54,68 zł
Słuchaj, patrz, milcz, jeśli chcesz żyć w spokoju...
Mówię im, że nazywam się Vis Telimus, że zostałem sierotą po tragicznym wypadku trzy lata temu i że tylko łut szczęścia sprowadził mnie do elitarnej Akademii Catenu. Mówię im, że po ukończeniu szkoły z radością dołączę do reszty cywilizowanego społeczeństwa, pozwalając, aby moja siła, mój zapał i moje skupienie – to, co nazywają Wolą – zostały oddane tym, którzy są nade mną. Tak jak dzieje się to od zawsze.
Mówię im, że należę do nich i oni mi wierzą.
Ale prawda jest taka, że zostałem wysłany do Akademii, aby odkryć sekrety, które mogą zburzyć Republikę.
Aby przetrwać, będę musiał udawać jednego z nich. Ale nigdy, przenigdy nie oddam swojej woli imperium, które zabiło moją rodzinę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1135
Wiszę nad przepaścią. Przed upadkiem chroni mnie jedynie śliski od krwi chwyt dłoni mojego ojca.
Leży nade mną na brzuchu, rozciągnięty na półce skalnej. Jego mięśnie przypominają naprężone sznury. Lepka czerwień pokrywa mu twarz, ramiona, ubranie… wszystko, co widzę. Wiem jednak, że jest w stanie mnie podciągnąć. Staram się nie szarpać. Ufam, że mnie ocali.
Ojciec spogląda ponad moim ramieniem. Patrzy w dół, w smolistą czerń. W czyhającą na mnie ciemność.
– Odwagi – szepcze. Słyszę w tym słowie nadzieję i rozpacz.
Puszcza mnie.
– Vis, ja wiem, że bez przerwy ci tłumaczę, żebyś zawsze dobrze się zastanowił, zanim coś zrobisz – odzywa się mężczyzna o pomarszczonej twarzy; siedzi naprzeciwko mnie pochylony nad planszą. – Ale żebyśmy mogli skończyć tę partię, musisz, na bogów, wreszcie wykonać ruch kamieniem.
Odrywam rozkojarzony wzrok od zimnego srebrnego promienia, który wpada przez pojedyncze zakratowane okno wartowni. Nie chcę pokazać po sobie, że ogarnęła mnie fala bolesnych wspomnień. Rzucam więc rywalowi najbardziej poirytowane spojrzenie, na jakie mnie stać, po czym z wysiłkiem skupiam się na białych i czerwonych trójkątach rozłożonych między nami na planszy. Figury lekko pobłyskują w blasku dopalającej się na półce latarni, świeci niewiele mocniej od sączącej się z zewnątrz poświaty wczesnego wieczora.
– Dobrze się czujesz?
– Dobrze. – Kątem oka zauważam, że krzaczaste, siwe brwi Hrolfa drgnęły lekko ku górze. – Wszystko w porządku, staruszku. Po prostu myślę. I nie, to nie Płyty. Jeszcze nie. – Nie mówię tego poirytowanym tonem. Po wyrazie wodnistych brązowych oczu poznaję, że troszczy się szczerze. Rozumiem też, że po prostu musiał zapytać.
Pracuję tu cały rok dłużej niż on. Nic więc dziwnego, że znów przyszło mu do głowy, iż zacząłem tracić ostrość umysłu.
Ignoruję niepokój Hrolfa i oceniam sytuację na planszy. Rozważam, co takiego zwiastuje nowo powstała formacja czerwonych. To podstęp, uświadamiam sobie natychmiast. Przeciwnik zastawił na mnie pułapkę, lecz ja się nią nie przejmuję. Dostrzegam szansę na szybką kombinację; przesuwam kolejno trzy białe kamienie i zapewniam sobie wygraną. Hrolf uwielbia się chwalić swoim niegdysiejszym zwycięstwem przeciwko magnusowi quartusowi, lecz dla mnie nigdy nie był równorzędnym partnerem. Jeszcze zanim władzę nad światem przejęła Hierarchia, czy raczej Republika Cateńska – wciąż muszę sobie przypominać, że na głos tak właśnie powinienem o tym imperium mówić – gra w fundamenty uznawana była za idealne narzędzie do rozwijania abstrakcyjnego, strategicznego rozumowania. Ojciec zadbał, bym zapoznał się z nią już jako dziecko. Grywałem często, i to przeciwko najbardziej utytułowanym zawodnikom.
Hrolf obrzuca planszę gniewnym spojrzeniem, na moment przenosi je na mnie i znów wbija wzrok w kamienne trójkąty.
– Ech, rozkojarzyłem się przez ciebie. Za długo żeś myślał. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to nieprzepisowe – mruczy, z niechęcią przyznając się do porażki. – A wiesz, że kiedyś pokonałem samego magnusa quartusa?
Zanim mam szansę odpowiedzieć, ktoś zaczyna dobijać się do grubych kamiennych drzwi. Obaj z Hrolfem natychmiast zapominamy o grze, wstajemy. Nasi zmiennicy mają się pojawić dopiero za kilka godzin.
– Kto idzie? Nazwisko! – woła ostro staruszek, gdy podchodzę do okna.
Przez kratę widzę przyzwoicie ubranego, wysokiego mężczyznę o szerokich ramionach. Na oko pod trzydziestkę. Księżycowy blask tworzy światłocienie na jego ciemnej skórze, odbija się od gładko wygolonej czaszki.
– Sextus Hospius – pada cicha odpowiedź. – Mam pieczęć dostępu. – Przybysz zerka w stronę okna, zauważa mnie. Nosi czarną, krótko przystrzyżoną bródkę; poważne ciemnobrązowe oczy podkreślają jego męską urodę. Wyciąga rękę i przyciska do szyby coś, co wygląda na oficjalne dokumenty Hierarchii.
– Nikt nie wspominał, że powinniśmy się ciebie spodziewać – rzuca Hrolf.
– Jeszcze pół godziny temu sam nie wiedziałem, że tu będę. Pilna sprawa.
– Tak się tego nie załatwia.
– Dzisiaj tak się załatwia, septimusie. – Wyraz twarzy Hospiusa nie zmienia się, lecz zniecierpliwiony ton, jakim podkreślił niższą rangę Hrolfa, mówi sam za siebie.
Staruszek marszczy czoło, podchodzi do ściany przy wejściu i poirytowany stuka swoim kamiennym kluczem Woli tuż obok wnęki w murze. Otwór po naszej stronie natychmiast się zamyka, a identyczny pojawia się na zewnątrz. Czekający przed wartownią Hospius wkłada do niego papiery. Cały czas uważnie go obserwuję, na wypadek gdyby spróbował podrzucić nam coś jeszcze.
Hrolf czeka na moje skinienie, po czym ponownie otwiera wnękę po naszej stronie i wyciąga dokumenty. Przegląda je przez moment. Wreszcie lekko się krzywi i wręcza plik mnie.
– Pieczęć prokonsula – mruczy jedynie.
Bacznie wpatruję się w tekst. Mój towarzysz zna się na swojej robocie, lecz warto wszystko sprawdzać po dwakroć. Ostatecznie są tu Płyty. Niemniej rzeczywiście, mam przed sobą upoważnienie wystawione przez samego prokonsula Maniusa, podpisane i zatwierdzone odpowiednią pieczęcią. Wygląda na to, że Hospius jest ważną osobistością – ważniejszą nawet, niż sugeruje to jego ranga. To specjalny wysłannik senatu, któremu powierzono zadanie sprawdzenia nieprawidłowości w zeszłorocznym spisie. Obowiązujące zasady współpracy między senackimi piramidami Rządu – mocodawcami Hospiusa nadzorującymi spisy – oraz Armii, zawiadującej więzieniami na terenie całej Republiki, zezwalają naszemu gościowi na przesłuchanie jednego z osadzonych.
– Na oko wszystko się zgadza – potakuję, choć rozumiem niezadowolenie Hrolfa. Dokumenty umożliwiają Hospiusowi dostęp do najniższego poziomu. A wybudzanie ludzi skazanych na Płyty przed upływem wyroku zakrawa na okrucieństwo.
Staruszek odbiera ode mnie kartkę z pieczęcią Maniusa i wsuwa ją do wnęki w ścianie. Nasycony Wolą prokonsula symbol przerywa zabezpieczający obwód równie skutecznie, jak chwilę temu zrobił to klucz. Kamienne drzwi toczą się gładko na bok. Do wartowni wpada powiew gorzkiego nocnego powietrza Letens, a zaraz potem barczysta sylwetka Hospiusa przesłania wejście. Przybysz wchodzi, zsuwa z ramion kosztowny niebieski płaszcz i odrzuca go niedbale na krzesło. Posyła nam ujmujący uśmiech. Ujmujący przynajmniej w zamyśle. Widząc nonszalanckie zachowanie gościa, Hrolf nieprzyjemnie się krzywi, po czym z nadmierną siłą łamie pieczęć na dokumencie, uwalniając z niej Wolę. Drzwi zamykają się na powrót.
Raz jeszcze przyglądam się Hospiusowi. Mam przed sobą człowieka, który przesadnie markuje swobodę; robię wszystko, co mogę, by powstrzymać się od reakcji.
To pewnie nic takiego, staram się przekonać w myślach sam siebie. Niemniej po trzech latach zbierania doświadczeń całkiem sprawnie wyczuwam, kiedy ktoś próbuje coś ukryć.
Niespodziewany przybysz jest spięty.
– Dziękuję, septimusie. – Hospius omiata mnie spojrzeniem. Widzi, że jestem młody, więc zbywa moją obecność i skupia uwagę na Hrolfie. – Zdaję sobie sprawę, iż sytuacja jest niecodzienna, ale zależy mi na pewnych informacjach i chcę je wydobyć od niejakiego Nateo.
Staruszek sięga do regału w kącie, zdejmuje z półki spis osadzonych, otwiera księgę i przerzuca strony. Przez chwilę sunie palcem po karcie.
– Nateo, Nateo… O, jest. Dolne cele, wschodnie skrzydło, numer czterdzieści jeden. Vis, zaczekaj tu.
Zdejmuje z haczyka klucz i wykonuje trzy kroki w kierunku drzwi prowadzących w głąb więzienia – te zabezpieczone są zwyczajnym zamkiem – przy czwartym kroku jednak nagle się potyka. Prostuje się, obraca, zerka to na mnie, to na Hospiusa. Jest skrępowany, niepewny, zagubiony. Ten wyraz twarzy znika niemal natychmiast, lecz wiem, co oznacza.
