Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Clausewitz naszych czasów. John S. Gardner „Guardian”
***
TAJNA HISTORIA DEZINFORMACJI I WOJNY POLITYCZNEJ.
XX wiek był wielkim laboratorium testowym dla dezinformacji i profesjonalnego, zorganizowanego kłamstwa, szczególnie w latach międzywojennych i okresie zimnej wojny.
Rid odsłania szokujące tajemnice wywiadów, opisuje dzieje profesjonalnego, zorganizowanego kłamstwa. Wiele z ujawnionych, tajnych operacji wydaje się wręcz niewiarygodnych. Autor ukazuje choćby, jak służby wywiadowcze zaczęły wykorzystywać rozwijającą się kulturę internetową na wiele lat przed WikiLeaks, a także, rzuca nowe światło na wybory prezydenckie w USA, w 2016 roku; zwłaszcza na rolę niesławnej „farmy trolli” w Petersburgu, a także na znacznie niebezpieczniejszy atak, zadany z ukrycia.
***
Żyjemy w wieku dezinformacji. Prywatna korespondencja jest wykradana i wycieka do prasy, aby komuś zaszkodzić – w Internecie rozpalane są namiętności polityczne, których celem jest wbicie klinów w widoczne już szczeliny liberalnej demokracji. Ich sprawcy sieją wątpliwości i publicznie negują wrogość owych poczynań, przenosząc je jednocześnie do działań zakulisowych.
***
Znakomita! Rid odsłania kulisty dezinformacji od jej początków po współczesne nam polityczne rozgrywki. Pokazuje jak prowadzona była rosyjska kampania dezinformacyjna w 2016 roku podczas wyborów prezydenckich w USA. „The Washington Post”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 655
Czym jest dezinformacja?
W marcu 2017 roku amerykańska Senacka Komisja do Spraw Wywiadu zaprosiła mnie na pierwsze publiczne przesłuchanie ekspertów w sprawie ingerencji Rosji w wybory prezydenckie w 2016 roku. Członkowie Komisji, wywodzący się z obu partii politycznych (Demokratycznej i Republikańskiej), chcieli, abym pomógł ukazać społeczeństwu amerykańskiemu zdobyte podczas śledztwa dowody, wskazujące na winę Rosji, które w tym czasie ciągle były przedmiotem burzliwej dyskusji wśród szerokiej opinii publicznej, i oczywiście spotykały się z zaprzeczeniem ze strony zarówno rządu Rosji, jak i prezydenta Stanów Zjednoczonych. Sytuacja była bezprecedensowa.
Poza mną świadkami byli Keith Alexander, były szef Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, oraz Kevin Mandia, prezes zarządu FireEye, wiodącej firmy zajmującej się bezpieczeństwem informacji. Tuż przed przesłuchaniem jeden z pracowników przeprowadził nas z holu do stołu dla świadków. Kiedy weszliśmy, spojrzałem na rząd zasiadających przed nami senatorów. Obecna była większość członków Komisji. Ich twarze wyglądały znajomo. Sala była pełna ludzi; fotoreporterzy, leżący na podłodze ze swoimi zawieszonymi na szyjach aparatami, wkrótce zostali wyproszeni. Przez chwilę im zazdrościłem.
Senatorowie siedzieli za ogromnym półkolistym, ciężkim drewnianym stołem, który zdawał się osaczać świadków. Na początku przesłuchania, zaraz po naszych wstępnych oświadczeniach, pochodzący z Wirginii senator Mark Warner, zwrócił się do nas z pytaniem, czy mamy „jakiekolwiek wątpliwości”, że to agenci rosyjscy zhakowali Krajowy Komitet Partii Demokratycznej oraz są autorami operacji dezinformacyjnej, która miała miejsce podczas kampanii wyborczej. Wyraźnie chciał usłyszeć krótką odpowiedź. W trakcie wypowiedzi Mandii i Alexandra miałem możność zastanowić się nad tym, co powinienem powiedzieć. Dowody w kwestii popełnionych nadużyć, które osobiście widziałem, były mocne: szereg artefaktów – podobnie jak odciski palców, łuski pocisków oraz tablice rejestracyjne samochodów uciekających z miejsca zbrodni – wyraźnie wskazywał na rosyjski wywiad wojskowy. Jednak, pomimo dowodów, samo przestępstwo wydawało się abstrakcyjne, hipotetyczne, nierealne. Następnie pomyślałem o rozmowie, którą odbyłem zaledwie dwa dni wcześniej z pochodzącym z dawnego bloku wschodniego oficerem wywiadu i ekspertem do spraw dezinformacji.
W drodze do Waszyngtonu na przesłuchanie w Senacie zatrzymałem się w Bostonie. Panował kąśliwy chłód. Wybrałem się do Rockport, niewielkiego miasteczka na krańcu Cape Ann, otoczonego z trzech stron wodami Oceanu Atlantyckiego. To tam, w swoim studiu, zgodził się spotkać ze mną Ladislav Bittman. Bittman, który zmarł półtora roku później, był prawdopodobnie najważniejszym uciekinierem z bloku wschodniego, jaki kiedykolwiek zeznawał i pisał o dezinformacji jako narzędziu pracy wywiadu. Były szef potężnej jednostki dezinformacji w KGB chwalił wydaną w roku 1972 książkę Bittmana The Deception Book jako jedną z dwóch najlepszych książek na ten temat1. Bittman uciekł w roku 1968, jeszcze zanim wynaleziono eksperymentalny prototyp Internetu i siedem lat przed moim urodzeniem.
Na rozmowie spędziliśmy całe popołudnie, siedząc w cichym pokoju wyłożonym drewnianymi panelami. Bittman był łysy, miał twarz pooraną zmarszczkami, za to w jego oczach, spojrzeniu, była jakaś świeżość, młodość. Słuchał uważnie, przerywał, aby móc się zastanowić i wypowiadał się bardzo rozważnie. Pamięć Bittmana i jego dbałość o szczegóły były naprawdę onieśmielające. Zapewne nie odpowiedziałby na moje pytania, gdyby nie miał odpowiedniej wiedzy. Byłem pod wrażeniem. Bittman wyjaśnił mi, jak w latach sześćdziesiątych XX wieku w bloku wschodnim powstawały całe urzędy, których celem było naginanie faktów, oraz w jaki sposób owe pomysły były projektowane, autoryzowane i oceniane. Ukazał jak nauczył się łączyć prawdziwe szczegóły z podrobionymi – aby dezinformacja odniosła sukces, musi „przynajmniej częściowo odpowiadać realiom lub chociaż akceptowalnym poglądom”. Wyjaśnił też, że przez ponad pół wieku przecieki ze skradzionych dokumentów były traktowane jako „standardowa procedura w działaniach dezinformacyjnych”. Jak sam szacował, podczas zimnej wojny przeprowadzono ponad dziesięć tysięcy odrębnych operacji dezinformacyjnych. Podał także kilka przykładów historii wziętych z życia: o pozorowanej niemieckiej grupie neofaszystów z logo z liśćmi dębu, sfałszowanych nazistowskich dokumentach ukrytych w leśnym jeziorze w Czechach, amerykańskich planach wojny nuklearnej nieustannie wypływających w całej Europie, wizycie sowieckiego mistrza fałszerstw w klubie ze striptizem w Pradze. Ów ostrożny i rozważny staruszek nauczył mnie na temat tego, jak mam zeznawać, więcej niż jakiekolwiek techniczne sprawozdanie wywiadu, które czytałem lub jakiekolwiek śledztwo w sieci, jakie dane mi było podejmować. Uczynił, że stało się to realne2.
Na początku 2016 roku byłem właśnie w połowie skomplikowanego dwuletniego technicznego śledztwa dotyczącego MOONLIGHT MAZE, pierwszej znanej w historii międzynarodowej kampanii szpiegowskiej wysokiej klasy grupy rosyjskich szpiegów, która rozpoczęła działalność w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku i nigdy jej nie zaprzestała. Dzięki odrobinie szczęścia i uporu udało mi się wyśledzić jeden z rzeczywistych serwerów używanych w 1998 roku przez rosyjskich operatorów do przygotowania włamania do setek amerykańskich sieci wojskowych i rządowych. Emerytowany administrator systemów trzymał ów serwer – stare, niezgrabne urządzenie – pod biurkiem w swoim domu pod Londynem, razem z kompletem oryginalnych danych do logowania oraz rosyjskimi narzędziami do hakowania w sieci. To było jak odnalezienie wehikułu czasu. Cyfrowe artefakty z Londynu opowiedziały nam historię rozległej operacji hakerskiej, którą można było nawet powiązać ze śledztwem w sprawie całkiem współcześnie prowadzonej działalności szpiegowskiej. Nasze dochodzenie ukazało uporczywość oraz umiejętności, jakimi wykazują się agencje szpiegowskie, gdy włamują się do sieci komputerowych. Owe wielkie agencje szpiegowskie, które w okresie zimnej wojny zainwestowały w zbieranie kosztownych kolekcji technicznych sygnałów wywiadowczych, wydawały się też być szczególnie dobre w atakach hakerskich i dozorowaniu innych hakerów.
Wówczas, 14 czerwca, jak grom z jasnego nieba pojawiła się wiadomość o włamaniu do sieci Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Wśród niewielkiej społeczności ludzi, która bada włamania do wysokiej klasy sieci komputerowych, nie było odtąd większych wątpliwości, że stoimy w obliczu kolejnej rosyjskiej operacji wywiadowczej. Uzyskane artefakty cyfrowe nie pozwalały na żadne inne wnioski.
Następnego dnia rozpoczęły się wycieki i kłamstwa. Nagle pojawiło się naprędce założone online konto, na którym podano informację, iż „samotny haker” wykradł dane z siedziby demokratów w Waszyngtonie. Na koncie ujawniono kilka wykradzionych plików – oczywisty dowód, że rzeczywiście doszło do przecieku, ale już nie na to, że jego źródło nie było tym, za kogo się podawało. 16 czerwca stało się jasne, że niektórzy z najbardziej doświadczonych i agresywnych operatorów wywiadowczych na świecie przypuścili zmasowany, niejawny atak na Stany Zjednoczone3.
W następnych dniach i tygodniach obserwowałem wpływ owej ingerencji na przebieg wyborów, starannie zbierając te z okruszków, które pozostawili po sobie rosyjscy operatorzy. Na początku lipca podjąłem decyzję o napisaniu pierwszego zarysu owej niezwykłej historii. Opublikowałem dwa artykuły śledcze na temat trwającej kampanii dezinformacyjnej: pierwszy pod koniec lipca 2016 roku, w dniu konwencji Partii Demokratycznej, a drugi na trzy tygodnie przed wyborami powszechnymi. Zauważyłem jednak, że nie byłem odpowiednio przygotowany do tego zadania. Całkiem dobrze znałem szpiegostwo cyfrowe i jego historię, ale nie dezinformację, jak specjaliści wywiadu nazywali „środki aktywne”.
Żyjemy w wieku dezinformacji. Prywatna korespondencja jest wykradana i wycieka do prasy, aby komuś zaszkodzić – w Internecie rozpalane są namiętności polityczne, których celem jest wbicie klinów w widoczne już szczeliny liberalnej demokracji. Ich sprawcy sieją wątpliwości i publicznie negują wrogość owych poczynań, przenosząc je jednocześnie do działań zakulisowych.
Owa współczesna era dezinformacji rozpoczęła się na początku lat dwudziestych XX wieku, a sztuka i nauka czegoś, co CIA nazywa „wojną polityczną”, rozwijały się i zmieniały w czterech potężnych falach, które przebiegały w kolejnych pokoleniach. Wraz z teorią i praktyką dezinformacji zmieniała się też terminologia opisująca podejmowane działania. Pierwsza fala dezinformacji zaczęła się formować w latach międzywojennych, w okresie Wielkiego Kryzysu, w erze dziennikarstwa zdominowanego przez radio – wynalazku działającego bezwzględnie i błyskawicznie. Operacje podejmowane w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, których celem było wywarcie wpływu, były innowacyjne, zakonspirowane, pokrętne i, na razie, bezimienne. Fałszerstwa w tym okresie były często bronią słabych, a niektóre z nich wymierzone były jednocześnie przeciwko Związkowi Radzieckiemu, jak i Stanom Zjednoczonym.
