Glow - Raven Kennedy - ebook

Glow ebook

Kennedy Raven

5,0
51,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Król nie żyje, ale czy to oznacza, że Auren jest wolna?

Wyswobodziłam się spod panowania Midasa i znam swoją wartość. Już nigdy więcej nie pozwolę na to, bym stała się narzędziem w cudzych rękach.

Moje życie składało się z pozłacanych kłamstw, ale opuściłam złotą klatkę. A teraz pragnę powstać niczym Feniks z popiołów i nauczyć się władać moją mocą. To nie będzie proste, bo zabicie króla niesie za sobą konsekwencje.

Na szczęście mam u swego boku innego króla. Będę walczyć dla niego, a on będzie zabijał dla mnie. I jeśli trzeba, ...zostaniemy złoczyńcami.

Nadszedł czas, bym szła własną drogą.

Glow to czwarta część Sagi o złotej niewolnicy. Wcześniej ukazały się Gild, Glint i Gleam.

Książka dla czytelników 18+

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 771

Rok wydania: 2025

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Tytuł oryginału: Glow

Projekt okładki: A.T. Cover Designs

Opracowanie graficzne: Imagine Ink Designs

Ilustracje na stronach rozdziałowych: Bex Creations

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Łobodzińska-Pietruś, Beata Kozieł-Kulesza

Mapa na wyklejce: Fictive Designs

Ostrzeżenie: saga o królu Midasie zawiera śmiałe i mroczne fragmenty, mogące wywoływać silne emocje. W powieściach obecne są sceny erotyczne, wulgarny język, opisy przemocy, m.in. seksualnej, i manipulacji emocjonalnej. Treści te są nieodpowiednie dla czytelników, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia.

Powieść, którą macie w ręku, stanowi część sagi.

Jest przeznaczona dla czytelników 18+

© 2022 by Raven Kennedy

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2025

© for the Polish translation by Stanisław Bończyk

ISBN 978-83-287-3451-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2025

–fragment–

Tym, którzy mimo potknięć o własnych siłach idą dalej.

Nie ustawajcie w drodze.

ROZDZIAŁ 1

KRÓLOWA KAILA

Powietrze przeszywają krzyki.

Frontowy dziedziniec Ranholdu przypomina brzeg oceanu, na który przybój wyrzucił stłoczoną ludzką ciżbę. Przy wtórze rozwścieczonych wrzasków tłum to wzbiera niczym fala przypływu, to na moment rzednie.

Tuż za mną ranholdzcy gwardziści usiłują jak najsprawniej wypychać ludzi za bramę, ale ich nerwowe, wykrzykiwane naprędce komendy tylko w niewielkim stopniu pozwalają zapanować nad wszechobecnym chaosem. Połowa stłoczonych pod zamkiem ludzi ucieka w obawie o życie, a połowa usiłuje dostać się do środka, koniecznie chcąc zobaczyć, co się tam dzieje.

Manu i moi przyboczni w ostatniej chwili wyprowadzili mnie na zewnątrz. Serce wciąż wali mi jak oszalałe, a mój oddech nadal jest niespokojny. Nie potrafię zapanować nad emocjami. Czuję się jak zaszczute, zapędzone w zasadzkę zwierzę – uwięzione pośród śniegów i niemające szans uciec. Nie to jest jednak głównym powodem, dla którego tkwię bez ruchu w miejscu. Tym, co naprawdę mnie paraliżuje, są dobiegające z zamku dźwięki: odgłosy rozchlapywania i kapania, szczęk metalu, któremu wtóruje odgłos miażdżenia.

I krzyki.

Nagle spomiędzy frontowych drzwi wystrzeliwuje strumień ciekłego złota, czemu znowu towarzyszy potworny wrzask. Ludzie wzdrygają się i odskakują, masa stłoczonych ciał cofa się w odruchu paniki.

Zwróceni w stronę zamku Manu i Keon zasłaniają mnie, troskliwie popychając na tyły naszej grupki, którą ciasnym kordonem otaczają gwardziści. Wiem, że nie wszystkim moim przybocznym udało się wydostać z Ranholdu. Na razie jednak celowo nie rozglądam się wokół – wolę nie wiedzieć, ilu nie zdołało ujść z życiem.

Tymczasem złoty potok, który wybił przez zamkowe wrota, spływa teraz po schodach i płynie dalej, wzdłuż muru. Prze naprzód jak macki chciwej bestii i omal nie porywa mężczyzny, którego w ostatniej chwili ratuje wartownik.

Gdy ciekły kruszec trafia z impetem w pustkę, przypomina rozeźlone, tupiące dziecko. Złote smugi rozbryzgują się na ośnieżonych stopniach schodów i jak strużki krwi ściekają z okiennych szyb i parapetów.

