Samotny półwysep - Włodzimierz Steyer - ebook

Samotny półwysep ebook

Włodzimierz Steyer

0,0

Opis

[PK] 

 

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Wspomnienia dowódcy Rejonu Umocnionego Hel z września 1939 roku. 
[Opis wydawcy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni (2) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 
Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Władysława Reymonta w Skierniewicach 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Rok wydania: 1983

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

WŁODZIMIERZ STEYER

samotny półwysep

 

WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE • 1983

 

Przedmowę napisał i ilustracje dobrałJerzy Pertek

Okładkę i stronę tytułową projektowałAdam Werka

© Copyright by Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1983

Printed in Poland

WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE — POZNAŃ 1983Wydanie III. Nakład 29 700+300 egz. Ark. wyd. 8,4; ark. druk. 9,75.Oddano do produkcji 18 XI 1982 r. Podpisano do druku 25 III 1983 r.Druk ukończono w sierpniu 1983 r. Papier druk.-mat. ki. V, 71 g,82X104. Zam. nr 56/82 , E-4/16

POZNAŃSKIE ZAKŁADY GRAFICZNEIM. MARCINA KASPRZAKA W POZNANIU — 236/82

ISBN 83-210-0409-1

Przedmowa

Pierwsze wydanie tej książki, wtedy jednej z nielicznych publikacji dotyczących obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 roku, ukazało się ćwierć wieku temu, a drugie — dwanaście lat później. Oddając po dalszych kilkunastu latach nowe wydanie w ręce nowych Czytelników, którym osoba i działalność jej autora, z jednej strony wybitnego oficera, a w końcowym okresie służby dowódcy Marynarki Wojennej PRL, z drugiej zaś — popularnego pisarza marynistycznego, nie jest zapewne znana, warto przybliżyć życie, czyny i twórczość Włodzimierza Steyera. Warto tym bardziej, że w ostatnim czasie jego osoba doczekała się nowych dowodów uznania, i to zarówno ze strony władz, jak i społeczeństwa Wybrzeża, o czym nie mogło oczywiście być jeszcze mowy w przedmowie do poprzedniego wydania.

Włodzimierz Brunon Steyer (1892—1957) swój morski rodowód wywodził z byłej marynarki rosyjskiej. Jeszcze przed wstąpieniem do Korpusu Morskiego w Petersburgu odbył jako uczeń gimnazjalny transoceaniczny rejs do Australii na żaglowym okręcie szkolnym. W kilka lat później już jako miczman (porucznik) rozpoczął inną, dłuższą wędrówkę po morzach i oceanach świata, tym razem w warunkach bojowych na pokładzie lekkiego krążownika „Askold”. Okręt ten wchodził w skład sił rosyjskiej floty Dalekiego Wschodu, ale przeznaczeniem jego było widać działanie samotne, gdyż kierowany do różnych zadań i zespołów alianckich — przebył w pierwszym roku wojny światowej ogromną trasę od Władywostoku do Adenu, a następnie został skierowany na Morze Śródziemne, aby tam reprezentować rosyjską marynarkę. Później wreszcie wszedł w skład nowo formowanej przez Rosję eskadry krążowniczej, charakteryzującej się tym, iż każdy okręt był innej kategorii, każdy miał inną liczbę kominów (od jednego do trzech mniej niż pięciokominowy „Askold”, żartobliwie stąd zwany paczką papierosów!), i że ta zbieranina starych okrętów, pochodzących z końca ubiegłego i początku obecnego wieku, i w większości odkupionych od Japończyków, w których ręce wpadły w następstwie wojny 1904—1905 roku, głównie bitwy pod Cuszimą, służyć mogła raczej do celów reprezentacyjnych, a nie bojowych. Miczman Steyer, będący na „Askoldzie” początkowo młodszym oficerem artyleryjskim i wykładowcą zaokrętowanej na krążowniku szkoły podoficerskiej, został później oficerem flagowym (adiutantem dowódcy) tej „niescalonej eskadry”. Jeżeli nieco dłużej zatrzymałem się nad tym okresem jego życia, to uczyniłem tak dlatego, iż właśnie służba na „Askoldzie” dała później Włodzimierzowi Steyerowi tworzywo do najpopularniejszej z jego książek.

Po zakończeniu I wojny światowej autor Samotnego półwyspu powrócił w roku 1919 do kraju i został przyjęty do czynnej służby w stopniu kapitana marynarki. W następnym roku był dowódcą III Batalionu Morskiego, z kolei zaś, w miarę powstawania naszej floty, powierzano mu stanowiska morskie: przez trzy lata dowodził jednym z najoperaktywniejszych wówczas polskich okrętów, a mianowicie kanonierką „Komendant Piłsudski”, następnie zaś Dywizjonem Ćwiczebnym. W roku 1925 ówczesny kmdr ppor. Steyer został skierowany do Francji na Wyższy Kurs Artylerii Morskiej w Tulonie. Po powrocie przewodniczył komisji odbioru monitorów rzecznych wybudowanych w Krakowie dla Flotylli Pińskiej, a potem... potem niespodziewanie opuścił na rok szeregi Marynarki Wojennej. Stało się to w następstwie przewrotu majowego 1926 roku, który wielu oficerów kosztował mniej lub bardziej „dobrowolne” opuszczenie służby. W tym okresie Włodzimierz Steyer uczestniczył w zakupie frachtowców dla nowo powstałego Towarzystwa Armatorskiego „Żegluga Polska” i był przez jakiś czas I oficerem na „Wilnie”.

Kmdr ppor. Włodzimierz Steyer był jednak zbyt dobrym, zwłaszcza jak na swój młody wiek, specjalistą, aby zrezygnowano z jego usług. Dlatego też rychło powołano go na powrót do służby czynnej, powierzając mu odbiór i przyprowadzenie do kraju zakupionego we Francji starego krążownika „d’Entrecasteaux”, który miał odtąd — zakotwiczony w porcie oksywskim — służyć naszej flocie jako okręt-hulk, mieszczący Szkołę Specjalistów Morskich. Potem przez kilka lat sprawował różne funkcje morskie i lądowe w Dowództwie Floty w Gdyni. Flota nasza miała w następnych latach powiększyć się o nowe okręty budowane w stoczniach zagranicznych. Wykorzystując zarówno wiedzę fachową, jak i doskonałą znajomość języków obcych awansowanego tymczasem do stopnia komandora porucznika Włodzimierza Steyera, Kierownictwo Marynarki Wojennej powierzyło mu odpowiedzialne stanowisko przewodniczącego komisji odbiorczej większości z tych okrętów, jak np. kontrtorpedowca „Burza”, stawiacza min „Gryf” i najnowocześniejszych niszczycieli „Grom” i „Błyskawica”. Po wypełnieniu tych zadań otrzymał on nie mniej trudne i odpowiedzialne stanowisko dowódcy Rejonu Umocnionego Hel, na którym zastał go wybuch wojny.

