez proces, oddawanie tego. Chciałbym zachęcić cię do tego samego. Nie chcę, żebyś był ziarnem, które padnie obok drogi, na skały albo zostanie zaduszone przez chwasty. Takie ziarno ma potencjał wydania owocu, ale okoliczności mu to uniemożliwiają.
Moje własne okoliczności zapewniły mi żyzną glebę, na której mogłem wzrastać. To było szczęśliwe środowisko ijednocześnie decydujący czynnik wmojej historii. Moja własna opowieść nie mówi oczłowieku, który zawdzięcza wszystko sobie, nie jest to również historia zserii tych od pucybuta do milionera. Otrzymałem dużo więcej możliwości wzrostu, osobistego rozwoju inagród finansowych niż większość Amerykanów.
Z jednej strony możesz powiedzieć, że miałem szczęście, ponieważ faktycznie otrzymałem wiele rzeczy, zktórymi mogłem pracować. Ale jeśli tak jak ja wierzysz, że „komu wiele jest dane, od tego wiele będzie się wymagać”, zauważysz, jak zniechęcające jest moje epitafium.
A co ztwoim epitafium? Co otrzymałeś ico zamierzasz ztym zrobić do końca twojegożycia?
Ostatnio zacząłem przyglądać się mojemu życiu poprzez metaforę futbolu (właściwie pasuje tu każdy sport, który dzieli przebieg gry na dwie części). Aż do trzydziestego piątego roku życia byłem wswojej pierwszej połowie. Potem pojawiły się pewne okoliczności, które wysłały mnie na półmetek. Teraz gram wdrugiej połowie izamienia się ona wświetną grę. Doszedłem do wniosku, że druga połowa naszego życia powinna być najlepszą połową – może ona być tak naprawdę osobistym odrodzeniem.
Jeżeli jesteś podobny do mnie, wtrakcie swojej pierwszej połowy życia prawdopodobnie nie miałeś czasu pomyśleć nad tym, jak spędzisz jego resztę. Pewnie przemknąłeś przez studia, zakochałeś się, ożeniłeś, rozpocząłeś karierę, piąłeś do góry iuzyskałeś kilka rzeczy, które ułatwiają podróż.
Zawzięcie grałeś przez pierwszą połowę. Być może nawet wygrywałeś. Ale prędzej czy później zaczniesz się zastanawiać, czy to naprawdę jest tak dobre, na jakie wygląda. Dziwnym trafem zdobywanie punktów nie wydaje się już tak atrakcyjne jak wcześniej.
Może otrzymałeś ostre ciosy. Spora liczba mężczyzn ikobiet nie dociera do końca pierwszej połowy bez bólu. Silnego bólu. Rozwód. Za dużo alkoholu. Za mało czasu dla dzieci. Wina. Samotność. Tak jak wielu dobrych graczy, zacząłeś pierwszą połowę zdobrymi zamiarami, ale po drodze coś cię zaślepiło.
Nawet jeśli ból, którego doznałeś, był niewielki, jesteś wystarczająco mądry, by zauważyć, że nie jesteś wstanie rozgrywać drugiej połowy wtaki sam sposób jak pierwszej. Nie masz już tyle energii co wcześniej. Świeżo po studiach nie miałeś problemu zpracą po czternaście godzin na dobę inadgodzinami wwolne dni. To był plan pierwszej połowy twojej gry, coś praktycznie nieuniknionego, jeśli chciałeś odnieść sukces. Ale teraz pragniesz czegoś więcej niż sukces.
Pojawia się rzeczywistość samej gry. Zegar tyka. To, co kiedyś wyglądało jak cała wieczność, teraz jest wzasięgu ręki. Ipodczas gdy nie boisz się końca gry, chcesz się upewnić, że dobrze skończysz, że zostawisz po sobie coś, czego nikt ci nie może odebrać. Jeżeli pierwsza połowa była pogonią za sukcesem, to druga jest podróżą po znaczenie.
Gra jest wygrana lub przegrana wdrugiej połowie, nie wpierwszej. Można popełnić kilka błędów wpierwszej połowie, amimo to ciągle mieć czas na dojście do siebie, trudniej to zrobić wdrugiej połowie. Wdrugiej połowie powinieneś koniec końców wiedzieć, zczym masz pracować. Iznasz już boisko do gry – świat, na którym żyjesz. Doświadczyłeś już tylu zwycięstw, by wiedzieć, jak trudna jest ta gra przez większość czasu ijak łatwa się wydaje, gdy warunki sprzyjają. Doświadczyłeś na tyle dużo bólu irozczarowania, by wiedzieć, że choć strata kilku rund to żadna przyjemność, to jest ona do przeżycia iczasami pozwala ci odkryć to, co wtobie najlepsze.
