Dawna stolica - Yasunari Kawabata - ebook + książka

Dawna stolica ebook

Kawabata Yasunari

0,0
34,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

"Dawna stolica", wyjątkowa powieść Yasunariego Kawabaty, ukazuje się pierwszy raz w języku polskim przeszło sześćdziesiąt lat od oryginalnego wydania, w doskonałym przekładzie Beaty Kubiak Ho-Chi.

Komitet Noblowski w laudacji dla Kawabaty w 1968 roku zwrócił szczególną uwagę na ten utwór, nazywając go wręcz jego „najwybitniejszą powieścią”. Laureat wychwalany był również za „mistrzostwo narracji, która z wielką wrażliwością wyraża istotę japońskiego ducha”, a w nim samym dostrzeżono „czciciela kruchego piękna i melancholijnego języka obrazów z życia natury i losu człowieka”.

Akcja "Dawnej stolicy" dzieje się w latach 50. XX wieku i przedstawia historię Chieko, jedynej córki właściciela kiotyjskiej hurtowni kimon. W tych z pozoru zwyczajnych obrazach życia Japończyków niedługo po zakończeniu okupacji amerykańskiej, ukrywa się opowieść o tragicznej i tajemniczej przeszłości głównej bohaterki, o tożsamości japońskiej w zmieniających się czasach, a wszystko to rozpisane jest w zmieniających się porach roku w niesamowitej scenerii dawnej stolicy, czyli właśnie Kioto. Świątynie pamiętające czasy świetności, wspaniała i różnorodna przyroda, która nieustannie się przeobraża, i ludzie przeżywający codzienność oraz liczne święta związane z tym miejscem tworzą jeden ze wspanialszych obrazów japońskiej kultury w dwudziestowiecznej literaturze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2024

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

(Koto)

Redaktor prowadzący

Paweł Orzeł

Okładka i ilustracja

(zainspirowana pracami autorstwa Yusaku Kamekury)

Anna Sztwiertnia

Opieka redakcyjna

Kamil Kowalski

Korekta

Andrzej Śnioszek

Copyright © 1962, The Heirs of Yasunari Kawabata

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2024

© Copyright for the Polish translation by Beata Kubiak Ho-Chi

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00–372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

e-mail: [email protected]

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-8196-879-9

KWIATY WIOSNY

Chieko dostrzegła fiołki kwitnące na pniu starego klonu.

„Ach, w tym roku także zakwitły”, pomyślała i poczuła łagodny powiew wiosny.

Klon był naprawdę duży jak na skromny miejski ogródek, jego pień miał obwód większy niż biodra Chieko. Trudno oczywiście porównywać zzieleniały omszały pień, pokryty starą, szorstką korą, z delikatnym ciałem dziewczyny…

Mniej więcej na wysokości talii Chieko pień wyginał się lekko w prawo i ponad jej głową raz jeszcze mocno skręcał w tę samą stronę. Od tego miejsca zaczynały się konary, rozchodzące się na cały ogród i dzierżące nad nim niepodzielną władzę. Koniuszki długich gałęzi uginały się nieco pod własnym ciężarem.

Trochę poniżej miejsca, w którym drzewo mocno się wyginało, widniały dwa niewielkie wgłębienia, a w każdym z nich rosły fiołki. Pojawiały się tu co roku na wiosnę. Jak daleko Chieko sięgała pamięcią, dwie kępki fiołków wyrastały na drzewie zawsze w tym samym miejscu.

Fiołki rosnące wyżej dzieliło od tych z dołu jakieś trzydzieści centymetrów. Gdy Chieko dorosła, zaczęło ją nurtować pytanie: czy fiołki z góry spotkają się kiedykolwiek z tymi z dołu? Czy się nawzajem poznają? Lecz co w ogóle miałoby znaczyć, że fiołki „się spotkają”, że „się poznają”?

Kwiatów było trzy, najwyżej pięć, każdej wiosny mniej więcej ta sama niewielka liczba. A jednak w malutkich wgłębieniach na drzewie co roku pojawiały się pączki, a potem kwiaty. Chieko widziała je z korytarza albo przyglądała im się, stojąc pod drzewem i zadzierając do góry głowę; zdarzało się, że „życie” fiołków poruszało ją, innym zaś razem dotykała ją ich „samotność”.

„W takim miejscu wyrosły i tu przyszło im żyć…”

Klienci, którzy zachodzili do sklepu, podziwiali piękny klon, lecz prawie nikt nie zauważał kwitnących na nim fiołków. Gruby pień, któremu wiek dodawał tylko sił, po sam szczyt pokryty był zielonym mchem, przydającym mu elegancji i dostojeństwa. Rosnące na nim drobniutkie fiołki nie przyciągały niczyjej uwagi.

Ale motyle je znały. W chwili, gdy Chieko zauważyła fiołki, kilka niewielkich białych motyli, latających nisko w ogrodzie, podfrunęło tanecznie od strony pnia w kierunku kwiatów. Pączki klonowych liści, małe, lekko czerwone, zaczynały się właśnie otwierać. Biel tańczących motyli odcinała się jasną plamą na ich tle. Liście i kwiaty fiołków rzucały delikatny cień na młody zielony mech, porastający pień drzewa.

Był to ciepły wiosenny dzień, z niebem pokrytym chmurami niczym drzewo kwiatami wiśni.

Chieko siedziała na korytarzu i przyglądała się fiołkom kwitnącym na klonie, dopóki nie odfrunęły motyle.

„W tym roku też mi tu kwitniecie”, zdawała się im szeptać.

