53,00 zł
Wielkie miasto Ebora lśniło niegdyś od złota. Teraz na jego ulicach grasują watahy wygłodniałych wilków. Tormalin Lekkoduch ani myśli siedzieć bezczynnie i czekać na śmierć, podczas gdy królestwo jego osławionych przodków chyli się ku upadkowi. Woli udać się tam, gdzie toczy się życie – do świata pełnego tawern, kobiet i wina.
Kiedy dostaje propozycję pracy od ekscentrycznej badaczki, lady Vincenzy „Vintage” de Grazon, przyjmuje ją bez wahania. Niebawem dołącza do nich zbiegła wiedźma ze skłonnością do podpalania rozmaitych rzeczy. I choć Tor niespecjalnie ma ochotę walczyć z potworami i wyprawiać się na poszukiwanie pradawnych artefaktów, musi przyznać, że wszystko jest lepsze od koszmaru, który zostawił za sobą.
Są jednak tacy, którzy nie pogodzili się z upadkiem Ebory. Wkrótce grupa poszukiwaczy przygód zostaje wciągnięta w magiczny spisek, a nad Sarnem zawisa widmo wojny. Albowiem powracają Jure’lia i niebawem spadnie Dziewiąty Deszcz…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 635
Prolog
Dwieście lat temu
– Będziemy mieli kłopoty?
Hestillion wzięła chłopca za rękę i uścisnęła ją przelotnie. Kiedy podniósł na nią wzrok, oczy miał szeroko otwarte i szkliste – bał się. Tak jak bali się ci wszyscy nieliczni ludzie, którzy przybyli do Ebory. Obdarowała go łagodnym uśmiechem i nieco szyb rozbrzmiewającego echem korytarza. Jego ściany po obu stronach obwieszone były wielkimi obrazami olejnymi, teraz poszarzałymi i zakurzonymi. Kilka z nich przykryto prześcieradłami niczym ciała.
– Oczywiście, że nie, Louisie. Przecież jesteś ze mną, prawda? Mogę chodzić po całym pałacu, a ty jesteś moim przyjacielem.
– Słyszałem, że ludzie mogą oszaleć od samego patrzenia. – Chłopiec urwał, jak gdyby wyczuł, że powiedział coś niestosownego. – To znaczy nie Eboranie. Inni ludzie, z zewnątrz.
Hestillion znowu się uśmiechnęła, tym razem nieco szczerzej. Wyczuwała to w snach delegatów. To Ygseril był celem ich nocnych wędrówek, zwykle niewidoczny, lecz zawsze obecny, z korzeniami sięgającymi najdalszych zakamarków. Wszyscy się go bali: złych snów wywołanych tysiącami lat plotek i opowieści. Zgłębiając ich koszmary, Hestillion pozostawała w ukryciu. Ludzi nie obchodziła eborańska sztuka wędrowania w snach.
– To zdumiewający widok, możesz mi wierzyć, ale nie zrobi ci krzywdy.
Tak naprawdę chłopiec widział już Ygserila, przynajmniej częściowo. Chmura srebrzystych gałęzi boga-drzewa wyrastała ponad dachem pałacu i można ją było zobaczyć z Muru, a nawet z pogórzy, a przynajmniej tak jej mówiono. Chłopiec wraz ze swym ojcem, kupcem winnym, musieli zatem widzieć go w drodze do Ebory. Patrzyli na niego, zjeżdżając w dolinę na swoich małych górskich kucach, podczas gdy wino chlupotało miarowo w drewnianych antałkach. To także Hestillion widziała w swoich snach.
– Jesteśmy na miejscu, spójrz.
Na końcu korytarza znajdowały się misternie rzeźbione, ciężkie dwuskrzydłowe drzwi. Niegdyś wyryte na nich feniksy i smoki malowane były złotem, ich oczy błyszczały jasno, a każdy kieł i każdy szpon powleczony był masą perłową, jednak wszystko to złuszczyło się lub spłowiało, a same drzwi przedstawiały sobą widok równie smutny co wszystko w Eborze. Hestillion z wysiłkiem pchnęła jedno skrzydło, które skrzypiąc, otwarło się powoli i ukazało wirujące w świetle drobinki kurzu. Za drzwiami mieściła się ogromnych rozmiarów Komnata Korzeni. Przez chwilę czekała, aż Louis zbierze się w sobie.
– Ja… Och, to… – Podniósł rękę do głowy, jak gdyby chciał zdjąć czapkę, lecz przypomniał sobie, że zostawił ją w pokoju. – Nigdy nie widziałem większego miejsca, pani!
Hestillion pokiwała głową. Nie wątpiła, że chłopiec mówi prawdę. Komnata Korzeni znajdowała się w samym sercu pałacu, który z kolei wybudowano w samym centrum Ebory. Podłoga pod ich stopami wykonana była z przetykanego złotem jasnoniebieskiego marmuru i jako jedyna nie uległa jeszcze zniszczeniu, sufit nad ich głowami przypominał zaś treliaż z kryształu i ołowiu, przez który sączyło się do środka słabe światło dnia. Z marmurowej posadzki wyrastał Ygseril. Jego prastara kora była szarozielona, pomarszczona i sękata, grube korzenie rozbiegały się we wszystkich kierunkach, a bezlistne gałęzie sięgały w górę i wychodziły przez wyciętą w dachu okrągłą dziurę. Widoczne między nimi skrawki błękitnego nieba przywodziły na myśl odłamki niebieskiego szkła. Kora pnia była pomarszczona i pofałdowana jak skóra na wysuszonym trupie, co zresztą było całkiem trafnym porównaniem.
– I co myślisz? – zapytała Hestillion. – Co myślisz o naszym bogu?
Louis zacisnął wargi, z pewnością szukając odpowiedzi, która ją zadowoli. Hestillion starała się nie okazywać zniecierpliwienia. Czasami miała wrażenie, że mogłaby wyrwać powolne myśli z umysłów nierozgarniętych gości. Ludzie byli tacy nieskomplikowani.
– Jest piękny, lady Hestillion – odparł w końcu. – Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego, nawet w najgłębszych lasach deszczowych, a ojciec mówi, że tam rosną najstarsze drzewa w całym Sarnie.
– Cóż, ściśle mówiąc, tak naprawdę to nie jest drzewo. – Hestillion poprowadziła Louisa po marmurowej posadzce do miejsca, gdzie zaczynały się korzenie. Skórzane buty chłopca skrzypiały przy każdym kroku, podczas gdy jej jedwabne pantofelki nie wydawały z siebie najmniejszego nawet dźwięku. – To serce, obrońca, matka i ojciec Ebory. Bóg-drzewo karmi nas swoimi korzeniami i wynosi nas w swych gałęziach. Gdy nasi wrogowie, Jure’lia, zjawili się ostatnim razem, z jego gałęzi spadł Ósmy Deszcz, a robale zniknęły z Sarnu. – Urwała i zacisnęła usta, żeby nie dodać: „a później Ygseril umarł i zostawił nas na pewną śmierć”.
– Ósmy Deszcz, kiedy narodziły się ostatnie bestie wojenne! – Louis spojrzał na wznoszący się nad nimi ogromny pień, a jego pyzatą, szczerą twarz rozjaśnił uśmiech. – Ostatnia wielka bitwa. Ojciec mówił, że wojownicy Ebory nosili zbroje tak jasne, że nikt nie mógł na nie patrzeć, że dosiadali białych jak śnieg gryfów, a ostrza ich mieczy płonęły ogniem. Powstrzymali zarazę królowej Jure’lia i robali i zniszczyli jej Behemoty. – Urwał. Urzeczony opowieściami o dawnej bitwie w końcu się odprężył. – Przeraża mnie trupi księżyc – wyznał. – Babcia mówi, że jeśli zobaczysz, jak do ciebie mruga, umrzesz, nim zajdzie słońce.
Chłopskie gadanie, pomyślała Hestillion. Trupi księżyc był niczym więcej jak tylko kolejnym zepsutym Behemotem, który zawisł na niebie jak mucha uwięziona w bursztynie. Dotarli na skraj marmurowej posadzki, który wyznaczał obsydianowy krąg. Za nim korzenie skręcały się, plątały i wznosiły niczym zakrzywione grzbiety srebrzystozielonych morskich bestii. Kiedy Hestillion nastąpiła na jeden z nich, Louis zatrzymał się i gwałtownie szarpnął ją za rękę.
– Nie możemy!
Spojrzała na jego szeroko otwarte oczy i się uśmiechnęła. Zarzuciła na ramię jasnozłote włosy i wyrzekła słowa, które posłużyły jej jako przynęta:
– Boisz się?
Oburzony chłopiec zmarszczył brwi i razem weszli między splątane korzenie. Z początku się potykał, bo jego buty były zbyt sztywne, by poddać się pomarszczonej fakturze kory, podczas gdy Hestillion wspinała się na te korzenie, odkąd nauczyła się chodzić. Prowadziła go ostrożnie, aż dotarli do ogromnego pnia, który wypełnił im pole widzenia szarozieloną ścianą chropowatych fałd i zawijasów. Z tak bliska nietrudno było sobie wyobrazić, że z kory patrzą na nich twarze, smutne oblicza wszystkich Eboran, którzy stracili życie od czasu Ósmego Deszczu. Korzenie pod ich stopami tworzyły gęstą plątaninę sięgającą głęboko w dół, ku niewidocznej ciemności. Hestillion uklękła i zgarnęła jedwabną szatę na bok, tak by zbytnio się nie pogniotła. Szarpnięciem rozwiązała szeroką żółtą szarfę, owinęła ją wokół prawego ramienia, zakrywając rękaw, i zawiązała koniec pod pachą.
– Chodź, uklęknij obok mnie.
Louis znów się zawahał i Hestillion pomyślała, że potrafi wyczytać z jego twarzy, co chodzi mu po głowie. Jakaś jego część wzdrygała się na myśl o tym, że miałby uklęknąć przed obcym bogiem, nawet jeśli był on martwy. Widząc to, obdarzyła go najbardziej promiennym ze swych uśmiechów.
– Tak dla zabawy. Tylko na chwilę.
Kiwając głową, uklęknął na korzeniach obok niej. Gdy się do niej odwrócił, być może po to, by skomentować dziwnie śliską fakturę drzewa pod palcami, Hestillion wysunęła z rękawa nóż i uniosła go do przygaszonego światła w Komnacie Korzeni. Był tak ostry, że chwilę po tym, jak przeciągnęła ostrzem po szyi Louisa, chłopiec upadł na plecy i próbował zatamować krew, która wylewała mu się spomiędzy palców. Wszystko odbyło się tak szybko, że Hestillion wątpiła, czy w ogóle zauważył ostrze. Przez chwilę trząsł się i wierzgał nogami, na jego twarzy malowało się niedowierzanie. Hestillion odsunęła się najdalej jak mogła i zadarłszy głowę, spojrzała na gałęzie drzewa.