Niektórzy nigdy nie docierają do drugiej połowy; wielu nawet nie wie, że ona istnieje. Wnaszej kulturze przeważa pogląd, że przekraczając czterdziesty rok życia wkraczasz wokres starzenia się iupadku. Wydaje się, że wiek iwzrost są przeciwstawnymi pojęciami. Nie wierzę wto ichcę ci pomóc wodrzuceniu tegomitu.
Nie wiem, wktórym momencie gry jesteś. Jeżeli masz dwadzieścia kilka lat, prawdopodobnie właśnie rozpocząłeś mecz imasz przed sobą ekscytującą połowę. Sporo tego, oczym piszę, wyda ci się zbyt odległe, ale nie odkładaj tej książki tam, gdzie jej później nie znajdziesz, ponieważ pierwsza połowa mija szybciej, niż ci się wydaje.
Możliwe, że zbliżasz się do końca pierwszej połowy. Masz trzydzieści kilka, może czterdzieści kilka lat icoś ci mówi, że nie możesz już grać tak, jak grałeś do tej pory. Ta książka najbardziej przemówi właśnie do ciebie.
Możliwe, że jesteś już wdrugiej połowie, ale nigdy tak otym nie myślałeś. Idziesz naprzód jak dobry zawodnik. Ta książka może sprawić, że poprosisz oczas, usiądziesz na ławce izrobisz bilans, ponieważ nigdy nie jest za późno na zmianę planu gry.
Bez względu na to, gdzie jesteś, na następnych stronach zachęcam cię, byś pozbył się myślenia, że druga połowa twojego życia nigdy nie dorówna tej pierwszej. Zamiast się poddawać iakceptować warunki, które dyktuje życie, jesteś gotowy na nowe horyzonty, nowe wyzwania. Jesteś gotowy na to, by od sukcesu przejść do znaczenia – by napisać swoje własne epitafium – ośmielając się wierzyć, że to, co w końcu zostawisz za sobą, będzie dużo ważniejsze od tego, co mogłeś osiągnąć w pierwszej połowie swojego życia.
Prawdziwym testem dla człowieka nie jest to, jak dobrze gra wroli wymyślonej przez siebie, ale jak gra wroli, którą los dla niegostworzył.
Vaclav Havel
Rzekł więc do niego: Wyjdź istań na górze przed Panem. Aoto Pan przechodził, a wicher potężny isilny, wstrząsający górami ikruszący skały szedł przed Panem; lecz w tym wichrze nie było Pana. Apo wichrze było trzęsienie ziemi, lecz wtym trzęsieniu ziemi nie było Pana. Po trzęsieniu ziemi był ogień, lecz wtym ogniu nie było Pana. Apo ogniu cichy łagodnypowiew.
1 Księga Królewska 19,11–12
Nie zawsze zwracałem uwagę na swoje życie. Szczerze mówiąc, zacząłem robić to dopiero gdy przekroczyłem czterdziestkę iodkryłem w sobie panikę sukcesu. Byłem prezesem idyrektorem generalnym odnoszącej ogromne sukcesy firmy zarządzającej telewizją kablową. Byłem wpełni zaangażowany wdobre irozwijające się małżeństwo. Mieliśmy syna, który był dla nas nagrodą inie ma lepszego słowa, którego można by tu użyć. Ioczywiście coś mnie gryzło. Jak to możliwe, że odnosiłem takie sukcesy, miałem tyle szczęścia, ajednak czułem się frustrująco niespełniony?
Wierzyłem wstrategie ipraktyki biznesowe, relacje rodzinne, istotę przyjaźni. Ale nie wiedziałem, jak pojednać te współzawodniczące interesy. Ajeśli chodzi onajważniejszą dla mnie kwestię – moją wiarę – wiedziałem, wco wierzyłem, ale nie wiedziałem, co zrobić ztym, wco wierzę.
Wtedy właśnie zacząłem się zmagać się ztym, czego chcę od drugiej połowy swojego życia. Zostałem złapany przez nieokreślony, ale bardzo istotny pomysł na to, by uczynić moje życie prawdziwie owocnym, anie zaledwie rentownym. Zarabianie dużej ilości pieniędzy ma swoje korzyści, ale czy którymś ze swoich działań pozostawiałem coś po sobie? Coś mówiło mi, że wżyciu chodzi ocoś więcej niż pieniądze. Zacząłem liczyć się zkonsekwencjami poszczególnych pór wmoim życiu isłuchać dźwięku delikatnego spokoju, który pojawia się nagle, niespodziewanie, po pożarze.
