Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Polonistyka „tu i teraz” to w dużej mierze polonistyka między polityką a praktyką społeczną. Od nas zależy, z jakimi przeświadczeniami, dotyczącymi natury historii, sztuki, twórczości literackiej, reguł rozumienia mechanizmów rządzących życiem społecznym, będziemy uprawiali przypadające nam pole, by nie poddać się postępującej instrumentalizacji. [...] Polonista uczy zainteresowanych polską specyfiką tego, jak Polacy rozumieją realia, wśród których żyją, kim są, jeśli tworzą na swój temat i na temat tego, co na zewnątrz ich własnego świata, takie, a nie inne opowieści.[...] Umiejętność opowiedzenia świata czasem pozwala skonstruować przepis na ten świat, w którym dostrzegamy to, co wiemy. Tylko tyle i aż tyle.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 759
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Recenzja wydawnicza: Tadeusz BudrewiczRedakcja wydawnicza: Krzysztof Smólski, Marzena WalińskaRedakcja techniczna, indeks, korekty: Krzysztof SmólskiSkład, łamanie, projekt graficzny: Marcin Kiedio
Książka powstała w ramach realizacji projektu finansowanego przez Uniwersytet Warszawski oraz Instytut Badań Literackich PAN.
© Copyright by Authors 2023© Copyright for this edition by Instytut Badań Literackich PAN 2023
ISBN: 978-83-67637-89-3ISBN (e-book): 978-83-67957-28-1
Druk: BookPress.eu, Olsztyn
Hanna Gosk (Uniwersytet Warszawski)
Witam Państwa na Zjeździe Polonistów i mam nadzieję, że okaże się on owocny. Trudno mi było zdecydować, co należy powiedzieć na otwarcie Zjazdu, który powinien był odbyć się już dwa lata temu, lecz z wiadomych względów został przełożony, a w tym czasie wiele się zmieniło w naszym otoczeniu, by wspomnieć choćby o próbie nowego zdefiniowania nawet tego, kto jest polonistą. Nie ten, kto zajmuje się literaturą, językiem, kulturą polską, jak to tradycyjnie przyjmowano, lecz każdy, kto zwiększa wiedzę w dziedzinie, którą się zajmuje i czyni to w języku polskim, jak chce Michał Paweł Markowski1. Można o tym rozmawiać, nie to jednak wydaje się najważniejsze, ponieważ sądzę, że przede wszystkim należałoby się zastanowić nad zadaniami, jakie stoją przed nami w rzeczywistości, która zdegradowała język, czyniąc go rezerwuarem słów często pozbawionych znaczenia, a literaturę usytuowała w kąciku dla hobbystów, traktując jako przekaz bez istotnego wpływu na realia.
Nadal uważam, że literatura pomaga zrozumieć świat, a to dużo, zrozumienie bowiem współczesnej Polski to autentyczne wyzwanie dla najtęższych umysłów. To, jak urządziliśmy sami sobie III Rzeczpospolitą, jest dla mnie zagadnieniem kryjącym wiele zagadek i niejasności, szukających własnej opowieści. Literatura towarzyszyła i towarzyszy przemianom polskich realiów, jak potrafi. Wskazuje na ludzkie postawy lękowe, którymi łatwo manipulować, zamykanie się w obszarze tego, co znane, z obawy przed przyszłością, dla której nie udaje się odnaleźć wzorów we wcześniejszych doświadczeniach. A jeśli zwrócić się ku temu, co minione, okaże się, że i opowieść o przeszłości da się skonstruować na nowo tak, by wykluczyć z niej elementy niepożądane przez dominujący dyskurs teraźniejszości. Redukcja wymiarów temporalnych komunikatu dotyczącego nas samych do krótkodystansowej teraźniejszości, z jej momentalnymi oczekiwaniami, obawami, pragnieniami natychmiastowego spełnienia, stawia nowe wymagania przed badaczami języka, literatury i kultury polskiej. Już chciałam powiedzieć – literatury i kultury narodowej, ponieważ rzeczownik „naród” i przymiotnik „narodowy/a/e” zrobił w ostatnich latach niezwykłą karierę, nad którą nie powinniśmy przechodzić obojętnie, jest to bowiem słowo o dużej mocy sprawczej, definiujące na nowo to, co ważne, pozytywne, nakreślające granice problemów wartych rozważenia, ale też prowokujące do ich przekraczania. Polonistyka z definicji bierze udział w namyśle nad kategorią narodu, tego, co polskie i nie-polskie, relacji wewnątrzpolskich i tych nawiązywanych przez to, co polskie, z otoczeniem zewnętrznym – kulturowym, politycznym, społecznym, cywilizacyjnym.
Pytanie, jak rozumiemy dziś polonistykę, jaką rolę chcemy jej przypisać, z jakimi zadaniami powiązać, to pytanie podstawowe w szybko zmieniającym się świecie, w którym niekoniecznie musi rządzić postprzeszłość, a który zdaje się nie mieć pomysłu na własną przyszłość. Decyzja o zamknięciu przed nowym, nieznanym, a więc jakoś groźnym lub o otwarciu się na niewiadome, choć wcale nieobiecujące lepszych rozwiązań, to decyzja, której zapewne nie da się uniknąć.
Jeśli zgodzimy się, że materia, w której pracujemy, uczy rozumienia świata, możemy przyjąć roboczo, że pełnimy, jak umiemy, rolę przewodników ułatwiających zainteresowanym rozeznanie w gąszczu komunikatów na temat rzeczywistości, a więc konstruktu, w kreowaniu którego każdy w miarę swoich możliwości uczestniczy. Świadomość zasad funkcjonowania choć drobnej części mechanizmów wykorzystywanych w owym konstruowaniu zwiększa poczucie bezpieczeństwa w świecie podszytym lękiem przed nieznanym, niezrozumiałym.
„Polonistyka tu i teraz” to w dużej mierze polonistyka między polityką a praktyką społeczną. To od nas zależy, z jakimi przeświadczeniami dotyczącymi natury historii, sztuki, twórczości, reguł rozumienia mechanizmów rządzących życiem społecznym będziemy uprawiali przypadające nam pole, by nie poddać się postępującej instrumentalizacji. Nie obawiałabym się tego, że w aktualnych warunkach polonistyka może tracić na klasycznie rozumianej swoistości i przekształcić się w dyscyplinę ogólniejszą, która – zajmując się literaturą czy językiem – metodologicznie posługiwałaby się sprawnościami wypracowanymi w wielu innych dziedzinach. Interdyscyplinarności i uniwersalizmu nie postrzegam jako zagrożeń dla naszej dyscypliny, lecz traktuję je jako cechy pomocne w sprostaniu aktualnym wyzwaniom. Zaliczam do nich przede wszystkim badanie współczesnego i minionego stanu świadomości Polaków, którego czułym barometrem jest język polski i powstająca dzięki niemu literatura. Pozwoli to udzielić odpowiedzi na pytanie, jak Polacy rozumieli i rozumieją świat, jak go interpretują i dlaczego. Nikt nie zrobi tego lepiej niż poloniści, którzy wiedzą, jaką moc sprawczą ma dobra opowieść i jak działają interpretacje, które mogą budzić strach albo przeciwnie – dawać poczucie bezpieczeństwa.
Pisałam już wcześniej2, że jeśli wierzyć Nelsonowi Goodmanowi, iż „tożsamość bądź stałość w świecie jest tożsamością zrelatywizowaną do struktury tego świata”, natomiast z obszaru „prawdziwych percepcji i wspomnień, jako złudne czy pozbawione znaczenia, wymazujemy to, czego nie udaje się zharmonizować z architektoniką świata, jaki tworzymy”3, to konstruowanie rzeczywistości staje się problemem pierwszorzędnej wagi. Warto więc zadawać jej konstruktorom pytania o narzędzia pracy i materiał, którego używają. Tym bardziej, że znajdujemy się w sytuacji, w której w obrębie jednego społeczeństwa (nie wspólnoty definiującej się jako naród Polaków-katolików) to samo podstawowe uniwersum symboliczne jest interpretowane na różne sposoby w zależności od grupowych doświadczeń oraz interesów, w narracji dominującej zaś dochodzi do jego ideologizacji faworyzującej „bezpieczne”, tradycyjne imaginarium narodowe. To poloniści już na lekcjach szkolnych wskazują, jak formułować trafne pytania, świadczące o rozumieniu tekstu epoki.
Polonista uczy zainteresowanych polską specyfiką tego, jak Polacy rozumieją realia, wśród których żyją, kim są, jeśli tworzą na swój temat i na temat tego, co na zewnątrz ich własnego świata, takie a nie inne opowieści. Marginalizowanie nauk humanistycznych, w tym również polonistyki, nie służy wspólnocie, bo przecież nie chcemy, by składała się ona z bezwolnych podmiotów, którymi łatwo manipulować, okazują się one bowiem podatne na urok opowieści, które pozornie zdają się obiecywać im dobrostan, nie podając ceny, którą płaci się za świadomą czy mimowiedną zgodę na ograniczenie wolności wyboru, pola swobodnej decyzji co do tego, kogo uznajemy za godnego zaufania, czyją opowieść za trafnie opisującą coraz bardziej skomplikowaną rzeczywistość. Umiejętność opowiedzenia świata czasem pozwala skonstruować przepis na ten świat, w którym dostrzegamy to, co wiemy. Tylko tyle i aż tyle.
1Zob.Michał Paweł Markowski, Polska,rozkosz, uniwersytet, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021, s.252–257.
2Zob.Hanna Gosk, „Polonistyka tu i teraz” to w dużej mierzepolonistyka między polityką a praktyką społeczną, „Pamiętnik Literacki” 2022, nr 1.
3Nelson Goodman, Jak tworzymy świat, przeł.M.Szczubiałka, Aletheia, Warszawa 1997, s.17, 24.
Ewa Paczoska (Uniwersytet Warszawski)
W tytule mojego wystąpienia postawiłam słowo, które ma różne znaczenia i odnosi się do różnych kontekstów. Najczęściej przywoływany jest ten, który wiąże się z dekretowanymi ponad dwie dekady wcześniej diagnozami końca historii. Ale chętnie określano też w ten sposób przekształcanie się praktyk kulturowych, nie tylko artystycznych, przemiany funkcji literatury, kamienie milowe kolejnych epok rzeczywistości medialnej itp. My, poloniści, używaliśmy go często (może nazbyt często!) w charakterze przedrostka w swoich literaturoznawczych i kulturoznawczych rozpoznaniach. W dzisiejszej sytuacji, po 24 lutego 2022 roku, przedrostek ten nabrał nowych znaczeń, na pewno zaś wydostał się ze sfery nadbudowywanych nad rzeczywistością interpretacji, wchodząc w samą materię tej rzeczywistości.