Otaczają nas oświetlone lampami naftowymi mury, które powinny dawać poczucie bezpieczeństwa, jednak sprawiają tylko, że wszyscy wokół czują się uwięzieni. Chcę podpowiedzieć bratu, żebyśmy uciekli za bramę, by nie utknąć w tłumie, jeśli z zamku nie przestanie wylewać się złoto. Przerywa mi jednak kolejny dobiegający z wnętrza łoskot.

Nerwowo wodzę spojrzeniem pomiędzy Manu i Keonem, głowiąc się, co tym razem się zawaliło i czy zginęły kolejne osoby. W tym momencie jednak – jakby ów donośny huk był zwiastunem końca pandemonium – strumień złota słabnie i przestaje się poruszać. Kruszec zaczyna zastygać, a na zamku nagle zapada cisza. Z tłumu przestają dobiegać krzyki. Wszyscy z zapartym tchem wyczekują potwierdzenia, że naprawdę jest już po wszystkim. Sama nie wiem, jak długo stoimy tak razem, nasłuchując i wytężając wzrok. W końcu jednak nasze wątpliwości ustępują. Złote smugi na oblodzonych kamiennych płytach ani drgną, a wszystko wokół, pomimo świateł pochodni i lamp, zdaje się ciemnieć. Ciemnieć i stygnąć.

Złoty nurt zamarł, a hałasy umilkły, teraz jednak to w mojej głowie zaczyna się prawdziwa nawałnica. Drżę na całym ciele, a w moim umyśle trwa gonitwa myśli.

Co to, na Najwyższego, było?!

Buty przemokły mi od śniegu, a po mojej lodowatej skórze wędrują ciarki. Nie planowałam wychodzić w tej sukni na mróz. Powinnam być teraz w sali balowej, świętować ogłoszenie zaręczyn i snuć plany objęcia we władanie Szóstego Królestwa.

A przynajmniej powinno być mi cieplej.

Zerkam w dół i zauważam na swojej sukni ciąg połyskujących złotych plam. Nie śmiem nawet przesunąć po nich palcem – nie po tym, co widziałam w sali balowej.

– Skończyło się? – pytam. To pytanie brzmi jakoś nazbyt prosto. Nie oddaje berserkerskiej furii ciekłego złota, które rzuciło się nam do gardeł. Wiem, że długo nie zapomnę tego, co dziś widziałam. Sceny, które rozegrały się na moich oczach, będą zapewne prześladować mnie latami. Nie zdołam zapomnieć morderczej precyzji, z jaką poruszały się złote strugi. Tego, jak kruszec ściekał po ścianach, rozlewał się po posadzkach, wzbierał falami i pożerał wszystko, co stanęło mu na drodze.

– Skończyło się? – pytam ponownie. Mój głos brzmi piskliwie jak nigdy wcześniej.

Nigdy dotąd moje życie nie było zagrożone w tak bezpośredni sposób. Moje ciało jest tego aż nadto świadome. Mój puls wciąż szaleje, w uszach słyszę dudnienie.

Nie mogę przestać drżeć.

– Chyba tak – odpowiada w końcu Manu, zwracając się w moją stronę.

Jego mąż nadal wpatruje się w bryłę zamku, jakby nie dowierzał własnym oczom i nie był gotów oderwać ich od obrazu katastrofy.

Jakby spodziewał się, że złota pożoga rozszaleje się zaraz na nowo.

– Na pohybel Najwyższemu… – szepcze pod nosem.

To stłumione przekleństwo jest jak impuls wywołujący lawinę. Jakby ktoś odkorkował amforę pełną tłumionych słów i emocji, ze wszystkich stron natychmiast zaczynają dobiegać głosy, a moja moc w mgnieniu oka się przebudza. Magia momentalnie przechwytuje ciągi słów i kieruje je w moją stronę.

– Co się stało?

– To moc dotyku króla Midasa!

– Gdzie jest król Midas? Gdzie Król Gnicia?

– Nasz książę nie żyje!

– Czy Midas zrobił to specjalnie?

– Co tam się wydarzyło?

Dolatujące do moich uszu słowa są jak przędza nawijana na niewidzialny kołowrotek. Gdy jednak mija jeszcze chwila, nie potrzebuję już magii, by słyszeć kolejne strzępy rozmów. Wokół rozlegają się podniesione głosy i gniewne żądania wyjaśnień.

– Niech to szlag – syczy Manu. – Chyba powinnaś…

– Ja wiem, co się stało! – krzyczy ktoś nagle.

Oczy wszystkich natychmiast zwracają się ku kobiecie, która chwiejnym krokiem wychodzi naprzeciw tłumu i drżącym palcem wskazuje na wrota zamku, ociekające złotem niczym świeża rana krwią.

– To nie król Midas! – rzuca wściekle. Z jej ramion spływa kaskada ciemnych włosów, a suknia wygląda na nadpaloną. – To ta jego złota maskotka! Skradła jego moc!

Jej słowa rodzą w mojej głowie mętlik. Zdumiona aż cofam się o krok.

– Kto to? – pyta szeptem Manu.

