Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Upalny sierpień 2003 roku. Angielska rodzina z klasy średniej spędza niezbyt udane wakacje w domku letniskowym w Norfolk. Pojawienie się Amber, tajemniczej młodej kobiety, która twierdzi, że zepsuł jej się samochód, elektryzuje wszystkich i wytrąca z letargu bezbarwnych wakacji i bezbarwnego życia. Eve, zaczynająca odnosić sukcesy pisarka, jej mąż Michael, wykładowca akademicki uganiający się za studentkami, oraz dzieci Eve z pierwszego małżeństwa, dwunastoletnia Astrid i siedemnastoletni Magnus, są urzeczeni nieznajomą, choć ona stawia na głowie świat każdego z nich. Prowokuje do zmierzenia się z osobistymi demonami i spojrzenia na życie w kompletnie inny niż dotąd sposób. Za sprawą Amber codzienność, do której wrócą po wakacjach, nie będzie w niczym przypominała już ich dawnego świat.
[Opis okładkowy]
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Żoliborz miasta stołecznego Warszawy (2)
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5)
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (3)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PRZYPADKOWA
Ali Smith
przełożyła
Agnieszka Andrzejewska
Tytuł oryginału: The Accidental
Projekt okładki:Anita Graboś
Redakcja:Ewa Woźniakowska
Redakcja techniczna:Zbigniew Katafiasz
Korekta:Janina Zgrzembska
Copyright © Ali Smith, 2005. All rights reserved
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2007
© for the Polish translation by Agnieszka Andrzejewska
ISBN 978-83-7495-124-1
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Warszawa 2007
dla
Philippy Reed wielkie nadzieje
Inuk Hoff Hansen
tak daleko tak blisko
Sary Wood czarnoksiężnika z krainy nas
Między życiem, w tym momencie
i na tej planecie, a tekstami pisanymi,
które mają nadać temu życiu sens,
istnieje przeogromna przepaść.
John Berger, pisarz angielski
Płytki uniformizm nie jest przypadkiem,
ale konsekwencją tego, co marksiści
optymistycznie nazywają późnym kapitalizmem.
Nick Cohen, brytyjski dziennikarz i komentator polityczny
(...) cała historia zeszła wkrótce do rzędu wydarzeń małej wagi dla wszystkich z wyjątkiem Emmy i jej siostrzeńców; w jej wyobraźni ugruntowała się na stałe, a Henryczek i Jaś prosili co dzień, aby opowiedziała im przygodę Harriet z Cyganami, uparcie protestując, jeśli przypadkiem zmieniła najdrobniejszy szczegół pierwotnej wersji.
Jane Austen, Emma (przekł. Jadwiga Dmochowska)
Przeszłość mistyczną człowieka:
Kto doznał, wiedzieć mu snadnie;
Nim jednak doznał, nie zgadnie,
Jaka gdzie przyszłość go czeka.
Sofokles, Ajas (przekł. Kazimierz Kaszewski)
Moja sztuka jest nieco surowa.
Charles Chaplin
Zostałam poczęta pewnego wieczoru w 1968 roku na kawiarnianym stoliku jedynego kina w mieście. Kilka schodków wyżej, za wytartym czerwonym aksamitem balkonowej kotary, ziewała bileterka, majtając wyłączoną latarką, oparta na łokciu nad tylnym rzędem (szelesty i całowanie z języczkiem), skubiąc drewniane przepierzenie i strzepując w mroku drzazgi na prowincjonalne głowy. Na ekranie leciał filmCzekając na życie,z Terence’em Stampem, aktorem o takiej charyzmie, że moja matka, młoda, szykowna, smukła, pewna siebie i oglądająca ten film po raz trzeci w tamtym tygodniu, wstała, trzaskając fotelem, przecisnęła się obok osób siedzących w jej rzędzie i skierowała się brudnym przesmykiem do wyjścia, przez zasłonę, ku światłu.
Kawiarnia była pusta, jeśli nie liczyć chłopaka, który ustawiał krzesła na stolikach. Zamykamy, poinformował. Moja matka, wciąż jeszcze mrugając po wyjściu z ciemnego wnętrza, zaczęła powoli schodzić odrapanymi czerwonymi schodami. Wyjęła mu z rąk krzesło i położyła je, nogami do góry, na podłodze. Wysunęła stopy z bucików. Rozpięła płaszcz.
Z drugiej strony kasy w wyciskarce zanurzone do połowy w soku pomarańcze kręciły się w kółko na szpikulcach; męty unosiły się i opadały z powrotem na dno zbiornika, unosiły się i opadały. Krzesła na stolikach wystawiały nogi w powietrze, rozsypane okruszki ciasta pod nimi czekały biernie na spotkanie z dyszą odkurzacza. U szczytu głównych schodów prowadzących na ulicę, na którą za chwilę wyjdzie moja matka, z pończochami zwiniętymi w ciepły kłębek w kieszeni płaszcza, wymachując bucikami trzymanymi za tylne paski, ze swych fotografii uśmiechali się Julie Andrews i Christopher Plummer, dokładnie tak samo, jak wciąż mieli się uśmiechać - przyblakli acz olśniewający, postarzali o jakąś dekadę - do blasku płomienia, który pięć lat później przyczernił schody, kiedy to młodszy operator (podstępem pozbawiony posady, którą uważał za nietykalną - po śmierci starego operatora kierownictwo zatrudniło nowego z miasta) puścił budynek z dymem za pomocą puszki kreozotu i rzuconego niedopałka.
Drogie miejsca na balkonie, gdzie palenie było zakazane? Zwęglone. Miejsca na parterze przesycone zapachem skóry? Znikły bez śladu. Aksamitne zasłony, żyrandol o szklanej misie? Popiół, odprysk światła na powierzchni lokalnej historii. Gazety następnego dnia orzekły: wypadek. Właściciel kina wystąpił o odszkodowanie i sprzedał zniszczony lokal na hurtownię.
Ale tamtego wieczoru, w 1968 roku, już prawie zamknięta kawiarnia rozbrzmiewała wolną miłością. Z sali kinowej dochodziła dramatyczna muzyka. Na chwilę przed tym, jak gliny łapią Terence’a Stampa, by wsadzić go tam, gdzie jego miejsce, moja matka oplotła mojego ojca nogami, a on, zaskoczony, wsunął się w nią z pomrukiem, oferując jej dosłownie miliony możliwości, z których wybrała tylko jedną.
Witam.
Jestem Alhambra, nazwana tak od miejsca swojego poczęcia. Wierzcie mi. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Po matce: wdzięk, tajemniczość, jak zdobyć to, czego chcę. Po ojcu: jak zniknąć, jak nie istnieć.
... czyli dokładnie kiedy? Astrid Smart chce wiedzieć. (Astrid Smart. Astrid Berenski. Astrid Smart. Astrid Berenski). Na prymitywnym radiu z budzikiem piąta zero cztery. Bo dlaczego ludzie zawsze mówią, że dzień zaczyna się teraz? Naprawdę zaczyna się przecież w środku nocy, ułamek sekundy po dwunastej. Ale oficjalnie musi zaczynać się o świcie, mrok należy jeszcze do wczorajszej nocy, a poranek przychodzi dopiero ze światłem, mimo że właściwie zaczął się ułamek sekundy po dwunastej, i.e. takie doświadczenie, gdzie dzieli się coś na coraz mniejsze części, jak na przykład odległość między ziemią a odbijaną od niej piłką, po to, by udowodnić, jak twierdzi Magnus, że piłka nigdy naprawdę nie dotyka ziemi. Co jest bzdurą, bo oczywiście, że dotyka, od czego by się odbijała, jednak naukowo da się dowieść, że nie.