Podczas drugiej fali, po II wojnie światowej, dezinformacja uległa profesjonalizacji, a amerykańskie agencje wywiadowcze przewodziły w agresywnych i pozbawionych skrupułów operacjach, spotęgowanych przemocą towarzyszącą przewlekłej wojnie o zasięgu globalnym. Ową mieszankę ukrytych prawdziwych enuncjacji, fałszerstw oraz otwartych dywersji wymierzonych w przeciwnika, CIA zdefiniowała jako „wojnę polityczną”, co jest równie pojemnym, jak i ambitnym określeniem. Najbardziej śmiercionośnym okresem „wojny politycznej” były lata pięćdziesiąte XX wieku w Berlinie, tuż przed wzniesieniem muru. Z kolei w bloku wschodnim preferowano prostszą i bardziej precyzyjną nazwę – „dezinformacja”. Jednak bez względu na terminologię, cele działań były identyczne: zaostrzyć istniejące już napięcia i sprzeczności w świecie politycznym przeciwnika, do czego wykorzystywano fakty i kłamstwa, a najlepiej dezorientującą mieszankę obu tych komunikatów.
Trzecia fala nastąpiła pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy dezinformacja stała się zasobniejsza i bardziej dopracowana, wyostrzona i sprawniej sterowana, wyniesiona do grona nauk operacyjnych o zasięgu ogólnoświatowym, zarządzana przez ogromną, dobrze naoliwioną biurokratyczną maszynę. Do tego czasu w sowieckim establishmencie wywiadowczym oraz w satelickich agencjach państw bloku wschodniego szeroko stosowany był termin „środki aktywne”. Nazwa ta się przyjęła i faktycznie brzmiała całkiem elegancko, ponieważ pozwalała uchwycić szerszy konceptualny i historyczny trend owej gry. Po 1960 roku działania stawały się coraz aktywniejsze, a Wschód zdobywał w nich widoczną przewagę. Upadek Związku Radzieckiego, który nastąpił później, spowodował, że zniknął element taki, jak poczucie wyższości ideologicznej Wschodu.
Czwarta fala dezinformacji stopniowo narodziła się i osiągnęła swój szczyt około 2015 roku, kiedy na jej odrodzenie i kształt niewątpliwy wpływ miały nowe technologie i kultura Internetu. Dotychczasowa sztuka wywierania: mozolnego, bezpośredniego, profesjonalnego i pracochłonnego psychologicznego została zastąpiona przez działania błyskawiczne, nieskomplikowane, uderzające z dystansu i rozproszone. „Środki aktywne” stały się nie tylko „aktywniejsze” same w sobie – bardziej niż kiedykolwiek przedtem – ale także trudniej „mierzalne” – do tego stopnia, że sam termin zaczął być kwestionowany jako wieloznaczny.
Istniejąca w naszych czasach zorganizowana, profesjonalna sztuka mistyfikacji wymaga jednak powrotu do historii. Stawka jest ogromna – dezinformacja wywołuje korozję fundamentów liberalnej demokracji, naszej zdolności do oceny faktów na podstawie wartości i tym samym do autokorekty. Owo ryzyko ma długą historię. Jednak miażdżący ciężar nieustającego strumienia wiadomości oznacza, że wszystko wydaje się nowe, kruche, nieskończone – ustalony porządek sprawia wrażenie ulotnego, z labilnymi skrajnymi poglądami i coraz to nowymi pęknięciami. Kryzys naszych demokracji zachodnich jest nader często określany jako bezprecedensowy. Owo poczucie nowości jest błędne, stanowi pułapkę. Ingerencja w wybory prezydenckie 2016 roku oraz ponawiający się kryzys rzeczywistości ma stuletnie doświadczenie. Mimo to, nieprzygotowani i nieświadomi demokraci przed wyborami w 2016 roku, jak i po wyborach republikanie, w większości nie umieli docenić zagrożenia i umniejszali niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą dezinformacja. I na odwrót: wiele osób przyglądających się z bliska dochodzeniu Prokuratora Specjalnego prowadzonemu w latach 2017–2019, wciąż nie jest w pełni świadomych ryzyka wywołanego wyborami w 2016 roku, znacznie przeceniając efekty anegdotycznej kampanii, która – marnie przeprowadzona – została mocno przereklamowana. Najlepszym i tak naprawdę jedynym skutecznym antidotum na tego typu pułapki jest analiza bogatej historii „wojen politycznych”. Tylko dzięki starannemu i dokładnemu oszacowaniu fantastycznej przeszłości dezinformacji możemy zrozumieć teraźniejszość i przygotować się na przyszłość. Badania wzrostu „środków aktywnych” z historycznego punktu widzenia ujawniają kwintesencję współczesnej historii, ściśle powiązanej z głównymi trendami kulturowymi i technicznymi ostatnich stu lat.
XX wiek był wielkim laboratorium testowym dla dezinformacji i profesjonalnego, zorganizowanego kłamstwa, szczególnie w latach międzywojennych i okresie zimnej wojny. Mimo to, zachodni badacze i szersza opinia publiczna w dużej mierze wolą ignorować historię zorganizowanego i zinstytucjonalizowanego oszustwa. Historycy zwykle wolą opowiadać prawdziwe historie niż badać dzieje mistyfikacji. Oczywiście są wyjątki – kilka epizodów zostało ostatnio dobrze udokumentowanych, jak na przykład opowieść o liście Zinowiewa4 – oszustwie z 1924 roku, które wywołało wielki skandal polityczny w Wielkiej Brytanii, czy też uporczywie powtarzane w latach osiemdziesiątych XX wieku kłamstwo, że AIDS było bronią opracowaną przez armię Stanów Zjednoczonych5. Dobrze przebadana jest też mniej agresywna, tajna akcja kulturalna przeprowadzona przez CIA w początkowym okresie zimnej wojny, której najbardziej znanym elementem był Kongres Wolności Kulturowej6. Podobnie jest w przypadku mistyfikacji militarnych z czasów wojny7. Większość dwudziestowiecznych operacji dezinformacyjnych została jednak najzwyczajniej zapomniana, w tym nawet te największe i najbardziej udane. Liberalne demokracje XXI wieku nie mogą sobie jednak dłużej pozwolić na bagatelizowanie tamtej przeszłości. Zignorowanie licznych i niepokojących lekcji o kampaniach dezinformacyjnych prowadzonych na skalę przemysłową w okresie zimnej wojny grozi powtórzeniem błędów sprzed półwiecza, które jeszcze teraz, w epoce cyfrowej, osłabiają liberalną demokrację.
Rozpoznanie „środków aktywnych” może być trudnym zadaniem. Dezinformacja, o ile zostanie przeprowadzona profesjonalnie, jest trudno zauważalna, zwłaszcza kiedy po raz pierwszy przedostaje się do opinii publicznej. Dlatego też pomocne tu będzie zdefiniowanie, czym jest, a czym nie jest „środek aktywny”.
Po pierwsze, i najważniejsze: „środki aktywne” nie są spontanicznymi kłamstwami polityków, ale metodycznym wytworem rozbudowanych biurokracji. Dezinformacja była, i pod wieloma względami nadal pozostaje, domeną agencji wywiadowczych – profesjonalnie zarządzanych, stale doskonalonych i zazwyczaj wykorzystywanych przeciwko przeciwnikom poza granicami swojego państwa. Po drugie, wszystkie „środki aktywne” zawierają element dezinformacji: treść może być fałszywa, jego źródła spreparowane, a metoda pozyskania niejawna – agenci i wycinki informacji mogą udawać coś, czym nie są, a zaangażowane jako przykrywka i do rozszerzenia operacji konta internetowe mogą być nieautentyczne. Po trzecie, „środki aktywne” zawsze są ukierunkowane na uzyskanie ostatecznego efektu – zazwyczaj chodzi o osłabienie konkretnego przeciwnika. Owe działania mogą mieć różny charakter: wywołanie podziałów między sprzymierzonymi narodami, wbicie klinów między grupy etniczne, tworzenie napięć między członkami grupy lub partii, podważenie zaufania określonej grupy obywateli do instytucji społecznych. „Środki aktywne” mogą być też ukierunkowane na pojedynczy, ściśle określony cel, na przykład podważenie legalności rządu, zdyskredytowanie jakiejś osoby lub kwestionowanie rozmieszczenia gdzieś systemu uzbrojenia. Czasami tego typu projekty mają na celu nawet wpływ na podjęcie konkretnej decyzji politycznej.
Cechy te, które łatwo błędnie zrozumieć, generują istnienie trzech, powszechnie funkcjonujących tez o naturze dezinformacji. Jest ona bowiem na ogół postrzegana jako działalność wyrafinowana, oparta na rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości i funkcjonująca w sferze publicznej.
Niemal wszystkie operacje dezinformacyjne są w rzeczywistości niedoskonałe w swoich założeniach, gdyż przeprowadzają je nie perfekcjoniści, ale pragmatycy. „Środki aktywne” są też wewnętrznie sprzeczne: są to tajne operacje mające na celu uzyskanie jawnego wpływu, tajne urządzenia wykorzystywane w debatach publicznych, starannie ukryte, ale widoczne już na pierwszy rzut oka. W ciągu dziesięcioleci nikczemni oszuści z różnych agencji wywiadowczych, zachodnich i wschodnich, odkryli, że ścisłe bezpieczeństwo operacyjne nie jest ani opłacalne, ani pożądane, ponieważ zarówno częściowa, jak i opóźniona jawność może de facto działać w interesie strony agresywnej. Nieprzypadkowo dezinformacja funkcjonuje w labilnych odcieniach szarości, nigdy zaś w całkowitych ciemnościach. Często, przynajmniej od lat pięćdziesiątych XX wieku, element utajnienia danej kampanii dezinformacyjnej był jedynie jej zewnętrznym atrybutem, niedoskonałym i z założenia tymczasowym.
Dezinformacja to nie jest także po prostu informacja z gruntu fałszywa – a przynajmniej niekoniecznie. Niektóre z najbardziej szkodliwych i najskuteczniejszych „środków aktywnych” w historii tajnych działań zostały zaprojektowane w taki sposób, aby dostarczyć jak najdokładniejsze informacje. Przykładowo, w 1960 roku wywiad radziecki wydał broszurę, w której opisywano prawdziwe akty linczów i inne makabryczne akty przemocy na tle rasowym wobec Afroamerykanów od Tennessee aż po Teksas. Następnie KGB rozpowszechnił ją w wersji angielskiej i francuskiej w kilkunastu krajach afrykańskich pod przykrywką fałszywej grupy afroamerykańskich aktywistów. Z kolei w okresie bliższym naszej pamięci agencje wywiadowcze przekazały prawdziwe, zhakowane dane, które jako wycieki informacji zostały opublikowane w WikiLeaks. Nawet jeżeli nie tworzono fałszerstw ani nie zmieniano treści, to wokół na ogół prawdziwych informacji pojawiały się „doklejone” drobne kłamstewka, dotyczące zarówno pochodzenia danych, jak i tożsamości osoby, która je opublikowała.
I wreszcie, operacje dezinformacyjne nie zawsze kierowane są do szerokiej opinii publicznej. Niektóre bardzo skuteczne „środki aktywne” ukierunkowane były na określoną grupę docelową i nigdy nie znalazły się w treści gazet, audycji radiowych czy w formie broszur. Dlatego właśnie często działały skuteczniej. W KGB tego typu operacje nazywano „niemymi” środkami8. Jedną z najbardziej spektakularnych operacji wszech czasów był właśnie „niemy” środek – zmanipulowany przez Stasi wynik pierwszego wotum nieufności głosowanego przez zachodnioniemiecki parlament w kwietniu 1972 roku, dzięki czemu, wbrew wszelkim przeszkodom, ówczesny kanclerz utrzymał się przy władzy. Z kolei prywatnym ofiarom ataków dezinformacyjnych z większym trudem przychodzi zwalczać plotkę lub fałszerstwo, które nigdy nie zostało poddane publicznej kontroli i krytyce.