– Krew dla ciebie! – Powoli nabrała tchu. Szarfa na jej ramieniu była mokra od krwi, która wsiąkała szybko w ukryty pod spodem jedwabny rękaw. – Krew życia dla twych korzeni! Przysięgam ci to i więcej!
– Hest! – Krzyk dobiegł z drugiego końca sali.
Odwróciła się i ujrzała swojego brata, Tormalina, stojącego w na wpół otwartych drzwiach – szczupłą sylwetkę w półmroku i czarne włosy niczym plama inkaustu na kartce. Nawet z tej odległości widziała niepokój malujący się na jego twarzy.
– Coś ty zrobiła, Hestillion? – Biegiem rzucił się ku niej.
Hestillion spojrzała na ciało syna kupca winnego, na jego krew czarną na tle korzeni i znowu na gałęzie. Nie usłyszała odpowiedzi, nie zobaczyła pąków ani soków ściekających z pnia. Bóg pozostał martwy.
– Nic – odparła z goryczą. – Niczego nie zrobiłam.
– Siostro. – Dotarł na skraj korzeni i dopiero teraz zobaczyła, jak bardzo starał się ukryć przerażenie na widok tego, co uczyniła, a to rozzłościło ją jeszcze bardziej. – Siostro, oni… oni już tego próbowali.
1
Pięćdziesiąt lat temu
Tormalin wyregulował paski plecaka i poprawił pas z przytroczonym do niego mieczem. Słyszał wyraźnie odgłosy nadjeżdżającego powozu, jednak na razie nie zwracał uwagi zarówno na nie, jak i na czekającą go konfrontację. Zamiast tego spojrzał na ciągnącą się przed nim wyludnioną główną ulicę i wiszący na niebie trupi księżyc, srebrzysty we wczesnopopołudniowym świetle.
Niegdyś była to jedna z najokazalszych ulic w całym mieście. Niemal wszyscy szlachcice Ebory mieli tutaj posiadłość albo nawet dwie, droga zaś pełna była powozów, koni, służących załatwiających sprawunki, ulicznych handlarzy sprzedających dobra z całego Sarnu, eborańskich dam, które w zależności od panującej mody kryły twarze za woalkami i upinały włosy w misterne fryzury, oraz mężczyzn w jedwabiach uzbrojonych w najprzedniejszej roboty miecze. Teraz nawierzchnia drogi była spękana, a gdziekolwiek spojrzeć, spomiędzy bruku wyrastały chwasty. Nie było też ludzi – ci nieliczni, którzy przeżyli, przeprowadzili się w głąb miasta, bliżej pałacu – ale były za to wilki. Tormalin już wcześniej wyczuł obecność kilku z nich, gdy trzymając się poza zasięgiem wzroku, podążały jego tropem. Widział też żółte oczy błyskające pośród cieni zrujnowanej posiadłości. Chwasty i wilki – tylko tyle pozostało ze wspaniałej Ebory.
Powóz był teraz bliżej, stukot końskich kopyt rozbrzmiewał boleśnie głośno w panującej dookoła ciężkiej ciszy. Tormalin westchnął, wciąż zdecydowany nie oglądać się za siebie. Daleko przed nim majaczyła blada linia Muru. Gdy tam dotrze, spędzi noc w wieży strażniczej. Kiedy ostatnio w wieżach byli jacyś strażnicy? Z pewnością nikt w pałacu tego nie pamiętał. Ostatnio zajmowała ich wyłącznie szkarłatnica.
Powóz zatrzymał się i drzwi otworzyły się ze szczękiem. Tormalin nie słyszał, by ktokolwiek wysiadł, ona jednak zawsze poruszała się bezszelestnie.
– Tormalinie!
Odwrócił się z przyklejonym do twarzy kwaśnym uśmiechem.
– Siostro.
Miała na sobie żółtą jedwabną szatę haftowaną w czarne smoki. W tym kolorze było jej nie do twarzy, gdyż zbytnio podkreślał jasność jej włosów i pergaminową skórę. Mimo wszystko była najjaśniejszą istotą na tej zniszczonej, opanowanej przez wilki drodze.
– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę to robisz. – Zgrabnie omijając pęknięcia, szybkim krokiem podeszła do niego, unosząc rąbek szaty tak, by nie plątała się jej pod stopami. – Przyznaję, że robiłeś w swoim życiu różne głupie, samolubne rzeczy, ale to?
Tormalin zerknął na woźnicę, który robił wszystko, by nie patrzeć w ich stronę. Był to człowiek z równin, o rumianej twarzy, którą skrywał pod szerokim rondem kapelusza. Ludzki służący, z pewnością jeden z nielicznych, którzy pozostali w Eborze. Przez moment Tormalin pomyślał, jak dziwni on i jego siostra muszą mu się wydawać, jak obcy. Eboranie byli wyżsi od ludzi, kończyny mieli dłuższe, lecz poruszali się z gracją, podczas gdy ich skóra, niezależnie od koloru, lśniła niczym polerowane drewno. W porównaniu z nimi ludzie byli tacy… nieeleganccy. No i te ich oczy. Ludzie nie lubili oczu Eboran. Tormalin skrzywił się i skupił uwagę na siostrze.
– Mówiłem o tym od lat, Hest. Przez ostatni miesiąc porządkowałem swoje sprawy, zbierałem mapy i przygotowywałem się do podróży. Naprawdę przyjechałaś, żeby wyrazić swoje zdumienie?
Stała przed nim niższa od niego o głowę. Oczy jej płonęły. Podobnie jak jego, te jej również miały kolor wyschniętej krwi albo starego wina.
– Uciekasz – stwierdziła. – Porzucasz nas, żebyśmy zmarnieli i sczeźli.
– Uczynię coś dobrego dla Ebory – odparł i odchrząknął. – Zamierzam udać się do najmożniejszych tego świata. Otworzę nowe szlaki handlowe i wszędzie, gdzie dotrę, będę opowiadał o nieszczęściu, które nas dotknęło. W końcu otrzymamy pomoc.
– Łżesz! – wybuchła. Gdzieś w oddali zawył wilk. – Zamierzasz rozmawiać z najmożniejszymi świata? Raczej łajdaczyć się i pić w cieszących się złą sławą tawernach. – Nachyliła się w jego stronę. – Wcale nie zamierzasz wracać.
– Przez ciebie minęły dziesiątki lat, odkąd mieliśmy w pałacu porządne wino. A co do łajdaczenia się… – Zobaczył jej minę i odwrócił wzrok. – Ach. Cóż. Ubiegłej nocy wydawało mi się, że czułem cię w swoich snach, siostrzyczko. Robisz się coraz lepsza. Ani razu cię nie widziałem.
Ta próba pochlebstwa jeszcze bardziej ją rozeźliła.
– W ciągu ostatnich trzech tygodni czterech ostatnich członków wysokiej rady zapadło na szkarłatnicę. Lady Rellistin na każdym spotkaniu wykasłuje sobie płuca w chusteczkę, jej skóra pęka i krwawi. Ci, którzy pozostali, snują się po pałacu i patrzą, jak powoli umieramy, jak obracamy się w nicość. Twój kuzyn, Aldasair, od miesięcy nie zamienił z nikim słowa, a Ygseril jest niczym martwy strażnik patrzący na ostatnie lata…
– I co chcesz, żebym zrobił? – Tormalin z trudem ściszył głos i kolejny raz zerknął na woźnicę. – Co ja mogę, Hest? Albo ty? Nie zostanę tutaj, żeby patrzeć, jak umierają. Nie chcę widzieć, jak wszystko się rozpada. Czy to czyni mnie tchórzem? – Uniósł ręce, po czym je opuścił. – Jeśli tak, proszę bardzo. Mogę nim być. Chcę wyjść za Mur i zobaczyć świat, zanim mnie również zabierze szkarłatnica. Jeśli zostało mi kolejne sto lat życia, nie chcę spędzić ich tutaj. Bez Ygserila… – urwał, bo ogarnął go smutek tak wielki, że niemal czuł w ustach jego smak – …zgaśniemy, staniemy się starzy i zniedołężniali. – Wskazał ręką wyludnioną ulicę i zniszczone domy o oknach jak puste oczodoły. – Ebora, jaką znaliśmy kiedyś, już nie istnieje. – Przemawiał łagodnie, tak by jej nie skrzywdzić. Nie teraz, kiedy i tak wszystko było takie trudne. – To wspomnienie, które już nie wróci. Nasz czas dobiegł końca, Hest. Starość albo szkarłatnica, któreś w końcu nas dopadnie. Dlatego chodź ze mną. Jest tyle do zobaczenia, tak wiele miejsc, w których żyją ludzie. Chodź ze mną.
– Tormalin Lekkoduch – warknęła, cofając się o krok. – Oto jak cię nazywali, bo byłeś nieodpowiedzialnym obibokiem. A ja myślałam sobie: jak śmią nazywać tak mojego brata? Nawet w żartach. Ale mieli rację. Dbasz wyłącznie o siebie, Lekkoduchu.
– Dbam o ciebie, siostro. – Tormalin poczuł się nagle bardzo zmęczony, a przed sobą miał jeszcze długą drogę, nim znajdzie schronienie przed zmrokiem. Żałował, że w ogóle za nim pojechała i że przez jej upór musieli odbyć tę rozmowę. – Ale nie na tyle, żeby zostać tu i patrzeć, jak wszyscy umieracie. Nie mogę, Hest. – Odchrząknął, starając się ukryć drżenie w głosie. – Po prostu nie mogę.
Podmuch wiatru przemknął ulicą, wypełniając ciszę między nimi chłodnym odgłosem suchych liści szurających po kamieniu. Przez chwilę Tormalin poczuł zawroty głowy, jakby stał na skraju urwiska, a jakaś potężna siła ciągnęła go w dół. W końcu Hestillion odwróciła się, podeszła do powozu i wsiadła do środka. Ostatnim, co zobaczył, była jej delikatna biała stopa odziana w żółty jedwabny pantofelek. Woźnica obrócił konie, które wyczuwszy czające się w pobliżu wilki, zrobiły się niespokojne, i powóz ruszył żwawo.
Tormalin przez chwilę odprowadzał go wzrokiem. Widoczne w chmurze pyłu srebrzyste gałęzie Ygserila były jedyną żywą rzeczą w tym martwym krajobrazie. Chwilę później ruszył przed siebie.
***
Zatrzymał się dopiero na szczycie niskiego wzgórza. Ruiny miasta dawno już zostały w tyle i mniej więcej od dnia przemierzał porośnięte krzakami pustkowia. Tu i ówdzie widział pozostałości sznurów po starych wozach, zakopane w piasku niczym kości węży, albo chałupy służące dawniej gościom przybywającym do Ebory. Był pod wrażeniem, że nadal stoją, nawet jeśli silniejszy podmuch wiatru w każdej chwili mógł powalić je na ziemię. Były reliktami sprzed Trupich Wojen, z czasów, gdy ludzie z własnej woli podróżowali do Ebory. On sam był wówczas ledwie dzieckiem. Teraz nad pustkowiami zawisł fioletowy zmierzch, na skraju zrujnowanej Ebory wznosił się zaś Mur, którego białe kamienie w dogasającym świetle zdawały się liliowe.