Astrid nagrywa wschody słońca. Nic tu więcej nie ma do roboty. Ta wieś to grajdoł. Poczta, zdewastowana hinduska restauracja, smażalnia frytek, wiecznie zamknięty sklepik, miejsce, w którym przez drogę przechodzą kaczki. Kaczki nawet mają swój własny znak drogowy! Jest sklep z kanapami o nazwie Otomania. Ponury. Jest kościół. Kościół też ma swój znak drogowy. Nic tu nie ma ciekawego oprócz kościoła i kaczek, a ten dom to już kompletna nora. Prymityw. Nic się tu nie wydarzy przez całe prymitywne lato.
Ma już dziewięć wschodów nagranych jeden po drugim na swojej cyfrówce Sony. Czwartek 10 lipca 2003, piątek 11 lipca 2003, sobota 12, niedziela 13, poniedziałek 14, wtorek 15, środa 16, czwartek 17 i dzisiaj, piątek 18. Jednak trudno się zorientować, w którym dokładnie momencie wschodzi słońce. Gdy patrzy się na ekran kamery, widać tylko, że na zewnątrz robi się widniej. Więc czy to znaczy, że początek ma coś wspólnego z widzeniem? Że dzień zaczyna się wtedy, gdy człowiek się budzi i otwiera oczy? Czyli, gdy Magnus w końcu się budzi po południu i słychać, jak chodzi po pokoju, który w tej prymitywnej norze należy do niego, to znaczy, że dzień jeszcze wciąż się zaczyna? A więc początek jest inny dla każdego? A może początki po prostu ciągną się przez cały dzień do przodu? Albo do tyłu. Bo przecież za każdym razem, gdy otwiera się oczy, musiał być jakiś czas przed ich otwarciem, gdy były zamknięte, a wcześniej jeszcze inny czas, gdy były otwarte, i tak to się toczy wstecz, jest w tym każdy moment zasypiania i budzenia się, i takie rzeczy jak mruganie, aż do pierwszego razu, gdy otwarło się oczy, pewnie wtedy gdy człowiek się urodził.
Astrid zrzuca adidasy na podłogę. Wyciąga się znów na tym okropnym łóżku. A może początek sięga jeszcze dalej, do momentu, gdy się jest w łonie matki, czy jak to się nazywa. Możliwe, że prawdziwy początek jest wtedy, gdy człowiek dopiero formuje się jako osoba i po raz pierwszy tworzy się ta miękka substancja, z której zrobione są oczy, kształtuje się wewnątrz tej twardej, która staje się głową, i.e. czaszką.
Astrid maca krzywiznę swojej czaszki nad lewym okiem. Oczy pasują do miejsc, w których się znajdują, dokładnie jakby zostały dla siebie stworzone, to miejsce i oko. Jak w tej sztuce, którą oglądała, gdzie temu człowiekowi wydłubali oczy, ludzie na scenie odwrócili go, żeby publiczność tego nie widziała, potem wydłubali mu oczy: później zakręcili krzesłem, a on zakrywał twarz dłońmi, a potem ją odsłonił, w rękach i wokół oczodołów miał coś czerwonego. Obłęd. To była galaretka albo coś w tym rodzaju. Zrobiły mu to jego dzieci, córki czy synowie. To Michael polecał tę tragedię. Była nawet niezła. No właśnie, w teatrze wiadomo, kiedy jest początek, bo kurtyna się podnosi. Światła gasną, widownia cichnie, kurtyna idzie w górę i jeśli siedzi się blisko sceny, można wręcz poczuć inne powietrze, w którym unoszą się drobinki kurzu i jeszcze coś. Albo jak Michael i matka zabrali ją na tę inną tragedię, kompletnie obłędną, o tej kobiecie, która traci głowę i zabija swoje dzieci, ale przedtem wysyła je w drogę, dwóch całkiem małych chłopców, oni naprawdę schodzą ze sceny i idą obok widzów, matka dała im zatrute ubrania etc., żeby zanieśli je księżniczce, z którą żeni się ich ojciec zamiast z nią, i oni idą do jakiegoś domu czy pałacu, gdzieś z tyłu widowni, to nie dzieje się na scenie, nie dzieje się nigdzie poza tą sztuką, i.e. w naszej głowie, ale chociaż wiemy, że tak jest, że to tylko sztuka, to gdzieś z tyłu za nami ta księżniczka jednak wkłada te zatrute rzeczy i umiera potworną śmiercią. Oczy wypływają jej z oczodołów i dostaje wysypki, jakby terroryści użyli broni biologicznej w metrze. Płuca się jej roztapiają i Astrid ziewa. Jest głodna.
A właściwie umiera z głodu.
Jeszcze wiele godzin do czegoś, co będzie przypominało śniadanie, jeśli w ogóle będzie chciała cokolwiek zjeść w tej niehigienicznej norze.
Mogłaby jeszcze pospać. Ale, jak zwykle, paradoks i absurd, jest kompletnie rozbudzona. Na dworze zrobiło się już zupełnie jasno; widoczność jest na całe mile. Tylko że tu nie ma czego oglądać; same drzewa, pola i tym podobne.
Na prymitywnym radiu z budzikiem piąta szesnaście.
Ani trochę nie chce jej się spać.
Mogłaby wstać i pójść sfilmować akt wandalizmu. Na pewno zrobi to dzisiaj. Pójdzie potem do tej restauracji i zapyta tego Hindusa, czy wolno. Albo po prostu zrobi to bez jego wiedzy, na wypadek gdyby się nie zgodził. Gdyby poszła teraz, nikogo by tam nie było i mogłaby filmować w spokoju. Gdyby jednak ktoś się pojawił o tej porze (nikt nie przyjdzie, w promieniu wielu mil tylko ona nie śpi, ale gdyby ktoś tam był, no, załóżmy, że by był), pomyślałby tylko: ach, spójrzcie, jakaś dwunastoletnia dziewczynka bawi się swoją kamerą cyfrową. Pewnie zauważyłby, jakiej dobrej marki jest ta kamera, oczywiście jeśliby się znał na kamerach. Gdyby zapytał, to by mu powiedziała, że przyjechała tu na lato (prawda) filmować krajobraz (prawda) lub że to do szkolnego projektu (to mogłaby być prawda) na temat różnych budynków i ich przeznaczenia (nieźle). A później po powrocie do domu w jej kamerze będą koronne dowody i na jakimś etapie śledztwa w sprawie aktów wandalizmu ktoś ważny przypomni sobie o tym i powie, ach, przecież ta dwunastoletnia dziewczynka była tu ze swoją kamerą, może nakręciła coś, jak to się mówi, kluczowego dla naszego dochodzenia, i przyjdą, i zapukają do drzwi, ale co, jeśli Astrid już tu nie będzie, jeśli już wróci do domu (niektóre śledztwa trwają bardzo długo), no to wtedy władze zlokalizują jej miejsce zamieszkania na swoich komputerach, wyszukają nazwisko Michaela albo zapytają właścicieli tego prymitywnego domu i dzięki niej wszystko się wyjaśni i zagadka, kto jest odpowiedzialny za dewastację Curry Pałace, zostanie wreszcie rozwiązana.
