W obronie honoru - Karen Witemeyer - ebook

W obronie honoru ebook

Witemeyer Karen

4,6

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Na polu walki stawił czoła wielu niebezpieczeństwom, ale nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż zakochanie się.

Luke Davenport dotąd poświęcał się walce – w obronie kraju, godności, a także tych, którzy nie potrafili sami zawalczyć o siebie. Teraz, kiedy pozostali Jeźdźcy Hangera zaczęli prowadzić bardziej udomowiony tryb życia, on sam mierzy się z burzą uczuć. Gdy pojawia się okazja do rozpracowania grupy złodziei bydła, korzysta z niej bez wahania.

Damaris Baxter do perfekcji opanowała sztukę bycia niewidzialną. Spokojna i cicha, najczęściej ucieka w świat książek i haftu. Wszystko się zmienia, gdy jej brat nagle umiera i kobieta ma przejąć opiekę nad jego synem, Nathanielem. Przeprowadza się do Teksasu i zamierza stworzyć chłopcu dom, który jest mu teraz tak bardzo potrzebny.

Kiedy Nate wpada w tarapaty, na jego drodze pojawia się Luke. Mężczyzna pomaga mu, czym zaskarbia sobie wdzięczność Damaris. Narastają jednak podejrzenia dotyczące tajemniczej śmierci jej brata. Wraz z kolejnymi pytaniami stawianymi przez pannę Damaris wzmaga się niebezpieczeństwo, a rodzina, do której Luke coraz bardziej się zbliża, staje wobec poważnego zagrożenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (8 ocen)
5
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lola0512

Nie oderwiesz się od lektury

21/52/2025 "W obronie honoru" Karen Witemeyer Dreams #recenzja #współpracarecenzencka #współpracabarterowa #honor #jeźdźcyhangera #wobroniehonoru "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma." 1 Kor 13,4-8 "W obronie honoru " to trzeci tom serii Jeźdźcy Hangera. W nim poznamy losy Damaris Baxter i jej bratanka Nathaniela oraz Luke'a Davenporta, jednego z Jeźdźców Hangera. Główni bohaterowie to zderzenie dwóch światów. Luke, który do tej pory walczył o kraj, o obronę innych, łapał przestępców, ale gdy jego współtowarzysze zaczęli zakładać rodziny, on także zaczął marzyć o ukochanej i własnym bezpiecznym miejscu na ziemi, domu. I Damaris, która nauczyła się być niewidzialna, zatopiona w k...
00
Anisa15

Nie oderwiesz się od lektury

Zapraszam Cię na wyprawę do Teksasu. Przed Tobą kolejne, niesamowite przygody, które przeżyjesz wraz z grupą Jeźdźców Hangera. Przygody trzymające w napięciu, sprawiające, że nieraz ciarki wędrują po plecach. Daj się zanurzyć w niezwykłą atmosferę Dzikiego Zachodu. Wystarczy, że sięgniesz po trzeci tom tej niezwykłej serii autorstwa Karen Witemeyer. Czy zwykłe zlecenie odnalezienia złodzieja krów, może odmienić życie, jednego z jeźdźców Hangera? Czy może sprawić, że na jego drodze stanie kobieta jego życia? Czy zanim to się stanie będzie musiał stoczyć walkę na śmierć i życie? Kim stanie się dla niego chłopiec, u którego złość na cały świat dominuje w jego młodym życiu? Co ją spowodowało? Odpowiedzi na te liczne, aczkolwiek intrygujące pytania, tylko na kartach książki. Przed Wami bowiem niezwykle wciągająca historia o odwadze, o miłości, o wartości przyjaźni i o tym co w życiu człowieka powinno być najważniejsze. Powieść przesycona wiarą w Boga (gdyż bohaterowie często się do ni...
00
Agnieszka1234567

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka ❤️ Polecam
00
fiolka88

Dobrze spędzony czas

Luke, jako jedyny z czwórki jeźdźców nie znalazł jeszcze swojego stałego miejsca, ale też jak narazie wcale go nie szukał. Korzystając z okazji rozbicia grupy kradnącej bydło wyrusza w podróż gdzie przy okazji ratuje zamkniętą w piwnicy kobietę. Damaris próbuje samotnie wychować niesfornego Nathaniela. Kiedy ten młody człowiek wpada w tarapaty, Luke jest gotów mu pomóc...tylko,że przy okazji obrywa od napastników. Komu zależy na wykupieniu ziemi i do jakich kroków ten ktoś może się posunąć? Każdy człowiek, nawet, a może zwłaszcza ten, najbardziej poraniony wewnętrznie potrzebuje jakiejś ostoji. Miejsca gdzie będzie czuł się dobrze, gdzie odnajdzie kogoś przy kim odnajdzie szczęście i odzyska spokój. Ciężko jest wejść w rolę opiekunki nastolatka, kiedy wcześniej nie miało się styczności z tak trudnym do opanowania, narwanym charakterem. Z chłopakiem złym na cały świat, zrozpaczonym po niezrozumiałej śmierci ojca, przekonanym o swojej racji i... Takiemu młodemu człowiekowi może pomóc ...
00
Natalia242001

Nie oderwiesz się od lektury

super, zresztą jak pozostałe części. Polecam z całego serca wszystkie 3 książki.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: 
In Ho­nor's De­fense (Han­ger's Hor­se­men #3)
Au­tor: 
Ka­ren Wi­te­meyer
Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego: 
Mag­da­lena Pe­ter­son
Re­dak­cja i ko­rekta:
Do­mi­nika Wilk
Skład i opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Anna Bro­dziak
ISBN 978-83-68304-05-3
Co­ver de­sign by Dan Thorn­berg, De­sign So­urce Cre­ative Se­rvi­ces
Vec­tors: my­riam­mira / Fre­epik.com
© 2022 by Ka­ren Wi­te­meyer by Be­thany Ho­use Pu­bli­shers,
a di­vi­sion of Ba­ker Pu­bli­shing Group, Grand Ra­pids, Mi­chi­gan, 49516, U.S.A
© 2025 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
Rze­szów 2025, wy­da­nie I
Druk: Dru­kar­nia Skle­niarz
Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco Book cream 2,0 70 g/m2
do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land sp. z o.o. 
Wszyst­kie cy­taty z Pi­sma Świę­tego po­dano za Bi­blią Ty­siąc­le­cia.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, 
prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, 
elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Dla mo­jej paczki.

Nie mo­głam pro­sić o lep­szych lu­dzi, z któ­rymi mo­gła­bym pro­wa­dzić bu­rze mó­zgów, bar­dziej od­da­nych czy­tel­ni­ków ani droż­szych przy­ja­ciół. Dzię­kuję, że bło­go­sła­wi­cie moją pi­sar­ską po­dróż i moje ży­cie.

Zba­wie­nie spra­wie­dli­wych po­cho­dzi od Pana;

On ich ucieczką w cza­sie utra­pie­nia.

Pan ich wspo­maga, wy­zwala;

wy­zwala ich od wy­stęp­nych i za­cho­wuje,

do Niego bo­wiem się ucie­kają.

Ps 37,39–40

Pro­log

Sa­int Lo­uis, Mis­so­uri

1895

Nie­wi­dzialne osoby rzadko otrzy­my­wały ko­re­spon­den­cję. Był to fakt, z któ­rym Da­ma­ris Ba­xter już dawno się po­go­dziła. Kiedy więc go­spo­dyni we­szła do sa­lonu, nio­sąc ko­pertę za­adre­so­waną do niej, a nie do jej ciotki Ber­thy, po­trze­bo­wała chwili, aby prze­trawić to bez­pre­ce­den­sowe zda­rze­nie.