Niniejsza książka wyodrębnia trzy główne tezy historii dezinformacji w ostatnim stuleciu. Pierwsza z nich ma charakter konceptualny. Zakrojone na szeroką skalę kampanie dezinformacyjne są atakami wymierzonymi w liberalny porządek poznawczy (epistemologiczny) lub system polityczny, który opiera się na najważniejszych strażnikach porządku społecznego. Instytucje te – organy ścigania i wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych, administracja publiczna, nauki empiryczne, dziennikarstwo śledcze, demokratycznie kontrolowane agencje wywiadowcze – przedkładają fakty ponad uczucia, spostrzeżenia ponad opinie. Uosabiają one otwarty porządek epistemologiczny, który umożliwia otwarty i liberalny porządek polityczny – jedno nie może istnieć bez drugiego. Na przykład pokojowe przekazanie władzy po głosowaniu, co do którego były pewne zastrzeżenia, wymaga zaufania do zasad organizacji wyborów, infrastruktury, procedur liczenia głosów i relacji prasowych, a wszystko to w sytuacji dużej niepewności i politycznej kruchości. „Środki aktywne” atakują ten porządek. Czynią to jednak powoli, subtelnie, co przypomina nieco topnienie lodu. Owa powolność sprawia, że dezinformacja jest o wiele bardziej podstępna, bowiem, jeżeli erozji ulega autorytet dowodu, to powstałe wówczas luki wypełniają emocje. Ponieważ odróżnienie faktów od nie-faktów staje się coraz trudniejsze, łatwiej odróżnić przyjaciela od wroga. Linia oddzielająca fakt i kłamstwo jest przedłużeniem granicy między pokojem i wojną, zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej.
Operacje dezinformacyjne w rzeczywistości niszczą fundamenty otwartych społeczeństw – nie tylko ofiar, ale także samego agresora. Kiedy rozbudowane, niejawne organizacje angażują się instytucjonalnie w systematycznie budowane oszustwo – na dużą skalę i przez długi czas – to zoptymalizują swoją kulturę organizacyjną dla własnych celów oraz podważą legalność administracji publicznej także w swoim kraju. Podejście społeczeństwa do „środków aktywnych” jest prawdziwym papierkiem lakmusowym dla jego instytucji republikańskich. Szczególnie w przypadku demokracji liberalnych dezinformacja stanowi podwójne zagrożenie: bycie celem „środków aktywnych” skutkuje zachwianiem instytucji demokratycznych, a powstała wówczas pokusa ich zaprojektowania i rozwinięcia przyniesie ten sam skutek. Niemożliwy jest jednoczesny triumf dezinformacji i demokracji. Im silniejszy i solidniejszy jest demokratyczny organ polityczny, tym będzie odporniejszy na dezinformację – i tym rzadziej ją zastosuje. Z kolei osłabione demokracje łatwiej ulegają pokusie stosowania „środków aktywnych”.
Druga teza ma charakter historyczny. W kwestii tajnych „środków aktywnych” moralna i operacyjna równowaga między Zachodem i Wschodem, między demokracjami i nie-demokracjami, istniała tylko przez jedną dekadę po II wojnie światowej. Umiejętności CIA w prowadzeniu wojny politycznej widoczne były szczególnie w latach pięćdziesiątych XX wieku, zwłaszcza w Berlinie, i w praktyce dorównywały radzieckiej dezinformatsiji, a być może były nawet skuteczniejsze. Zachodnie agencje wywiadowcze unikały nawet niewielkiego ryzyka bezpośredniego, wykorzystując pośredników, organizacje będące przykrywką dla ich działań, przecieki oraz kłamstwa, a także zbilansowaną równowagę zaprzeczeń i półprawd. Jednak właśnie w tym momencie, kiedy CIA doskonaliła swoje umiejętności w zakresie wojny politycznej, amerykański wywiad niemal całkowicie wycofał się z dezinformacyjnego pola bitwy. Kiedy w 1961 roku wzniesiony został mur berliński, nie tylko fizycznie zablokował ruch między Zachodem i Wschodem – stał się także symbolem jeszcze ostrzejszego podziału: deeskalacji na Zachodzie i eskalacji na Wschodzie.
Trzecią tezą niniejszej książki jest to, iż rewolucja cyfrowa zasadniczo zmieniła zasady dezinformacji. Internet sprawił, że „środki aktywne” stały się nie tylko tańsze, szybsze, bardziej reaktywne i mniej ryzykowne, ale – ujmując to prościej – uczynił je jeszcze bardziej aktywnymi i trudniej mierzalnymi. Rozwój nowego typu aktywności i nowych form „środków aktywnych” sprawił, iż operacje stały się bardziej wyskalowane, a gdy zostały uruchomione, były trudniejsze do kontrolowania i oceny.
Wzrost liczby podłączonych do sieci komputerów dał początek szeroko rozumianej kulturze hakerskiej i wyciekom informacji. Powstałe pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku, rozproszone na całym świecie grupy aktywistów protechnologicznych, antywywiadowczych, pod koniec lat dziewięćdziesiątych nabrały rozpędu i dekadę później uwolniły prawdziwe potoki świeżej energii politycznej. Pierwsi hipisowscy aktywiści, którzy wykorzystywali siłę, jaką ich działaniom w Stanach Zjednoczonych dawała Pierwsza Poprawka, wchłonęli później także elementy kultury techno-utopijnej, subkultury hakerskiej, cyberpunków i anarchizmu, łącząc je z libertariańską postawą, antyautorytaryzmem oraz obsesją na punkcie szyfrowania i anonimowości. Wielu pierwszych kryptoaktywistów i zwolenników anonimowości nazwanych zostało „cyberpunkami”, co zawdzięczają słynnemu mailowi, który został w ten sposób podpisany. W drugim numerze magazynu „Wired”, wydanym w maju 1993 roku, trzech z owych „kryptobuntowników” pojawiło się z twarzami ukrytymi pod białymi plastikowymi maskami z kluczami nadrukowanymi na czołach i ciałami owiniętymi w amerykańską flagę. Dziesięć lat później ruch Anonymous, który ucieleśniał wiele z owych buntowniczych wartości, jako swój znak rozpoznawczy przyjął niemal identyczne maski Guya Fawkesa. Kolejną dekadę później Edward Snowden, kultowe już dzisiaj źródło przecieku informacji wywiadowczych, który w podobny sposób łączył wiarę w moc kodowania z odległymi ideałami libertarianizmu, również pojawił się na okładce magazynu „Wired” owinięty w amerykańską flagę. Zapierający dech w piersiach optymizm owego ruchu wyrażał się w jego hasłach i motywach: informacja pragnie być wolna, źródła otwarte, anonimowość chroniona, a osobiste sekrety powinny być szyfrowane domyślnie, chociaż z kolei tajemnice rządowe powinny być ujawniane przez demaskatorów, najlepiej anonimowo, na zasadzie równy z równym w sieci. Duża część owego idealizmu była i nadal jest czymś pozytywnym, a projekty samych aktywistów pod wieloma względami przyczyniły się do zwiększenia bezpieczeństwa informacji i wolności w Internecie.
A jednak, niejako na marginesie, owa powstająca subkultura, która oparła się na połączeniu radykalnej przejrzystości i równie radykalnej anonimowości, ale także możliwości hakowania i wycieków informacji, kradzieży i publikowania, stworzyła to, co wcześniej istniało jedynie czasowo: doskonałą przykrywkę dla „środków aktywnych”, i to nie tylko dzięki białemu szumowi anonimowej aktywności publicystycznej, od torrentów po Twitter. To, co sprawiło, że owa przykrywka stała się wręcz doskonała, to prawdziwa kultura celebrytów, która otoczyła najpierw Juliana Assange’a, a następnie Chelse’a Manninga i na koniec Edwarda Snowdena. Ci, którzy sami siebie określili jako demaskatorów, zaczęli być powszechnie ubóstwiani jako herosi, postrzegani przez swoich zwolenników jako osoby, które w obliczu ucisku pozostały nieugięte i pryncypialne.
Sytuacja ta była spełnieniem marzeń oldskulowych specjalistów z dziedziny dezinformacji. Internet najpierw osłabił dziennikarstwo, a następnie wzmocnił aktywizm. Tuż po 2010 roku testowanie, wzmacnianie, utrzymywanie i negowanie „środków aktywnych” stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek, a z kolei dużo trudniejszym zadaniem było przeciwstawianie się plotkom, kłamstwom i teoriom spiskowym lub ich prostowanie. Internet sprawił, że społeczeństwa otwarte stały się bardziej otwarte także na dezinformację, a za maskami Guya Fawkesa zaczęli się ukrywać również zagraniczni szpiedzy. Internetowa kultura aktywistów ukryła w nowym, rozgwieżdżonym płaszczu kryptolibertarianizmu coś, co kiedyś było mroczną taktyką wywiadowczą.
Inną cechą, która sprawiła, że „środki aktywne” stały się jeszcze aktywniejsze, była ważna innowacja operacyjna – po 2010 roku „środki aktywne” bezproblemowo pokrywały się z tajnymi akcjami. Komputery podłączone do sieci i luki w ich zabezpieczeniach oznaczały, że informacje nie były już nakierowane wyłącznie na umysły – ich adresatami mogły być także maszyny. Od dawna można było przekonać, oszukać, a nawet kupić wydawców, ale teraz ich platformy można było również zhakować, zmienić lub zniszczyć. Ponadto maszyny stawiają mniejszy opór niż ludzkie umysły. Pojawiła się także możliwość technicznego wzmocnienia „środków aktywnych”, na przykład za pomocą półautonomicznych kont i w pełni zautomatyzowanych botów. Maszyny stworzyły internetowy odpowiednik śmiechu w nagrywanym w studiu telewizyjnym show. Co więcej, sieci komputerowe mogą być teraz naruszane, aby osiągnąć efekty, które niegdyś wymagały bezpośredniej aktywności ludzkiej: manipulowanie lub obezwładnienie infrastruktury, logistyki lub łańcuchów dostaw. Krótko mówiąc, automatyzacja i hakowanie stały się naturalnymi przedłużeniami strategii „środków aktywnych” – akcji na odległość, osiąganej niewielkim kosztem negacji oraz rezygnacji z przemocy fizycznej. Linia między demoralizacją i sabotażem stała się rozmyta, a operacje łatwiejsze do skalowania i trudniejsze do powstrzymania. Internet, wraz ze swoją specyficzną kulturą, stworzył nowy interfejs człowiek-maszyna, który wydawał się optymalny dla masowej dezinformacji.
Z punktu widzenia agresywnych agencji wywiadowczych miało to olbrzymie znaczenie. Tak, manipulowanie malkontentami i złośliwym oprogramowaniem sprawiło, że działania stały się aktywniejsze. Internet jednak jeszcze bardziej zaostrzył stary problem szpiegów. Podobnie jak wszystkie systemy biurokratyczne, tajne organizacje pragną wskaźników i danych, aby móc wykazać, jak dobrze radzą sobie w nieustannej rywalizacji o rządowe zasoby. Oczywiście, dynamika „pokaż mi dane” od dawna charakteryzowała również dezinformację. „Pragnienie szybkiego, namacalnego sukcesu czyni czasami służbę wywiadowczą ofiarą własnej propagandy i dezinformacji” – co już na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zauważył Bittman, uciekinier z Czechosłowacji9. Czterdzieści lat później, po 2010 roku, masa danych była olbrzymia, liczba środków wzrosła, a głód mierników stał się dotkliwszy niż kiedykolwiek przedtem. Jednak dezinformacja, z założenia, nadal opierała się wszelkim pomiarom. O – większa ilość danych z zasady oznaczała wiarygodniejsze wskaźniki, to Internet miał odwrotny wpływ na dawną sztukę wojny politycznej: wskaźniki wytwarzane przez cyfrową dezinformację były w dużym stopniu same w sobie dezinformacją. Internet nie nadał większej precyzji sztuce i nauce dezinformacji – sprawił, że „środki aktywne” stały się trudniej mierzalne: trudniejsze do skontrolowania, sterowania i wskazania wypracowanych efektów. W rezultacie dezinformacja stała się groźna jak nigdy wcześniej.
1921–1945: Sztuka zwodzenia
1
„Trust”
W marcu 1988 roku Robert Gates, zastępca dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej, miał zamiar zjeść śniadanie z pisarzem z Instytutu Hoovera, konserwatywnego centrum badawczego na Uniwersytecie Stanforda. Pisarz, przyjaciel Gatesa, niedawno zwrócił uwagę na ciekawy przypis ukryty w grubej książce, którą właśnie czytał. Znajdowała się w nim wzmianka o mało znanym, nieopublikowanym studium CIA na temat „Trustu”, tajemniczej sowieckiej organizacji, która istniała, lub wierzono, że istniała, przez pięć lat – w latach dwudziestych XX wieku. Walter Pforzheimer, kurator i pionier Zbioru Wywiadu Historycznego Agencji, zlecił dwóm doświadczonym agentom CIA specjalizującym się w wywiadzie rosyjskim zbadanie tej sprawy. Ukończono je w marcu 1967 roku. W ramach odpowiedzi pracownicy zajmujący się historią CIA wystosowali obszerny list. „Trust” – jak Gates powiedział swojemu przyjacielowi ze Stanford – odegrał „mało użyteczną rolę w edukacji wielu pracowników Agencji w zakresie niektórych sowieckich technik wywiadowczych”. Było to jednak sprytne niedomówienie.