Zacząłem zadawać sobie poniższepytania:
• Czy słucham tego cichego, słabegogłosu?• Czy moja praca jest ciągle wcentrum mojejtożsamości?• Czy moje życie postrzegam przez pryzmatwieczności?• Co jest moim najszczerszym celem? Moja praca? Mojeprzeznaczenie?• Co to naprawdę znaczy „miećwszystko”?• Za co chcę zostaćzapamiętany?• Jak wyglądałoby moje życie, gdyby naprawdę dobrze siępoukładało?W Piśmie Świętym Jezus naucza, że przyszedł na ziemię, żeby Jego naśladowcy żyli wobfitości, żyli pełnią życia. To jest wspaniałe uczucie. Iwydaje mi się, że jego istota jest często niezauważana przez ludzi, którzy uważają religię za restrykcyjną izabraniającą, którzy myślą, że Jezus przyszedł, by marszczyć gniewnie brwi ikarcić, mówiąc: Nie! Jezus, którego ja poznałem ipokochałem, prowadził mnie ścieżkami szerokiego życia, nie małego czy wąskiego. Chciał, żebym głośno odpowiadał: Tak! życiu pełnemu znaczenia.
Jednak wpierwszej połowie nie słyszałem Jego „tak”, ponieważ byłem zbyt zajęty, żebysłuchać.
Dla mnie wiara nie była istotną kwestią. Otrzymałem dar wiary wBoga w młodym wieku. Jednak przez większość pierwszej połowy życia byłem, używając sportowej metafory, pozostawiony na drugiej bazie. Spójrz na poniższy diagram, na który pomysł zaczerpnąłem od pastora iautora RickaWarrena.
Pierwsza baza to drobne, dziecięce kroki wiary, czyli wszystko, czego potrzeba, by stać się członkiem Bożej rodziny. Dla mnie oznaczało to po prostu przyjęcie tego, że to, co Jezus mówi osobie wBiblii, jest prawdą. Ten krok wymaga tego, co Kierkegaard nazwał „skokiem wiary”. Wiara nie przeczy rozumowi, ale różni się od niego. Jako Boży dar wiara przyjmuje inny zestaw zdolności. Bez wiary jesteśmy obserwatorami działań serca iduszy. Zwiarą możemy wdrożyć nasze dwie dodatkowe zdolności, rozum iemocje, irazem znimi ruszyć wpodróż do drugiej bazy.
Dla mnie podróż do drugiej bazy całkowicie dotyczyła wiary. Najpierw angażowała serce, apotem głowę. Dotarcie do drugiej bazy wiązało się zprzemianą „słuchacza Słowa” w„wykonawcę Słowa”, jak nazywa ich Biblia; zmianą postrzegania wiary jako wewnętrznego systemu wierzeń wwiarę wyrażaną wzachowaniu pełnymmiłości.
Tak jak większość osób, które chodzą do kościoła iwyrażają swoją wiarę wBoga, było mi wygodnie na drugiej bazie, gdzie upewniałem się, że wierzę we właściwe rzeczy. Wniedzielę chodziłem do kościoła, słuchałem kazania, żeby wzmocnić swoją wiarę, awszelkie działanie było dość mocno ograniczone do wrzucenia jakiejś sumy na tacę iuczenia dzieci od czasu do czasu na szkółce niedzielnej.
Nie ma niczego złego wwierze. To jest jedyna rzecz, jakiej Bóg od nas wymaga, żebyśmy przyjęli Jego dar wiecznego życia. Ale Bóg pragnie dla nas owiele więcej niż tylko właściwego myślenia. Wiara wyrażona wdziałaniu jest najdoskonalszą drogą. Apostoł Paweł pisze otym wswoim wielkim rozdziale, poświęconym miłości, w13 rozdziale 1 Listu do Koryntian, który kończy słowami: „Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz znich największa jest miłość”. Greckie słowo oznaczające miłość, agape, oznacza również miłosierdzie. Miłosierdzie jest wyrażeniem miłości. Tak jakby wiara i nadzieja były zdobywane na drodze do drugiej bazy imiały nas wyposażyć na drugą połowę podróży do ostatniej bazy.
Trzecia baza polega na staniu się naśladowcą poprzez wyrażenie wiary w formie działania, zwykle wkontekście kościelnym – kościele lub jakiejś kościelnej organizacji. Iw końcu jesteśmy na drodze do ostatniej bazy. Ten etap wymaga od nas, byśmy stali się „budowniczymi Królestwa”, jak nazywa to Gordon MacDonald. To oznacza odnalezienie na świecie misji, która została specjalnie dla nas stworzona przez Boga. Grecy nazywają to przeznaczeniem, apoeta John Donne odniósł się do tego, mówiąc: „Żaden człowiek nie jest samotną wyspą”.
Druga połowa boiska do baseballu dotyczy dobrych uczynków. Absolutnie nie jest ona oddzielona od pierwszej połowy, która dotyczy wiary, ale zniej wyrasta itworzy znią całość. Parafrazując słynne zdanie Listu Jakuba: „wiara bez uczynków jest martwa”, ująłbym je wnastępujący sposób: wiara bez uczynków umiera. Życie wiary musi stać się życiem osobistej odpowiedzialności. Nogi iręce muszą podążać za sercem igłową, inaczej ciało nie będzie całością.