Bez wątpienia bowiem żyjemy dziś w świecie „po” – po różnych naszych nadziejach, oczekiwaniach, planach, i tych indywidualnych, i tych zbiorowych. Rozwiewa się nasza wiara w bezpieczny świat, w którym, co prawda, wojny bywają, ale nas nie dotyczą. Rozwiewają się iluzje i mity na temat Europy. Świat solidaryzuje się dziś z pokrzywdzonymi, ale jednocześnie staje się coraz bardziej podzielony. Stare połączenia i relacje międzyludzkie poddawane są wciąż erozji, nowe rodzą się, ale będą musiały znieść próbę czasu. W takiej właśnie rzeczywistości rozpoczynamy nasze dyskusje na temat „polonistyki tu i teraz” – ostrzej niż kiedykolwiek zdając sobie sprawę z tego, jakie owo „tu” i „teraz” stawia przed nami wyzwania i zadania. Kwestie kluczowe dla polonistów zejść dziś muszą z poziomu akademickich dyskusji, zbliżyć się do sfery politycznych i społecznych konkretów. Musimy zastanowić się bowiem nie tylko nad problemami, które ponad dwa lata temu, kiedy miał odbyć się ten Zjazd, wydawały się nam najważniejsze. Nie chcę, oczywiście, przez to powiedzieć, że straciły one na znaczeniu. Takie kwestie, jak status naszej dyscypliny, warsztat polonisty, tryb funkcjonowania nauki w Polsce, reforma uczelni wyższych, z której konsekwencjami codziennie się dziś zmagamy, są dla nas sprawami najwyższej wagi – i o nich będziemy, oczywiście, mówić w trakcie naszych dyskusji. Ale rozpoznania domaga się także miejsce naszego polonistycznego świata w osoczu społecznym i politycznym.
Było ono zawsze kanwą naszych działań, ale w sytuacji kryzysu i gwałtownie zmieniających się opowieści o świecie, domaga się od nas szczególnej czujności. A także – walki o słyszalność naszego głosu. Rywalizacja branży technologicznej o ludzkie umysły przybiera postać współczesnego wyścigu zbrojeń. Nowoczesne środki przekazu agresywnie wnikają w sferę komunikacji, odmieniając tradycyjne role jej uczestników. Media społecznościowe wciągają użytkowników w błędne koło zbiorowej akceptacji. Rozpoznanie tych procesów, przeniknięcie zagrożeń, ale i wykorzystanie szans związanych z nowymi technologiami – to także dziś obowiązek polonistów. Polonistów, którzy próbują interpretować opowieści literatury o przeszłości i przyszłości naszego świata, analizują historię i współczesność procesów zachodzących w języku, pytają o modele polskiej kultury i wzorce tożsamości zarazem. Dbając o słyszalność i wyrazistość naszego głosu, musimy też budować narrację o naszej pracy – temu także, mam nadzieję, posłuży ten Zjazd.
Zjazd Polonistów bywał w przeszłości nie tylko miejscem poważnych debat, ale także okazją do spotkań, wymiany czy energetycznego „podładowania”. Był polonistycznym świętem. Tryb on-line, w którym się z konieczności spotykamy, ograbia nas, niestety, z tego wszystkiego, co dzieje się między ludźmi w kontakcie bezpośrednim. Także okoliczności, w których się spotykamy, nie sprzyjają świętowaniu. Bo to nie karnawał, lecz raczej post – nie tylko w sensie kalendarzowym. Nie mamy się czym radować w sytuacji, gdy uczelnie przechodzą na tryb działania właściwy korporacjom, gdy decyzje dotyczące nauki – w tym przede wszystkim humanistyki – zapadają gdzieś wysoko ponad naszymi głowami, ograniczając badawczą wolność. Gdy nie tylko akademicka przyszłość rysuje się w ciemnych barwach.
W naszej kulturze post, choć już właściwie nieprzestrzegany, kojarzony jest tradycyjnie z ograniczeniem i oczyszczeniem. Także w innych kulturach i tradycjach religijnych post to zbilansowanie pewnego etapu życia i przygotowanie na nowy. To czas wniknięcia w siebie, rozpoznania tego, co najważniejsze, czas koncentracji, skupienia. Otwierając Zjazd Polonistów, chciałabym życzyć nam wszystkim tego skupienia i uważności. Za progiem postu czeka bowiem nowa rzeczywistość, na którą musimy być gotowi.
Michał Kuziak rozmawia z Mykołą Riabczukiem
Michał Kuziak
Dzień dobry Państwu. Przypominam sobie czas, w którym formułowaliśmy hasło „polonistyka tu i teraz” i naszym głównym problemem był – tak to sobie określiliśmy – krajobraz akademicki po Ustawie 2.0, reformującej szkolnictwo wyższe. Później zaczęła się pandemia z covidem, a obecnie mamy wojnę w Europie Środkowo-Wschodniej. W związku z tą kwestią gościmy Pana Profesora Mykołę Riabczuka – pisarza, również literaturoznawcę, krytyka literatury, kulturoznawcę, politologa współpracującego z uczelniami wyższymi w Ukrainie, a także w Polsce z Ośrodkiem Studiów Wschodnich Uniwersytetu Warszawskiego. Zagadnieniem, o którym chcielibyśmy porozmawiać, jest miejsce humanisty i humanistyki w tym trudnym wojennym kontekście. Zapytałbym jednak Pana na początku o to, jak Pan w tym momencie widzi sytuację w Ukrainie. Nam, w tym szumie informacyjnym, jest trudno zorientować się w biegu wydarzeń.
Mykoła Riabczuk
Zanim odpowiem na Pańskie pytanie, chciałbym najpierw podziękować organizatorom za zaproszenie, a także wszystkim Polakom za to, co robicie, bo to naprawdę zdumiewające. Ja tutaj, w Warszawie, na każdym kroku widzę flagi ukraińskie i hasła wspierające nas, wszędzie pomagają wolontariusze. Widzę i teraz wierzę, że to jest naprawdę kraj solidarności. Jeszcze raz więc bardzo dziękuję. W Ukrainie nie byłem już od dawna, ta wojna zaskoczyła mnie we Francji, gdzie miałem całoroczny fellowship, który potrwa jeszcze chyba trzy miesiące. No, ale ponieważ moja rodzina tam była i częściowo pozostaje, mój syn jest w wieku poborowym i został wolontariuszem, to oczywiście mam szczególny stosunek do tych wszystkich wydarzeń.
Wszyscy widzimy i już wiemy, że Rosja, elity rosyjskie, zostały ofiarami własnych mitów. To oczywiście dobrze, ale też kiepsko, bo oni jednak wierzą w te wszystkie mity. Dziejące się wydarzenia są spowodowane mitologią historyczną. Ukraina broni się jednak i mam nadzieję, że potrafi to wszystko wytrzymać. Szczególnie jeśli otrzyma skuteczną pomoc, która na razie jest niewystarczająca. Chcę podkreślić, że można zrobić jeszcze więcej, choć już wiele zrobiono.
W tych okolicznościach humanistyka oczywiście znalazła się w trudnej sytuacji. Nie tylko humanistyka. Chyba wszyscy teraz odczuwają swoją zbyteczność. Potrzebujemy przede wszystkim żołnierzy, potrzebujemy ludzi, którzy bezpośrednio wspierają walkę, a zatem: co tutaj mogą zrobić humaniści, w ogóle – ludzie pracy umysłowej? Trudno powiedzieć. Ja znajduję się za granicą, znam kilka języków i potrafię w nich pisać, przemawiać, udzielać wywiadów. Sądzę, że każdy powinien robić, co może. Tylko jedną rzecz bym tutaj podkreślił, czego się bardzo boję, kiedy obserwuję humanistów zachodnich. Oni w dużej mierze wierzą w hasła antywojenne. Często obserwuję demonstracje i te hasła, które moim zdaniem zafałszowują rzeczywistość. Nie powinno się mówić „stop the war”, bo wojna nie jest podmiotem. Wojnę ktoś prowadzi, ktoś stoi za nią – konkretni ludzie, konkretne państwa, konkretne ideologie. Nie można mówić „stop the war”, trzeba mówić „stop Putin, stop Russia”. I świadomość tego jest bardzo ważna.
Ja ciągle walczę, przede wszystkim jako filolog, zwalczam nieprecyzyjność języka. Mamy z tym dużo kłopotów. Sądzę, że w dużym stopniu ta wojna zaczęła się dlatego, że od samego początku rzeczy nie były zdefiniowane w poprawny sposób, tak jak powinny być zdefiniowane. Zawsze używano eufemizmów. Mówiono o „kryzysie”. Jaki, przepraszam, „kryzys ukraiński”…? Ta wojna trwa już osiem lat i to nie jest kryzys. To jest właśnie wojna. Przez takie fałszywe formuły pominięto głównego twórcę tego „kryzysu”, jego głównego beneficjenta. Rosja pozostaje na marginesie, skrywa się poza taką językową ramą. Chcę więc tutaj podkreślić, że to, co powinniśmy zrobić, to budować poprawny język, dyskurs, poprawne ramowanie rzeczy. Inaczej nie dochodzimy do sensu zdarzeń. Obserwuję na przykład, jak politolodzy dyskutują o przystąpieniu bądź nieprzystąpieniu Ukrainy do NATO. Ale przecież nie o to chodzi. Cała ta wojna, cały problem rosyjski, nie polega na tym, że Rosja boi się NATO. Ona nie boi się NATO, nie martwi jej członkostwo Ukrainy w NATO. Zresztą nie jest ono przewidywane w najbliższym okresie. Martwi ją samo istnienie Ukrainy, a szczególnie Ukrainy niepodległej, europejskiej, demokratycznej. I w tym ma swoje źródło ta próba ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej. Ukraina albo musi zostać podbita, czyli musi zostać tym samym narodem co Rosja, jak mówi Putin, albo zniszczona. Bo to jest „anty-Rosja”. Ukraina, która nie jest Rosją, jest według Putina, „anty-Rosją”. I o tym trzeba mówić. A nie dyskutować o NATO…
Michał Kuziak
Pojawiło się nam tu kilka ważnych spraw: kwestia języka i nazywania sytuacji jest czymś niezwykle ważnym. Jeszcze będziemy wracać do tego jutro podczas panelu o polityczności polonistyki. W związku z tym ważna jest też kwestia budowania opowieści, które mają pokazać Zachodowi prawdę; teraz, jak się zdaje, dominują rosyjskie opowieści. Przynajmniej w niektórych państwach, na pewno tak jest we Włoszech i Francji, sytuacja jest dość skomplikowana i ciekawa w Niemczech. Wróciłbym jednak jeszcze do pytania o humanistykę. Tak, to zły czas, w którym rzeczywiście liczy się być może bardziej front od piór piszących i głów myślących, ale zapytałbym o to, czy widzi Pan jakąś szczególną rolę humanistyki w samej Ukrainie w tym momencie? Oprócz wojny mamy jeszcze do czynienia z pewnymi procesami kulturowymi, narodowotwórczymi. Powstaje nowa rzeczywistość społeczna, a także nowe pole symboliczne. Jak Pan to postrzega?