– Najmocniej przepraszam, septimusie. Zapomniałem o twoim kolanie – kłamię. Pospiesznie podchodzę i nie dając staruszkowi czasu na protesty, zabieram mu klucz. – Szybciej będzie, jeśli to ja zaprowadzę sextusa. Dolne cele, wschód, czterdzieści jeden. Dobrze pamiętam?
Hrolf rzuca mi surowe spojrzenie, lecz dostrzegam w nim wdzięczność. Wie, co się stało, lecz w tej chwili prawdopodobnie nie pamięta już nawet, kim jest Hospius.
– Faktycznie wolałbym dać tej nodze odpocząć, psiakość – podejmuje moją grę. – Więc o ile sextus nie ma nic przeciwko…
– Ani trochę. – Hospius przywołuje mnie niecierpliwym skinieniem. Raczej nie zauważył, że stało się coś niepokojącego.
Wchodzimy do głównej części więzienia. Zamykam za nami drzwi, za którymi znika Hrolf i jego zaniepokojona twarz. Świeca ściennej lampy, zapalona na początku naszej warty, zmieniła się już prawie w ogarek. Zdejmuję ją i unoszę wysoko, oświetlając wąskie stopnie w dół. Gładko ciosany kamień połyskuje wilgocią.
– Uwaga na schodach – uprzedzam Hospiusa. – Może być ślisko.
Ruszam pierwszy. Schodząc, czuję na plecach swędzenie. Spojrzenie sextusa. Nie potrafię przestać myśleć o pierwszym wrażeniu, jakie na mnie wywarł; o jego sztucznym, pretensjonalnym zachowaniu. No, ale dokument, z którym przyszedł, jest autentyczny. A przynajmniej jego pieczęć nasycona została osobiście przez prokonsula Maniusa. Tego nie da się sfałszować. A nie jestem tak głupi, by drążyć. Zostaje mi więc nadzieja, że skrywane zdenerwowanie przybysza nie wynika z żadnej niecnej przyczyny. I co ważniejsze, że ta jego zagadkowa wizyta w więzieniu nie zwróci niczyjej uwagi na mnie.
– Twój septimus… Od dawna jest taki?
Vek. Wciąż odruchowo przeklinam w swoim ojczystym języku, aczkolwiek wyłącznie w myślach. Na głos byłoby to zbyt ryzykowne. Przywołuję na twarz wyraz niezrozumienia i oglądam się przez ramię.
– To znaczy jaki?
– Za długo tu pracuje. – Brązowe oczy Hospiusa świdrują mnie badawczo. Odwracam się i idę dalej, patrząc pod nogi. – Ale nie bój się. Nikomu nie powiem.
Parskam sztucznym śmiechem.
– Nie do końca wiem, co widziałeś, sextusie, ale to tylko ci się wydawało.
Jeżeli prokonsul Manius się dowie, Hrolf straci przydział. A jest na tyle stary, że zostałby przesunięty do piramidy emerytalnej, co w połączeniu z niepewnym stanem umysłu niemal na pewno oznaczałoby degradację do rangi octavusa. Musiałby żyć w nieustannym wyczerpaniu, z wolna tracąc siły. Hierarchia ukradłaby mu lata i zniszczyła dobrostan, tak samo jak ludziom uwięzionym w tutejszych celach.
A ja, oczywiście, musiałbym nauczyć się współpracy z nowym septimusem. Ze wszystkich trzech, którzy dowodzili więzieniem w Letens, odkąd zacząłem, z Hrolfem poszło mi zdecydowanie najłatwiej.
Hospius odpowiada głuchym burknięciem. Raczej nie zdołałem go przekonać, lecz nie dopytuje.
Docieramy na dół. Blask latarni wyławia z mroku gładkie, pobłyskujące wilgocią ściany. Ciągną się w lewo i prawo. Dolatuje mnie cichy, ledwie słyszalny pomruk. Spędziłem tu ponad rok, a ten dźwięk wciąż przyprawia mnie o ciarki.
– Co tak śmierdzi? – Za moimi plecami rozlega się ni to kaszlnięcie, ni to odgłos krztuszenia.
– Więźniowie. – Osobiście prawie już nie zauważam fetoru potu zmieszanego z ostrą wonią ludzkiego moczu. Zresztą na tym poziomie wcale nie jest aż tak dotkliwy.
– Dlaczego nie utrzymujecie ich w czystości? – W głosie Hospiusa pojawia się rozdrażnienie.
– Ależ utrzymujemy. Myjemy ich dwa razy dziennie. Robimy, co możemy. Ale skazani na Płyty nie panują nad zwieraczami. – Gniew udaje mi się ukryć, lecz nie powstrzymuję się i dodaję: – Trzeba też pamiętać, że cateńskie przepisy zalecają myć więźniów dwa razy na tydzień.
Na to sextus nie znajduje odpowiedzi.
Po kilku zakrętach docieramy do kolejnych schodów, na najniższy poziom, gdzie przetrzymywani są skazańcy z najdłuższymi wyrokami – te trwają ponad dwa lata. To w większości mordercy i domniemani zdrajcy, kolaborujący z Anguisami. Ostatnio trafia ich tu coraz więcej.
– Dobrze znasz te korytarze. – Hospius próbuje dopasować ton do atmosfery otoczenia, lecz jego cichy głos i tak odbija się od surowych ścian donośnym echem.
Nie mam ochoty wdawać się w zdawkową pogawędkę, lecz niegrzeczne zachowanie mogłoby mnie kosztować znacznie więcej.
– Muszę tu schodzić co drugą noc.
– Czyli zajmujecie się więźniami na zmianę?
– Zgadza się.
– Mimo że twój dowódca ma chore kolano.
Vek. Wzruszam ramionami, by zamaskować niepokój. Ten człowiek jest stanowczo zbyt dociekliwy.
– To zwykły ból. Nie kalectwo. A septimus traktuje obowiązki z wielką powagą.
– Nie wątpię. – Hospius zrównał się ze mną. W tym miejscu stopnie są szersze niż wcześniej.
Przerasta mnie o głowę. Czuję na sobie jego baczny wzrok. Jest zaintrygowany. A chciałem przecież osiągnąć dokładnie przeciwny efekt.
– Jak ci na imię?
– Vis.
– I od kiedy pomagasz septimusowi, Vis?
– Od kilku miesięcy. – To nie kłamstwo, choć pytanie dotyczyło czegoś innego. Nie zamierzam ujawnić, jak długo jestem wystawiony na działanie Płyt.
– Młody jesteś jak na taką pracę.
– Vis Solum. – Wiem, że moje nazwisko wszystko mu wyjaśni.
– Ach… – Skrawki informacji składają się w głowie Hospiusa w całość. Jestem sierotą. Jedną z tych, które ze względu na wiek nie mają szans na nowy dom. Dlatego też Religia, trzecia z senackich piramid, prowadząca w Hierarchii sierocińce, wraz z Armią znalazły dla mnie zastosowanie tutaj.
Stajemy u stóp schodów. Po bokach otwierają się dwa czarne jak smoła korytarze. Trzeci prowadzi naprzód. Skręcam w lewo, na wschód.
– Już niedaleko – rzucam. Bardziej po to, by zapobiec dalszym pytaniom, niż aby wypełnić ciszę.
Tutaj smród jest znacznie dotkliwszy. Gęstnieje w powietrzu. Sextus zasłania nos i usta chusteczką. Wcale się nie dziwię. Przy pierwszych kilku wizytach na dole sam wymiotowałem. A i teraz, choć przywykłem, oczy mocno mi łzawią. Światło latarni pada na pierwszą z numerowanych cel.
Wtem Hospius staje jak wryty. Ramiona opadają mu bezwładnie do boków, nie myśli już o wszechobecnym fetorze.
– Nie widziałeś nigdy Płyty? – Ukrycie zadowolenia, jakie budzi we mnie jego ewidentna zgroza, wymaga niemałego wysiłku.
Cele więzienia Letens odgrodzone są jedna od drugiej kamiennymi ścianami, lecz nie mają drzwi, nic nie oddziela ich od korytarza, dzięki czemu wnętrza widoczne są już na pierwszy rzut oka. Sześć stóp szerokości, niewiele dłuższe. We wszystkich znajdują się jedynie dwie rzeczy.
Płyta. Oraz przykuty do niej więzień.
Mężczyzna osadzony w celi wschód jeden jest mniej więcej rówieśnikiem Hospiusa, lecz na tym wszelkie podobieństwa się kończą.
Naga skóra jest śmiertelnie blada, z szarawym odcieniem. Sylwetka krucha i chuda, zapadłe policzki, długie i skołtunione jasne włosy. Świszczący, chrapliwy oddech. Stalowe kajdany na przegubach i w kostkach połączone są łańcuchami z wiszącym powyżej wyciągiem.
Niebieskie oczy ma otwarte, lecz zamglone, nieskupione na niczym. Mężczyzna leży na białej, gładkiej jak lustro Płycie, umiejscowionej prawie poziomo, zaledwie z lekkim nachyleniem w stronę korytarza. W stronę wąskiego rynsztoka, biegnącego wzdłuż szeregu cel, z którego stosunkowo łatwo odprowadzić większą część spływających z Płyt odchodów.
Tutaj właśnie, moim zdaniem, jak na dłoni widać całą prawdę o Hierarchii.
– Nie widziałem – odpowiada mi cicho Hospius. – Ja… Nie. Ile czasu tu spędził?
Osiem miesięcy.
– Musiałbym sprawdzić w papierach. – Dobrze pamiętam, jak go tu umieszczałem.
– Co zrobił?
A czy to ważne?
– Musiałbym sprawdzić w papierach – powtarzam znudzonym tonem. Obojętnie. Staram się, by zrozumiał, że to, co widzi, jest dla mnie codziennością. – Powinniśmy iść dalej, sextusie.
Hospius potakuje skinieniem, choć nie odrywa wzroku od więźnia, dopóki wynędzniała sylwetka nie znika na powrót w ciemności.
Ruszamy. Niewielki krąg światła latarni omiata cele rozmieszczone po obu stronach korytarza. Są identyczne jak pierwsza. Mężczyźni i kobiety. Skuci, nadzy, ledwie żywi. Wszyscy leżą na zimnych białych kamieniach. Stan skazańców nie jest skutkiem niedożywienia. Wywołują go Płyty, do których są podłączeni. Kiedy przychodzi pora karmienia, więźniowie dostają większe porcje, niż zjadam sam. A przy tym nie mają tu ruchu.
Hospius milczy. Nie mam pewności, czy makabryczne otoczenie zdołało go poruszyć. Chciałbym przyjrzeć się temu człowiekowi uważniej – coś w nim wciąż mi nie pasuje. Jego wizyta w więzieniu, cała ta noc. Ostatecznie jednak zwycięża we mnie pragnienie pozostania anonimowym. Bez względu na to, czy sextus coś ukrywa, czy nie, moja podejrzliwość zwróciłaby jego uwagę.