To miejsce jest klasyczne. Jej matka powtarza te słowa co wieczór. Nie wygląda na to, żeby było tu wielu innych letników, bez względu na to, jak bardzo jest ono klasyczne, może dlatego, że właściwie nie nastał jeszcze czas wakacji. Wieśniacy strasznie się gapią, nawet gdy Astrid nic nie robi, tylko sobie idzie. Nawet gdy nie używa swojej kamery. Ale pogoda jest ładna. Astrid ma szczęście, że nie musi być w szkole. Na większości nakręconego przez nią materiału widać słońce. Tak właśnie powinno wyglądać lato. Dawniej, zanim się urodziła, lata były lepsze, podobno w przeszłości lata były nieustające, trwały od maja do października. Przeszłość to inne stulecie. Ona sama prawdopodobnie będzie żyła w nowym stuleciu dłużej niż wszyscy inni ludzie, którzy w tej chwili znajdują się w tym domu: matka, Magnus i Michael. Oni wszyscy są częścią starego stulecia bardziej niż ona. Ale z drugiej strony, większość jej dotychczasowego życia upłynęła w starym stuleciu. Ale z trzeciej strony, ich też, a jeśli spojrzeć na to procentowo, Astrid przeżyła już dwadzieścia pięć procent całego swojego życia w nowym (jeśli zacząć od 2001 i przyjąć, że minęło już sześć miesięcy obecnego roku). Ona sama jest więc w dwudziestu pięciu procentach nowa, a w siedemdziesięciu pięciu procentach stara. Magnus żyje w nowym stuleciu trzy lata z siedemnastu, co daje... Astrid oblicza. Magnus jest w siedemnastu procentach nowy, a w osiemdziesięciu trzech procentach stary. Ona sama jest bardziej z nowego stulecia niż Magnus. O całe osiem procent. Matka i Michael tkwią w milion razy mniejszym procencie w nowym niż w starym. Później policzy. Teraz jej się nie chce.
Astrid wierci się na prymitywnym łóżku. Prymitywne łóżko głośno trzeszczy. Gdy milknie ten dźwięk, słychać ciszę w całym domu. Wszyscy śpią. Nikt nie wie, że ona nie śpi. I nikt się nie dowie. Czy Astrid kiedyś powie komuś o wschodach słońca? Na święty nigdy. Święty Nigdy brzmi jak imię jakiegoś pustelnika z legendy. Astrid w roku 1003 p.n.e. (przed nastaniem e-maila) idzie do lasu i spotyka Świętego Nigdy, który jest naprawdę księciem, ale dla kaprysu postanowił udawać pustelnika i prowadzić zwykłe życie; mieszka w chatce, nie, w jaskini, i odpowiada na pytania, które dobrzy ludzie z bardzo daleka przychodzą mu zadawać (to raczej powinien być on, bo gdyby to była kobieta, musiałaby pójść do klasztoru albo by ją spalono). Ludzie, którzy chcą znać odpowiedzi na różne pytania, muszą zapukać w drzwi jaskini, to znaczy w kamień przed jaskinią, więc ona podnosi kamień i uderza nim w drugi kamień, to sygnał dla Świętego Nigdy, że ktoś na niego czeka. Przyniosłam ofiarę, woła Astrid w mrok jaskini. Przyniosła ofiarę z croissantów. W lesie pewnie nie można dostać dobrych croissantów, tak samo zresztą jak nie można dostać ich tutaj. Zarówno Michael, jak i matka narzekają na brak croissantów, odkąd przyjechali na tę prymitywną wieś, absurd i paradoks, bo przecież sami chcieli tu przyjechać i zmusili do tego ją i Magnusa, przez co Astrid wyszła na jeszcze większą dziwaczkę i świruskę, choć przy odrobinie szczęścia, zanim zacznie się nowy rok szkolny, Lorna Rose, Zelda Howe i Rebecca Callow zapomną, że zabrano ją ze szkoły dwa miesiące wcześniej.
Astrid siłą woli wyrzuca je ze swych myśli. Stoi przy wejściu do jaskini. Trzyma croissanty. Święty Nigdy jest zachwycony. Kiwa na Astrid, żeby podeszła.
W mroku jaskini widać jego błyszczące oczy. Jest stary i mądry; ma ojcowskie spojrzenie. Odpowiedz na moje pytanie, o czcigodny i wszechwiedzący mędrcze, zaczyna Astrid.
Ale i kończy, bo nie wie, o co miałaby go zapytać czy poprosić. Nie przychodzi jej do głowy żadne pytanie, nawet takie, które mogłaby tylko pomyśleć w duchu, a co dopiero wypowiedzieć na głos do całkiem nieznajomego, choćby i takiego, którego sobie wymyśliła.
(Astrid Smart. Astrid Berenski).
Siada na łóżku. Podnosi swoją kamerę i obracają w dłoniach. Zamyka okienko, wyjmuje kasetę, na której nagrywała początki, chowają do pudełka i odstawia na stół. Na jej miejsce wsuwa do kamery kasetę bez początków. Kładzie się na plecach, potem przewraca się na brzuch. Zanim stąd wyjadą, będzie miała sześćdziesiąt jeden początków, to zależy, czy pojadą do domu w piątek, sobotę, czy w niedzielę. Sześćdziesiąt jeden minus dziewięć, i.e. jeszcze co najmniej pięćdziesiąt dwa. Astrid wzdycha. Jej westchnienie brzmi zbyt donośnie. Tu w ogóle nie słychać odgłosów z zewnątrz. To pewnie ta cisza nie daje jej spać. Jest całkiem przytomna. Za chwilę pójdzie filmować akt wandalizmu. Zamyka oczy. Znajduje się we wnętrzu orzecha laskowego; pasuje do skorupki idealnie, jakby się w niej urodziła. Skorupka przylega do jej głowy jak kask, pasuje też do zgięcia jej kolan. Jest szczelnie zamknięta. To idealne schronienie. Absolutnie bezpieczne. Nikt inny nie może się tu dostać. Astrid martwi się jednak, jak to będzie z oddychaniem w tym szczelnym wnętrzu. Zaczyna się zastanawiać, czy teraz w ogóle oddycha. Jeśli w orzechu laskowym jeśli w ogóle jest powietrze, to na pewno ograniczona ilość. Następnie Astrid martwi się, że gdyby Lorna Rose, Zelda Howe i Rebecca kiedykolwiek się dowiedziały, że ona wyobrażała sobie, jak siedzi w środku orzecha, pomyślałyby, że jest jeszcze większą, jeszcze bardziej żałosną świruską. Lorna Rose i Zelda Howe grają w tenisa na korcie publicznym w parku. Astrid przechodzi obok, razem z Rebeccą. Astrid i Rebecca wciąż się przyjaźnią. Lorna Rose podbiega do ogrodzenia i namawia Astrid i Rebeccę, żeby przyszły zagrać na sąsiednim korcie, a potem zwyciężczynie zmierzą się ze sobą, by ustalić, która z nich czterech jest najlepsza. Astrid patrzy na kort, na którym ma grać z Rebeccą. Cała jego powierzchnia jest pokryta tłuczonym szkłem. Już ma powiedzieć nie, lecz Rebecca się zgadza. Ale popatrz na to szkło, mówi Astrid, to obłęd. Tchórz, rzuca Zelda Howe. Wiedziałyśmy, że tego nie zrobisz. To one rozsypały tam szkło, celowo, żeby ją sprawdzić. Jeśli chcesz grać na tłuczonym szkle, jesteś idiotką, mówi Astrid do Rebecki. Rebecca idzie na kort i zaczyna chodzić po tłuczonym szkle. Zbliża się jakiś mężczyzna. To ojciec jednej z nich. Astrid chce mu powiedzieć o szkle, ale on woła wszystkie dziewczynki oprócz niej do ogrodzenia, łamie batonik Cadbury z owocami i orzechami na cztery równe części i daje każdej z nich kawałek. Astrid próbuje zobaczyć, czy sam zjada czwarty, lecz nie widzi dobrze jego twarzy, jest zbyt daleko. Astrid trzyma coś w ręce. To kamera. Jeśli uda jej się to sfilmować, będzie mogła pokazać komuś ten cały obłęd. Ale nie może unieść kamery. Jest za ciężka. Coś jej się stało z ręką. W oddali, wiele mil stąd, rozlega się dzwonek do drzwi. To w ich domu. Nikogo tam nie ma prócz niej. Hol jest wielki i pusty. Astrid biegnie do drzwi, żeby otworzyć. Hol wydaje się nie mieć końca. Gdy Astrid dobiega do drzwi, jest zgięta wpół, brakuje jej tchu i boi się, że ktokolwiek czekał za nimi, już sobie poszedł, bo tak długo biegła. Otwiera. Stoi tam jakiś mężczyzna. Nie ma twarzy. Nie ma nosa, oczu, tylko samą gładką skórę. Astrid jest przerażona. Matka będzie na nią wściekła. To jej wina, że on tu jest. Nie może pan wejść, próbuje mu powiedzieć, ale brak jej tchu. Nie ma nas tu, dyszy. Jesteśmy na wakacjach. Niech pan sobie idzie. Usiłuje zamknąć drzwi. W twarzy ukazują się usta, z których dobywa się straszny ryk, jakby Astrid stała zbyt blisko samolotu. Ten ryk powstrzymuje drzwi przed zamknięciem. Astrid otwiera oczy i zrywa się prosto z łóżka na równe nogi.