Tor prychnął. A więc stało się. Kiedy przejdzie przez Mur, nie wróci. Mimo tego, co powiedział Hestillion, nie był głupcem. Ebora była chorobą, a oni wszyscy na nią zapadli. Musiał stąd uciec, dopóki wciąż jeszcze mógł cieszyć się życiem, zanim powoli zakaszle się na śmierć w urządzonej z przepychem sypialni.
Daleko po prawej, w cieniu góry, z Muru wyrastała wieża strażnicza. Wysoka i wyszczerbiona przypominała psi kieł. Jej okna były ciemne, jednak na zewnątrz było jeszcze dość światła, by Tor zauważył wykute w skale schody. Gdy już będzie miał dach nad głową, rozpali ognisko i przygotuje się na noc. Zastanawiał się, jak wygląda w oczach postronnego obserwatora – samotny wędrowiec zmierzający w nieznane, z wiszącym u pasa legendarnym mieczem, po który gotów był sięgnąć w każdej chwili. Zadarł głowę i wyobraził sobie ostre rysy własnej twarzy oświetlone upiornym blaskiem sierpa księżyca oraz lśniące czarne włosy zebrane na karku. Niemal żałował, że nie może się zobaczyć.
Myśl o własnej śmiałości poprawiła mu nastrój i z nową energią począł wspinać się po schodach. W na wpół otwartych drzwiach wieży piętrzyły się suche liście i nawiana z lasu ziemia. Gdyby przyjrzał się uważniej, dostrzegłby, że ktoś niedawno odgarnął liście na bok, a w wieży nie jest tak ciemno, jak być powinno. On jednak myślał o bukłaku na wino i krążku sera owiniętym w papier pergaminowy. Oszczędzał je do czasu, aż znów będzie miał dach nad głową, i uznał, że dach walącej się wieży jest równie dobry jak każdy inny.
Wszedł na górę po spiralnych schodach. Drzwi do pomieszczenia były zamknięte, lecz wyważył je bez trudu, niemal wpadając do znajdującej się za nimi okrągłej izby.
Ruch, szuranie i światło. Tor zdążył wysunąć do połowy miecz, nim uświadomił sobie, że stojący przy oknie wymizerowany cień to w istocie człowiek – mężczyzna o ciemnych oczach lśniących na umorusanej twarzy. Na środku pomieszczenia płonął mały kopcący ogień, oba okna zasłonięto połamanymi deskami i szmatami. Początkowy niepokój przerodził się w irytację – nie spodziewał się spotkać tutaj ludzi.
– Co tu robisz? – Tor wsunął miecz z powrotem do pochwy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszystko wskazywało na to, że od jakiegoś czasu było ono zamieszkiwane. Na podłodze walały się ogryzione ptasie kości, brudne łachmany, dwie cynowe miski z zaschniętymi resztkami jedzenia i pół butelki jakiegoś ciemnego płynu. Tor odchrząknął. – Jesteś niemową?
Mężczyzna miał tłuste żółte włosy i rzadką brodę tego samego koloru. Nadal stał przyciśnięty do ściany, lecz przygarbił się, jak gdyby cała energia uszła z jego ciała.
– Jeśli się nie odezwiesz, usiądę przy twoim ogniu.
Tor odsunął butem stertę szmat, ostrożnie usiadł na podłodze i skrzyżował nogi. Przyszło mu na myśl, że jeśli teraz wyjmie bukłak z winem, będzie musiał podzielić się nim z człowiekiem. Postanowił więc, że zaczeka jeszcze jedną noc. Zamiast tego zdjął plecak i wyciągnął z niego mały podróżny imbryk. Ogień był żałośnie wątły, ale dzięki garści liści, które przyniósł ze sobą, zapłonął nieco żywiej. W końcu woda się zagotowała.
Mężczyzna nie spuszczał z niego wzroku, podczas gdy Tor wlał wodę do płytkiej cynowej czarki i przetrząsał plecak w poszukiwaniu torebek z herbatą.
– Eboranin. – Głos człowieka brzmiał jak skrzypienie zardzewiałych zawiasów. Mówił dialektem z równin, który Tor dobrze znał. Zastanawiał się, ile czasu minęło, odkąd mężczyzna rozmawiał z kimkolwiek. – Krwiopijca. Morderca.
Tor odchrząknął i zwrócił się do człowieka w jego dialekcie:
– A więc tak? – Westchnął i odwrócił się od ognia i imbryka. – Zamierzałem zaproponować ci herbatę, starcze.
– Nazywasz mnie starcem? – Człowiek się roześmiał. – Ty? Mój dziadek opowiadał mi historie o Trupich Wojnach. Wy, krwiopijcy, pożeraliście ludzi żywcem na polu bitwy. Oto co mi powiedział.
Tor kolejny raz pomyślał o mieczu. Formalnie rzecz biorąc, ów człowiek wtargnął na ziemię Eboran.
– Twojego dziadka nie było wtedy na świecie. Trupie Wojny miały miejsce przeszło trzysta lat temu.
Rzecz jasna żadnego z żyjących obecnie ludzi nie było wówczas na świecie, a jednak traktowali to jak osobistą zniewagę. Po co przekazywali te wspomnienia? Dziedziczyli je, tak jak dziedziczyli brązowe oczy albo odstające uszy. Dlaczego nie mogli po prostu zapomnieć?
– Wcale tak nie było. – Tor szturchnął cynową miskę, poirytowany napięciem we własnym głosie. Nagle pożałował, że okna zabite są deskami. Musiał znosić woń tego człowieka. – Nikt nie chciał… Kiedy Ygseril umarł… On zawsze nas karmił, odżywiał. Bez niego wszyscy byliśmy skazani na pewną śmierć. Powolne odchodzenie w nicość.
Mężczyzna prychnął z rozbawieniem. O dziwo podszedł do ognia i ukucnął przed nim.
– To prawda, że wasz bóg-drzewo umarł i zabrał ze sobą swoje cenne soki. Może już wtedy powinniście byli wymrzeć, zamiast rozsmakować się w naszej krwi. Może tak właśnie powinno było się stać.
Usiadł i wbił w Tora spojrzenie ciemnych oczu, jak gdyby oczekiwał od niego jakiegoś wytłumaczenia. Wyjaśnienia dla trwającego od pokoleń ludobójstwa.
– Co tutaj robisz? To wieża strażnicza, nie przytułek dla włóczęgów.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Spod stery szmat wyjął brudną od tłuszczu srebrną butelkę. Odkorkował ją i pociągnął łyk. Tor wyczuł silną woń alkoholu.
– Idę zobaczyć się z córką – odparł. – Od lat nie byłem w domu. Zarabiałem pieniądze i traciłem je. Czas wrócić, zobaczyć co i jak. Kto żyje, a kto umarł. Moi ludzie mieli osadę w lesie na zachód stąd. Będę miał szczęście, jeśli wy, Eboranie, zostawiliście kogokolwiek przy życiu.
– Twoi ludzie mieszkają w lesie? – Tor uniósł brwi. – Mam nadzieję, że w spokojnym.
Na brudnej twarzy mężczyzny pojawił się półuśmiech.
– Nie tak spokojnym, jak byśmy chcieli, ale gdzie teraz jest spokojnie? Ten świat jest zatruty. Och, ale nie martw się, mamy grube, mocne ściany. A przynajmniej mieliśmy.
– Dlaczego na tak długo opuściłeś rodzinę? – Tor myślał o Hestillion. O jej żółtych pantofelkach i jej zapachu, który unosił się w jego snach. Zawsze miała wyjątkowy talent do wędrowania w snach.
– Cóż, byłem wtedy innym człowiekiem – odparł mężczyzna, jakby to wszystko tłumaczyło. – Wypijesz moją krew?
Tor się skrzywił.
– Jak zapewne wiesz, ludzka krew nie okazała się takim dobrodziejstwem, jak się spodziewano. Tak naprawdę nic nie może zastąpić soków Ygserila. Ci, którzy zbytnio sobie dogadzali… cierpieli. Teraz istnieją układy. Umowy z ludźmi, o których się troszczymy. – Usiadł nieco prościej. Gdyby wybrał inną strażnicę, popijałby teraz swoje wino. – Wynagradzamy im to i owszem, pijemy ich krew, lecz w niewielkich ilościach. – Nie dodał, że to bez znaczenia. Szkarłatnica nie dbała o ilość wypitej krwi. – Poza tym to niezbyt pomocne, kiedy się starasz, a i tak wszystko, co robisz, postrzegane jest jako nikczemność.
Mężczyzna ryknął śmiechem i obejmując kolana, zakołysał się w przód i w tył. Tor w milczeniu czekał, aż się uspokoi, i wrócił do parzenia herbaty. Kiedy śmiech człowieka przeszedł w ciche pociąganie nosem, Tor wyjął z plecaka dwie gliniane czarki i pokazał je mężczyźnie.
– Napijesz się herbaty z eborańską kanalią?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu, lecz jego twarz stężała. Niewielka ilość wody w płytkiej cynowej misce była gorąca, więc Tor zalał nią suche, skurczone liście w imbryku. Powietrze wypełnił ciepły korzenny aromat, niemal natychmiast zduszony przez panujący w pomieszczeniu cuchnący potem zaduch.
– Widziałem twój miecz – powiedział człowiek. – To dobra broń. Teraz nie widuje się już takich. Skąd go masz?
Tor zmarszczył brwi. Czyżby człowiek sugerował, że jest złodziejem?
– Należał do mojego ojca. Jeśli musisz wiedzieć, wykonano go ze stali wykutej w dzikim ogniu. Jego nazwa brzmi Dziewiąty Deszcz.
Usłyszawszy to, mężczyzna prychnął.
– Nie było jeszcze Dziewiątego Deszczu. Ostatni był ósmy. Myślałem, że pamiętasz. Skąd taka nazwa?
– To długa i skomplikowana historia, której nie zamierzam opowiadać przypadkowemu człowiekowi, zwłaszcza że ten nieraz mnie znieważył.
– Powinienem cię zabić – rzucił cicho mężczyzna. – Jednego Eboranina mniej. Dzięki temu świat, w którym żyje moja córka, byłby bezpieczniejszy, prawda?
– Zawsze możesz spróbować – odparł Tor. – Chociaż myślę, że twoja córka będzie bezpieczniejsza, jeśli dorastając, będzie miała przy sobie ojca.
Mężczyzna zamilkł, a gdy Tor zaproponował mu herbatę, przyjął czarkę i skinął głową w podziękowaniu, a może dlatego, że po namyśle przyznał mu rację. Pili w milczeniu, Tor obserwował smużki czarnego dymu ulatujące pod sufit i uciekające przez jakąś szczelinę w dachu. W końcu mężczyzna położył się po swojej stronie ogniska, plecami do Tora, który widząc to, pomyślał, że to chyba jedyny przejaw zaufania, na jaki może liczyć. Wyciągnął matę do spania i ułożył się najwygodniej jak mógł na kamiennej podłodze. Miał przed sobą długą drogę i zapewne będzie sypiał w gorszych miejscach.
