Twierdza na pustyni - Stanisław Muranowski - ebook + audiobook

Twierdza na pustyni ebook i audiobook

Stanisław Muranowski

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

10 kwietnia rozpoczęła się długotrwała konfrontacja pomiędzy wojskami Osi a oblężonymi w libijskim mieście portowym Tobruk siłami alianckimi podczas kampanii afrykańskiej II wojny światowej. Trwała ona do 27 listopada 1941 roku. W obronie portu i pustynnej twierdzy, w której wcześniej mieściła się kwatera wojsk włoskich w Afryce, wzięła udział Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. Autor ukazuje zacięte walki i bohaterską postawę Polaków, którzy daleko od granic ojczyzny przelewali krew za jej wolność.

Ten kolejny tomik z reaktywowanego legendarnego cyklu wydawniczego wydawnictwa Bellona przybliża czytelnikowi dramatyczne wydarzenia największych zmagań wojennych w historii; przełomowe, nieznane momenty walk; czujnie strzeżone tajemnice pól bitewnych, dyplomatycznych gabinetów, głównych sztabów i central wywiadu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 82

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 35 min

Lektor: Jacek Jońca

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wprowadzenie

Zmierzch zapada tu nagle, bez wahań. Nie widać skra­da­ją­cego się zmroku, sza­rze­ją­cych o zacho­dzie chmur. Chłód od morza łago­dzi gorący oddech Sahary, na wygwież­dżo­nym nie­bie poły­skuje Krzyż Połu­dnia. Gdzieś nie­da­leko stąd obe­lisk zna­czy miej­sce tobruc­kiego cmen­ta­rza. Dro­biny wędru­ją­cego pia­chu powoli, lecz nie­prze­rwa­nie zasy­pują ryte w litej skale sta­no­wi­ska bojowe – san­gary, kwa­tery mogił i resztki kon­cer­tiny1.

Nocą pusty­nia nie rodzi miraży. Lecz wyobraźmy sobie, że nagle wyra­sta przed naszymi oczami wielki, pano­ra­miczny ekran. Film, jaki za chwilę zoba­czymy, będzie histo­rią pol­skich żoł­nie­rzy-tuła­czy, któ­rych losy wojny rzu­ciły aż na Pusty­nię Libij­ską. Czy ist­nieje taki film naprawdę, jaki jest jego tytuł?

Nocą pusty­nia nie rodzi miraży, a jed­nak spró­bujmy spoj­rzeć na ekran histo­rii. Poznamy epi­zod minio­nej wojny, w któ­rym żoł­nierz pol­ski zapi­sał hono­rową kartę.

Cień na Łuku triumfalnym

Z okna pary­skiego hotelu „Regina” roz­ta­czała się zamglona pano­rama wiel­kiego mia­sta. Gene­rał zmru­żyw­szy oczy witał jak co dzień zna­jomy widok. Nie opo­dal spo­wite w nie­bie­skawe opary wyła­niały się gotyc­kie fasady Notre-Dame i Sainte Cha­pelle. Powiało ożyw­czym chło­dem. Ula­ty­wało gdzieś zmę­cze­nie nie­prze­spa­nej nocy. Sil­niej­szy powiew zasze­le­ścił kart­kami na stole. Tej nocy zro­dził się plan orga­ni­za­cyjny nowej jed­nostki woj­sko­wej, którą gene­rał ofia­ro­wał Fran­cji na jej obronę. Sikor­ski teraz dopiero spo­strzegł, że na sto­liku pali się lampka. Była jakąś bez sensu pozo­sta­ło­ścią nocy – do okien bowiem dotarły już pierw­sze pro­mie­nie słońca.

Dnia 2 kwiet­nia 1940 roku gene­rał Wła­dy­sław Sikor­ski zapo­znał ofi­ce­rów dowódz­twa ze swo­imi pla­nami zor­ga­ni­zo­wa­nia na Bli­skim Wscho­dzie pol­skiej bry­gady.