Jako naj­młod­sza z ośmiorga dzieci, nie­wy­róż­nia­jąca się urodą ani za­cho­wa­niem, Da­ma­ris przy­zwy­cza­iła się do by­cia po­mi­janą. Prawdę mó­wiąc, zdo­była re­kord ro­dziny Ba­xte­rów w by­ciu za­po­mi­naną pod­czas wspól­nych wyjść, po­nie­waż stało się to aż pięć razy. Jej brat Jo­seph do­ko­nał tego dwu­krot­nie, a to on naj­czę­ściej od­da­lał się gdzieś po prze­li­cze­niu dzieci. Ni­gdy jed­nak nie zo­stał na­prawdę zo­sta­wiony, tylko po pro­stu na chwilę się zgu­bił. Ro­dzice Da­ma­ris pew­nego razu za­po­mnieli o niej na całe po­po­łu­dnie i na­wet nie za­uwa­żyli jej nie­obec­no­ści aż do mo­mentu, kiedy nie po­ja­wiła się na ko­la­cji.

Mama zga­niła ją, że jest za ci­cha i chowa się, by czy­tać książki, za­miast brać udział w ro­dzin­nych za­ję­ciach. Na przy­szłość ka­zała Da­ma­ris zwracać na sie­bie więk­szą uwagę, żeby nie zo­stała po­now­nie za­po­mnianą. Ko­bieta pła­kała pod­czas udzie­la­nia re­pry­mendy, a po­tem nie­mal udu­siła córkę, kiedy przy­tuliła ją na za­koń­cze­nie, jed­no­cze­śnie za­pew­nia­jąc ją, że jest ko­chana, mimo że nie za­pada w pa­mięć.

By­cie nie­wi­dzial­nym po­tra­fiło się cza­sem do cze­goś przy­dać. Za­po­mniane dziewczęta rzadko od­py­ty­wano przed całą klasą. Ani nie za­pra­szano ich do tańca, kiedy miały pod ręką książkę, którą chciały prze­czy­tać. Jed­nak gdy nad­cho­dził wiek od­po­wiedni na za­mąż­pój­ście, nie­wi­dzial­ność sta­wała się po­ważną wadą. Za­wsze znaj­do­wała się ład­niej­sza, by­strzej­sza czy bar­dziej uro­cza panna, która przy­cią­gała uwagę ka­wa­le­rów. I tak wła­śnie Da­ma­ris w wieku dwu­dzie­stu trzech lat skoń­czyła jako to­wa­rzyszka swo­jej ciotki Ber­thy. Nie tylko wy­lą­do­wała na półce, ale zna­la­zła się w tyl­nej czę­ści, za bi­be­lo­tami, tam gdzie się zbiera kurz. U ciotki przy­naj­mniej stała się w ja­kiś spo­sób uży­teczna.

Ze­brała swoje roz­pro­szone my­śli, odło­żyła ro­bótkę i się­gnęła po list.

– Dzię­kuję, Anno. – Nie chciała po­ka­zać po so­bie zdzi­wie­nia, ale mimo sta­rań w jej gło­sie dało się usły­szeć lekką za­dyszkę.

Anna oczy­wi­ście to za­uwa­żyła i się uśmiech­nęła.

– To z Tek­sasu, pa­nienko.

– Z Tek­sasu? – Od Do­uglasa? Jed­nak pi­smo na ko­per­cie nie na­le­żało do niego. Nie żeby była eks­per­tem w roz­po­zna­wa­niu ka­li­gra­fii swo­jego brata. Był od niej star­szy o pięt­na­ście lat i przez więk­szą część jej ży­cia miesz­kał da­leko. Prze­pro­wa­dził się do Tek­sasu za­raz po tym, jak uro­dził mu się syn, i tylko raz wró­cił do Mis­so­uri, na Boże Na­ro­dze­nie po śmierci żony.

Sied­mio­letni Na­tha­niel wy­da­wał się wtedy bar­dzo za­gu­biony i wy­co­fany. Serce Da­ma­ris pę­kało z bólu, kiedy pa­trzyła na po­grą­żo­nego w ża­ło­bie bra­tanka. Mimo swo­ich szes­na­stu lat wie­działa już, że nie ma słów, które po­tra­fią zli­kwi­dować ból, zde­cy­do­wała się więc na mil­cze­nie. Po pro­stu dbała o to, żeby nie był sam. Sia­dała obok niego, gdy się ba­wił. Przy­no­siła mu z kuchni cia­steczka. Pro­po­no­wała, że mu po­czyta. Kiedy w końcu po­czuł się na tyle kom­for­towo, by wdra­pać się na jej ko­lana i po­móc prze­wra­cać strony, stra­ciła dla niego głowę. Pi­sała do niego li­sty i co roku wy­sy­łała mu drobne pre­zenty na uro­dziny i Boże Na­ro­dze­nie. Ni­gdy nie przej­mo­wała się tym, że jej nie od­pi­sy­wał. Trudno było ocze­ki­wać, żeby mały chło­piec ko­re­spon­do­wał z eks­cen­tryczną ciotką, któ­rej praw­do­po­dob­nie na­wet nie pa­miętał. Była z nim przez dzie­sięć dni. To prze­cież za­le­d­wie kro­pla w oce­anie jego dzie­cię­cego ży­cia. Do­uglas, jego oj­ciec, pi­sy­wał do swo­jej matki kilka razy w roku, więc Da­ma­ris miała wia­do­mo­ści o Na­tha­nielu z dru­giej ręki.

– Mam na­dzieję, że to nie żadne złe wie­ści – ode­zwała się Anna, kiedy Da­ma­ris na­wet się nie ru­szyła, żeby otwo­rzyć list.

Mocno wa­liło jej serce. Co in­nego mo­gło tam być, skoro list przy­szedł od nie­zna­jo­mego? Chyba że… czy mógł być od jej bra­tanka? Miałby te­raz ile? Czter­na­ście lat? Może to było jego pi­smo. Pro­szę, Boże, niech to bę­dzie list od Na­tha­niela, a nie od ja­kie­goś nie­zna­jo­mego ze złymi wia­do­mo­ściami.

Da­ma­ris po­ło­żyła so­bie ko­pertę na ko­la­nach z ostroż­no­ścią kraw­co­wej ukła­da­ją­cej ka­wa­łek dro­giej we­nec­kiej ko­ronki. Po­gła­dziła dło­nią przód ko­perty, po czym zdo­była się na od­wagę i od­wró­ciła ją, żeby spraw­dzić, co się kryje w środku. Lekko drżała jej ręka, gdy wy­cią­gała i roz­kła­dała list.

Sza­nowna Panno Da­ma­ris Ba­xter,

pi­szę z cięż­kim ser­cem, aby po­in­for­mo­wać Pa­nią o nie­spo­dzie­wa­nej śmierci Pani brata. Zwłoki Do­uglasa Ba­xtera wy­do­byto z je­ziora Ma­di­son 7 marca 1895 roku.

Da­ma­ris wy­dała ci­chy krzyk. Jej brat się uto­pił? To nie­moż­liwe. Do­uglas był sprawny i silny, do­bry w pra­wie każ­dej dys­cy­pli­nie sportu, łącz­nie z pły­wa­niem. Nie­zwy­kle żywo pa­mię­tała lato, kiedy skoń­czyła pięć lat, a jej brat po­sta­no­wił, że na­uczy pły­wać całe młod­sze ro­dzeń­stwo Ba­xte­rów. Była za mała, żeby ro­bić wiele wię­cej niż tylko pła­kać i trzy­mać się go kur­czowo, ale pod ko­niec lata wszy­scy, łącz­nie z nią, pły­wali sa­mo­dziel­nie w je­ziorku. Jak za­tem moż­liwe, że uto­nął?

– Czy wszystko w po­rządku, pa­nienko? – Anna zwró­ciła się do niej po tym, jak po­pra­wiła koc le­żący na ko­la­nach ciotki Ber­thy. Sta­ruszka ci­cho po­chra­py­wała w fo­telu przy oknie.

– Cho­dzi o mo­jego brata Do­uglasa. On… Zna­leźli go…

Nie po­tra­fiła tego wy­po­wie­dzieć, a przez to – urze­czy­wist­nić.

Oczy Anny zła­god­niały od współ­czu­cia.

– Bar­dzo mi przy­kro. Czy po­win­nam obu­dzić pa­nią?