***
Obudził się w dusznej ciemności przeciętej cienką smugą szarego światła wpadającą przez szczelinę w oknie. To dzięki niej wiedział, że jest świt. Mężczyzna nadal spał obok przygasającego żaru ogniska. Poruszając się najciszej jak mógł, Tor zebrał swoje rzeczy, aż w końcu stanął nad śpiącym człowiekiem. Zmarszczki na jego twarzy wydawały się niewiarygodnie głębokie, jak gdyby przeżył tysiąc żyć zamiast jednego, żałośnie krótkiego. Zastanawiał się, czy mężczyzna zdoła wrócić do córki i czy w ogóle ją ma. A jeśli tak, to czy będzie chciała go znać. Niektórych zerwanych więzi nie sposób było naprawić. Niewiele myśląc, wyciągnął z plecaka paczuszkę z herbatą i zostawił ją obok wyciągniętego ramienia mężczyzny, gdzie z pewnością jej nie przeoczy. Z pewnością przyda mu się bardziej niż szkodliwa substancja w srebrnej butelce.
Świat na zewnątrz skąpany był w bladym srebrzystym świetle poranka. Kiedy Tor schodził po schodach – tym razem po drugiej stronie Muru – oddech ulatywał mu z ust białymi obłoczkami. Próbował wykrzesać z siebie odrobinę radosnego podniecenia, wszak na zawsze opuszczał Eborę, jednak plecy miał sztywne od nocy spędzonej na twardej kamiennej podłodze i myślał wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej oddalić się od Muru. Spał niespokojnie, śniąc o na wpół widocznych rzeźbionych twarzach wykutych w delikatnym czerwonym kamieniu, wiedział jednak, że w środku są puste i zgniłe.
Drugą stronę Muru porastał gęsty zielony las, który podchodził pod kamienie niczym fale przypływu. Tor pośpiesznie wszedł między drzewa, a gdy odwróciwszy się, nie zobaczył niczego prócz leśnej gęstwy, poczuł się tak, jak gdyby uszło z niego dziwne napięcie. Wiedział, że jeśli będzie miarowym krokiem szedł pod górę, w końcu dotrze do podnóży gór Tarah-hut, tam zaś znajdzie zachodnią przełęcz.
Około południa drzewa się przerzedziły, a podłoże stało się bardziej skaliste. Tor spojrzał za siebie i ujrzał rozciągającą się w dole Eborę. Szare niszczejące budynki na skraju miasta przedstawiały sobą żałosny widok, drogi przywodziły na myśl dziecięce rysunki w piasku. Chodniki porastały skarłowaciałe drzewa i krzaki, podczas gdy górujący nad pałacem nieruchomy Ygseril był niczym srebrzysty duch o nagich gałęziach drapiących niebo.
– Dlaczego nas opuściłeś? – Tor poczuł nagłą suchość w ustach i oblizał wargi. – Czy ty w ogóle widzisz, co narobiłeś?
Bóg-drzewo pozostał równie milczący i martwy jak wiszący na niebie trupi księżyc. Tormalin Lekkoduch odwrócił się plecami do wielkiego drzewa i odszedł z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie musiał oglądać Ebory.
2
Pięć lat temu
Pytasz mnie, Drogi Marinie, jak to możliwe, że związałam się z takim awanturnikiem (rzecz jasna robisz to z właściwym dla siebie taktem i cieszy mnie myśl, że moja siostra nadal trwoni pieniądze na to, byś ukończył szkołę). Jeśli musisz wiedzieć, znalazłam go, kiedy zalany w trupa leżał przed tawerną. Wokół niego na ziemi walało się kilka pustych butelek. Dzień był nieprzyjemnie duszny, a on tkwił tak z twarzą zwróconą do słońca, wygrzewając się w nim niczym kot. Na ziemi obok jego długich, smukłych palców leżał najpiękniejszy miecz, jaki w życiu widziałam, z klingą brudną od na wpół zakrzepłej krwi. Cóż. Sam wiesz, jak rzadko widujemy Eboran, dlatego zwróciłam się do niego: „Na błogosławione kości Sarnu, skarbie, coś ty narobił?”.
Słysząc to, uśmiechnął się do mnie i odparł: „Zabijałem dotknięte szaleństwem potwory. W zamian za to wszyscy tutaj stawiali mi drinki. Postawisz mi drinka?”.
Pytam cię zatem: jak nie pokochać takiego łobuza? Czasami zastanawiam się, czy w naszych żyłach nie płynie jednak ta sama krew.
Fragment prywatnej korespondencji mistrza Marina de Grazon z lady Vincenzą „Vintage” de Grazon
Vintage uniosła kuszę, rozkoszując się jej znajomym ciężarem. Wierciła się przez chwilę, nim w końcu umościła się na grubym konarze w połowie wysokości drzewa, skąd widziała jak na dłoni oddalone o pięćdziesiąt stóp oplecione pnączami drzewo i żerującego na nim robala. Był duży i powolny, przypominał mszycę wielkości kocura z ciemnozielonymi plamami na lśniącym pancerzu – kolejne dotknięte szaleństwem obrzydlistwo. Zwisało z pnącza, a jego półprzezroczyste szczęki pracowicie wbijały się w soczyste fioletowe winogrono, które szkarada trzymała w przednich łapach. Jej winogrono. Jedno z tych, które Vintage uprawiała, uszlachetniała i sortowała od niemal trzydziestu lat, aż jej owoce, a przede wszystkim jej wino, uznane zostały za najlepsze.
Tymczasem ten mały drań przeżuwał je bezmyślnie, bez krzty uznania czy wdzięczności.
Vintage wycelowała i nacisnęła spust, oczekując znajomego szarpnięcia i drżenia ramion. Bełt trafił do celu, robal pękł jak przepełniony bukłak, a jego wodniste trzewia obryzgały drzewo i winorośl. Vintage skrzywiła się, ale poczuła też zadowolenie na myśl o tym, że kusza zaprojektowana wiele lat temu przez jej brata nadal działała bez zarzutu.
Przytroczyła broń do pasa i nie dbając o połatane skórzane spodnie, zsunęła się po pniu. Ostrożnie wybierając drogę wśród gęstego listowia, podeszła do miejsca, gdzie mszycopodobny robal dokonał żywota. Wyglądało na to, że przez większość dnia żerował nie tylko na winogronach, ale i na samej winorośli. To była wyjątkowo odporna odmiana, miejscami jej gałęzie były grube jak uda, a winogrona osiągały szerokość dłoni, jednak nawet ona nie była w stanie uchronić się przed atakami liśćców.
– Kłopoty – mruknęła pod nosem. – Oto czym jesteście.
Rozejrzała się dookoła i choć nie zobaczyła innych szkodników, widok nadgryzionych winogron napełnił ją niepokojem. W tej nieskażonej części lasu nie powinno być żadnych liśćców. To było spokojne miejsce, być może najbezpieczniejsze w całym Sarnie – dbała o to osobiście od wielu lat.
Wcisnąwszy kapelusz z szerokim rondem nieco głębiej na głowę, odwróciła się i ruszyła na zachód, w stronę drzewa będącego doskonałym punktem obserwacyjnym. Tłumaczyła sobie, że za bardzo się przejmuje i że z wiekiem robi się coraz bardziej przewrażliwiona, jednak prawda była taka, że nigdy nie potrafiła oprzeć się impulsom.
Duszny zielony las tętnił życiem. Vintage czuła je na skórze i na języku – pełne energii i wiecznie rosnące. Wszędzie wokół niej wznosiły się wysokie, grube pnie drzew winnych. Większość z nich była szersza niż dwóch mężczyzn leżących głowa przy głowie, a ich poskręcane gałęzie owijały się wokół nich, ciężkie od fioletowych, różowych, czerwonych i jasnozielonych winogron, niektórych ukrytych w cieniu, innych wygrzewających się w plamach słońca, które przedzierały się przez gęste listowie i świeciły niczym lampy.
Dostrzegła właśnie drzewo z namalowanym wokół pnia jasnoczerwonym pasem, gdy usłyszała, jak coś przedziera się przez zarośla i zmierza w jej stronę. Odruchowo sięgnęła do wiszącej u pasa kuszy, jednak kształt, który wychynął z chaszczy na prawo od niej, miał drobną, bladą twarz i jasne włosy klejące się do spoconego czoła. Vintage westchnęła.
– Co ty tu robisz, Bernharcie?
Chłopiec patrzył na nią w osłupieniu. Jeśli dobrze pamiętała, miał jakieś jedenaście lat i był najmłodszym z ich pracowników. Miał na sobie strój z miękkiego brązowo-zielonego płótna, na plecy zarzucił krótki łuk, zapomniał jednak włożyć kapelusz.
– Lady Vincenzo, pan Ezion prosił, bym panią odszukał. – Zaczerpnął powietrza i wierzchem dłoni otarł spocone czoło. – Jest pani potrzebna w domu, chodzi o jakieś interesy.
Vintage prychnęła.
– Interesy? Niby co miałabym zrobić? Lata temu powiedziałam Eziemu, że sam może się tym zająć. – Spojrzała na chłopca spod przymrużonych powiek. – Nie chcą, żebym przesiadywała w lesie. Tak, chłopcze?
Jego spocona twarz oblała się delikatnym rumieńcem, a gdy się odezwał, nie odrywał wzroku od jej prawego łokcia.
– Mówili, pani, że to naprawdę ważne.
– Bernharcie, na święto księżyca, kto dba o to, żebyście wy, małe łobuzy, mieli pod dostatkiem miodowych ciastek?
Chłopiec odchrząknął.
– Powiedzieli, że siedzisz tu, pani, od kilku dni i że damie w twoim wieku to nie przystoi.
Vintage parsknęła śmiechem.
– Bernharcie, obiecaj mi, że kiedy dorośniesz, będziesz na tyle rozsądny, żeby nigdy nie nazywać czterdziestoletniej kobiety „damą w jej wieku”. Zapewniam cię, mój drogi, że to nie skończy się dobrze. – Westchnęła i spojrzała na różowe plamy na jego skądinąd bladej twarzy. – Chodź. Mam zamiar wejść na drzewo i rozejrzeć się po okolicy. Będziesz tak miły i dotrzymasz mi towarzystwa? Wygląda na to, że moje stare kości mogą potrzebować twojej pomocy.
Bernhart uśmiechnął się krzywo.
– Będę mógł strzelić z pani kuszy?
– Nie przeciągaj struny – upomniała go.
***
Drzewo obserwacyjne miało drewniane deski spiralnie poprzybijane do pnia, więc wspinaczka na nie była łatwiejsza, choć było ono znacznie wyższe od poprzedniego. Kiedy w końcu dotarli na podest, ich oczom ukazał się widok na las – ciemnozielony baldachim z liści rozpościerający się pod nimi niczym koc i szary cień gór na horyzoncie. Pośrodku zaś tego wszystkiego rozległy obszar czegoś dziwnego. Vintage nie musiała zerkać na chłopca, żeby wiedzieć, że on również patrzy w tamtą stronę.