Komandor Włodzimierz Steyer był, jak już wspomniałem, także pisarzem morskim,, który opublikował wiele fachowych artykułów na łamach miesięcznika Marynarki Wojennej „Przegląd Morski”, bądź w ówczesnych gazetach centralnych („Gazeta Polska”, „Polska Zbrojna”). Ale oprócz tego poświęcał swe pióro także nieco lżejszej muzie, pisząc wspomnienia, opowiadania i nowele. Zaczęło się to wszystko od gawędziarstwa. Trzeba bowiem wiedzieć, że Steyer miał duży dar opowiadania i że jego wspomnienia, zwłaszcza z początków służby na morzu, a szczególnie z okresu zaokrętowania na „Askoldzie”, cieszyły się dużym powodzeniem wśród słuchaczy — jego kolegów i podwładnych, z którymi spędzał wspólnie długie zimowe wieczory podczas postojów na Oksywiu. Właśnie też gorącym namowom zafascynowanych tymi gawędami słuchaczy, aby utrwalić i przelać na papier te barwne epizody rejsu „Askolda” z Pacyfiku przez Ocean Indyjski, Morze Czerwone i Kanał Sueski na Morze Śródziemne, należy chyba zawdzięczać powstanie późniejszych opowiadań Steyera. Publikował je początkowo w miesięczniku „Naokoło Świata” i w „Polsce Zbrojnej”, a w roku 1932 redaktor „Przeglądu Morskiego” zaproponował W. Steyerowi przygotowanie do druku na łamach tego pisma opowiadań o działalności „Askolda”, jeśli starczy materiału na dwanaście odcinków. I tak doszło do powstania Samotnego krążownika, drukowanego w ,,Przeglądzie Morskim” pod pseudonimem Brunona Dzimicza. Rychło też poszczególne odcinki tych lekko zbeletryzowanych wspomnień stały się najchętniej czytywaną pozycją fachowego przecież miesięcznika, a niebawem fama o tej frapującej opowieści szeroko rozniosła się poza kręgi Marynarki Wojennej. Na następstwa nie trzeba było długo czekać, gdyż w niedługich odstępach czasu ukazały się dwa książkowe wydania Samotnego krążownika, a w roku 1935 publikowano go po raz czwarty na łamach gdyńskiego tygodnika „Torpeda”. Cztery wydania, w tym dwa książkowe, to był jak na czasy międzywojenne i książkę morską sukces wprost niebywały. Dlatego też bez żadnej przesady można ją nazwać największym polskim bestsellerem marynistycznym owych lat 1.

Zachęcony powodzeniem Samotnego krążownika autor zaczął przygotowywać dalszy ciąg swych wojennych wspomnień — z okresu, kiedy „Askold” wszedł w skład wspomnianej już eskadry będącej zlepkiem okrętów różnych kategorii i klas. Poszczególne opowiadania drukowano na łamach różnych czasopism i gazet, a kilka z nich — wbrew intencjom Brunona Dzimicza — doczekało się publikacji w zbiorze nowel i opowiadań morskich pt. Skaza marynarska, wydanym przez Tow. Wyd. „Rój”, częściowo bez wiedzy i korekty autora, gdy komandor Włodzimierz Steyer przebywał w roku 1937 w Wielkiej Brytanii, przejmując budowane tam okręty. Później udało się autorowi zebrać te opowiadania mówiące o wydarzeniach 1916 roku i trzecia książka Brunona Dzimicza (a druga ze wspomnianego cyklu o I wojnie światowej) ukazała się nakładem „Roju” późnym latem 1939 roku. Niestety, wybuch wojny przeszkodził w rozprowadzeniu książki, której nakład uległ, prawdopodobnie całkowitemu zniszczeniu. Jedyny egzemplarzEskadry niescalonej ujrzał komandor Steyer w oflagu w rękach jednego z towarzyszy niedoli, który we wrześniu 1939 roku był w oblężonej Warszawie, gdzie przypadkiem książka ta trafiła w jego ręce. Później jednak i ona zginęła w zawierusze wojennych wydarzeń.

Można jeszcze dodać, iż miała się ukazać również trzecia pozycja z tego cyklu, w której autor chciał zawrzeć swe wspomnienia z końcowego okresu I wojny światowej. Miała ona nosić tytuł Przez morza i oceany, ale zamiar napisania tej książki nie został zrealizowany. W dużej mierze przeszkodził temu wybuch II wojny światowej.

Po udziale w obronie Helu komandor Steyer spędził resztę wojny w jenieckim obozie. Po wyzwoleniu oflagu w Lubece postanowił powrócić do kraju, gdzie powstawała nowa Marynarka Wojenna. Przyjęty do służby, otrzymał ważne stanowisko szefa Oddziału Okrętów i Przystani w Gdyni, a następnie został mianowany szefem Polskiej Misji Morskiej w Moskwie, gdzie przygotowywał przyszłe przejęcie okrętów postawionych nam do dyspozycji przez Flotę Radziecką. Z kolei został dowódcą Szczecińskiego Obszaru Nadmorskiego w Świnoujściu i wreszcie — po awansie na kontradmirała — dowódcą Marynarki Wojennej w Gdyni. Na wszystkich tych stanowiskach towarzyszyły mu uznanie władz, szacunek i wielkie przywiązanie jego podkomendnych oraz duża popularność wśród społeczeństwa Wybrzeża. Latem 1950 roku kontradmirał Steyer został odwołany ze swego stanowiska i przeniesiony w stan spoczynku.

Moja znajomość z Włodzimierzem Steyerem datuje się od kwietnia 1946 roku, kiedy jako początkujący dziennikarz wziąłem udział w uroczystym obchodzie pierwszej rocznicy wyzwolenia Szczecina. Kulminacyjnym punktem uroczystości było wpłynięcie na Odrę, do Szczecina, polskich okrętów wojennych — coś w rodzaju symbolicznych zaślubin Polski z wodami naszego zachodniego Wybrzeża. Właśnie wtedy, podczas oczekiwania na ten bądź co bądź epokowy moment w dziejach Polski nad Bałtykiem, wśród delegacji zgromadzonych na Wałach Chrobrego przy trybunie honorowej zauważyłem dwóch komandorów Polskiej Marynarki Wojennej.

