Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
10 kwietnia rozpoczęła się długotrwała konfrontacja pomiędzy wojskami Osi a oblężonymi w libijskim mieście portowym Tobruk siłami alianckimi podczas kampanii afrykańskiej II wojny światowej. Trwała ona do 27 listopada 1941 roku. W obronie portu i pustynnej twierdzy, w której wcześniej mieściła się kwatera wojsk włoskich w Afryce, wzięła udział Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. Autor ukazuje zacięte walki i bohaterską postawę Polaków, którzy daleko od granic ojczyzny przelewali krew za jej wolność.
Ten kolejny tomik z reaktywowanego legendarnego cyklu wydawniczego wydawnictwa Bellona przybliża czytelnikowi dramatyczne wydarzenia największych zmagań wojennych w historii; przełomowe, nieznane momenty walk; czujnie strzeżone tajemnice pól bitewnych, dyplomatycznych gabinetów, głównych sztabów i central wywiadu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 82
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 2 godz. 35 min
Lektor: Jacek Jońca
Zmierzch zapada tu nagle, bez wahań. Nie widać skradającego się zmroku, szarzejących o zachodzie chmur. Chłód od morza łagodzi gorący oddech Sahary, na wygwieżdżonym niebie połyskuje Krzyż Południa. Gdzieś niedaleko stąd obelisk znaczy miejsce tobruckiego cmentarza. Drobiny wędrującego piachu powoli, lecz nieprzerwanie zasypują ryte w litej skale stanowiska bojowe – sangary, kwatery mogił i resztki koncertiny1.
Nocą pustynia nie rodzi miraży. Lecz wyobraźmy sobie, że nagle wyrasta przed naszymi oczami wielki, panoramiczny ekran. Film, jaki za chwilę zobaczymy, będzie historią polskich żołnierzy-tułaczy, których losy wojny rzuciły aż na Pustynię Libijską. Czy istnieje taki film naprawdę, jaki jest jego tytuł?
Nocą pustynia nie rodzi miraży, a jednak spróbujmy spojrzeć na ekran historii. Poznamy epizod minionej wojny, w którym żołnierz polski zapisał honorową kartę.
Z okna paryskiego hotelu „Regina” roztaczała się zamglona panorama wielkiego miasta. Generał zmrużywszy oczy witał jak co dzień znajomy widok. Nie opodal spowite w niebieskawe opary wyłaniały się gotyckie fasady Notre-Dame i Sainte Chapelle. Powiało ożywczym chłodem. Ulatywało gdzieś zmęczenie nieprzespanej nocy. Silniejszy powiew zaszeleścił kartkami na stole. Tej nocy zrodził się plan organizacyjny nowej jednostki wojskowej, którą generał ofiarował Francji na jej obronę. Sikorski teraz dopiero spostrzegł, że na stoliku pali się lampka. Była jakąś bez sensu pozostałością nocy – do okien bowiem dotarły już pierwsze promienie słońca.
Dnia 2 kwietnia 1940 roku generał Władysław Sikorski zapoznał oficerów dowództwa ze swoimi planami zorganizowania na Bliskim Wschodzie polskiej brygady.
W dziesięć dni później szef sztabu podał Sikorskiemu do podpisu tajny rozkaz organizacyjny dla Brygady Strzelców Karpackich oznaczony numerem 1058. Brygada miała się formować w Syrii. W jej skład miały wejść dwa pułki piechoty liczące po dwa baony, zorganizowane według etatów jednostek górskich, dyon artylerii 65 mm, dyon rozpoznawczy, kompania łączności telefonicznej i radiotelegraficznej oraz służby. Przewidywano, że Brygada Strzelców Karpackich uformowana zostanie z ewakuowanych do Bejrutu szeregowych, a częściowo i oficerów z obozów na Węgrzech i Rumunii. Rozkaz stwierdzał, że grupowanie i szkolenie oddziałów brygady odbywać się miało w obozie Homs, oddanym do jej dyspozycji. Sprzęt, oporządzenie i uzbrojenie dostarczyć miało Commandement Superieur des Troupes du Levant2, a zaopatrzenie zapewnić miejscowe władze francuskie.