– Wschodnie skrzydło, czterdzieści jeden – obwieszczam, gdy chybotliwy blask pada na wielkie cyfry wyryte na tylnej ścianie kamiennej celi.
Osadzony tu mężczyzna, Nateo, jest z nami niecały miesiąc: pamiętam jego pierwszy dzień, ponieważ w odróżnieniu od większości towarzyszy niedoli trafił do nas z innego podobnego więzienia. Jest tak samo chudy jak pozostali; połączenie zapadniętych policzków i haczykowatego nosa sprawia, że jego twarz przypomina głowę drapieżnego ptaka. Tłuste czarne włosy mocno kontrastują z bielą Płyty, spływają poniżej ramion. Niełatwo oceniać wiek ludzi w takim stanie, lecz ten człowiek raczej nie przekroczył trzydziestki.
Cisza. Zerkam z ukosa na Hospiusa. Stoi wpatrzony w Nateo. Jego wargi wykrzywia lekki, enigmatyczny grymas. Złożony na Płycie więzień ma obojętny, szklisty wzrok. Nie poznaje nas, nie reaguje na światło ani naszą obecność.
– Chcę z nim porozmawiać. – Sextus podchodzi krok bliżej celi.
– Stój! – rzucam zdjęty paniką, po czym, gdy przybysz zastyga, skruszony unoszę rękę. – Wybacz, proszę, to nie z braku szacunku. Po prostu niebezpiecznie jest się zbliżać. Przygotowanie więźnia do kontaktu z Płytą wymaga kilku dni. Dotknięcie mogłoby cię zabić. Ciebie i wszystkich, którzy na ciebie cedują.
– Ach… – Hospius bierze przestrogę do serca. Nie rusza się. – Ale możesz to wyłączyć? Chwilowo?
– Mogę go podciągnąć. Zerwać kontakt. – Na myśl o tym, co ma się zaraz wydarzyć, dopadają mnie mdłości. – Ale to nie będzie przyjemne. Zwłaszcza dla niego.
Sextus przeciąga dłonią po swojej ciemnej łysinie. Chwila zwątpienia – jestem przekonany, iż dostrzegam w nim niepewność – lecz kiedy zwraca się ku mnie, patrzy już hardo.
– Przybyłem tu w poszukiwaniu odpowiedzi. Rób, co musisz.
Wchodzę głębiej do celi numer czterdzieści jeden. Staram się zachować jak największą odległość od Płyty. Jak dotąd nie odczuwam żadnych skutków ubocznych. Zwykle wystarczy kilka miesięcy, żeby sama bliskość tych urządzeń negatywnie wpłynęła na ludzi. A ja przepracowałem tu już bez mała piętnaście. Ale i tak bardzo uważam. Skrupulatnie staram się niczego nawet nie musnąć. Może i jestem odporny, lecz Płyty zostały zaprojektowane tak, by wysysać Wolę już od pierwszego dotyku. Nie tylko taką jej porcję, jaką Hierarchia regularnie czerpie z milionów octavusów tworzących jej fundament. Płyta wysysa z człowieka całą energię, zdolność skupienia, siłę duchową i fizyczną. Pobiera ją w całości i przekazuje jakiemuś szczególnie zasłużonemu septimusowi, który przebywa gdzieś daleko.
Jeśli o mnie chodzi, wolałbym umrzeć.
A najgorsze, że wielu z osadzonych tu ludzi bez wahania by się ze mną zgodziło. Mam tego pełną świadomość.
Podchodzę do przeciwległej ściany celi i kucam. W świetle latarni odnajduję koło z uchwytami. Zaczynam nim kręcić, wytężam mięśnie. Nade mną coś brzęka i zgrzyta, łańcuchy prężą się i napinają. Poderwany z białej Płyty mężczyzna zawisa w niewygodnej pozycji: biodra w dole, ręce i nogi wyciągnięte ku górze. Kołysze się. Jeszcze kilka obrotów koła. Kiedy między skazańcem a kamieniem pojawia się szczelina szeroka na kilkanaście centymetrów, blokuję wyciąg.
Prostuję się. Spoglądam na wiszącego przede mną zwiotczałego, kościstego skazańca. Moment wybudzenia oglądałem dotąd zaledwie kilka razy. Procedurą zakończenia wyroku zawsze dyryguje septimus, a inne powody nadarzają się bardzo rzadko.
Wracam do stojącego u wylotu celi Hospiusa, który nerwowo międli w dłoniach rąbek tuniki. Szata zdradza jego związek z Rządem, świadczy o tym granatowa piramida wyszyta na wysokości serca. Cały jego strój jest sztywny, nieskazitelnie czysty, fałdy pojawiają się wyłącznie tam, gdzie trzeba. Aż pachnie świeżością.
Jakby nigdy dotąd nieużywany.
– Dlaczego się jeszcze nie budzi? – Sextus nie zauważył mojego wzroku, jest bez reszty skoncentrowany na osadzonym.
– Chwilę to trwa. – Dokładnie w momencie, kiedy wypowiadam te słowa, coś się zmienia.
Miarowy rytm chrapliwego oddechu więźnia ulega zakłóceniu. Z jego warg płynie nieco mniej rozpaczliwe westchnienie. Łańcuchy się kołyszą, powieki trzepocą, świadomość powraca do oczu. Po raz pierwszy jest tu z nami, przynajmniej częściowo.
Hospius zerka w moją stronę. Wiem, że zastanawia się, czy mnie odprawić. Ale nie odejdę. Nawet gdybym miał go rozgniewać. Zostawiając go na dole samego, złamałbym zbyt wiele zasad.
Sextus wyraźnie doszedł do podobnego wniosku. Bez słowa zbliża się do Płyty i staje w polu widzenia skazańca. Kuca, by ich twarze znalazły się na tym samym poziomie.
– Nateo… Słyszysz? Nazywam się sextus Hospius. Nonagere.
Ostatnie słowo wymawia wyraźnie, powoli, lecz udaje mi się je rozpoznać dopiero po chwili.
Vetuzjański wyraz.
Nie reaguj.
Hospius raz jeszcze rzuca okiem na mnie. Robię wszystko, co mogę, by samemu zastosować się do rady, jakiej udzielił więźniowi. Nie powinienem jej zrozumieć. Jak mógłbym? Język vetuzjański jest martwy. Ot, akademicka ciekawostka. Poza nielicznymi wyrazami, które weszły do wspólnej mowy, po prostu już nie istnieje. Hierarchia wypleniła go ponad trzysta lat wcześniej. Obecnie jego znajomość przydaje się jedynie do odczytywania oryginalnych tekstów z dawno minionej epoki. Lecz mój ojciec żarliwie wyznawał wiarę w wartość historii niepodrasowanej przez tłumaczy Hierarchii. Matka z kolei była uczoną i płynnie posługiwała się aż trzema językami. Poza rodzicami kształcili mnie prywatni nauczyciele. Miałem zostać dyplomatą i wspierać rządy siostry poprzez podróże do innych krain.
Nateo ociężale obraca głowę i kieruje zamglony wzrok na Hospiusa. Oblizuje wargi.
I wreszcie, z wyraźnym bólem, potakuje.
Zrozumiał. Oni się znają.
Uszy wypełnia mi głośny szum krwi. Czy Hospius chce go uwolnić? Nie mogę na to pozwolić. Dochodzenie po takiej aferze oznaczałoby mój koniec. Ale nie mogę też nic zrobić przedwcześnie. Jak dotąd nie uczynił przecież nic złego. Przyniesione dokumenty wyglądały na oryginalne. Były oryginalne.
Nic nie mówię, niczego nie robię. Muszę czekać.
– Ty… mówić? – Znów po vetuzjańsku. Sextus mówi sztywno, jakby przypominał sobie kiedyś wyuczone wyrazy.
W tej chwili żaden z mężczyzn na mnie nie patrzy, lecz udaję zakłopotaną obojętność. Na wszelki wypadek.
– Tak, mogę. Trochę. – Głos Nateo przypomina ciche drapanie gwoździem o kamień. Skazaniec również posługuje się martwym językiem, choć z dalece większą swobodą niż jego gość. – Jak długo? – Toczy wzrokiem dokoła, jakby szukał odpowiedzi z innego źródła niż Hospius.
– Pięć lat.
W oczach więźnia pojawia się iskra. Mężczyzna ponownie skupia wzrok na sextusie. Teraz patrzy już bardziej przytomnie.
– Uwolnisz mnie?
– Mam nadzieję. Najpierw informacje. – Hospius dostrzega narastającą w osadzonym panikę. Chwyta drżące ramię, przytrzymuje wśród szczęku łańcuchów. – Wiem… Ty niewinny. Ja muszę zrozumieć… dlaczego tu trafiłeś. Veridius? – Imię jest pytaniem, cichym i pełnym napięcia.
– Niewykluczone. – Nateo się uspokaja, lecz w odpowiedzi pobrzmiewa niepewność.
Udaję, że ziewam. Odstawiam latarnię na ziemię i odchodzę poza zasięg ich spojrzeń, jakbym zabijał czas, sprawdzając inne cele. Na osobności będzie mi łatwiej skupić się na tłumaczeniu.
– Ty… pomyśleć. O Caerorze. O tym, co powiedział, zanim… – Sextus urywa i choć nie widzę jego twarzy, jestem pewien, że tym razem nie umilkł z powodu niedostatecznej znajomości języka.
– Dawne czasy… – Nateo dławi się gorzkim śmiechem.
– Zanim to się stało, przysłał wiadomość. Nazwy. Ja ich nie znam. Obiteum. Luceum. On wspomniał o… bramie. O dziwnej mocy z czasów sprzed Kataklizmu. Ty wiesz, co… znaczy?
Cisza. Pobrzękiwanie łańcuchów. Wreszcie:
– Najpierw chcę stąd wyjść. Dość już.
Zamykam oczy. Szepczę w ciemność przekleństwo, po czym przyjmuję znudzoną pozę i szurając, wracam do nich powoli, jakby nigdy nic. Przypominam Hospiusowi o swojej obecności. Nie podejrzewam już, że przybył tu uwolnić więźnia. Nie chcę jednak, by przyszło mu to do głowy.
Sextus zauważa ruch i spogląda mi w oczy. Skinieniem głowy daje znać, że nie przewiduje, by wizyta się przeciągnęła. Ukrywam ulgę. Nateo dostrzega nasze miny, jego oddech przyspiesza. Łańcuchy ponownie zaczynają się kołysać, dzwonią. Opowiadają ciemności o przerażeniu skazańca.