W dzie­sięć dni póź­niej szef sztabu podał Sikor­skiemu do pod­pisu tajny roz­kaz orga­ni­za­cyjny dla Bry­gady Strzel­ców Kar­pac­kich ozna­czony nume­rem 1058. Bry­gada miała się for­mo­wać w Syrii. W jej skład miały wejść dwa pułki pie­choty liczące po dwa baony, zor­ga­ni­zo­wane według eta­tów jed­no­stek gór­skich, dyon arty­le­rii 65 mm, dyon roz­po­znaw­czy, kom­pa­nia łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej i radio­te­le­gra­ficz­nej oraz służby. Prze­wi­dy­wano, że Bry­gada Strzel­ców Kar­pac­kich ufor­mo­wana zosta­nie z ewa­ku­owa­nych do Bej­rutu sze­re­go­wych, a czę­ściowo i ofi­ce­rów z obo­zów na Węgrzech i Rumu­nii. Roz­kaz stwier­dzał, że gru­po­wa­nie i szko­le­nie oddzia­łów bry­gady odby­wać się miało w obo­zie Homs, odda­nym do jej dys­po­zy­cji. Sprzęt, opo­rzą­dze­nie i uzbro­je­nie dostar­czyć miało Com­man­de­ment Super­ieur des Tro­upes du Levant2, a zaopa­trze­nie zapew­nić miej­scowe wła­dze fran­cu­skie.

14 kwiet­nia w gma­chu Sztabu Gene­ral­nego Armii Fran­cu­skiej przy placu Inwa­li­dów zamel­do­wał się puł­kow­nik Kopań­ski, dowódca ist­nie­ją­cej na razie tylko na papie­rze Bry­gady Strzel­ców Kar­pac­kich. Przy­jął go bawiący w Paryżu głów­no­do­wo­dzący wojsk fran­cu­skich na Bli­skim Wscho­dzie, gene­rał Maxime Wey­gand.

Sławny z okresu pierw­szej wojny świa­to­wej, stary gene­rał powi­tał pol­skiego puł­kow­nika bez oznak więk­szej ser­decz­no­ści czy nawet życz­li­wo­ści. Po zapo­zna­niu się z tre­ścią roz­kazu gene­rała Sikor­skiego zażą­dał, aby prze­dłu­żyć ter­min orga­ni­za­cji obozu w Homs do 1 maja 1940 roku. Dru­gie żąda­nie doty­czyło trybu zała­twia­nia wszyst­kich spraw bry­gady. Dwu­krot­nie powtó­rzone Tout doit mar­cher mili­ta­ire­ment3 twardo brzmiało w ustach Wey­ganda. Po klę­sce wrze­śnio­wej gene­rał wyraź­nie nie dowie­rzał dys­cy­pli­nie żoł­nie­rza, który dał się poko­nać w ciągu paru tygo­dni. Doświad­cze­nia z wła­sną armią dopiero go ocze­ki­wały.

Ran­kiem 21 kwiet­nia z pasa star­to­wego lot­ni­ska Le Bour­get samo­lot komu­ni­ka­cyjny Air France odla­tuje w daleką drogę. Wśród pasa­że­rów dowódca Bry­gady Strzel­ców Kar­pac­kich. Sre­brzy­sty douglas ląduje kolejno w Tuni­sie, Alek­san­drii, wresz­cie dociera do Bej­rutu.

W upalny dzień, 23 kwiet­nia, do ruchli­wego portu w Bej­ru­cie zawija duży pasa­żer­ski sta­tek „Athos II”. Wśród scho­dzą­cych po tra­pach raz po raz roz­le­gają się nawo­ły­wa­nia i roz­mowy w nie­zna­nym tu języku.

Na nabrzeżu uważ­nie przy­gląda się przy­by­szom jakiś obdarty doker. Cie­kawe, że nikogo nie dziwi, iż ten sam czło­wiek kręci się w pobliżu portu dzień w dzień. Spę­dza tu czas w bło­gim nie­rób­stwie. Cza­sem tylko, gdy nikt nie widzi, wydo­bywa z kie­szeni spodni wymię­to­szony notes i coś tam z prze­ję­ciem notuje. W ciągu paru tygo­dni zebrał już sporo lako­nicz­nych zapi­sków: 23. IV. Mar­sy­lia – Bej­rut, ban­dera fran­cu­ska, „Athos II” – pięć­dzie­się­ciu; 15. V. Pireus – Bej­rut, pięć­set sześć­dzie­się­ciu, ban­dera pol­ska „War­szawa”; 21. V. ban­dera grecka „Patris”; około sze­ściu­set, Con­stanza – Bej­rut, rumuń­skie statki „Bes­sa­ra­bia”, „Lor­cen”, „Trans­i­lva­nia” itd.

Prze­sy­łane do ber­liń­skiej cen­trali Abwehry wia­do­mo­ści zasta­na­wiały szefa oddziału bli­skow­schod­niego. Cze­góż, u licha, chcą ci Polacy w Syrii?