Pod fiołkami, u dołu pnia klonu, stoi stara kamienna latarnia. Któregoś dnia ojciec powiedział Chieko, że postać wyrzeźbiona na nodze latarni to Chrystus.

– Czy to czasem nie Maria? – spytała Chieko. – W świątyni Tenjina, w Kitano1, jest duża latarnia z Marią, bardzo podobna.

– Na naszej jest Chrystus – odparł sucho ojciec. – Przecież nie trzyma w ramionach dzieciątka.

– To prawda… – przytaknęła Chieko. – Czy wśród naszych przodków byli chrześcijanie?

– Nie, zapewne postawił ją tu ogrodnik albo kamieniarz. Ta latarnia nie jest szczególnie wyjątkowa.

Latarnia pochodziła zapewne z dawnych czasów, gdy chrześcijaństwo było w Japonii zakazane2. Jej kamień, chropawy, kruchy, przez setki lat smagał wiatr i deszcz, wyrzeźbiona w nim figura robiła wrażenie zniszczonej i wytartej; zaznaczał się jedynie kształt głowy, tułowia i nóg. Od samego początku musiała to być prosta rzeźba. Długie rękawy sukni sięgały niemal jej dołu. Wydawało się, że postać złożyła dłonie jak do modlitwy, lecz na przedramionach widać było lekkie uwypuklenia, utrudniające określenie właściwego kształtu. Figura nie przypominała jednak posągu Buddy czy Jizō3.

Ta chrześcijańska latarnia, niegdysiejszy symbol wiary lub ozdoba w dawnym cudzoziemskim stylu, została umieszczona pod starym klonem, w ogrodzie okalającym sklep Chieko, wyłącznie dla swego wiekowego samotnego piękna. „To figura Chrystusa”, wyjaśniał ojciec klientom, którym zdarzyło się zwrócić na nią uwagę. Ale niewielu ludzi przychodzących tu w interesach zauważało ciemną latarnię stojącą w cieniu wielkiego klonu. Jedna, dwie latarnie w ogrodzie to zupełnie zwyczajna rzecz, więc nawet gdy ktoś ją dostrzegł, nie przyglądał się jej zbytnio.

Oczy Chieko, które właśnie odkryły kwitnące na drzewie fiołki, skierowały się teraz ku Chrystusowi. Dziewczyna nie chodziła do szkoły misyjnej, lecz by nauczyć się angielskiego, chodziła do kościoła i nawet przeczytała Stary i Nowy Testament. Nie wydawało jej się jednak właściwe, by składać kwiaty czy zapalać świece pod tą samotną, starą latarnią. Nigdzie nie wyrzeźbiono na niej krzyża.

Czasami Chieko przychodziło na myśl, że fiołki nad rzeźbą Chrystusa są jak serce Marii. Raz jeszcze przeniosła spojrzenie z latarni na kwiaty… I nagle pomyślała o świerszczach suzumushi4, które hodowała w wazach ceramicznych w stylu starej Tanby5.

Chieko zaczęła hodować świerszcze długo po tym, jak odkryła fiołki na starym klonie. Jakieś cztery-pięć lat temu. Usłyszała ich cykanie w domu koleżanki z liceum, w salonie, i dostała kilka w prezencie.

– Trzymać je w wazie… czy to nie okrutne?! – powiedziała, lecz koleżanka odparła, że lepsze to niż więzić je w klatce i pozwolić umrzeć. Są nawet świątynie, które hodują je masowo, by sprzedawać jajka. Podobno jest całkiem dużo amatorów świerszczy suzumushi.

Świerszcze Chieko też się rozmnożyły, potrzebne więc były już dwie wazy. Co roku, około 1 lipca, wykluwają się z jajek, a gdzieś w połowie sierpnia zaczynają swój koncert.

I tak, w ciasnej i ciemnej wazie świerszcze rodzą się, grają, składają jajka i umierają. Lecz tu przynajmniej przedłużają swój gatunek, może więc lepsze to niż hodowla w klatce, gdzie ich krótkie życie kończy się na jednym pokoleniu. Ale to jednak całe życie w wazie; waza jest dla nich całym światem…

Chieko znała starą chińską legendę Świat w wazie. Wewnątrz wazy znajdował się złoty pałac z perłowymi wieżami, a w nim – wykwintne trunki i wyborne smakowitości. Był to inny świat, zaczarowany, całkiem różny od naszej zwykłej rzeczywistości. Opowieść ta należała do legend o czarodziejach i magii, jakich istniało wiele.

Świerszcze, oczywiście, nie żyją w wazie dlatego, że mają dość tego ulotnego świata. Może nawet nie zdają sobie sprawy, że są w wazie… Po prostu żyją.

Chieko najbardziej zdumiewało, że gdy czasem nie wpuściła do wazy samczyka niespokrewnionego i pozostawiła tylko świerszcze z tej samej wazy, młode, które się rodziły, były mniejsze i słabsze. Działo się tak z powodu wsobności chowu. By jej uniknąć, pomiędzy wielbicielami świerszczy istniał zwyczaj wymieniania się samczykami.

Teraz była wiosna, tymczasem pora świerszczy suzumushi to jesień, nie pozostawało jednak bez związku, że fiołki, które i tego roku zakwitły w zagłębieniach pnia klonu, przypomniały jej o świerszczach w wazie.

Owady do wazy włożyła Chieko, lecz czemu fiołki same wyrosły w tak ciasnym i niewygodnym miejscu? Fiołki obsypały się kwieciem, świerszcze przyjdą na świat latem i zagrają.