Stali blisko trybuny, ale trzymali się osobno, nie mieszając się z innymi uczestnikami uroczystości, jakby trochę dokumentując swoją odrębność ludzi morza od „szczurów lądowych”. Starszy z nich, w wieku ponad pięćdziesięciu lat, wysoki, masywny, z ogorzałą twarzą wilka morskiego, o wyrazistych rysach, energicznym podbródku i bystrym spojrzeniu, wydawał mi się znajomy, chociaż nie znałem go osobiście. Drugi natomiast, również wysoki, ale dużo młodszy i szczupły, miał zupełnie obcą dla mnie twarz. Stali obok siebie w milczeniu, przypatrując się przygotowaniom do przyjęcia parady okrętów na Odrze. Raz po raz młodszy z komandorów robił jakąś uwagę, starszy krótko odpowiadał i znów zapadało między nimi milczenie. Obserwowałem ich tak przez chwilę, stojąc opodal, aż w pewnym momencie, gdy intrygujący mnie komandor potaknął głową towarzyszowi, podniósł do ust źdźbło trawy i zaczął je przegryzać, przypomniałem sobie skąd znam jego twarz. Zapamiętałem ją z jednej z przedwojennych recenzji Samotnego krążownika.

Właśnie przechodził kolega ze szczecińskiego oddziału Zachodniej Agencji Prasowej, którą reprezentowałem tam wraz z nim na swym pierwszym samodzielnym występie reporterskim, i on potwierdził moje przypuszczenia: „Owszem, ten starszy — to komandor Steyer, jego towarzysz — to komandor Józef Urbanowicz, a Dowódca Marynarki Wojennej, kontradmirał Mohuczy, znajduje się na trybunie”.

Podszedłem do komandorów i przedstawiłem się. Podali mi ręce z pewną rezerwą. Na moją prośbę o wywiad na temat Polskiej Marynarki Wojennej komandor Steyer stwierdził, iż winienem się z tym zwrócić do obecnego admirała Mohuczego. Żeby podkreślić swoje zainteresowanie morskimi sprawami, wręczyłem obu komandorom egzemplarze tygodnika „Polska Zachodnia”, poświęconego właśnie szczecińskim uroczystościom i zawierające m. in. mój artykuł o marynarce. Podziękowali uprzejmie, ale nie zdradzali większej ochoty do kontynuowania rozmowy, zresztą poruszenie na trybunach świadczyło o tym, że oczekiwane okręty pojawiły się u ujścia Odry.

— Czy nie mógłbym wobec tego — zwróciłem się ponownie do komandora Steyera — prosić pana o informacje na temat obrony Helu w roku 1939?

— Żałuję bardzo, ale nie jest pora po temu. Może przy innej okazji — brzmiała odpowiedź.

Gwar na trybunie i wokół nas rósł. Spojrzałem za siebie w dół Odry. Z dala widoczne już były ciemne sylwetki zbliżających się trałowców.

— No to już nie będę przeszkadzał panom, ale mam jeszcze jedno pytanie. Czy mógłby mi pan komandor powiedzieć, jakie plany ma Brunon Dzimicz?

W oczach zapytanego błysnął ognik zainteresowania. Tożsamość Brunona Dzimicza z Włodzimierzem Steyerem nie była przecież powszechnie znana. Trzeba było naprawdę interesować się sprawami morskimi, aby wiedzieć o takim szczególe.

— Czy Brunon Dzimicz nie zamierza wznowić Samotnego krążownika? — pytałem dalej. — A może przygotowuje nową książkę?

— Interesuje pana twórczość Brunona Dzimicza? — zapytał komandor, uśmiechając się kącikami ust. — Tak, on przygotowuje nową książkę, tym jednak razem dla młodzieży. Samotny krążownik może znów się ukaże, a co do obrony Helu?... wie pan co? Niech pan przyjedzie do mnie latem do Świnoujścia, to sobie pogadamy!

Wokół nas rozbrzmiewały już okrzyki na cześć nadpływających okrętów. Zbliżał się punkt kulminacyjny uroczystości, czas więc było pożegnać się i zająć obserwacją parady. Dalszy ciąg rozmowy z komandorem Steyerem nastąpił wobec tego cztery miesiące później, gdy — zaopatrzony w kilkustronicową listę pytań dotyczących obrony Wybrzeża i Helu w 1939 roku — zjawiłem się u niego w Świnoujściu.

Ta pierwsza moja bytność u Komandora zapoczątkowała następne, coraz bliższe kontakty, które przerodziły się w zażyłą znajomość i nawet przyjaźń. Włodzimierz Steyer, niebawem już kontradmirał urzędujący w Gdyni, ale dużo podróżujący, nie opuścił żadnej okazji do przysłania mi pozdrowień ze swych wojaży. Pisywał też często z Gdyni, gdy trochę dłużej nie miał ode mnie wiadomości, jeśli zaś chodzi o moje przyjazdy do Gdyni, to z góry mi oświadczył, że u niego w willi na Kamiennej Górze zawsze jest pokój do mojej dyspozycji. Trudno było nie skorzystać z tego zaproszenia, zwłaszcza z uwagi na możliwość i okazję do dłuższych rozmów na interesujące nas obu tematy. Tym „gawędom o zmierzchu”, jak je nazwałem w jednym z reportaży, zawdzięczam wiele cennych informacji, wykorzystanych później w mej pracy. Żeby się zaś choć w części zrewanżować admirałowi za jego życzliwość, pośredniczyłem w wydaniu w poznańskim Wydawnictwie Zachodnim jego wspomnianej książki dla młodzieży, która ukazała się pt. Przygody mata Moreli, a w dziesięć lat później — w Wydawnictwie Poznańskim wspomnień z obrony Helu, zatytułowanych Samotny półwysep.

Po odejściu w stan spoczynku admirała Steyera, a zwłaszcza po jego opuszczeniu Wybrzeża i przeniesieniu się do dalekiej Ostrołęki, nasze kontakty nieco się rozluźniły, aby znów nabrać pełnego rozmachu, gdy przemiany poprzedzające i związane z wydarzeniami października 1966 roku zwiastowały powrót Włodzimierza Steyera z jego nadpuszczańskiego pobytu. Wtedy też, zanim powrócił na Wybrzeże, opracował dwie większe publikacje: jedną przeznaczoną dla fachowych czytelników z dziedziny wojskowości, drugą zaś dla szerokiego kręgu odbiorców. Choć nie bardzo już wówczas zdrów, pisał ją z dużym entuzjazmem i koniecznym pośpiechem, gdyż wydawca zamierzał opublikować te migawki wspomnieniowe z obrony Helu na uroczyście się wówczas zapowiadającą, kolejną, osiemnastą rocznicę września.