– Zrobię, co mogę. Przysięga – odzywa się Hospius, po czym na powrót przykuwa uwagę więźnia. – Ale ty… jego przyjaciel. Proszę. Jeżeli wiesz…
Nateo odpowiada kamiennym wzrokiem. Milczy. Innych atutów nie ma.
Rozczarowany Hospius prostuje się i cofa.
– Proszę – rzuca we wspólnej mowie Nateo. Błaga. – Proszę. Już dosyć. Nie chcę znowu. Nie rozumiesz, jak to jest. – W słowach słychać czyste nieszczęście. Obraca głowę na tyle, by mnie zobaczyć. – Ty. Jesteś milszy od innych. Bardziej łagodny. Wiem to. Wiem, bo leżeć na Płycie to nie to samo, co spać. Jest gorzej. To prawie sen. Ale wystarcza przytomności, aby wiedzieć, co się dzieje. Człowiek zdaje sobie sprawę, że powinien myśleć szybciej. Że świat ucieka. – W oczach stają mu łzy. Rozpacz i desperacja. Bełkocze: – Pięć lat. Pięć lat. Spójrzcie na mnie! Ja nawet nie…
– Nateo… – Hospius próbuje go uspokoić. Bez wątpienia martwi się o swoje tajemnice. Zbliża się o pół kroku.
Skazaniec zaczyna się nagle szamotać, zaskakująco gwałtownie jak na kogoś w jego stanie. Wierzga, ryczy, rzuca się, zwierzęcy strach dodaje sił patykowatym kończynom.
Metal brzęczy ogłuszająco. Więzień kołysze się w łańcuchach, udaje mu się wykręcić i chwycić zbyt świeżą tunikę Hospiusa.
– Na bogów przegniłych! – przeklinam i wkraczam do akcji. Nie mam czasu się zastanowić.
Obiegam biały kamień, wpadam na wyciągnięte ramię Nateo, wciskam się między obu mężczyzn, nie pozwalając, by osadzony wciągnął sextusa na Płytę. Nateo puszcza. Drapie mnie w ramię. Tracę równowagę.
Upadam do tyłu zaplątany w łańcuch. Gładka powierzchnia Płyty jest zimna jak lód, czuję ją pod dłońmi.
Po moich palcach rozchodzi się mrowienie. Kwaśne, ostre, mokre. Pali i mrozi naraz. Ogarnia mnie groza. Odpycham się gwałtownie, zrzucam z siebie łańcuch i rozpaczliwie kopię blokującą wyciąg dźwignię. Koło zaczyna obłąkańczo wirować, a ja cofam się czym prędzej, byle tylko Nateo nie mógł mnie chwycić.
Głośny brzęk metalowych ogniw, a potem już tylko ciężki oddech.
– Na grobowce bogów! – szepcze wstrząśnięty Hospius. Kuca pod ścianą celi. Patrzy na Nateo tak, jakby się bał, że więzień lada moment znowu się poderwie i zaatakuje. Lecz splątane kończyny i łańcuchy leżą na Płycie bez ruchu. Wpatrzone we mnie oczy skazańca są już puste. Wciąż jednak wyraźnie czuję zawarte w nich oskarżenie.
– Wszystko w porządku? – Niepewnie podnoszę się z posadzki. Serce kołacze mi w piersi. Stare blizny na plecach boleśnie się napinają. Dotknąłem Płyty. Otarłem się o ten przeklęty kamień. Spoglądam z obawą na dłonie. Nie wyglądają źle. Nadal lekko mrowią, ale poza tym nie dzieje się nic.
– Tak. – Hospius wygładza zmiętą tunikę. Jego wzrok zatrzymuje się na więźniu. Patrzy na niego ze specyficzną melancholią. Przez moment nie kryje targających nim uczuć. Szybko się jednak opamiętuje. – Dzięki tobie. – Prostuje się i spogląda na mnie ciekawie.
– Ze mną też w porządku – odpowiadam z nadzieją, że tego właśnie chce się dowiedzieć. Jeżeli zauważył, co przed chwilą zaszło, będzie kłopot. – Ale miałem sporo szczęścia. Mało brakowało, a wpadłbym na tę przeklętą Płytę. – Drżenie w moim głosie wcale nie jest udawane. Wciąż się spodziewam, że lada moment stanie się ze mną coś strasznego.
– Ale jej nie dotknąłeś?
– Myślisz, że w przeciwnym razie tak spokojnie byśmy rozmawiali? – Zmuszam się do lekkiego śmiechu.
– Co prawda, to prawda. – Hospius podchodzi i klepie mnie po ramieniu. – Dobra robota, Visie Solum. Naprawdę dobra. Cieszę się, że miałem cię przy sobie. – W ustach sextusa takie słowa stanowią dowód najwyższego uznania.
Komuś innemu zapewne bardzo by schlebiły.
Ponownie nastawiam mechanizm wyciągu, po czym przy pomocy lekko poluzowanych łańcuchów ostrożnie przesuwam leżącego na Płycie Nateo. Chcę zostawić nieszczęśnika w możliwie najwygodniejszej pozycji. Nie mogę mieć mu za złe tego, co zrobił.
Winni są jedynie ci, którzy go tutaj zesłali. Jak zawsze.
Wracamy. Drogę oświetla nam dogasający płomień latarni. U stóp drugich schodów sięgam po inną, stojącą w korytarzu na półce, zapalam ją i przekazuję Hospiusowi.
– Skoro już jestem na dole, powinienem zabrać parę gratów z magazynu. – To najszczersza prawda, lecz przede wszystkim chcę dokładnie obejrzeć dłonie. Potrzebuję kilku chwil na osobności. Muszę się pozbyć okropnego napięcia, które grozi wybuchem przy każdym oddechu. – Do wartowni idzie się stąd już prosto. Żadnych zakrętów. Na miejscu po prostu zapukaj. Septimus Hrolf ci otworzy. – Trudno to nazwać regulaminowym działaniem, wiem jednak, że staruszek nie będzie robić ceregieli.
Sextus wchodzi na stopień, lecz zaraz przystaje i się odwraca.
– Vis, najlepiej będzie chyba, jeśli nikomu nie wspomnimy o tym, co się tam stało. – Jego głos ostro rozbrzmiewa w ciszy. – Nie chciałbym, żebyś miał jakieś problemy z septimusem. Albo prokonsulem.
– Oczywiście, sextusie. Dziękuję. – Czyli co, groźba? Nie jestem pewien. Aczkolwiek ma rację. To mnie obarczono by winą za ten wypadek, bez względu na wszelkie tłumaczenia. Odnoszę natomiast wrażenie, że na dyskrecji zależy nam obu. Bardzo mi to odpowiada.
Czuję na sobie przenikliwe spojrzenie. Po chwili Hospius sięga do kieszeni i rzuca mi coś błyszczącego. Zwinnie chwytam drobiazg w locie; z zaskoczeniem widzę srebrny trójkąt. Moneta jest warta więcej, niż zarobię za dzisiejszą służbę.
– To za fatygę. I za milczenie.
Rusza dalej przed siebie. Blask świecy gaśnie na schodach.
Monetę chowam dopiero, gdy echo kroków sextusa milknie na dobre. Wtedy też pozwalam rękom zadrżeć.
Odstawiam latarnię na półkę, unoszę do oczu dłonie i oglądam w słabym świetle każdy palec, każdą linię papilarną, wszystkie zmarszczki i pory. Skóra jest miejscami zaczerwieniona, to od nerwowego pocierania, ale nie dostrzegam żadnych uszkodzeń. Podwijam rękawy – muszę sprawdzić, czy coś niepokojącego nie pojawiło się na ramionach. Ale nie. Nawet to dręczące mrowienie ustąpiło bez śladu.
Jestem cały, zdrowy.
Oddycham z ulgą i osuwam się wzdłuż ściany na podłogę. Siadam oparty plecami i pozwalam sobie na chwilę wytchnienia, by pozbyć się strachu. Do dzisiaj często zastanawiałem się, czy byłbym w stanie przetrwać bezpośredni kontakt z Płytą. Nigdy jeszcze nie cedowałem – ani razu nie oddałem Woli w którejś z Aurora Columnae rozsianych po całej Republice. Niemal wszystkie dzieci po ukończeniu dwunastego roku życia prowadzi się do jednej z tych starożytnych kolumn i od tego momentu stają się zdolne cedować na dowolną osobę, w dowolnym momencie, bez potrzeby pośrednictwa tych olbrzymich zabytków z epoki poprzedzającej Kataklizm. Według mojej teorii to właśnie odmowa poddania się temu rytuałowi sprawiła, że mogłem przepracować tu tak długi czas bez żadnych skutków ubocznych.
Zawsze jednak było to wyłącznie przypuszczenie, domysł słabo podparty argumentami. I za nic nie miałem zamiaru tej hipotezy sprawdzać.
Świeca za moment zgaśnie, a jedyną zapasową zabrał Hospius. Energicznie ruszam więc do magazynu, zabieram potrzebne naszym zmiennikom jedzenie i środki czystości, po czym niosę je na górę. Kiedy podchodzę do drzwi wartowni, słyszę wypływające przez szparę głosy. Hm, ciekawe.
– …i tak ode mnie. Chcę wiedzieć. – Hospius jeszcze nie wyszedł. Przypominam sobie, dlaczego to ja zaprowadziłem go na dół. Przeklinam sam siebie w duchu i zaczynam bezgłośnie szeptać w mrok prośbę, aby Hrolf zdołał utrzymać swoją durną gębę na kłódkę. Nie żywię do tego staruszka szczególnej sympatii, nie obdarzyłem nią jeszcze nikogo z Hierarchii, lecz nie uważam, by zasługiwał na los, jaki niechybnie go spotka, jeśli sextus uzna, że sterany wiekiem mężczyzna nie jest zdolny do dalszej służby.
Szeleści papier.
– Zostały trzy lata i siedem miesięcy – tłumaczy Hrolf. – Czy to już wszystko, sextusie? – Pytanie nie brzmi niegrzecznie, niemniej wyraźnie daje do zrozumienia, że gość powinien już iść.
Cisza. Tak bardzo żałuję, że nie widzę w tej chwili miny Hospiusa.
– Odniosłem wrażenie, że twój młody pomocnik zna się na robocie. – Lekki ton. Swobodna rozmowa. Moje serce wciąż pozostaje ściśnięte.
– Nic dziwnego. Siedzi tu dłużej niż ja.
– Dużo dłużej?
– Kilka miesięcy – odpowiada mgliście starzec. Niemal widzę, jak wzrusza ramionami.
– Dobrze go znasz?