Jest na wakacjach w Norfolk. Prymitywne radio z budzikiem pokazuje dziesiątą dwadzieścia siedem. Ten hałas to Sprzątaczka Katrina, która łomocze odkurzaczem w listwy podłogowe i drzwi sypialni.
Ręka Astrid śpi. Wciąż jest opleciona paskiem kamery. Astrid zdejmuje pasek i potrząsa ręką, żeby spłynęła do niej krew.
Stawia stopy na swoich adidasach i szura tak po prymitywnym dywanie. Wcześniej chodziły po nim bose stopy, kto wie ilu setek, starych, umarłych już ludzi.
Gdy spogląda w lustro nad umywalką, widzi pod kością policzkową odcisk własnego kciuka, bo spała na swojej dłoni!! Teraz Astrid przypomina wyroby ceramiczne, które kupuje matka, wykonane przez prawdziwych ludzi (nie w fabryce), prawdziwych rzemieślników z ciepłych krajów, z prawdziwymi śladami ich dłoni jako podpis, i.e. Astrid podpisała sama siebie we śnie!
Przyciska kciuk do wgłębienia, które wyżłobił. Pasuje idealnie.
Opryskuje wodą twarz i osusza rękawem T-shirtu, byle nie tym wstrętnym ręcznikiem. Wkłada adidasy jak należy. Znów bierze do ręki kamerę i otwiera zasuwkę w drzwiach.
To, co się filmuje, można obserwować na dwa sposoby: (1) na ekranie i (2) przez wizjer. Zawodowi operatorzy zawsze używają wizjera, choć wtedy trudniej coś dobrze zobaczyć. Przybliża do niego oko i filmuje własną rękę, która porusza zasuwką w górę i w dół. Za sto lat może już nie będzie takich zasuwek i ten film udowodni, że istniały, i pokaże je ludziom, którzy będą kiedyś chcieli wiedzieć, jak działały zasuwki takie jak ta.
Błyska ikonka baterii. Bateria się kończy. Jeszcze uda się nakręcić, jak Sprzątaczka Katrina dłubie rurą odkurzacza w rowkach między schodami. Katrina jest nieodłączną częścią tego domu. Matka i Michael wymyślili żarcik, który rzucają szeptem, gdy ona jest za rogiem i poza zasięgiem ich głosu, a nawet gdy nie ma jej w domu i nie usłyszałaby, choćby krzyczeli: Sprzątaczka Katrina i jej ford cortina. Ford cortina to samochód z lat siedemdziesiątych; zapewne prostacki samochód, chociaż Astrid nie rozumie dowcipu; Katrina nie wygląda na kogoś, kto ma samochód; zwykle przychodzi na piechotę ze swojego domu we wsi i przynosi przybory do sprzątania, a po skończonej robocie odnosi je z powrotem. Oni zawsze zachowują się jak dzieci, jakby podniecali się tym, że mówią coś prowokacyjnego. Osobiście Astrid, jeśli o nią chodzi, jest ponad takie rzeczy. Uważa, że ludzie są po prostu różni. To oczywiste. Niektórzy z natury nie nadają się do takiego życia jak inni, więc zarabiają mniej i prowadzą inny, gorszy rodzaj egzystencji.
Na schodach nie ma zbyt wiele światła. Efekt powinien być całkiem interesujący. Astrid spogląda przez wizjer na czubek głowy Katriny. Filmuje, jak Katrina czyści schodek. Potem robi krok w dół i czyści następny.
Sprzątaczka Katrina, nie podnosząc wzroku, odsuwa się na bok, żeby ją przepuścić.
Przepraszam, woła grzecznie Astrid. Czy mogę panią o coś zapytać?
Sprzątaczka Katrina schyla się i wyłącza odkurzacz. Nie patrzy na Astrid.
Czy może mi pani powiedzieć, ile pani ma lat? pyta Astrid. To do moich badań lokalnych i do archiwum. (Brzmi dobrze. Astrid stara się to zapamiętać, żeby wykorzystać w rozmowie z Hindusem w Curry Pałace).
Katrina mówi coś, zwracając się do schodów. Coś jak trzydzieści jeden. Zdecydowanie wygląda na taką starą. Znowu włączyła odkurzacz. Astrid zaokrągla. W dziesięciu procentach nowa, w dziewięćdziesięciu stara. Filmuje otoczenie wokół Katriny, a potem własne stopy schodzące po pozostałych stopniach.
Ten materiał będzie zaraz po tym martwym czymś, co sfilmowała na drodze, wracając wczoraj wieczorem ze wsi. Trochę przypominało królika, ale to nie był królik. To było większe niż królik. Miało małe uszy i krótsze tylne nogi; było pokiereszowane przez samochody; futerko miało pozlepiane błotem i krwią. Gdy podeszła bliżej, oderwało się od niego kilka wron. Astrid znalazła na poboczu kij i szturchnęła nim to ciałko, a potem zaczęła filmować. Kiedyś zostawi kamerę na stole w prymitywnym salonie, ustawioną dokładnie na tym kadrze, i Michael na pewno ją podniesie i popatrzy na to, co tam jest, a z niego okropny mięczak, strasznie się brzydzi takich rzeczy, jeśli dzieją się w prawdziwym życiu, a nie na przykład na scenie.
Astrid zatrzymuje się nagle w holu. A jeśli to martwe coś było żywe, tylko nieprzytomne, i ona szturchnęła je tak mocno, a ono tylko wyglądało na martwe, bo zapadło w śpiączkę?
No, jeśli było w śpiączce, to może nic mu nie będzie, bo chyba nie czuło tyle, ile by czuło przytomne. Jadąc tutaj samochodem, matka i Michael bawili się w swoje Owce na manowce! To znaczy, Michael naciskał klakson za każdym razem, gdy przejeżdżali obok stada owiec, i jak zwykle, gdy tylko samochód mijał zwierzę przejechane na szosie, oboje wyrzucali zaciśnięte pięści w powietrze, niby w hołdzie dla duszy zmarłego zwierzęcia. To dziecinne. Astrid podobał się ten gest, gdy jeszcze przejmowała się martwymi zwierzętami. Ale teraz ma dwanaście lat i, na litość boską, to tylko padlina.