– Co ty bredzisz, kobieto? – Przez tłum przepycha się jakiś mężczyzna.

– Jestem królewską nałożnicą – nie daje za wygraną ciemnowłosa – i ręczę wam wszystkim, że to sprawka Auren. Ona zrobiła to wszystko! Kiedy król użył na niej złotodajnego dotyku, ta złota dziwka skradła jego moc! Teraz ją wykorzystała i zaatakowała go! Widziałam to na własne oczy, uciekając z zamku!

– Co takiego, kurwa? – klnie Manu pod nosem, znów zwracając się w moją stronę.

Ciemnowłosa opiera dłoń na brzuchu, a do mnie dociera w tym momencie, kogo przed sobą mam.

To Mist! Nałożnica nosząca dziecko Midasa.

Mija chwila, nim w pełni dociera do mnie znaczenie jej słów. Z początku kręcę głową, odruchowo chcąc im zaprzeczyć, jednak zaraz zaczynam rozumieć, że Mist musimówić prawdę. Midas zdawał się ani trochę nie panować nad ciekłym złotem. Na sali balowej sama miałam wrażenie, że kieruje nim ktoś inny.

Że też nie zauważyłam tego wcześniej.

– Patrzcie! – woła nagle męski głos. – Ktoś ucieka na drewnopiórach!

– To ona, złota morderczyni!

Mój wzrok natychmiast podąża w kierunku wskazywanym przez krzyczącego mężczyznę. Zauważam odlatujące drewnopióry, jednak ledwo zdążę dojrzeć szpony i skrzydła pierzastych bestii, te rozpływają się wśród ciemności nocy.

Czy to byli król Ravinger i Auren?

– Mówiłam! – krzyczy Mist. – To podstępna oszustka! Uwiodła króla Midasa i ograbiła go z jego mocy, a teraz chce zrobić to samo królowi Ravingerowi!

Wokół wzbiera gniewny pomruk i już po krótkiej chwili tłum wrze niepowstrzymaną złością.

Na Najwyższego, jak mogłam się nie zorientować? Jak coś takiego mogło ujść mojej uwadze?

– Cała drżysz. – Gonitwę myśli w mojej głowie przerywa głos brata. – Królowej jest zimno! – rzuca Manu ponad moim ramieniem. – Znajdźcie jej coś do okrycia.

Przez chwilę słyszę za sobą odgłosy krzątaniny, by zaraz poczuć na ramionach kojący ciężar płaszcza.

– Służę, pani – mówi jeden z przybocznych.

Otulam się płaszczem, ale uczucie chłodu nie ustępuje; przemarzłam aż do kości. Chcę jak najszybciej opuścić to miejsce i wrócić do Trzeciego Królestwa. Dopiero spacer po skąpanej w słońcu plaży sprawi, że znów zrobi mi się ciepło.

Sęk w tym, że nie mogę jeszcze wyjechać. Nie w sytuacji, gdy wszystko, o co z takim trudem zabiegałam, zaczyna wymykać mi się z rąk.

Czuję na sobie spojrzenia tłumu. Zgromadzeni przyglądają mi się bacznie, wyczekując mojej reakcji.

– Manu, ustal, czy to faktycznie król Ravinger i panienka Auren opuścili zamek – polecam bratu. Ten kiwa głową i się oddala. Po chwili słyszę, jak wydaje rozkazy któremuś z przybocznych.

Rozglądam się po dziedzińcu i zaraz zauważam, że w pobliżu znajdują się wyłącznie gwardziści z Ranholdu. Po ludziach Midasa nie ma śladu. Na próżno staram się wyłowić wzrokiem z tłumu choć jedną złotą zbroję.

– Keonie – odzywam się po chwili – niech ranholdzcy gwardziści wejdą do zamku i sprawdzą, czy niebezpieczeństwo minęło. Chcę też, żeby odszukali Midasa i upewnili się, czy nie potrzebuje pomocy.

Keon potwierdza skinieniem głowy i zaraz zwraca się do kilku gwardzistów, którzy stoją wokół złotej kałuży i ostrożnie szturchają czubkami butów zastygający kruszec.

Nie ruszając się z miejsca, wciąż wpatruję się w zamek. Po chwili jednak wzmaga się wiatr i zaczyna zacinać lodowaty deszcz. Jakby było tu jeszcze nie dość okropnie.

Trzej ranholdzcy gwardziści z ponurym wyrazem twarzy ruszają w stronę roztrzaskanych drzwi wejściowych. Następnie jeden z nich chwyta kolegów za ręce i klęka w najbliższej złotej kałuży. Potem kładzie się na schodach. Przez moment leży nieruchomo, po czym kilkakrotnie uciska zasychający kruszec palcami. Gdy nic się nie dzieje, podnosi się i skinieniem głowy daje pozostałym znać, by szli za nim. Gwardziści znikają wewnątrz. Ich krokom wtóruje metaliczny brzęk.