„Niedaleko Damaszku…

…sie­dział dia­beł na daszku”, zaczyna się wier­szyk 14-let­niego Mic­kie­wi­cza. W rze­czy­wi­sto­ści oka­zało się, że zamiast pie­kiel­nego jego­mo­ścia przy dro­dze do tegoż bajecz­nego mia­sta znaj­do­wał się obóz woj­skowy Legii Cudzo­ziem­skiej, który wła­dze fran­cu­skie wspa­nia­ło­myśl­nie poda­ro­wały Pola­kom. Na tere­nie obozu w Homs już w kwiet­niu 1940 roku roz­lo­ko­wała się szczu­pła kadra ofi­cer­ska bry­gady, przy­by­wali pierwsi ochot­nicy. Ci ostatni, pytani na punk­cie zbor­nym o uprzed­nie miej­sce postoju, odpo­wia­dają róż­nie: obóz inter­no­wa­nych na Węgrzech lub w Rumu­nii, pobli­ska Per­sja, chiń­ski Char­bin, pół­nocne depar­ta­menty Fran­cji, Argen­tyna. Przy­by­wali sztu­bacy z mesz­kiem sypią­cym się pod nosem i wete­rani pierw­szej wojny świa­to­wej, gór­nicy z Bre­ta­nii i zabi­jaki z Legii Cudzo­ziem­skiej. Z fał­szy­wymi pasz­por­tami, po kar­ko­łom­nych uciecz­kach ze sta­la­gów i ofla­gów, prze­kra­da­jąc się przez zie­lone gra­nice, mogli wresz­cie po tru­dach podróży uło­żyć sko­ła­taną głowę na bara­ko­wej pry­czy obozu woj­sko­wego w Homs. Pierw­sze spo­tka­nie z kli­ma­tem i kra­jo­bra­zem syryj­skim było dla wielu szo­ku­jące…

Wokół pustynne wydmy. Od Doliny Wia­trów, z pod­nóża gór Libanu, docie­rał gorący powiew. Przed upa­łami trudno było uciec. Nie­je­den widząc poły­sku­jącą w pobliżu rzeczkę sze­ro­ko­ści Wisłoki czy Dunajca obie­cy­wał sobie roz­ko­sze kąpieli. Jakież było jed­nak gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie, gdy już na początku komen­dant obozu ogło­sił kate­go­ryczny zakaz wstępu do kuszą­cej chło­dem rzeki. By­naj­mniej nie z powodu głę­bo­ko­ści lub zdra­dli­wych wirów. Nawet nie kro­ko­dyle były naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem czy­ha­ją­cym na ama­tora kąpieli, lecz drobne, nie­wi­doczne gołym okiem żyjątka zwane ucze­nie: schi­sto­soma. Taki intruz, jak opo­wia­dali miej­scowi, upodo­bał sobie wątrobę ludzką jako naj­więk­szy przy­smak. Brr… Toteż naj­bar­dziej nawet zapa­mię­tali pły­wacy musieli odwra­cać oczy od leni­wie pły­ną­cej strugi.

Nad górami Libanu wstaje słońce. Godzina 3.30. Nad uśpio­nym obo­zem roz­lega się ostry dźwięk pobudki. Żoł­nie­rze, prze­cie­ra­jąc zaspane oczy, wpół­przy­tom­nie patrzą na zegarki, jakby chcąc spraw­dzić, czy nie zostali oszu­kani. Jed­nak trę­bacz jest punk­tu­alny jak schaf­fhau­sen4. Dziwne tu w Homs panują porządki. Pobudka o 3.30, koniec zajęć przed­po­łu­dnio­wych – 9.30, prze­rwa połu­dniowa 9.30 do 15.00, potem zaję­cia popo­łu­dniowe do 19.30, cap­strzyk – 20.30. Tak roz­pla­no­wany dzień ćwi­czeń jest podyk­to­wany gorą­cym kli­ma­tem. W połu­dnie bowiem żar bije z bez­chmur­nego nieba, ter­mo­me­try wska­zują w słońcu tem­pe­ra­turę ponad 60 stopni. O kani­kule nato­miast wyraź­nie zapo­mniała inten­den­tura, ponie­waż przy­dzie­liła cięż­kie fran­cu­skie mun­dury sukienne, sznu­ro­wane buty skó­rzane, bry­czesy i owi­ja­cze.