Da­ma­ris po­krę­ciła głową.

– Nie. Jesz­cze nie. – Po­trze­bo­wała czasu, żeby się opa­no­wać i okieł­znać emo­cje, za­nim prze­każe ciotce tę wia­do­mość. A co z jej matką? Czy już jej po­wie­dziano? Taki list na pewno wy­słano by do ro­dzi­ców zmar­łego. Dla­czego więc do­tarł też do niej?

Za­mru­gała po­wie­kami, żeby po­zbyć się wil­goci z oczu, po czym sku­piła się po­now­nie na czy­ta­niu.

Przy­czynę śmierci okre­ślono jako nie­szczę­śliwy wy­pa­dek. Jest to prawdziwa tra­ge­dia, która za­koń­czyła ży­cie męż­czy­zny w sile wieku.

Skła­dam Pani naj­szczer­sze kon­do­len­cje.

Da­ma­ris zer­k­nęła ni­żej na pod­pis – „Z po­wa­ża­niem Ro­nald Mul­lins”. Praw­nik? Spo­dzie­wa­łaby się prę­dzej za­wia­do­mie­nia od du­chow­nego czy przy­ja­ciela. Ni­gdy nie sły­szała o Ro­nal­dzie Mul­lin­sie ani nie ko­ja­rzyła, żeby w li­stach, które Do­uglas pi­sał do matki, były o nim ja­kie­kol­wiek wzmianki.

Pan Do­uglas Ba­xter wy­zna­czył Pa­nią, Panno Da­ma­ris Ba­xter, na opie­kunkę prawną jego syna, Na­tha­niela. Zo­stała Pani rów­nież po­wo­łana na za­rządcę ma­jątku chłopca, w tym środ­ków ban­ko­wych i nie­ru­cho­mo­ści po­zo­sta­wio­nych przez pana Ba­xtera. Prze­każę Pani ko­pie wszyst­kich od­po­wied­nich do­ku­men­tów, kiedy przy­bę­dzie Pani po dziecko.

Je­stem do Pani dys­po­zy­cji, Panno Ba­xter. Wy­ra­żam goto­wość do po­mocyw każdy moż­liwy spo­sób, który ulży Pani w cza­sie ża­łoby.

Z po­wa­ża­niem

Ro­nald P. Mul­lins

Do­uglas wy­brał ją? Da­ma­ris le­dwo mo­gła zna­leźć siłę, by wy­rwać się z odrę­twie­nia spo­wo­do­wa­nego szo­kiem. Po­wie­rzył opiekę nad Na­tha­nie­lem swo­jej naj­młod­szej sio­strze, którą le­d­wie znał. Dla­czego nie ro­dzi­com albo Bar­tho­lo­mew? Bart był tylko rok młod­szy od Do­uglasa i miał dzieci w wieku zbli­żo­nym do Na­tha­niela. Wy­da­wa­łoby się to lo­gicz­nym wy­bo­rem. A jed­nak Do­uglas zde­cy­do­wał się na nią. Może dla­tego, że nie była ob­cią­żona żadnymi zo­bo­wią­za­niami, które mo­głyby ją ogra­ni­czać czy od­wra­cać uwagę. Jako je­dyna z ca­łego ro­dzeń­stwa nie za­ło­żyła ro­dziny, która trzy­ma­łaby ją w Sa­int Lo­uis. Była wolna i mo­gła wy­je­chać w każ­dej chwili, by po­świę­cić się cał­ko­wi­cie opiece nad bra­tan­kiem.

A może… Da­ma­ris wstrzy­mała od­dech. Może wy­bór na­le­żał do Na­tha­niela. Ta myśl spra­wiła, że szyb­ciej za­biło jej serce. Co, je­śli chło­pak pa­mię­tał ciotkę Ma­ris i po­pro­sił, żeby to ona zo­stała jego opie­kunką?

Zo­stać wy­braną ze względu na samą sie­bie – to było skry­wane pra­gnie­nie jej serca. Być ważną dla ko­goś. Być kimś wię­cej niż tylko wy­chwa­laną słu­żącą, która przy­no­siła ja­kieś przed­mioty czy za­ba­wiała ciotkę w za­leż­no­ści od jej ka­pry­sów. Być dla ko­goś upra­gnioną, na­prawdę, taką, jaka jest. Wi­doczną za­miast nie­wi­dzialną. Ce­nioną, a nie je­dy­nie to­le­ro­waną.

– Mu­szę się spa­ko­wać. – Da­ma­ris ze­rwała się z sofy z taką pręd­ko­ścią, że ko­szyk z ro­bót­kami ręcz­nymi i nićmi prze­wró­cił się na pod­łogę, ra­zem z tam­bor­kiem.

Spod okna do­biegł dźwięk chra­pa­nia, a ciotka Ber­tha ner­wowo się po­ru­szyła.

– Da­ma­ris? Dla­czego tak się krę­cisz? Wiesz, że nie lu­bię, gdy mi się prze­szka­dza pod­czas po­po­łu­dnio­wej drzemki. Ty nie­zdarna dziew­czyno – star­sza ko­bieta zga­niła ją, gdy za­uwa­żyła prze­wró­cony ko­szyk i jego roz­sy­paną na dy­wan za­war­tość. – Po­sprzą­taj ten ba­ła­gan, a po­tem przy­nieś mi mój lek na uspo­ko­je­nie. Nie mogę po­zwo­lić, żeby nerwy mi się roz­stro­iły.

Anna szybko pod­bie­gła i po­mo­gła od­sta­wić na miej­sce ko­szyk z ro­bót­kami. Da­ma­ris uśmiech­nęła się w po­dzię­ko­wa­niu i ode­szła. Miała te­raz ku­fry do spa­ko­wa­nia i mu­siała spraw­dzić roz­kład jazdy po­cią­gów, bo była po­trzebna bra­tan­kowi.

– Prze­pra­szam, cio­ciu Ber­tho. Nie mam czasu, żeby przy­nieść twój lek. Prze­pro­wa­dzam się do Tek­sasu.

1

Ma­di­so­nville, Tek­sas

Sześć ty­go­dni póź­niej

Na­tha­nielu? To ty? – Da­ma­ris pod­nio­sła wzrok znad nie­kształt­nego bo­chenka chleba, który wła­śnie wycią­gnęła z blaszki.

Na ko­ry­ta­rzu roz­le­gło się dud­nie­nie kro­ków, ale nikt nie od­po­wie­dział na jej py­ta­nie. Nie żeby spo­dzie­wała się ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji. Na­tha­niel wo­lał uda­wać, że ciotka nie ist­nieje, niż an­ga­żo­wać się w ja­ką­kol­wiek formę ko­mu­ni­ka­cji wer­bal­nej. Po­sępne spoj­rze­nia, prze­sadne wy­wra­ca­nie oczami i ła­twe iry­to­wa­nie się były bar­dziej w jego stylu. Po tym, jak Da­ma­ris za­wi­tała do Tek­sasu, nie mi­nął na­wet dzień, a jej wznio­słe złu­dze­nia o mat­ko­wa­niu słod­kiemu chłopcu o zła­manym sercu, który wy­cho­dzi z ża­łoby, zwię­dły i znik­nęły w star­ciu z rze­czy­wi­sto­ścią.

Na­tha­niel mimo swo­ich czter­na­stu lat był bar­dziej męż­czy­zną niż chłop­cem, przy­naj­mniej pod wzglę­dem po­stury i uporu. Do­rów­ny­wał jej wzro­stem i wy­prze­dzał ją swoim spry­tem, cią­gle znaj­du­jąc nowe spo­soby, żeby ją tor­tu­ro­wać. Zda­rzyło jej się już obu­dzić, gdy ja­kaś kura dzio­bała jej koł­drę na wy­so­ko­ści brzu­cha, in­nym ra­zem wąż wpełzł jej na plecy pod nocną ko­szulę, a na twarz spa­dła jej para żab. To wy­ma­gało wię­cej siły, niż są­dziła, ale nie wró­ciła z krzy­kiem do ciotki Ber­thy.