„Życie natury?…”

Chieko założyła za ucho kosmyk włosów, którym bawił się wiosenny wiatr. „A ja?…”, pomyślała, porównując się z fiołkami i świerszczami.

W ten wiosenny dzień, pełen różnych przejawów życia natury, tylko jedna Chieko przyglądała się maleńkim fiołkom.

Wydało jej się, że słyszy pracowników, wychodzących ze sklepu na obiad.

Ona też już powinna zacząć się przygotowywać na oglądanie kwitnienia wiśni, obiecała przecież.

Poprzedniego dnia Shin’ichi Mizuki zadzwonił do Chieko i zaprosił ją na oglądanie kwitnących wiśni w świątyni Heian Jingū. Jego szkolny kolega od jakichś dwóch tygodni pracował przy sprawdzaniu biletów wejściowych do przyświątynnych ogrodów i powiedział, że właśnie teraz jest pełnia kwitnienia wiśni.

– Zupełnie jakby stał tam na czatach, trudno o bardziej wiarygodną wiadomość – zaśmiał się lekko Shin’ichi.

Ładny był ten jego delikatny śmiech.

– Nas również będzie miał na oku? – spytała Chieko.

– Przecież on pilnuje wejścia. Wpuszcza wchodzących. – Shin’ich znów się zaśmiał. – Jeśli wolisz, możemy wejść oddzielnie i spotkać się w ogrodzie gdzieś pod drzewami wiśni. To nie są kwiaty, którymi można by się znudzić, nawet jeśli ogląda się je samemu.

– To dlaczego nie pójdziesz ich oglądać sam?

– Mogę pójść. Ale nie wiń mnie, jeśli tej nocy przyjdzie burza i wszystkie kwiaty opadną.

– Wtedy będę podziwiać piękno opadłych kwiatów wiśni.

– Uważasz, że kwiaty zniszczone przez deszcz i leżące na brudnej ziemi są piękne? Dla mnie takie kwiaty…

– Jesteś okropny.

– Kto? Ja?

Chieko założyła stonowane kimono i wyszła z domu.

Świątynia Heian Jingū znana jest ze Święta Wieków. Została zbudowana w dwudziestym ósmym roku ery Meiji (1895), dla uczczenia cesarza Kanmu, który ponad tysiąc lat temu założył w dzisiejszym Kioto stolicę; świątynia nie jest więc zbyt stara. Ale brama i zewnętrzny pawilon kultu zostały wzniesione na wzór Wielkiej Niebiańskiej Bramy Ōtenmon i budynku należącego do cesarskiego zespołu pałacowego Daigokuden, który znajdował się w stolicy Heiankyō6. Jest tam również Drzewo Mandarynkowe po Prawicy i Drzewo Wiśniowe po Lewicy. Cesarz Kōmei7, który jako ostatni panował w stolicy Heiankyō, zanim została przeniesiona do Tokio, jest również czczony w tej świątyni od 1938 roku. Odbywa się w niej dużo ślubów w obrządku sintoistycznym.

Przepiękne są gaje szkarłatnych płaczących wiśni, będących ozdobą przyświątynnego ogrodu. Mówi się: „Zaprawdę, nic nie symbolizuje lepiej wiosny w dawnej stolicy niż tutejsze kwiaty wiśni”.

Gdy tylko Chieko przekroczyła bramę świątynnego ogrodu, kolor kwiatów płaczących wiśni przeniknął do jej serca. „Ach, i tego roku odnalazłam w Kioto wiosnę”. Zatrzymała się i kontemplowała ich widok.

Lecz gdzie czeka na nią Shin’ichi, może jeszcze nie przyszedł? Chieko postanowiła, że najpierw go poszuka, a dopiero później obejrzy kwiaty. Ruszyła w dół, pomiędzy ukwieconymi drzewami.

Shin’ichi leżał na trawie, z rękami pod głową. Oczy miał zamknięte.

Chieko nie spodziewała się zastać go leżącego. Nie spodobało jej się to. Czeka na dziewczynę, leżąc? Nie chodziło o to, że poczuła się skrępowana czy dotknięta jego złymi manierami. Nie spodobał jej się sam widok leżącego Shin’ichiego. Po prostu nie była przyzwyczajona do widoku leżącego mężczyzny.

Z kolei dla Shi’ichiego zdawało się to czymś zupełnie naturalnym. Z pewnością często prowadził ożywione dyskusje z kolegami na trawniku ogrodu uniwersyteckiego, leżąc na plecach lub podpierając się na łokciu.

Poza tym, na trawie, tuż obok Shin’ichiego, cztery czy pięć starszych pań rozłożyło swój lunch i spokojnie rozmawiało. Być może poczuł się swojsko w ich obecności, usiadł nieopodal i w końcu zasnął.

Na myśl o tym Chieko już chciała się uśmiechnąć, tymczasem na jej twarzy pojawił się rumieniec. Stała więc, nie budząc Shin’ichiego. Zupełnie jakby zamierzała zaraz odejść… Nigdy jeszcze nie widziała twarzy śpiącego mężczyzny.

Shin’ichi miał na sobie studencki mundur, jego fryzura była nienaganna. Ze swoimi długimi rzęsami wyglądał jak chłopiec. Ale ona i tak nie potrafiła na niego patrzeć.

– Chieko – powiedział Shin’ichi, podnosząc się.

Dziewczyna nagle poczuła się urażona.

– Spać w takim miejscu?! Nie wstyd ci? Tylu ludzi przechodzi obok, wszyscy na ciebie patrzą.

– Ja nie spałem. Wiem, kiedy przyszłaś.

– Jesteś okropny!

– A co byś zrobiła, gdybym się do ciebie nie odezwał?