Przez pierw­szy mie­siąc żoł­nie­rze Bry­gady Kar­pac­kiej ćwi­czą bez broni, potem przy­dzie­lono im stare kara­biny lebel i krót­kie ber­thiery. Pod koniec maja dywi­zjon arty­le­rii otrzy­muje pierw­sze działo gór­skie, do któ­rego jako siła pocią­gowa dostały „przy­dział służ­bowy” muły. Od tego czasu codzien­nym wido­kiem były kar­ko­łomne prze­prawy z kła­po­uchami. Nie wia­domo bowiem, czy ist­nieją jesz­cze gdzieś na świe­cie bar­dziej uparte stwo­rze­nia od mułów syryj­skich.

Adieu, General Mittelhausser!

Pod trzesz­czą­cym nie­mi­ło­sier­nie gło­śni­kiem z dnia na dzień coraz wię­cej gro­ma­dziło się żoł­nie­rzy Bry­gady Kar­pac­kiej. Wie­ści z dale­kiej Europy były coraz bar­dziej nie­po­ko­jące. 10 maja dywi­zje Hitlera ruszyły do gwał­tow­nej ofen­sywy na Bel­gię, Holan­dię, Luk­sem­burg. Oddziały desan­towe zajęły Kanał Alberta. 14 maja oddziały nie­miec­kie prze­ła­mały front pod Seda­nem. 15 maja o godzi­nie 11.00 holen­der­ski gene­rał Win­kel­man pod­pi­suje akt kapi­tu­la­cji swych wojsk. W cztery dni póź­niej nastę­puje dymi­sja naczel­nego dowódcy Sprzy­mie­rzo­nych gene­rała Game­lina – na jego miej­sce prze­cho­dzi gene­rał Maxime Wey­gand. Każdy dzień przy­nosi teraz przy­kre nowo­ści. 26 maja szyb­kie jed­nostki nie­przy­ja­ciela osią­gnęły brzeg kanału La Man­che. Na przed­po­lach linii Magi­nota prze­śnił się szybko „cud nad Marną”.

W samo połu­dnie 3 czerwca 300 hein­kli i dornie­rów zrzuca bomby na Paryż. Pre­mier Paul Rey­naud w mowie radio­wej do narodu woła pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem: „Sytu­acja jest poważna, lecz nie bez­na­dziejna”. Jed­nak wyda­rze­nia naj­bliż­szych dni wska­zują nie­zbi­cie, że sytu­acja jest i poważna, i bez­na­dziejna. 14 czerwca powie­wają sztan­dary ze swa­styką nad Pary­żem. Rey­naud ustę­puje, a stary gracz Pétain obsta­wia już nowe karty. Il faut ces­ser le com­bat5 nawo­łuje do kapi­tu­la­cji.

Wie­czo­rem 19 czerwca odbior­nik radiowy doniósł żoł­nie­rzom Bry­gady Kar­pac­kiej wieść o kapi­tu­la­cji Fran­cji. W dwa dni póź­niej w histo­rycz­nym lasku Com­pie­gne gene­rał Hunt­zi­ger pod­pi­suje fran­cu­sko-nie­miecki układ o zawie­sze­niu broni. Gene­rał Wey­gand, który jesz­cze przed paru mie­sią­cami lekce sobie ważył pol­skiego żoł­nie­rza, prze­grał Fran­cję w ciągu trzy­dzie­stu kilku dni.

– Wey­gand ska­pi­tu­lo­wał, a prze­cież Bry­gada Kar­packa wcho­dzi w skład fran­cu­skiej Armii Lewantu… Co się sta­nie z nami? – zasta­na­wiali się żoł­nie­rze.

Na wie­czor­nym apelu pod­od­działy samo­rzut­nie zain­to­no­wały „Rotę”. Była to pierw­sza odpo­wiedź Pétainowi.

Naza­jutrz wcze­snym ran­kiem samo­chód dowódcy bry­gady pędził dwu­stu­ki­lo­me­trową szosą do Bej­rutu. W Bej­ru­cie znaj­do­wał się sztab TOMO (The­atre d’Opérations de la Méditerranée Orien­tale6), któ­rego dowódz­two po gene­rale Wey­gan­dzie objął gene­rał Mit­tel­haus­ser. Polak nie cze­kał długo na roz­mowę. Dowódca TOMO robił wra­że­nie bar­dzo opa­no­wa­nego – nie dawał poznać po sobie ogrom­nego zde­ner­wo­wa­nia, które owład­nęło nim pod wpły­wem ostat­nich wyda­rzeń. Jakby z góry miał przy­go­to­wane i obmy­ślone oświad­cze­nie dla swego gościa.