Bardzo mało prawdopodobne, że ono coś czuło, gdy je szturchała.
Szturchała je w celu naukowym, do badań lokalnych i do archiwum.
Astrid znów spogląda w kamerę. Na rzeczy trzeba patrzeć uważnie, zwłaszcza na trudne rzeczy. Matka zawsze tak mówi. Po przejściu przez ciemny hol, w salonie wizjer nagle zalewa światło tak jasne, że Astrid przestaje cokolwiek widzieć. Musi szybko cofnąć twarz.
Mruga. Było tak jasne, że prawie zabolało.
Na sofie przy oknie majaczy czyjaś sylwetka. Ponieważ ten ktoś ma za plecami okno, a błysk światła wciąż wypełnia oko Astrid czerwono-czarnymi cętkami, twarz tej osoby jest dla niej jasnociemną plamą. Astrid wpatruje się w dywan, aż powraca jej widzenie. Widzi bose stopy.
Pewnie to ktoś, kto ma związek z tym domem, jakiś prostak ze wsi. Albo ktoś ze studentów Michaela. Astrid znowu mruga i odwraca się. Ignoruje tamtą część pokoju. Bardzo ostrożnie wyłącza kamerę i zza okropnych starych książek stojących na regale wyjmuje ładowarkę i drugą baterię. Zabiera je do kuchni.
Michael obiera gruszkę na talerzu. Ten talerz był używany setki razy przez kto wie ilu ludzi, którzy mieszkali w tym domu. Obiera gruszkę nożem z drewnianą rączką. Drewno tej rączki przesiąkało brudnymi mydlinami za każdym razem, gdy myły je setki nieżyjących już starych ludzi, którzy tu mieszkali lub spędzali tu wakacje.
Toster też ma w środku okruszki po obcych starych ludziach. Astrid kładzie swój sprzęt obok krzesła, odwija trochę folii aluminiowej i odłamuje kawałek chleba z nieodkrojonego końca bochenka. Kładzie folię na prymitywnym opiekaczu, a na niej chleb, po czym włącza opiekacz. Potem siada na krześle przy drzwiach i macha nogami.
Kto jest w salonie? pyta Michaela, który kroi gruszkę na zgrabne białe plasterki.
Jakaś pani do twojej matki, mówi Michael. Samochód jej się zepsuł.
Bierze talerz z gruszką i wychodzi z kuchni, nucąc. Nuci piosenkę Beyonce. Myśli, że jest taki trendy, i.e. jest kompletnie żenujący.
Astrid uderza dłonią w bok krzesła, żeby sprawdzić, czy będzie bolało. Boli, ale nie bardzo. Uderza jeszcze raz, mocniej. Boli bardziej. Oczywiście nauka potrafi udowodnić, absurd i paradoks, że jej dłoń tak naprawdę nie uderza krzesła, dzieląc odległość na coraz mniejsze części. Uderza jeszcze raz. Au.
Czeka, żeby chleb się lekko podpiekł.
Słyszy, jak w salonie Michael mówi coś głośno. Otwiera kosz na śmieci. Na szczycie resztek wczorajszej kolacji leży zwinięta łupina z gruszki. Wewnątrz jest jasnobiała. Astrid podnosi ją. Michael skroił skórkę w jednym kawałku. Astrid trzymają w ręce tak, że układa się znowu w kształt, jaki miała, zanim ją odkroił. Górna część z ogonkiem sterczy na górze jak kapelusz. Pusta gruszka!
Astrid wrzuca łupinę z powrotem do kosza i opuszcza pokrywę. Myje ręce nad zlewem. Wraca Michael. Astrid widzi uśmiech, jaki miał dla osoby siedzącej w salonie.
Pali się, Astrid, zauważa.
Wiem, odpowiada ona.
Michael otwiera opiekacz, unosi pokrywę kosza i rzuca tosta, czarną stroną do góry, na łupinę z gruszki.
Zacznijmy od tego, mówi, że gdybyś ukroiła go równo, nie zająłby się tak.
Lubię przypalony, mruczy Astrid pod nosem.
Michael odkrawa kilka kromek z bochenka i wkłada je do tostera.
Nie, dziękuję, mówi Astrid.
Michael nie słyszy. Co za dupek. Teraz robi coś z dzbankiem do parzenia kawy. Nazwisko Michaela jest przyczepione do jej imienia, a ona nie ma absolutnie nic do gadania w tej sprawie. Astrid bierze swój sprzęt i idzie do holu. Ale nie ma pojęcia, gdzie w holu tego prymitywnego domu są gniazdka elektryczne.
Nie widać żadnego. Wie, gdzie są gniazdka w salonie. Mogłaby też pójść na górę, ale, paradoks i ironia, słychać, że w jej sypialni grasuje teraz Katrina ze swoim odkurzaczem. Tak naprawdę z punktu widzenia higieny samo jeżdżenie odkurzaczem po jakiejś powierzchni nie robi większej różnicy. Starzy ludzie lizali meble swoimi martwymi językami i oblepili balustradę przy wszystkich schodach łuszczącą się skórą swoich starych rąk.
Wraca do salonu. Wszystkie gniazdka obok telewizora są zajęte. Jeśli wyjmie którąś wtyczkę, na pewno będą kłopoty.
Wycie odkurzacza nagle się urywa. Drzwi do ogrodu są otwarte. Pokój wypełnia się odgłosami ogrodu, i.e. ptaków etc. Astrid przechodzi do frontowej części salonu i wyjmuje wtyczkę od zwykłej lampy. Podłącza ładowarkę i prostuje się.
W żółtym prostokącie światła padającego przez wysokie okno ta osoba leży wyciągnięta na sofie. Bose nogi oparła wysoko, tak swobodnie, jakby tu mieszkała. Oczy ma zamknięte. Prawdę powiedziawszy, śpi.
Astrid podchodzi bliżej do sofy.
To jakby kobieta, choć bardziej dziewczyna. Włosy ma niby blond, ale Astrid widzi ciemne odrosty wokół przedziałka. Stopy trzyma na poduszkach. Podeszwy ma dość brudne.
Z tak bliska wydaje się młodsza niż matka Astrid, może nawet młodsza od Katriny, ale zdecydowanie za stara na dziewczynę. Nie ma żadnego makijażu. Dziwne. Nie ma wygolonych pach. Ma tam włosy, całkiem dużo włosów. Nogi też ma nieogolone. To niewiarygodne. Naprawdę połyskują na nich włoski. Są jak setki niteczek wychodzących prosto ze skóry. Mniej niż dwanaście cali od twarzy Astrid dziewczyna, kobieta, wszystko jedno, otworzyła właśnie lewe oko i patrzy nim prosto na nią.
Astrid odskakuje. Na podłodze przy sofie stoi talerz. Astrid podnosi go, jakby Michael ją po niego przysłał. Trzymając talerz przed sobą, wychodzi z pokoju przez drzwi do ogrodu i skręca za róg.
Przystaje dopiero wtedy, gdy nie widać jej już z domu. Jakoś strasznie się zadyszała. Dziwnie jest się tak komuś przyglądać. Dziwnie, gdy ktoś patrzy na nas. Naprawdę dziwnie zostać przyłapanym na patrzeniu.
Talerz jest jakiś lepki. Astrid oblizuje palec. Smakuje słodko. Stawia talerz na trawie obok ogródka skalnego. Wkłada rękę do konewki, żeby pozbyć się tej lepkości. Nagle uderzają myśl, czy w konewce aby na pewno była woda. Mógł tam być jakiś środek na owady lub chwasty. Astrid podnosi rękę do nosa, ale nie czuć jej chemią. Wysuwa język i próbuje. Bez smaku.