Feliks Dzierżyński, legendarny założyciel i szef Czeki, a następnie GPU i OGPU; zdjęcie zostało wykonane we wrześniu 1918 roku. (Ria Novosti)
Operacja „Trust” była jednym z najbardziej dramatycznych i brawurowych tajnych przedsięwzięć w historii wywiadu. Zaangażowani w nią byli rewolucyjni komunistyczni szpiedzy i wygnani z Rosji działacze monarchistyczni. Śledząc tę historię, można natrafić na miłość, wymuszenia, porwania, oszustwa, egzekucje, fałszywą książkę i obecność większości działających w Europie w okresie międzywojennym agencji wywiadowczych. Co jednak najważniejsze, po pół roku działalności, operacja ta doprowadziła do powstania pierwszej specjalnej jednostki dezinformacyjnej. Odniosła ona tak spektakularny sukces, że nawet jej początek i koniec stanowią zagadkę.
Najbardziej wiarygodnym i szczegółowym źródłem na temat operacji „Trust” jest znakomita analiza CIA opublikowana w roku 1988. Ponieważ Agencja nie istniała w latach dwudziestych XX wieku, przeto nie musiała niczego pomijać ani ukrywać. W 1997 roku rosyjska Agencja Wywiadu Zagranicznego – bezpośredni spadkobierca Czeki, pomysłodawcy Opieratsija Trest – opublikowała własne, nieco mniej szczegółowe i wyważone sprawozdanie na ten temat, oparte na trzydziestu ośmiu tomach dokumentów z rosyjskich państwowych archiwów bezpieczeństwa państwowego10. Opowieści dwóch antagonistycznych agencji wywiadowczych pokrywają się w wielu ważnych szczegółach.
Trwająca do 1921 roku w Rosji wojna domowa spowodowała masową emigrację z kraju Rosjan o poglądach konserwatywnych i antykomunistycznych. Ojczyznę opuściło wówczas ponad milion ludzi, którzy unieśli ze sobą pełen romantyzmu obraz życia w carskiej Rosji. „Biali”, jak ich często nazywano, mieli na emigracji wielu liderów, organizacje o charakterze wojskowym, wywiad, a nawet zachowali część broni oraz, co najważniejsze, kontrrewolucyjną wizję przyszłej Rosji. Wiele rosyjskich ugrupowań emigracyjnych miało w perspektywicznych planach przywrócenie monarchii. Nowe, radzieckie władze szacowały, że rosyjskich emigrantów, którzy rozproszyli się po całej Europie i Azji, było od półtora do dwóch milionów. Emigranci wydawali swoje czasopisma, których już w 1921 roku było kilkanaście tytułów, a w latach dwudziestych ta liczba bardzo się powiększyła. W samym Paryżu ukazywało się ponad 40 tytułow gazet wydawanych przez rosyjskie środowiska emigracyjne11.
W lipcu 1921 roku Lenin informował uczestników Trzeciego Kongresu Międzynarodówki Komunistycznej, że emigranci publikują własne gazety, są dobrze zorganizowani oraz spiskują, a także że „wróg stał się mądrzejszy”. Lenin ostrzegał swoich komunistycznych towarzyszy, że „podejmą oni każdą możliwą próbę i umiejętnie wykorzystają każdą okazję do ataku na sowiecką Rosję w taki lub inny sposób, aby ją zniszczyć”12. W rzeczywistości życie na emigracji było bardzo trudne. Emigranci monarchiści znajdowali się w dramatycznej sytuacji: żyli w nieustannym strachu przed zdradą, aresztowaniem, egzekucją i w skrajnym ubóstwie. Nawet wielki książę Rosji, spadkobierca tronu, był w stanie wynajmować mały zamek pod Paryżem wyłącznie dzięki sukcesywnej wyprzedaży diamentów, wyłuskiwanym z naszyjnika swojej żony13.
Na czele legendarnej, podlegającej Leninowi, tajnej policji bolszewików stał człowiek legenda, Feliks Dzierżyński zwany Żelaznym Feliksem. Instytucja stworzona i kierowana przez niego przeszła do historii pod nazwą Czeka. Po latach, podczas zimnej wojny, oficerowie wywiadu w całym bloku wschodnim z dumą podkreślali swój „czekistowski” rodowód. Dzierżyński, mężczyzna wysoki i przeraźliwie chudy, był zawodowym rewolucjonistą. Spędził wiele lat w carskich więzieniach, gdzie strażnicy pobili go tak brutalnie, że musiał maskować nieco zdeformowaną szczękę charakterystyczną „kozią” bródką. Ze swojego gabinetu w znamiennym olbrzymim gmachu z żółtej cegły – osławionej Łubiance, gdzie mieściła się główna siedziba Czeki – nieufny „Żelazny Feliks” bezlitośnie rozprawiał się ze wszystkimi działaniami kontrrewolucyjnymi w Rosji i poza jej granicami.
Swoich najlepszych oficerów Dzierżyński przeznaczał do działań mających osłabiać polityczne wpływy „białych”. Za te operacje odpowiadał Artur Artuzow, szef departamentu kontrwywiadu Czeki. Artuzow, z wykształcenia inżynier metalurg, syn włosko-szwajcarskiego serowara, był zahartowanym, krzepkim bolszewikiem posiadającym wyjątkową zdolność odnajdywania słabych stron swoich wrogów14.
Sam początek operacji nie był łatwy. W listopadzie 1921 roku bolszewiccy szpiedzy przechwycili w Estonii (która była niepodległym państwem) ważny list. Wysłany z Tallina przez niedoszłego oficera powstańca do Najwyższej Rady Monarchistycznej w Berlinie, zawierał raport z konspiracyjnego spotkania w stolicy Estonii, gdzie tamtejsi rosyjscy monarchiści spotkali się z przybyszem z Moskwy. Był nim Aleksander Jarkuszew, lat czterdzieści pięć, syn profesora, który sam wyglądał jak naukowiec, z monoklem w oku, włosami zaczesanymi do tyłu i małą kozią bródką15. Był arystokratą, znanym ze zdolności organizacyjnych, a jako mężczyzna – bawidamkiem i notorycznym uwodzicielem. Raport CIA podaje, że Jarkuszew umiał nawiązać romans nawet podczas podróży pociągiem z Moskwy do Tallina. Za czasów carskich był urzędnikiem państwowym, zaś w bolszewickiej Rosji pracował jako starszy urzędnik w Ministerstwie Transportu odpowiadający za drogi wodne. Artuzow mógł przeczytać w liście, jak „biali” wychwalali Jarkuszewa: „Myśli tak samo jak my”, pisali. „Jest tym, kogo potrzebujemy. On sam zapewnia, że jego opinie podzielają najlepsi ludzie w Rosji”16.
List opisywał dalej poglądy Jarkuszewa na temat nieuchronnej kontrrewolucji: „Rząd zostanie utworzony nie z emigrantów, ale z tych, którzy są w Rosji”, twierdził z naciskiem. Jarkuszew zapewniał „białych” również w Estonii, że w Rosji już działają aktywne organizacje kontrrewolucyjne oraz że zdołały one przeniknąć do bolszewickiej administracji. Dalej, jako arystokrata, Jarkuszew deprecjonował znaczenie emigracji, stwierdzając wg cytatu w liście: „W przyszłości będą oni mile widziani w Rosji, ale import rządu z zagranicy nie wchodzi w rachubę. Emigranci nie znają Rosji. Muszą przybyć i dostosować się do nowych warunków”17.
Dalej: „Organizacja monarchistyczna w Moskwie będzie przekazywać wytyczne dla organizacji na Zachodzie, a nie vice versa”. Rzucił nawet pomysł o utworzeniu „sowieckiej” monarchii.
Przechwycony list sprawił, że Artuzowa coś natchnęło. Ów niezwykły dokument ujawniał „sprzeczności”, używając tu języka, którym lubili się później posługiwać specjaliści od „środków aktywnych” wśród zwolenników przywrócenia w Rosji monarchii. Artuzow wyjaśniał Dzierżyńskiemu, że to sami rosyjscy aktywiści „białych” praktycznie ułożyli Czeka plan gry umożliwiającej eliminację krajowej organizacji „białych”, co zasygnalizował, podkreślając wers: „Rząd zostanie utworzony nie z emigrantów, ale z tych, którzy są w Rosji”. Następnie zwrócił uwagę Dzierżyńskiego na drugą część listu, w której estoński autor wychwalał intelekt Jarkuszewa, jego koneksje oraz doskonałą prezencję. Z całą swoją wiarygodnością i urokiem, Jarkuszew byłby doskonałym atutem.
„Jarkuszew jest bardzo interesującą osobą” – stwierdził Dzierżyński – „musimy dowiedzieć się o nim jak najwięcej; jak głębokie są jego monarchistyczne przekonania”. Dzierżyński miał już okazję poznać Jarkuszewa – w 1920 roku pracowali razem nad zagadnieniami związanymi z transportem. Szef Czeki był pewien, że Jarkuszew da się przekonać do zamiany stron. Zasugerował, aby powołać fałszywą organizację monarchistyczną i tym samym rozpocząć „grę operacyjną”18 z Najwyższą Radą Monarchistyczną w Berlinie i innymi organizacjami emigracyjnymi. Najpierw jednak Czeka musiała zatrzymać Jarkuszewa, przekonać go do zmiany poglądów, a następnie wykorzystać jego wiarygodność do omamienia rosyjskich białych kontrrewolucjonistów; powinni oni pozostać w samozadowoleniu na emigracji albo powrócić do Rosji, prosto w łapy Czeki.
Artuzow szybko wpadł na sprytny plan, w jaki sposób zorganizować przesłuchanie Jarkuszewa. (W swoim raporcie analitycy CIA byli pod dużym wrażeniem tego planu i szczegółowo go przeanalizowali). Niedługo później, niczego niepodejrzewający Jarkuszew, powrócił do Moskwy, gdzie Czeka zaaranżowała delegację służbową do Irkucka na Syberii. Podróż pociągiem tylko w jedną stronę trwała niemal tydzień. Jednak podróż służbowa była tylko przykrywką19. Kiedy Jarkuszew udał się na dworzec, aby wyruszyć do Irkucka, został aresztowany przez tajną policję i przewieziony na Łubiankę. Powiedziano mu, żeby przygotował się na długotrwałe przesłuchanie i nie martwił się o swoją rodzinę, która otrzyma telegram, że na Syberii zachorował na tyfus i będzie musiał tam pozostać aż do wyzdrowienia.
Przesłuchania prowadził osobiście Artuzow. Przez pierwsze trzy tygodnie wypytywał Jarkuszewa o jego karierę w czasach caratu. Dzięki kolejnym pytaniom nieustannie zwiększał presję, jednocześnie nie pozwalając Jarkuszewowi zorientować się, do czego zmierza. Wkrótce pojawiły się pytania o małżeństwo Jarkuszewa i jego wątpliwą wierność żonie. Na tym etapie Artuzow zrobił tygodniową przerwę, pozwalając, aby w tym czasie w Jarkuszewie budziły się kolejne wątpliwości i zaczęła kiełkować skrucha. Podczas następnego spotkania Artuzow postanowił zaskoczyć Jarkuszewa. Czeka wiedziała, iż jeszcze w 1917 roku Jarkuszew spotykał się z cieszącym się złą sławą brytyjskim szpiegiem Sydneyem Reillym, z którym rozmawiał wówczas o przyszłości Rosji, oraz że sygnalizował swoją gotowość współpracy z rządem brytyjskim. Artuzow wiedział nawet to, że owo zakonspirowane spotkanie odbyło się w garderobie pewnej tancerki. Teraz oto Artuzow podzielił się swoją wiedzą z ofiarą. – Czy tak wygląda patriotyzm? – dopytał się Artuzow. – Jak można wytłumaczyć taką zdradę ojczyzny?