Mimo że Bóg chciałby zobaczyć, jak wszyscy dobiegamy do ostatniej bazy, większość chrześcijan nigdy nie wychodzi poza wiarę. W2007 roku przeprowadzono ankietę, która wykazała, że 82% Amerykanów deklaruje się jako chrześcijanie, co powinno wystarczyć do tego, by wszystkie sfery kultury były nasycone biblijnymi wartościami. Nie wątpię wwynik tej ankiety, ale muszę ci powiedzieć, że nie widzę w naszym społeczeństwie tylu dowodów wiary chrześcijańskiej. Wierzę, że dzieje się tak dlatego, że większość znas utknęła pomiędzy pierwszą adrugą bazą.
W pierwszej połowie życia praktycznie nie ma czasu na wyjście poza drugą bazę. Wtym okresie jesteśmy zdobywcami, którzy robią, co mogą, żeby zapewnić byt rodzinie, rozwijać karierę iprzekazywać swoje wierzenia iwartości dzieciom. Wdodatku wprzypadku większości mężczyzn ina pewno rosnącej liczby kobiet pierwsza połowa to czas, wktórym jesteśmy wojownikami. Musimy udowodnić sobie iinnym, że potrafimy osiągnąć coś wielkiego, anajlepszym na to sposobem jest bycie ogromnie skoncentrowanym ipełnym napięcia.
Pierwszą połowę postrzegam jako okres na rozwijanie wiary inaukę otym, w jak wyjątkowy sposób Biblia traktuje życie. Druga połowa, gdy presja maleje, wydaje się być czasem, wktórym większość ludzi dobiega do drugiej bazy ipróbuje zrobić coś zwiarą, którą rozwinęli. Tak było ze mną.
W Odysei, eposie opisującym życie Odyseusza, tytułowym bohaterem szarpią dwie wielkie siły: praca idom. Czujesz znim więź? Podczas pierwszej połowy my również jesteśmy rozrywani pomiędzy pragnieniem bycia zrodziną aprzygodą związaną zbudowaniem kariery. Czy jest coś dziwnego wtym, że nie słyszymy cichego, słabego głosu, który wzywa nas do czegoślepszego?
Pierwsza połowa życia jest związana zosiąganiem izdobywaniem, uczeniem się izarabianiem. Większość znas robi to wnajzwyklejszy sposób: kształci się, staje się siłą roboczą, zakłada rodzinę, kupuje dom, zarabia dość pieniędzy, żeby zaspokoić potrzeby oraz kilka zachcianek, ustala cele iwspina się, by je zdobyć. Niektórzy gonią za nagrodą wbardziej spektakularny, agresywny sposób: domykają główną transakcję, wygrywają wielką sprawę, wykupują inne firmy lub wchodzą wfuzje, robią wszystko, co się da, żeby dotrzeć na szczyt. Bez względu na sposób działania, niewielu ma czas w pierwszej połowie na słuchanie Boga. Jeżeli wogóle wykazujemy duchowe zainteresowanie, to zwykle przyjmuje ono formę typową dla pierwszej połowy: udział wkomitecie ds. budowy kościoła, uczenie na szkółce niedzielnej czy organizowanie dorocznych pikników parafialnych.
Druga połowa jest bardziej ryzykowna, ponieważ wiąże się zżyciem ponad przeciętną. Chodzi wniej owykiełkowanie nasiona kreatywności ienergii, które zostało w nas wszczepione, podlewanie iuprawianie go, dzięki czemu będziemy wydawać obity owoc. Wymaga to zaangażowania naszych darów wsłużbę innym i czerpanie osobistej radości, która jest wynikiem tego zaangażowania. Jest to taki rodzaj ryzyka, którego podjęcie przynosi przedsiębiorcy zwykle wspaniałe zyski.
Prawdziwy przedsiębiorca nie jest ryzykantem, nie musi również wykazywać się szczególną odwagą. On próbuje jedynie zebrać isprawdzić jak najwięcej faktów dotyczących danego środowiska, które mogą wpłynąć na decyzję. Apotem należy szybko podjąć decyzję. Podobnie, jeśli chcesz, żeby druga połowa życia była lepsza od pierwszej, musisz podjąć decyzję orezygnacji zbezpiecznego życia na autopilocie. Musisz zmierzyć się ztym, kim jesteś, dlaczego wierzysz wto, wco wierzysz odnośnie twojego życia, izastanowić się, co robisz, żeby swoim codziennym działaniom irelacjom nadać znaczenie ikształt.