Jed­nak pod wszyst­kimi tymi psi­ku­sami, sar­ka­zmem i gnie­wem krył się mały chło­piec, któ­rego pa­mię­tała. Chło­piec, który stra­cił ojca – klu­czowy ele­ment spi­na­jący jego ży­cie. Czy to dziwne, że z tru­dem pa­nował nad sobą? Nie miał ni­kogo, kto da­wałby mu bez­pie­czeń­stwo i opar­cie. Ni­kogo oprócz niej, ciotki, którą le­d­wie znał, a ufał tym mniej.

Przez pierw­szy ty­dzień Da­ma­ris za­sy­piała, opła­ku­jąc nie tylko brata, ale także swoje wy­obra­że­nia o domu i przy­na­leż­no­ści. Po­sta­no­wiła jed­nak sta­wić czoła wy­zwa­niu, ja­kim był bra­ta­nek. Uża­la­nie się nad sobą w ni­czym by jej nie po­mo­gło. Je­śli chciała praw­dzi­wej re­la­cji z Na­tha­nie­lem, mu­siała o nią za­wal­czyć. Od­po­wie­dzieć upo­rem na upór. Nie­za­leż­nie od tego, jak mocno by na­ci­skał, za­mie­rzała udo­wod­nić, że jest godna za­ufa­nia, i prze­ko­nać go do sie­bie wiernością i tro­ską. Je­śliby wy­buchł gnie­wem, ona chciała za­re­ago­wać cier­pli­wo­ścią. Gdyby jej uni­kał, za­mie­rzała go szu­kać. Je­śliby ją igno­ro­wał, miała wy­trwale pro­wa­dzić jed­no­stronne roz­mowy.

– Jak było w szkole? – ode­zwała się, pod­no­sząc głos, żeby do­tarł do jego po­koju. – Masz dużo na za­da­nie? Mogę ci po­móc po ko­la­cji, jak­byś chciał.

W ze­szłym ty­go­dniu wstą­piła do nich pani Ta­tum i po­wia­domiła Da­ma­ris, że oceny Na­tha­niela zna­cząco spa­dły w ciągu ostat­niego mie­siąca. Cho­dził do szkoły tylko cza­sami, a kiedy się po­ja­wiał, nie an­ga­żo­wał się w lek­cje. Naj­gor­sze było to, że za­czął wda­wać się w bójki pod­czas przerw.

On Cię po­trze­buje, Pa­nie, ale mam wra­że­nie, że od­py­cha Cię tak samo, jak od­py­cha mnie. Po­każ mi, jak mu po­móc.

Zdała so­bie sprawę, że bę­dzie po­trze­bo­wać bo­skiej in­ter­wen­cji, żeby do­trzeć do tego chłopca. Wie­rzyła w swoją zdol­ność do ob­da­ro­wy­wa­nia go mi­ło­ścią, jed­nak od­czu­wała ab­so­lutny brak pew­no­ści sie­bie, je­śli cho­dzi o dys­cy­pli­no­wa­nie. Pró­bo­wała upo­mi­na­nia i re­pry­mend, ale po­wo­do­wały one tylko więk­szy bunt i ko­lejne psi­kusy, więc ostat­nio stała się bar­dzo po­błaż­liwa. Wie­działa, że po­winna sta­wiać gra­nice, ale było to trudne do wy­ko­na­nia, skoro Na­tha­niel nie uzna­wał jej au­to­ry­tetu.

– Na ko­la­cję bę­dziemy mieć grzanki z so­sem. – Jedno z nie­licz­nych dań w jej wy­ko­na­niu, przy któ­rych brał do­kładki.

Umie­jęt­no­ści ku­li­narne Da­ma­ris sku­piały się bar­dziej wo­kół ku­chenki niż pie­kar­nika. Po­tra­fiła z pew­nym po­wo­dze­niem sma­żyć, du­sić i go­to­wać, ale pro­blemy po­ja­wiały się nie­uchron­nie, gdy tylko pró­bo­wała ko­rzy­stać z pie­kar­nika. Na ku­chence mo­gła prze­sta­wić na­czy­nie ze zbyt go­rą­cego miej­sca na chłod­niej­sze lub od­wrot­nie, ale sub­telne kal­ku­la­cje w za­kre­sie rów­no­wa­że­nia zmien­nych drewna, tem­pe­ra­tury i za­suw za­wsze koń­czyły się nie­po­wo­dze­niem. Dla­tego wła­śnie znaj­do­wał się przed nią nie­kształtny bo­che­nek. Od­wró­ciła chleb i umie­ściła na kratce do stu­dze­nia. Przy­naj­mniej nie był przy­pa­lony, a tylko lekko za­pad­nięty z jed­nej strony.

Nie wszystko mo­gło być piękne. Była to prawda, z którą Da­ma­ris po­go­dziła się już dawno temu, gdy jej wła­sny wy­gląd oka­zał się po pro­stu zwy­czajny. Jed­nak ze­wnętrzne piękno rze­czy nie po­winno de­cy­do­wać o ich war­to­ści. War­tość chleba le­żała w jego zdol­no­ści do na­peł­nia­nia pu­stego żo­łądka, a nie w tym, jak bar­dzo cie­szył oko. Nie po­gar­dzi­łaby swoim nie­kształt­nym bo­chen­kiem tylko dla­tego, że nie był tak ładny jak te w wi­try­nie pie­karni.

– Mo­żemy zjeść tro­chę tych sma­żo­nych ja­błek, które zro­bi­łaś w ze­szłym ty­go­dniu na de­ser?

Da­ma­ris pi­snęła i się od­wró­ciła.

– Na­tha­nielu! Wy­stra­szy­łeś mnie.

Jej bra­ta­nek opie­rał się o fra­mugę drzwi, z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, a przy­dłu­gawe brą­zowe włosy opa­dały mu na oczy. Jed­nak mimo obron­nej po­stawy nie dało się nie za­uwa­żyć bły­sku sa­tys­fak­cji w jego spoj­rze­niu. Był dumny, że ją wy­stra­szył. Jak na ko­goś, kto pięć mi­nut wcze­śniej prze­mie­rzał dom z sub­tel­no­ścią pi­ja­nego ba­wołu, po­tra­fił się ostroż­nie skra­dać.

– I co? Mo­żemy? Zjeść te jabłka?

Uśmiech­nęła się. Jej iry­ta­cja stop­niała, a serce zmię­kło. Na­tha­niel tak rzadko pro­sił ją o co­kol­wiek.

– Oczy­wi­ście.

W piw­nicy zo­stała im po­łowa ko­sza kwa­śnych zie­lo­nych ja­błek. Może uda jej się zro­bić jesz­cze szar­lotkę z cy­na­mo­nem.

– Dzięki, cio­ciu Ma­ris.

Gdzieś z tyłu głowy po­ja­wił się jej sy­gnał ostrze­gaw­czy. On jej ni­gdy nie dzię­ko­wał. Po pro­stu zjadał wszystko, co przed nim po­sta­wiła, a po­tem zni­kał albo na ze­wnątrz, albo w swoim po­koju.

Na­tha­niel od­su­nął się od ściany.

– Wrócę przed ko­la­cją.

Da­ma­ris uśmiech­nęła się pro­mien­nie, od­rzu­ca­jąc cy­nizm i po­dej­rze­nia, za­nim chło­pak zdą­żyłby je wy­czuć.

– Bądź ostrożny.

Wzru­szył ra­mio­nami, jakby chciał strą­cić jej zmar­twie­nie, za­nim mo­głoby mu na nich osiąść, po czym znik­nął w ko­ry­ta­rzu. Chwilę póź­niej drzwi fron­towe się za­trza­snęły.