Artuzow pozostawił w spokoju Jarkuszewa przez następny tydzień – tym razem, aby poczuł śmiertelne przerażenie. Po tym czasie doprowadzono Jarkuszewa do przyjemnego, gustownie umeblowanego gabinetu. Artuzow zadał kilka prostych, zdawkowych pytań, aby nieco rozluźnić wymęczonego psychicznie Jarkuszewa, po czym uderzył znienacka pytaniem o tematykę jego rozmów z białymi emigrantami w Tallinie. Jarkuszew najpierw zaprzeczył, aby kiedykolwiek był w Tallinie. Zapanowała nerwowa cisza. Artuzow otworzył drzwi i do pokoju weszła jedna z kochanek Jarkuszewa, kuzynka monarchisty, z którym spotkał się w Estonii, i potwierdziła, że odbył on tę podróż. Gdy wyprowadzono ją z pokoju, Artuzow podał mu oryginał przechwyconego listu opisującego ze szczegółami jego konspiracyjne rozmowy w Tallinie. Wtedy ofiara zemdlała.
Gdy się ocknął, Jarkuszew zdał sobie sprawę, że grozi mu nawet natychmiastowa egzekucja. Natychmiast zaczął spisywać wszystko, co wiedział o monarchistycznym ruchu oporu. Po kilku dniach ponownie wezwano go na przesłuchanie. Artuzow powiedział mu, że Czeka traktuje jego sprawę bardzo poważnie i analizuje ją wnikliwie, dochodząc do wniosku, że jednak nie popełnił on do końca zdrady ojczyzny – bądź co bądź, odradzał emigrantom działania terrorystyczne. Jarkuszew został zwolniony do domu z poleceniem powrotu do pracy. Tuż przed zwolnieniem, podczas spotkania z Artuzowem w obecności Dzierżyńskiego, ten ostatni złożył Jarkuszewowi propozycję. Czeka była gotowa powołać do życia fałszywą organizację monarchistyczną, a Jarkuszew stanąłby na jej czele. „Będziecie mieli zastępców do spraw wojskowych i politycznych, będziecie mieli ekspozytury w Sankt Petersburgu i w Moskwie, a sami pojedziecie do Europy, aby spotkać się z „podobnie myślącymi ludźmi”, obiecywał Dzierżyński20. Zakładał, że Jarkuszew domyślił się, jaki ma być cel tego planu, ale i tak powiedział mu to wprost, bowiem wszystko było nader zuchwale pomyślane: „Wszystko to będzie grą, naszą grą z twoim udziałem, pod kryptonimem Trust”21.
Dzierżyński zaczął teraz traktować Jarkuszewa z widocznym szacunkiem. „Nie oczekuję od was, Aleksandrze Aleksandrowiczu, natychmiastowej odpowiedzi”, zapewniał, zwracając się do Jarkuszewa w tradycyjnej rosyjskiej formie z podaniem otczestwa, oznaczającej szacunek. „Idźcie do domu i starannie wszystko rozważcie”.
W niedługim czasie, przy współpracy Jarkuszewa, Czeka utworzyła fałszywą organizację monarchistyczną liczącą czterystu mitycznych członków. Oficjalnie nazwano ją Organizacją Monarchistyczną Rosji Środkowej, znaną też pod akronimem wywodzącym się od jej rosyjskiej nazwy, MOCR. Źródła historyczne nie są jednoznaczne, czy zalążek MOCR-u istniała już w Moskwie (jak przyjmuje opracowanie CIA)22, czy też Dzierżyński stworzył całą ową fałszywą organizację od zera (jak twierdzi oficjalna historia SVR, powstała po zakończeniu zimnej wojny)23. Tak czy inaczej, teraz to Czeka pracowała z całych sił, aby uprawdopodobnić przygotywywanie w ZSRR monarchistycznego powstania. Gra operacyjna Dzierżyńskiego została podjęta.
14 listopada 1922 roku Jarkuszew wyruszył w swoją pierwszą podróż do Berlina w nowej roli, aby nawiązać kontakt z Najwyższą Radą Monarchistyczną. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, Jarkuszew miał zapewnić rosyjskich monarchistów, że uważa rezydującego w Paryżu wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, wnuka cara Mikołaja I, za jedynego możliwego do przyjęcia przywódcę postsowieckiej Rosji. Nowy władca miał przywrócić dawną monarchię bez jakichkolwiek zmian. Jednym z głównych zadań Jarkuszewa było nawiązanie kontaktu z samym wielkim księciem, co miało mu pomóc zyskać prestiż i wiarygodność w szerokim gronie społeczności emigracyjnej.
Spotkanie Jarkuszewa z przedstawicielami Najwyższej Rady okazało się znaczącym sukcesem. Uroczy, elokwentny i opanowany Jarkuszew mówił z emfazą. Jego mocodawcy z Czeki przekazali mu wiadomość, że emigracyjna Najwyższa Rada nie ma zbyt wiele informacji o prawdziwej sytuacji w Rosji, więc Jarkuszew zapewnił ich, że kraj zaczyna się budzić z koszmaru, jakim była rewolucja bolszewicka. Powiedział im, że siły kontrrewolucyjne mają swoich ludzi nawet w administracji, a „Trust” jest najlepiej przygotowany do pozyskiwania danych wywiadowczych i informowania emigrantów o perspektywach monarchistycznego odrodzenia w Rosji. Stwierdził też, że rozsądnie będzie nie narażać na niebezpieczeństwo owych wysiłków, czym byłyby próby ingerencji zza granicy. Jego zimna krew mogła budzić podziw. Wydawało się, że Najwyższa Rada została przekonana do pomysłu.
Podróż do Berlina spowodowała, że Jarkuszew poczuł się pewniej. Przywódcy emigrantów, z którymi się spotkał, nie zrobili na nim większego wrażenia i doszedł do wniosku, ze zdobył nad nimi przewagę. Żaden z nich, jak stwierdził, nie miał dość charyzmy, aby poprowadzić kontrrewolucję i stanąć na czele nowego rządu Rosji. Wizyta Jarkuszewa w Berlinie, jak oceniają historycy CIA w swojej błyskotliwej analizie psychologicznej, „utwierdziła go głęboko w przekonaniu, że przyszłość Rosji na dobre i na złe pozostaje w rękach bolszewików”. Były urzędnik carski był odtąd gotów oddać się całkowicie „grze operacyjnej” czekistów i odrzucił wszelkie skrupuły.
Latem 1923 roku Jarkuszew powrócił do Berlina, który był jednym z głównych ośrodków działalności rosyjskiej białej emigracji. Tym razem planował spotkać się z grupą twardszych jastrzębi, skupionych wokół charyzmatycznego wizjonera, jakim był generał Piotr Wrangel – urodzony na Litwie niemiecki szlachcic i jeden z ostatnich dowódców Białej Armii w końcowym okresie wojny domowej24. Jako wojskowy z dużym doświadczeniem najchętniej przebywał w gronie byłych oficerów zawodowych. Kiedy Jarkuszew usiadł do rozmów z ludźmi Wrangla, wywarł na wojskowych monarchistach wręcz nienaganne wrażenie: oto widzieli oni przed sobą dżentelmena w każdym calu, a nie bolszewickiego prymitywa, którego niektórzy z obecnych być może się spodziewali. Jarkuszew był spokojny, wyrażał się stonowanie. nawet z pewnym dystansem, nie gestykulował. Wręcz emanował pewnością siebie25.
Jarkuszew przekazał monarchistom w Berlinie, że powinni zachować spokój i nie podejmować jednostronnie żadnych działań, zachować siły i czekać na dzień odrodzenia, aż bolszewizm zacznie się rozkładać od środka. Nade wszystko aktywiści emigracyjni powinni byli powstrzymać się od przedwczesnych, ryzykownych akcji terrorystycznych. Przyszły rząd Rosji – dodał – będzie tworzony przez ludzi, którzy walczyli o niego w kraju. Słuchając Jarkuszewa, szef wywiadu Wrangla pozostał sceptyczny i zaczął zadawać Jarkuszewowi bez ogródek bardzo konkretne pytania: w jaki sposób cała ta aktywność monarchistyczna w Rosji mogła funkcjonować pod nosem Czeki? Jarkuszew odparł, że emigranci przebywają już zbyt długo poza krajem i widocznie nie są zbyt dobrze zorientowani w warunkach panujących w ZSRR. Spotkanie było krótkie i nie wszystkich zebranych udało się Jarkuszewowi przekonać. Jednak był ktoś szczególnie oczarowany emisariuszem z Moskwy, dzięki czemu zostało zasiane ziarno, które dało plon po dwóch i pół roku.
„Trust” miał jeszcze jeden ważny cel poza sianiem fermentu wśród monarchistów. Chodziło o wprowadzenie w błąd zachodnich agencji wywiadowczych, szczególnie w kwestii siły militarnej wciąż młodego i kruchego państwa bolszewików. Owe działania były szczególnie pilne, ponieważ zreorganizowana Czeka – występująca już pod nazwą GPU – Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenije (Państwowy Zarząd Polityczny) – rzekomo otrzymała informacje od swoich zagranicznych agentów o przygotowywaniu nowej zagranicznej interwencji militarnej przeciwko Związkowi Radzieckiemu26. Jarkuszew po powrocie do Moskwy otrzymał zadanie nawiązania kontaktów z szeregiem zagranicznych służb wywiadowczych27.
Jednym z pierwszych celów na jego liście były niewielkie, ale mające dobre kontakty z wywiadami innych państw, służby wywiadowcze Estonii. Jarkuszew wysyłał listy od MOCR-u do Najwyższej Rady Monarchistycznej za pośrednictwem estońskiego przedstawicielstwa w Moskwie. GPU podejrzewało, że estońscy szpiedzy przechwytują i czytają owe listy, przekazywane ich pocztą dyplomatyczną. Ludzie Dzierżyńskiego sądzili, że gdy Estończycy otworzą listy i przeczytają powierzoną im korespondencję, to postanowią sami nawiązać kontakt z MOCR-em, oczywiście pod warunkiem, że znajdą w listach ciekawe dla nich informacje wywiadowcze. Dlatego więc Jarkuszew, z niewielką pomocą GPU, zamieszczał w korespondencji starannie spreparowane materiały na temat Armii Czerwonej. Estończycy złapali przynętę. „Od tego momentu rozpoczął się transfer materiałów dezinformacyjnych do estońskiej służby wywiadowczej”, jak stwierdza oficjalna historia rosyjskiego wywiadu zagranicznego28.
11 stycznia 1923 roku światło dzienne ujrzała niezwykła instytucja29. Artuzow utworzył urząd dezinformacji30. Po prostu ilość fałszywych materiałów, które przechodziły przez owe kanały wywiadowcze, była na tyle duża, że stało się konieczne powołanie nowej, innowacyjnej komórki w strukturze rosyjskiego wywiadu zagranicznego. GPU miało się skonsultować z Rewolucyjną Radą Wojskową, najwyższym organem wojskowym ZSRR, z zadaniem utworzenia specjalnego biura w celu „przygotowania dezinformacji dla zachodnich wojskowych służb wywiadowczych”31. Według GPU celem było „powstrzymanie interwencji mocarstw zachodnich”32. Urząd Dezinformacji GPU fabrykował sfingowane protokoły z posiedzeń Politbiura, fałszywe memoranda i raporty wojskowe, wyolbrzymiające potencjał militarny ZSRR. Nowe biuro zostało zatwierdzone przez Komitet Centralny partii bolszewickiej, a sowiecka prasa zaczęła zamieszczać na swych łamach fałszywe informacje33. Jeden ze współpracowników Artuzowa chwalił później w raporcie skuteczność dezinformacji, która zapewniła Armii Czerwonej niesamowite zdolności fantomowe, a sfałszowane statystyki o sile militarnej ZSRR „dostarczano wszystkim służbom państw w Europie Środowej”34.
Działania „Trustu” zawiodły Jarkuszewa do Tallina, Rygi, Helsingforsu, Warszawy, Berlina i Paryża. W sierpniu 1923 roku Jarkuszew odbył swoją najważniejszą podróż – do Paryża, na spotkanie z wielkim księciem Rosji, Mikołajem Mikołajewiczem Romanowem. Wielki książę był mężczyzną o prawdziwie monarszej prezencji: mierzył ponad 180 cm, pobożny, ascetyczny, ucieleśniał najlepsze cnoty wojskowe. Mieszkał w wynajmowanym zamku w Choigny pod Paryżem, niemal w zupełnej izolacji. Towarzyszem podróży Jarkuszewa był, związany niegdyś z monarchistami, generał Mikołaj Potapow (a wtedy już lojalny bolszewicki generał i jeden z organizatorów Armii Czerwonej). Spotkanie z wielkim księciem trwało trzy godziny. Jarkuszew przygotował z tej okazji własną, zgrabną legendę: oto komunizm, a także socjalizm, skompromitowały się w Rosji – odwieczna Rosja odrodzi się o własnych siłach, a MOCR, działając w kraju, był motorem owych zmian. Emigranci znaleźli się teraz w obliczu niebezpiecznej sytuacji – pomagając obcym mocarstwom w interwencji przeciwko Rosji, naraziliby się rosyjskim patriotom w kraju, dla których już sama myśl o nowych interwentach był nienawistna. W konsekwencji mogliby oni skupić się wokół władzy bolszewików. Zatem najbezpieczniej było nie podejmować ryzyka i czekać, wspierając jednocześnie zwolenników monarchii w Moskwie. Jarkuszew poinformował, iż wielki książę był do tego w pełni przekonany, mówiąc: „Nie tylko się zgadzam, ale nie przestanę się z tobą konsultować ani nie uczynię bez ciebie żadnego kroku, i nie tylko teraz, ale także w przyszłości, zawszę będę szukać twojej rady”35.