– Patrzyłeś na mnie, udając, że śpisz?

– Pomyślałem sobie, cóż to za szczęśliwa dziewczyna przyszła do ogrodu, i zrobiło mi się ciut smutno. Bolała mnie trochę głowa…

– Ja? Ja miałabym być szczęśliwa?

Shin’ichi nie odpowiedział.

– Boli cię głowa?

– Już nie.

– Jesteś jakiś blady.

– Nic mi nie jest.

– Twoja twarz przypomina wyborny miecz.

Zdarzało się, że tak o nim mówiono. Lecz od Chieko usłyszał to po raz pierwszy.

Ludzie tak właśnie postrzegali Shin’ichiego, gdy zaczynały w nim wzbierać gwałtowne uczucia.

– Wyborne miecze nie służą do zabijania. A poza tym tu są kwiaty wiśni – zaśmiał się Shin’ichi.

Chieko zawróciła i ruszyła w kierunku wejścia do krytej galerii na niewielkim wzniesieniu. Shin’ichi podniósł się i poszedł za nią.

– Chciałabym obejrzeć wszystkie wiśnie – powiedziała.

Widok szkarłatnych płaczących wiśni u zachodniego wejścia do krytych galerii sprawiał, że od razu czuło się wiosnę. To właśnie jest prawdziwa wiosna! Szkarłatne kwiaty o podwójnej warstwie płatków rosły rządkiem na chylących się nisko gałęziach, nawet na tych najdrobniejszych, aż po same czubki. W tym gaju pełnym kwitnących wiśni miało się wrażenie, że to gałęzie służą za podporę kwiatom, a nie, że kwiaty rozwijają się na gałęziach.

– Tutaj jest wiśnia, którą kocham najbardziej – powiedziała Chieko, prowadząc Shin’ichiego do miejsca, gdzie galeria skręcała na zewnętrz. Stojąca tam wiśnia rozpościerała gałęzie wyjątkowo szeroko. Shin’ichi zatrzymał się obok Chieko i spojrzał na drzewo.

– Jak się dobrze przyjrzeć, to jest bardzo kobiece – zauważył. – Te drobne, pochylone gałęzie i kwiaty, takie delikatne, a przy tym bujne…

W szkarłatnej barwie kwiatów z podwójnymi płatkami jakby zaznaczał się leciutko kolor fioletowy.

– Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że ta wiśnia jest aż tak kobieca. Kolor jej kwiatów, uroda, czarująca kokieteria… – dodał Shin’ichi.

Ruszyli w kierunku stawu, oddalając się od wiśni. W miejscu, gdzie droga się zwężała, stały ławki przykryte czerwoną tkaniną. Goście biorący udział w spotkaniu herbacianym siedzieli na nich i popijali lekką zieloną herbatę usucha8.

– Chieko! Chieko! – rozległo się wołanie.

Z pawilonu herbacianego o nazwie Chōshintei – Pawilon Czystego Serca – usytuowanego w cieniu drzew, wyszła Masako. Ubrana była w formalne kimono z długimi rękawami furisode9.

– Chieko, może mogłabyś nam trochę pomóc? Okropnie się zmęczyłam. Pomagam nauczycielowi w ceremonii herbacianej.

– W moim ubraniu mogłabym przebywać tylko w części kuchennej10 – odpowiedziała Chieko.

– Nie szkodzi, to proste spotkanie herbaciane. Przygotowujemy herbatę na tyłach i podajemy na stojąco.

– Ale ja nie jestem sama.

Masako spostrzegła Shin’ichiego i szepnęła Chieko do ucha:

– Narzeczony?

Chieko lekko pokręciła głową.

– Ukochany?

Chieko raz jeszcze zaprzeczyła ruchem głowy.

Shin’ichi odwrócił się i zaczął odchodzić.

– A może oboje weźmiecie udział w ceremonii? Teraz prawie nikogo nie ma – zaproponowała Masako. Lecz Chieko odmówiła i podążyła za Shin’ichim.

– To koleżanka z lekcji herbaty. Ładna, prawda?

– Raczej pospolitej urody.

– Och, mogła cię usłyszeć.

Chieko kiwnęła głową na pożegnanie Masako, która odprowadzała ich wzrokiem.

Niewielka ścieżka w dole pawilonu herbacianego prowadziła do stawu. Nad jego brzegiem liście kosaćców prześcigały się w świeżości swojej zieleni. Na powierzchni wody unosiły się liście nenufarów.

Wokół tego stawu nie rosły drzewa wiśni.

Chieko i Shin’ichi obeszli staw dookoła, po czym weszli w ciemną alejkę pod drzewami. Czuć było zapach młodych liści i wilgotnej ziemi. Ta wąska, ocieniona droga była krótka. Zaraz przed ich oczami rozpostarł się ogród pełen światła, ze stawem większym niż ten poprzedni. Szkarłatne kwiaty płaczących wiśni odbijały się w wodzie, radując oczy. Zagraniczni turyści robili zdjęcia.

W grupie drzew, na drugim brzegu, andromeda obsypała się skromnymi białymi kwiatkami. Chieko pomyślała o Narze. Rośnie tam wiele sosen o pięknych kształtach, choć nie są jeszcze zbyt wysokie. I pomimo braku kwiatów wiśni, zieleń sosen z pewnością przyciąga wzrok. Tutaj także nieskazitelna zieleń sosen i woda w stawie jeszcze wspanialej uwydatniały szkarłat płaczących wiśni.