– Rozrasta się? – zapytał po chwili.
– Dwa razy w roku idziemy na skraj – odparła cicho. – Najsilniejsi, najmądrzejsi i najodważniejsi spośród nas. Wypalamy to, co urosło, a ziemię sypiemy solą. Ukochany przez bogów Marin przyprowadza ze sobą swoich przyjaciół kapłanów, by wspólnie modlić się i błogosławić ziemię. – Westchnęła. – Ale z każdym rokiem jest coraz większa.
– Ale przecież jest jałowa – zauważył chłopiec. – To martwa ziemia, na której nic nie żyje. – Urwał i Vintage zastanawiała się, czy to właśnie powiedziała mu matka po tym, jak z krzykiem obudził się z wyjątkowo strasznego koszmaru. Dom był oddalony od dzikiej części lasu, jednak nie na tyle, by uchronić mieszkańców przed koszmarami. – To tylko zniszczona skorupa Behemota, więc dlaczego sprawia, że las staje się… – Zawiesił głos, jak gdyby szukał właściwego słowa. – Dlaczego sprawia, że las staje się zły?
– Przyciąga żerduchy – odparła Vintage. Wyciągnęła zza pasa lunetę i przytknęła ją do oka. Teraz dokładniej widziała zniszczoną połać lasu i marszcząc brwi, przyglądała się poczerniałym gałęziom i pasmom mgły. – Jest od dawna martwa, Bernharcie. To tylko kawałki pustej skorupy statku Jure’lia, ale są jak trup, do którego zlatują się muchy. Żerduchy ciągną do nich. Gdybyśmy wiedzieli jak, dlaczego albo czym właściwie są… – Opuściła lunetę i przygryzła wargę. – Zawsze chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o nich i o tym, co łączy je z robalami. Tak niewiele napisano na temat Jure’lia, a bogowie wiedzą, że Eboranie nie chcą mówić o swoich potyczkach z nimi. Mamy więc tylko resztki Behemotów i całe mnóstwo bardzo nieprzyjemnych opowieści. Gdyby tylko Eboranie byli odrobinę bardziej… towarzyscy. Ale oczywiście teraz w ogóle nie mają czasu dla ludzi. – Zacisnęła wargi, gdy przed oczami niczym nieproszony gość stanęła jej twarz z przeszłości: oczy barwy zaschniętej krwi, sardoniczny uśmiech i wspomnienie jej dłoni. Jej dotyk zawsze był taki ciepły. Z trudem oderwała myśli od przyjemnych wspomnień.
– Na pewno masz, pani, wiele książek na temat Dziczy, robali i żerduchów – odparł Bernhart. – Mam na myśli twoją bibliotekę.
Vintage uśmiechnęła się i musnęła dłonią jego twarz. Jej ciemnobrązowe palce kontrastowały z bladością jego policzka.
– Istnieją większe biblioteki od mojej, Bernharcie. Podejrzewam jednak, że tego, czego chcę się dowiedzieć, nie znajdę w żadnej z nich. Właściwie…
Bardziej to poczuli, niż usłyszeli – niskie dudnienie, które nieprzyjemnie wibrowało im w piersi. Vintage niemal niechętnie odwróciła się w stronę zdziczałej części lasu. W najmroczniejszym zakątku korony drzew drżały, szeleszcząc poczerniałymi liśćmi. Z tej odległości nie powinna była tego słyszeć, a jednak słyszała: suchy, pusty dźwięk przypominający syk wody płynącej po spieczonej, wyschniętej ziemi. Półprzezroczysty kształt o barwie brudnej żółci przepychał się wśród górnych partii gałęzi. Miał liczne witki podobne do liści paproci, zakończone dziwnymi białym światełkami, a na plecach ciemnawe plamy. Żerduch przez chwilę kręcił się w powietrzu, a jego liściopodobne witki na oślep wyciągały się ku bezchmurnemu niebu. Chwilę później zniknął im z oczu i dudnienie ustało.
– Na bogów, to mi nie wygląda na szczęśliwy omen. – Vintage spojrzała na chłopca i zobaczyła, że stoi bez ruchu, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami.
Rumieniec zniknął z jego policzków. Gdy delikatnie poklepała go po ramieniu, wzdrygnął się, jak gdyby wyrwała go ze snu.
– Mam wielką ochotę wygarbować Ezionowi skórę za to, że przysłał cię tu samego – dodała. – Chodź, Bernharcie, wracajmy do domu. Poproszę kucharkę, żeby upiekła ci miodowe ciastka.
***
Zgromadzili się w jadalni przy stole z drewna winnego zastawionym najlepszymi srebrami i porcelaną, jak gdyby liczyli, że sam cesarz wpadnie z wizytą na słodką bułeczkę z rodzynkami. Mimo upału mieli na sobie najprzedniejsze jedwabie oraz satyny i Vintage poczuła dziką satysfakcję, widząc ich miny, gdy wkroczyła do pokoju, stukając podeszwami ciężkich butów na wypastowanej podłodze. Zdjęła kapelusz i cisnęła go na stół, wodząc wzrokiem po potrawach, które służba przygotowała na kolację. Tuż za nią w drzwiach czaił się Bernhart. Chłopiec mógł się już oddalić, zwlekał jednak, jak gdyby wyczuwał, że lada chwila może dojść do sprzeczki.
– Jest jeszcze ten dobry ser? – spytała Vintage, brudnymi palcami przysuwając sobie talerz. – Ten z jagodami?
– Siostro. – Ezion powoli dźwignął się od stołu. Miał na sobie granatową jedwabną marynarkę i koszulę z wykrochmalonym na sztywno kołnierzem. Jego ciemne oczy błyskały niecierpliwie. – Cieszę się, że do nas wróciłaś. Może chciałabyś się przebrać, zanim usiądziesz do kolacji?
Vintage rozejrzała się wokół stołu. Clara, żona Eziona, spojrzała na nią z ledwie skrywaną wesołością. Widząc to, Vintage puściła do niej oko. Kobieta spodziewała się kolejnego dziecka, a jej wielki brzuch rysował się wyraźnie pod szytą na miarę suknią. Tymczasem siostrzeńcy i siostrzenice Vintage robili hałas, dzwoniąc sztućcami o talerze.
– To chyba nie będzie konieczne, Ezi. – Gdy wyciągnęła rękę po jedno z maleńkich ciasteczek, mały palec jej dłoni odstawał jak wówczas, gdy trzymała w niej porcelanową filiżankę. – Co ci przyszło do głowy, żeby wysyłać Bernharta samego do lasu?
Ezion zmarszczył brwi.
– To służący, Vincenzo. Myślałem, że takie rzeczy należą do jego obowiązków.
Vintage również zmarszczyła brwi, po czym odwróciła się w stronę drzwi i podała ciastko stojącemu w progu chłopcu.
– Proszę, Bernharcie, weź to i zmykaj. Na pewno masz jakieś strzały, do których trzeba umocować pierzyska.
Bernhart patrzył niezdecydowany, jak gdyby wisząca w powietrzu kłótnia interesowała go bardziej niż ciastko. W końcu jednak po nie sięgnął, po czym wyszedł i dyskretnie zamknął za sobą drzwi.
– Dobrze wiesz, Vincenzo, że pewnego dnia chłopak będzie doglądał winnic. Jeśli nie…
– Dzicz się rozrasta – przerwała mu. – Dziś widzieliśmy w koronach drzew żerducha. Był bardzo duży.
Przez chwilę Ezion milczał. Jego dzieci obserwowały ich szeroko otwartymi oczami. Dorastały wśród opowieści o skażonym lesie, choć rozmowy o nim rzadko pojawiały się przy stole.
– Kontrolujemy to – odezwał się w końcu, starając się panować nad głosem. – Obserwujemy. Nie ma powodów do obaw. Dlatego powinnaś siedzieć w domu, zamiast wałęsać się po lesie. Za bardzo się przejmujesz.
Słysząc to, Vintage poczuła, że ogarnia ją złość, jednak to Carla zabrała głos.
– Jak może się rozrastać, Vin? Czy to znaczy, że częściej będziemy musieli sprawdzać granice?
Vintage zacisnęła wargi.
– Nie wiem – przyznała. – W tym cały problem. Po prostu za mało o tym wiemy. – Nabrała tchu, zamierzając podjąć drażliwy temat. – Wyruszę wiosną. Za długo już czekałam, ale nie jest jeszcze za późno. Ezionie, mój drogi, musimy przeprowadzić badania, wyruszyć w świat, dowiedzieć się, ile tylko zdołamy. Gdzieś tam, za naszym lasem, są wraki Behemotów, którym mogłabym się przyjrzeć. Musimy dowiedzieć się więcej o Dziczy i żerduchach. Koniec z czytaniem i przeglądaniem starych ksiąg. Muszę wyruszyć w drogę.
Ezion parsknął śmiechem, który do niego nie pasował.
– Nie zaczynaj. To niedorzeczne. Masz czterdzieści lat, Vincenzo, jesteś głową rodziny i nie pozwolę, żebyś włóczyła się po Sarnie, goniąc bogowie wiedzą za czym.
– Jestem czterdziestoletnią kobietą, która całe swoje życie zarządza tym miejscem, uprawą tych winorośli i produkcją tego wina. – Wściekłym ruchem wskazała na szklane puchary pełne jasnozłotego wina wytwarzanego z odmiany zwanej Szaleństwem Farrah. Potrafiła rozpoznać je po kolorze. – I mam dość tego wszystkiego. – Mówiąc to, rozłożyła ręce. – Teraz ty jesteś za to odpowiedzialny, Ezionie. Nie ja.
Sięgnęła po leżący na stole kapelusz, wcisnęła go na głowę, po czym wyszła z jadalni i trzasnęła drzwiami tak, że aż zabrzęczały sztućce.
Wyszedłszy na korytarz, oparła się o ścianę, zaskoczona tym, jak bardzo wali jej serce. To ze złości, powiedziała sobie w duchu. Chwilę później zza rogu wychynęła głowa Bernharta.
– Wszystko w porządku, pani?
Vintage zamarła. Czuła powolne mrowienie pełznące od palców u nóg w górę kręgosłupa. Było niczym zapowiedź ważnej zmiany, jak cisza przed burzą. Wiedziała, że nic jej nie zatrzyma.
– Tak, nic mi nie jest, Bernharcie. – Uśmiechnęła się do chłopca, który odpowiedział jej tym samym. – Przynieś ze schowka moje torby podróżne, chłopcze. Wyruszam natychmiast.