Mykoła Riabczuk
Z tego, co widzę, to oczywiście badań nie da się teraz prowadzić, choć prawdopodobnie dokonuje się jakaś kumulacja materiału, doświadczeń, wrażeń. Ale tak naprawdę poważne badania, badania naukowe, są zawieszone. Trwają badania życiowe, praktyczne i może nawet, jak nigdy, okazują się dziś intensywne. Humaniści angażują się na różne sposoby. Nadal trwa edukacja zdalna, uniwersytety działają i – o ile to jest możliwe – studenci i naukowcy pracują. Ukraina próbuje funkcjonować jak normalny kraj, mimo tego, że jest ostrzeliwana. To jedna rzecz. Druga – to zaangażowanie humanistów w działalność publicystyczną, działalność edukacyjną, a także w bardzo ważną i potrzebną działalność krzepiącą, umacniającą ducha w społeczeństwie. Nawet poeci zaczęli teraz pisać teksty publicystyczne.
Ostatnio czytałem tekst Ołeksandra Irwańca1 – to jest bardzo dobry tekst, który nawiązuje do odbioru kultury rosyjskiej i bardzo słusznie zwraca uwagę, że w obecnej sytuacji kultura rosyjska nawet jeśli nie jest wprost putinowska, to jednak uszlachetnia wizerunek państwa zbrodniczego, jakim jest Rosja. Na jakiś czas trzeba więc zapomnieć o tej kulturze, odciąć się od niej. Nie chcę powiedzieć, że np.Czajkowski jest odpowiedzialny za to, co się dzieje, chcę tylko podkreślić, że kultura rosyjska to nie jest siła jedynie miękka. W czasie wojny każda miękka siła staje się zresztą twardą siłą, służy jej. O tym mówi Irwaniec i o tym teraz toczą się dyskusje. Dyskutujemy nie tylko między sobą, ale też z kolegami zagranicznymi. Wiem o tym dobrze jako były przewodniczący PEN Clubu w Ukrainie. Mieliśmy sporo nieporozumień na tym gruncie, bo oni często nie rozumieją, jak można cenzurować kogokolwiek czy cokolwiek. Jak można wykluczyć dialog z rosyjskimi autorami. Ale przecież nie ma dialogu. Ciągle podkreślam, że w czasie wojny nie może być dialogu. Najpierw Rosja powinna wycofać wszystkie swoje wojska z Ukrainy, skończyć z przestępstwami, ukarać przestępców i dopiero wtedy możemy zacząć budować nowe stosunki. Podkreślam to cały czas. Sporo pracy przed nami w związku z tą kwestią.
Michał Kuziak
Ten problem związany z kultura rosyjską pojawia się też teraz w Polsce, prowadząc do powstania wyraźnie spolaryzowanych stanowisk. Przejdźmy jednak do kolejnej sprawy. Kiedyś bronił Pan sensowności używania narzędzi krytyki postkolonialnej do badań nad kulturą ukraińską, czy dziś też podtrzymywałby Pan swoją dobrą opinię na temat tego podejścia?
Mykoła Riabczuk
Całkowicie. Sądzę, że metoda postkolonialna bardzo pasuje, bardzo nadaje się do badań nad sytuacją postkomunistyczną. Oczywiście, pewne szczegóły są problematyczne, bo nie ma w tym przypadku kwestii rasowej, a ona jest zasadnicza dla sytuacji kolonialnej i o tym zawsze trzeba pamiętać. Ale wszystkie inne kwestie, szczególnie w kulturze, gdy chodzi o dominację, narzucenie imperializmu czy przemilczenie alternatywnych lokalnych narracji, wchodzą w grę. Krytyka postkolonialna znakomicie pokazuje, jak dyskurs wzmacnia narrację imperialną, kolonialną. To metoda, która pozwala zrozumieć wiele zjawisk z naszej historii.
Szczególnie na przykład pozwala nam w Ukrainie zrozumieć, dlaczego – mimo tego, że nie był formalnie zakazany w Związku Sowieckim – język ukraiński był jednak marginalizowany i rusyfikacja oddziaływała potężnie. Okazuje się, że niepotrzebne są zakazy, jeśli została stworzona sytuacja dyskursywna, dzięki której w opinii społecznej coś uznaje się za normalne, a coś innego za dewiację. Próbowałem to wyjaśniać w taki uproszczony sposób, że w Ukrainie – w ogóle w tych naszych krajach dawnego bloku sowieckiego – nie było kolonializmu w sensie klasycznym, ale dla Ukraińców tą czarną skórą, o której pisał Frantz Fanon2, był ich język. Używanie go obniżało ogromnie status, sprowadzało do roli niewolników kołchozowych, takich ludzi pozbawionych kultury. I to trzeba zrozumieć. Oczywiście tę skórę w tym przypadku da się zmienić – to jest istotna różnica w stosunku do sytuacji kolonialnej w Afryce. Ta językowa skóra jest wymienialna i sporo ludzi ją wymieniało, bo lepiej jest być „białym” niż „czarnym” w sytuacji dyskryminacji i prześladowań. Postkolonializm to owocna metoda, pozwala uzyskać wiele ważnych obserwacji; oczywiście musi być stosowana precyzyjnie i zawsze z odpowiednimi zastrzeżeniami, bo nie da się po prostu przenieść jednych interpretacji na zjawiska powstające w odmiennych warunkach.
Michał Kuziak
Ta sprawa języka zresztą zaczyna się w XIX wieku, ukraiński nie jest językiem wysokiej kultury. Przechodzę wszakże do innej kwestii. Kiedyś pisał Pan w swojej książce o dwóch Ukrainach3. Chciałbym zapytać, jak Pan to dzisiaj widzi i jaka przyszłość czeka te Ukrainy?
Mykoła Riabczuk
Piszę o tym od trzydziestu lat, bo pierwszy artykuł pod tym tytułem ukazał się jeszcze w 1992 roku po angielsku. I oczywiście ta koncepcja zmieniała się, okazała się pewnym procesem myślowym. Sądzę, że szczególnie przesadziłem, zrobiłem pewne uproszczenia, takie fatalne, gdzieś na granicy lat 90. i dwutysięcznych. Zostało to skrytykowane przez moich przyjaciół. Jestem bardzo za to wdzięczny, gdyż zwrócili oni uwagę na przeprowadzoną przeze mnie esencjalizację Wschodu i Zachodu. Bardzo dziękuję więc Jarosławowi Hrycakowi i nieżyjącemu już Ołeksandrowi Hrycence za ich ważne, krytyczne uwagi4. W jakiś sposób ciągle rewidowałem tę koncepcję dwóch Ukrain. Dla mnie to jest taki model, powiedziałbym idealny – w sensie weberowskim. To są takie abstrakcje, które pozwalają coś zrozumieć, ale jednocześnie trzeba się zachowywać ostrożnie, bo upraszczają i mogą być wykorzystane wbrew intencjom.
Ale właśnie jako model moja propozycja pozwala zrozumieć, jak jest od początku w niepodległej Ukrainie. I wcześniej istniały u nas dwa typy tożsamości. Nie chodzi przy tym o podziały geograficzne czy etniczne; przede wszystkim chodzi o wartości. To jest główna sprzeczność, która nas dzieli – powiedzmy w uproszczeniu, chodzi o to, co sowieckie i antysowieckie. Oczywiście koreluje to z geografią, etnicznością, językiem. Ale to nie jest przyczynowość, jest to właśnie korelacja. Model dwóch Ukrain pozwala zrozumieć, że istniały (i w pewnym sensie dalej istnieją) w Ukrainie dwa typy tożsamości. Jeden, który od początku był bardzo proukraiński, prozachodni i skutkiem tego też antyrosyjski, bo wiadomo, że Rosja była dla niego głównym zagrożeniem. I drugi – nie prorosyjski, jak to dzisiaj się twierdzi, ale raczej taki ambiwalentny, wschodniosłowiański czy postsowiecki. Ambiwalentny w tym sensie, że chciał uwzględnić i sympatie wobec Zachodu (bo ten Zachód zawsze był atrakcyjny), i jednocześnie jakieś tradycyjne, częściowo mitologiczne, powiązania z Rosją. Pojawia się tu świadomość, powiedziałbym, infantylna, która nie potrafi zrozumieć, że są rzeczy i wartości nie do połączenia. Nie da się integrować z Unią Europejską i jednocześnie być w jakimś związku z Rosją i Białorusią.
W Ukrainie jednak takie intencje istniały, spora część społeczeństwa wierzyła, że da się to połączyć. Nawet, pamiętam, w latach 90. badanie opinii publicznej pokazało, że ponad 60% Ukraińców chce do Unii i tyle samo, ponad 60%, chce jakiegoś sojuszu z Rosją i Białorusią. Jak to możliwe? Moim zdaniem to jest taki infantylizm świadomościowy. Stopniowo on zanika i sądzę, że ta agresja rosyjska w 2014 roku zadała potężny cios tej świadomości, bo już jakby zanikła ta opcja wschodniosłowiańska, euroazjatycka. No a dzisiaj nie ma o czym mówić. Ta orientacja nie istnieje. I my to widzimy – ogromną mobilizację ludności, niezależnie od ich języka, preferencji politycznych, etniczności. Ten dawny podział okazał się nieważny, wszyscy są z Ukrainy, są patriotami.
Michał Kuziak
Chciałbym jeszcze zapytać, jak Pan widzi przyszłość relacji polsko-ukraińskich. Bo to jest tak, że nie tylko mamy przeszłość, która nas łączyła i dzieliła, nie tylko jesteśmy sąsiadami, ale pojawia się chyba w tym momencie świadomość, że nie tylko jesteśmy skazani na siebie, ale też potrzebujemy siebie w przyszłości. Ciekaw jestem, jak Pan by spojrzał na to. I jeszcze zadałbym pytanie, jak Pan by widział kwestię relacji naukowych humanistów polskich i ukraińskich w przyszłości.
Mykoła Riabczuk
Sądzę, że ze strony ukraińskiej wszystko jest w porządku, w tym sensie, że Polska ma u nas bardzo ważne miejsce, poważne miejsce, i jakieś tarapaty polityczne nie mają na to wpływu, nawet w czasie najostrzejszych napięć z powodu kwestii historycznych. Polska zawsze pozostawała najbardziej lubianym w Ukrainie krajem. Jeżeli spojrzymy na badania opinii publicznej, to zawsze, kiedy jest pytanie o najbardziej przyjazny kraj, to Polska się znajduje na pierwszym miejscu. Bywało różnie pod tym względem, bo kiedyś to były Rosja i Białoruś (to część tego wschodniosłowiańskiego, wspomnianego wyżej, mitu). Ale dzisiaj Polska dominuje jednoznacznie, jest uznawana za najlepszego przyjaciela Ukrainy.