Zanim książka została wydana, kontradmirał Włodzimierz Steyer powrócił na Wybrzeże, gdzie minister obrony narodowej, powołując go do Rady Naczelnej Związku Oficerów Rezerwy, powierzył mu stanowisko delegata Ministerstwa Obrony Narodowej dla spraw oficerów rezerwy w województwie gdańskim. Po sześciu latach niewidzenia spotkaliśmy się w dniu 1 września 1957 roku na cmentarzu redłowskim podczas urządzonej przez ZBoWiD uroczystości dla uczczenia poległych obrońców Wybrzeża z pułkownikiem Stanisławem Dąbkiem na czele. Najnowsza książka kontradmirała Steyera była już wydrukowana, ale jeszcze nie zbroszurowana i dlatego mogłem mu pokazać tylko jej okładkę, obiecując iż gotową książkę przywiozę następnym razem. Niestety, zanim to nastąpiło, Admirał już nie żył, a w dwa tygodnie po wspomnianym, pierwszym od wielu lat, ponownym naszym spotkaniu odprowadzaliśmy go na tym samym redłowskim cmentarzu na miejsce wiecznego spoczynku. Po dalszych dwóch tygodniach zawiozłem gotowe egzemplarze opłakującej męża wdowie, a potem poszedłem na redłowski cmentarz powiedzieć autorowi, że Samotny półwysep został przyjęty bardzo dobrze, tak jak kiedyś Samotny krążownik.

Mimo pokaźnego nakładu Samotny półwysep rozszedł się dość szybko, co świadczyło o zainteresowaniu się tą książką. Trzeba zresztą przyznać, że w owym czasie było jeszcze mało publikacji książkowych poświęconych obronie Wybrzeża w roku 1939, chociaż temat ten zasługiwał jak najbardziej na szerokie spopularyzowanie. Zwłaszcza obrona Helu, tego ostatniego bastionu nadmorskiego Rzeczypospolitej, miała dla Polaków z Gdyni, Redy i Pucka, a także nurzającego się już wówczas w powodzi hitlerowskich hackenkreuzów Gdańska, wielkie znaczenie moralne. Stanowiła ona bowiem dla nich jedyny krzepiący na duchu dowód, że Hel walczy nadal!

Wrześniowy epos helski miał i ma zresztą znaczenie także w dużo szerszym aspekcie, wykraczającym daleko poza ramy naszego ówczesnego Wybrzeża. Oczywiście, były w wojnie obronnej 1939 roku bitwy wielokrotnie przewyższające swymi rozmiarami oblężenie Helu. I nie trzeba wcale wskazywać na taką na przykład największą z bitew wrześniowych — pod Kutnem, gdyż bliższe Helowi działania Lądowej Obrony Wybrzeża w rejonie Gdyni-Wejherowa-Oksywia również przewyższały działania na Helu, zarówno liczbą walczących, jak poległych i rannych. Ale Hel oznacza też co innego. Hel jest symbolem trwania żołnierza polskiego w beznadziejnej walce. I chociaż zorganizowane oddziały polskie kontynuowały bój także po kapitulacji Helu, to jednak jego trzydziestodwudniowa obrona stanowi jedyne tego rodzaju osiągnięcie w wojnie obronnej 1939 roku. Nie tylko zresztą w tej wojnie, albowiem także w porównaniu z późniejszymi kampaniami II wojny światowej Hel doskonale wytrzymuje wszelkie porównania. Brytyjska twierdza Singapur broniła się tylko piętnaście dni, krócej od Helu stawiały też opór Hongkong, Surabaja czy Tobruk w drugim oblężeniu, a nie trzeba zapominać, że niezbyt silnie w porównaniu z nimi umocniony Hel mógł być nazwany Seefestung chyba jedynie w oświadczeniach hitlerowskiej propagandy. Jednakże nie w charakterze czy sile samych umocnień leży najbardziej istotna różnica między możliwościami bojowymi Singapuru i Tobruku a Helu. Tam były dziesiątki tysięcy żołnierzy świetnie uzbrojonych i wyposażonych, tu — trzytysięczna załoga musiała nieledwie po jednym odliczać pociski do dział, tak jak jej z kolei, skrupulatnie odmierzano racje żywnościowe. I w tych warunkach czas trwania obrony „samotnego półwyspu” nabiera dodatkowej wymowy.

Hołd polskim obrońcom nadmorskich skrawków ziemi oddali także, oczywiście zawsze mimo woli, nawet Niemcy. Uczynił to przede wszystkim sam Hitler w wygłoszonym po zakończeniu wojny w Polsce przemówieniu w Reichstagu, gdy chwalił czyny bojowe 207 pomorskiej dywizji, która brała udział w walkach w rejonie Oksywia i u nasady Półwyspu Helskiego. Stwierdzając przy tej okazji równie pochopnie co niezgodnie z rzeczywistym stanem rzeczy, iż dywizja ta walczyła przeciwko „polskim oddziałom elitarnym, oddziałom marynarzy, szkołom podchorążych i podoficerów, artylerzystom morskim i konnicy”, Hitler uczcił wbrew swym intencjom dzielność i ofiarność przeciwnika, gdyż stosunek sił na froncie nadmorskim (jak zresztą wszędzie indziej) był wręcz przeciwny niż w nakreślonym przez niego obrazie.

Podobnie zresztą czynili niemieccy publicyści i pisarze wojennomorscy, bez najmniejszych skrupułów mijając się z prawdą w swych obficie podlanych sosem goebbelsowskiej, antypolskiej propagandy opisach działań tzw. blitzkriegu, zwanego też — trudno powiedzieć na jakiej podstawie — „kampanią 18 dni”. Obok tak oczywistych bzdur, jak np. powtarzane za komunikatami Oberkommando der Wehrmacht wiadomości o zatopieniu w pierwszych dniach wojny wszystkich pięciu polskich okrętów podwodnych, a-przez niektórych autorów nie sprostowane nawet w książkach wydanych w latach 1940 lub 1941 (wtedy, gdy już powszechnie było wiadomo, iż Niemcom nie udało się zatopić w toku kampanii wrześniowej ani jednego z owych pięciu okrętów), obok zbrodniczych kalumnii, jakimi wspomniana propaganda, a za nią niektórzy hitlerowscy pisarze obrzucali załogę ORP „Orzeł”, donosząc o rzekomym zamordowaniu estońskich strażników przez uchodzących z Tallinna polskich marynarzy (chociaż Estończycy zdrowi i cali zostali wyokrętowani u wybrzeży Gotlandii już w kilka dni po wyrwaniu się „Orła” z bezprawnego internowania) — raz po raz natrafić było można na informacje zupełnie odmiennego charakteru. Podając je, niemieccy autorzy nie mieli oczywiście zamiaru wychwalać Polaków, a chcieli jedynie — podkreślając ich twardy opór na Wybrzeżu — uwypuklić zasługi własnych wojsk. Tym więc większą niespodzianką dla polskich czytelników musiało być np. znalezienie w wydanym w roku 1941 dziele Heinza Bongartza pt. Seemacht Deutschland — obok kłamliwej informacji o zamordowaniu przez załogę „Orła” wspomnianych strażników estońskich i równie z palca wyssanym zatopieniu „Wilka” we wrześniu 1939 roku — wiadomości, że w końcowych walkach o Półwysep Helski Polacy, „podobnie jak wszędzie indziej nad morzem, walczyli ze szczególną dzielnością i zaciętością, że nie myśleli o kapitulacji, a tkwiąc w swych nienagannie przygotowanych pozycjach, aż do końca z dużą wprawą obsługiwali swe działa”!