Do połowy 1924 roku „Trust” skontaktował się także z wywiadem Finlandii. Aby bardziej uwiarygodnić transfer dokumentów i ludzi, „Trust” uruchomił na granicy radziecko-fińskiej tzw. okna. „Oknami” były niewielkie przejścia graniczne, z dala od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych, gdzie odpowiednio poinstruowani funkcjonariusze fińskiej straży granicznej przepuszczali agentów i posłańców „Trustu” (w rzeczywistości agentów sowieckiego wywiadu) zdążających w obu kierunkach. Do tego czasu fałszywi monarchiści z Moskwy nawiązali robocze kontakty ze służbami wywiadowczymi Estonii, Polski i Wielkiej Brytanii36. Ich mocodawcy zakładali, że służby wywiadowcze mniejszych państw współpracują ze sobą i wymieniają się informacjami, a najcenniejsze z nich będą także przekazywać wywiadom mocarstw zachodnich. Jeden z oficerów polskiego wywiadu, który analizował operację „Trust”, tak wyjaśniał później logikę pracy agencji szpiegowskich, które podjęły współpracę z MOCR-em: „Po co tworzyć siatki, po co angażować się w ryzykowne działania, po co wydawać duże sumy pieniędzy” – pytał polski oficer – „kiedy prawie co tydzień w poczcie dyplomatycznej z Moskwy, w pięknie zapieczętowanych kopertach przyjeżdżały odpowiedzi na niemal wszystkie nasze pytania?”37.
Jeden ze specjalnych pomysłów Dzierżyńskiego rozsławił „Trust” także w kulturze masowej: zabójstwo Sydneya Reilly’ego, ekscentrycznego byłego brytyjskiego oficera wywiadu i wyjątkowo aktywnego antybolszewika. Do wiosny 1925 roku Dzierżyński miał już plan, w jaki sposób z pomocą „Trustu” zwabić Reilly’ego do Rosji, a następnie go zlikwidować.
W maju 1925 roku Reilly otrzymał zaszyfrowany list od zaufanego kontaktu MOCR-u, który przekazał mu oficer MI6 w Tallinie. Wiadomość zawierała wzmiankę o „wielkich możliwościach biznesowych w Rosji, które według wszelkiego prawdopodobieństwa mogły mieć wpływ na rynki w Europie”. Wymyślnie zaszyfrowana notatka została spreparowana w taki sposób, aby przekonać Reilly’ego, że kontrrewolucja jest już blisko. Ofiara połknęła przynętę. Reilly ustalił z białymi emigrantami w Paryżu, że uda się do Rosji przez Helsinki we wrześniu 1925 roku. Korzystając z jednego z „okien” na granicy fińsko-rosyjskiej, na spotkanie z Reillym w stolicy Finlandii przybył sam Jarkuszew. Reilly, po początkowych wahaniach, zgodził się odbyć trzydniową podróż do Leningradu, a następnie pociągiem do Moskwy, gdzie miał się spotkać z przywódcami „Trustu”. Sowiecka tajna policja aresztowała Reilly’ego w Moskwie, na dworcu, gdy zamierzał już wracać.
Ludzie Dzierżyńskiego zdawali sobie sprawę, że wiadomość o aresztowaniu Reilly’ego podważyłaby wiarygodność „Trustu” wśród emigrantów, być może nawet nieodwracalnie. Dlatego też, aby ochronić reputację MOCR-u za granicą, Artuzow wymyślił kolejną przykrywkę. Zamiast Reilly’ego, do „okna” na granicy fińsko-radzieckiej przybył jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Artuzowa. Tam, późną nocą lub wczesnym porankiem 28 września, radziecki wywiad upozorował incydent na granicy, podczas którego miało dojść do wymiany ognia. Następnego ranka przyjechała ciężarówka i zabrała trzy „ciała”. Wszystko zostało starannie zaaranżowane, aby fińscy strażnicy graniczni byli przeświadczeni, że Reilly i dwóch ludzi MOCR-u zostało zastrzelonych podczas próby przekroczenia granicy. Wydawana w Leningradzie, kontrolowana przez partię „Krassnaja Gazieta” podała informację o śmierci Reilly’ego. Mimo wszystko sowieckie doniesienia prasowe odbierano jako mało wiarygodne i szybko zaczęły krążyć plotki, że MOCR jest w rzeczywistości komunistyczną przykrywką.
W odpowiedzi na nie „Trust” natychmiast rozpoczął realizację kolejnego planu. Jego kluczowym elementem był osoba Wasilija Szulgina. Szulgin był konserwatystą, byłym członkiem Dumy Państwowej oraz wyróżniającym się politykiem w czasach caratu, a przy tym zagorzałym monarchistą, bogatym ziemianinem, a obecnie także szanowanym i poczytnym pisarzem emigracyjnym. W jego osobie przyciągały uwagę młodzieńcze oczy i krzaczaste wąsy, których zakręcone ku górze koniuszki sprawiały wrażenie uśmiechu. Syn Szulgina, żołnierz Białej Armii, zaginął na Krymie latem 1920 roku w chaosie wojny domowej – Jarkuszew doskonale wiedział, że pisarz żył z nadzieją na jego odnalezienie38. Pierwsze spotkanie obu panów miało miejsce w Berlinie w 1923 roku. Jarkuszew namawiał pisarza, aby przyjechał do ZSRR, obiecując, że „Trust” dołoży wszelkich starań, aby odnaleźć jego zaginionego syna. Szulgin, mimo ostrzeżeń niektórych emigrantów, postanowił pojechać do ZSRR.
Jesienią 1925 roku Szulgin opuścił Paryż i przybył do Warszawy. Tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia, w nocy 22 grudnia, „nielegalnie” wjechał do ZSRR39. Pisarz przekroczył granicę jednym z „okien” w pobliżu miasta Stołpce na granicy polsko-radzieckiej. Odwiedził Mińsk, Kijów, Moskwę oraz Leningrad. Szulginowi przez cały czas towarzyszyli fałszywi monarchiści, którzy starannie dbali o jego wrażenia z podróży.
W Moskwie powitał go Jarkuszew, który następnie przedstawił go kierownictwu MOCR-u. Przykrywka OGPU (Obiedinionnoje GUP – nazwa dawnej Czeki po reorganizacji GPU w listopadzie 1923 roku) na potrzeby swojego gościa zadbała o zachowanie zasad konspiracji. Gospodarze wmawiali Szulginowi, że jest on zbyt dobrze znany w Rosji i powinien zachować incognito40. Wszystko to „wywarło na nim duże wrażenie”, jak stwierdza oficjalna historia rosyjskiego wywiadu. Uzasadnienie OGPU dla owej farsy było bardzo zawiłe: Dzierżyński pragnął, aby Szulgin odniósł wrażenie, że prawdziwe życie na nowo zaczęło tętnić w Rosji, a emigranci nie mają realnej wiedzy o sytuacji w ZSRR. Próby odnalezienia jego syna, rzeczywiste czy fikcyjne, nie przyniosły rezultatu i Szulgin już nie wracał później do tej sprawy. Gdy osoby odpowiadające za jego pobyt w ZSRR nabrały przekonania, że podstęp OGPU się udał, a Szulgin jest pod wrażeniem tego, co zobaczył w Rosji Radzieckiej, postanowiły pójść krok dalej. Talent literacki Szulgina był im dobrze znany, więc zaproponowali mu napisanie relacji z pobytu w ZSRR, co wcześniej sugerował także Jarkuszew.
Stworzona przez Dzierżyńskiego fałszywa rada kontrrewolucjonistów „Trust” zwabiła do powrotu do nowego Związku Radzieckiego jednego z najpopularniejszych „białych” pisarzy. Zorganizowano dla niego podróż oraz zachęcono do napisania relacji z podróży, co miało zdławić antysowiecki opór za granicą. Rękopis książki Szulgin przesłał swoim gospodarzom, aby mogli go przejrzeć i się upewnić, że jej treść nie narazi nikogo z „konspiratorów” – jednak osobą, która zaaprobowała ów rękopis, był… Dzierżyński.
Początkowo Szulgin nie planował napisania książki o swojej podróży do Rosji. Postrzegał ją jako „nielegalną” wyprawę, zorganizowaną przez konspirujących monarchistów, którzy podjęli wielkie ryzyko, aby zapewnić mu osobiste bezpieczeństwo, a przy tym nie narazić „sprawy”. „Początkowo kategorycznie odmówiłem opisania mojej nielegalnej podróży” – wspominał później Szulgin. „Obawiałem się, że w ten sposób wydam moich «przyjaciół» z Trustu”41. Jarkuszew przekonywał go, że najważniejsze jest rozpropagowanie prawdy na temat Rosji. Działający w Rosji „monarchiści” zapewnili, że może swobodnie napisać pierwszy szkic książki za granicą, który następnie, ze względów bezpieczeństwa, zostanie ocenzurowany przez MOCR w Moskwie, aby pisarz miał pewność, że jego publikacja nikomu nie zaszkodzi. Szulgin uległ namowom. W lutym 1926 roku opuścił Rosję i przybył do Paryża, gdzie zabrał się do pracy i niedługo później przesłał rękopis do Moskwy. Dzierżyński i Artuzow, jak podaje oficjalna historia SVR, „byli pierwszymi czytelnikami rękopisu książki Szulgina”.
Jego książka, Three Capitals: Journey to Red Russia, ukazała się na początku 1927 roku, najpierw po rosyjsku, w emigracyjnym wydawnictwie w Berlinie42, a następnie po francusku w Paryżu43. Publikacja „wywołała sensację”, jak zapamiętał ówczesny szef wydziału „Rosja” w polskim wywiadzie44. Szulgin pozostał krytyczny wobec Lenina, ale samą Rosję Radziecką przedstawił jako kwitnącą i pełną witalności. Czterdzieści lat później, będąc u kresu życia, Szulgin ciągle zastanawiał się nad tym zdarzeniem. Ironizował, że tuż obok jego własnego autografu na rękopisie widniał „niewidzialny, ale nieusuwalny dopisek: «Zezwalam na publikację, F. Dzierżyński»”45. Tajna podróż Szulgina stanowi najlepszą ilustrację głębokości gry podjętej przez radziecki wywiad. OGPU nie tylko zwabił swoich przeciwników do Rosji pod fałszywym pretekstem, neutralizując ich czasowo lub na stałe, ale radzieccy superszpiedzy, działając z niesamowitą brawurą, opracowali pomysłową i wyszukaną kampanię „środków aktywnych”.
MOCR rozrósł się do tego stopnia, że OGPU podzielił go na osobne projekty, nazywane „legendami”. W 1927 roku fałszywa rebelia monarchistów w Rosji miała rzekomo składać się z pięćdziesięciu „legend”46. „Trust” był u szczytu swoich sukcesów. Jednak mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na Zachodzie ukazała się książka Szulgina, organizacja zaczęła podupadać. W kwietniu 1927 roku jej dyrektor finansowy, Edward Opperput, zdezerterował i zbiegł do Finlandii. To właśnie Opperput ujawnił tajemnice i odsłonił różne poziomy fałszerstw, które MOCR stosował przez ponad pół dekady. Rewelacje Opperputa były jednak druzgocące również dla „białych” emigrantów. Nagle okazało się, że nikt i nic – nawet ucieczka Opperputa – nie było wiarygodne. Nie dało się stwierdzić, czy rzeczywiście była to ucieczka i ujawnił on tajemnice, czy też to OGPU wysłało go, chcąc zakończyć operację, która osiągnęła już swoje apogeum. Sam Opperput nadal miał być aktywnym sowieckim agentem, dopóki nie został zastrzelony przez Niemców w 1943 roku.