Czekamy.

Zgromadzony na dziedzińcu tłum znów milknie. Niepokój wyczekiwania sprawia, że słowa więzną wszystkim w gardłach.

Choć cały czas zmagam się z myślami, ruszam po chwili w stronę zamku i staję naprzeciw tłumu. Staram się przy tym emanować nie tylko spokojem, ale i siłą. Książę Ranholdczyków nie żyje, Ravinger uciekł, a po Midasie nigdzie nie ma śladu. Jestem jedyną, do której wszyscy tu obecni mogą się zwrócić, i chcę to wykorzystać.

Muszę dać się zobaczyć.

– Nie obawiajcie się! – zaczynam tonem obwieszczenia. – Niebezpieczeństwo minęło, a ja wkrótce ustalę, czy prawdą jest to, co tu powiedziano.

Wokół rozlega się szmer rozmów, a ja swoją mocą łowię zdanie za zdaniem. W głosach niektórych słychać ulgę, inni szepczą na mój temat z podziwem i uznaniem.

– Dobra robota, siostro – chwali mnie Manu ściszonym głosem.

Gdy po chwili zjawia się jeden z gwardzistów, kiwam na Keona, by przyjął jego meldunek. Mój szwagier podchodzi do żołnierza, z niezmąconym spokojem wysłuchuje jego relacji, po czym go odprawia. Ja tymczasem wciąż przeczesuję swoją mocą tłum, wsłuchując się w szmer rozmów.

Przestaję nasłuchiwać, gdy obok mnie staje Keon.

– No i? – pyta Manu niespokojnie.

– Złoto przestało się przemieszczać. Zastyga.

– A co z Midasem? – dopytuję.

Spojrzenie brązowych oczu Keona wędruje teraz w moją stronę.

– Gwardziści mówią, że nie żyje.

Zszokowana aż dławię się powietrzem. Wdech zamiera w moim gardle, słowa Keona wirują mi w głowie, otumaniając umysł.

Nie żyje.

Nie odrywając wzroku od fasady zamku, zaciskam mocno wargi.

Włożyłam w całą tę intrygę tyle wysiłku, a teraz tak ma się to wszystko skończyć? Nic mi przecież po martwym Midasie!

Przyjechałam tu negocjować – osiągać swoje cele, rozgrywając bogatego króla i księcia, którego łatwo było owinąć sobie wokół palca. Okoliczności po drodze nieco się zmieniły, ale wciąż mi sprzyjały. Miałam plan. Ledwie krok dzielił mnie od tego, by unią małżeńską połączyć dwa królestwa, jednocześnie gwarantując sobie potężne wpływy w trzecim. Nie udało się to wcześniej żadnej koronowanej głowie.

Kluczem do wszystkiego jest magiczna moc. I choć moja nie objawia się w sposób fizyczny – poprzez złotodajny dotyk czy gnicie – dzięki misternej sieci zasłyszanych sekretów jako królowa mogę zdziałać naprawdę wiele. Odkąd zasiadłam na tronie, dbam o to, by moi poddani poważali moją moc tak samo jak magię pozostałych monarchów. Nowe sojusze jeszcze umocniłyby moją pozycję w ich oczach.

Teraz jednak cały mój plan wisi na włosku.

A wszystko przez Auren. „Panienkę Auren”.

Też coś, żeby nazywać tak „mięso” z haremu.

W moim umyśle ścierają się złość i strach. Niczego jednak nie daję po sobie poznać. Nie wolno mi pozwolić sobie na to, gdy przygląda mi się tyle osób. Kobieta u władzy nie może zdradzać swoich emocji – każdy szuka tylko okazji, by wykorzystać to przeciw niej.

– Chcę go zobaczyć – mówię po chwili i nim ktokolwiek ma szansę mnie powstrzymać, ruszam w stronę zamku. Moje jedwabne pantofle są kompletnie przemoczone, a palce u stóp przemarznięte.

– Siostro! – woła za mną Manu. Ja jednak nie zwalniam nawet kroku. On i Keon doganiają mnie dopiero na schodach.

– Dajcie mi chociaż pójść pierwszemu – nalega Keon, stając mi na drodze.

– Bądź ostrożny – uczula go Manu.

Keon potwierdza szybkim skinieniem głowy, po czym rusza w górę schodów. Zaczynam iść za nim, lecz przystaję, słysząc ostrzegawczy szept brata.

– To, że złoto w tej chwili się nie porusza, nie znaczy, że znów nie zacznie. Nie wiadomo, na ile jest stabilne.

– Przecież zastygło – odpowiadam, stawiając stopę na szczerozłotej powierzchni najwyższego stopnia.

– Wcześniej też było zastygłe – nie daje za wygraną Manu. – A zobacz, co się stało!

– To właśnie zamierzam zrobić – odpowiadam. – Zobaczyć, co się stało.