– Milczący jest. Prawdę powiedziawszy, nawet trochę wyniosły. Niechętnie mówi o sobie. Dlaczego pytasz? – W głosie septimusa nie słychać podejrzliwości, jest po prostu ciekaw.
– Zrobił na mnie duże wrażenie. Może się tu marnuje?
– Och, bez wątpienia – chichocze staruszek. – W fundamenty gra jak demon. I jest znacznie mądrzejszy, niż się wydaje. Któregoś dnia cytował mi Fulgurisa, psiakość, ale potem zarzekał się, że nigdy tego nie czytał.
Karcę się w duchu za tamtą chwilę lekkomyślności i zaczynam się zastanawiać, czy nie zainterweniować, by Hrolf nie narobił jeszcze większego bałaganu. Jest przeświadczony, że podkreślając moje zalety, wyświadcza mi przysługę. Nie ma pojęcia, że zainteresowanie osób z zewnątrz mogę przypłacić życiem. Z drugiej strony, skoro Hospiusowi zależy na informacjach, moja obecność niczego nie zmieni. Lepiej więc zaczekać i sprawdzić, czego konkretnie chce się dowiedzieć.
– Hmm… – Sextus, na szczęście, nie wydaje się mną tak zachwycony, jak chciałby Hrolf. – No cóż, jeśli w Letens zwolni się stanowisko odpowiednie dla kogoś w jego wieku, wspomnę o nim. – W jego głosie pobrzmiewa beznamiętna nuta, wyraźnie dająca do zrozumienia, że rozmowa właśnie dobiegła końca. Nadymam policzki i z ulgą wypuszczam powietrze.
Słychać stukot butów, po chwili drzwi przede mną wibrują, pchnięte falą wpadającego z zewnątrz powietrza.
– Dziękuję, septimusie. Razem silniejsi – dolatuje mnie stłumione pożegnanie Hospiusa.
– Razem silniejsi, sextusie – odpowiada oficjalnie Hrolf.
Powiew ustaje, drzwi nieruchomieją. Czekam jeszcze dwie minuty. Wykorzystuję ten czas, aby przemyśleć, co powiedzieć Hrolfowi. Na pewno będzie ciekaw przebiegu wizyty na dole.
– No i? O co w ogóle chodziło? – rzuca, kiedy wracam do wartowni.
– Nie jestem pewien. Rozmawiali ze sobą w jakimś obcym języku. – Ustawiam na półce rzeczy przyniesione z magazynu, po czym padam ciężko na krzesło.
Hrolf wydaje z siebie pomruk zainteresowania, lecz szybko uświadamia sobie, że niewiele da się z tej informacji wywnioskować.
– Czyli żadnych problemów?
– Żadnych niespodziewanych. Więzień nie był zachwycony, kiedy usłyszał, że to jeszcze nie koniec wyroku. Wrzaski, kopanina. – Kiedy przypominam sobie przerażenie malujące się na twarzy Nateo, do gardła podchodzi mi piekąca żółć. Wciąż widzę, jak błagał, jak walczył. Niczego jednak po sobie nie pokazuję.
Niemniej Hrolf klepie mnie po ramieniu. Wie, że rozumiem ten męski gest współczucia, choć nie ma pojęcia, jak bardzo.
– Dzięki – rzuca.
Następny kwadrans upływa nam na zdawkowej rozmowie. W ten sposób skracamy sobie czas do mojej zwyczajowej pory wyjścia. Hrolf zostanie tu na całą noc – sam aż do świtu – aczkolwiek więźniowie są już na dziś nakarmieni i umyci, więc nie będzie mieć wiele na głowie. Większą część samotnej warty po prostu prześpi.
Tymczasem gdzieś w Letens miejski zegar cicho wybija pojedynczą nutę. Koniec wieczora, początek prawdziwej nocy. Kurant odezwie się ponownie dopiero o brzasku.
Wstaję.
– Propozycja jest ciągle aktualna, Vis. – Hrolf podnosi na mnie wzrok. Jego oczy zasnuwa cień smutku, choć stara się go ukryć. – Jeśli zechcesz zostać i jeszcze trochę mi pomóc, mogę nawet zmienić warunki.
– Przecież wcale nie jestem ci tu potrzebny. – Sięgam po swój znoszony płaszcz, zarzucam go na ramiona.
– Ale prokonsul o tym nie wie. Twoja matrona też nie. A pieniądze zostały już wypłacone.
– Dzięki, ale nie. Są twoje. – Lepiej, żeby trafiły do niego niż do matrony. Obrzucam septimusa bacznym spojrzeniem, zastanawiam się, czy nie zamierza przypadkiem zerwać umowy. Ale nie, nie o to chodzi. Jego niepokój zdradzają pojawiające się wokół oczu zmarszczki.
– Tutaj nie nabawisz się siniaków. – Tą uwagą jedynie potwierdza moje przypuszczenia.
– Wiem, mam tu też lepszego partnera do rozmów – odpowiadam i wyciągam ku niemu otwartą dłoń.
Wzdycha, lecz na pomarszczonej twarzy nie widać zdziwienia. Otwiera stojącą pod ścianą szkatułkę, zabezpieczoną zamkiem Woli, i wyciąga mój żołd. Miedziane trójkąty, każdy z ośmioma żłobionymi równoległymi liniami. Za dzisiejszą pracę dostaję sześć. Pozostałe dziewięć, które chowa septimus, również miały przypaść mnie, lecz ponieważ wychodzę wcześniej, trafiają do niego.
Metal brzęczy, czuję w kieszeni krzepiący ciężar. Podchodzę do kamiennych drzwi. Nie dziękuję Hrolfowi za troskę. Mimo że w głębi ducha rzeczywiście chciałbym coś powiedzieć. Zaraz potem przypominam sobie jednak, że gdyby ten z pozoru ludzki, siwowłosy staruszek poznał moje prawdziwe nazwisko, zabiłby mnie bez wahania jak każdy inny.
– No, to do jutra. – Wsuwa klucz do zamka. Kamienna płyta odsuwa się ze zgrzytem.
– Do jutra. – Wychodzę na zimny, porywisty wiatr Letens i skręcam w kierunku teatru.
Letens to dziwne miasto.
Tutaj, u południowych krańców cywilizacji, ponad piętnaście lat od przystąpienia do Hierarchii, cateńskie wpływy wciąż nie zdołały zatrzeć śladów starego świata. Oświetlone latarniami ulice są kręte, błotniste i wąskie, niedostosowane do zasilanych Wolą bryczek i powozów, które od czasu do czasu muszą się nimi przeciskać. Architektura jest mocno zróżnicowana, od drewnianych klocków ledwie pełniących podstawowe funkcje mieszkalne, po wysokie, otoczone murami rezydencje z kamienia – te należą do obywateli. Ponad wszystkim wznosi się w oddali ozdobiona licznymi malowniczymi łukami świątynia Jovana, która stanowi zwieńczenie tensjańskiego forum. Otaczają ją pozostałości świętego gaju druidów; to on niegdyś stanowił serce miasta. Ale druidów już nie ma.
Więzienie teoretycznie nie znajduje się na przedmieściach, lecz Letens jest rozległe i po ponad dziesięciu minutach marszu wciąż mam do centrum kawałek drogi. O tak późnej porze na ulicach spotyka się najczęściej żołnierzy w czerwonych płaszczach, choć pojawiają się także inni mieszkańcy, dzielnie zmagający się z lodowatym, wiejącym z południa wichrem. To głównie octavusowie. Można ich poznać po tym, że gdy prowadzą ściszone rozmowy w swym rodowitym tensjańskim, unikają kontaktu wzrokowego. Niektóre kobiety noszą stole z wyszytymi nad lewą piersią imionami dzieci. Z dumą podkreślają w ten sposób swój wkład w Hierarchię. Prócz tego szczegółu ich odzienie jest brudne i złachmanione.
Paradoksalnie tutaj, na dalekim południu, Hierarchia jest mniej widoczna niż niemal wszędzie indziej na świecie. Czasami tłumaczę sobie, że właśnie z tego powodu przestałem uciekać.
Oczywiście powinienem uczciwie dodać, że niemały udział miały również samotność i głód.
Teraz przynajmniej głód nie stanowi problemu.
Milczące ulice doprowadzają mnie wreszcie do nieoświetlonej alejki, niemal niewidocznej w długim cieniu brzydkiego, chylącego się budynku. Pod podeszwami chlupie błoto. Dawniej tego rodzaju boczne zaułki były dość niebezpieczne. Przestępczość w Letens istnieje nadal, lecz obecnie jej przyczyną jest raczej pragnienie zaznania przyjemnego dreszczyku zakazanych emocji niż konieczność zmuszająca do przemocy. Cateńczycy bardzo poważnie traktują prawo urodzenia – zestaw zasad rzekomo chroniący ludzkie życie. Wszyscy desperaci, którzy ośmielają się je łamać, nieuchronnie trafiają na Płyty.
W chwili gdy za moimi plecami dogasa światło sączące się z głównej ulicy, wypatruję krótkich schodów. Prowadzą w dół do niemal niewidocznych drzwi, a te otwierają się poniżej poziomu gruntu. Otwieram je bez pukania. Wchodzę do niewielkiego, dusznego pokoju. Przy stoliku w kącie siedzi trzech mężczyzn i kobieta. Na mój widok przerywają rozmowę, lecz kiedy mnie rozpoznają, napięcie natychmiast znika z ich twarzy.
– Vis, mój chłopcze! – Septimus Ellanher wstaje i wita mnie swoim donośnym, arystokratycznym tonem.
Jej kanciastą twarz rozjaśnia drapieżny uśmiech. Kobieta jest dobrze zbudowana. Przerasta mnie o głowę, a masa falujących, kruczoczarnych loków spływa swobodnie aż po pas. Jest spocona, w blasku świec wyraźnie dostrzegam jej mięśnie i blizny na obnażonych ramionach.
– Właśnie ciebie było mi trzeba!
Ostrożnie zamykam za sobą drzwi i obrzucam ją obojętnym spojrzeniem. Tak ciepłe powitanie zupełnie do niej nie pasuje.
Ellanher przewraca brązowymi oczami, upstrzonymi bursztynowymi plamkami. Moja mało entuzjastyczna reakcja nie zdołała stłumić jej jowialności.
– No proszę cię. Czy dama nie może się już ucieszyć z przybycia ulubionego wojownika?
– Dama z pewnością może – rzucam i pozdrawiam siedzących przy stole mężczyzn uprzejmym ruchem głowy.
Są więksi nawet od Ellanher, wyżsi i masywniejsi, lecz brak im tak dużej charyzmy. Dwóch, Carena i Othmara, znam z poprzednich nocy. Odpowiadają mi skinieniami, a w ich spojrzeniach błyska niechęć.