Działania „Trustu” bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenia z lat dwudziestych XX wieku ukształtowały przyszłość dezinformacji. Operacja ta była naprawdę spektakularnym sukcesem. Polski wywiad stwierdził później, że – „bez wątpienia” – operacja „Trust” wyrządziła rosyjskim emigrantom szkody „trudne do zmierzenia”, podcinając ich możliwości polityczne i wojskowe do tego stopnia, że stracili oni jakiekolwiek znaczenie47. Sukces ten spowodował także, że czekiści nabrali dużej pewności siebie. „Trust” pokazał, że ich rzemiosło było zarazem zuchwałe, a jednocześnie starannie dopracowane, aby stać się więcej niż tylko rozgrywką w ocenie najlepszych na świecie agencji wywiadowczych. „Od tego momentu” – stwierdza studium CIA – „rosyjski wywiad stał się siłą, z którą należało się liczyć”48.
Projekt stał się także inspiracją dla przyszłych „środków aktywnych”. W 1953 roku, w ramach stałej wystawy w świetlicy siedziby sowieckiego wywiadu, przedstawiono Feliksa Dzierżyńskiego, a znajdująca się pod nim inskrypcja poświęcona była „Trustowi”49. „Operatsja Trest”, jak stwierdził jeden z ważnych sowieckich uciekinierów, zajmowała ważne miejsce w szkoleniach ze „środków aktywnych” prowadzonych w Instytucie Czerwonego Sztandaru Jurija Andropowa, pierwszego dyrektora akademii wywiadu zagranicznego50. Jeszcze w 1996 roku oficjalna historia rosyjskiego wywiadu zagranicznego wychwalała ową operację dezinformacyjną jako niesamowity sukces. „Działania dezinformacyjne przeprowadzone przez MOCR odegrały wyraźnie pozytywną rolę”, jak zapewnia oficjalna historia SVR, po czym dodaje, że radzieccy szpiedzy byli w stanie potwierdzić skuteczność dwuetapowego podstępu, który zagwarantował dezinformację służb polskich, estońskich oraz fińskich, a te z kolei przekazały fałszywe materiały swoim partnerom we Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii, Włoszech i „w pewnym stopniu” w Stanach Zjednoczonych. Wrogowie ZSRR, uznając dezinformację za pełnowartościowe materiały wywiadowcze, doszli „do przesadnego wyobrażenia o potędze militarnej Armii Czerwonej”, jak konkluduje SVR, co z kolei doprowadziło do odstąpienia od zamiaru interwencji przeciwko ZSRR.
„Trust” miało jednak także trzecie, dość nieoczekiwane, znaczenie dla przyszłych działań wywiadowczych. Z czasem projekt ten coraz bardziej przypominał rosyjską matrioszkę, z kilkoma ukrytymi poziomami dezinformacji, ułożonymi jeden na drugim. Nawet bardzo uważni i najlepiej poinformowani analitycy mieli duże trudności ze wskazaniem, gdzie znajdowała się ostatnia warstwa skomplikowanej mistyfikacji, a tym samym dno oszustwa. Polski Sztab Generalny, a szczególnie jeden z oficerów, który pracował w nim wiele lat, był jednym z najlepszych źródeł wiedzy na temat „Trustu”. Jego analitycy, oceniając w swoim czasie „Trust”, na poważnie przyjmowali, że Dzierżyński oszukał nie tyle Rosjan na emigracji, ile raczej w samej Rosji. Dzierżyński, z pochodzenia Polak, zdołał przekonać niektórych, wcześniej zaciekle antybolszewickich oficerów polskiego wywiadu, aby wstąpili do Czeka. Jednym z argumentów, którego podobno wówczas użył, aby przekonać swoich rodaków, było to, że służąc w Czeka, znaleźliby się w znakomitej sytuacji, aby „wywrzeć krwawą zemstę na Rosjanach” za wszystko, co Rosja uczyniła Polsce. „Przyszło nam do głowy”, jak wspominał oficer polskiego wywiadu wojskowego Jerzy Niezbrzycki (lepiej znany jako Ryszard Wraga), „że on sam pozostawał wrogiem Rosji”51.
Dzierżyński z pewnością nie był wrogiem Rosji. Co więcej, wpływ bardzo wówczas innowacyjnego „Trustu” nie ograniczał się wyłącznie do zagranicy – najlepszym przykładem jest książka Szulgina, Three Capitals, która była dostępna w Związku Radzieckim wyłącznie za zgodą urzędu cenzury, nazywanego Glawlit. Niemniej jednak jej egzemplarze były bardzo poszukiwane i biblioteki wręcz nie nadążały z ich wypożyczaniem popularnym wśród bolszewików intelektualistom52. Relacja z podróży Szulgina była lekturą, którą zaczytywały się sowieckie elity – jednak tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia z dezinformacją53.
Fałszywa kontrrewolucyjna organizacja „białych” Rosjan służyła przez cały okres zimnej wojny jako wybitny przykład taktyki wywiadowczej, którą czekała świetlana przyszłość; była sposobem na posługiwanie się działaczami politycznymi „niczym lepka taśma przyciągająca owady”, jak nazywa to oficjalna historia SVR54, obalanie i popieranie ich.
2.
Japoński Mein Kampf
W 1926 roku chińskie, japońskie i radzieckie strefy wpływów zderzyły się w Mandżurii, olbrzymim obszarze Chin na północ od Korei, która była wówczas kolonią japońską. Na Dalekim Wschodzie był to czas wielkiego chaosu. Chiny powoli pogrążały się w katastrofalnej w skutkach wojnie domowej, w której komuniści walczyli z nacjonalistami. Po osłabieniu Chin, zarówno Japonia jak i Rosja spoglądały łakomym okiem na położone pomiędzy nimi żyzne obszary, o które stoczono wojnę już w 1905 roku. Owa wielka gra w północno-wschodniej Azji była tłem dla najbardziej tajemniczego i doniosłego fałszerstwa w XX wieku, tak zwanego Memoriału Tanaki, lepiej znanego w Stanach Zjednoczonych jako japoński Mein Kampf.
Na początku XX wieku cesarska Japonia była ważnym celem sowieckich działań szpiegowskich. W połowie lat dwudziestych „żelazny” Feliks Dzierżyński z dumą zapewniał, że ma w tym kraju doskonałe źródła informacji. OGPU dysponowała szczególnie produktywnymi rezydentami w Seulu i Harbinie, mieście w Mandżurii, które zamieszkiwali dość licznie rosyjscy emigranci. Pod koniec 1925 roku Dzierżyński rzekomo miał rozmawiać z członkami Politbiura o trudnościach, jakie napotkał na swojej drodze wyjątkowo ważny dokument, który miał nadejść z Japonii. W „ekstazie” opowiadał Lwu Trockiemu, towarzyszowi z wczesnego okresu rewolucji, że dokument ów może wywołać kryzys międzynarodowy, a nawet wojnę między Japonią a Stanami Zjednoczonymi.
Tanaka Giichi, premier cesarskiej Japonii od roku 1927, aż do swojej rezygnacji 2 lipca 1929. Fałszywy wielki plan strategiczny Tanaki, który po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w Nankinie w Chinach, przewidywał japońską inwazję na Mandżurię i atak na Pearl Harbor. (National Diet Library)
„Dokumentem nie można wywołać wojny” – zaprotestował Trocki.
„Nie masz pojęcia o wadze tego dokumentu” – odparł Dzierżyński. „Dotyczy planów zajęcia Chin, zniszczenie Stanów Zjednoczonych, dominacji nad światem”.
Trocki pozostawał nieprzekonany. „Czy twój agent nie został przypadkiem oszukany?” – zapytał – bo nie mieściło mu się w głowie, że ktokolwiek mógłby przygotować takie plany na papierze.
Trocki wyczuł, że Dzierżyński nie jest stuprocentowo pewny autentyczności owego dokumentu i „jak gdyby chcąc rozwiać własne wątpliwości”, „Żelazny Feliks” zaczął podawać dalsze detale. Twierdził, że OGPU zapłaciło około 3000 dolarów za fotograficzne kopie oryginalnego japońskiego dokumentu. Jednak problem polegał na tym, że nie dało się uchwycić całego planu wojennego na jednym zdjęciu, więc dostarczenie kompletnego dokumentu znacznie się opóźniło, ponieważ miał być dostarczony z Japonii w kilku osobnych rolkach filmu.
Wreszcie pewnego dnia Dzierżyński zakomunikował, że dokument został dostarczony i natychmiast przetłumaczony oraz poddany analizie. Kiedy OGPU przekazało tłumaczenie i raporty wywiadowcze na Kreml, członkowie Politbiura byli „wręcz oszołomieni” treścią już pierwszych stron. Jednak niektórzy wpływowi bolszewicy podzielili sceptycyzm Trockiego do buńczucznych zapewnień Dzierżyńskiego.
„Czy to na pewno nie jest poezja, fałszerstwo?” – kwieciście zapytał Mikołaj Bucharin, znany publicysta, członek Biura Politycznego i wydawca „Prawdy”. Dzierżyński aż się na to „zagotował”.
„Już ci mówiłem”, warknął – a z powodu wzburzenia jego polski akcent był jeszcze wyraźniejszy – „że ten dokument dostarczył nasz agent, który już dowiódł swojej całkowitej wiarygodności”. Dzierżyński jeszcze raz powtórzył, że oryginalny dokument został sfotografowany w Tokio, w archiwum Japońskiego Ministerstwa Marynarki Wojennej. „Nasz agent wprowadził do budynku naszego fotografa, bo sam nie umiał obsługiwać aparatu”, stwierdził naczelny szpieg OGPU. Po czym odbił pytanie: „Czy uważasz, że japońscy admirałowie trzymaliby fałszywy dokument w swoich tajnych archiwach?”.
Dzierżyński i jego doradcy byli zgodni w jednym: owe sensacyjne treści powinny zostać opublikowane, a najlepszym do tego miejscem były Stany Zjednoczone. Trudno było jednak dostarczyć wiarygodną legendę o tym, jak ów dokument został zdobyty w Tokio. Trocki wspominał: „Jakakolwiek wzmianka na temat prawdziwego źródła, tj. OGPU, tylko wzmogłaby nieufność”. Był rok 1926 i istniała duża szansa, że skutki mogą być przeciwne do zamierzonych: „W Ameryce oczywiście pojawiłoby się podejrzenie, że samo OGPU spreparowało ów dokument, aby zamącić relacje między Japonią i Stanami Zjednoczonymi”. Wkrótce okazało się, że zapewnienie dokumentowi legendy w Stanach Zjednoczonych jest jeszcze trudniejsze, niż to zakładało OGPU. Zanim doszło do opublikowania Memoriału Tanaki, w lipcu 1926 roku zmarł Dzierżyński, jesienią 1927 roku Trocki został usunięty z partii bolszewickiej, a dwa lata później był zmuszony emigrować z ZSRR.
Istnieje tylko jedna relacja z owych niezwykłych rozmów Trockiego i Dzierżyńskiego: niezwykłe wspomnienia Trockiego spisane kilkanaście lat po owych rzekomych spotkaniach. Trocki mieszkał wówczas na wygnaniu w Meksyku, gdzie był płodnym pisarzem politycznym i obracał się w kręgach artystycznych. Został zamordowany w swoim domu w Mexico City, przez tajnego sowieckiego agenta, ciosami czekana w głowę. Ostatni tekste, nad którym pracował przed gwałtowną śmiercią, nosił tytuł „Memoriał Tanaki”. Do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego Trocki był tak zmotywowany, aby dowieść, że dokument ten nie był sfałszowany.
Tanaka Giichi pochodził z samurajskiej rodziny i był wielokrotnie odznaczanym generałem. Miał cienkie siwe wąsy, krótko przystrzyżone włosy, nawet w cywilu, przenikliwe, pozbawione radości oczy i zwykle ubierał się bardzo oficjalnie – nosił mundur generalski lub garnitur. Od 1927 roku do połowy 1929 roku Tanaka pełnił urząd premiera Japonii. Przez trzy lata służył w Moskwie jako attaché wojskowy Cesarskiej Armii Japońskiej, a później odegrał znaczącą rolę jako planista w wojnie rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905. Znany był również ze swojej ekspansjonistycznej polityki wobec Mandżurii oraz aresztowań komunistów w ojczyźnie. Ów przebojowy, wojowniczy przywódca był przekonującym autorem dokumentu, który niedługo później stał się znany jako japoński Mein Kampf.