Manu wzdycha, a ja przechodzę przez strzaskane, zwisające z zawiasów drzwi. Przypominają wybite, ledwie trzymające się w dziąsłach zęby.

Gdy tylko znajduję się w środku, wyraźnie zwalniam kroku. Płomyki tlące się w kinkietach na ścianach migoczą niepewnie, jakby i one wciąż nie mogły dojść do siebie po tym, co się tu rozegrało.

Kroki moje, Manu i idącego kilka metrów przed nami Keona niosą się echem po obszernym holu. Po chwili docieramy pod salę balową. Wchodzimy do środka i przystajemy tuż za progiem.

Mrugam zaskoczona mrokiem, który spowił całe pomieszczenie. Jeszcze niedawno rozświetlały je potężne żyrandole i rzędy kinkietów, a teraz wszystko wokół niknie w cieniu, przez co złowieszczy połysk zastygłego złota stał się ledwie widzialny. Jedynym źródłem światła są wciąż tlące się w kątach paleniska, których nawet nie zauważyłam, gdy w sali było gęsto od gości.

Przestrzeń wokół nas jest nie do poznania, przypomina woskową makietę, po której ktoś wodził płomieniem świecy. Ściany zdają się na wpół stopione. Wszędzie wokół, również na suficie, widać zastygłe złote zacieki. Niektóre przypominają sople o spiczastych, ostrych końcach. Filary – wcześniej w całości pozłocone – są teraz nagie. Nie zachował się na nich ani skrawek złotych zdobień.

Podłoga to bezładne pobojowisko. Wzdrygam się, dostrzegając tu i ówdzie skamieniałe, martwe kształty. Tu znieruchomiała w powietrzu ręka, tam zamarłe w bezruchu ciało…

Na posadzce pod antresolą zastygła złota fala, jakby cały balkon się roztopił i rozbryznął piętro niżej. Spod nieruchomej masy wystaje kawałek czyjejś nogi.

– Bogowie… – Szept Manu wybija mnie z letargu. Rozglądając się uważnie i przeskakując pomiędzy kolejnymi plamami złota, ruszam dalej przez salę.

Po chwili do moich uszu dociera złowieszczy jęk, który zdaje się dobiegać wprost ze ścian, podłogi i stropu. Jest jak skrzypienie posadzki w walącym się domu, tyle że brzmi o wiele bardziej złowrogo. Przypomina wycie czającego się na ofiarę upiora.

Złoto lamentuje nad naszą obecnością. Przestrzega nas.

Zamieram, czując, jak mój puls momentalnie przyspiesza. Stojący obok Manu ściska moją rękę.

– Kailo, lepiej stąd chodźmy – nakłania.

Donośny jęk przechodzi po chwili w westchnienie, po czym w sali znów zalega cisza.

Wyrywam rękę z dłoni brata i idę dalej przed siebie.

– Nie – rzucam na odchodnym. – Chcę go zobaczyć.

– Tam! – woła nagle Keon, pokazując coś przed nami.

Ruszam natychmiast we wskazanym przez niego kierunku. W mgnieniu oka docieram na koniec sali i staję naprzeciw widocznego na ścianie wybrzuszenia.

– Na Najwyższego…

To on.

Nie ma na głowie korony. Ta zapewne stopiła się i zlała ze spowijającym go całego złotem. Jego ciało zdaje się dosłownie wtopione w ścianę. Jakby ciekły kruszec chciał go wchłonąć. Połknąć w całości.

Z całej sylwetki Midasa najwyraźniej widać zniekształconą bólem twarz.

Zwłaszcza pełne przerażenia oczy.

Z pana na Highbell zostały zwłoki uwięzione w złotym sarkofagu.

Złoto znów wydaje z siebie złowieszczy jęk, jakby chciało nas ostrzec, że nie wyrzeknie się swojego łupu.

– Nie…

Na dźwięk kobiecego głosu wszyscy troje natychmiast się odwracamy. Mamy przed sobą Mist, która ze zgrozą wpatruje się w Midasa.

– Mój królu! – zawodzi dziewczyna, opadając na kolana i łapiąc się rękoma za brzuch. Jej jęk niesie się echem po spustoszonej sali.

– To ona! Ona mu to zrobiła!

– Ale jak?– głowi się Keon, wpatrując się w łkającą nałożnicę. – Jakim cudem?

Przypominam sobie każdy swój kontakt z Midasem. Wszystko, co mówił mi o sobie. Wpatrując się w jego twarz, namyślam się i wsłuchuję w pochwycone kiedyś ciągi słów. Słów, które przyzwane z głębi pamięci przetaczają się teraz po moim umyśle.

Władcy niechętnie wyjawiają cokolwiek na temat swojej mocy. To zagrywka strategiczna. Należy wiedzieć, kiedy odsłonić karty, a kiedy trzymać je przy sobie. Czasem warto sprawić, by ludzie nie doszacowywali naszych możliwości – innym razem zabiega się o to, by traktowano nas z czcią lub obawą. Albo jedno i drugie.