Idzie przez ogród do altany. To właściwie duża szopa, choć reklamowano ją jako altanę; matka i Michael narzekają na nią, od kiedy tu przyjechali, bo jednym z powodów przyjazdu do tej nudnej dziury było to, żeby matka mogła pracować przez całe lato w altanie, jak jakaś pisarka z dawnych czasów. Nawet stąd już ją słychać. Zachowuje się bardzo głośno, mimo że pisze na laptopie. Znowu wgłębia się w losy ludzi, którzy umarli w poprzednim stuleciu. Stuka dwoma palcami okropnie mocno, jakby była zła, chociaż ogólnie nie jest, tylko tak to brzmi.
Astrid stoi przed drzwiami altany, do których nie wolno pukać, chyba że w wyjątkowej sytuacji. Stoi w tym ogrodzie wśród tych wszystkich starych drzew i krzewów, pól i lasów, otaczających dom. Wcale nikomu nie przeszkadza. Jest jak jedno z tych bezsensownych drzew, jakie sadzą wokół parkingów przy supermarketach.
Stukanie w klawisze ustaje.
Co? woła matka z altany.
Astrid robi kilka kroków w tył.
Słyszę cię, woła matka. Co?
Nic, mówi Astrid. Stoję sobie.
Matka wzdycha. Astrid słyszy szurnięcie odsuwanego krzesła. Matka wchodzi w światło słoneczne. Mruży oczy, cofa się i zapala papierosa.
No, mówi, wydmuchując dym. Co jest?
Nic nie chcę, odpowiada Astrid. Po prostu sobie przyszłam.
Matka znowu wzdycha. Gdzieś nad nimi śpiewa ptak.
Widziałaś już, co się stało w tej hinduskiej restauracji? pyta Astrid.
Matka kręci głową. Astrid, nie mogę teraz myśleć o niczym innym.
Zawsze musi myśleć o ludziach zmarłych sześćdziesiąt lat temu. Gdy o nich pisze, zaprzątają całą jej uwagę. Osobiście Astrid, jeśli o nią chodzi, uważa, że więcej byłoby pożytku z badań nad rzeczami, które dzieją się teraz, niż nad ludźmi zmarłymi, i.e. więcej niż pół wieku temu.
Jak się obudziłam, miałam ślad od kciuka, bo spałam na swojej ręce, oznajmia Astrid. To było niesamowite.
Mhm, mruczy matka, nie patrząc na Astrid, która przykłada kciuk do miejsca na twarzy, gdzie był znak.
Jak ta niebieska kamionka w domu, ciągnie Astrid. Wiesz, ta, co ma odciśnięty kciuk rzemieślnika, który ją zrobił.
Matka milczy. Ptak wciąż śpiewa, powtarza bez końca te same trzy nutki.
Piękny dzień, prawda? mówi Astrid.
Mhm.
Takie były lata wcześniej, zanim się urodziłam, prawda?
Mhm.
I takie dni trwały całymi miesiącami, czasem od maja do października, i.e. jakby w przeszłości były nieustające lata, prawda? nie rezygnuje Astrid.
Matka nie słyszy. W ogóle nie reaguje. Nie mówi nawet, żeby Astrid przestała, i.e. jak mówi zazwyczaj. Opiera się o futrynę i pali. Astrid czuje, że robi się czerwona. Papierosy to kompletny obłęd. Są szkodliwe. Strasznie śmierdzą. Oczywiście powodują całą masę chorób i to nie tylko u tych, którzy je palą.
Kopie wysoką trawę obrastającą altanę. Wie, że nie powinna tego o papierosach wypowiadać na głos. Takie rzeczy można mówić tylko w odpowiedniej chwili.
Kim jest ta osoba? pyta zamiast tego.
Jaka osoba? Matka wreszcie na nią patrzy.
W domu, wyjaśnia Astrid.
Nie mam pojęcia, mówi matka. Michael jeszcze jest?
Mhm, odpowiada Astrid.
Magnus wstał?
Chyba nie.
Pamiętaj, jakbyś szła gdzieś później, weź ze sobą komórkę, mówi matka.
Aha, odpowiada Astrid. Jej komórka, wyłączona, leży w szkole na dnie jednego z koszy na śmieci, przynajmniej tam ją trzy tygodnie temu zostawiła. Gdyby matka i Michael o tym wiedzieli, po prostu by się wściekli; jeszcze nie skończyli jej spłacać. Matka myśli, że Astrid jest zawsze bezpieczna, mając komórkę przy sobie, oczywiście dlatego że może w każdej chwili zadzwonić, ale też dlatego że dzięki komórce ludzi zawsze można zlokalizować przez policję, gdyby zaginęli.GUPIA ASTRID SMART. TY=NIKT. TWOJE NOWE NAZWISKO: SMARK. WYGLADASZ JAK KROWIA DUPA. HA, HA. SZAJBUSKA LEZBIJKA. Szkolny terror jest niebezpieczny. Przed wakacjami w szkole Magnusa jedna dziewczyna umarła z powodu okrutnego dowcipu. Przyszedł z tego powodu list od dyrekcji. Jeśli jesteś ofiarą, trzeba o tym komuś powiedzieć. Ale to było w szkole Magnusa. Któregoś dnia, niedługo, Astrid powie matce, że ukradli jej komórkę.
Jadłaś coś? pyta matka.
Tosta, mówi Astrid.
Przestań, Astrid.
Astrid nie wie, co ma przestać.
Co? pyta.
Przestań tak kopać, niecierpliwi się matka.
Astrid przestaje kopać. Stoi z rękami lekko odsuniętymi od tułowia. Patrzy na matkę. Osobiście Astrid, jeśli o nią chodzi, nigdy nie będzie nosiła rozmiaru czternaście. Ohyda. Matka delikatnie postukuje końcówką niedopalonego papierosa framugę. Gdy papieros gaśnie, szura stopą po opadłym popiele, wkłada niedopałek z powrotem do paczki, wchodzi do altany i zamyka drzwi.
Astrid czeka na dźwięk stukania w klawisze. Słyszy go dopiero po chwili.
Obserwuje, jak słońce przedziera się przez liście nad jej głową, i.e. mit o Ikarze, któremu stopiły się skrzydła, bo poszybował za blisko słońca. Zastanawia się, czy byłoby inaczej, gdyby ten ojciec zrobił skrzydła dla córki, może ona by wiedziała, jak ich użyć lepiej. Ale chyba to by zależało od tego, ile miałaby lat, bo jeśli tyle co Astrid, wszystko byłoby w porządku. Ale gdyby była młodsza, to mogłoby być niebezpieczne, byłaby za mała, a gdyby była starsza, martwiłaby się, że ludzie będą jej zaglądać pod spódnicę i że słońce roztopi jej makijaż.
Astrid wie też skądś, pewnie od Magnusa, że jak ktoś będzie patrzył prosto w słońce przez dwadzieścia osiem sekund, to oślepnie. Jak by to było, oślepnąć? Nie można by pójść do teatru ani do kina; to nie miałoby sensu. Telewizja mogłaby równie dobrze zamienić się w radio. Astrid zamyka oczy. Skąd niewidomi ludzie wiedzą, że zaczął się dzień, skoro nie widzą, czy jest już jasno, czy nie? Jeśli nie widzą codziennego przejścia ciemności w jasność?
Zastanawia się, co by się stało, gdyby zmusiła się do patrzenia w słońce przez dwadzieścia osiem sekund.
Oczy by jej wypłynęły.
Przyjechałyby karetki z lekarzami etc.