Wes­tchnęła. Może kie­dyś przyj­mie jej uczu­cie. A na­wet od­wza­jemni. W końcu mi­łość to naj­sil­niej­sza siła na ziemi. Po­nie­waż nie po­cho­dziła stąd. Miała boską na­turę i od­zwier­cie­dlała istotę Boga. Pew­nego dnia zwy­cięży, je­śli tylko Da­ma­ris po­zo­sta­nie jej wierna. Na­le­żało się sku­pić na celu, a nie na roz­pa­mię­ty­wa­niu soli w her­ba­cie czy żab na twa­rzy.

Nie­świa­do­mie wró­ciło do niej wspo­mnie­nie – śli­skie ża­bie brzu­chy do­ty­ka­jące jej warg i lep­kie łapy mu­ska­jące pod­bró­dek. Gdy się wtedy zbu­dziła i jęk­nęła z prze­ra­że­nia, jedna żaba wpa­dła jej na mo­ment do ust. Da­ma­ris się wzdry­gnęła. Tam­tego ranka użyła pół opa­ko­wa­nia proszku do zę­bów, pró­bu­jąc wy­ma­zać nie­przy­jemny smak i do­zna­nie. Na szczę­ście Na­tha­niel nie po­wta­rzał swo­ich wy­bry­ków. Nie są­dziła, że prze­ży­łaby ko­lejne spo­tka­nie z ża­bami.

Nie­ważne. Te­raz miała przy­nieść jabłka. Nie za­mie­rzała od­rzu­cić pierw­szej prośby swo­jego bra­tanka, zwłasz­cza że była tak ła­twa do speł­nie­nia.

Zo­stawiła chleb do wy­sty­gnię­cia i ru­szyła w stronę wej­ścia do piw­nicy – drew­nia­nych drzwi­czek znaj­du­ją­cych się w pod­ło­dze w kuchni. Po­chy­liła się i pod­niosła je. Na­stęp­nieprzy­trzy­mała spód­nicę, żeby wi­dzieć, gdzie po­stawić stopy, po czym ze­szła po dra­bi­nie do chłod­nego, wil­got­nego po­miesz­cze­nia. Po­de­szła do ko­sza sto­ją­cego w ką­cie, obok pó­łek z kon­ser­wami, i wzięła je­den z owo­ców do ręki. De­li­kat­nie go ścisnęła, spraw­dza­jąc, czy nie jest po­obi­jany. Chciała użyć naj­lep­szych skład­ni­ków. Zna­la­zła mięk­kie miej­sce na skórce, więc odło­żyła jabłko do ko­sza i się­gnęła po na­stępne. Gdy tylko jej palce za­ci­snęły się na owocu, wo­kół zro­biło się ciemno.

Bum! Drzwiczki do piw­nicy za­trza­snęły się i za­pa­no­wał mrok.

– Na­tha­niel! – Da­ma­ris upu­ściła jabłko i pod­bie­gła do dra­biny.

Prze­cież by jej tu nie za­mknął. Zda­rzały mu się psoty, ale nie był zło­śliwy. Chyba że… może to była ze­msta za jego okno?

Wy­my­kał się no­cami, mimo jej upo­mnień, żeby prze­stał to ro­bić. Nie zwa­żał na jej na­le­ga­nia, że wy­cho­dze­nie po zmroku nie jest bez­pieczne. Prze­ko­ny­wa­nie go nie po­wio­dło się, ale nie mo­głaby być od­po­wie­dzialną opie­kunką, gdyby nie zro­biła nic, aby go po­wstrzy­mać. Wczo­raj za­biła jego okno gwoź­dziami od ze­wnątrz, z na­dzieją, że taka prze­szkoda przy­naj­mniej sprawi, że chło­pak za­trzyma się i po­my­śli, za­nim uciek­nie w noc. Dzi­siaj przy śnia­da­niu nic na ten te­mat nie po­wie­dział, po pro­stu, jak zwy­kle, wy­szedł szybko do szkoły. My­ślała, że nie za­uważył, co zro­biła.

Naj­wi­docz­niej się my­liła.

– Do­brze, Na­tha­nielu. Wy­ra­zi­łeś swoje zda­nie – krzyk­nęła, szu­ka­jąc po omacku dra­biny. – Mo­żesz mnie te­raz wy­pu­ścić.

Usły­szała szu­ra­nie. Za­brzmiało to jak nogi stołu na drew­nia­nej pod­ło­dze. Coś gło­śno stuk­nęło bez­po­śred­nio nad jej głową.

– Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję, cio­ciu Ma­ris. – Z góry ode­zwał się głos Na­tha­niela, spięty i zło­wiesz­czy. – Je­śli wy­do­sta­niesz się z piw­nicy przed ko­la­cją, to ja prze­stanę uży­wać mo­jego okna jako drzwi. Ale je­śli bę­dziesz da­lej uwię­ziona, kiedy wrócę, to po­zwo­lisz mi cho­dzić gdzie­kol­wiek i kie­dy­kol­wiek ze­chcę, i nie bę­dziesz pró­bo­wała mnie przed tym po­wstrzy­my­wać.

Po­trzą­snęła głową.

– Nie mogę się na to zgo­dzić. Moim za­da­niem jest cię chro­nić.

– Nie, to nie jest twoje za­da­nie. To za­da­nie mo­jego ojca, ale jego już tu nie ma, więc te­raz sam się o sie­bie trosz­czę!

Na pod­ło­dze za­dud­niły kroki, po czym stop­niowo uci­chły.

– Na­tha­niel!

Drzwi się za­trza­snęły.

Zo­sta­wił ją tu. Uwię­zioną w ciem­no­ści.

Dawna, nie­śmiała Da­ma­ris usia­dłaby na ziemi i roz­pła­kała się. Jed­nak Da­ma­ris z Tek­sasu miała wię­cej od­wagi. Płacz nie wy­do­bę­dzie jej z tej piw­nicy. W prze­ci­wień­stwie do sta­rań i po­my­sło­wo­ści.

Za­uwa­żyła wą­ziut­kie smużki świa­tła, które za­ry­so­wy­wały kształt klapy w pod­ło­dze. Usta­wiła się pod drzwicz­kami i ma­chała rę­kami, aż na­tra­fiła na dra­binę. Zła­pała za nią, po­sta­wiła stopę na dol­nym szcze­blu i za­częła się wspi­nać. Kiedy zna­la­zła się kilka stopni wy­żej, się­gnęła do uchwytu i po­pchnęła drzwiczki. Nie drgnęły. Wspięła się jesz­cze wy­żej, po­chy­liła głowę do przodu i sku­liła ra­miona, tak że górna część pleców na­ci­snęła na klapę.

Pro­szę, Pa­nie Boże, niech to za­działa.

Za­ci­snęła zęby i z ca­łych sił ode­pchnęła się no­gami. Drzwi się po­ru­szyły. Nie­znacz­nie, ale jed­nak. Spró­bo­wała po­now­nie, a jęk­nię­cie z wy­siłku pra­wie prze­ro­dziło się w krzyk.

Nie­stety nie przy­nio­sło to żad­nego skutku. Drzwi po­ru­szyły się za­le­d­wie o parę cen­ty­me­trów. Może na­wet mniej. Stół, któ­rym przy­sta­wił je Na­tha­niel, był za ciężki.

No do­brze. Sta­ra­nia i po­my­sło­wość oparta na czy­stej sile nie dzia­łały, kiedy było się ko­bietą, przy­zwy­cza­joną bar­dziej do ha­fto­wa­nia niż dźwi­ga­nia sto­łów. Mu­siała przejść do opcji nu­mer dwa. Cier­pli­wo­ści.

Praw­dziwa walka nie po­le­gała na star­ciu z drew­nem i za­wia­sami. Jej prze­ciw­ni­kiem był uparty, gniewny, zra­niony chło­pak, a ona nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na po­rażkę. Prze­cież cho­dziło tu o do­bro Na­tha­niela. Być może była bez­radna w kwe­stii wy­do­sta­nia się z tej dziury, ale mo­gła kon­tro­lo­wać to, jak się za­chowa, kiedy bra­ta­nek po­now­nie się tu po­jawi. Cio­cia Ma­ris nie bę­dzie pła­kać i się za­ła­my­wać. Nie po­zwoli się po­ko­nać i zra­nić. Na­wet nie bę­dzie się trzęsła z gniewu i obu­rze­nia.