W tej decyzji kryje się ryzyko: odrzucając na bok koc bezpieczeństwa, który ogrzewa cię wtwojej strefie komfortu, być może będziesz musiał odrzucić punkty odniesienia. Na początku możesz czuć, że tracisz kontrolę nad swoim życiem.
A ja ci na to odpowiem: gratuluję.
Naprawdę dobrze jest oddać kontrolę istać się wtym procesie bardziej świadomym swoich zmysłów – tych, które pozwalają nam uświadomić sobie życiowe przygody inagrody.
Twoja przyszłość, zwłaszcza wtych burzliwych czasach, wdużym stopniu jest poza twoją kontrolą, bez względu na to, jak bardzo próbujesz ją zaplanować. Ta prawda ma zastosowanie wkażdym sezonie twojego życia. Choć być może jest ona wyraźniejsza dla tych, którzy zbliżają się właśnie do wieku średniego, tak jak to było w moim wypadku, gdy przekroczyłem czterdziestkę.
Wejście wjesień życia było dla mnie przeorganizowaniem mojego czasu i skarbu, przekształceniem wartości iwizji tego, czym życie być powinno. Było czymś więcej niż odnową; było nowym początkiem. Było czymś więcej niż kontrolą rzeczywistości; był to świeży inieśpieszny wgląd wnajświętszą komnatę mojego serca, który wkońcu dał mi możliwość zaspokojenia najgłębszych pragnień mojej duszy.
Okazało się też, że był to czas na sadzenie iwyrywanie zkorzeniami, na płacz i na śmiech, czas narzekania iczas tańczenia, czas szukania iczas poddawania się, czas zatrzymywania iczas odrzucania. To był najważniejszy czas wmoimżyciu.
Jak na razie.
Norman Corwin, pisarz ireżyser, obecnie po dziewięćdziesiątce, wspomina swoje wejście wwiek średni wksiążce The Ageless Spirit:2 „Pamiętam, że najtrudniejsze były dla mnie czterdzieste urodziny. To był wielki symbol, ponieważ mówił mojej młodości: żegnaj, żegnaj, żegnaj. Ale wydaje mi się, że jeśli ktoś już wszedł wten wiek, to tak jakby złamał barierę dźwięku”.
Na pewno jest to czas odkrywania smaku „prawdziwej radości”, jak określił to kiedyś George Bernard Shaw. Opisał to wnastępującysposób:
„Oto prawdziwa radość życia: być wykorzystanym do celu, który uważasz za szczytny ibyć siłą natury, anie jakimś małym, gorączkowym, samolubnym zlepkiem dolegliwości, żalów inarzekań na to, że świat nie poświęca się, by uczynić cię szczęśliwym. Uważam, że moje życie należy do całego społeczeństwa idopóki żyję, moim przywilejem jest robić dla niego to, co potrafię. Chcę być całkowicie wykorzystany aż do śmierci, ponieważ im ciężej pracuję, tym więcej żyję. Cieszę się życiem. Życie nie jest dla mnie świecą. Jest wspaniałą pochodnią, która na chwilę dostała się wmoje ręce ichcę, żeby zapłonęła możliwie najjaśniej, zanim przekażę ją przyszłym pokoleniom”.
We wstępie poprosiłem cię onapisanie własnego epitafium, żeby pomóc ci zacząć myśleć otwojej drugiej połowie. Oto pytanie, które pomoże ci osiągnąć ten sam cel: Jeżeli twoje życie byłoby doskonałe, to jak bywyglądało?
Warto zastanowić się nad tym przez chwilę, ponieważ obraz, który się ztego wyłoni, pomoże ci znaleźć twoje szczęście, twój błogostan. Ale ten obraz będzie dokładny tylko pod warunkiem, że posłuchasz tego wewnętrznego, cichego, szeptu.
Niektórzy chrześcijanie znają dokładny moment swojego nawrócenia. Datę, dzień tygodnia, godzinę, minutę, sekundę, nanosekundę. Bum! Coś wydarzyło się wmgnieniu oka izostali przemienieni… narodzili się na nowo… przebaczono im… zostali zbawieni. To nie jest moja historia. Ipiszę to bez żalu, ale też bez dumy. Otrzymałem dar wiary wtak młodym wieku, że wogóle nie pamiętam życia bez niej. Oczywiście w moim życiu pojawiały się pytania itypowe niejasności dotyczące pewnych teologicznych idoktrynalnych zagadnień, ale nigdy nie wątpiłem wBoga. Zawsze wierzyłem, że Jezus jest tym, za kogo się podawał.