Shin’ichi ruszył przodem i przeszedł przez staw po rozmieszczonych w wodzie kamieniach. Nazywane są sawatari, kamiennym „przejściem przez mokradła”. Kamienie, ułożone jeden za drugim, okrągłe, przypominały klocki z pociętej w plastry kolumny bramy torii11. W niektórych miejscach Chieko musiała unieść lekko dół kimona.

Shin’ichi odwrócił się i powiedział:

– Przeniosę cię.

– Spróbuj. Zdziwiłabym się, gdyby ci się udało.

Tak naprawdę przejść tamtędy byłaby w stanie nawet staruszka.

Wokół kamieni pływały liście nenufarów. Gdy Chieko z Shin’ichim zbliżyli się do przeciwległego brzegu, w opływającej ścieżkę wodzie pojawiły się odbicia niewysokich sosen.

– Rozmieszczenie tych kamieni jest raczej abstrakcyjne, prawda? – odezwał się Shin’ichi.

– Czyż nie wszystkie ogrody japońskie są abstrakcyjne? Tylko, podobnie jak z mchem płonnikiem w ogrodach świątyni Daigoji12, im częściej się mówi o tym, jaki to on jest abstrakcyjny, tym bardziej mam tego dość…

– Ale ten mech jest naprawdę abstrakcją. A propos świątyni Daigoji, zakończył się remont jej pagody o pięciu kondygnacjach. Będzie ceremonia otwarcia, pójdziemy?

– Wygląda teraz jak nowa świątynia Kinkakuji13?

– Zdaje się, że ją pomalowano na jasne, żywe kolory. Ale pagoda świątyni Daigoji nie spłonęła… Została rozebrana i zbudowana na wzór dawnej. Ceremonia otwarcia przypada akurat na czas, gdy wiśnie będą w rozkwicie, na pewno przyjdą tłumy.

– Ale mnie nie interesują żadne kwiaty poza tutejszymi szkarłatnymi wiśniami.

Doszli do końca kamiennego przejścia przez mokradła, nieco w głębi ogrodu.

Na brzegu, do którego dotarli, rosła grupa sosen; wkrótce znaleźli się przed mostem zwanym Hashidono – Pałacem na Moście. Właściwie most ten nazywa się Taiheikaku – Pawilon Spokoju – lecz swym kształtem przypomina również pałac. Jego oba boki wyglądają jak ławki z niskimi oparciami. Przechodnie siadają na nich, by odpocząć, i patrzą ponad stawem, podziwiając ogród. Oczywiście podziwiają też staw, bo przecież bez niego nie byłoby ogrodu.

Ludzie siedzą na ławkach, jedzą i piją. Dzieci biegają po moście.

– Shin’ichi, Shin’ichi, tutaj! – Chieko spoczęła pierwsza i zajęła dla Shin’ichiego miejsce po swojej prawej stronie.

– Mogę postać – powiedział Shin’ichi. – Albo kucnę sobie przy twoich kolanach…

– Niee, siadaj! – Chieko szybko się podniosła. – Pójdę kupić karmę dla karpi.

Po chwili wróciła i wysypała karmę do stawu. Karpie podpłynęły, kłębiąc się, niektóre pokazały się nawet ponad powierzchnią wody. Po stawie rozeszły się faliste kręgi. Cienie sosen i wiśni zadrżały.

– Chcesz im dać resztę? – spytała Chieko. Shin’ichi nie odpowiedział.

– Boli cię ciągle głowa?

– Już nie.

Siedzieli tak jeszcze przez dłuższy czas. Shin’ichi z pogodną twarzą wpatrywał się w wodę.

– O czym myślisz? – spytała Chieko.

– Hmm, o niczym. Są takie szczęśliwe chwile, kiedy się o niczym nie myśli, prawda?

– Takie jak dzisiaj, kiedy kwitną wiśnie…

– Nie. Takie, w których ma się przy sobie szczęśliwą dziewczynę… Grzeję się w blasku twojego szczęścia, jak w cieple młodości.

– Mojego szczęścia? – spytała Chieko. W jej oczach pojawił się cień melancholii. Spuściła głowę, możliwe więc, że był to tylko odblask wody.

Chieko wstała.

– Po drugiej stronie mostu rośnie moja ulubiona wiśnia.

– Widać ją stąd. To tamta, prawda?

Szkarłat jej kwiatów na schylonych gałęziach zachwycał. Była to słynna wiśnia. Jej gałęzie opadały niczym witki wierzby płaczącej, po czym rozpościerały się szeroko ku dołowi. Gdy znaleźli się pod drzewem, leciutki wietrzyk rozsypał płatki kwiatów u stóp Chieko i na jej ramionach.

Płatki wiśni leżały tu i tam pod drzewem. Unosiły się też na wodzie, lecz było ich niewiele, ledwie siedem czy osiem.

Choć gnące się gałęzie wiśni były podtrzymywane przez bambusowe podpory, ich delikatne, okryte kwieciem koniuszki zdawały się muskać wodę w stawie.

Ponad szkarłatnymi podwójnymi kwiatami, ponad kępą drzew rosnących po drugiej stronie stawu, na jego wschodnim brzegu, widać było góry pokryte młodymi liśćmi.

– To chyba pasmo Higashiyama14? – odezwał się Shin’ichi.

– To góra Daimonjiyama15 – odpowiedziała Chieko.

– Daimonjiyama?! Wydaje się wysoka, prawda?

– To dlatego, że patrzysz na nią spomiędzy kwiatów – odpowiedziała Chieko, która również stała wśród kwiecia.

Żal im było wracać.

Ziemię wokół drzewa pokrywał biały żwir. Po prawej stronie znajdował się piękny sosnowy zagajnik – wysoki jak na ten ogród – a dalej widniało wyjście.

