Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Szczere i uczciwe rozliczenie bolesnej karty w historii polsko-ukraińskiej.
To książka napisana bez stereotypów i uprzedzeń, bez wybielania żadnej stron, ale i bez szukania „złotego środka” tam, gdzie go nie ma. Jej autor, profesor Grzegorz Motyka, jest wybitnym specjalistą w dziedzinie historii najnowszej Kresów Wschodnich. Jego poprzednie publikacje, jak Wołyń ’43, zostały bardzo dobrze przyjęte zarówno przez czytelników, jak i krytyków oraz świat akademicki.
Akcja przesiedleńcza oznaczona kryptonimem „Wisła” była pokłosiem konfliktu polsko-ukraińskiego. Ale okazała się przede wszystkim tragedią nie polityków i zbrojnych bojówek, a zwykłych ludzi – polskich obywateli. W jej wyniku wysiedlono ponad 140 tysięcy osób. Decyzja partyjnych dygnitarzy na zawsze zmieniła zarówno życie przesiedlonych, jak i kolejnych setek tysięcy ich potomków. W bezprecedensowy sposób wyludniono południowo-wschodnie połacie kraju, a opustoszałe wsie Beskidu Niskiego i Bieszczadów do dziś są świadectwem tego dramatu.
Akcja "Wisła" ’47 jest również historią początków totalitarnego ustroju w Polsce. Znakomicie pokazuje mechanizmy jego działania, bezwzględność aparatu siłowego i propagandowe zakłamanie. A nade wszystko jest to książka o ludzkiej krzywdzie. Akcja „Wisła” nie była epizodem, była największą operacją tego typu w dziejach PRL-u. Bez tej historii nie da się zrozumieć relacji polsko-ukraińskich.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 506
ZAMIAST WSTĘPU:DLACZEGO AKCJA „WISŁA” JEST WAŻNA?
Pieter Breughel rozumiał filozofię dziejów lepiej niż niejeden historyk. Ten szesnastowieczny niderlandzki malarz, pokazując życie i losy podpatrywanych sąsiadów, nadał swoim dziełom uniwersalny wymiar, z przekazem głębszym, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać, aktualnym także dziś. Wystarczy spojrzeć na Spis ludności w Betlejem. W tłumie ludzi zmuszonych do przybycia do miasta w celu wypełnienia narzuconych przez aparat państwowy formalności lub po prostu krzątających się wokół codziennych spraw trudno w pierwszej chwili dostrzec coś więcej poza chaosem. Trzeba na chwilę zatrzymać wzrok, by zauważyć dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę, spieszących do punktu spisowego. Z pozoru niewiele ich wyróżnia, jednak fakt, że mężczyzna niesie piłę, a kobieta, otulona charakterystycznym płaszczem, jedzie na prowadzonym przez niego osiołku, pozwala nam się domyślić, kim są. Breughel ma oczywiście rację – jeśli opowieść Mateusza Ewangelisty jest prawdziwa, to dla mieszkańców Betlejem Maryja i Józef byli jednymi z wielu kłopotliwych przybyszów, ani lepszymi, ani gorszymi od innych. To dopiero późniejsze wydarzenia sprawiły, iż ich wymuszona wędrówka, schronienie się w stajni, wreszcie ucieczka przed siepaczami do Egiptu stały się dla chrześcijan centralnym punktem historii. Breughel w przebłysku genialnej intuicji mówi z pozoru rzecz prostą: są wydarzenia dziejące się na naszych oczach, na pozór nieważne i nieistotne, których prawdziwą wagę zaczynamy dostrzegać dopiero z biegiem lat. A wtedy na wszystko inne zaczynamy patrzeć przez pryzmat tego długo lekceważonego doświadczenia.
Takim fenomenem, twierdzę, jest również akcja „Wisła”[1]. Przymusowe wysiedlenie 140 tysięcy ludzi wtedy, w 1947 roku, nie wydawało się niczym ważnym ani szczególnym. Bo niby dlaczego miałoby takie być? Przecież w powojennej rzeczywistości do porzucenia własnych domów zmuszone zostały setki tysięcy Polaków, a dziesiątki tysięcy wciąż odbywały kary w głębi ZSRS. Kolejne partie deportowanych Niemców były transportowane na zachód, a administracja w okupowanych Niemczech uginała się pod ciężarem konieczności zaopiekowania się nimi. Wysiedlano Węgrów z Czechosłowacji i Włochów ze Słowenii, tysiące ocalałych Żydów próbowały zbudować nowy dom na gruzach starego, a jeśli nie – to w Palestynie lub na zachodzie Europy. Co najważniejsze, od Hamburga do Triestu, nad całą Europą Środkowo-Wschodnią, zatrzasnęła się żelazna kurtyna i staliniści z miesiąca na miesiąc wprowadzali kolejne represje. W Polsce właśnie sfałszowali wybory, zmiażdżyli legalną opozycję i podziemny opór oraz przystępowali do likwidacji prywatnego handlu. Miliony ludzi z trudem wiązały koniec z końcem, mierzyły się z biedną i opresyjną rzeczywistością. Dlaczego więc ktokolwiek miał się przejmować niedolą grupy mało wykształconych chłopów wywożonych z nowych rubieży kraju na Ziemie Odzyskane? Czyż nie zasłużyli oni na swój los, współpracując z ukraińskimi nacjonalistami lub zgoła Niemcami?