Jeżeli chodzi o kwestie historyczne, to my jesteśmy w dużym stopniu ofiarami wizji romantycznej – i polskiej, i ukraińskiej, która podkreślała walkę. Natomiast w ramach Rzeczypospolitej Ukraińcy i Polacy więcej współpracowali, współistnieli, przynajmniej do unii brzeskiej była to prawie idealna symbioza, potem już oczywiście zaczęło się to zmieniać. Bardzo ciekawe prace pojawiają się teraz w Ukrainie: szkoła Natalii Jakowenko5, która rewiduje tę historyczną mitologię romantyczną, pokazując, że RP była tak naprawdę ojczyzną Ukraińców, zachowywali się oni bardzo lojalnie i mieli ogromne możliwości w tym kraju, których nie mieli w innych państwach. Mamy dobre szkoły przede wszystkim historyczne, ale też kulturoznawcze i politologiczne. Nareszcie to powstało. Jeśli chodzi o relacje, to Polska jest liderem, Ukraina ciągle pozostaje biedna i zacofana; na razie nie potrafi budować jakiejś swojej polityki czy międzynarodowych kontaktów aktywnie. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że Polska w różnych programach nas wspiera. Ja widzę, że są bardzo dobre szanse na współpracę, dlatego że mamy coraz więcej ludzi, którzy uczą się polskiego, znają polski, mają kontakty, uczą się w Polsce. Przypuszczam, że jakaś część z nich wróci, ktoś pozostanie, to też prawo wolnych ludzi. W Polsce widzę też coraz większe zainteresowanie Ukrainą, którego przez jakiś czas nie było. Jestem bardzo optymistyczny pod tym względem, jeśli chodzi o przyszłość.
Michał Kuziak
U nas też pojawia się jakaś zmiana. Mieliśmy dyskursy orientalizujące Ukrainę, powoli one zanikają. Zobaczymy, jak to będzie.
Mykoła Riabczuk
Bardzo słuszna obserwacja. Ja to dostrzegam zresztą nie tylko w Polsce. Kartkuję prasę międzynarodową i widzę, że coraz więcej pisze się nie tylko o tym, jak Ukraińcy świetnie walczą (bo walczą dobrze, naprawdę), ale też o farmerach, jak oni pracują i jacy są dowcipni. Pisze się o – widziałem w „National Geographic” – balecie ukraińskim. Zachód zawsze myślał o rosyjskim balecie, a teraz pojawia się ciekawy artykuł w dobrym czasopiśmie, ze sporą liczbą ilustracji, i okazuje się, że jest bardzo ciekawy balet ukraiński. Albo np.„The Guardian” drukuje artykuł o Mariji Prymaczenko. To taka ciekawa artystka naiwna, kiedyś nazywało się taką twórczość prymitywizmem. Pojawia się coraz więcej informacji kulturalnych na temat Ukrainy, których wcześniej nie było. Ukraina zawsze sprowadzała się do jakichś tarapatów politycznych. A przecież dysponujemy bardzo ciekawą kulturą. W Polsce dostrzeżono to wcześniej niż na Zachodzie, teraz mam nadzieję, że będzie to bardziej nagłośnione, bo chyba żaden inny kraj nie tłumaczy tyle literatury ukraińskiej. W dużym stopniu jest to ułatwione przez bliskość języków i kontakty osobiste, to też bardzo ważne. Polska jest dla Ukrainy takim mostem do świata, zresztą moja własna biografia jest budowana dzięki polskiej humanistyce, sowiecka była dość kiepska; czytaliśmy polskie teksty i to była dobra szkoła.
Michał Kuziak
Bardzo Panu dziękuję, że znalazł Pan dla nas czas w tym trudnym momencie. Mamy jeszcze kilka minut, gdyby ktoś chciał zadać pytanie. Profesor Witold Sadowski się zgłasza.
◆◆◆
Witold Sadowski
Dzień dobry, Panie Profesorze, chciałbym bardzo podziękować za Pana głos dzisiaj. Nasze środowisko polonistyki UW, kiedy tylko zaczęła się wojna, wystosowało list do badaczy ukraińskich, w którym zadaliśmy pytanie, jak nasze środowisko – literaturoznawców, badaczy w Polsce – mogłoby pomóc Ukrainie, badaczom ukraińskim w obecnej sytuacji. Toczą się też dyskusje, czy nie będzie takiej konieczności, że badacze ukraińscy będą musieli emigrować. Czy nie trzeba tworzyć jakichś tymczasowych form przetrwania, struktur organizacyjnych nauki ukraińskiej w Polsce. Ale też nie chcemy sami kreować tych rozwiązań, bardzo by nam zależało raczej na tym, by się dowiedzieć, co jest realną potrzebą badaczy ukraińskich. Jakby Pan Profesor widział to, co my możemy zrobić?
Mykoła Riabczuk
Tak jak to obserwuję na razie w środowiskach ukraińskich, to jednak dominuje przekonanie, że musimy pozostać w Ukrainie albo wrócić. Cała orientacja jest jednak krajowa. Na razie Ukraińcy nie budują jeszcze takich planów diasporalnych, mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Może za wcześnie o tym mówić, ale zawsze jakiś plan B powinien istnieć. Dlatego dziękuję Panu za sugestię, nie myślałem o tym. Wiem, że są liczne programy w Polsce, ale i na całym świecie – różne oferty programów dla naukowców i studentów. To dobrze, choć kryje się za tym jakieś niebezpieczeństwo, że spowoduje to odpływ mózgów i potem będzie trudno tych ludzi sprowadzić do kraju. Ale na razie sytuacja jest taka, że kraj potrzebuje nas, że w kraju trzeba budować kapitał kulturowy i intelektualny. Jeśli dojdzie – a może dojść – do sytuacji, o której Pan mówi, zgadzam się, że trzeba mieć plan B i spróbuję to przemyśleć oraz zasugerować kolegom taką możliwość. Dziękuję.
Witold Sadowski
Dziękuję bardzo.
Ewa Paczoska
Profesor Danuta Ulicka się zgłaszała.
Danuta Ulicka
Dziękuję bardzo, Panie Profesorze, ja bym tylko chciała dorzucić do tego, co Pan mówił o ogromnym zainteresowaniu literaturą i kulturą ukraińską, że kandydatem do tegorocznej Nagrody Nobla, kandydatem polskiego PEN Clubu i Komitetu Nauk o Literaturze PAN, jest Serhij Żadan. Znamy go w Polsce z przekładów od lat – jego wiersze i prozę. Mamy nadzieję, że istnieje już tak ogromne wsparcie wydawnictw i ogromnych koncernów, że uda się przeforsować tę kandydaturę. Mimo że z punktu widzenia Komitetu Noblowskiego jest on za młody. Dziękuję.
Mykoła Riabczuk
Tak, wiem o tym. Bardzo dziękuję, to bardzo poruszające, szczególnie że to Polacy nominowali autora ukraińskiego. Tylko niestety muszę Państwa rozczarować, prawdopodobnie nie zostanie to uznane, bo podanie zostało przygotowane za późno. Tam jest deadline 31 stycznia i ja wątpię, czy oni zechcą rewidować swoje własne reguły.
Danuta Ulicka
Adam Pomorski, szef polskiego PEN Clubu, mówił, że zdążył w terminie…
Mykoła Riabczuk
Ja mam informacje, że jednak za późno, i że komitet nie zgadza się na to. Ale to nie jest koniec świata i koniec literatury ukraińskiej, ani współpracy polsko-ukraińskiej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja wrócić do tej sprawy. Tym bardziej że teraz ukraiński PEN Club też dostał prawo nominacji, więc prawdopodobnie będziemy mogli zrobić to razem. Ale raz jeszcze dziękuję bardzo, to poruszające.
Anna Łebkowska
Jeśli można ad vocem, reprezentuję też Komitet Nauk o Literaturze PAN, to z tym za młodym wiekiem, to chyba nie jest przeszkoda, chciałam tylko to uświadomić, dziękuję bardzo.
Adam Pawłowski
Jestem lingwistą, zajmuję się humanistyką cyfrową, a także trochę polityką językową. W języku jest tak, że w momentach przełomów państwa czasem robią reformy językowe. Tak było w Rosji, po rewolucji, w Turcji i w Izraelu. I jednym z elementów takiej zmiany, bardzo istotnej, może być zmiana alfabetu. Chciałem Pana zapytać, czy sytuacja, w której 99% Ukraińców uważa Rosję za wroga – do tego cerkiew ukraińska odcięła się od moskiewskiej – czy w takiej sytuacji wprowadzenie łacinki w Ukrainie miałoby jakiś sens? Wiem, że ktoś tam o tym myśli.
Mykoła Riabczuk
Wiecie Państwo, ten temat jest dyskutowany w Ukrainie i nawet ukazują się i ukazywały numery czasopism poświęcone tej kwestii. Większość jednak nie zgadza się na taką zmianę. Większość uznaje, że cyrylica jest tak samo nasza, może nawet bardziej nasza niż rosyjska, bo była już w Rusi Kijowskiej, która była raczej ukraińska, podczas gdy Moskwa jeszcze nie istniała. Także tutaj jest kontrowersja. Moim zdaniem trzeba by było stopniowo wprowadzać oba alfabety, tak jak to było w Jugosławii, teraz jest w Serbii. Można by próbować w taki sposób, ale na razie mamy sporo problemów i ja widzę, że społeczeństwo nie chciałoby zaostrzać tych kwestii, które nie są priorytetowe. Ja rozumiem ten problem oraz to, dlaczego Putin zakazał w Federacji Rosyjskiej używania łacinki, choć ona była wznowiona w różnych republikach autonomicznych. Teraz jest oficjalnie zakazana. Cyrylica ma więc też pewną funkcję imperialną, dominującą, ale mam nadzieję, że to jednak Rosja będzie zmuszona coś zmienić, a nie Ukraina.
Eliza Kącka
Profesor Tomasz Mika jeszcze się zgłasza.
Tomasz Mika
Dzień dobry Państwu, dziękuję Panie Profesorze za to, że możemy z Panem na żywo rozmawiać. Jestem językoznawcą z UAM-u w Poznaniu oraz członkiem Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i zastanawiamy się nad dwiema sprawami. Najpierw króciutko zadam pierwsze pytanie o językową przyszłość Ukrainy, o to, jak Pana zdaniem to, co się teraz dzieje, wpłynie na tę rzeczywistość języka ukraińskiego, rosyjskiego, ale też wszechogarniającego surżyku, tej przedziwnej mieszaniny. Moi przyjaciele z Ukrainy środkowej na pytanie: w jakim języku mówicie?, zawsze odpowiadali: „po naszemu” i, śmiejąc się, dodawali: „w surżyku”. Jak Pan myśli, jak ta obecna sytuacja wpłynie na język? To moje pierwsze pytanie.
Mykoła Riabczuk
Sądzę, że w większości krajów ludzie mówią „po tutejszemu”, tylko nie zawsze to się nazywa surżykiem. W Ukrainie ludność w większości jest dwujęzyczna: ludzie potrafią rozmawiać w dwóch językach, ukraińskim i rosyjskim. Są różne preferencje, oczywiście, zależnie od sytuacji, warunków, czasem od kontekstów, tematu, który się omawia. Ludzie mogą przełączać się z języka na język, tak też często bywa. Ale tendencja, moim zdaniem, jest dość wyraźna. Ta tendencja, widoczna w ciągu ostatnich dziesięcioleci, prowadzi do ukrainizacji. Po agresji rosyjskiej w 2014 roku przyspieszyła i przypuszczam, że będzie dalej wyraźna. Bez przemocy, bez żadnego wymuszania. Obserwuję, że ludzie, którzy ze sobą rozmawiają po rosyjsku, dość często wysyłają dzieci do szkół ukraińskich czy komunikują się z nimi po ukraińsku. Widzą więc przyszłość w tym języku. Badania opinii publicznej – jeszcze sprzed wojny – pokazują, że ludzie by chcieli, by ich dzieci mówiły po ukraińsku.