Na­tha­niel znaj­dzie ją spo­kojną, uśmiech­niętą i go­tową zro­bić mu naj­lep­sze sma­żone jabłka, ja­kie kie­dy­kol­wiek jadł.

Stra­te­gia nad­sta­wia­nia dru­giego po­liczka. Za­chę­cał do tego Bóg, więc mu­siało za­dzia­łać.

Wszystko, co po­trze­bo­wała te­raz zro­bić, to nie osza­leć, wy­obra­ża­jąc so­bie różne obrzy­dliwe stwo­rze­nia, które za­miesz­kują piw­nice. Istoty, które wy­cho­dzą ze swo­ich dziur, kiedy świa­tła ga­sną.

Da­ma­ris usia­dła na dol­nym szcze­blu, cia­sno owi­nęła so­bie spód­nicę wo­kół nóg i za­ło­żyła ra­miona. To bę­dzie tylko go­dzina czy dwie. Da radę.

Z kąta do­biegło skrzyp­nię­cie. Jej wzrok na­tych­miast skie­ro­wał się w tamtą stronę, ale ciem­ność nie po­zwa­lała nic zo­ba­czyć. Za jej ple­cami ode­zwało się de­li­katne po­stu­ki­wa­nie. Przy­cią­gnęła nogi bli­żej ciała i za­częła mru­czeć. Da radę. To tylko dźwięki. Wzmoc­nione przez ciem­ność. Coś za­swę­działo ją na czubku głowy. Po­trzą­snęła wło­sami i mach­nęła ręką, ale wy­czuła tylko swoją fry­zurę i wsuwki. Wy­trzyma. Coś mu­skało ją po karku. Gwał­tow­nie pod­nio­sła się z dra­biny i cała się za­trzę­sła. Cier­pli­wość nie była chyba jed­nak naj­lep­szą opcją. Do­tknęła swę­dzą­cego miej­scu na karku, po czym gor­li­wie za­częła się mo­dlić o opcję nu­mer trzy.

2

Luke Da­ven­port pod­je­chał pod dom znaj­du­jący się na ran­czu Tri­ple G. Pro­wa­dził swo­jego ko­nia Ti­tana w stę­pie, żeby móc ob­ser­wo­wać oto­cze­nie. Za­uwa­żył za­bu­do­wa­nia są­sia­dów od za­chodu, kilka go­spo­darstw na pół­nocy, w po­bliżu Ma­di­so­nville, i opu­sto­szały te­ren od strony po­łu­dnio­wej. Zło­dzieje by­dła praw­do­po­dob­nie przy­szli i ucie­kli w tam­tym kie­runku.

Koń za­strzygł uszami, a Luke po­chy­lił się lekko do przodu i po­kle­pał go po karku.

– Tak – szep­nął. – Wi­dzę go.

W cie­niu na we­ran­dzie stał męż­czy­zna ze strzelbą w ręce.

Luke za­trzy­mał Ti­tana. Ro­sły kasz­tan na­tych­miast go po­słu­chał, jakby wy­czu­wa­jąc za­miar swo­jego pana, za­nim ten po­cią­gnął za wo­dze.

Ti­tan był jed­nym z pierw­szych koni w Grin­go­let, które Luke za­czął ujeż­dżać, gdy jego dawny ka­pi­tan za­jął się pro­wa­dze­niem osła­wio­nej ho­dowli. Kiedy Matt Han­ger oże­nił się i ofi­cjal­nie za­wie­sił dzia­łal­ność Jeźdź­ców, za­trud­nił ich wszyst­kich, żeby przy­go­to­wy­wali ko­nie dla woj­ska i lo­kal­nych klien­tów.

Luke lu­bił tę pracę, szcze­gól­nie że Matt wy­zna­czał mu do ujeż­dża­nia naj­bar­dziej nie­okieł­znane ru­maki. Dla niego im były dzik­sze, tym le­piej. Uwiel­biał sta­wać na­prze­ciw god­nego prze­ciw­nika i w ten spo­sób znaj­do­wać uj­ście dla wła­snych pier­wot­nych in­stynk­tów. Tego właśnie mu bra­ko­wało, od­kąd od­szedł z ka­wa­le­rii. By­cie jed­nym z Jeźdź­ców po­zwa­lało mu za­spo­ka­jać te po­trzeby. Ści­ga­nie ban­dy­tów, uchy­la­nie się przed po­ci­skami pod­czas strze­la­nin czy roz­pra­co­wy­wa­nie gan­gów prze­stęp­ców da­wało ży­ciu wy­ra­zi­sty smak. Luke ro­bił to naj­le­piej, jak po­tra­fił. Woj­sko ukie­run­ko­wało jego bra­wurę i nadało jej cel. Po­tem Matt udo­sko­na­lił te aspi­ra­cje i prze­mie­nił je w mi­sję chro­nie­nia ży­cia i do­bytku przy­zwo­itych lu­dzi przed po­zba­wio­nymi skru­pu­łów prze­stęp­cami. Ostat­nio jed­nak Luke miał wra­że­nie, że jego po­czu­cie celu nieco przy­bla­dło. Tak jak sza­bla nie­uży­wana w boju, jego sens eg­zy­sten­cji przy­tę­pił się i stra­cił blask. Matt i po­zo­stali mo­gli od­wie­sić broń jako upa­mięt­nie­nie daw­nych cza­sów, ale Luke nie miał w ży­ciu nic in­nego. Kim był, je­śli nie wo­jow­ni­kiem?

Prze­ra­żała go myśl o ol­brzy­miej pu­stce, która po­ja­wiała się w jego gło­wie jako od­po­wiedź na to py­ta­nie, więc zła­pał się pierw­szej moż­li­wej wy­mówki, byle tylko przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Wil­son Gri­mes, dawny ka­wa­le­rzy­sta, który słu­żył nie­gdyś pod do­wódz­twem Matta, na­pi­sał do niego z py­ta­niem, czy Jeźdźcy mo­gliby za­jąć się sprawą zło­dziei by­dła, z któ­rymi bo­ry­kał się jego brat w hrab­stwie Ma­di­son. Luke zgło­sił się do tego za­da­nia, jesz­cze za­nim Matt skoń­czył czy­tać list.

Wie­dział, że tym ra­zem bę­dzie zdany na sie­bie. Po­zo­stali Jeźdźcy nie mo­gli mu to­wa­rzy­szyć. Dzia­łał już wcze­śniej w po­je­dynkę i wie­dział, że so­bie po­ra­dzi. Jego przy­ja­ciele mieli te­raz waż­niej­sze sprawy. Żona Matta za kilka ty­go­dni ocze­ki­wała na­ro­dzin ich pierw­szego dziecka. Jo­nah nie­dawno się oże­nił i miał pod opieką go­spo­dar­stwo. A Wal­lace peł­nił obo­wiązki za­stępcy sze­ryfa i dbał o spo­kój i bez­pie­czeń­stwo miesz­kań­ców King­sland. Nikt poza Lu­kiem nie mógł po pro­stu zo­sta­wić wszyst­kiego w jed­nej chwili i wy­je­chać.

– Dzień do­bry – za­wo­łał. – Je­stem Luke Da­ven­port. Przy­je­cha­łem się zo­ba­czyć z Oli­ve­rem Gri­me­sem. Przy­syła mnie Mat­thew Han­ger.

Męż­czy­zna sto­jący na we­ran­dzie wy­szedł z cie­nia, skie­ro­wał lufę strzelby w zie­mię i się uśmiech­nął.

– Pa­nie Da­ven­port! Wi­tam. – Zszedł po schod­kach i ru­szył w kie­runku Luke’a. – Na­wet pan nie wie, jak się cie­szę, że pan tu jest. Pro­szę, niech pan wej­dzie. Za­raz ktoś z mo­ich lu­dzi zaj­mie się pań­skim ko­niem. – Za­gwiz­dał, a ze sto­doły wy­szedł star­szy męż­czy­zna o pa­łą­ko­wa­tych no­gach, tak krzy­wych, że zmie­ściłby się mię­dzy nimi młody bi­zon. – Qu­incy, za­opie­kuj się ko­niem pana Da­ven­porta, do­brze?