Astrid wchodzi w plamę światła między dwoma starymi drzewami. Otwiera szeroko oczy i spogląda prosto w górę. Raz, zaczyna liczyć. Nawet jedna sekunda to za dużo. Powieki same jej się zaciskają. Pod nimi wszystko pulsuje światłem. Gdy jen otwiera, nie widzi nic prócz jaskrawopomarańczowej kuli słońca, na którą patrzyła. Zamyka je znowu. Świat zewnętrzny pojawia jej się pod powiekami, jak na wewnętrznej fotografii. A potem gdy je otwiera, wewnętrzna fotografia nakłada się na świat zewnętrzny. Gdyby mogła robić zdjęcia oczami, to by było niesamowite. Gdyby miała taki dar, a do tego skrzydła, i.e. jak w tym micie, zaczęłaby robić fotografie z lotu ptaka. Unosiłaby się nad wszystkim jak helikopter. Prymitywna nicość tej wsi - jak na dłoni. Małość tych wielkich drzew, pod którymi teraz stoi - jak na dłoni. Mogłaby przefrunąć nad domem. Mogłaby schwycić cały dom w dłoń. Przefrunęłaby nad całą szkołą w ułamku sekundy. Uczniowie na lekcji francuskiego, boisko, plac zabaw, ulice wokół szkoły, wszystko byłoby mniejsze niż jej dłoń i stawałoby się coraz mniejsze, zależnie od tego, jak wysoko postanowiłaby lecieć.
W ogrodzie jest za gorąco. Astrid idzie do domu. O, tam jest jej sypialnia. Podleciałaby i wpłynęła przez okno. Nie musiałaby już nigdy więcej dotykać tego dywanu stopami. Cały czas unosiłaby się kilka cali nad ziemią. Pofrunęłaby teraz do okna Magnusa i zajrzała przez żaluzje. (Magnus Smart. Magnus Berenski). Magnusa to w ogóle nie obchodzi. Dlaczego ma mnie obchodzić, skoro on najwyraźniej ma mnie w dupie, oświadczył kiedyś. Ale Magnus go pamięta. Sadzał mnie sobie na ramionach i szliśmy plażą, powiedział Astrid pewnego wieczoru w domku na drzewie. Pozwalał mi wsypywać sobie cukier do herbaty). W pokoju Magnusa żaluzja jest zawsze spuszczona. On nigdy nie bierze prysznica ani kąpieli. Przeważnie wstaje o drugiej po południu i schodzi na dół tylko po to, żeby znieść brudne talerze, wieczorem zabrać ze sobą na górę kolację i znowu zamknąć drzwi na klucz. Matka i Michael tracą już do niego cierpliwość. Ale chociaż ich to denerwuje, on wciąż to robi. Natomiast gdy Astrid raz też spróbowała zabrać kolację na górę, absurd i ironia, rozpętało się piekło.
Samochód Michaela zniknął sprzed domu. Na podjeździe stoi jakieś stare białe auto. Kuchnia jest pusta. W salonie gra telewizor, którego nikt nie ogląda. Zaginął jakiś człowiek, mówią w wiadomościach, i policja znalazła jakieś zwłoki. Astrid kładzie dzisiejszą gazetę na fotelu i siada na niej, mocno przyciskając ramiona i dłonie do tułowia, byle jak najdalej od fotela. Prezenterzy wiadomości i ludzie, których przepytują, wciąż powtarzają, że zaginął jakiś mężczyzna i że znaleziono zwłoki, ale nikt nie mówi, czy zwłoki mają coś wspólnego z zaginionym lub vice versa, chociaż oczywiście tak właśnie myślą. To ma jakiś związek z wojną. Na ekranie pojawia się premier otoczony wiwatującymi Amerykanami, mężczyźni w garniturach ściskają mu dłoń. Po wiadomościach jakaś kobieta w studiu rozprawia o tym, jak zmienił jej się stolec, od kiedy zaczęła inaczej zestawiać składniki jedzenia. A teraz odchodzimy od odchodów, zapowiada prezenterka. Wszyscy w studiu wybuchają śmiechem. Co za dziecinada. Do programu dzwoni jakiś człowiek i oznajmia, że pije swój mocz. Ludzie w studio dyskutują, czy picie własnego moczu ma działanie uzdrawiające. Astrid jest zadowolona, że nie ma tu Michaela, który prawdopodobnie uznałby, że picie moczu to dobry pomysł, i kazałby im to robić.
Ten telewizor ma tylko jakieś trzydzieści kanałów, z czego większość to sieczka. Typowy prymityw. Na jednym kanale jest program z teledyskami z lat osiemdziesiątych. Można oglądać, bo matki ani Michaela tu nie ma; gdyby byli, znów zaczęliby się zachowywać jak kretyni i gadać bez końca o tym, że kiedyś muzyka pop miała znaczenie polityczne, albo by tańczyli w ten durny sposób. Na ekranie zaczyna się teledysk o dziewczynie, która siedzi w kafejce, pije kawę i czyta komiks, a wtedy komiks ożywa i ona staje się częścią historyjki. Chłopak z obrazka mruga do niej, potem wyciąga obrazkową rękę do jej świata, a ona ujmuje ją swoją prawdziwą ręką, wchodzi w świat komiksu i już jest ilustracją, jak on, ale w prawdziwym świecie właścicielka kafejki nie może zrozumieć, gdzie podziała się dziewczyna, i jest zła, że wyszła bez płacenia za kawę, więc zgniata komiks i wrzuca go do kosza, co w obrazkowym świecie powoduje kompletny chaos i.e. mężczyźni chwytają łomy i robią się agresywni. Więc ten chłopak po prostu rozdziera swój świat przed dziewczyną (jego świat jest z papieru), żeby mogła uciec przez podarty papier z powrotem do swojego świata. Właścicielka kafejki w realnym świecie znajduje dziewczynę, która znowu jest prawdziwa, opadłą na kosz ze śmieciami za ladą. Dziewczyna wyciąga z kosza komiks, cały pomięty, wypada z kafejki, biegnie do domu, siada w swojej sypialni i próbuje ten komiks wygładzić. Na końcu teledysku chłopak z obrazka (jednocześnie lider zespołu śpiewającego piosenkę) usiłuje wedrzeć się do prawdziwego świata dziewczyny, żeby stać się człowiekiem, nie tylko ilustracją.
Astrid idzie do kuchni i przełamuje bochenek na pół, nie dotykając żadnego miejsca, którego mógł wcześniej dotykać nóż. Wydłubuje miąższ ze środka. Zjada go. Wracając, podciąga T-shirt, zakrywa nim usta i wydycha powietrze w bawełnę, a potem wącha to miejsce. Pachnie całkiem ładnie. Astrid zastanawia się, czy taki właśnie miałaby smak, ten słodki chlebowy smak, gdyby mogła spróbować, jak sama smakuje, albo gdyby ktoś inny mógł. A jeśli smakuje okropnie? Przez dwa kolejne teledyski Astrid martwi się, że może mieć okropny smak. Potem wyłącza telewizor.
Wkłada baterię do kamery i sprawdza, czy działa. Ładowarkę, która ciągle ładuje drugą baterię, upycha za te okropne stare kryminały na najniższej półce regału. Nasłuchuje w holu, ale z sypialni Magnusa nie dobiega żaden dźwięk. Wychodzi z domu frontowymi drzwiami. Matka i Michael wciąż powtarzają, jakie to niesamowite, że na wsi można ufać ludziom i zostawiać otwarty samochód, i nie zamykać domu. Astrid sprawdza, czy drzwi zatrzasnęły się za nią. Jeśli złodzieje zechcą obrabować ten dom, wejdą przez otwarte drzwi od strony ogrodu, i to będzie wina jej matki. Nie znajdą ładowarki, chyba żeby przyszli specjalnie po stare książki Agathy Christie, a to by dopiero było wspaniałe ironiczne przestępstwo.