Postsowiecka „normalność” nie przewidywała ukraińskości. Trudno było z tym walczyć. W ostatnich latach dokonało się to w dużym stopniu dzięki ustawie nakazującej obsługiwanie Ukraińców po ukraińsku. Wcześniej tego nie było. To też ciekawa spuścizna kolonialna, w swoim kraju mogłem być nieobsługiwany w restauracjach i sklepach po ukraińsku. Musiałem o to prosić i nie zawsze spełniano moją prośbę. Ta ustawa oczywiście nie zakazuje rosyjskiego. Jeżeli ktoś chce, może być obsługiwany po rosyjsku, ale pierwszym językiem jest ukraiński. To coś istotnie zmieniło, bo wprowadziło ten język w sferę publiczną, tę codzienną, nie biurokratyczną. W biurokratycznej był zawsze. Ale to jest oficjalne, trochę obce, a tutaj chodzi o życie codzienne. Widzę więc tendencje ukrainizacyjne, one dalej pozostają dość miękkie, może zresztą słusznie. W tak dużym kraju lepiej nie spieszyć się z tym, ale te tendencje są wyraźne.
Tomasz Mika
Pytanie błyskawiczne. O rolę intelektualistów w walce z eufeminizacją. Pan słusznie powiedział, że słowa określające konflikt rosyjsko-ukraiński nie były adekwatnie zdefiniowane. Jutro będziemy o tym mówić w panelu z prof.Michałem Kuziakiem, w odniesieniu do polszczyzny. Chciałem Pana zapytać o rolę intelektualistów w walce z tą przeklętą eufeminizacją, taką „nowomowizacją” języka, który w efekcie nie znaczy tego, co powinien znaczyć.
Mykoła Riabczuk
Tak, trzeba pilnować języka, którego się używa. Kiedy ktoś pisze, że „kryzys ukraiński” spowodował aneksję Krymu itd., to, jak już mówiłem, pojawia się problem. Przecież nie kryzys to spowodował. Oczywiście potrzebne są prace, badania, artykuły naukowe, które zanalizują te zjawiska. Potrzebne są także poświęcone im teksty publicystyczne. Ludzie powinni rozumieć niebezpieczeństwo podmiany terminów, fałszywego ramowania znaczeń. To trzeba wyjaśniać w skali masowej, nie tylko naukowej. Mamy więc tu dużo roboty do wykonania, potrzebnej roboty.
Tomasz Mika
Bardzo dziękuję.
Michał Kuziak
Dziękuję bardzo, kończymy – i prof.Riabczuk ma swoje obowiązki, i my tutaj przechodzimy do kolejnej części Zjazdu. Bardzo dziękuję, Panie Profesorze, że znalazł Pan dla nas czas. Dziękuję Państwu.
Mykoła Riabczuk
To ja się żegnam i bardzo dziękuję jeszcze raz.
1Zob.Ołeksandr Irwaniec, Putinversteher! Auf Wiedersehen!, https://zbruc.eu/node/111166 (dostęp 10.10.2022)
2Zob.Frantz Fanon, Czarna skóra, białe maski, przeł.U.Kropiwiec, Karakter, Kraków 2020.
3Zob.Mykoła Riabczuk, Dwie Ukrainy, przeł M.Dyhas, W.Stanisławski, E.Gołąb-Nowakowska i in., Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2004.
4Zob.Jarosław Hrycak, Nowa Ukraina. Nowe interpretacje, Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2009; Ołeksandr Hrycenko, Парадокси запізнілого міфотворення, https://krytyka.com/ua/articles/paradoksy-zapizniloho-mifotvorennya (dostęp 10.10.2022).
5Zob.np.Natalia Jakowenko, Historia Ukrainy do 1795 roku, przeł.A.Babiak-Owad, K.Kotyńska, PWN, Warszawa 2011.
Andrzej Skrendo (Uniwersytet Szczeciński)
Swoje znakomite wprowadzenie do naszego panelu, do którego rok temu nie doszło, Magdalena Rembowska-Płuciennik zakończyła stwierdzeniem, że znajdujemy się w sytuacji, w której dano nam „przysłowiowy kałamarz i pióro, ale już nie dano środków na pergamin”. Zacznijmy od tej metafory. Hasłem wywoławczym mogłoby zatem stać się określenie: „Uniwersytet po entrepreneurial turn”.
Rembowska-Płuciennik wskazała instancję, która jest winna naszej sytuacji: ustawę o szkolnictwie wyższym, zwaną także Konstytucją dla Nauki. Jeszcze do niej wrócimy, a tymczasem zauważmy, że można również powiedzieć, iż winna jest neoliberalna agenda realizowana na polskich uczelniach przez państwo (ponad istniejącym podziałem politycznym, co ważne). Zgodnie z nią uniwersytety stają się korporacjami; naukowcy menedżerami własnej kariery; wykształcenie prywatnym dobrem pozyskiwanym w celu uzyskania przewagi konkurencyjnej; studenci konsumentami usług edukacyjnych. Przede wszystkim jednak neoliberalizm to urządzenie, w ramach którego racjonalność zostaje zredukowana do mechanizmów ekonomicznej kwantyfikacji i samoregulacji. W konsekwencji okazuje się, że rynek i efekty jego działania w zasadzie nie mogą być lepsze niż są – i zawsze mają rację, ponieważ ostateczną weryfikacją wszelkiej wartości jest wycena rynkowa.
Co więcej, kluczową sferą życia społecznego podlegającą urynkowieniu stają się „idee”. Rezultatem jest narastające systemowe żądanie i fetyszyzowanie „innowacji” wraz z tendencją do pomieszania nauki ze skomercjalizowaną innowacją, przy czym priorytetem okazuje się ta druga […] Poprzez powierzenie zadania konstrukcji uprawnionej wiedzy nie krytycznej, racjonalnej i (quasi)publicznej debacie czy wyidealizowanej „republice nauki” (Polanyi), ale rezultatom rynkowej przedsiębiorczości, neoliberalizm okazuje się zasadniczo opozycyjny wobec struktur i sprofesjonalizowanych instytucji nowoczesnych badań naukowych oraz edukacji w formie „dobra publicznego”, które zostały przyjęte w okresie powojennym. Neoliberalna komercjalizacja nauki, choć często prowadzona językiem ekonomii, efektywności, zoptymalizowanej „produkcji” itp., jest zatem przede wszystkim projektem politycznym, mającym na celu zniszczenie istniejących instytucji naukowych i zastąpienie ich „rynkiem idei”.1
W efekcie odnajdujemy się – my, naukowcy, ale też studenci – w sytuacji, w której wymaga się od nas, jako „menadżerów własnego życia”, umiejętności zarządzania ryzykiem bez posiadania odpowiednich do tego zasobów lub uprawnień. „Przez dziesięciolecia merytokratyczne elity intonowały mantrę, że ci, którzy ciężko pracują i grają zgodnie z zasadami, mogą wznieść się tak wysoko, jak tylko poniosą ich talenty”2, ale ta mantra okazała się bardziej drwiną niż obietnicą, raczej obrazą niż inspiracją. Miała jednak dużą siłę – nie tylko w części odpowiada za polityczny populizm, ale także za coś, co można by nazwać nowym obskurantyzmem, wynikającym ze społecznej nieufności wobec nauki (wywołanej również m.in.przez podporządkowanie jej rynkowym wymogom natychmiastowej zastosowalności wyników)3. Entrepreneurial turn – zwrot w stronę przedsiębiorczości – nie jest wyrażeniem szeroko rozpowszechnionym, ale to on odpowiada w sporej mierze za wszystkie pozostałe, które cieszą się w humanistyce dużo bardziej uznanymi nazwami4.
Zwrot ten, jak chyba żaden inny, zwykle pozostawia nas obojętnymi. Na ostatnim zjeździe polonistów Krzysztof Kłosiński pytał, dlaczego w sytuacji, gdy „ulega niemal całkowitemu zakwestionowaniu definicja naszego miejsca na uniwersytecie”, dzieje się to „niemal zupełnie bez aktywności z naszej strony”, dlaczego „udział z naszej strony sprowadza się do reakcji na to, czym jesteśmy zaskakiwani”5? Odpowiedzi nasuwa się kilka. Jedna mówi, iż powodem jest fakt, że neoliberalizm zawiera w sobie zsekularyzowane idee religijne, na których pasożytuje6. Z tego powodu rodzi się przytłaczające poczucie nieuchronności takich (a nie innych) zmian. Kolejna podpowiada, że neoliberalizm na wyższych uczelniach to zarządzanie za pomocą strachu (także: strachu o posady), czyli po prostu terroryzm w akademii7. Jeszcze inna: że winna jest strategia zombifkacji, której podlegamy i której ulegamy, a która jest strategią biernego oporu8. Tak oto entrepreneurial man, podmiot wytwarzany przez samostwarzający się i samoregulujący się globalny rynek przepływów finansowych, okazuje się swego rodzaju zombie (na terenie akademickim: aca-zombie).
Jest wszakże jeszcze jeden efekt zarysowanej zmiany: proliferacja „zwrotów”. Określenie „gromada uczonych koziołkujących ze zwrotu na zwrot”9 z pewnością brzmi nieco lekceważąco, ale wskazuje na coś ważnego, o co można zapytać inaczej: w jaki sposób nasze „pożądanie natychmiastowości osłabia nasze interesy” i w jakim stopniu „pragnienie zamaszystych gestów i dziewiczych terytoriów” utrudnia rozeznanie się w sytuacji, w której jesteśmy? Nadal trwa osobliwy cykl „uczta-potem-głód-potem-uczta, odpowiadający za dziwacznie podwójny stan teorii: jednocześnie konającej i monumentalnej oraz politycznie bezsilnej i ambitnej, a tym samym przestarzałej i [nadal] stanowiącej warunek wstępu do akademii”. Tymczasem, być może, postęp intelektualny nie musi opierać się na modelu, który jest tak uporczywie jednokierunkowy lub wyłącznie rewolucyjny. Być może to, czego potrzebujemy, to „cierpliwość, która będzie czymś bardziej systematycznym [niż konkurujące ze sobą zwroty], czymś podobnym do łagodnego sceptycyzmu wobec struktur naszej własnej uwagi”10. Być może więcej troski warto poświęcić temu, żeby nasze zapewnienia o tym, że jesteśmy potrzebni, nie wyglądały jak przekonywanie przekonanych. Tu jednak napotykamy kłopot. Polega on na tym, że cierpliwość nie zawiera w sobie obietnicy przynoszonej przez pożądanie natychmiastowości, które karmimy za pomocą kolejnych zwrotów: obietnicy rychłego (od)zyskania społecznej relewancji wytwarzanej przez nas wiedzy oraz poczucia sprawczości.