Patrząc z tej perspektywy, wysiedlenia w czasie akcji „Wisła”, jeśli w ogóle o nich wiedziano, zdawały się czymś nieistotnym, odpryskiem historii. Jednakże cierpliwe trwanie mniejszości ukraińskiej i łemkowskiej przy swojej mowie, wierze i kulturze, zbiorowa odmowa roztopienia się w polskim morzu, powoli zmieniały tę perspektywę. Już w 1952 roku władze zrezygnowały z projektu polonizacyjnego. A w roku 1956, godząc się na pewne ograniczone ciasnym ideologicznym gorsetem ustępstwa w sferze kultury i języka, przyznały, że mniejszość ukraińska w Polsce faktycznie istnieje, i w ten sposób wyznaczyły nowy początek jej historii. Historii, w której wywózka i wszystkie wypływające z niej doświadczenia, duże i małe krzywdy, stały się punktem centralnym, wydarzeniem, wobec którego po prostu nie można przejść obojętnie. Bo skoro wysiedlenie, jak słusznie zauważyła Agnieszka Herman, „było końcem totalnym – kresem wszystkiego, co ludność znała i czego mogła się spodziewać”[2], to wspomnienie o nim stało się nowym początkiem, od którego rozpoczynano opowiadanie o dziejach każdej rodziny. Bo jak zrozumieć, dlaczego mieszka się na Mazurach, Pomorzu czy Dolnym Śląsku, bez przypomnienia sobie niedoli wysiedlenia? Już w PRL stało się jasne: nie można być Ukraińcem w Polsce i nie mieć ugruntowanego poglądu na temat roku 1947. Dlatego kiedy w 1989 roku PRL zastąpiła wolna Rzeczpospolita, nowo powstały Związek Ukraińców w Polsce opowieść o akcji „Wisła” jako niezasłużonej krzywdzie i zbrodni umieścił w centrum zainteresowania. Aż chciałoby się powiedzieć: gdyby nie było akcji „Wisła”, polscy Ukraińcy nie byliby tym, kim dziś są...
Ale akcja „Wisła” jest ważna nie tylko dla nich. Pustynia, w jaką zamieniły się Bieszczady, Beskid Niski i lubaczowska część Roztocza, stała się wyrzutem sumienia dla wielu Polaków i zachętą do poznania losów ukraińskich współobywateli. W czasie rewolucji Solidarności potępienie akcji „Wisła” zostało uznane przez środowiska opozycji demokratycznej za warunek konieczny pojednania polsko-ukraińskiego, do czego przyczyniła się publicystyka garstki osób skupionych wokół paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. W 1990 roku specjalną uchwałą wysiedlenia 1947 roku potępił senat RP. Senatorowie, głosując za przyjęciem uchwały, dopisali się do długiej listy tych polskich polityków, którzy patrzyli na Polskę jako na wspólny dom, gdzie powinno się znaleźć godne miejsce dla wszystkich jej obywateli, niezależnie od przynależności narodowej czy religijnej. Sprzeciw wobec tej decyzji, podniesiony przez środowiska kresowo-narodowe z jednej strony, a z drugiej przez PRL-owską generalicję, nadal sprawującą kontrolę nad polską armią, ujawnił istotne różnice poglądów.
Rozpoczęte wówczas publiczne spory na temat rzekomej słuszności akcji „Wisła” trwały przez dwie dekady i tylko po części chodziło w nich o przeszłość. W istocie bowiem spór dotyczył tego, czy możliwe było po wojnie współistnienie obok siebie Polaków i Ukraińców. Można powiedzieć, że był to i w jakiejś mierze jest nadal spór optymistów wierzących w możliwość współżycia obok siebie dwóch narodów i pesymistów kategorycznie odrzucających taką ewentualność. W tym sensie spór ten jest nie tylko dyskusją o przeszłości, lecz także, a może przede wszystkim, o teraźniejszości i przyszłości. Mamy tu bowiem do czynienia z jak najbardziej aktualną debatą o tym, jakimi wartościami powinno kierować się współczesne państwo. Mówiąc inaczej, nasz stosunek do akcji „Wisła” mówi wiele o tym, kim jesteśmy, jakie mamy spojrzenie na państwo i relacje międzyludzkie. Czy bliżej nam do ciasnego nacjonalizmu, czy też do ideałów liberalno-demokratycznego społeczeństwa otwartego? Jak definiujemy „swoich”, a jak „obcych”? Co naprawdę sądzimy o stalinowskim systemie? Wszyscy werbalnie potępiamy go jako nieludzki, lecz czy nie szukamy usprawiedliwień, gdy represjonował nie „naszych”, tylko tych „drugich”? Można powiedzieć, że wysiedlenia 1947 roku stały się w wolnej Polsce lustrem, w którym możemy zobaczyć samych siebie takimi, jacy jesteśmy. Pytanie tylko, czy na pewno mamy odwagę w nie spojrzeć.
W dziele Breughla zachwyca jeszcze jedno: każda z dziesiątków postaci na jego obrazie jest inna, ma swoje indywidualne cechy. Zaznaczając różnice wyglądu i ubioru, malarz przypominał, że każdy człowiek to nie tylko oddzielne imię, ale też własna historia, nawet jeśli podobna do innych, to jednak na swój sposób niepowtarzalna i nie do odtworzenia. I nam nie powinno więc umykać, że historia akcji „Wisła” jest przede wszystkim opowieścią o ponad 140 tysiącach ludzkich losów. Za każdym wysiedleńcem kryło się inne, indywidualne i osobiste doświadczenie, różnorodne talenty, marzenia i oczekiwania.
Oto historia o tym, co spotkało naznaczonych akcją „W” obywateli Rzeczypospolitej Polskiej.
Lwów, 28 września 2021
Warszawa, 2 czerwca 2022
PRZYPISY
ZAMIAST WSTĘPU: DLACZEGO AKCJA „WISŁA” JEST WAŻNA?