– Czego chcesz?
Ellanher śmieje się gardłowo, niestropiona. Wie, że żartuję. Zresztą i tak wzięła moje słowa za komplement.
– Szelma. Ale cóż, mam dla ciebie dzisiaj specjalną walkę.
Nie podoba mi się sposób, w jaki jej towarzysze na mnie patrzą. Wyraźnie na coś czekają. Jak większość ludzi są octavusami i regularnie cedują połowę swej Woli na rzecz septimusa. Na myśl o tym przebiegają mnie ciarki.
Dzisiejszej nocy jest, rzecz jasna, inaczej. Zazwyczaj swoją Wolę ceduje się raz na zawsze. Hierarchia organizuje i śledzi wypełnianie tego rodzaju umów bardzo pieczołowicie, a zwrócić Wolę może tylko ten, kto ją kontroluje. To właśnie zrobili dziś septimusowie tych mężczyzn – najpewniej w zamian za udział w zyskach. Oczywiście jest to nielegalne. Aczkolwiek podobne występki karane są jedynie niedużą grzywną.
Dowolny z tej trójki mógłby złamać mi kark jedną ręką. Na szczęście nieprzerwane cedowanie Woli przyćmiło ich umysły i spowolniło reakcje, nawet jeśli teraz, tymczasowo, znów są sobą. Coś im odebrano na zawsze. Nie rozumieją nawet, że zostali złamani, a to właśnie czyni ich świetnym materiałem na chłopców do bicia.
Od początku było im nie w smak, że ja, drobniejszy i młodszy, chłopcem do bicia nie jestem.
– Specjalna walka – powtarzam, ponownie skupiając uwagę na Ellanher.
– Tak, drogi chłopcze! Kilka dni temu skontaktował się ze mną pewien mężczyzna. Starszy, elegancki. Imienia nie zdradzę, lecz to człowiek szeroko znany w północnej Tensji. Rycerz, dasz wiarę? Doszły go słuchy o naszych widowiskach. Dowiedział się od znajomego, który od czasu do czasu korzysta z naszej gościnności. I człowiek ów wystąpił z niesłychanie intrygującą propozycją. Jego syn, niestety, narobił sobie długów i… – Ellanher zauważa moje teatralne ziewnięcie i marszczy czoło. – To sextus – kończy lekko zgryźliwie, rozczarowana, że zepsułem jej wstęp. – Dzisiaj staniesz do walki z sextusem.
W pierwszej chwili sądzę, że się przesłyszałem, lecz zadowolone miny na twarzach octavusów błyskawicznie wyprowadzają mnie z błędu. Mam stać się mięsem w trybach maszynki do mielenia.
Mam wrażenie, że w pokoju brakuje powietrza.
– Na jakich zasadach? – Z ulgą stwierdzam, że głos mi się nie łamie. Nie słychać w nim też gniewu ani strachu. Ellanher musiała przygotowywać to od dawna. Poinformowała mnie w ostatniej chwili, ponieważ wie, że się nie wycofam, gdy starcie zostało już umówione, a widownia czeka.
Gdybym zrejterował, już nigdy by mnie tu nie wpuszczono.
– Bez broni. Bez zabijania.
– Postaram się jak mogę – mruczę, choć zawarta w tych słowach odwaga nawet w moich uszach brzmi fałszywie. Spuszczam wzrok, próbuję się pogodzić z tym, co ma się wydarzyć. Po chwili podnoszę głowę i patrzę jej w oczy. – Potrójna stawka.
– Podwójna.
– Poczwórna.
– Kochanie, kiedy się targujesz, powinieneś szukać kompromisu.
Milczę, świdruję ją spojrzeniem.
Zapada cisza. Wreszcie Ellanher parska cichym, wysokim śmiechem. Tak dziewczęcy głos w ustach równie potężnej osoby brzmi nienaturalnie.
– W takim razie potrójna. Ale żadnych dodatków na medyka, nawet jeśli będzie musiał łatać tę twoją przystojną buźkę.
Prawdopodobnie będzie musiał, lecz lepszego interesu już nie ubiję. Wskazuję wąski korytarzyk, prowadzący w głąb budynku. Sygnalizuję zgodę i jednocześnie zapraszam, by mnie poprowadziła. Kiedy odchodzimy, trójka przy stole znów patrzy na mnie spode łba. Liczyli, że zareaguję bardziej widowiskowo.
W głębi ducha wciąż mam ochotę zwiać.
Idziemy bez słowa i po krótkiej chwili trafiamy do tak zwanego biura Ellanher – za dnia i wczesnym wieczorem to samo pomieszczenie służy za garderobę. Nie po raz pierwszy uderza mnie jego wygląd. Jasno oświetlone lustro, toaletka zastawiona kosmetykami w fiolkach. Ozdobione piórami kapelusze, miękkie futrzane płaszcze oraz stojak z całą kolekcją rozmaitych sukienek. Dziwnie jest wyobrażać sobie Ellanher, jak szykuje się tu, by śpiewać, tańczyć i deklamować na tej samej scenie, na którą pośle mnie, by jakiś osiłek rozbił mi łeb.
Kobieta podchodzi do ściennego sejfu. Zdejmuje z szyi klucz Woli i wsuwa do dziurki. Granitowa zasuwka ustępuje i drzwiczki odsłaniają starannie ułożone stosy monet. Skrytki zabezpieczane Wolą są stokroć bardziej bezpieczne od swoich mechanicznych odpowiedników. A przy tym stosownie droższe. Nocny interes Ellanher musi przynosić sowite dochody.
Ellanher odlicza moje wynagrodzenie – sześć srebrnych trójkątów, równowartość sześćdziesięciu miedzianych – po czym wciska mi pieniądze do ręki.
– Vis, przyznam, że jestem ciekawa. – Zamyka sejf. Odkąd znaleźliśmy się sam na sam, jej udawana arystokratyczna aura zniknęła. Rozumie, że nie robi to na mnie tak mocnego wrażenia, jak na innych. – Kwoty, jakie tutaj zarabiasz, trudno nazwać fortuną, ale to i tak sporo jak dla sieroty. I jesteś skłonny narazić się bardziej, byle zgarnąć jeszcze więcej. Na co to wszystko? Długi? Kobieta? Jakaś słabostka, do której nie masz odwagi się przyznać? – Stara się przybrać lekki ton, lecz to nie żarty. Przeciwnie. Drażni ją, że czegoś o mnie nie wie.
– Ten sextus, z którym mam walczyć… Zakładam, że będzie cedować?
– Oczywiście. – Jeżeli nawet poczuła się urażona, że tak obcesowo zignorowałem pytanie, nijak tego nie pokazuje. – Nie chcę przecież, żeby cię zatłukł, mój chłopcze.
– Tak, wystarczy dotkliwe pobicie.
Ellanher taksuje mnie wzrokiem i podejmuje w duchu jakąś decyzję.
– Owszem. – Bez przeprosin, bez wyjaśnień. – I pamiętaj, Vis, opór słabszego rywala bywa zabawny, ale tylko do pewnego momentu. Nagle może zacząć coś znaczyć. Coś, co zwróci uwagę Cateńczyków.
Zaciskam monety w dłoni. Ostre wierzchołki trójkątów boleśnie wbijają mi się w skórę. W ciągu kilku ostatnich miesięcy stawałem się coraz większym wyzwaniem dla walczących ze mną septimusów. Na domiar złego ostatnio częściej wygrywam, niż przegrywam. Zaczęło mi to nawet sprawiać przyjemność. Niedobrze. Mogłem przewidzieć, że ludzie zwrócą na mnie uwagę, zaczną rozmawiać na mój temat, a w pewnych dzielnicach spojrzą na to krzywym okiem.
– Do zobaczenia na scenie – warczę, odwracam się na pięcie i wychodzę pospiesznie. Boję się, że następne słowa tylko pogorszą sytuację.
Słabo oświetlone korytarze wydają się ciaśniejsze niż kiedykolwiek. Trzewia największej sali widowiskowej w Letens to labirynt prywatnych pokojów i garderób, w większości zamkniętych, gdyż ostatni aktorzy wyszli z teatru ponad dwie godziny wcześniej. Idę bez zawahania. Niemal instynktownie kieruję się do schodów prowadzących na szczyt widowni. Od ponad sześciu miesięcy bywam tu trzy razy w tygodniu. Znam drogę.
Towarzyszy mi jedynie lęk przed tym, co mnie czeka, aż jestem na górze, skąd szmer ludzkich głosów wdziera się do mojej świadomości.
Zjawili się już pierwsi przybysze tej nocy. Za mniej więcej pół godziny ich pomruk przerodzi się w głośny, pełen wyczekiwania gwar, unoszący się nad zapełnionymi siedzeniami. A kiedy rozpocznie się pierwsza walka nocy, salę wypełni ryk.
W końcu staję w najwyższym rzędzie półkolistego amfiteatru z białego kamienia, niezauważony przez widzów. Scena zdaje się odległa. Sala mieści jednocześnie aż kilkaset osób. Dawniej nie było tu dachu, obecnie rozciąga się nade mną nieco przytłaczająca, tłumiąca dźwięki kopuła. Wykonana została z trzech warstw, na specjalne zamówienie, przez cateńskich architektów. Konstrukcję ufundowali zamożni obywatele miasta, przybysze z samego Catenu. Rzekomo okrzyki wznoszone przez miejscowych widzów w reakcji na rubaszne tensjańskie przedstawienia przeszkadzały im w zażywaniu wieczornego odpoczynku.
Masywna, kamienna kopuła nie zaskarbiła sobie serc Tensjan – zalet estetycznych nie posiada, o czym dobitnie świadczy dość wulgarny przydomek, jaki jej nadali. Niemniej jest skuteczna. Nie dobywa się spod niej nawet najdonośniejsza wrzawa.
Rozglądam się i po krótkiej chwili udaje mi się wypatrzyć człowieka, którego szukałem. Ściska w ręku znajomy czarny zeszyt. Prowadzi z kimś ożywioną rozmowę. Jak na octavusa Gaufrid jest bardzo dziarski, mimo że przeszło dekada cedowania wyraźnie odcisnęła na nim swoje piętno – choć dobiega czterdziestki, wygląda na pięćdziesięciolatka. To, co oględnie nazywa wysokim czołem, jest już prawie całkowitą łysiną, aczkolwiek ostatnie kosmyki piaskowej barwy zawsze nosi starannie przystrzyżone i zaczesane. Z jakiegoś powodu na dzisiejszy wieczór założył paskudny zielony strój.
Kręcę się w pobliżu wyjścia, unikając spojrzeń gęstniejącego tłumu. Czekam cierpliwie, aż w końcu spotykamy się wzrokiem. Gaufrid przeprasza rozmówcę i podchodzi żywym krokiem.