Inaczej z historią literatury – ta uchodzi za dziwnie odporną na zwroty. Pogląd ten stał się już chyba rodzajem toposu (zatem bywa używany zarówno jako pochwała, jak i nagana)11. Hayden White w szkicu Brzemię historii wprowadza do tego toposu ciekawą komplikację. Najpierw zauważa, że być może historia to „dyscyplina konserwatywna parexcellence”, a podejrzliwość historyków wobec teorii jest prawdopodobnie całkowicie „odruchowa”. Ale zaraz dodaje, że już od dawna (od połowy XIX wieku) „większość historyków cierpi na rodzaj świadomej naiwności metodologicznej”12. Powstaje pytanie, czym się różni naiwność „odruchowa” od „świadomej”?
Wyjaśnienie mogłoby być następujące: historyk (literatury) może albo relatywizować swą obecną pozycję pod wpływem tekstu z przeszłości (co prowadzi do swego rodzaju wizji uogólnionej przygodności), albo może – na odwrót – relatywizować na podstawie tego tekstu postulaty wysuwane przez teraźniejszość. Wówczas tekst z przeszłości przestaje być argumentem na rzecz przygodności, lecz okazuje się tym, co jej się oparło. Historyk, opisując owe residua niepodległe sile czasu, wie zarazem, że powinien się opierać temu, co niesie teraźniejszość. To, co wydaje się nieodparte, bo obecne dziś, powinno być traktowane z dystansem – i to właśnie z tego samego powodu (że wydaje się nieodparte). Tak pojęta „świadoma naiwność” jest jakby odwróceniem argumentu Baudelaire’a i mówi, że cała nasza oryginalność pochodzi od piętna, jakie wyciska na naszych teraźniejszych wrażeniach wieczność13.
Ale problem leży chyba głębiej: nie w tak czy owak pojętej naiwności, ale w historycyzmie. Otóż w swej radykalnej wersji paraliżuje on sam siebie, a efektem okazuje się napływ różnego rodzaju ideologicznych fikcji podających się za ujęcia historyczne, czy po prostu polityka historyczna, czyli czynienie z przeszłości uprawomocnienia mniej lub bardziej doraźnych decyzji politycznych. Bez wątpienia zainteresowanie historią wydaje się obecnie bardziej rozbudzone niż jeszcze dekadę wcześniej i ktoś mógłby powiedzieć, że po krótkiej epoce relatywizmu historia powraca. Być może, ale raczej jako karykaturalne upostaciowanie naszych przemilczanych teraźniejszych lęków. Ten powrót stanowi rodzaj wyzwania dla nas jako historyków literatury, którzy chcieliby odnaleźć (bo chyba nie – odzyskać) jakieś uzasadnione zapewnienie, że można uprawiać historię poza alternatywą, którą tworzą polityka historyczna oraz relatywizm poznawczy (w istocie są one jednym, ale nie jestem pewien, czy odkrycie tej tożsamości coś ułatwia).
W tym kontekście warto przypomnieć wypowiedź Ryszarda Nycza, że marzy mu się opisanie polskiej historii literatury takiej „jaką – wedle najlepszej naszej wiedzy – po prostu była”. Niektórzy uznali te słowa za zaskakujący powrót na pozycje wyznaczone przez zawołanie Rankego wie es eigentlich gewesen ist14. Tymczasem Nyczowi chodziło, jak się zdaje, o wydobycie polskiej literatury z uścisku retroaktywnych projekcji branych za ponadhistoryczną substancję tożsamości – czyli raczej na odwrót, o skruszenie tego, co wydaje się stałe, aby dojrzeć samą historyczną zmianę. Bo „polska literatura jest w swej całości, niestety, peryferyjna i wtórna, z czego bierze się jej ksenofobiczne zwrócenie ku umacnianiu poczucia wielkości i wyjątkowości”15.
Z podobnego pragnienia zwierza się w szkicu Użyteczność historii (uobecnienie i odkupienie) Gumbrecht, gdy pyta, co pozostanie, „jeśli wszystkie zinstytucjonalizowane formy wykorzystywania historii znikną”. Otóż „pozostanie pragnienie, by uczynić przeszłość obecną”, co stanowi wręcz „odkupienie”16. Żeby jednak do tego doszło, jak zauważa Gumbrecht, musimy najpierw zrezygnować z pokusy używania historii do swoich celów oraz uznać, że to nie ona od nas, ale my od niej jesteśmy uzależnieni. Co jednak wydarzy się, jeśli nie zrezygnujemy z pragnienia uobecnienia, któremu – tu Gumbrecht ma rację i potwierdzają to mnożące się historie retroaktywne – niemal nie sposób się oprzeć, ale ulegniemy pokusie użycia historii?
Zresztą, dlaczego mielibyśmy nie ulec, skoro – jak mówią Tony Judt i Timothy Snyder – rozwinęliśmy wcześniej cały system podejrzeń, mówiący, że za każdą opowieścią historyczną, skoro jest opowieścią, stoi nieczyste sumienie historyka i całej kultury? W związku z tym Snyder twierdzi wręcz, że bycie historykiem polega dziś na tym, żeby „przypominać, że pewne rzeczy faktycznie się wydarzyły”. I dodaje: „Myślę, że spora część historii krytycznej jest tak naprawdę autorytarna”. Judt zaś uzupełnia: „wychowaliśmy dwa pokolenia obywateli pozbawionych jakichkolwiek wspólnych punktów odniesienia”17.
A miało być zupełnie inaczej. Jak tłumaczył w 1900 roku Wilhelm Dilthey, „historyczna świadomość stwarza nowoczesnemu człowiekowi możliwość uobecniania sobie całej przeszłości ludzkości; ponad wszystkie ograniczenia własnego czasu patrzy na minione kultury; wchłania w siebie ich siłę i cieszy się ich urokiem; wynika stąd wielki przyrost szczęścia”18.
We wpływowym ujęciu Julie Thompson Klein interdyscyplinarność opisują hasła: integrowanie, interakcja, łączenie, skupianie, mieszanie; multidyscyplinarność: zestawianie, sekwencjonowanie, koordynowanie; status pojęcia dyscyplinarności zmienia się i jest pochodną postanowień dotyczących pozostałych dwóch pojęć (i trzeciego: transdyscyplinarności, która często bywa rozumiana jako bardziej radykalna odmiana interdyscyplinarności, wedle odróżnienia: integracja – pełna integracja)19. Dyscyplinarność w efekcie często bywa ukazywana jako brzydsza, starsza, niezamężna na własne życzenie siostra20. Interdyscyplinarność z kolei jawi się jako kreatywna odpowiedź na żądania składane w imieniu społeczeństwa przez rząd, przemysł i społeczeństwo, odpowiedź polegającą na ciągłym zwiększaniu elastyczności instytucji uniwersytetu21. W najnowszym ujęciu Klein interdyscyplinarność okazuje się rodzajem heterarchii, czyli horyzontalnym układem złożonym z równorzędnych i odmiennych form, określanych kontekstowo, połączonych nie przez pragnienie likwidacji dyscyplinarności, ale poszukiwanie adekwatnej odpowiedzi na coś, co można by nazwać zewem rzeczywistości (artykułowanym przez jej zarządców)22. Na czym polega kłopot z takim myśleniem, wykłada Peter Weingart:
Za deklaracjami inter- i transdyscyplinarności kryje się specyficzny model wiedzy, który pomimo deklarowanej nowoczesności jest związany ze staromodną realistyczną epistemologią. Model ten zakłada rozróżnienie z jednej strony „świata zewnętrznego”, a z drugiej produkcji ludzkiej wiedzy, która powoli gromadzi swój rosnący zasób. Ten pozornie nowoczesny zwrot wprowadza się, po pierwsze, zakładając niedopasowanie między strukturami wiedzy a strukturą „problemów świata rzeczywistego”, a po drugie, degradując strażników struktur dyscyplinarnych na rzecz przywrócenia nadzoru zwykłych praktyków nad produkcją wiedzy. Model ten dominuje zarówno w praktyce naukowej, jak i w jej opisach, podzielają go tak zwolennicy, jak krytycy. […] Tymczasem różnica między strukturą dyscyplinarną a rzekomo interdyscyplinarną nie polega na mistycznej bliskości ani na lepszym dopasowaniu do „rzeczywistości” tej ostatniej, ale wynika z [historycznych] przyczyn i okoliczności, w jakich obie struktury są ukonstytuowane.[…]. Zamiast zakładać strukturę dyscyplinarną, która musi być dostosowywana i przybliżana do struktury świata rzeczywistego, należy uznać, że struktura wiedzy oraz granice dyscyplin i ich obszary badawcze stanowią o naszym postrzeganiu świata. […] Niedopasowanie i aproksymacja są kwestiami osadzonymi w ramach procesów społecznych, a nie relacją między nimi a innym [niespołecznym] światem.23
Warto wymienić inne jeszcze, bardziej praktyczne, uwarunkowania prowadzenia badań interdyscyplinarnych wskazywane w literaturze przedmiotu. Mianowicie, że rozwój badań interdyscyplinarnych wiąże się z osłabieniem zarządzania kolegialnego na uczelniach i przeniesieniem punktu ciężkości na administrację centralną; że osłabia badania humanistyczne na rzecz badań poddających się łatwiej praktycznej aplikacji poza akademią; że sprzyja erozji wewnętrznych sił integracji dyscyplinarnej na rzecz czynników zewnętrznych, nawet nie tyle instytucjonalnych, co niekiedy po prostu administracyjnych (łatwiej jest reformować strukturę organizacyjną w sytuacji osłabionej tożsamości dyscyplin); że przedsięwzięcia interdyscyplinarne albo pogłębiają i tak powiększające się wraz z szybkim przyrostem wiedzy podziały w polu nauki (bo nakładają się na nie), albo uzyskują status odrębnej dyscypliny (na której ponownie nadbudowują się lub do której dobudowują się następne projekty interdyscyplinarne); że badania interdyscyplinarne nie muszą wykluczać silnej tożsamości dyscyplin, lecz przeciwnie, zakładają ją, gdyż tylko wtedy ich wyniki poddają się profesjonalnej walidacji; że interdyscyplinarność promowana jest w ramach polityki optymalizacji, czyli cięcia kosztów. Obawy te nie układają się, rzecz jasna, w spójną całość, ale warte są rozważenia. Wśród nich najpoważniejsza chyba polega na groźbie powstania postdyscyplinarności rozumianej jako stan przedłużającego się zawieszenia standardu produkcji wiedzy, który znacznie utrudnia proces jej transmisji pokoleniowej24.