Stosunkowo w najbardziej rzeczowy i dość bezstronny sposób przedstawił morskie działania w 1939 roku ówczesny dowódca dywizjonu niemieckich minowców w Zatoce Gdańskiej, komandor Friedrich Rugę, który też jako jedyny przyznał, że zarówno „Wilk”, jak i „Orzeł” przedarły się do Anglii, przy czym ten ostatni dokonał tego bez map nawigacyjnych i uzbrojenia po pełnym przygód oraz pod względem nawigacyjnym i militarnym na uwagę zasługującym rejsie. Tenże sam autor powtórzył to, już jako wiceadmirał, w wydanej po wojnie książce, przyznając, że Polacy bronili się na Wybrzeżu zaciekle i dzielnie i że całkowite zlikwidowanie ich obrony mogłoby być przyśpieszone, gdyby niemieckie wojsko i Kriegsmarinelepiej ze sobą współpracowały.

Tak więc, chcąc nie chcąc, Niemcy musieli przyznać, że obrona naszych ziem nadmorskich, a zwłaszcza Oksywia i Helu, była bardzo zaciekła oraz że Polacy okazali się odważnymi i dzielnymi przeciwnikami, mimo — o czym w niemieckich publikacjach oczywiście nie wspomniano — tak ogromnej dysproporcji sił i całkowitego braku wsparcia własnego lotnictwa. W ten sposób nieprzyjaciel sam podkreślił znaczenie obrony Helu, który dla nas stał się symbolem trwania żołnierza polskiego w walce nie rokującej żadnych widoków powodzenia ani żadnych absolutnie nadziei zwycięstwa.

Może właśnie z uwagi na znaczenie i symbolikę obrony Helu niektórzy ze starszych rangą i wiekiem byłych jego obrońców uważali, iż autora Samotnego półwyspu winno było stać na coś więcej aniżeli na lekko zbeletryzowane migawki wspomnień. Jest w tym pewne nieporozumienie, gdyż kontradmirał Włodzimierz Steyer w ostatnich miesiącach swego życia nie tylko opracował poważną publikację przeznaczoną dla wojskowego periodyku, a traktującą o odbiorze polskich okrętów w międzywojennym dwudziestoleciu, ale i nosił się z zamiarem przygotowania dalszych studiów historycznych. Zamiaru tego nie zdołał już wskutek nagłego zgonu zrealizować, a zapewne doczekalibyśmy

1. Komandor Włodzimierz Steyer, dowódca RejonuUmocnionego Hel w latach 1938-1939

się także fachowej pracy na temat obrony Helu. Tymczasem założenie niniejszej książki było od początku inne, przy czym autor zamierzał ją wydać pod swym literackim pseudonimem i w tym wypadku dodatkowej wymowy nabrałby tytuł książki w pewnym sensie nawiązujący do największego bestselleru Brunona Dzimicza z lat przedwojennych. Ustępując jednak naleganiom wydawcy, który pierwsze wydanie Samotnego półwyspu przygotowywał na uroczyście wtedy obchodzoną, pierwszą po wydarzeniach z października 1956 roku rocznicę wybuchu wojny, autor zgodził się firmować książkę swoim prawdziwym nazwiskiem — jednego z bohaterskich obrońców Wybrzeża w roku 1939.

Ciepłe przyjęcie, z jakim niniejsza książka spotkała się wśród rzeszy czytelników, dowodzi, że właściwie zrozumieli oni intencje autora i że nie zawiedli się na nowej pozycji Włodzimierza Steyera. Wprawdzie uważny krytyk literacki może jej zarzucić niejedną usterkę, chropowatość językową czy niezbyt czasem gładko przedstawiony tok myśli — cóż, autor nie był literatem zawodowym. Ale styl jego ma dużo swoistych zalet, język jest jędrny i rubaszny, opowiadania skrzą się zdrowym marynarskim humorem i kończą często nieoczekiwaną pointą, a przy tym wszystkim admirał Steyer miał wspaniały dar bystrej obserwacji i świetną pamięć, dzięki czemu potrafił tak plastycznie, żywo i wyraziście oddać epizody obrony Helu, jakby przeżywał je zupełnie niedawno, a nie przed blisko dwudziestu laty. I to jest dodatkowa zaleta tego zbioru lekko zbeletryzowanych wspomnień, w których obok wydarzeń i zagadnień mających dla obrony Helu pierwszorzędną wagę, zostały przedstawione również i pomniejsze, bardziej lub zupełnie nawet marginesowe i epizodyczne. We wszystkich jednak widoczny jest głęboki sentyment autora do podwładnych mu towarzyszy broni, do tych dzielnych i ofiarnych obrońców Helu, takich jak kapitan Przybyszewski, mat Kardasz czy wielu nie wymienionych z nazwiska prostych marynarzy, a także i do kombatantów z „drugiej linii frontu”, a nawet do tych, których mniej fortunną działalność przedstawił niekiedy w nieco kpiących słowach. I — choć tego autor jasno nie sprecyzował — niewątpliwie im wszystkim ta książka została poświęcona.

Wszyscy też obrońcy Helu zostali w ostatnich latach przywróceni narodowej pamięci, kiedy dzięki inicjatywie Ministerstwa Obrony Narodowej i Dowództwa Marynarki Wojennej, a także społeczeństwa Wybrzeża doszło do ich uczczenia w wyniku różnego rodzaju przedsięwzięć, związanych zresztą w znacznej mierze z upamiętnieniem osoby i działalności kontradmirała Włodzimierza Steyera.

Już w 1969 roku — w 30 rocznicę obrony Helu — garnizon helski został uhonorowany przez Radę Państwa PRL bardzo zaszczytnym odznaczeniem bojowym, a mianowicie Krzyżem Orderu Virtuti Militari IV kl., w uznaniu bohaterskich czynów podczas wojny we wrześniu-październiku 1939 roku.