14 kwietnia w gmachu Sztabu Generalnego Armii Francuskiej przy placu Inwalidów zameldował się pułkownik Kopański, dowódca istniejącej na razie tylko na papierze Brygady Strzelców Karpackich. Przyjął go bawiący w Paryżu głównodowodzący wojsk francuskich na Bliskim Wschodzie, generał Maxime Weygand.
Sławny z okresu pierwszej wojny światowej, stary generał powitał polskiego pułkownika bez oznak większej serdeczności czy nawet życzliwości. Po zapoznaniu się z treścią rozkazu generała Sikorskiego zażądał, aby przedłużyć termin organizacji obozu w Homs do 1 maja 1940 roku. Drugie żądanie dotyczyło trybu załatwiania wszystkich spraw brygady. Dwukrotnie powtórzone Tout doit marcher militairement3 twardo brzmiało w ustach Weyganda. Po klęsce wrześniowej generał wyraźnie nie dowierzał dyscyplinie żołnierza, który dał się pokonać w ciągu paru tygodni. Doświadczenia z własną armią dopiero go oczekiwały.
Rankiem 21 kwietnia z pasa startowego lotniska Le Bourget samolot komunikacyjny Air France odlatuje w daleką drogę. Wśród pasażerów dowódca Brygady Strzelców Karpackich. Srebrzysty douglas ląduje kolejno w Tunisie, Aleksandrii, wreszcie dociera do Bejrutu.
W upalny dzień, 23 kwietnia, do ruchliwego portu w Bejrucie zawija duży pasażerski statek „Athos II”. Wśród schodzących po trapach raz po raz rozlegają się nawoływania i rozmowy w nieznanym tu języku.
Na nabrzeżu uważnie przygląda się przybyszom jakiś obdarty doker. Ciekawe, że nikogo nie dziwi, iż ten sam człowiek kręci się w pobliżu portu dzień w dzień. Spędza tu czas w błogim nieróbstwie. Czasem tylko, gdy nikt nie widzi, wydobywa z kieszeni spodni wymiętoszony notes i coś tam z przejęciem notuje. W ciągu paru tygodni zebrał już sporo lakonicznych zapisków: 23. IV. Marsylia – Bejrut, bandera francuska, „Athos II” – pięćdziesięciu; 15. V. Pireus – Bejrut, pięćset sześćdziesięciu, bandera polska „Warszawa”; 21. V. bandera grecka „Patris”; około sześciuset, Constanza – Bejrut, rumuńskie statki „Bessarabia”, „Lorcen”, „Transilvania” itd.
Przesyłane do berlińskiej centrali Abwehry wiadomości zastanawiały szefa oddziału bliskowschodniego. Czegóż, u licha, chcą ci Polacy w Syrii?
…siedział diabeł na daszku”, zaczyna się wierszyk 14-letniego Mickiewicza. W rzeczywistości okazało się, że zamiast piekielnego jegomościa przy drodze do tegoż bajecznego miasta znajdował się obóz wojskowy Legii Cudzoziemskiej, który władze francuskie wspaniałomyślnie podarowały Polakom. Na terenie obozu w Homs już w kwietniu 1940 roku rozlokowała się szczupła kadra oficerska brygady, przybywali pierwsi ochotnicy. Ci ostatni, pytani na punkcie zbornym o uprzednie miejsce postoju, odpowiadają różnie: obóz internowanych na Węgrzech lub w Rumunii, pobliska Persja, chiński Charbin, północne departamenty Francji, Argentyna. Przybywali sztubacy z meszkiem sypiącym się pod nosem i weterani pierwszej wojny światowej, górnicy z Bretanii i zabijaki z Legii Cudzoziemskiej. Z fałszywymi paszportami, po karkołomnych ucieczkach ze stalagów i oflagów, przekradając się przez zielone granice, mogli wreszcie po trudach podróży ułożyć skołataną głowę na barakowej pryczy obozu wojskowego w Homs. Pierwsze spotkanie z klimatem i krajobrazem syryjskim było dla wielu szokujące…
Wokół pustynne wydmy. Od Doliny Wiatrów, z podnóża gór Libanu, docierał gorący powiew. Przed upałami trudno było uciec. Niejeden widząc połyskującą w pobliżu rzeczkę szerokości Wisłoki czy Dunajca obiecywał sobie rozkosze kąpieli. Jakież było jednak gorzkie rozczarowanie, gdy już na początku komendant obozu ogłosił kategoryczny zakaz wstępu do kuszącej chłodem rzeki. Bynajmniej nie z powodu głębokości lub zdradliwych wirów. Nawet nie krokodyle były największym niebezpieczeństwem czyhającym na amatora kąpieli, lecz drobne, niewidoczne gołym okiem żyjątka zwane uczenie: schistosoma. Taki intruz, jak opowiadali miejscowi, upodobał sobie wątrobę ludzką jako największy przysmak. Brr… Toteż najbardziej nawet zapamiętali pływacy musieli odwracać oczy od leniwie płynącej strugi.