3
Teraz
Narkotyk o nazwie akaris wytwarza się poprzez podgrzewanie mieszanki substancji do ekstremalnej temperatury, a następnie chłodzenie jej, zbieranie i przesiewanie. Tylko dzięki dzikiemu ogniowi można uzyskać wymaganą temperaturę, choć udowodniono, że wpływa on również na substancję na inne, mniej oczywiste sposoby. Akaris wytwarza się w jednym tylko miejscu: w Cytadeli na wyspie Corineth u wybrzeży Mushenskiej. Inne miejsca próbowały wytwarzać narkotyk, używając w tym celu własnych nielegalnych wiedźm dzikiego ognia, jednak wszystkie próby niezmiennie kończyły się dość gwałtownie i raczej nieprzyjemnie. Mówi się, że Cytadela bezwzględnie chroni swoich interesów.
Co do samego narkotyku: używany w czystej postaci zapewnia głęboki i pozbawiony marzeń sen (cenniejszy, niż można by sądzić), jednak w połączeniu z innymi środkami pobudzającymi, których w Sarnie jest pod dostatkiem, wprowadza umysł w stan snu na jawie. Jak wynika z raportów, sny wywołane zażyciem zanieczyszczonego akarisu są barwne, dzikie i często niepokojące.
Fragment dzienników lady Vincenzy „Vintage” de Grazon
Noon obudziły dobiegające z dołu odgłosy kłótni. Wyślizgnęła się z wąskiego łóżka, zerknęła przez maleńkie brudne okno – niebo na zewnątrz zaciągnięte było szarymi chmurami – i podeszła do krat celi. Niewiele widziała. Tuż poniżej rozciągała się rozległa pustka stanowiąca serce Cytadeli, a po drugiej stronie na północnej ścianie mieściły się cele identyczne jak ta, w której sama tkwiła – wycięte w czarnej skale, z żelaznymi kratami w miejscu podłóg i sufitów. W Cytadeli zawsze panował mrok, maleńkie okienka były szczelnie zapieczętowane ołowiem i woskiem, a wiszące w korytarzach lampy oliwne świeciły żółtawym przydymionym światłem.
Noon oparła się o kraty i nadstawiła ucha. Zwykle w Cytadeli panowała cisza wypełniona oddechami setki kobiet żyjących w strachu przed samymi sobą i sobą nawzajem.
– Mów ciszej, sroga Anyu. – W beznamiętnym, dziwnie metalicznym głosie jednej z sióstr pobrzmiewało napięcie.
– Ani myślę!
Anya była jedną z najstarszych wiedźm dzikiego ognia, lecz tego ranka to nie wiek sprawiał, że głos jej się łamał. Była tu od prawie dwudziestu lat, dwukrotnie dłużej od Noon. Noon nie wyobrażała sobie, jak to jest, obawiała się jednak, że w końcu się przekona.
– Co możecie zrobić? Co możecie mi zrobić? Byłoby lepiej, gdybym umarła… gdybyśmy wszystkie umarły. – Głos kobiety niósł się echem w przestronnym pomieszczeniu.
Anya pochodziła z Reidn, dużego miasta-państwa na wschodzie, którego Noon nigdy nie widziała, i mówiła w tamtejszym dziwnie uspakajającym, śpiewnym języku. Ponieważ wiedźmy dzikiego ognia mogły urodzić się wszędzie i każdemu, Cytadela pełna był kobiet z różnych zakątków Sarnu. Przez dziesięć lat Noon w mniejszym lub większym stopniu poznała mowę każdej z nich i musiała przyznać z goryczą, że była to jedyna dobra rzecz, która ją tu spotkała.
– Nikt cię nie zabije, sroga Anyu. – Siostra przemawiała w mowie mieszkańców równin, najpowszechniejszej w Sarnie. Wypowiadała słowa powoli i ze spokojem, jak gdyby miała nadzieję przekonać Anyę, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, natomiast fakt, że posługiwała się wspólną mową, świadczył o tym, że chciała uspokoić także pozostałe widźmy.
– Oczywiście, jestem zbyt użyteczna! Jeśli mnie zabijecie, będziecie mieli jedną niewolnicę mniej.
Coś huknęło, a zaraz potem zagrzechotało żelazo. To sroga Anya rzucała się na kraty. Noon zerknęła w dół i zobaczyła bladą twarz srogiej Marian patrzącą na nią z celi niżej. Wytatuowane na jej czole nietoperze skrzydło kontrastowało z bielą skóry. Noon odruchowo dotknęła własnego czoła, wiedząc, że nosi na skórze identyczne piętno.
– Co ona robi? – szepnęła Marian, na co Noon pokręciła tylko głową.
– Uspokoisz się, sroga Anyu. Uspokoisz się natychmiast albo podejmę stosowne kroki.
Z drugiego końca Cytadeli dobiegły pomruki niepokoju. Nikt już nie spał, wszystkie wiedźmy nasłuchiwały, co się wydarzy.
Noon przywarła do krat.
– Hej! Zostaw ją! – Jej głos, bardziej nawykły do szeptów, załamał się. – Daj jej spokój!
– Mam się uspokoić? Mam się uspokoić? – wrzeszczała Anya, rzucając się na kraty, które za każdym razem głośno grzechotały.
Noon zacisnęła wargi, czując, że jej własne serce bije znacznie szybciej. Wybuchy niekontrolowanej złości były w Cytadeli surowo karane. Była to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można było zrobić. Nagle w mrokach więzienia rozbłysło oślepiająco jasne zielonkawoniebieskie światło. Noon usłyszała dobiegający z dołu stłumiony okrzyk Marian i sama cofnęła się od krat.
– Na ogień i krew! Zrobiła to – mruknęła Noon. – Zrobiła to – powtórzyła.
W innych celach podniosły się krzyki, ktoś ryknął coś na dole, a ktoś inny musiał pociągnąć za dźwignię, bo jeden ze zbiorników z wodą zawieszonych wysoko nad ich głowami niebezpiecznie przechylił się na jedną stronę. Ściana lodowatej wody, niemal czarnej w skąpym świetle, runęła w dół, przelewając się przez cele na przeciwległej ścianie i mocząc od stóp do głów wszystkie wiedźmy po tamtej stronie Cytadeli. Kobiety podniosły wrzask, a dziki ogień zapłonął i zaraz zgasł. Noon zadrżała, czując na skórze wodną mgiełkę, i cofnęła się w głąb celi. Pośród wzburzonych krzyków pięćdziesięciu przemoczonych kobiet nie słyszała, co spotkało Anyę, jej uszu dobiegł jednak szczęk zamykanych gdzieś u dołu drzwi.
– Minie tydzień, nim znowu napełnią zbiornik – powiedziała ściszonym głosem Marian. – Trudno to zrobić, dlatego tak niechętnie go używają. Ale wygląda na to, że ostatnio w ogóle trudniej ich zadowolić.
– Wrażliwi dranie – zgodziła się z nią Noon. – Dranie! – wrzasnęła, lecz jej samotny krzyk utonął wśród ech ściekającej wody.
Spojrzała na przeciwległą ścianę i zamknięte w celach nieszczęsne przemoczone kobiety. Podniosła dłoń do ust i zaczęła skubać zębami zadartą skórkę przy paznokciu kciuka. Wyschnięcie zajmie im pewnie tyle czasu, co tamtym napełnianie zbiornika. Nie dostaną suchych ubrań, a w Cytadeli, której wysokie wieże z czarnego kamienia zwrócone były ku zimnemu, wzburzonemu morzu, panowały wieczny chłód i wilgoć. Na wyspie, na której ją wzniesiono, wycięto wszystkie drzewa. Usunięto trawę, a nawet wierzchnią warstwę gleby. Cokolwiek można było powiedzieć o siostrach, z pewnością były ostrożne.
– Jak ona to zrobiła? – szepnęła Marian. Jęki wiedźm dzikiego ognia i kapanie wody przelewającej się między celami skutecznie maskowały jej głos.
– Siostra musiała być na tyle głupia, żeby podejść zbyt blisko krat.
Obie wiedziały, że to mało prawdopodobne. Strażniczki w Cytadeli nosiły długie rękawiczki i rękawy, ukrywały włosy pod grubymi kapturami, a twarze pod gładkimi srebrnymi maskami z wąskimi otworami na oczy i usta. Katastrofą byłoby, gdyby któraś z wiedźm dotknęła ich nagiej skóry, choć Noon zastanawiała się często, jak cudownie byłoby ukraść im ich energię życiową. Zabrać jej tyle, żeby pozbawić je przytomności albo zabić, jak podpowiadał głos w jej głowie. Tylko co potem? Żeby zrobić coś takiego i uciec, trzeba było wydostać się z celi…
Usiadła na kracie podłogi i wsunęła palce w szczeliny. Marian sięgnęła w górę, lecz krata była zbyt gruba, by ich dłonie mogły się spotkać. Tylko w ten sposób mogły się przekonać, że nie są same.
– Jakoś to zrobiła – stwierdziła ze spokojem Noon. – Zbliżyła się na tyle, żeby dosięgnąć tego, czego było jej trzeba. – Serce nadal waliło jej w piersi. – Jak sądzisz, co się z nią stało? Myślisz, że się wydostała?
Marian nie odpowiedziała od razu, a gdy to zrobiła, w jej głosie pobrzmiewała troska.
– Oczywiście, że nie. Wiesz przecież, Noon. Oblali ją i zabrali. Stąd nie ma wyjścia, przecież wiesz.
– Wiem – przyznała Noon i znowu zaczęła skubać zębami skórkę przy paznokciu. – Wiem.
– Sroga Noon, proszę wstać.
Noon dźwignęła się z podłogi. Rozpoznała głos siostry Owain, a gdy podniosła wzrok, ujrzała stojącą przy drzwiach celi wysoką postać. Przygaszone światło zalśniło na masce kobiety i nie pierwszy raz Noon zaczęła się zastanawiać, czy siostry to w ogóle ludzie, czy może zjawy odziane w metal i wełnę. Szata siostry Owain miała tradycyjny granatowy kolor, a u jej pasa wisiała ciężka pałka z metalową końcówką.
– Co?
Siostra Owain przechyliła głowę i Noon dostrzegła błyszczące w otworach oczy. A więc jednak nie była zjawą.
– Jak zapewne wiesz, sroga Noon, czas na oczyszczanie. Mam nadzieję, że tego ranka nie przysporzysz nam kłopotów, chyba że chcesz, żeby południowy blok również zażył kąpieli?
Kiedy Noon nie odpowiedziała, siostra Owain pochyliła się i przez szparę pod drzwiami wsunęła do środka tacę.
– Przygotuj się, wiedźmo.
Na tacy obok płytkiej miski z jasnoszarym popiołem leżała jedwabna chusta w kolorze morskiej zieleni i długie szare rękawiczki. Noon zacisnęła pięści, czując na policzkach uderzenie gorąca. Jak zwykle w tej sytuacji poczuła niecierpliwe wyczekiwanie zmieszane ze wstydem. Siostra Owain postukała w kraty.
– Pośpiesz się, wiedźmo. Wiesz przecież, że nie odwlekamy oczyszczania.