Po dalszej dekadzie nastąpiło kilka innych wydarzeń, bardziej, bo bezpośrednio związanych z ostatnim przedwojennym dowódcą Rejonu Umocnionego Hel i jego wojennym obrońcą. Oto w dniu 18 listopada 1978 roku odbyła się na Helu uroczystość nadania jednostce Marynarki Wojennej imienia kontradmirała Włodzimierza Steyera. Wzięli w niej udział przedstawiciele Dowództwa Marynarki Wojennej oraz władz województwa gdańskiego, syn — prof. dr hab. Donald Steyer z małżonką i byli podwładni Admirała oraz nasi kombatanci z wszystkich frontów II wojny światowej. Przy dźwiękach hymnu narodowego wciągnięto na maszt biało-czerwoną flagę państwową i odczytano rozkaz ministra Obrony Narodowej o nadaniu jednostce Marynarki Wojennej imienia kontradmirała Włodzimierza Steyera. Potem przedstawiciel MON, zastępca ministra Obrony Narodowej do spraw ogólnych, generał broni Józef Urbanowicz, swego czasu bezpośredni podwładny i współpracownik kontradmirała Steyera jako zastępca dowódcy Marynarki Wojennej do spraw politycznych, wygłosił przemówienie. Kończąc je powiedział do marynarzy jednostki:

— Niechaj postać kontradmirała Włodzimierza Steyera stanie się wzorem w waszej codziennej marynarskiej służbie i szkoleniu.

W 40 rocznicę obrony Helu, wyjątkowo odbiegając w tym roku od tradycji promowania absolwentów Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej na pokładzie okrętu-muzeum „Błyskawica”, promocja ta odbyła się dnia 16 września 1979 roku w porcie wojennym Hel. Równocześnie tam właśnie złożyli uroczyście przysięgę wojskową podchorążowie I roku tej Szkoły i kadeci Szkoły Chorążych Marynarki Wojennej. Także i tam zostało wtedy zorganizowane spotkanie pierwszych sześciu roczników absolwentów Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, poprzedniczki Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej.

W tymże roku, z okazji Dnia Wojska Polskiego, odbyła się 15 października uroczystość odsłonięcia pomnika Obrońców Helu oraz dekoracji sztandaru miasta Hel Krzyżem Grunwaldu II klasy, nadanym uchwałą Rady Państwa PRL. Oprócz przedstawicieli władz wojewódzkich i Dowództwa Marynarki Wojennej, honorowym gościem helan był syn obrońcy Helu sprzed 40 lat, prof. Donald Steyer.

Również z okazji Dnia Wojska Polskiego, ale 11 października 1980 roku, odbyła się innego rodzaju uroczystość, tym razem we Władysławowie, nadmorskim mieście związanym z obroną Półwyspu Helskiego w pamiętnym wrześniu 1939. Tamtejsza Szkoła Podstawowa Nr 2 przyjęła imię kontradmirała Włodzimierza Steyera, a równocześnie otrzymała sztandar szkolny ufundowany przez związane z Władysławowem instytucje (urząd miasta i gminy), przedsiębiorstwa („Szkuner” i „Turus”) i załogę statku „Władysławowo”. Nie mogąc z przyczyn od siebie niezależnych skorzystać z zaproszenia do wzięcia udziału w tej uroczystości, życzyłem listownie

Radzie Pedagogicznej i Młodzieży, aby Szkoła Podstawowa Nr 2 imienia kontradmirała Włodzimierza Steyera należała do przodujących placówek szkolnych na Polskim Wybrzeżu, na którym żył i służył przed i po wojnie, a w którego obronie tak mężnie walczył we wrześniu 1939 roku nowy Patron Szkoły”.

Jeszcze rok później, z końcem 1981 roku, w Wytwórni Filmowej „Czołówka” został zrealizowany przez reżysera Macieja Sieńskiego film dokumentalny o kontradmirale Włodzimierzu Steyerze. Film ten wszedł niedawno do eksploatacji.

Przygotowując poprzednie wydanie Samotnego półwyspu zaopatrzyłem tekst w 20 dokumentarnych fotografii, specjalnie tak dobranych, aby w miarę możliwości zilustrować nimi najciekawsze opowiadania książki. Teraz dodałem kilka zdjęć admirała Steyera bądź związanych bezpośrednio z nim i upamiętnieniem jego osoby. W ten sposób uplastyczniają one wspomnienia z pamiętnego Września i bohaterskiej obrony Oksywia oraz Helu, przypominając — zwłaszcza czytelnikom młodego pokolenia — o tym, jak walczył „samotny półwysep”, jak nie mogąc liczyć na żadną pomoc z zewnątrz, trwała na posterunku jego załoga, broniąc ostatniego skrawka polskiej ziemi nad Bałtykiem i niezłomnie wierząc w słowa pożegnania, jakie przy kapitulacji wypowiedział do swych marynarzy dowódca Rejonu Umocnionego Hel, komandor Włodzimierz Steyer:

— Bądźcie przygotowani na długą niewolę, pamiętajcie jednak, że Polska to wielka rzecz. Nadejdzie czas, że tu jeszcze wrócicie...

I w niespełna sześć lat później rzeczywiście polscy marynarze powrócili na Hel i trwają na tym już nie samotnym, ale okolonym pięciuset kilometrami odzyskanego wybrzeża półwyspie do dziś dnia i trwać na nim będą na zawsze.

Towarzyszy im ożywczy wiatr wiejący od polskiego morza, szumiący tak samo wśród helskich sosen, jak i na redłowskim cmentarzu, gdzie pogrążeni w śnie wiecznym spoczywają obok siebie: niezłomny obrońca Oksywia pułkownik Stanisław Dąbek i dzielny obrońca Helu, kontradmirał Włodzimierz Steyer.

Jerzy Pertek

Wojna przyszła dziwnymi drogami

Hel jest niewielkim skrawkiem ziemi, „krowim ogonem’’ Rzeczypospolitej, jak mawiają Kaszubi. Ale w roku 1939, w pierwszych dniach października, wójt jastarneński był najwyższą władzą administracyjną działającą w kraju. Dawno już ucichł ponaglany szum motorów na szosie zaleszczyckiej, padły zgnębione stolica i Modlin, tylko gdzieś w zaroślach nadbużańskich szamotały się niedobitki bezdomnego wojska... i trzymał się Hel.

Wojna przyszła ku niemu dziwnymi drogami.

Gdy minęło lato przedwojnia, ludzie o jaśniejszym umyśle wyczuwali już na pewno, że hitlerowcy czekają tylko na chwilę, aby się rzucić na Polskę.