Nad górami Libanu wstaje słońce. Godzina 3.30. Nad uśpionym obozem rozlega się ostry dźwięk pobudki. Żołnierze, przecierając zaspane oczy, wpółprzytomnie patrzą na zegarki, jakby chcąc sprawdzić, czy nie zostali oszukani. Jednak trębacz jest punktualny jak schaffhausen4. Dziwne tu w Homs panują porządki. Pobudka o 3.30, koniec zajęć przedpołudniowych – 9.30, przerwa południowa 9.30 do 15.00, potem zajęcia popołudniowe do 19.30, capstrzyk – 20.30. Tak rozplanowany dzień ćwiczeń jest podyktowany gorącym klimatem. W południe bowiem żar bije z bezchmurnego nieba, termometry wskazują w słońcu temperaturę ponad 60 stopni. O kanikule natomiast wyraźnie zapomniała intendentura, ponieważ przydzieliła ciężkie francuskie mundury sukienne, sznurowane buty skórzane, bryczesy i owijacze.
Przez pierwszy miesiąc żołnierze Brygady Karpackiej ćwiczą bez broni, potem przydzielono im stare karabiny lebel i krótkie berthiery. Pod koniec maja dywizjon artylerii otrzymuje pierwsze działo górskie, do którego jako siła pociągowa dostały „przydział służbowy” muły. Od tego czasu codziennym widokiem były karkołomne przeprawy z kłapouchami. Nie wiadomo bowiem, czy istnieją jeszcze gdzieś na świecie bardziej uparte stworzenia od mułów syryjskich.
Pod trzeszczącym niemiłosiernie głośnikiem z dnia na dzień coraz więcej gromadziło się żołnierzy Brygady Karpackiej. Wieści z dalekiej Europy były coraz bardziej niepokojące. 10 maja dywizje Hitlera ruszyły do gwałtownej ofensywy na Belgię, Holandię, Luksemburg. Oddziały desantowe zajęły Kanał Alberta. 14 maja oddziały niemieckie przełamały front pod Sedanem. 15 maja o godzinie 11.00 holenderski generał Winkelman podpisuje akt kapitulacji swych wojsk. W cztery dni później następuje dymisja naczelnego dowódcy Sprzymierzonych generała Gamelina – na jego miejsce przechodzi generał Maxime Weygand. Każdy dzień przynosi teraz przykre nowości. 26 maja szybkie jednostki nieprzyjaciela osiągnęły brzeg kanału La Manche. Na przedpolach linii Maginota prześnił się szybko „cud nad Marną”.
W samo południe 3 czerwca 300 heinkli i dornierów zrzuca bomby na Paryż. Premier Paul Reynaud w mowie radiowej do narodu woła podekscytowanym głosem: „Sytuacja jest poważna, lecz nie beznadziejna”. Jednak wydarzenia najbliższych dni wskazują niezbicie, że sytuacja jest i poważna, i beznadziejna. 14 czerwca powiewają sztandary ze swastyką nad Paryżem. Reynaud ustępuje, a stary gracz Pétain obstawia już nowe karty. Il faut cesser le combat5 nawołuje do kapitulacji.
Wieczorem 19 czerwca odbiornik radiowy doniósł żołnierzom Brygady Karpackiej wieść o kapitulacji Francji. W dwa dni później w historycznym lasku Compiegne generał Huntziger podpisuje francusko-niemiecki układ o zawieszeniu broni. Generał Weygand, który jeszcze przed paru miesiącami lekce sobie ważył polskiego żołnierza, przegrał Francję w ciągu trzydziestu kilku dni.