Midas pozłocił stół bankietowy – wtedy po raz pierwszy na własne oczy widziałam jego złotodajny dotyk. Wcześniej, na krótko przed ucztą, pokrył złotymi zdobieniami całą przestrzeń, gdzie mieli świętować goście. Jedno i drugie było nie lada spektaklem dla oczu.

A jednak – dzisiejszego wieczora zdawał się nie mieć nad kruszcem najmniejszej kontroli. To nie on nad nim panował.

Moc złotego dotyku była rzeczywista, co do tego nie było wątpliwości. Wiadomo też, że Midas nie użył go nigdy na innej osobie – z wyjątkiem Auren.

I tu musi kryć się klucz do zagadki.

Sądziłam, że największym sekretem Auren jest romans z dowódcą wrogich wojsk. Myślałam też, że złota królewska faworyta nie jest niczym więcej, niż się wydaje: ot błyskotką, którą Midas najbardziej lubi zabierać do łóżka.

W obu przypadkach się myliłam.

A janienawidzęsię mylić.

Midas zrobił z Auren ostentacyjne insygnium. Krzykliwą błyskotkę, którą mógł się przechwalać. Cóż, mężczyźni miewają swoje fiksacje – zwłaszcza gdy idzie o kobiety – a ich zapał wobec przedmiotu obsesji cechuje bardzo krucha równowaga. Jeden chwiejny krok wystarczy, by pan zwrócił się przeciw swojej ukochanej maskotce.

W tym przypadku jednak to maskotka mogła zwrócić się przeciwko panu…

Lęk zdaje się przesiąkać z mojego umysłu wprost do trzewi. Jeśli Auren naprawdę potrafi wykradać moce, skąd pewność, że nie spróbuje wykraść także mojej? I co, gdyby jej się udało?

Zaciskam szczęki i aż zgrzytam zębami. Zamiast panikować, muszę wymyślić, jak pokierować sytuacją, by obróciła się na moją korzyść. Bo jeśli Auren usiłowała ograbić mnie z magii, muszę surowo ją za to ukarać.

Widok zastygłego metalu sprawia, że moje myśli również nabierają kształtu. Midas jest cały spowity złotem: wygląda, jakby odlano go w formie, z której zaraz wydobędą go narzędzia złotnika. W pierwszej chwili pomyślałam, że martwy jest dla mnie bezużyteczny, jednak to nieprawda. Wystarczy, że wykorzystam go jako to, w co został przekuty.

Jakobroń.

– Kiedy użył na niej złotodajnego dotyku, musiała spłynąć na nią część jego mocy… – mówię cicho. – Jasne, że nie chciał, by ktokolwiek się o tym dowiedział.

Midas był skryty we wszystkich sprawach, ale to? To zupełnie nowy poziom zatajania niebezpiecznych prawd! Czy to z tego powodu trzymał ją tyle lat przy sobie? Czyżby wytresował ją do wykradania mocy, z których będzie mógł w dogodnej chwili skorzystać?

– Niedobrze do wygląda – rzuca Keon.

– Kailo – zastanawia się Manu – a jeśli to nie był zbieg okoliczności? Co, jeśli to jej magia? Co, jeśli Auren potrafi przejmować moce tych, którzy użyli ich na niej? I czy ty aby…?

– Tak – potwierdzam krótko, czując, jak na nowo wzbiera we mnie złość.

– Co, jeśli Auren wykradnie twoją moc?

Nie lubię, gdy ktoś wypowiada na głos moje własne obawy. Natychmiast robię się napięta jak struna, a język przyciskam do zaciśniętych zębów. Mój wzrok wędruje od twarzy Midasa ku mojemu zniekształconemu odbiciu na jego piersi.

Nie tak miał wyglądać ten wieczór. Nikt nie miał mi zagrozić tym, że użyje przeciw mnie mojej własnej mocy.

– Jak rozegramy tę sytuację? – pyta Manu. Cóż, tak samo jak ja od młodości uczył się przekuwać każdą okoliczność na naszą polityczną korzyść. I dziś zamierza zrobić dokładnie to samo.

Rozglądam się po sali. Wciąż nie ma w niej poza nami nikogo prócz mażącej się Mist.

– Powiemy ludziom prawdę – odpowiadam. – Niech usłyszą, że faworyta Midasa go zdradziła. Że wdała się w romans z Ravingerem, żeby wzbudzić w nim zazdrość. Bo sama była zazdrosna z powodu naszych zaręczyn.

– Niech się dowiedzą, że to wszystko jej sprawka.

– Cała Orea wkrótce ją znienawidzi – potwierdzam, kiwając głową.

– Ale co z Szóstym Królestwem? – pyta Manu. – Ślubu przecież nie będzie.

– Ale ogłosiliśmy publicznie zaręczyny – odpowiadam. – Nie będzie to łatwe, jednak jeśli wszystko odpowiednio rozegramy, będę miała szansę zdobyć władzę.