Noon uklękła i sięgnęła po jedwabną chustę. Jak zawsze musnęła ją palcami – w całej Cytadeli nie było niczego równie delikatnego – po czym palcami zaczesała do tyłu krótkie czarne włosy i ukryła je pod chustą, którą owinęła wokół szyi i zawiązała w prosty węzeł na karku. Następnie zanurzyła dłonie w popiele, który niczym puder pokrył jej palce i wnętrze dłoni; na jej oliwkowej skórze wydawał się niemal biały. Ostrożnie, tak by nie wciągnąć go do płuc i nie zacząć kasłać, rozsmarowała go na twarzy. Powtarzała tę czynność trzykrotnie, aż w końcu szary proszek pokrywał szczelnie jej policzki, nos i wargi. Miała go nawet na powiekach, a skrzydło nietoperza, znamię Cytadeli wypalone na czole, niemal zniknęło pod warstwą popiołu.
– Jeszcze jedna warstwa, sroga Noon. Dziś rano nie jestem w nastroju na półśrodki.
– Dlaczego? Po co to wszystko? Jaki to ma sens?
Siostra Owain delikatnie pokręciła głową. Dobrze wiedziała, że Noon celowo sprawia kłopoty, jednak nie potrafiła zrezygnować ze standardowych procedur.
– Pokuta, wiedźmo. Brudzimy was popiołem, żeby napiętnować was za to, kim jesteście. Zakrywamy waszą skórę, żebyście nie weszły w kontakt ze światem.
Noon westchnęła i roztarła na twarzy jeszcze więcej popiołu, czując, jak odpada grudkami w miejscach, gdzie warstwa była już za gruba. Pachniał sucho i dziwnie i łaskotał ją w gardło. Nie czekając na słowa aprobaty z ust siostry Owain, wsunęła na dłonie długie szare rękawiczki.
– Dobrze – orzekła siostra. – Bardzo dobrze. A teraz, kiedy otworzę drzwi, wyjdziesz z celi. Wiem, że nie jesteś na tyle głupia, żeby próbować zepsuć mi dzień.
Noon zerknęła w dół, podczas gdy drzwi do celi otworzyły się ze szczękiem. Kiedy tylko przekroczyła próg, siostra natychmiast skuła jej ręce kajdanami – stalowymi obrączkami połączonymi grubymi jutowymi paskami. Strażniczki były bardziej nerwowe niż zazwyczaj.
Siostra Owain popędziła ją w głąb korytarza i zmusiła do tak szybkiego marszu, że Noon nie miała czasu wymienić spojrzenia z żadną z kobiet osadzonych w południowym bloku. Pokonały kilka poziomów schodów, przeszły przez troje ciężkich, wysokich drzwi z drewna hebanowego wzmocnionych stalą i nagle znalazły się na zewnątrz. Jak zwykle Noon wstrzymała oddech, gdy wiejący od morza lodowaty wiatr przegnał z jej ciała resztki ciepła. Smak soli na języku był jak policzek, od którego łzy napłynęły jej do oczu. Zostawiły za sobą główny budynek Cytadeli z czterema wieżami, które dźgały niebo niczym ostrza skalpeli, i ruszyły pośpiesznie w stronę kręgu białych budowli otaczających Cytadelę na podobieństwo opiekuńczych dłoni. Wyrastające z nich wysokie alabastrowe kominy umazane były sadzą, kamienistą ścieżkę pod stopami kobiet tu i ówdzie znaczyło zaś guano nietoperzy.
Noon odwróciła się, żeby obejrzeć się za siebie. Jeśli zrobiło się to w odpowiedniej chwili, można było dostrzec odległy brzeg stałego lądu, na którym rozrastało się i pęczniało miasto Mushenska. Dziś fale wzburzonego morza wyrzucały w górę wodną mgiełkę, ale i tak zdążyła zauważyć zapalone portowe lampy i wielkie latarnie zawieszone nad targowiskiem. Widoczne w oddali góry Tarah-hut przypominały smugę na szarym niebie, a gdzieś w dole, szczęśliwie ukryte przed wzrokiem Noon, były równiny, gdzie przyszła na świat. Znacznie bliżej, bo na plaży przy Cytadeli, znajdował się niewielki pomost, do którego przycumowano wąską łódź kupiecką. Noon dostrzegła starannie uszczelnione beczki wtaczane na pokład i mężczyznę o szpakowatej brodzie, który rozmawiał z wysoką kobietą w chuście podróżnej koloru morskiej zieleni. Zanim siostra Owain szarpnęła ja za ramię, omal jej nie przewracając, Noon zobaczyła jeszcze znajomy kształt skrzydła nietoperza na czole kobiety.
– To pośredniczka? – spytała, wskazując głową postacie na pomoście. – Sprzedaje dalej wasze narkotyki, tak? Uprzywilejowana wiedźma dzikiego ognia, która odwala dla was brudną robotę?
– Rób tak dalej, sroga Noon, a załatwię ci prywatną audiencję u Utopionej. Co ty na to?
Noon zacisnęła wargi i poczuła, jak popiół na jej twarzy łuszczy się i pęka. Znowu naszła ją ochota, żeby skubnąć zębami skórkę wokół kciuka. Pośredniczka i łódź zniknęły za budynkami, w których mieściły się piece.
– Co z wami? – mruknęła Noon. – Dlaczego jesteście takie skwaszone?
Ku jej zaskoczeniu siostra Owain nie odwróciła się nawet, żeby zgromić ją wzrokiem. Zamiast tego pokręciła głową, jak gdyby chciała oczyścić umysł.
– Złe sny – odparła. – Ostatnio nie sypiamy dobrze.
Noon nie odpowiedziała. Nie wiedziała, gdzie śpią siostry, ale była gotowa się założyć, że ich łóżka są wygodniejsze od pryczy w jej celi. Gdy chwilę później dotarły na miejsce, siostra Owain pociągnęła za sznur wiszący nad drzwiami domu kapłana. Gdzieś w środku zadźwięczał dzwonek. Po obu stronach drzwi w białym kamieniu wyryto dwie postaci Tomasa, założyciela zakonu. Po jednej stał odwrócony tyłem do patrzącego i podążał ku stylizowanej linii, która – jak Noon wiedziała – symbolizowała morze. Po drugiej stał zwrócony twarzą do patrzącego, a na jego obliczu przerażenie mieszało się z nabożną czcią i cnotliwością. Zdaniem Noon wyglądał, jakby cierpiał na zaparcia. Jego ramiona zdobiły girlandy wodorostów, w dłoniach zaś trzymał muszle.
– Rób, co ci każą – mruknęła Owain. – Wszystko będzie dobrze. Trzeba tylko oczyścić cię ze zła i wszystko będzie dobrze.
Ramię Noon wisiało bezwładnie u jej boku. Stały na zewnątrz, a siostra Owain była rozkojarzona. Gdyby się jej wyrwała i uciekła, może zdążyłaby dotrzeć na plażę, nim Owain podniesie alarm. Kto wie, może nawet zdołałby przepłynąć do Mushenskiej. Gdyby tylko pozbyła się tych kajdan. Nagle uchwyt na jej ramieniu stężał, a palce siostry zacisnęły się niczym imadło.
– Nie myśl sobie, że nie widzę tego w twoich oczach, wiedźmo. – Owain nie wyglądała już na rozkojarzoną. Widoczne w otworach maski oczy były zimne jak kamień.
– Co się stało ze srogą Anyą? – Pytanie wypadło z jej ust, zanim Noon zdążyła ugryźć się w język. – Gdzie jest teraz?
Owain pozostała niewzruszona.
– Pozwalamy wam tutaj żyć, wiedźmo. Dzięki nam możecie wypalić drzemiące w was zło. – Urwała i Noon usłyszała, jak oblizuje wargi. – Ze wszystkich ludzi wy najlepiej powinnyście wiedzieć, gdzie jest wasze miejsce. Morderczyni.
Noon stała bez ruchu. Pełznący po jej skórze chłód kontrastował z wizjami ognia, które wypełniały jej umysł. Chwilę później drzwi do domu kapłana otworzyły się i opiekę nad Noon przejęli mężczyźni.
***
Panujący w Piecu upał był tak odmienny od chłodu i wilgoci Cytadeli, że Noon zakręciło się w głowie. Powietrze wypełniał gryzący, gorzki zapach dymu zmieszanego z wonią akarisu i wrzaski innych wiedźm zdradzające, że gdzieś w innych częściach budynku odbywało się oczyszczanie. Noon została odprowadzona przez ojca Wastena – wysokiego, chudego mężczyznę z kępkami rudych włosów przy uszach i rzadką rudą brodą. Szaty mężczyzn miały jaśniejszy odcień niebieskiego, a ich brzegi zdobiły haftowane zawijasy mające symbolizować morze, które na tak długo przygarnęło Tomasa pod swoje skrzydła. Nie nosili masek, lecz do pasów mieli przytroczone krótkie, śmiertelnie ostre sztylety.
– Dlaczego kobiety nazywa się „siostrami”, a mężczyzn „ojcami”? – spytała Noon. Unoszący się w pomieszczeniach dym sprawił, że nagie białe ściany pod sufitem zmieniały kolor na brązowy. Posadzka z szarego łupku emanowała delikatny ciepłem, które Noon czuła przez podeszwy butów.
– Sroga Noon, zawsze, gdy cię widzę, zadajesz mi to samo pytanie.
– Bo jeszcze nigdy nie udzieliłeś mi dobrej odpowiedzi.
Ojciec Wasten odchrząknął.
– Siostry są waszymi strażniczkami, dzielnymi kobietami mającymi odwagę żyć blisko zła, które w sobie nosicie. Mają odwagę być blisko was, jak prawdziwe siostry.
– „Blisko” to w tym przypadku zabawne słowo.
– A jak wiesz, matka Cressin jest głową naszej rodziny.
– Utopiona?
Ojciec Wasten zacisnął wargi, a jego ruda broda wysunęła się do przodu, jak gdyby to ona wskazywała im drogę.
– Powinnaś okazać więcej szacunku.
– Jestem zła, pamiętasz, ojcze? Poza tym wszyscy ją tak nazywają.
Gdy dotarli do Pieca, Wasten zdjął jej kajdany i poprowadził ją przez ciężkie żelazne drzwi do wąskiego, okrągłego pomieszczenia, którego poczerniałe od sadzy ściany znikały wysoko w górze. Inna wiedźma dzikiego ognia, której imienia Noon nie znała, opuszczała właśnie salę. Jej skóra lśniła od potu, a oczy patrzyły przed siebie niewidzącym wzrokiem. Mijając Noon, nawet na nią nie spojrzała, zatoczyła się tylko, jak gdyby nogi miała z waty.
– Wiesz, co musisz zrobić, więc się przygotuj, sroga Noon – rzekł z powagą ojciec Wasten.
Druga wiedźma zniknęła już za drzwiami i Noon wyszła na środek okrągłego pomieszczenia. Zdjęła rękawiczki i rzuciła je na podłogę. Zaraz potem ściągnęła koszulę z długim rękawem i ją również rzuciła na podłogę. Następnie przyszła kolej na kapcie – Noon wolała być boso.
– Jesteś szczeliną między światami, pęknięciem, przez które zło dostaje się do środka. Oto twoja pokuta – dodał.