– Mogę pana zapew­nić, że zawie­sze­nie broni nie będzie obej­mo­wało Armii Lewantu. Wie­rzę bowiem, że nowy rząd, w któ­rego skład wcho­dzi znany panu oso­bi­ście gen. Wey­gand, nie narazi na szwank inte­re­sów impe­rium. Gdy­by­śmy nawet przy­pu­ścili, że Armia Lewantu otrzyma roz­kaz kapi­tu­la­cji, ja – tu gene­rał pod­niósł głos – pozo­stanę wierny Fran­cji. Ni­gdy nie złożę broni, bry­gada pol­ska będzie więc mogła u boku armii fran­cu­skiej wal­czyć ze wspól­nym prze­ciw­ni­kiem.

Pokrze­piony na duchu wró­cił dowódca do swej bry­gady i na odpra­wie zdał rela­cję ze swo­jego pobytu w szta­bie TOMO. Tego samego dnia wie­czo­rem radio Lon­dyn nadało roz­kaz naczel­nego dowódcy pol­skich sił zbroj­nych na Zacho­dzie naka­zu­jący wszyst­kim oddzia­łom przej­ście do jed­no­stek angiel­skich. I znów ran­kiem następ­nego dnia samo­chód z pro­por­czy­kiem Bry­gady Kar­pac­kiej pędził do Bej­rutu. Dowódca poin­for­mo­wał szefa sztabu TOMO, puł­kow­nika de Lar­mi­nat, o roz­kazie radio­wym gene­rała Sikor­skiego i prze­słał przez puł­kow­nika Salis­bury-Jonesa, bry­tyj­skiego ofi­cera łącz­ni­ko­wego przy TOMO, depe­szę:

21 VI. 1940 roku, naczelny wódz Armii Pol­skiej – Lon­dyn.

Pro­szę o natych­mia­stową decy­zję, czy bry­gada musi przejść pod dowódz­two bry­tyj­skie. Miej­scowe dowódz­two fran­cu­skie dało zapew­nie­nie, że w żad­nym wypadku broni nie złoży. Oce­niam, że mogę zostać pod jego roz­ka­zami…

Dnia 24 czerwca przy­szła odpo­wiedź:

Bry­gada będzie mogła pozo­stać pod dowódz­twem fran­cu­skim pod wyraź­nym warun­kiem, że Fran­cuzi nie ska­pi­tu­lują. W innym wypadku bry­gada będzie musiała koniecz­nie przejść pod dowódz­two bry­tyj­skie…

Sikor­ski

Tym­cza­sem naza­jutrz nastę­puje ofi­cjalna kapi­tu­la­cja Armii Lewantu. Żar­liwe zapew­nie­nia gene­rała Mit­tel­haus­sera były sło­wami rzu­co­nymi na wiatr. Gene­rała fran­cu­skiego wcale nie tra­piły z tego powodu głęb­sze wyrzuty sumie­nia. Wie­dział, że w taj­nych zaka­mar­kach pan­cer­nych szefa sztabu gene­ral­nego leżą „ści­śle tajne” plany ope­ra­cyjne, które by­naj­mniej nie zaj­mo­wały się spra­wami walki z nie­miec­kim najeźdźcą. W pla­nach tych Armia Lewantu, jako jed­nostka poło­żona naj­bli­żej połu­dnio­wych rubieży ZSRR mogła, gdyby zaszła tego potrzeba, być użyta dla „zabez­pie­cze­nia” radziec­kiego zagłę­bia naf­to­wego nad Morzem Czar­nym lub nawet zaata­ko­wa­nia obszaru Kau­kazu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Kon­cer­tina – zasieki z drutu ostrzo­wego budo­wane w kształ­cie walca. [wróć]

2. Naczelne dowódz­two sił zbroj­nych w Lewan­cie. Ta ostat­nia nazwa obej­mo­wała kraje Bli­skiego Wschodu poło­żone na wschod­nim wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego. [wróć]

3. Wszystko musi iść try­bem woj­sko­wym. [wróć]

4. Słynne szwaj­car­skie zegarki. [wróć]

5. Trzeba zaprze­stać walki. [wróć]

6. Dowódz­two fran­cu­skich sił zbroj­nych wschod­niego basenu Morza Śród­ziem­nego. [wróć]