– Lud Szóstego Królestwa wciąż się buntuje – zauważa Keon. – Mało tego, poddani zamordowali własną królową. Skąd pomysł, że zaakceptują ciebie, gdy Midas nie żyje, a ceremonia zaręczyn formalnie się nie odbyła?

– Bo nie jestem „lodową królową”, a Kailą Ioaną – odpowiadam, posyłając mu uśmiech. – Ciepłą, charyzmatyczną i piękną. Lud Trzeciego Królestwa kocha swoją panią. I lud Highbell też mnie pokocha.

– To fakt, poddani kochają Kailę – przyznaje Manu, kiwając głową. – Zawsze wiedziała, jak do nich dotrzeć.

– Musimy działać szybko – odpowiada Keon. – Trzeba przy pierwszej sposobności jechać do Szóstego Królestwa. Urządzimy ceremonię ku czci Midasa, a ty przedstawisz się jako pogrążona w żałobie narzeczona. To powinno zaskarbić ci współczucie miejscowych.

Jeśli jest coś, w czym jestem naprawdę dobra, to jest tym zjednywanie sobie królestwa.

– Dam radę – odpowiadam natychmiast.

Za plecami słyszę coraz donośniejszy szloch i zawodzenia. Trzeba będzie pozbyć się tej całej Mist, myślę, zerkając niechętnie w jej stronę. Jeśli mam zabiegać o władzę w Szóstym Królestwie, nie mogę dopuścić, by bękart Midasa przyszedł na świat.

Tym jednak zajmiemy się kiedy indziej.

– Będzie się działo – mówię cicho. – Kiedy pozostali władcy dowiedzą się, że Auren potrafi wykradać moce, natychmiast się nią zainteresują. A wciąż pozostaje kwestia Piątego Królestwa.

– Jeśli o to chodzi, mam pewien pomysł – mamrocze Manu, a ja w okamgnieniu skupiam całą uwagę na nim. Mój brat nie bez powodu jest moim doradcą. Ma niesamowicie przenikliwy umysł. Potrafi czytać i rozgrywać ludzi. A ja mogę jednocześnie być pewna jego lojalności. – Musimy skupić się teraz na Szóstym Królestwie i na Auren, ale nie wolno nam zaprzepaścić wysiłku, który włożyliśmy w zdobycie punktu zaczepienia tu, w Ranholdzie. Oto, co proponuję: odszukajmy jak najszybciej najbliższego żyjącego krewniaka króla Fulkego. Ranhold pilnie potrzebuje następcy tronu i to my przyjrzymy się arystokratom i wybierzemy najlepszego kandydata. Myzdecydujemy, kto zasiądzie na tronie i otrzyma władzę. Ten, którego wybierzemy, odwdzięczy się nam poparciem. Bezwarunkowym poparciem dla nas i dla nikogo innego.

Uśmiecham się szeroko.

– Jesteś genialny, braciszku.

Manu odwzajemnia uśmiech.

– A co, jeśli w Szóstym Królestwie ktoś stawi nam opór? – pyta Keon z niepokojem. – Albo jeśli tu, w Ranholdzie, odmówią nam prawa do wskazania następcy tronu?

Mój uśmiech staje się bezwzględny i okrutny.

– Ktokolwiek przemówi przeciwko mnie, bardzo szybko straci głos – odpowiadam. – Na zawsze.

A jeśli Auren sądzi, że może zagarnąć to, na co tak długo pracowałam, wkrótce się przekona, że nie ona jedna potrafi skraść to, czego chce.

Może i nie mam złotodajnego dotyku ani nie władam gniciem, ale to słowa są najpotężniejszą bronią ze wszystkich.

A panią słów jestem ja.

ROZDZIAŁ 2

SLADE

Nadciąga burza, a ja trzymam w ramionach ciało bez życia.

Zbliżająca się nawałnica smaga mnie bezlitosnymi, zimnymi podmuchami i obwieszcza swoją obecność coraz donośniejszym wyciem.

Odliczam w głowie sekundy. Minęło ich sześćdziesiąt, nim przyzwany gwizdem drewnopiór zjawił się przy mnie. Kolejnych czterdzieści – nim trzymając Auren w ramionach, zająłem miejsce na grzbiecie Argo, a Lu zdążyła przytroczyć nas oboje do siodła.

Od sześćdziesięciu sekund lecimy. Udało nam się wzbić w nocne niebo, jednak niemal natychmiast okazało się, że pogoda nie ułatwi mi zadania. Na horyzoncie kłębią się kolejne zwiastuny nawałnicy.

Smugi lodowatego powietrza trą o skórę moich policzków jak ostre paznokcie. Dosiadając mknącego drewnopióra, szczelniej otulam płaszczem Auren i zwracając jej twarz ku sobie, delikatnie przyciskam ją do piersi.