– Oczy­wi­ście, sze­fie. – Męż­czy­zna pod­cho­dził spo­koj­nie w cza­sie, gdy Luke zsia­dał z sio­dła. – Piękny koń. Jak się na­zywa?

– Ti­tan. – Luke po­kle­pał kasz­tana po karku, po czym dał wo­dze do ręki sta­remu obo­ro­wemu, któ­remu oczy aż błysz­czały z po­dziwu.

– Pa­suje do niego – stwier­dził Qu­incy, przy­glą­da­jąc się zwie­rzę­ciu uważ­nie i z wprawą. – Ile mie­rzy? Pew­nie gdzieś z metr sie­dem­dzie­siąt w kłę­bie?

Luke się uśmiech­nął.

– Metr sie­dem­dzie­siąt sie­dem. – Sam miał po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt, więc po­trze­bo­wał od­po­wied­nio wy­so­kiego ko­nia.

Qu­incy za­gwiz­dał ci­cho.

– Oho ho. Chyba będę po­trze­bo­wał dra­biny, żeby go roz­sio­dłać.

– Na ra­zie wy­star­czy po­lu­zo­wać mu po­pręg i dać tro­chę wody – po­wie­dział Luke. – Będę chciał ob­je­chać po­sia­dłość po tym, jak pana szef zre­la­cjo­nuje mi, co się tu ostat­nio wy­da­rzyło.

Qu­incy przy­tak­nął.

– Do­brze. – Spo­waż­niał, gdy spoj­rzał w oczy swo­jemu chle­bo­dawcy. Ski­nął głową do obu męż­czyzn. – Ti­tan bę­dzie go­towy, kiedy trzeba.

Luke do­tknął ronda ka­pe­lu­sza.

– Dzię­kuję.

– Wejdźmy do środka. – Oli­ver Gri­mes wszedł po stop­niach i otwo­rzył drzwi.

Luke udał się za nim i zdjął ka­pe­lusz, kiedy prze­kra­czał próg.

– Wil­son po­wie­dział mi, że na­pi­sał do ka­pi­tana Han­gera z prośbą o po­moc – mó­wił Gri­mes, za­my­ka­jąc. Po­pro­wa­dził Luke’a przez sa­lon do nie­wiel­kiego ga­bi­netu z tyłu domu. – Wie­dzia­łem, że Jeźdźcy za­wie­sili dzia­łal­ność. Nie spo­dzie­wa­łem się, że co­kol­wiek z tego wyj­dzie. A tym­cza­sem pan przy­je­chał.

Tak. Był tu. Tak bar­dzo chciał się pod­jąć tego zle­ce­nia, że nie wy­słał na­wet te­le­gramu z po­twier­dze­niem. Po pro­stu po­ja­wił się pod drzwiami, jak ja­kiś bez­pań­ski pies w po­szu­ki­wa­niu ko­ści.

Gri­mes z uśmie­chem od­su­nął się, żeby prze­pu­ścić Luke’a w drzwiach. Kiedy obaj zna­leźli się w po­miesz­cze­niu, go­spo­darz spo­waż­niał. Można było od­nieść wra­że­nie, że to miej­sce służy do prze­cho­wy­wa­nia jego zmar­twień i na­pię­cia. Luke nie chciał, żeby ogar­nęła go przy­tła­cza­jąca at­mos­fera. Gri­mes ski­nął i wska­zał mu krze­sło, po czym sam za­jął miej­sce za po­kaź­nym dę­bo­wym biur­kiem.

Oparł przed­ra­miona na bla­cie i wziął gło­śny od­dech.

– Jak do­tąd stra­ci­łem dzie­sięć sztuk by­dła, ale to nie są zwy­kłe kra­dzieże. Oni ro­bią to stop­niowo. Tak jakby się ze mną dro­czyli.

Luke po­sta­wił pew­nie stopy na ziemi, po czym oparł dłoń na ko­la­nie i po­chy­lił się do przodu.

– Jak to?

– Za każ­dym ra­zem kradną jedną czy dwie krowy. Nie ma żad­nych śla­dów koń­skich ko­pyt ani za­mie­sza­nia w sta­dzie. Za­kra­dają się w nocy, znaj­dują ja­kąś sztukę na ubo­czu i za­bie­rają ją. Mam noc­nego stróża, ale moje go­spo­dar­stwo jest nie­wiel­kie. Nie je­stem du­żym ho­dowcą z ty­sią­cami sztuk by­dła i kil­ku­na­stoma pra­cow­ni­kami. Mam dwie­ście krów i trzech po­moc­ni­ków, nie li­cząc sta­rego Qu­incy’ego. Dzie­sięć skra­dzio­nych krów ozna­cza dla mnie stra­cone pięć pro­cent stada. Je­śli nie znajdę spo­sobu na po­wstrzy­ma­nie tych kra­dzieży, za mie­siąc ubę­dzie mi dwa­dzie­ścia pięć pro­cent. Za trzy mie­siące mogę już być bez by­dła.

Wy­da­wało się czymś ry­zy­kow­nym dla zło­dziei, żeby wra­cać wie­lo­krot­nie na miej­sce prze­stęp­stwa. A może to był ktoś, kto dzia­łał w po­je­dynkę?

– Zna­lazł pan ja­kieś prze­cięte druty w ogro­dze­niu?

Gri­mes po­stu­kał bo­kiem kciuka w blat biurka, a na­ra­sta­jąca fru­stra­cja spra­wiała, że od­głos na­bie­rał in­ten­syw­no­ści.

– Nie. Spraw­dzam ogro­dze­nie za każ­dym ra­zem, kiedy znik­nie mi sztuka ze stada. Nie zna­la­złem żad­nych prze­cię­tych czy ob­ni­żo­nych frag­men­tów. – Pod­niósł rękę nad biur­kiem i za­ci­snął dłoń w pięść. – Nie mam po­ję­cia, jak do tego do­cho­dzi.

– Wy­daje się, że to może być ktoś z miej­sco­wych, skoro wra­cają. Może ja­kaś biedna ro­dzina chce wy­ży­wić swoje dzieci?

Gri­mes spoj­rzał na niego spode łba.

– Po­my­ślał­bym tak, gdyby za­brali jedną krowę. Ale dzie­sięć? Tu nie cho­dzi o je­dze­nie. To coś oso­bi­stego.

Luke się wy­pro­sto­wał.

– Ktoś ma w tym ja­kiś in­te­res? – By­łoby to bar­dziej uza­sad­nione, gdyby cho­dziło o ze­mstę czy zro­bie­nie ko­muś na złość. Zło­dzieje by­dła ro­bili to dla pie­nię­dzy, a je­dy­nym spo­so­bem na za­ro­bek, który prze­wyż­szyłby ry­zyko, by­łaby kra­dzież jak naj­więk­szej liczby krów i znik­nię­cie z oko­licy. Trzeba było zmie­nić ozna­cze­nie by­dła i zna­leźć kupca, który nie spraw­dzałby tego zbyt do­kład­nie. Ale je­śli głów­nym mo­ty­wem nie były pie­nią­dze, otwie­rało to ko­lejne moż­li­wo­ści.

– W tym wła­śnie cały pro­blem. – Gri­mes od­chy­lił się i ude­rzył dło­nią o pod­ło­kiet­nik. – Nie przy­cho­dzi mi do głowy nikt, kto chciałby mnie do­pro­wa­dzić do ban­kruc­twa. Kilka lat temu zwol­ni­łem po­moc­nika, bo kiep­sko się spra­wo­wał, ale z tego, co wiem, prze­pro­wa­dził się do Ko­lo­rado. A z ludźmi w mia­steczku nie mam żad­nych za­tar­gów.