Mimo to nawet na Hel władze przysyłały urobionych zapowiadaczy. Głosili oni prawie w przeddzień, że wojny nie będzie, że Niemcom zależy na silnej Polsce, aby mieć zaporę przeciwko niezbadanym odruchom ZSRR. Że z czasem, gdy Niemcy oszczędzając nas w nagrodę za przyjazną obojętność podczas rozrachunków zachodnioeuropejskich — zgniotą niezrównaną przewagą swej techniki republiki radzieckie, będziemy mieli od wschodu spokój na zawsze...

W głowach tych ludzi nie mieściło się, że może to być spokój naszych własnych mogił. Od roku 1934, gdy prowodyrzy sanacji ukuli slogan „Raczej z Niemcami!”, nie rumieniąc się krzewili germanofilstwo, oczywiście na tle nieprzytomnych dążeń do faszyzacji Europy.

Że organizacja tej propagandy na szerszą skalę była niewiele warta, świadczył fakt, iż prawie jednocześnie przylatywał do Rumii i stamtąd samochodami i motorówkami przedostawał się na Hel inny mówca z rodzaju historycznych „chojraków” w mundurze lotnika. Prawił on o niemieckich czołgach z blachy i o niezrównanych zaletach naszego doświadczenia w wojnie ruchomej. Ostygł trochę, gdy mu powiedzieliśmy, że czołgów takich lub bardziej ciężkich prawdopodobnie na Hel nie puścimy, a wojny ruchomej w jego pojęciu na półwyspie na pewno prowadzić nie będziemy. A już całkiem był speszony, gdy się przekonał, iż ta jego wizja wojny ruchomej pozostawiła u słuchaczy wrażenie, że w razie czego Hel będzie zdany własnemu losowi.

Ostatecznie wbrew woli i dzięki przypadkowemu wysłowieniu okazał się jasnowidzem.

Jest jasny, cichy poranek pierwszego dnia wonnej helskiej jesieni. Przybrzeżna morka 2 nie narusza gładzizny morza. Dochodzi szósta. Przeciągle odzywa się telefon. Przynosi wiadomość z centrali meldunkowej: „Nalot na Puck. Przed koszarami zabity dowódca Dyonu Lotniczego, komandor por. Szystowski. Kilku rannych...”

Zaczęło się. Jesteśmy własnowolnie od kilku dni w wachcie bojowej, a więc gotowi do odpierania niespodzianek. Po Pucku zaskoczenia nie będzie...

Szybko krążą myśli: czy rzeczywiście gotowi? A gdzie dawno obiecywane działka przeciwpancerne do nowych bunkrów ziejących pustymi przeziernikami? Gdzie własna wyszkolona rezerwa, w zamian za robotników portowych z Gdyni, którzy są zdezorientowani niespodziewaną dla nich jako reklamowanych mobilizacją? A czy sztab Morskiej Obrony Wybrzeża zagrodzi ujście Kanału w Nowym Nurcie 3, przejście mielizny Depki, port Władysławowo?

Wszystko to jest tak ważne dla Helu...

Ale dlaczego nie ma żadnych wiadomości ze sztabu floty, bo przecież meldunek z Pucka to tylko sprawność punktów obserwacyjnych. Łączymy się z flotą. Odpowiada szef sztabu: „Tak, wiemy o Pucku. Ale musimy czekać, bo może to być tylko prowokacja gdańszczan. Nawet jeśli parę bomb spadnie na was lub na nas, zaczekamy na Warszawę...”

Dopiero gdzieś około godziny dziesiątej centrala dowództwa floty nadała słynną odezwę: „Wróg w kilku miejscach przekroczył granicę Rzeczypospolitej...” W tej chwili obrywał już port wojenny na Oksywiu, myśmy musieli czekać na wizytę „Kondorów” 4 aż do godziny czternastej. Spotkaliśmy byłych gnębicieli wolnej Hiszpanii z całą wezbraną w nas zawziętością. Wkrótce jednak cekaemiści na gniazdach bocianich zbudowanych przy wierzchołkach drzew przekonali się, że kule ich odpryskują od pancerza nurkujących „Kondorów”. Wytrawni, osmagani wiatrami Bałtyku chłopcy mieli łzy w oczach. „Co my tym SS-om zrobimy?” (Lud polski już dawno połączył dwa słowa S w zwartą całość).

Uspokoili się dopiero, gdy nadeszła wiadomość, że jeden samolot zestrzelony przez baterię 75 mm spadł do morza w odległości jakiejś mili, a drugi rymnął na łasze piaszczystej pod Szwedzką Górką.

W dniu 3 września o szóstej rano rozgorzała walka morska. Było to coś nowego. Byliśmy już przyzwyczajeni do nalotów i obyci z bombami lotniczymi, nawet zapalającymi, używanymi w nocy. Na szczęście był to jakiś marny gatunek pochodzący z „mobów” czeskich, jak potem twierdzili jeńcy niemieccy, a więc może z inwencji francuskiej. Na dwieście dwadzieścia bombek powstało szesnaście pożarów leśnych, z których trzynaście wygasło samo przez się, a z resztą dawał sobie radę komendant plutonu straży ogniowej. Ratował nas podmokły grunt Helu i może zbyt wielka przenikliwość tych bombek przewidzianych raczej do rażenia twardych powierzchni.

Ta pierwsza walka morska Helu, w której brały udział „Wicher” i „Gryf”, a także bateria cyplowa, nie skończyła się sławnie dla niszczycieli niemieckich typu „Leberecht Maass”. Zepsuły one powietrze zasłoną dymną i usunęły się w kierunku Piławy. Dopiero znacznie później dowiedzieliśmy się z niemieckich wydawnictw o bitwie pod Narvikiem, że biorące w niej udział niszczyciele otrzymały pierwszy chrzest bojowy pod Helem, że straciły jedną jednostkę i że na innych byli zabici i ranni.

Wyobrażaliśmy sobie wściekłość Niemców i stale spodziewaliśmy się o zmroku lub o świcie operacji desantowych. Jednakże zemsta niemiecka przyszła tylko drogą powietrzną: o godzinie czternastej rozpoczęło się dzikie bombardowanie portu wojennego na Helu. Znajdujący się tam niszczyciel „Wicher” i minowiec „Gryf”, mimo że były pozbawione swej największej zalety taktycznej — ruchu, walczyły dzielnie razem z bateriami helskimi, ale trwające do godziny dziewiętnastej loty nurkujących bombowców zmogły oba okręty. Wtedy powstał w porcie pierwszy większy pożar, jednak przed zmrokiem zdołano go ugasić, aby nie mógł służyć za cel dla nocnego strzelania.