Nie osiągnąłem tego stanu zaufania ibłogiej pewności samodzielnie. Nie szukałem Pana. Moja niezachwiana wiara jest darem od Pana, Pana, który mnie odnalazł. Nie mogę zatem przywołać żadnego dramatycznego czy emocjonalnego punktu zwrotnego wmoim duchowym wzroście – zwyjątkiem pewnego zaskakującego doświadczenia związanego ze zwrotem wnawróceniu, które przydarzyło mi się, gdy miałem czternaście lat iporzuciłem swój pomysł bycia duchownym, mimo że nie zrzekłem się swojej wiary ani przekonań.
Gdy byłem nastolatkiem, moja rodzina przeniosła się zOklahomy do Tyler wTeksasie, wrejon lasów sosnowych we wschodniej części. Mój ojciec, który był myśliwym bardzo lubiącym alkohol imistrzem wstrzelaniu do celu, zmarł, gdy byłem wpiątej klasie, zanim jeszcze przeprowadziliśmy się do Teksasu. Nie pamiętam go zbyt dobrze, pamiętam jednak, że pił whisky prosto zbutelki, wsposób, jak to później odkryłem, zbyt popularny podczas tych powojennych lat, kiedy to Ernest Hemingway pisał wspaniałe amerykańskie książki, aszorstcy amerykańscy mężczyźni uważali siebie za twardoskórych iniezniszczalnych.
Mój ojciec nie był niezniszczalny. Zostawił młodą wdowę itrzech małych chłopców irazem musieliśmy jakoś dawać sobie radę. Moja mama prowadziła jeszcze przez jakiś czas stację radiową wOklahomie, apotem pojechaliśmy do Tyler, żeby tam kupić iprowadzić inną stację.
Moja mama nagle samodzielnie rozwinęła się wpełnego wizji iodnoszącego sukcesy kierownika ds. mediów. Wypełniła aplikację na licencję zarządzania pierwszą stacją telewizyjną wTyler, konkurując otę pozycję zwłaścicielem lokalnej gazety i najbardziej prominentną wokolicy rodziną, która oczywiście zajmowała się ropą naftową.
Jej sytuacja była beznadziejna. Była wdową, samotną iwłaściwie nową wmieście, podczas gdy lokalny magnat naftowy dostarczał pieniądze ibył liderem w każdej społecznej icharytatywnej sprawie. Aw pobliskim Dallas trzy licencje telewizyjne zostały przyznane właścicielom lokalnych gazet.
W międzyczasie moja mama musiała udać się do sądu wSmith County wTeksasie, żeby zlikwidować swoje „ułomności”. Wtamtym czasie, na początku lat 50., prawo stanowe zabraniało kobietom wykonywania ipodpisywania umów bez mężów, chyba że sąd określił je mianem „femme sole”, prawnym określeniem, które oznaczało „kobietę samotną”.
Jednak pomimo marnych szans iw obliczu przeszkód kulturowych moja matka wytrwała iw październiku 1954 roku otrzymała licencję na prowadzenie KLTV (L było od Lucille, imienia mojej mamy). Jej determinacja iupór były dla mnie ważną lekcją, dając mi przykład ducha iwiary, które mogą wiele zdziałać. Wmłodym wieku zacząłem wierzyć, że ja również mogę osiągnąć wszystko poprzez ciężką pracę iwytrwałość.
Moja mama, która wyszła za mąż jeszcze dwukrotnie, za każdym razem zopłakanym skutkiem, żyła dla swojego biznesu iswoich dzieci. Kładąc mnie wieczorem do łóżka, nie czytała mi do snu przygód Kubusia Puchatka. Zamiast tego uczyła mnie osaldzie, spadku wartości oraz tłumaczyła strategie reklamy isprzedaży. Agdy ubiegała się olicencję telewizyjną, powiedziała Federalnej Komisji Łączności, że chce otrzymać stację wnadziei, że jej dzieci przejmą ten biznes któregoś dnia.
Determinacja mojej mamy ijej poświęcenie wywoływały we mnie ekscytację i napięcie – zażartą, wewnętrzną rywalizację pomiędzy prowadzeniem biznesowego życia pełnego sukcesów aprowadzeniem życia wsłużbie. Przez lata nie potrafiłem w pełni rozwiązać tego napięcia, ale wwieku czternastu lat dokonałem decydującego zwrotu.
Pamiętam tę chwilę niezwykle przejrzyście, tak samo jak niektórzy pamiętają szczegółowo doświadczenie nawrócenia albo moment, wktórym byli, gdy 11 września 2001 roku zaatakowano World Trade Center.
Moja chwila zawodowej przemiany nastąpiła na lekcji angielskiego panny Mittie Marsh wdziewiątej klasie Hogg Junior High School. Mittie Marsh była legendą Tyler wczasach mojej młodości. Ona ijej siostry, Minnie iSarah, uczyły wszkołach publicznych wmieście iżyły wrezydencji na South Broadway, głównej ulicy, którą uczniowie szkół średnich podróżowali wpiątkowe isobotnie noce. Mittie Marsh ijej siostry ustalały standardy dyscypliny akademickiej wTyler. Były mentorkami, które ostrzegały: „Jeżeli nie zrobisz tego dobrze, nie dostaniesz się na wymarzone studia”.