Na zmiany te warto również patrzeć w szerszej perspektywie. Dyscyplinarność jest nowoczesnym wynalazkiem wynikającym z podziału pracy i już w XIX wieku z powodu narastającej potrzeby posiadania wyspecjalizowanej i sprofesjonalizowanej wiedzy „wszechstronny naukowy «obraz świata» staje się […] sprawą «dyletantów» i popularyzatorów nauki, piszących dla tych pierwszych”25. W tym zakresie nic się nie zmieniło, a interdyscyplinarność to po prostu reakcja wychodząca z założenia, że uniwersytet – jak wszystkie instytucje społeczne – musi się przystosować do ekonomii globalnych przepływów finansowych. Napięcie między pokusą postdyscyplinarności a świadomością, że nie istnieje wiedza pozadyscyplinarna, bo tylko w ramach istniejących – i zmieniających się! – dyscyplin daje się ona strukturyzować i walidować, okazuje się nieuniknione. Kompromisem mogłoby być założenie, że interdyscyplinarność to „bardziej krytyczny i samoświadomy sposób na życie z dyscyplinami”26, a także podkreślanie, że „Nie ma jednej drogi do interdyscyplinarności, nie ma jednego modelu, nie ma jednego standardu dla pomyślnego rozwoju”27. Ale może lepiej byłoby powiedzieć, że napięcie to jest wyrazem szerszej dynamiki wykluczania i włączania, którą rządzą różnorakie czynniki, w tym wewnętrzne przemiany w ramach dyscyplin, jak i zewnętrzna presja na tak zwaną optymalizację kosztów. Ponadto, być może, istnieje coś takiego, jak „dyscyplinarne libido”, energia, „która powstrzymuje dyscypliny naukowe przed staniem się obojętnymi i ustabilizowanymi”, a zarazem chroni je przed rozpadem28. Wreszcie – być może to, z czym mamy do czynienia, to nieuchronny dialektyczny ruch, w którym interdyscyplinarność transformuje rozwijającą się w ramach dyscyplin naukę poprzez znoszenie blokad w ich (dyscyplin) rozwoju oraz przypominanie, że są one historycznymi i społecznymi konstruktami, a nie wytworem samej rzeczywistości, która podzieliła się i oddała we władanie dyscyplin29.
Wydaje się on nieuchronny (z tego powodu nie daję znaku zapytania), pytanie tylko, w którą stronę się zwrócimy?
Najpierw jednak powróćmy do ustawy, która narzuciła humanistyce nowy model działania i pozbawiła tego, czym była30 (o sytuacji nauki w Polsce nawet nie wspominam31). W efekcie systemowo niejako zostały poważnie naruszone standardy uprawiania humanistyki, a ponadto – również systemowo – zdeprecjonowano to, za co skądinąd się nas ocenia, czyli wpływ na tzw.otoczenie społeczno-gospodarcze. Najważniejsza zmiana ma jednak charakter instytucjonalny: ewaluacja odbywa się w obrębie dyscyplin (nie dotyczy jednostek i kierunków, jak niegdyś). A polonistyka nie jest dyscypliną naukową. Brak dyscypliny w tej zasadniczo nowej sytuacji ma złe i może mieć jeszcze gorsze konsekwencje dla finansowania naszych badań oraz dla ich statusu. Wolno chyba nawet powiedzieć, że większość, uzasadnionych przecież, zastrzeżeń do polityki państwa formułowanych przez polonistów (np.wobec NCN), traci sporo ze swej zasadności w świetle nieistnienia dyscypliny, której przedmiotem byłoby badanie literatury i języka polskiego.
Co zatem robimy tu dziś, na zjeździe naukowców nie posiadających dyscypliny naukowej? Jak odpowiedzieć na pytanie o „sytuację dyscypliny” w sytuacji jej nieistnienia (te pytania mają dziś nowy sens, a raczej: dopiero teraz sens uzyskały)? Bachmann-Medick słusznie, jak sądzę, zauważa, że ekscytujące nas tak bardzo kolejne zwroty (i mnie przecież też), są najprawdopodobniej „«fenomenami przejścia» ku transnarodowym badaniom kulturoznawczym”32. Tym właśnie może okazać się literaturoznawstwo – to kierunek pierwszy. Może też okazać się dyscypliną, której przedmiotem jest ona sama, czyli wysoce wyspecjalizowanym badaniem sposobów badania tekstów kultury lub specyficznego rodzaju doświadczenia, które się w nich artykułuje i jest przez nie współtworzone (doświadczenie kontra eksperyment, tak wyglądałoby wtedy kryterium podziału nauk) – to kierunek drugi. Ale wtedy zapewne wystarczyłoby, gdyby literaturoznawstwo było wykładane na trzech największych uczelniach w kraju. Obecnie, jak się zdaje, tożsamość literaturoznawcy nie jest przez nas przesadnie mocno zinternalizowana (czego dowodem nasze spotkanie), podobnie jak neofilologowie czują się bardziej germanistami czy romanistami niż literaturoznawcami. Ale to się może zmienić (i zapewne zmieni). Być może kolejny zjazd, na którym się spotkamy, będzie zjazdem nie polonistów, ale literaturoznawców – pytanie, kto go zorganizuje i w jakim będzie odbywał się języku (językiem literaturoznawstwa, niezależnie od kierunku, w którym pójdziemy, jest jednak angielszczyzna, a nie język polski). Nie jest też pewne, jakie w świetle nowej ustawy zajmujemy miejsce wśród innych literaturoznawców (anglistów, germanistów, romanistów, bohemistów, hungarystów etc.33). W związku z tym, że polonistyka pozostaje kierunkiem kształcenia, kolejne nasze spotkanie może będzie się mieścić w tradycji nauczycielskich Ogólnopolskich Zjazdów Polonistów (z roku 1924 i 1930).
Znajdujemy się zatem w sytuacji niecodziennej: dwa zwroty, które opisujemy (w stronę uniwersytetu przedsiębiorczości oraz kapitalizmu akademickiego oraz w stronę dyscypliny ewaluacyjnej zwanej literaturoznawstwem lub językoznawstwem, przy czym wagi tego drugiego zdajemy się nie doceniać) nie są już przedmiotem opisu, ale treścią naszego codziennego doświadczenia. Zmiany są nieuchronne i będą postępować (postępują) szybko, nawet jeśli tymczasowo osłabną naciski na zarządzanie korporacyjne uniwersytetem na rzecz centralizacji połączonej z marginalizacją instytucji przedstawicielskich środowiska akademickiego (drugie jest zresztą możliwe dzięki efektom pierwszego). W odpowiedzi na te zmiany powinniśmy, jak się zdaje, działać na dwóch frontach: podkreślać znaczenie wiedzy humanistycznej dla ocalenia uniwersytetu jako takiego, czyli jako instytucji ważnej dla naszych demokracji (oznacza to obronę ideału jedności kształcenia w służbie kultury demokratycznej) oraz – jednocześnie – na poznawczą i profesjonalną wartość wiedzy, którą posiadamy34.
Jeśli chcielibyśmy być polonistami, być może nasza praca mogłaby się odbywać pod szyldem multidyscyplinarności, to znaczy dzięki dyscyplinie (mniejsza o nazwę) o silnej orientacji tekstocentrycznej zajmującej się literaturą napisaną w języku polskim, współpracującej z innymi dyscyplinami (naukami o mediach oraz o kulturze) w odpowiedzi na przemiany, którym podlega sama literatura. Co mogłoby też stanowić zachętę do badań interdyscyplinarnych, bo silne poczucie tożsamości dyscyplinarnej nie musi stanowić przeszkody w badaniach interdyscyplinarnych (a wręcz przeciwnie; poza tym – jak wiemy – ich stawką nie musi być likwidacja dyscyplin).
Na ostatnim Zjeździe polonistów Ryszard Koziołek pytał, co nas, polonistów, łączy i czy tym czymś jest tylko rozczarowanie?35 Pytanie to, w podobnym lub nawet ostrzejszym tonie, powracało w wielu innych tekstach. Tymczasem odpowiedź jest oczywista i pojawiała się ona w bardzo wielu zjazdowych referatach: wiara w wyjątkowość literatury36. Wiara ta nie ma jednak w sobie nic oczywistego poza naszym kręgiem. W takiej sytuacji nieodparty fakt, że staliśmy się (jak konstatuje Koziołek) „strażnikami tekstu, [którzy] zwątpili, czy jest czego pilnować”37 prawdziwie zaskakuje38.
1David Tyfield, Science, Innovation and Neoliberalism, w: The Handbook of Neoliberalism, ed.S.Springer, K.Birch and J.MacLeav, Routledge, London 2016, s.343 [Wszystkie cytaty z autorów obcojęzycznych, o ile nie zaznaczono inaczej, podaję w przekładzie własnym – A.S.]. Cytowany autor odwołuje się do książki Karla Polanyiego z 1944 roku, zob.Karl Polanyi, Wielka transformacja: polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów,przeł.M.Zawadzka, wstęp J.S.Stiglitz, wprow. F.Block, PWN, Warszawa 2010.
2Michael J.Sandel, The Tyranny of Merit. What’s Become of the Common Good, Allen Lane: Penguin Books 2020, s.71.
3Gorzko mówił o tym niemal 20 lat temu na Stanfordzie Bruno Latour (Why Has Critique Run out of Steam? From Matters of Fact to Matters of Concern, „Critical Inquiry” 30, Winter 2004, s.227) pytając: „Gdy już spędziliśmy lata, próbując wykryć prawdziwe uprzedzenia ukryte za pozorami obiektywnych stwierdzeń, czy teraz musimy ujawniać rzeczywiste, obiektywne i bezsporne fakty ukryte za iluzją uprzedzeń?”. Potem pytał o sens nauczania, „że fakty są wymyślane, że nie ma czegoś takiego jak naturalny, niezapośredniczony, bezstronny dostęp do prawdy, że zawsze jesteśmy więźniami języka, że zawsze mówimy z określonego punktu widzenia itd., gdy tymczasem niebezpieczni ekstremiści używają tego samego argumentu, jakim jest społeczna konstrukcja [wiedzy], aby zniszczyć z trudem zdobyte dowody, które mogą ocalić nam życie. Czy myliłem się, uczestnicząc w tworzeniu tej dziedziny wiedzy zwanej studiami nad nauką? Czy wystarczy powiedzieć, że tak naprawdę nie mieliśmy na myśli tego, co powiedzieliśmy? Czemu nie może mi przejść przez usta, że globalne ocieplenie jest faktem, czy się to komuś podoba, czy nie? Dlaczego nie mogę po prostu powiedzieć, że kłótnia jest zamknięta na dobre?”.