Pierwsza (spoza ZSRR) informacja na temat tekstu, który stał się znany jako Memoriał Tanaki, pochodzi z 9 września 1929 roku. Tego dnia urzędnik Mandżurskiej Kompanii Kolejowej miał rzekomo wysłać notatkę do konsulatu Japonii w Mukdenie, późniejszym Shenyang, stolicy Mandżurii. Linie kolejowe miały wyjątkowo duże znaczenie strategiczne i ekonomiczne, szczególnie na rozległych równinach północno-wschodniej Azji. W notatce znalazła się informacja, że delegaci chińscy, znajdujący się w drodze do Kioto, kupili „od przyjaciela w Tokio” niebezpieczny dla japońskiej polityki dokument, za który zapłacili horrendalną kwotę 50 000 jenów (w 1923 roku stanowiło to równowartość około 23 000 dolarów)55. W osobnym raporcie gubernator Mandżurii przekazywał delegacji amerykańskiej, która również przebywała w Mukdenie w drodze na tę samą konferencję, że ów dokument został zakupiony od anonimowego źródła japońskiego56. W tym samym miesiącu Tanaka, który niedawno zrezygnował z funkcji premiera Japonii, zmarł. Jak dotąd owa tajemnicza notatka pozostawała tylko i wyłącznie plotką.
Jej tekst doczekał się pierwszej publikacji dwa miesiące później w mającym niejasne powiązania chińskim tygodniku wychodzącym w Nankinie, który w tym czasie pełnił funkcję tymczasowej stolicy i siedziby chińskiego rządu nacjonalistycznego. Magazyn ten, „Current Affairs Monthly”, łączony był z Kuomintangiem, nacjonalistyczną partią rządzącą57. „Niedawno odnaleźliśmy w Tokio ów tajny dokument”, zapewniał redaktor. W grudniu 1929 roku ten sam magazyn opublikował pełny, liczący niemal 200 000 znaków tekst w tradycyjnym języku chińskim. Na reakcję rządu japońskiego nie trzeba było długo czekać. Zaledwie kilka tygodni później zażądał on zaprzestania publikacji owego dokumentu, wskazując, że „został on sfabrykowany”, jak wspominał później wysokiej rangi japoński dyplomata. Władze chińskie miały podobno na to przystać. Pod koniec 1930 roku w Tokio pojawiło się japońskie tłumaczenie tekstu opublikowanego w Chinach58. Owa publikacja z Nankinu oraz reperkusje, które spowodowała w relacjach chińsko-japońskich, zostały całkowicie zignorowane przez świat anglojęzyczny.
W następnym roku Japonia podjęła agresywne kroki wobec Chin. 17 września 1931 roku, „The China Critic”, anglojęzyczna gazeta wychodząca w Szanghaju z biurami w Nowym Jorku i Londynie, ponownie zacytowała tajemnicze Memorandum Tanaki, które miało wyrażać japońskie ambicje imperialne w kusząco prosty sposób: „Aby podbić Chiny, musimy przede wszystkim podbić Mandżurię i Mongolię – aby podbić świat, musimy przede wszystkim podbić Chiny”59. Cytat łatwo zapadał w pamięć i był powtarzany jeszcze wielokrotnie – jego wyczucie rzeczywistości było tym bardziej uderzające. Następnego dnia rozpoczęła się japońska inwazja na Mandżurię.
Nagle okazało się, że tajemniczy dokument był swego rodzaju przepowiednią, jeżeli nie proroctwem. Sześć dni później „The China Critic”, pośród mnóstwa artykułów krytykujących trwającą japońską inwazję na Mandżurię, opublikował pełny, liczący 17 000 słów, mający niedługo zyskać złą sławę, tekst Memoriału Tanaki. Było to dosłowne tłumaczenie oryginalnej chińskiej wersji, opublikowanej w Nankinie, jedynie z niewielkimi zmianami60.
Komintern opublikował falsyfikat Tanaki w pięciu językach w grudniowym wydaniu „Międzynarodówki Komunistycznej” z 1931 roku, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak ukazał się on po angielsku, usuwając – co było genialnym posunięciem – dwa kluczowe akapity.
Zaraz po publikacji oficerowie OGPU przesłali dokument do Moskwy. Zaledwie dwa miesiące później, w grudniu 1931 roku, oficjalny dziennik rezydującej w Moskwie Międzynarodówki Komunistycznej, znanej jako Komintern, przedrukował notatkę Tanaki w całości, i to w pięciu językach.
W marcu 1932 roku obradujący w Moskwie Komintern – nieświadomy, że Memoriał Tanaki został już opublikowany w Japonii – nakazał, aby będące sowiecką przykrywką biuro Sekretariatu Pan-Pacyficznego Związku Zawodowego przemyciło Memoriał ze Stanów Zjednoczonych do Japonii i spróbowało opublikować go w trzecim antywojennym numerze komunistycznego magazynu „Pan-Pacific Worker”. Archiwa Kominternu dowodzą, iż Memoriał Tanaki musiał zostać przetłumaczony. „Ze względu na wymagany czas” – jak stwierdza protokół – postanowiono: „Natychmiast rozpocząć tłumaczenie Memorandum Tanaki (z angielskiego na japoński)”61. Jednak w żadnym miejscu archiwa Kominternu nie odnoszą się do dokumentu jako fałszywki.
Organizacje, od których wywodziły się Komintern i KGB wiedziały, jak konstruować operacje dezinformacyjne, aby dementi ofiary, nawet jeżeli byłoby wiarygodne, raczej wzmacniało, niż osłabiało skutek działań dezinformacyjnych. Celem publikacji memorandum w Japonii było sprowokowanie Tokio do przygotowywania kolejnych i coraz głośniejszych zaprzeczeń.
Przez następne miesiące notatka „wzbudzała niezwykłe zainteresowanie w światowych stolicach”, o czym w maju 1932 roku donosił „The New York Times”. W długim artykule dziennikarz śledczy z „NYT” dokładnie przeanalizował okoliczności pojawienia się dokumentu oraz dowody za i przeciw jego autentyczności. Głównym argumentem przemawiającym za autentycznością memorandum było to, że jego ujawnienie bezpośrednio poprzedziło japońską agresję na Mandżurię. Podobnie zinterpretowano fakt budowania przez Japonię dwóch strategicznych linii kolejowych łączących Mandżurię z Mongolią.
Niemniej jednak, mimo wielu wątpliwości przy dokładniejszej analizie, dowody za tym, że dokument został spreparowany, zaczęły przeważać. Przede wszystkim nikomu nie udało się dotrzeć do japońskiego oryginału. Notatka w dalszej części stwierdzała, że siedem lat wcześniej cesarz zwołał konferencję, choć był już wtedy inwalidą i nie mógł tego uczynić. Z kolei japoński książę miał zostać poinstruowany, aby sprzeciwił się decyzjom podjętym na konferencji, podczas gdy w rzeczywistości był on wówczas poważnie chory i zmarł, zanim owo rzekome spotkanie się odbyło. Notatka zawierała także szereg prostych faktów, z gruntu nieprawdziwych, a dotyczących japońskich inwestycji w Mandżurii lub na obszarze geograficznej Mongolii. Dysponujący sztabem kompetentnych współpracowników premier japońskiego imperium nie przekazałby cesarzowi memorandum obarczonego elementarnymi błędami. „NYT” informował również, że w owym czasie krążyły w Chinach fałszywki dokumentów o rzekomym strategicznym znaczeniu i podobnych nazwach. Mówiąc wprost, „NYT” usiłował demaskować mistyfikację, jaką w rzeczywistości było Memorandum Tanaki.
Wszystko to jednak okazało się bezskuteczne. Plan wojenny Tanaki był zbyt prosty, zbyt przekonujący, zbyt uwodzicielski w kwestii szczegółów, aby można było go po prostu zlekceważyć. Im agresywniej postępowała Japonia, tym bardziej emocjonalna stawała się debata i tym więcej zyskiwał na wiarygodności japoński plan zbrojnej ekspansji przedstawiony w memorandum. Japonia okupowała Mandżurię przez całe lata trzydzieste XX wieku, kiedy Chiny pogrążone były w wojnie domowej. Wiele wydawnictw komunistycznych – a także wydawnictw od nich zależnych – opublikowało ów dokument w formacie kieszonkowym na całym świecie. Doczekał się on około czterdziestu wydań, m.in. w języku angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim, portugalskim, rosyjskim, a nawet esperanto62. Jedna z wersji, opublikowana w 1936 roku w dzielnicy Chinatown w San Francisco, w żółtej oprawie, otrzymała złowieszczy podtytuł: A Prediction of a Japanese-American War (Zapowiedź wojny japońsko-amerykańskiej)63. Na Pearl Harbor trzeba było jednak poczekać jeszcze pięć lat.
W kwietniu 1940 roku Joseph Taussig, kontradmirał Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych i dowódca V Okręgu US Navy w Norfolk w stanie Wirginia, został wezwany do złożenia zeznań przed Kongresem na temat kryzysu w Azji Wschodniej, a dokładniej rzecz biorąc, w kwestii japońskiej polityki zagranicznej. Taussig rozpoczął swoje wystąpienie od zacytowania planu wojennego Tanaki i powiedział Senatowi, że Marynarka Wojenna posiada kopię memorandum w swoich archiwach. Część senatorów znała już jednak ów dokument i dopytywała admirała o jego wartość.
„Jestem przekonany, że jest to referat, który został napisany z myślą o jego realizacji”, z pełnym przekonaniem odparł Taussig, a jego przeświadczenie o autentyczności tekstu wydawało się rosnąć wraz z kolejnymi pytaniami64.
Tymczasem w Mexico City Lew Trocki dowiedział się o zeznaniach admirała Taussinga i postanowił zabrać głos w dyskusji na temat kontrowersji, które w dużym stopniu wpływały na postrzeganie przez Amerykanów II wojny światowej. Trocki rozpoczął swój artykuł o Memorandum Tanaki, cytując zeznania Taussiga przed Kongresem, a następnie poparł stanowisko admirała, dowodząc, że jest w stanie „całkowicie i bezsprzecznie” zweryfikować autentyczność kontrowersyjnego japońskiego dokumentu65. Tajemnicza broszura, jak twierdził Trocki, została pierwotnie sfotografowana w Tokio w Ministerstwie Marynarki, a następnie przemycona do Moskwy w formie negatywu. „Być może byłem pierwszą osobą, która zapoznała się z angielskim i rosyjskim tłumaczeniem japońskiego tekstu” – napisał Trocki66.
W listopadzie 1941 roku magazyn „Click” opisał plan Tanaki, nazywając go „Japońskim Mein Kampf” oraz zapowiedział nadchodzący atak na Stany Zjednoczone. 7 grudnia nastąpił atak na Pearl Harbor.
Zaledwie kilka miesięcy po opublikowaniu artykułu Trockiego o memorandum do sprzedaży trafił listopadowy numer magazynu „Click”. Wydawany w Filadelfii „Click”, był kolorowym magazynem plotkarskim, którego okładki zwykle ozdabiały kobiety w strojach kąpielowych. Tym razem na okładce pojawiła się Jane Russell w czerwonym kombinezonie, wyraźnie „zerkająca” na zamieszczoną na okładce wzmiankę o tym, co „Click” nazwał „Japońskim Mein Kampf”67.
Historia przechodziła od razu do sedna: „Ameryka jest następna na japońskiej liście ofiar!”. Był listopad 1941 roku. 7 grudnia 1941 roku, w niedzielny poranek, ponad 350 japońskich samolotów miało zaatakować Pearl Harbor, zabijając ponad 2400 Amerykanów i zadając mordercze straty amerykańskim siłom na Hawajach. Dzień ten na zawsze wyryje się w zbiorowej pamięci Ameryki.
Już w nocy z 7 na 8 grudnia, po rozpoczęciu przez Japonię wojny ze Stanami Zjednoczonymi, NBC poinformowało, że „słynny plan Tanaki” był „szeroko cytowany w Waszyngtonie” jako wyjaśnienie przyczyn napaści militarnej Tokio68. Tydzień później autor artykułu w „Click” pojawił się na antenie New York Public Radio. „Owa historia” – jak zapowiedział spiker – „była niesamowitą przepowiednią”69. Miesiąc po Pearl Harbor jeden z prominentnych70 korespondentów w Chinach zastanawiał się na łamach „The Washington Post” nad kwestią „owych niezwykle ambitnych planów japońskiej kliki wojskowej”, które zostały tak dokładnie opracowane dwanaście lat wcześniej w Memorandum Tanaki71