– Vis!
– Gaufrid. – Omiatam spojrzeniem jego ubranie. – Co to ma być? Zakład przegrałeś?
– Ha. Ha. Żona wybrała, skoro już musisz wiedzieć.
– Pewnie chce mieć pewność, że jej nie zdradzisz.
– Bydlak z ciebie. – Szeroki uśmiech dowodzi, że sam również nie docenia gustu małżonki. Chwyta moją dłoń i niczym spiskowiec zaciąga mnie w mocno zacienione miejsce. – Spójrz, twoja wielbicielka wróciła.
Spoglądam we wskazanym kierunku i dostrzegam na widowni dziewczynę. Mimo że pod kopułą jest ciepło, nie zdjęła grubego, czarnego płaszcza. Musi być mniej więcej w moim wieku, może parę lat starsza. Ciemna skóra, długie, kasztanowe loki. Pochyla się na siedzeniu, ignorując sąsiadów, zapatrzona w pustą scenę poniżej. Jest w tym coś niepokojącego. Niespodziewanie dekoncentruje się i rozgląda, ściągając brwi, po czym nasuwa kaptur na głowę. Ukrywa twarz. Zupełnie jakby wyczuła nasze spojrzenia.
– Szczęściarz ze mnie. – Nie zamieniłem z nią nawet słowa, ale pojawiła się na wszystkich walkach w ciągu dwóch ubiegłych tygodni. Rozpytuje o mnie dyskretnie. Gaufrid sądzi, że to romantyczne. A ja boję się, że mnie rozpoznała. – Ale nadal nie jestem zainteresowany.
– W takim razie zachowam się jak dobry przyjaciel i dalej będę jej tłumaczyć, że jesteś równie zagadkowy, jak przystojny. – Mimo wszystko sprawia wrażenie zawiedzionego. – No dobra. Chcesz obstawić?
Czuję w kieszeni ciężar pieniędzy. Przeliczam je w myślach. Gaufrid nieoficjalnie przyjmuje w teatrze zakłady. Udają się do niego kibice, którzy gotowi są zaryzykować pewną kwotę i mieć przy tym realną szansę na wygraną.
– Tak. Ostatnią walkę wieczora.
– Octavus czy septimus?
– Wyjątkowa sytuacja – krzywię się. – Sextus.
Robi zdumioną minę, krew odpływa mu z twarzy. Łapie mnie za rękę i prowadzi w głąb bocznego korytarza.
– Zwariowałeś?
– Dowiedziałem się dopiero pięć minut temu. Niewiele mogłem zrobić.
Niemal widzę, jak umysł Gaufrida zaczyna gorączkowo pracować, wychwytuję moment, w którym dociera do niego, że to musi być kara.
– Natychmiast wracaj do Ellanher. Powiedz, że przez cały następny miesiąc podłożysz się każdemu septimusowi, jakiego przeciw tobie wystawi. Na taki kompromis pójdzie. – Na twarzy przyjmującego zakłady maluje się najprawdziwsza troska. – Vis, to przecież sextus. Wystarczy, że raz źle wymierzy cios, a pęknie ci czerep. Choćby przypadkiem. Nawet jeśli ten facet… Facet? – Marszczy brwi, a ja potakuję skinieniem. – Nawet jeśli facet ceduje, w każde uderzenie włoży siłę dziesięciu ludzi! Rozumiesz to chyba, co?
– Dokładnie dziewięciu ludzi i ćwierci dziesiątego – poprawiam go poirytowany. – Poza tym skoro musi zarabiać tutaj, raczej nie ma doświadczenia w posługiwaniu się Wolą. A jeśli cedują na niego słabi septimusowie, może być wart jedynie trzech czy czterech.
Rozwiązanie zbliżone do zasugerowanego przez Gaufrida przeszło mi już wcześniej przez myśl. Może to duma, może upór, ale nie zrobię tego. Nie pójdę do Ellanher. Zbyt ciężko pracowałem, odniosłem zbyt wiele ran i wycierpiałem za dużo drwin, by znowu dawać się pokonać.
Co więcej, nie chodzi mi wyłącznie o pieniądze. Już dawno wyrzekłem się marzeń o zemście na Republice, lecz to wcale nie znaczy, że nie zamierzam się jej przeciwstawiać.
A to dobry trening.
Gaufrid burczy coś pod nosem. Nie wiem, czy bardziej przejął się moim losem, czy perspektywą utraty zysków z naszej obopólnie korzystnej umowy. Nie mogę zagwarantować zwycięstw, nigdy też się nie podkładam, lecz większość walczących tu septimusów to stali bywalcy: tych, z którymi jeszcze nie walczyłem, dokładnie obserwowałem. A to oznacza, że raczej umiem trafnie ocenić swoje szanse. I co ważne, jestem zwykle w stanie dowolnie przeciągnąć długość starcia, nawet jeśli nie przebiega po mojej myśli.
Dlatego najczęściej obstawiam, jak długo wytrwam na scenie, a Gaufrid korzysta z tej informacji, by dostosować stawki oferowane pozostałym klientom.
– Jaka będzie twoja propozycja za trzy minuty? – Brzmi to co najmniej groteskowo, lecz cóż. I tak wpadłem po uszy. Równie dobrze mogę spróbować na tej historii zarobić.
– Vis. – Gaufrid śmieje się z niedowierzaniem. – Kiedy ogłoszą, z kim walczysz, nikt nie obstawi nawet, że przetrzymasz trzy sekundy.
Milczę.
– No dobrze – wzdycha, widząc, że nie ustąpię. – Dwadzieścia do jednego.
– Za trzy minuty?
– Lepszej propozycji ode mnie nie usłyszysz – zapewnia. – Zrozum, nie mam przecież nawet gwarancji, czy nie dogadałeś się z tym sextusem. Kto wie, może planujecie podzielić się jego wygraną?
– Nie zrobiłbym czegoś takiego. Nie tobie – rzucam urażony.
– Wierzę. Ale ryzyko pozostaje.
– No to może dwie minuty?
– Taka sama stawka. – Gaufrid mierzy mnie poważnym spojrzeniem. – Za minutę też.
Krzywię się, lecz znam go na tyle, by wiedzieć, że nie ustąpi. Jest przekonany, że mi pomaga; że lepiej dla mnie będzie, jeśli zamiast myśleć o dużych pieniądzach, po prostu jak najszybciej przegram.
Wyciągam z kieszeni cztery srebrne trójkąty i mu podaję.
– Więc ponad minutę. I mniej niż półtorej.
Gaufrid odbiera monety, patrzy na nie i gwiżdże pod nosem.
– No proszę, dziś jesteś nie tylko głupi, ale i bogaty. Zgoda.
Wrzuca pieniądze do sakiewki zwisającej u pasa. Niczego nie zapisuje w swoim czarnym zeszycie, nie notuje kwoty ani zaoferowanej mi stawki. To jednak norma. Gaufrid szczyci się niesamowitą pamięcią, a wiem, że umowy dotrzyma. Chociażby dlatego, że o naszym układzie wie Ellanher, i choć ona również pobiera swój procent, gdyby doszła do wniosku, że przyjmujący zakłady pośrednik oszukuje jej zawodników, rozszarpałaby go na kawałki – niewykluczone, że dosłownie.
Jesteśmy zatem dogadani. Odwracam się, lecz Gaufrid kładzie mi rękę na ramieniu i zatrzymuje.
– Wiesz, to nie żadna ujma, jeśli zrezygnujesz po pierwszej krwi. – Wygląda na zirytowanego, a może nawet rozgniewanego, że musi mi tłumaczyć takie proste rzeczy. I nic dziwnego, biorąc pod uwagę, jaki wynik będą obstawiać widzowie. – Rozumiem, że nie leży to w twojej naturze, ale Vis, gdybyś kiedykolwiek planował pójść po rozum do głowy i nie ulegać własnej dumie, to dziś nadarza się ku temu znakomita okazja.
Uwalnia mnie i wraca do amfiteatru, by paradować między ludźmi w tym swoim komicznym zielonym stroju.
Kiedy schodzę po schodach, wciąż słyszę w duchu echo jego przestrogi. Tym razem kieruję się do pomieszczenia przy scenie, w którym zawodnicy czekają na swoją kolej. Rada Gaufrida mogła być słuszna. Każdy z rywali może poddać walkę, kiedy pojawia się krew. A ta bez wątpienia popłynie jeszcze przed końcem pierwszej minuty, i to bez względu na to, jak szybko i zwinnie będę robić uniki.
Ale to przecież tylko minuta. Minuta warta osiem złotych monet. Dwa razy więcej, niż zdołałem oszczędzić, odkąd w ogóle zacząłem się tu pojawiać.
I wcale nie chodzi wyłącznie o zarobek. Ostatnio coraz wyraźniej czuję na karku ciężar nieubłaganie mijającego czasu. Dwa miesiące temu skończyłem siedemnaście lat, choć w rejestrach Hierarchii przy nazwisku Vis Solum można znaleźć informację, że wiek ten osiągnę dopiero za dziesięć tygodni. Chwilami żałuję, że kiedy trafiłem do sierocińca, nie nagiąłem prawdy jeszcze bardziej. Uznałem jednak, że nie warto aż tak ryzykować. Wolałem nie zwracać na siebie uwagi. Tak czy inaczej, mój oficjalny wiek oznacza, że już za nieco ponad rok prawo upomni się o moją Wolę. Albo sceduję ją przy jednej z Aurora Columnae, albo oddam na Płycie.
A wszystkie znane mi sposoby na uniknięcie tego losu wiążą się z poważnymi wydatkami.
Głęboko zamyślony przechodzę kilka ukrytych na tyłach korytarzy i docieram do pomieszczenia po prawej stronie sceny, w którym octavusowie przygotowują się do starć. Surowo urządzone wnętrze jest akurat na tyle przestronne, aby wygodnie pomieścić tuzin oczekujących już mężczyzn. Przy drzwiach, jak zwykle, stanęła tymczasowa, przenośna kapliczka Miry. Nie poświęcam jej nawet spojrzenia. W pomieszczeniu unosi się woń starego potu i zwierzęcego łoju, którym zawodnicy nacierają ramiona. Wszyscy obecni truchtają w miejscu, podskakują, starając się rozruszać zesztywniałe mięśnie.
Nikt nie przerywa rozgrzewki, lecz czuję na sobie ich ukradkowe spojrzenia, gdy szukam dla siebie wolnej przestrzeni. A więc już wiedzą.