Siedziałem wdrugim rzędzie po lewej stronie klasy. Do dzisiaj nie wiem, co wywołało tę decyzję, ale to było jak uderzenie, które sprawiło, że od razu wiedziałem, że zwiastowanie, chrzczenie, udzielanie ślubów ipogrzebów odpadają, ana ich miejsce wskakuje zarabianie pieniędzy na stanowisku dyrektora wtelewizji. Podjąłem trzeźwą, nastoletnią decyzję, że chcę zasiąść wfotelu kierowcy samochodu zturbodoładowaniem.
Oczywiście „trzeźwość” i„nastoletni” to określenia rzadko widziane razem, jeszcze rzadziej używane wtym samym zdaniu, atelewizja, wówczas będąca na etapie niemowlęctwa, nie wydawała się zagrożeniem dla długotrwałych nawyków Amerykanów, takich jak czytanie, rozmowy isłuchanie radia. Ale co ja tam wiedziałem? Byłem dopiero wszkole średniej, wiosna mojego życia ledwo co się zaczęła. Świat biznesu – azwłaszcza nowa iekscytująca technologia, jaką była telewizja – wydawał się wspaniałym sportem, zwiększą dramaturgią ikorzyściami, niż mogłem sobie wyobrazić.
I, szczerze mówiąc, chciałem być tym facetem, który wejdzie do gry izmiażdży wszystkich wsamym jej środku. Decyzyjny. Heroiczny. To był moment wyboru, który miał mi utorować drogę dla czasów, które miały nadejść.
Nadal kocham sport biznesu telewizyjnego – współzawodnictwo, strategie, zdobycze. Jeden ze znanych mi kierowników (który później popełnił samobójstwo) nazywał biznes „największym sportem świata”. Dobrze wiem, co miał na myśli, ponieważ sam kiedyś odkryłem, jak porywający jest udział wkonkursach, zdobywanie punktów, wygrywanie, wygrywanie, wygrywanie. Nadal uważam, że bycie ważnym graczem jest ożywcze. Uważam również, że organizacje zapewniają najlepsze środowisko do nauki idają największe intelektualne wyzwania, dużo lepsze niż zapamiętywanie danych zksiążki. To, czego uczymy się formalnie, najlepiej wzmacniać doświadczeniem, amoje doświadczenie wbiznesie telewizyjnym nauczyło mnie wiele na temat tego, jak być zwycięzcą wgrze osukces.
Jednak teraz widzę, że na wielu polach rozgrywa się więcej gier. Inauczyłem się, że można wygrać, nie tylko górując wrankingach czy gromadząc punkty przez wzrost udziałów wrynku czy przynosząc zysk.
Tę wartościową lekcję ujawniano mi – być może tak jak tobie już teraz albo w przyszłości – powoli, przez skupianie mojej uwagi na nieskomplikowanych rzeczach i prostym pojmowaniu poszczególnych etapów życia. Wznaczący sposób zaczęła wsiąkać wmoje serce iwypełniać miejsca, wktórych podejmowane są decyzje, jakieś trzy dekady temu, gdy dokonywałem świetnych rzeczy wbiznesie. Była to geneza przemyślanego ponownego przebadania zadziwiającego doświadczenia, związanego ze zwrotem wnawróceniu, które przyszło do mnie tak jasno wklasie szkoły średniej, gdy trzeźwe myśli pojawiały się we mglemłodości.
Zacząłem zastanawiać się, co powinienem zrobić ztym, wco wierzyłem.
Pracując nad tą książką iwspominając wydarzenia zmojego życia, odkryłem wspaniałą prawdę: nie zrobiłem nigdy niczego ważnego poza zespołem. Myślę, że Bóg musi mieć ubaw, patrząc na ludzi, którzy mają tendencję do nieposkromionej pychy i samowystarczalności. Może to brać się zfaktu, że zarobili sporo pieniędzy, zdobyli uznanie wsporcie, napisali książkę czy osiągnęli coś nadzwyczajnego. Bóg zna sposoby na to, by tych znas, którzy się stroszą, nauczyć tego, jak bardzo jesteśmy zależni od siebie nawzajem.
Pośród wszystkich tekstów dotyczących naszej ludzkiej współzależności, wydaje mi się, że największy znajduje się w12. rozdziale Listu do Rzymian, gdzie apostoł Paweł pisze:
„Powiadam bowiem każdemu spośród was, mocą danej mi łaski, by nie rozumiał osobie więcej, niż należy rozumieć, lecz by rozumiał zumiarem stosownie do wiary, jakiej Bóg każdemu udzielił. Jak bowiem wjednym ciele wiele mamy członków, anie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem wChrystusie, az osobna jesteśmy członkami jedni drugich. A mamy różne dary według udzielonej nam łaski” (w. 3–6).