Astrid idzie ścieżką, prowadzącą do drogi, która prowadzi do wsi. Jest bardzo gorąco. Myśli o domu, który zostawia za sobą, pełnym tych wszystkich paskudnych przedmiotów i wakacyjnych rzeczy ich rodziny, innych, porządnie ułożonych. Za chwilę włamywacze wejdą do ogrodu i po prostu wezmą sobie, co chcą. Ale ponieważ to jeszcze się nie wydarzyło, wszystkie pokoje na dole są puste, nieruchome, jakby dom w tym skwarnym powietrzu wstrzymywał oddech.
Magnus opowiadał jej, że z przedmiotami w filmie jest inaczej niż w prawdziwym życiu. W filmie zawsze wszystko dzieje się po coś. Jeśli widać pusty pokój, na pewno pokazują go z jakiegoś powodu. Magnus wziął do ręki długopis, a potem go upuścił. Powiedział, że jak upuści się długopis w prawdziwym życiu, to nic nie znaczy, po prostu na ziemi leży długopis, który wypadł z ręki. Ale jeśli na filmie ktoś upuszcza długopis i kamera go nam pokazuje, wtedy ten długopis jest ważniejszy niż ten w realnym życiu. Astrid wie, że to prawda, ale nie jest całkiem pewna dlaczego. Gdy Magnus znowu zacznie się odzywać, zapyta go. Zapyta go też, jeśli nie zapomni, dlaczego bezmyślnie szturchała martwe zwierzę patykiem. Magnus będzie wiedział, dlaczego tak postąpiła, i wyjaśni jej to. Byłoby niesamowite, gdyby miała to zwierzę na filmie, jeszcze nie martwe, ale chwilę przed tym, nim zostało rozjechane, na minutę przed rozjechaniem. Siedziałoby tam, na skraju drogi, cokolwiek to było, królik czy kot, siedziałoby sobie po prostu, miałoby oczy, łapy etc.
Ale to by było tylko wtedy niesamowite, gdyby się je obserwowało, wiedząc, co stanie się później. My byśmy wiedzieli, a zwierzę nie. Gdyby miało siętęświadomość ito nagranie na taśmie, to byłoby dokładnie tak, jakby patrzeć na pokój przed włamaniem. My byśmy o tym wiedzieli, ale pokój nie. To nie znaczy, że pokój może coś wiedzieć, jak żywa istota. Wyobraźmy sobie żywy pokój, z ruszającymi się meblami, ścianami wołającymi do siebie nawzajem. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w żywym pokoju i nie spodziewamy się, że jest żywy, i podchodzimy, żeby usiąść na krześle, a krzesło woła: odwal się! nie siadaj na mnie! albo rusza się tak, że nie możemy na nim usiąść. Albo gdyby ściany miały oczy i potrafiły mówić, i.e. można by było wejść do pokoju i zapytać go, co się w nim działo, gdy my byliśmy gdzie indziej, a on mógłby nam powiedzieć dokładnie co.
Cześć, mówi ktoś.
Cześć, odpowiada Astrid.
To ta osoba, która dziś rano leżała na sofie w salonie.
Idzie obok Astrid. W jednej ręce trzyma dwa jabłka. Waży je w dłoni, starannie ogląda, wybiera, które zachować dla siebie.
Masz, mówi.
Jabłko leci ku Astrid i uderza ją dość mocno w pierś. Astrid łapie je w zgięcie ramienia między tułowiem a kamerą.
Astrid, mówi osoba. Astrum, astralis. Jak to jest, mieć takie gwiaździste imię?
I zaczyna opowiadać o gwiazdach. Twierdzi, że z powodu oświetlenia miast i ulicznych latarni nocnego nieba już nie można zobaczyć dokładnie i że teraz w całym zachodnim świecie niebo nigdy nie robi się tak ciemne, jak powinno. W ponad połowie Europy, w Ameryce, prawie na całym świecie ludzie nie mogą już obserwować gwiazd jak kiedyś.
Ma taki akcent, i.e. jakby irlandzki, albo któryś z amerykańskich. Mimo że Astrid nie wspomniała ani słowem, że idzie do Curry Pałace, tamta zaczyna o tym mówić. Pyta, czy Astrid to widziała, i orzeka, że to bezczelne przestępstwo. Bo jak inaczej nazwać oblanie czarną farbą drzwi i okien jedynej nieangielskiej restauracji w promieniu wielu mil?
Astrid podnosi kamerę do oka, choć jest wyłączona, a obiektyw przesłonięty. Ma nadzieję, że osoba zobaczy kamerę i zapyta o nią. Ale osoba przestała na razie gadać i idzie szybciej, trochę przed Astrid. Astrid opuszcza kamerę. Zaczyna jeść jabłko. Nie miała pojęcia, że jest taka głodna.
Skąd wiedziałaś? woła. To znaczy, o tej restauracji.
Podbiega, żeby nie zostawać w tyle.
Skąd wiedziałam? powtarza osoba. Jak można coś takiego przeoczyć? Jak można nie wiedzieć?
Masz jakiś związek z tym domem? pyta Astrid.
Osoba przystaje na środku drogi. Wpatruje się w ziemię. Nagle kuca. Astrid widzi pszczołę, z tych dużych, kosmatych, pełznącą po chropowatym asfalcie. Osoba wyciąga coś z tylnej kieszeni swoich szortów. To mała saszetka. Odrywa czubek i wysypuje coś na dłoń. Zagina rożek i wsuwa saszetkę ponownie do tylnej kieszeni. Pluje na swoją rękę. Ohyda. Kciukiem wciera ślinę w dłoń. Teraz zeskrobuje wszystko na drogę obok pszczoły, która zatrzymała się, bo zobaczyła coś większego od siebie.
Osoba wstaje i idzie dalej, liżąc dłoń i wycierając w dżins szortów.
Astrid chce zapytać, ile ona ma lat. Spogląda na owłosione nogi osoby. To obrzydliwe. Astrid nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. Patrzy na bose stopy maszerujące po asfalcie.
Nie bolą cię nogi? pyta.
Nie, odpowiada osoba.
Zepsuł ci się samochód?
Są teraz na drodze, której Astrid nie zna.
Samochody to bardzo zły pomysł w tak skażonym świecie, stwierdza osoba.
To ty nam wynajęłaś dom? pyta Astrid.
Jaki dom?
Ten, który wynajmujemy, wyjaśnia Astrid.
Osoba kończy jeść jabłko i wysoko w powietrze rzuca ogryzek, który spada za żywopłot.
Ulegnie biodegradacji, mówi.
Dlaczego zrobiłaś to tam na drodze, obok pszczoły? pyta Astrid.
Reanimacja, tłumaczy osoba.
Wyjmuje z kieszeni saszetkę z zagiętym rożkiem, sprawdza, czy jest dobrze zawinięta, i rzuca ją Astrid. Jest to kwadratowa saszetka z rodzaju tych kawiarnianych, na których widnieją przypadkowe wiadomości, na przykład daty urodzenia kompozytorów muzyki klasycznej lub sławnych pisarzy albo nazwy słynnych samochodów, albo imiona koni, które wygrały jakieś wyścigi. Po jednej stronie jest napisCUKIER BIAŁY.Po drugiej widać przedarty obrazek myśliwca i drugi napis: LD WAR 2 1939-1945. Około 55 milionów ofiar w ludziach.
To dla ciebie, mówi.