– Gówno prawda – mruknęła Noon, udając, że kaszle.
Ojciec Wasten wyszedł, zamykając za sobą ciężkie żelazne drzwi. Kilka sekund później wrota znowu się otworzyły i do pomieszczenia wszedł szczupły, młody mężczyzna. Noon rozpoznała w nim nowicjusza Luska i pośpiesznie odwróciła wzrok. Nienawidziła, kiedy to on przychodził.
Lusk był wysoki. Jego skóra miała barwę śmietany, ramiona i kark były nieco zaczerwienione od pracy, jaką mu przydzielono – sprzątał i ścierał z kamieni nietoperze guano – a włosy przywodziły na myśl żółte wąsy kukurydzy. Noon pamiętała kukurydzę rosnącą na równinach, pola złociste jak marzenie. Oczy Luska były niebieskie. Nie miał na sobie koszuli i Noon widziała jego umięśnioną pierś oraz oparty na biodrach pasek luźnych szarych spodni.
Kiedyś Noon zastanawiała się, dlaczego do czyszczenia nie używają roślin albo nawet jakichś zwierząt. Nie zapytała o to żadnej z sióstr ani żadnego z kapłanów, lecz inną wiedźmę, która była w Cytadeli dłużej od niej. „Po czymś takim ludzie dochodzą do siebie”, odparła tamta. „Odpoczywają i wracają. Czerpałaś kiedyś energię życiową z trawy? Od razu umiera. Może mogłabyś użyć świń albo kóz, ale wtedy potrzebowałabyś kogoś, kto by się nimi zaopiekował. No i potrzebowałabyś mnóstwa kóz. Tymczasem głupi mężczyźni, którzy nie mają nic lepszego do roboty, sami potrafią się sobą zająć”.
Lusk podszedł do niej i skinął głową.
– Jesteś gotowa, sroga Noon?
Gdy marszczył z troską czoło, w kącikach jego oczu pojawiały się drobne zmarszczki. Noon westchnęła.
– Miejmy to już za sobą.
Nowicjusz znowu skinął głową i uklęknął przed nią.
– Jak zwykle, to dla mnie zaszczyt, że mogę towarzyszyć ci podczas oczyszczenia.
Spojrzała na czubek jego pochylonej głowy. Ramiona Luska lśniły w blasku lampy, gładkie i lekko piegowate. Podczas gdy wszyscy, których zwykle oglądała, byli okryci od stóp do głów, widok odkrytego ciała i nagiej skóry był szokujący i jakaś część jej nie miała go nigdy dość.
Lusk odchrząknął.
– Gotowa, sroga Noon?
Zerknęła w górę na zatłoczoną ciemność nad ich głowami. Gdzieś tam były żelazne kraty, a na nich płytkie rondle pełne substancji, z których robili akaris. Stanęła za nim i nabrawszy powietrza, położyła mu dłonie na plecach, prawie się o niego opierając. Skórę miał ciepłą i czuła teraz jego zapach – woń mydła i żarliwości. Fala ciepła przeniknęła z podeszew jej bosych stóp w górę, aż do czubka głowy, i Noon sięgnęła nieco głębiej, szukając jego energii życiowej. Lusk mamrotał pod nosem modlitwę i słysząc to, nie pierwszy raz zastanawiała się, co sprowadziło go do tego miejsca i co go skłoniło, że podjął się tego niebezpiecznego obowiązku. Kiedy jednak poczuła zew ognia, odsunęła od siebie podobne myśli.
Poczuła mrowienie w dłoniach, gdy ciało nowicjusza zadrżało, a jego energia wniknęła do jej wnętrza. Przyjęła ją ochoczo, pozwalając, by wypełniła jej ciało i wyparła czający się w nim mrok. Czekała, aż urośnie i wzbierze w niej niczym fala. Lusk był do tego szkolony, Noon natomiast wiedziała, ile mniej więcej może zaczerpnąć, jednak im więcej weźmie przy pierwszym kontakcie, tym czystszy będzie jej dziki ogień. A ten moment się zbliżał.
Noon uniosła jedną rękę i wyciągnęła ją w górę ku ciemności nad ich głowami. Powietrze zatrzeszczało i z palców wiedźmy wystrzelił zielonkawoniebieski płomień, który pomknął w stronę komina. Sekundę później jej ciało spowiła lśniąca kolumna eterycznego ognia. Ona również wystrzeliła w górę i z dudnieniem przetoczyła się po stalowych bokach rozpadliny. Jej ryk wypełnił uszy Noon i nagle wszystko było światłem. Mięśnie na twarzy Noon zdradzały, że się uśmiecha, że rozkoszuje się każdą chwilą tego doświadczenia. Ogień wylewa się z niej niczym woda z przerwanej tamy, ona zaś upajała się jego mocą. Tutaj przynajmniej przez chwilę była wolna i potężna.
Lusk poruszył się pod jej dłonią, co przypomniało jej, że musi monitorować ilość pobieranej energii. Czuła, że już jest zmęczony, i zdumiało ją, jak wiele zaczerpnęła. Gdzieś wysoko w górze chemikalia wrzały w rondlach, a kapłani Tomasa czekali, żeby zebrać cenne zapasy akarisu. Zastanawiała się, ile go dla nich zrobiła i do kogo trafiał poza Cytadelą.
Stała teraz na czubkach palców, wyciągając rękę najwyżej jak potrafiła, aż w końcu płomienie zamigotały i zgasły. Zaraz potem Noon przygarbiła się i zatoczyła, jednak Lusk w porę zdążył ją przytrzymać. Poza ceremonią oczyszczenia jakikolwiek kontakt fizyczny był surowo zabroniony. Noon zadrżała, mokry od potu szary podkoszulek lepił jej się do pleców. Lusk był jeszcze bledszy niż zwykle, jego czoło i pierś zroszone były potem.
Stalowe drzwi otworzyły się ze szczęknięciem i w progu stanął ojciec Wasten. Omiótł oboje uważnym wzrokiem i skinął głową na Noon.
– Ubieraj się, sroga Noon.
Nowicjusz Lusk odwrócił się w lewo i nie zaszczyciwszy jej nawet jednym spojrzeniem, wyszedł bocznymi drzwiami, podczas gdy Noon w pośpiechu wkładała długą koszulę i kapcie. Nienawidziła się ubierać, kiedy była taka spocona, wiedziała jednak, że dopóki tego nie zrobi, nie będzie mogła wyjść. Dopiero gdy ukryła dłonie w długich rękawiczkach, ojciec Wasten wszedł do pomieszczenia.
– Kolejny raz jesteś oczyszczona, sroga Noon. Na krótko, ale jesteś czysta.
Noon potarła twarz dłonią i skrzywiła się, czując, że zmieszany z potem popiół zmienił się w błotnistą papkę. Wcale nie czuła się czysta. Wręcz przeciwnie – czuła się lepka od brudu i dziwnie zawstydzona. Oczyszczenie przynosiło chwilową ulgę, która chwilę później przechodziła w poczucie winy. Energia płomieni i upiorne światło sprawiały, że zbyt łatwo pamiętała o rzeczach, o których wolałaby zapomnieć. O których musiała zapomnieć.
Kiedy się nie odezwała, ojciec Wasten wyciągnął urękawiczoną dłoń i wcisnął jej do ręki małą płócienną sakiewkę. Była w niej niewielka porcja akarisu mająca zapewnić jej pozbawiony marzeń sen. Narkotyk pochodził ze starych zapasów. Partia, którą właśnie zrobiła, była jeszcze zbyt gorąca, a poza tym należało ją zabrać i przesiać. Nawet przez materiał rękawiczek Noon czuła jego ziarnistą konsystencję. Pod czujnym wzrokiem Wastena otworzyła sakiewkę, przechyliła ją i wsypała do ust zawartość. Poczuła znajome łaskotanie, kiedy narkotyk osiadł na języku i gdy w kontakcie ze śliną stał się oleisty, niemal śliski. Choć nie miał smaku, przełykając go, skrzywiła się, po czym oddała sakiewkę Wastenowi. Wiele kobiet decydowało się nie przyjmować akarisu. Noon podejrzewała, że sny były dla nich ucieczką z Cytadeli i pozwalały im zachować słodkie wspomnienia z dawnego życia. Ale nie dla niej.
– Wiesz, dlaczego tu jesteś, sroga Noon, prawda?
Noon popatrzyła na niego. Jego brązowe wodniste oczy nie były w stanie ukryć, jak bardzo się nią brzydzi.
– Bo jestem zbyt niebezpieczna, żeby przebywać na zewnątrz.
Pokiwał głową.
– Jesteś narzędziem zła, dziewczyno. Wszystkie jesteście skażone, ale tutaj przynajmniej się na coś przydajecie. Powinnaś być wdzięczna. Ilu jeszcze byś zabiła, gdybyś przebywała na wolności?
Noon patrzyła na niego beznamiętnym wzrokiem, aż w końcu odwrócił się w stronę drzwi i powolnym krokiem ruszyli z powrotem do jej celi.
4
Żeby właściwie zrozumieć Jure’lia i ich królową, musimy dowiedzieć się czegoś na temat ich przeciwników. Ostatnimi czasy Eboranie byli równie znienawidzeni i piętnowani jak najeźdźcy. Ich jedynym atutem jest prawdopodobnie to, że od tysięcy lat powstrzymywali kolejne ataki ze strony robali.
Co powinniśmy wiedzieć o Eboranach? Od pokoleń chwałę zapewniał im ich bóg Ygseril, znany osobom z zewnątrz jako bóg-drzewo. Spożywanie jego soków czyniło z nich istoty niemal nieśmiertelne – zapewniało im wieczną młodość, nadludzką siłę, a także odporność na większość ran i chorób. Ponadto w oczach ludzi Eboranie uchodzili za wyjątkowo pięknych.
Jednak wraz z końcem Ósmego Deszczu, ostatniej wielkiej wojny z najeźdźcami, Ygseril nagle umarł. Nie było już soku. Eboranie zaczęli się starzeć i słabnąć. Zapadali na ludzkie choroby i podobnie jak ludzie stali się podatni na rany i infekcje. Płodzenie dzieci nie przychodziło im tak łatwo jak ludziom, a bez soków Ygserila stało się jeszcze trudniejsze. To była katastrofa. Ich wielkie miasta za Murem poczęły popadać w ruinę, a sami Eboranie w rozpacz.
Z czasem odkryto, że ludzka krew może stanowić jego substytut (więcej szczegółów na temat tego incydentu można znaleźć w dzienniku nr 73 lady Carmillion). Krew, rzecz jasna, nie była tak potężna jak soki boga-drzewa, jednak spowalniała proces starzenia i przywracała Eboranom ich siłę i witalność, a w niewielkich dawkach działała jak środek pobudzający. Jej odpowiednia ilość była nawet w stanie uleczyć poważne urazy.
Jak zatem można się było spodziewać, stosunki między Eboranami a ich ludzkimi sąsiadami znacznie się pogorszyły.