– A co z pań­skimi pra­cow­ni­kami? – Luke za­stu­kał so­bie o udo ron­dem ka­pe­lu­sza. – Może któ­ryś wy­pił za dużo i po­wie­dział lub zro­bił coś, czym kogoś ura­ził?

Gri­mes po­trzą­snął głową.

– Buck i Ran­dall są bar­dzo opa­no­wani. A je­śli chcą się ro­ze­rwać w so­botę wie­czo­rem, ra­czej grają w karty. Za­nim pan spyta, mogę od razu po­wie­dzieć, że nie mają dłu­gów. Joe jest młody, więc zrobi cza­sem coś głu­piego, ale taki z niego cza­ruś, że nikt się na niego nie gniewa.

Luke chrząk­nął. Do­bry pra­co­dawca znał swo­ich lu­dzi, ale nikt ni­gdy nie wie­dział wszyst­kiego. Każdy miał ja­kieś se­krety. Moż­liwe, że za tą sprawą stał ktoś z Tri­ple G. Kto inny znałby go­spo­dar­stwo na tyle do­brze, żeby wy­pro­wa­dzić krowę, nie prze­ci­na­jąc przy tym ogro­dze­nia?

– A ktoś z prze­szło­ści? Ja­kieś nie­udane trans­ak­cje czy ko­biety, które mogą pró­bo­wać się ze­mścić?

– Nie. Ku­pi­łem tę zie­mię dzie­sięć lat temu, bez żad­nych zo­bo­wią­zań. Zdo­by­łem swoje stado po pię­ciu la­tach pro­wa­dze­nia spę­dów by­dła. Roz­sta­łem się w zgo­dzie z po­przed­nimi wspól­ni­kami. – Gri­mes gło­śno ode­tchnął i po­tarł so­bie twarz dło­nią. – A je­śli cho­dzi o ko­biety, przez te wszyst­kie lata zna­łem się bli­żej może z garstką, a z ni­kim nie by­łem na tyle bli­sko, żeby mieć wo­bec sie­bie ja­kie­kol­wiek ocze­ki­wa­nia. – Chwy­cił za kra­wędź biurka i spoj­rzał Luke’owi pro­sto w oczy. – Pa­nie Da­ven­port, je­stem ho­dowcą krów. Moje go­spo­dar­stwo to moje ży­cie. Nie mam czasu na po­li­ty­ko­wa­nie, za­le­ca­nie się do ko­go­kol­wiek czy wty­ka­nie nosa w nie swoje sprawy. Je­dyny czło­wiek, z któ­rym mia­łem ostat­nio ja­kieś za­targi, to Doug Ba­xter, ale on nie żyje, więc to nie może być on.

In­tu­icja Luke’a od razu za­re­ago­wała.

– O co cho­dziło mię­dzy pa­nem a Ba­xte­rem?

Gri­mes wzru­szył ra­mio­nami.

– Zwy­kłe sprawy. – Wska­zał kciu­kiem do tyłu. – Był wła­ści­cie­lem są­sied­niej działki. Piękny ka­wa­łek ziemi po­ro­śnięty trawą, ze stru­mie­niem, który byłby ide­alny dla by­dła. Chcia­łem go od niego od­ku­pić, a on nie był chętny. Ale już mó­wi­łem. On nie żyje od pra­wie dwóch mie­sięcy.

– Zo­stał tam ktoś z ro­dziny, kto może ży­wić do pana nie­chęć?

Osoby po­grą­żone w ża­ło­bie cza­sem szu­kały win­nych, żeby w ten spo­sób prze­kie­ro­wać swój bol i gniew.

– Syn. Nate. Nie są­dzi pan chyba… – Męż­czy­zna za­my­ślił się na chwilę. – Nie. Ten chło­pak ma do­piero trzy­na­ście czy czter­na­ście lat. Cza­sem daje po­pa­lić, ale jest nie­szko­dliwy. Cho­ciaż… te­raz, jak się nad tym za­sta­na­wiam… to mo­głoby wy­ja­śnić… – Za­ci­snął usta.

– Co?

– Bra­ku­jące krowy to nie je­dyna rzecz, jaka mnie ostat­nio spo­tkała.

Luke uniósł brwi, za­chę­ca­jąc Gri­mesa do wy­ja­śnień.

– Były też pewne znisz­cze­nia.

– Co na przy­kład?

– Po­łowa mo­jego ogrodu wa­rzyw­nego zo­stała do­słow­nie po­sie­kana na ka­wałki. Stra­ci­łem w ten spo­sób za­pasy na pra­wie mie­siąc. Ko­nie wy­pło­szono z za­grody. Je­den z nich oku­lał. Praw­do­po­dob­nie wszedł w norę po pie­skach pre­rio­wych, kiedy tam­ten wan­dal go wy­stra­szył. Różne drobne rze­czy, ja­kiś skunks w po­miesz­cze­niu dla pra­cow­ni­ków czy bomby z na­wozu na we­ran­dzie przy wej­ściu. Wszystko to działo się w nocy, po­dob­nie jak kra­dzieże. Za­częło się w po­dob­nym cza­sie. Po­dej­rze­wam, że te sprawy są ze sobą po­wią­zane i że to coś na tle oso­bi­stym. Nikt z ho­dow­ców w oko­licy nie stra­cił by­dła, więc praw­do­po­dob­nie to ja je­stem ce­lem ata­ków. Nie wiem tylko dla­czego. Ale je­śli to w ja­kiś spo­sób po­wią­zane z Ba­xte­rem…

– Niech mi pan po­zwoli to spraw­dzić, za­nim wy­cią­gnie pan po­chopne wnio­ski.

Luke wy­pro­sto­wał nogi. Sam do­pusz­czał się róż­nych psot, kiedy był mały. Wie­lo­krot­nie wpa­dał w ta­ra­paty. Moż­liwe, że to ten chło­pak z są­siedz­twa był od­po­wie­dzialny za tamte wy­bryki. Ale kra­dzież by­dła? To znacz­nie po­waż­niej­sze niż ja­kiś wan­da­lizm.

Klep­nął się dłońmi w ko­lana, po czym wstał z krze­sła.

Gri­mes rów­nież się pod­niósł.

– To zna­czy, że bie­rze pan to zle­ce­nie?

Luke wło­żył ka­pe­lusz i ski­nął głową.

– Tak.

– Cie­szę się. – Męż­czy­zna wy­cią­gnął z kie­szeni klucz, otwo­rzył szu­fladę biurka i się­gnął do środka. – Ro­zu­miem, że bie­rze pan po­łowę ceny z góry. Mogę panu wy­pi­sać…

Luke prze­rwał mu, ma­cha­jąc ręką.

– Mo­żemy się tym za­jąć póź­niej. Chcę za­cząć, póki jesz­cze jest ja­sno.

Gri­mes od­su­nął się od biurka i po­pa­trzył na niego z sza­cun­kiem.

– Po­wiem Qu­incy’emu, żeby przy­go­to­wał ko­nia. Le­piej, żeby pan za­czął od wschod­niej czę­ści te­renu. Stado pa­sie się od kilku ty­go­dni po stro­nie po­łu­dniowo-wschod­niej.

Luke do­ce­nił te in­for­ma­cje, ale nie za­mie­rzał dzi­siaj ob­jeż­dżać ogro­dze­nia.

– Ogro­dze­niem zajmę się rano – stwier­dził. – My­ślę, że naj­pierw od­wie­dzę pań­skiego są­siada.

Za­mie­rzał spraw­dzić Nate’a Ba­xtera. Chło­pak był je­dy­nym po­dej­rza­nym. A je­śli Luke wy­cią­gnął ja­kie­kol­wiek wnio­ski ze swo­jej mło­do­ści, wie­dział, że prze­peł­nieni gnie­wem chłopcy po­tra­fili wy­rzą­dzać po­ważne szkody. A im bar­dziej krzyw­dzili in­nych, rów­no­cze­śnie tym bar­dziej krzyw­dzili sami sie­bie. Jed­nak nie zda­wali so­bie z tego sprawy do chwili, aż było za późno.