Podobnie jak wcześniej Othmar i Caren, tak i ci wojownicy nie przyglądają mi się ze szczególnym współczuciem. Mam wrażenie, że od początku traktowano mnie tutaj jak dziwoląga. Do wieku najmłodszego z obecnych brakuje mi przynajmniej dwóch lat i dysponuję przy tym najmniej imponującą muskulaturą. Choć cherlakiem nie jestem. Starcia w teatrze, by nie wspomnieć o wcześniejszym okresie walk gladiatorów w lidze victorum, uczyniły moje ciało bardziej żylastym i silnym, niż wydawało się możliwe. Pozostali zawodnicy jednak zostali wytypowani ze względu na sylwetki. Wszyscy bez wyjątku są jak żywe góry mięśni.
A dzisiaj to ja mam zmierzyć się z sextusem, nie oni. Niektórych dotknie to osobiście. Uznają, że Ellanher chce w ten sposób nagrodzić mnie za ostatnie pasmo zwycięstw. Nie zrozumieją, że w rzeczywistości spotyka mnie kara. Inni z kolei ucieszą się na myśl, że po tej walce na pewien czas wypadnę z obiegu.
Czas dłuży się w nieskończoność. Kose spojrzenia ćwiczących mężczyzn dodatkowo wzmagają mój niepokój. Z amfiteatru dolatuje coraz głośniejszy szum ekscytacji, który wreszcie raptownie milknie, gdy rozlega się głos Ellanher. Jej zapowiedź umiejętnie buduje napięcie. Słychać śmiechy, wiwaty. Kibice ją uwielbiają. Mija dziesięć minut, to wystarczy, aby wszyscy chętni zdążyli obstawić pierwszą walkę.
Wreszcie otwierają się drzwi prowadzące na scenę i zagląda do nas Idonia. Mówi się, że to młodsza kuzynka Ellanher, choć przez jej jasną, krótko przystrzyżoną fryzurę i niebieskie oczy trudno doszukać się pomiędzy nimi podobieństwa.
– Pabul – rzuca, przywołując do siebie olbrzyma o długich rudobrązowych włosach, któremu brakuje jednego zęba na przedzie.
I rozpoczyna się wyliczanka imion. Na scenę wychodzą kolejni zawodnicy. Nie wracają tą samą drogą. Oczekujący nie poznają wyników kolejnych starć aż do końca wieczoru.
Zazwyczaj można się ich jednak domyślić. Kiedy walka jest wyrównana, wydawane przez tłum okrzyki nabierają określonego, specyficznego brzmienia. Bardzo charakterystycznie fetowane są również co paskudniejsze rany.
Dzisiaj staram się nie zwracać uwagi na odgłosy, skupiam się na opracowaniu strategii. Myślałem o takiej walce już wiele razy wcześniej, zawsze jednak czysto hipotetycznie. Broni nie będzie, a to już coś. Z drugiej strony większość sextusów potrafi nasycić dowolny przedmiot. Przelotny dotyk rywala wystarczy, by zaczęła mnie dusić własna koszula. Ewentualnie, gdyby przeciwnik chciał ukryć oszustwo, mogłaby – w odpowiednio wybranym przez niego momencie – wytrącić mnie z równowagi. Kłopotliwe, a uniknąć tego można tylko w jeden sposób.
Co oczywiste, rywal będzie silny. Przez chwilę rozważam, czy nie powinienem mu pozwolić czegoś nasycić. Nikt przecież nie dysponuje nieskończonymi zasobami Woli, a jeśli przeleje pewną jej dawkę w przedmiot, straci możliwość wzmocnienia tą porcją samego siebie. Szybko jednak odrzucam ten pomysł. W tym scenariuszu pechowy cios w głowę, zamiast zabić, uczyniłby mnie kaleką. Marny zysk.
Istnieje też kwestia szybkości. Tę znacznie trudniej przewidzieć i jest to jedyne źródło mojej nadziei. Cedowana na mojego przeciwnika Wola skróci czas jego reakcji, lecz będzie zapewne jedynie odrobinę szybszy od przeciętnego septimusa. Bardziej istotną rolę mogą odegrać doświadczenie i poziom wyszkolenia. A jeżeli ten sextus stanął do dzisiejszej walki wyłącznie z myślą o łatwym zarobku, to możliwe, że nie będzie tak zdyscyplinowany jak moi dotychczasowi przeciwnicy.
Kiedy rozważam rozmaite strategie, pomieszczenie powoli pustoszeje. Robi się coraz ciszej. Zostaje tylko gęsty smród. Okrzyki widzów to narastają, to słabną.
Ostatecznie zostaję sam.
Rozbieram się, powoli i metodycznie. Płaszcz, tunika, bielizna. Wszystko starannie składam w schludny stosik. Muszę wierzyć, że te ubrania jeszcze mi się przydadzą. Następnie sięgam do garnka z łojem i nacieram całe ciało. To dość obrzydliwe, lecz gdyby sextus zdołał mnie zamknąć w uścisku, mógłby mnie zmiażdżyć lub połamać kości. A rozsmarowany łój nie zachowa trwałego kształtu, więc nie sposób go nasycić.
Ledwie zdążyłem się nasmarować, drzwi stają otworem.
– Vis, twoja… – Idonia urywa na mój widok. Otwiera szeroko oczy i się odwraca. Jest zdecydowanie bardziej wstydliwa niż jej kuzynka. – O, już jesteś gotowy… Znaczy teraz ty. Twoja kolej. – Policzki zalewa jej czerwony rumieniec. Niemal wybiega z powrotem na scenę.
Idę za nią. Śmieję się pod nosem, choć przede wszystkim po to, by nie myśleć o krępującej naturze sytuacji. Ludzi wiodących żywot zbiega rzadko stać na takie luksusy jak przyzwoitość. Wystarczyło pierwsze półtora roku, a skutecznie wybito mi z głowy wszelkie skrupuły i zahamowania. Niemniej nagość zawsze jest w pewien specyficzny sposób niepokojąca. W duchu nadal czuję się zażenowany i odsłonięty, nie tylko fizycznie. Mimo że wiem, że pomysł jest dobry.
Korytarz prowadzący na scenę jest krótki. Ellanher kwieciście anonsuje występ sextusa. Powietrze przepełniają świeże emocje, słychać szmer podekscytowania i stłumione okrzyki. Wciąż zarumieniona Idonia podbiega do kuzynki, szepcze jej coś na ucho.
Ciemnowłosa kobieta odwraca się gwałtownie i zerka w moją stronę. Czuję na sobie nieodgadnione spojrzenie brązowych oczu. Gdy wychodzę na scenę, mina kobiety nie zmienia się ani trochę, nawet kiedy kibice zauważają moją nagość i reagują śmiechem przetykanym gwizdami. Wymijam Ellanher i staję przodem do skrytej w półmroku widowni. Wsłuchuję się w ich głosy, uśmiech rozciąga się na mojej rozpalonej twarzy. Unoszę ręce. Śmiech rozbrzmiewa jeszcze głośniej, lecz jest w przeważającej mierze wyrazem aprobaty, nie doszukuję się w nim drwiny. Pewność siebie – prawdziwa czy udawana – wywiera na ludzi wyjątkowy wpływ.
Oglądam się przez ramię na Ellanher. Nie patrzy na mnie w tej chwili, lecz w jej oczach zaszła jakaś zmiana. Jest zaskoczona. Może nawet wstrząśnięta. Uświadamiam sobie, że po raz pierwszy zobaczyła moje plecy. Pokrywającą je sieć straszliwych, nawarstwionych blizn i szram. Nieistotne. Wątpię, by rozumiała, co oznaczają, a nie mam najmniejszego zamiaru jej wtajemniczać.
Wychwytuję ruch po drugiej stronie sceny. Mój oddech natychmiast przyspiesza.
Sextus jest… imponujący. Na oko jakieś dziesięć lat starszy ode mnie. Wysoki. Atletycznie zbudowany – nie składa się, jak octavusowie, z samych mięśni, lecz biją od niego wdzięk i siła. Sprężyście wychodzi zza kulis, pozdrawia mnie swobodnym uśmiechem i macha ręką do widowni, na której rozlega się zapalczywy ryk aprobaty. W dodatku jest przystojny. Brązowe włosy zaczesał w modną, krótką fryzurę, a wyraziście zarysowaną szczękę porasta ciemna, kilkudniowa szczecina. Od razu staje się faworytem kibiców.
Zsuwa z nosa ciemne okulary – dowód, że jest sextusem, nikt niższej rangi nie ma prawa ich nosić – i przekazuje je Ellanher. Kiedy mnie zauważa, jego pewność siebie na moment słabnie. Zaraz jednak powraca uśmiech. Choć teraz bardziej już poważny. Rywal nie jest zadowolony.
W tej chwili i ja się uśmiecham.
Idonia zdążyła już zniknąć. Ellanher staje na przodzie sceny, rozpościera ramiona i wpatruje się w pogrążone w cieniu najwyższe rzędy, jakby dokładnie widziała oblicza siedzących tam ludzi. Zastyga. Szepty ustają, milkną ostatnie pomruki. Zupełnie jakby sam gmach wstrzymał oddech. Wszyscy skupiają się na niej.
Słyszę w uszach donośny szum krwi, gdy odwracam się do sextusa. Kołyszę się na stopach, przygotowuję. Nie padnie żadna zapowiedź, nikt nie wymieni naszych imion. Nie tutaj.
Wreszcie, zadowolona z poziomu napięcia, Ellanher opuszcza ramiona. Lekkim krokiem schodzi ze sceny i słychać już tylko jedno jej słowo. Słowo, które rozcina ciszę niczym ostrze sztyletu.
– Zaczynajcie.
Ryk tłumu uderza w scenę z siłą morskiej fali. Napiera z ciemności. Wrzawa wprawia mnie w stan uniesienia. Te wiecznotrwałe momenty, chwile o sekundy wyprzedzające początek starcia są doprawdy wyjątkowe. Krew pulsuje w żyłach. Walczę o utrzymanie spokojnego oddechu. Nie jestem pewien, czy to ekscytacja, czy strach, lecz wyostrzają się wszystkie zmysły, skóra łaskocze, a dłonie drżą z niecierpliwości. Sekundy dłużą się niemiłosiernie, każdy szczegół sceny i sylwetki przeciwnika staje się wyraźniejszy. Stare, białe płyty pod moimi nogami pokryte są pajęczą siecią pęknięć; gdzieniegdzie na kamieniu widnieją plamy świeżej krwi. Powietrze jest ciepłe i gęste od parujących ciał stłoczonych pod kopułą.
Zauważam ledwo dostrzegalny grymas na wargach sextusa. Rywal rusza naprzód. Jego zielone oczy stają się czarne, błyszczą w świetle pochodni rozmieszczonych wokół sceny.