4Zob.Michael A.Peters, Tina Besley (Introduction: Competing Conceptions of the Creative University, w: Re-imagining the Creative University for the 21st Century, ed.T.Besley, M.A.Peters, Sense Publishers, Rotterdam 2013, s.13) objaśniają ten zwrot, odwołując się do raportu dotyczącego uniwersytetów, wykonanego przez światową firmę konsultingową Ernst & Young, w którym czytamy, że oto tworzy się nowy świat, a dla uniwersytetu „podjęcie decyzji o przyjęciu tego nowego świata może okazać się jedynym sposobem na uniknięcie nadchodzącej lawiny”. Jak powstaje ten „nowy świat”? W racjonalności neoliberalnej rynek jako najważniejsza kategoria myślowa przestaje być kategorią deskryptywną, a staje preskryptywną: jego dominacja nie wymaga wyjaśnienia, za to wyjaśnia wszystkie pozostałe. Ekonomia traci swój przedmiot, którym jest rynek, a staje się rodzajem podejścia do wszystkich innych „przedmiotów” społecznych, w tym kultury (zob.K.Birch, A Research Agenda for Neoliberalism, Edward Elgar Publishing, Cheltenham–Northampton 2017, s.38). Co ważne, Birch (i wielu innych) czyni wysiłki, by uwolnić kategorię rynku od neoliberalnej dezinterpretacji. Z kolei Eric Lonergan i Mark Blyth projektują dziedzinę nazywaną „gniewonomią”, która bada, „w jaki sposób nasza ekonomia polityczna spowodowała powstanie gniewu: chodzi o gniew publiczny, moralne oburzenie i wściekłość plemienną oraz gniew prywatny. Jeśli ekonomia opisuje sposób, w jaki gospodarka ma działać, gniewonomia ujawnia, czego tak naprawdę doświadczamy i dlaczego ma to dla nas znaczenie” (Angrynomics, Agenda Publishing 2020, s.7). Zob.też: Sheila Slaughter, Larry L.Leslie, Academic Capitalism: Politics, Policies, and the Entrepreneurial University, Johns Hopkins University Press 1997 (tłumaczą oni, że pojęcie kapitalizmu akademickiego jest szersze i właściwsze od pojęcia przedsiębiorczości akademickiej, bo w przemianie, jakiej podlega uniwersytet, nie chodzi o zwiększenie jego aktywności w zakresie przedsiębiorczości, ale o uczynienie z kapitału społecznego uniwersytetu stawki w globalnym rynku konkurencji o zasoby).
5Krzysztof Kłosiński, Humanistyka w uniwersytecie, w: Przyszłość polonistyki. Koncepcje – rewizje – przemiany, red.A.Dziadek, K.Kłosiński, F.Mazurkiewicz, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2013, s.289.
6Sandel tłumaczy to faktem, że neoliberalizm zawiera w sobie sekularyzowaną ideę religijną mówiącą, że wszechświat moralny jest zorganizowany w sposób, który łączy dobrobyt z zasługami, a cierpienie ze złym postępowaniem – ci, którzy zyskują na zmianach, zyskują dzięki sobie, a ci, którzy tracą, tracą z własnej winy. To obezwładnia wszelki opór. Slavoj Žižek myśli dość podobnie: w sytuacji braku możliwości bycia przedsiębiorcą samego siebie, zadłużamy się (bycie-ku-zadłużeniu), a relacja dłużnik–wierzyciel staje się podstawową relacją społeczną, sama w sobie zaś jest zsekularyzowaną wersją naszego nieskończonego długu wobec Boga, który nas nieskończenie od Boga uzależnia (Kłopoty w raju. Od końca historii do końca kapitalizmu, przeł.T.S.Markiewka, Czarna Owca, Warszawa 2021, s.86–100). W świetnej analizie Pierre’a Dardota i Christiana Lavala The New Way of the World: On Neoliberal Society (Verso, London 2016) opis rynku przypomina opis Boga: rynek jak Bóg samouzasadnia się i samostwarza. Jedna z głównych tez książki głosi, że rynek wytwarza swój własny podmiot, który nazywa się Entrepreneurial Man (taki tytuł nosi rozdział czwarty).
7Zob.Jeffrey R.Di Leo, On Academic Terrorism: Neoliberalism, Higher Education, and the Politics of Emotion, w: Neoliberalism, Education, and Terrorism. Contemporary Dialogues Jeffrey R.Di Leo, Henry A.Giroux, Sophia A.McClennen, and Kenneth J.Saltma, Routledge, London–New York 2016.
8Zob.Suzanne Ryan, Academic Zombies: A Failure of Resistance or a Means of Survival?, „Australian Universities’ Review” 2012, nr 2 (54), s.4. Autorka cytuje tu fragment (wówczas jeszcze niewydanej) książki Zombies in the Academy: Living Death in Higher Education, ed.R.Walker, Ch.Moore and A.Whelan, Intellect Ltd, Bristol 2013: „Uniwersytety są zamieszkiwane przez rosnącą populację nieumarłych [undead]: [oto] apatyczna populacja akademików, menadżerów, administratorów i studentów szurająca w rytm korporacyjnego bębna… W tym ponurym krajobrazie ukrywa się źródło zarażenia w postaci mdłej, mechanicznej mowy… mowy usianej beznamiętnymi odniesieniami do indeksów cytowań, rankingów ERA [ranking australijskich uniwersytetów], aplikacji ARC [Australian Research Council – instytucja przyznająca granty], kodów FoR [klasyfikacja Fields of Research], przeglądów AUQA [Australian Universities Quality Agency – instytucja sprawdzająca jakość kształcenia] i tym podobnych… Wielu zombie wydaje się niezdolnych do sensownego reagowania na tyranię wskaźników wydajności, zmieniających się kryteriów awansu, rosnących obciążeń pracą, niekończących się audytów, ocen i przeglądów. Opierając się jako mogą, ostatecznie zombie godzą się na korporacyjną politykę w uniwersytecie”. Metafora zombie pochodzi od Ulricha Becka, który użył jej do opisu skutków indywidualizacji jako fenomenu społecznego (zob.Ulrich Beck, Elisabeth Beck-Gernsheim, Institutionalized Individualism and Its Social and Political Consequences, Sage Publications, Thousand Oaks, California 2002, s.203–205).
9Przywołuje je Doris Bachmann-Medick (Cultural Turns. Nowe kierunki w naukach o kulturze, przeł.K.Krzemieniowa, Oficyna Naukowa, Warszawa 2012, s.458) jako przykład krytyki swojej książki, choć jednocześnie przyznaje, że zwrotów jest tak wiele, że trzeba by jakoś „«dostroić» je do siebie, biorąc pod uwagę ich zakotwiczenie w odmiennych tradycjach naukowych” (s.487). Co jednak, jeśli owo „dostrajanie” (słowo wzięte w cudzysłów przez samą autorkę) to coś, czego właśnie i przede wszystkim zrobić nie sposób, o ile zwroty mają pozostać zwrotami (a nie „zwrotami”)?
10Jason Potts, Daniel Stout, Introduction. On the Side: Allocations of Attention in the Theoretical Moment, w: Theory Aside, ed.J.Potts, D.Stout, Duke University Press, Durham, USA 2014, s.4, 10.
11Przykładowo: „dyscyplina zwana historią literatury przedstawia się dziś jako obszar zdumiewającej ciągłości i stabilności” (Włodzimierz Bolecki, Czym stała się dziś historia literatury, w: Wiedza o literaturze i edukacja. Księga referatów Zjazdu Polonistów, Warszawa 1995, Wydawnictwo IBL PAN, Warszawa 1996, s.46); „rytm zmian w historiografii literatury jest […] wolniejszy niż w obrębie teorii literatury i metodologii badań literackich” (Katarzyna Kasztenna, Z dziejów formy niemożliwej. Wybrane problemy historii i poetyki polskiej powojennej syntezy historycznoliterackiej, Towarzystwo Przyjaciół Polonistyki Wrocławskiej, Wrocław 1995, s.9); „historia literatury w swym tradycyjnym kształcie okazuje się dzisiaj […] – ostatnim być może bastionem esencjalistycznego myślenia” (Tomasz Kunz, Nowa historia literatury – bez dogmatu i bez przedmiotu?, „Ruch Literacki” 2011, z.6, s.534); „w ograniczonym jedynie zakresie [pozostaje] podatna na transformacje, jakie niesie ze sobą duch czasu” (Teresa Walas, Historia literatury w przebudowie, w: Polonistyka w przebudowie. Literaturoznawstwo – wiedza o języku – wiedza o kulturze – edukacja. Zjazd Polonistów Kraków, 22–25 września 2004, red.M.Czermińska, S.Gajda, K.Kłosiński, A.Legeżyńska, A.Z.Makowiecki, R.Nycz, t.2, Universitas, Kraków 2005, s.435).
12Hayden White, Brzemię historii, przeł.E.Domańska, w: tenże, Poetyka pisarstwa historycznego, red.E.Domańska i M.Wilczyński, Universitas, Kraków 2000, s.40–41.
13Tymczasem wiemy, czym bywała historia literatury: historią arcydzieł, odbioru, funkcji, pisarzy, gatunku, tematu, stylu, smaku; a także – jak podaje David Perkins – psychologią (XIX) wieku, historią narodowego (angielskiego) umysłu, życiem (amerykańskich) ludzi; a także dziejami narodu, rozmową z umarłymi, historią postępu wolności w dziejach, opowieścią o chwale etc. Wiemy też czym, mimo całego swojego konserwatyzmu, historia bywa dziś. A New History of French Literature zredagowana przez Denisa Holliera (Harvard University Press, Cambridge, Massachusetts 1989) przypomina zespołowo napisaną encyklopedię (Hollier wyjaśnia: „Zestawienie wydarzeń ma na celu wytworzenie efektu heterogeniczności i zakłócenie tradycyjnego uporządkowania większości historii literatury: eseje poświęcone gatunkowi współistnieją z esejami poświęconymi jednej książce, instytucje są prezentowane obok ruchów literackich, duże przeglądy obok szczegółowych analiz konkretnych punktów orientacyjnych”, s.XIX). Wydana w roku 2011 przez Palgrave Macmillan książka Edith Snook Women, Beauty and Power in Early Modern England, nosząca podtytuł A Feminist Literary History, dzieli się na rozdziały: kosmetyki, ubiór, włosy.
14Henryk Markiewicz, Niemożliwa, ale niezbędna, w: tenże, Pisma ostatnie, wybór i wstęp T.Walas, oprac.J.Błach, Universitas, Kraków 2020, s.171) komentował: „Gdyby tak napisał ktoś inny, łatwo byłoby go zdyskredytować etykietką naiwnego realizmu. Ale gdy pisze w ten sposób badacz o tak wysokiej świadomości metodologicznej jak prof.Nycz, jest to marzenie, którego nie można zlekceważyć. Taka felix revisio w stosunku do panującego relatywizmu poznawczego jest dziś bardzo potrzebna”.
15Ryszard Nycz, Poetyka doświadczenia. Teoria – nowoczesność – literatura, Wydawnictwo IBL PAN, Warszawa 2012, s.180.
16Hans U.Gumbrecht, Użyteczność historii (uobecnienie i odkupienie), przeł.E.Domańska, w: Pamięć, etyka i historia, Anglo-amerykańska teoria historiografii lat dziewięćdziesiątych (antologia przekładów), red.E.Domańska, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006, s.118.
17Rozważania o wieku XX. Rozmowy Timothy’ego Snydera z Tonym Judtem, przeł.P.Marczewski, Rebis, Poznań 2013, s.292–295. Co to znaczy ulec wspomnianej pokusie, wykłada obszernie Michał Paweł Markowski w książce Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu (Karakter, Kraków 2019); godna pamięci wydaje się zwłaszcza koncepcja „kultury stechnicyzowanego afektu”, której celem jest „zainstalowanie się w natychmiastowej bezpośredniości” (s.234).
18Wilhelm Dilthey, Powstanie hermeneutyki, w: tenże, Pisma estetyczne