Kiedy przeszli przez bramę Ōtenmon, Chieko odezwała się:

– Chciałabym pójść do Kiyomizu.

– Do świątyni Kiyomizudera16? – Mina Shin’ichiego nie wyrażała zainteresowania.

– Chcę obejrzeć z Kiyomizu zachód słońca nad Kioto. Chcę zobaczyć niebo, kiedy słońce chowa się za górami na zachodzie – powtórzyła zdecydowanie Chieko, więc Shin’ichi skapitulował.

– No to chodźmy.

– Na piechotę, prawda?

Mieli przed sobą szmat drogi.

Ominęli trasę tramwajową. Poszli okrężnym traktem, prowadzącym do szlaku świątyni Nanzenji; potem za świątynią Chion’in przecięli tyły Parku Maruyama i wyszli na stary wąski dukt wiodący do świątyni Kiyomizudera. Akurat pojawiła się wiosenna wieczorna mgła.

Jedynymi zwiedzającymi, którzy jeszcze stali na wysuniętej werandzie świątyni Kiyomizudera, były trzy-cztery studentki. Ich twarzy nie było już dobrze widać.

Tę porę Chieko lubiła najbardziej. W głównym pawilonie świątyni, w ciemnościach nocy, płonęły wotywne światełka.

Chieko przeszła, nie zatrzymując się na werandzie. Sprzed niewielkiego pawilonu poświęconego Buddzie Amidzie ruszyła dalej w kierunku pawilonu wewnętrznego. On również miał werandę zawieszoną nad urwiskiem. Podobnie jak lekki dach pawilonu, wykonany z kory cyprysu, weranda też była mała i lekka. Wychodziła na zachód. Na Kioto i na łańcuch gór Nishiyama.

W mieście paliły się już latarnie, lecz jeszcze nie całkiem się ściemniło.

Chieko podeszła do balustrady i patrzyła na zachód słońca. Sprawiała wrażenie, jakby zapomniała o swoim towarzyszu.

Shin’ichi przybliżył się do niej.

– Shin’ichi, ja jestem porzuconym dzieckiem – odezwała się nagle Chieko.

– Porzuconym dzieckiem?

– Tak.

Shin’ichi zastanawiał się, do jakich uczuć odnosi się określenie „porzucone dziecko”.

– Porzucone dziecko? – wyszeptał. – Tobie też się czasami zdaje, że zostałaś porzucona? Jeśli ty jesteś porzuconym dzieckiem, to ja również, tak się czuję… Może wszyscy ludzie są porzuconymi dziećmi? Może urodzić się oznacza zostać porzuconym na tym świecie przez Boga?

Shin’ichi wpatrywał się w profil Chieko. Kolory zmierzchu kładły się lekkim cieniem na jej policzkach. A może był to smutek, jaki ogarnia człowieka wiosną wczesnym wieczorem.

– Czyż nie jesteśmy wszyscy dziećmi Boga? Porzuconymi po to, by nas uratował?

Lecz Chieko jakby go nie słyszała, patrzyła w dół, na oświetlone miasto. Nawet się nie odwróciła.

Shin’ichi, poruszony smutkiem Chieko, którego przyczyn nie znał, chciał położyć rękę na jej ramieniu. Lecz ona się odsunęła.

– Nie należy dotykać porzuconego dziecka.

– Czy to przecież nie o dzieciach Boga mówi się, że zostały porzucone? – Shin’ichi podniósł nieco głos.

– To nie jest aż takie skomplikowane. Nie Bóg mnie porzucił, lecz moi rodzice, ludzie.

Shin’ichi nic nie odpowiedział.

– Jako dziecko zostałam podrzucona pod czerwone ażurowe drzwi sklepu.

– O czym ty mówisz?

– To wszystko prawda. Chciałam ci o tym powiedzieć, bardzo chciałam…

Shin’ichi milczał.

– Kiedy tu stoję o zmierzchu, na werandzie świątyni, i patrzę na to wielkie miasto, zastanawiam się, czy ja się w ogóle urodziłam w Kioto.

– Co ty wygadujesz? Zwariowałaś?…

– Po co miałabym to wszystko zmyślać?

– Przecież jesteś wypieszczoną jedynaczką właściciela hurtowni. Jedynaczkom czasami różne rzeczy przychodzą do głowy.

– To prawda, rodzice mnie rozpieszczają. Teraz to nie ma znaczenia, że zostałam porzucona…

– Masz na to jakikolwiek dowód?

– Dowód? Czerwone ażurowe drzwi sklepu. Te stare drzwi wiedzą o wszystkim – głos Chieko złagodniał. – To było chyba, gdy szłam do gimnazjum; mama mnie zawołała i powiedziała, że to nie ona mnie urodziła; że porwała śliczne niemowlę i uciekła samochodem. Lecz oboje z ojcem trochę się plączą, gdy mówią o miejscu, w którym mnie znaleźli. Raz jest to dzielnica Gion wieczorną porą, pod drzewem wiśni, kiedy indziej znów suche koryto rzeki Kamogawa… Nie chcą, by mi było przykro, gdy dowiem się prawdy, że zostałam podrzucona pod drzwi sklepu; stąd te wszystkie opowieści…

– I nie wiesz, kim są twoi prawdziwi rodzice?

– Moja matka i ojciec bardzo mnie kochają i nie mam najmniejszej ochoty szukać moich biologicznych rodziców. Może leżą gdzieś w bezimiennym grobie w Adashino17. Są tam same stare kamienie nagrobne…

Od strony Nishiyamy stonowane, łagodne kolory wiosennego zmierzchu zasnuły połowę nieba czerwonawą mgiełką.