Westerplatte trzymało się jeszcze pięknie, gnębione artylerią pancernika „Schleswig-Holstein”. Nasza najdonośniejsza bateria niestety nie mogła zaszkodzić nieprzyjacielowi. Sięgała ona w Gdańsku tylko do strefy wolnocłowej Nowego Nurtu, a pancernik, wpuszczony trzy dni przed wojną przez otumaniony rząd polski do kanału, przycumował za Westerplatte przy Starej Baszcie na Wisłoujściu i stamtąd operował bezkarnie. Lotnictwa nie mieliśmy.

Na Kępie Oksywskiej powstawały pożary, paliły się drewniane domy Mechelinek, Osłonina, Mrzezina. Męczyła się Reda.

Do dnia 4 września mieliśmy jeszcze łączność z Warszawą, ale gdy w tym dniu pod Częstochową wpadł w ręce wroga sztab armii generała Gąsiorowskiego z całą kancelarią tajną i szyframi, skończyła się zabawa, gdyż i tak na każde nasze zapotrzebowanie, na przykład zbombardowanie „Schleswiga-Holsteina” przez lotników, otrzymywaliśmy stereotypową odpowiedź: „Wasz numer... nieaktualny”. Na szczęście okazało się potem, że z całego Kierownictwa Marynarki Wojennej, które wyjechało do Pińska, a następnie do dzielnych Rumunów, pozostał w Warszawie kapitan łączności Popowicz, który przypadkowo przechowywał tak zwany szyfr okrętowy. Mieliśmy go na Helu i służył nam do komunikacji z dowództwem obrony stolicy aż do jej upadku.

Jeszcze z okresu manewrów w czasie pokojowym wiedzieliśmy, że najlepszym wywiadem jest wywiad rybacki. Wkrótce na Helu było już wiadomo, że głównodowodzący operacją, niemiecki generał Kaupisch, znajduje się w Sopocie w Domu Gry, natomiast jeden z dowódców dywizji operujących od północy mieści się ze sztabem raz w zamku rzucewskim, raz w cegielni pod Puckiem. Po skończonej pierwszej rundzie wojny wiadomości te potwierdziły się całkowicie.

Dowódca obrony Helu zwrócił się do dowódcy floty jako swego przełożonego, czy może rozkazać ostrzelanie Sopotu i Rzucewa, na co otrzymał raczej niesamowitą odpowiedź: „Nie, ponieważ nie mam zamiaru nadawać wojnie pozorów polsko-kaszubskich...” Rozkaz jest rozkazem, skłoniliśmy głowy.

Po upadku Westerplatte wpłynął do Gdańska, używając zasłony dymnej pod brzegami Prus Wschodnich, drugi pancernik — „Schlesien”. Czyżby Westerplatte tak wyczerpało pierwszy, że na zwalczanie Helu trzeba było wezwać drugi?

Desantu nadal nie było. A gładzizna morza wyglądała wprost prowokująco. Jak teraz zdajemy sobie sprawę, już pod Helem działała teoria uchronienia floty niemieckiej od strat przed przewidywaną akcją w Anglii, poza tym feldmarszałkowie wyraźnie obiecali swemu wodzowi, że wszystkie porty świata będą brać od lądu, nawet jeśliby było trzeba użyć spadochroniarzy. W tych zapowiedziach wyczuwało się pewną nutę lekceważenia marynarki, którego skutki zrozumieli Niemcy dopiero po walkach afrykańskich, a szczególnie po bitwie o Atlantyk i wielkich zmaganiach na Pacyfiku.

Aczkolwiek straciliśmy już najpoważniejsze jednostki nawodne, nastrój na Helu był wspaniały. Pozostawały jeszcze gdzieś na nieuchwytnych sektorach Bałtyku okręty podwodne, były jeszcze minowce, które teraz zwiemy trałowcami, istniało jakieś głębokie przeczucie, że Hel jest tylko pierwszą rundą wielkiego starcia się ludów.

We wrześniu wiedzieliśmy, że znikąd pomocy oczekiwać nie możemy, że ze względu na politykę rządu nie mamy nawet do tego prawa. Ale Hel był zawsze w zasięgu „wiatru od morza”, a wiatr wieje ze wszystkich stron świata, może powiać i pomyślny, nawet jeśli pierwszą rundę na tym Helu przegramy.

Dymy żółtej rakiety

Jeśli Hel w roku 1939 pozostał ostatnim szańcem Rzeczypospolitej, to był on także pierwszą czatą, która poważnie zadarła z latającą swastyką. Wydarzenia te są mniej znane, ponieważ w prasie zabroniono wówczas pisać o tych wymuszonych igraszkach z niesfornym sąsiadem. Jakżeby inaczej?

Otóż od czasów dźwięcznie zmontowanej wyprawy na Zaolzie generała Bortnowskiego, zwanego „typowanym spadkobiercą” Niemcy zbeszczelnieli w powietrzu, niby sojuszniczym.

Kiedyś oba rządy podpisały umowę o trasach przelotów nad województwem pomorskim i Hel znalazł się w strefie zakazanej.

Umówiona trasa Królewiec—Berlin wiodła albo nad Borami Tucholskimi, albo nad granicą wód terytorialnych Polski — co kto woli. Do tej umowy wydano nawet rozkaz wykonawczy dla wojska, w którym umieszczono klauzulę o ostrzelaniu w razie niestosowania się lotnika do sygnałów ostrzegawczych, i w „wyższych sferach” zapomniano o treści jakiegoś tam rozkaziku pro forma.

Od końca maja Niemcy zaczęli „próbować” latać nad Helem, i to dość natrętnie.

Dowództwo Rejonu Umocnionego wyciągnęło papierek z rozkazem na świat i zaczęło stosować się do jego wytycznych, to znaczy używać czerwonych rakiet i strzałów ostrzegawczych, meldując o tym zwięźle do Sztabu Generalnego. Tam wytrawny referent składał te „huguesy” 5, zwane przez telegrafistów „Jezusami”, do odpowiedniej kasy pancernej. Wiadomo — lato, okres wczasowy.

Odbywały się — co prawda z rzadka — przeloty nocne. Zastanawialiśmy się nawet, czy „fryce” nie posiadają jakiegoś wynalazku pozwalającego im na fotografowanie w nocy na zasadzie promieni podczerwonych.

Pewnego pięknego dnia w początkach lipca od Królewca nadleciał wprost na cypel duży „Ju” i nie zwracając uwagi na sygnały ostrzegawcze przeciwlotniczej baterii przycyplowej nr 21 szybował nad linią wybrzeża półwyspu.

Ale bateria nr 21 nie dała za wygraną i szybko przekazała telefonicznie swe zbożne życzenia pod Juratę do baterii nr 23.

Tam tylko co skończyło się urzędowanie, ale przy dyżurnym dziale pozostawał szef, starszy bosman Gacek. Chłop był bystry, nacelował już na odlocie i dał strzał...