– Weygand skapitulował, a przecież Brygada Karpacka wchodzi w skład francuskiej Armii Lewantu… Co się stanie z nami? – zastanawiali się żołnierze.
Na wieczornym apelu pododdziały samorzutnie zaintonowały „Rotę”. Była to pierwsza odpowiedź Pétainowi.
Nazajutrz wczesnym rankiem samochód dowódcy brygady pędził dwustukilometrową szosą do Bejrutu. W Bejrucie znajdował się sztab TOMO (Theatre d’Opérations de la Méditerranée Orientale6), którego dowództwo po generale Weygandzie objął generał Mittelhausser. Polak nie czekał długo na rozmowę. Dowódca TOMO robił wrażenie bardzo opanowanego – nie dawał poznać po sobie ogromnego zdenerwowania, które owładnęło nim pod wpływem ostatnich wydarzeń. Jakby z góry miał przygotowane i obmyślone oświadczenie dla swego gościa.
– Mogę pana zapewnić, że zawieszenie broni nie będzie obejmowało Armii Lewantu. Wierzę bowiem, że nowy rząd, w którego skład wchodzi znany panu osobiście gen. Weygand, nie narazi na szwank interesów imperium. Gdybyśmy nawet przypuścili, że Armia Lewantu otrzyma rozkaz kapitulacji, ja – tu generał podniósł głos – pozostanę wierny Francji. Nigdy nie złożę broni, brygada polska będzie więc mogła u boku armii francuskiej walczyć ze wspólnym przeciwnikiem.
Pokrzepiony na duchu wrócił dowódca do swej brygady i na odprawie zdał relację ze swojego pobytu w sztabie TOMO. Tego samego dnia wieczorem radio Londyn nadało rozkaz naczelnego dowódcy polskich sił zbrojnych na Zachodzie nakazujący wszystkim oddziałom przejście do jednostek angielskich. I znów rankiem następnego dnia samochód z proporczykiem Brygady Karpackiej pędził do Bejrutu. Dowódca poinformował szefa sztabu TOMO, pułkownika de Larminat, o rozkazie radiowym generała Sikorskiego i przesłał przez pułkownika Salisbury-Jonesa, brytyjskiego oficera łącznikowego przy TOMO, depeszę:
21 VI. 1940 roku, naczelny wódz Armii Polskiej – Londyn.
Proszę o natychmiastową decyzję, czy brygada musi przejść pod dowództwo brytyjskie. Miejscowe dowództwo francuskie dało zapewnienie, że w żadnym wypadku broni nie złoży. Oceniam, że mogę zostać pod jego rozkazami…
Dnia 24 czerwca przyszła odpowiedź:
Brygada będzie mogła pozostać pod dowództwem francuskim pod wyraźnym warunkiem, że Francuzi nie skapitulują. W innym wypadku brygada będzie musiała koniecznie przejść pod dowództwo brytyjskie…
Sikorski
Tymczasem nazajutrz następuje oficjalna kapitulacja Armii Lewantu. Żarliwe zapewnienia generała Mittelhaussera były słowami rzuconymi na wiatr. Generała francuskiego wcale nie trapiły z tego powodu głębsze wyrzuty sumienia. Wiedział, że w tajnych zakamarkach pancernych szefa sztabu generalnego leżą „ściśle tajne” plany operacyjne, które bynajmniej nie zajmowały się sprawami walki z niemieckim najeźdźcą. W planach tych Armia Lewantu, jako jednostka położona najbliżej południowych rubieży ZSRR mogła, gdyby zaszła tego potrzeba, być użyta dla „zabezpieczenia” radzieckiego zagłębia naftowego nad Morzem Czarnym lub nawet zaatakowania obszaru Kaukazu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Koncertina – zasieki z drutu ostrzowego budowane w kształcie walca. [wróć]
2. Naczelne dowództwo sił zbrojnych w Lewancie. Ta ostatnia nazwa obejmowała kraje Bliskiego Wschodu położone na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. [wróć]
3. Wszystko musi iść trybem wojskowym. [wróć]
4. Słynne szwajcarskie zegarki. [wróć]
5. Trzeba zaprzestać walki. [wróć]
6. Dowództwo francuskich sił zbrojnych wschodniego basenu Morza Śródziemnego. [wróć]