Shin’ichiemu trudno było uwierzyć, że Chieko została porzucona jako dziecko, a co dopiero, że została porwana. Jej dom znajduje się w starej dzielnicy hurtowników i wystarczyłoby zapytać sąsiadów, by z miejsca poznać prawdę; lecz nie chciał tego robić. Nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić, i przede wszystkim pragnął się dowiedzieć, dlaczego Chieko powiedziała mu to właśnie teraz.

Przyprowadziła Shin’ichiego aż do Kiyomizu. I czyżby to za sprawą tego wyznania jej głos brzmiał jeszcze bardziej czysto? Dźwięczała w nim głęboko jakaś piękna, mocna nuta. Nie wydawało mu się, by chciała się tylko poskarżyć.

Chieko z pewnością, gdzieś w głębi serca, zdawała sobie sprawę, że Shin’ichi ją kocha. Czy właśnie dlatego, że darzył ją miłością, pragnęła, by wiedział o niej coś tak osobistego? Ale nie, nie takie odniósł wrażenie. Wprost przeciwnie, zabrzmiało to jak odmowa miłości. Może nawet zmyśliła tę historię o porzuconym dziecku…

W świątyni Heian Jingū Shin’ichi trzykrotnie powiedział, że Chieko jest szczęśliwa. Z myślą, że da jej teraz okazję, by mogła temu zaprzeczyć, zapytał:

– Poczułaś się samotna, kiedy się dowiedziałaś, że zostałaś porzucona? Ogarnął cię smutek?

– Ani trochę. Nie czułam smutku ani samotności.

Shin’ichi nic nie odpowiedział.

– Tak właśnie się chyba poczułam, gdy postanowiłam iść na studia, a ojciec powiedział, że przejmę po nim interes, a do tego przecież studiów nie trzeba; powinnam raczej poznać pracę w handlu.

– To było dwa lata temu, prawda?

– Tak, dwa lata temu.

– I zawsze jesteś taka posłuszna rodzicom?

– Tak, zawsze.

– W kwestii małżeństwa też?

– Do tej pory tak – odpowiedziała bez wahania Chieko.

– A gdzie twoje zdanie, twoje uczucia?

– Ponoć, gdy człowiek ma zbyt dużo uczuć, są z tego same kłopoty…

– Więc dusisz je w sobie, zabijasz?

– No nie, nie zabijam.

– Ależ jesteś tajemnicza – próbował się roześmiać Shin’ichi, lecz głos mu zadrżał. Oparty o balustradę, usiłował spojrzeć Chieko w oczy. – Chciałbym zobaczyć twarz tajemniczego porzuconego dziecka.

– Ciemno już. – Chieko po raz pierwszy odwróciła się do Shin’ichiego. Jej oczy błyszczały. – Boję się… – Podniosła wzrok, patrząc na dach głównego pawilonu. Ciężki dach zrobiony z niezliczonych warstw kory cyprysu napierał na nich groźnie swą czarną zwalistą masą.

KLASZTOR ŻEŃSKI I AŻUROWE DRZWI

Ojciec Chieko, Takichirō Sada, od kilku dni, trzech, może czterech, przebywał w odosobnieniu w klasztorze buddyjskim, ukrytym głęboko wśród wzgórz Sagi.

Był to klasztor żeński, lecz mieszkała w nim jedynie przeorysza, mająca ponad sześćdziesiąt pięć lat. Jak wszystko w dawnej stolicy, ten niewielki klasztor posiadał wartość historyczną, lecz jego brama, skryta w bambusowym zagajniku, pozostawała niewidoczna; rzadko pojawiali się tam turyści i wokół panowała cisza. Stojący obok pawilon wykorzystywano czasem do ceremonii herbacianej. Lecz nie był on szczególnie znany. Zdarzało się, że przeorysza opuszczała klasztor, by dawać lekcje ikebany.

W takim to klasztorze Takichirō Sada wynajął pokój i bardzo możliwe, że na obecnym etapie życia sam przypominał ten przybytek.

Sklep Sady będący hurtownią artykułów tekstylnych znajdował się w Kioto, w dzielnicy Nakagyō. Formalnie działał jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, podobnie jak inne okoliczne sklepy. Takichirō był oczywiście dyrektorem, lecz transakcjami zajmował się główny subiekt (w obecnych czasach powiedzielibyśmy raczej kierownik albo menedżer). W sklepie przetrwało wiele zwyczajów charakterystycznych dla tego typu tradycyjnych miejsc.

Takichirō już od młodych lat przejawiał usposobienie typowe dla mistrza. Był przy tym odludkiem. Pozbawiony ambicji, nie zabiegał, by materiały tkane i barwione według jego własnych projektów prezentować na wystawach indywidualnych. A nawet gdyby ambicję miał, jego prace okazywały się zbyt nowoczesne jak na tamte czasy, niełatwe do sprzedania.

Jego ojciec, Takichibei, przyglądał się poczynaniom syna w milczeniu. W sklepie nie brakowało projektantów; byli też artyści zewnętrzni, dzięki którym powstawały tkaniny o modnych wzorach. Lecz gdy ojciec zorientował się, że jego syn (jednakże pozbawiony iskry geniuszu) utknął w miejscu i wspomagając się narkotykami, zaczął tworzyć dziwne wzory na tkaniny yūzen18, natychmiast zawiózł go do szpitala.

Gdy Takichirō przejął sklep, wzory, które projektował, zrobiły się bardziej zwyczajne. Smuciło go to.