Zarówno ta książka, jak iżycie, które próbuje ona opisać, są wynikiem pracy zespołowej. Uznanie za samą książkę należy się Scottowi Bolinderowi, byłemu wydawcy Zondervan. Kilka razy poddawałem się, pisząc ją. On się nie poddał ikilka razy odwiedził wDallas krnąbrnego autora, żeby namówić go na dokończenie książki. Za skład odpowiedzialny jest Lyn Cryderman. Mój asystent, B.J. Engle, spędził godziny na szkicowaniu iprzepisywaniu ogromnej liczby rękopisów. Dosłownie poznałem, co miał na myśli T.S. Elliot, mówiąc o„ataku na niewypowiedziane”.
Należę do różnych grup zkilku powodów. Wkwestii planowania życia, najważniejszą dla mnie osobą był Peter Drucker. Na początku, gdy desperacko chciałem nauczyć się zarządzania biznesem, był moim nauczycielem, pełnił tę rolę również poprzez swoje książki. Później, gdy wszedłem wokres drugiej połowy, Peter stał się moim przewodnikiem wdrodze od sukcesu do znaczenia. Spośród wszystkich książek, które mam wbiurze, dwie stały się moimi wiernymi towarzyszami: wielka książka Petera Druckera Management, która stała się moim przewodnikiem wludzkich kwestiach, oraz Biblia jako mój przewodnik wsprawach duchowych. Peter zmarł wlistopadzie 2005 roku, krótko przed swoimi dziewięćdziesiątymi piątymi urodzinami. Jego idee żyją dalej wspisanym dziedzictwie iw życiu tych, których dotknął.
Warto było napisać tę książkę choćby tylko po to, żeby oddać wtwoje ręce słowo wstępne autorstwa Petera Druckera. On mówi tak wiele bezcennych dla mnie, ale co ważniejsze, wartościowych dla ciebie rzeczy. Peter staje się twoim przewodnikiem, interpretując to, co się dzieje, tak jak dla mnie był przewodnikiem przez te wszystkie lata.
To nowe wydanie Półmetku rozpoczyna się słowem wstępnym Jima Collinsa, obecnej gwiazdy na polu zarządzania. Tak jak Peter, Jim również widzi więcej niż większość znas. Oczywiście mój pierwszy zespół tworzę zmoją żoną, Lindą. Ona jest całkowicie niezależną osobą, wprzeciwieństwie do mnie (dzięki Bogu), ale czasami nie jestem wstanie powiedzieć, gdzie kończą się moje myśli, azaczynają jej. Nie wyobrażam sobie życia bez tej osoby, którą tak kocham iszanuję. Ioczywiście Ross, mój syn, którego fizycznie straciłem w1987 roku, nadal jest przy mnie bardzo obecny. Ross można powiedzieć był nieukończoną częścią mojej osobowości – pełen energii, pasji, miłości do ludzi ipsów myśliwskich. Nie minie dużo czasu, aż zobaczę go znowu. Będziemy dzielili wspólnie wieczność.
Przede wszystkim chcę podziękować Bogu za to, że mi towarzyszy. Nie potrafię wyrazić radości ani przyjemności, jakie odczuwam, wiedząc, że współpracuję ze Stwórcą wszechświata. Nie zdawałem sobie do końca sprawy ztej relacji, dopóki nie przeczytałem wstępu Petera Druckera. On pisze oksiążce, która jest czymś więcej, niż to, co tak naprawdę udało mi się napisać. Próbowałem, ale nie dałem rady stworzyć niczego lepszego. Było to ponad moje zdolności, ajednak książka powstała. Iza ten cudowny fakt mogę być wdzięczny jedynie Bogu. Dobra robota, Boże.
1 ang.: Samoodnowa.
2 ang.: WiecznyDuch.
3 Fragment wykorzystany wpowieści Ernesta Hemingwaya Komu bije dzwon, tłum. Bronisław Zieliński, Wyd. Muza, 2001r.
4W przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
5Sułtani westernu, reż. Ron Underwood, scenariusz: Lowell Ganz, Babaloo Mandel (Hollywood, Columbia Pictures, 1991).
6Eric Hoffer, Reflections on the Human Condition (New York: Harper Collins, 1973).
7 ang.: na lewąstronę.
8 Larry Crabb, Inside Out (Colorado Springs: NavPress, 1984).
9 Konkursy literowania (ang. spelling bee) wywodzą się ze Stanów Zjednoczonych, gdzie są ogromnie popularne. Obecnie krajowe konkursy odbywają się również m.in. w