Jego ucieczki w odosobnienie klasztorne wśród wzgórz Sagi miały mu pomóc w znalezieniu inspiracji do tworzenia niezwykłych wzorów.

Po wojnie desenie na kimonach (jak wiele innych rzeczy) bardzo się zmieniły. Takichirō wspominał swoje dawne ekstrawaganckie projekty, które tworzył pod wpływem narkotyków, i zastanawiał się, czy teraz nie zostałyby one uznane dzięki swej abstrakcyjności za coś zupełnie nowego. Ale zbliżał się już do sześćdziesiątki.

„A może by tak pójść odważnie w klasykę?” – mówił chwilami sam do siebie. Przed oczami przepływały mu niezliczone najwspanialsze dawne wzory. Fragmenty tkanin z najdawniejszych czasów, desenie na starych szatach, ich niezwykłe kolory, wszystkie miał je w głowie. Chodził też, ma się rozumieć, po słynnych ogrodach Kioto, górach i dolinach, by szkicować wzory na kimona.

Jego córka, Chieko, odwiedziła go koło południa.

– Ojcze, czy masz ochotę na gotowane tofu ze sklepu Morika? Wzięłam trochę dla ciebie.

– Oo, dziękuję… Cieszę się z tofu, lecz jeszcze bardziej cieszę się, że przyszłaś. Zostaniesz do wieczora? Ukoisz moje myśli. Może uda mi się wtedy wymyślić jakiś dobry deseń…

Właściciel hurtowni tkanin na kimona nie musi zajmować się projektowaniem deseni, może to nawet przeszkadzać w interesach.

A jednak zdarzało się, że Takichirō przesiadywał w sklepie nawet pół dnia za biurkiem, które stało w głębi pokoju, przy oknie wychodzącym na chrześcijańską latarnię w wewnętrznym ogrodzie. Z tyłu biurka, w dwóch starych komodach z drewna paulowni, leżały próbki dawnych tkanin japońskich i chińskich. Biblioteczki po bokach komód pełne były reprodukcji tkanin z całego świata.

Na pierwszym piętrze magazynu, znajdującego się na tyłach budynku, przechowywano kostiumy teatru nō19 i ceremonialne kimona uchikake20, które dobrze się zachowały. Było tam też sporo perkalu z Azji Środkowej i Południowo-Wschodniej.

Część z tych zbiorów Takichirō odziedziczył po ojcu lub dziadku i kiedy przy okazji przygotowywania wystaw dawnych strojów proszono go o wypożyczenie niektórych eksponatów, odmawiał stanowczo: „Z woli moich przodków te stroje nie opuszczą murów tego magazynu”. Był wtedy bardzo kategoryczny.

Dom rodziny Sadów należał do starych kiotyjskich domostw i by pójść do toalety, należało przejść wąskim korytarzem obok biurka Takichirō. Mężczyzna marszczył wtedy brwi, ale nic nie mówił, natomiast gdy w sklepie robiło się głośno, rzucał szorstko: „Nie możecie być ciszej?!”.

Główny subiekt zginał się wtedy przed nim nisko w ukłonie, z rękoma na podłodze:

– Mamy klienta z Osaki.

– Nie musi kupować u nas. Hurtowni tkanin jest w bród.

– To nasz stały klient…

– Materiał na kimono kupuje się oczami. Nie ma oczu, że musi tak gadać? Prawdziwy kupiec dojrzy od razu co trzeba. A zresztą, dużo u nas tanich rzeczy…

– Tak jest.

Na podłodze pod biurkiem i pod poduszkami do siedzenia Takichirō miał rozłożony oryginalny zagraniczny dywan. Na ścianach wisiały draperie wykonane z kosztownego perkalu z południowych krajów. Był to pomysł Chieko. Draperie pozwalały na wyciszenie hałasu dochodzącego ze sklepu. Chieko zmieniała je od czasu do czasu. A wtedy Takichirō, wzruszony jej troską, opowiadał o tym, że tkaniny przybyły z Jawy albo z Persji, tłumaczył, z jakich pochodzą czasów, wyjaśniał, co przedstawiają ich wzory. Czasami Chieko nie rozumiała wszystkich szczegółów tych opowieści.

– Szkoda byłoby takiego materiału na torebki; na ściereczki fukusa21 do ceremonii herbacianejjest z kolei za duży. Ciekawi mnie, ile można byłoby z niego zrobić pasów obi – odezwała się któregoś dnia Chieko, przyglądając się draperii.

– Przynieś mi nożyczki… – powiedział ojciec.

I z właściwą sobie zręcznością pociął perkalowe draperie.

– To będzie w sam raz na obi dla ciebie.

Zaskoczona Chieko poczuła, jak ze wzruszenia do oczu napływają jej łzy.

– Ojcze!?

– Dobrze już, dobrze, Chieko. Jak założysz to obi, może znów przyjdzie mi do głowy jakiś dobry pomysł.

Właśnie to obi Chieko miała na sobie, gdy przyszła odwiedzić ojca w buddyjskim klasztorze.

Takichirō z miejsca zauważył perkalowy pas na kimonie córki, lecz nie przyglądał mu się zbytnio. Wzory, jak przystało na perkal, były bogate i duże, w jasne i ciemne kolory; zastanawiał się, czy w porze kwitnienia wiśni są odpowiednie dla młodej dziewczyny.

Chieko położyła obok ojca pudełko z laki w kształcie półksiężyca; przyniosła w nim obiad.

– Nie jedz jeszcze, proszę. Przygotuję tofu.

Takichirō nic nie odpowiedział.