Jest wychłodzona. Wciąż zbyt odkryta. Zbyt nieruchoma.

Jej serce nie bije. Pierś nie unosi się i nie opada. Jej cera stała się ziemista.

Wszystko to przeze mnie.

Przez to, co jej zrobiłem.

Zerkam przez ramię i widzę w dole rozświetlony pochodniami Ranhold. Cała jego frontowa część niknie pod strugami zastygającego złota. Kruszec wystrzelił drzwiami i oknami, by następnie stężeć na kamiennych murach. Spustoszenie ustało, ale jeszcze przed chwilą złoto dosłownie pożerało zamek. Jakby chciało go wessać i bez litości pochłonąć. Przypominało falę powodziową wylewającą się przez przerwaną zaporę. Tak się dzieje, gdy moc pozostaje stłumiona zbyt długo. Jeśli pozwoli się, by niepostrzeżenie wzbierała, na tamie muszą pojawić się pęknięcia. Aż w końcu pewnego dnia magia wyrywa się na wolność.

Kierując wzrok znów naprzód, obejmuję mocniej Auren.

Musi znaleźć się z dala od zamku – od całego tego złota. Pytanie tylko, jakdaleko ją zabrać. Z każdą kolejną sekundą lotu jej życie jest bardziej zagrożone. Auren balansuje na czubku obosiecznego ostrza. Muszę wywieźć ją jak najdalej, ale jednocześnie nie mogę pozostawić jej zbyt długo w gnilnym letargu. Nie wiem, na jaką odległość sięga jej moc, więc mogę tylko zgadywać, jak długo będę jeszcze musiał ją wieźć.

Chcę jak najszybciej uwolnić ją od gnicia. Jej ciało jest wyczerpane i nie wytrzyma wiele więcej. Najpierw jednak musimy wylądować. Gdy zdejmę z Auren swoją moc, ona może spróbować przyzwać swoją. Nie mogę ryzykować, że stanie się to w powietrzu.

Aura Auren blednie i przygasa. Jeszcze trochę, a moja moc dokona w jej ciele spustoszenia, którego nie zdołam już odwrócić. Nie mogę do tego dopuścić.

Nie pozwolę, by ziścił się którykolwiek z czarnych scenariuszy.

O wszystkim rozstrzygną ostatnie sekundy.

Czas i odległość są mi jednocześnie sprzymierzeńcami i wrogami.

Coraz bardziej zaniepokojony spinam drewnopióra piętami. Ten wydaje z siebie okrzyk. Może daje mi znać, że nie podoba mu się to, co robię, a może nawołuje swoje stado. Wiem, że pozostałe drewnopióry ruszyły za nami.

– Szybciej, Argo – zaklinam pierzastą bestię. Mój głos ginie jednak wśród podmuchów wiatru.

Choć zmagamy się z wichurą, Argo daje radę jeszcze przyspieszyć. Jego potężne skrzydła tną powietrze, a ja trzymam lejce luźno, by dać mu możliwie dużo swobody. Pędzimy przez noc, której mrok rozświetla tylko blade światło skrytego za chmurami księżyca. Gdy Argo zarzuca grzbietem, z trudem utrzymuję się w siodle. Gdyby nie przymocowane do mojego pasa troki, być może bym spadł.

Nie byłby to pierwszy raz. Dziś jednak nie latam dla rozrywki ani w ramach zwiadu, tylko walczę o życie.

Jejżycie.

Pędzimy z całych sił, by jak najszybciej oddalić się od Ranholdu, a niebo Piątego Królestwa zdaje się nas za to karać. Może to król Fulke i książę Niven postanowili obwinić kogoś za swoją zgubę.

Spod mojego płaszcza wymyka się kilka złotych kosmyków. Jedną ręką podciągam tkaninę za ucho Auren. Choć wiem, że nie czuje zimna, jak tylko mogę, staram się uchronić ją przed wiatrem.

Minęło kolejnych trzydzieści sekund.

W żołądku coraz bardziej ciąży mi strach. Czuję, jakby skrawki duszy Auren wymykały mi się jeden po drugim.

Widziałem, co się dzieje, gdy zbyt długo nie wstrzymam postępu gnicia. Wiem, jak jest to pustoszące, i rozumiem aż zbyt dobrze, na jakie niebezpieczeństwo ją narażam.

Sumienie nie daje mi spokoju, że tak się z nią obszedłem, ale przez to nabieram tylko jeszcze więcej determinacji. Muszę zapewnić jej bezpieczeństwo.

Ostatni raz zerkam za siebie, jednak nie udaje mi się już zobaczyć Ranholdu; niebo nad Piątym Królestwem jest zbyt zachmurzone. Kątem oka dostrzegam za to ciemny kształt mknący po niebie. Nie dziwi mnie widok drewnopióra i dosiadającego go jeźdźca. To Osrik. Niosąca go pierzasta bestia jest tak potężna, że ten jeden raz jego postać wydaje się całkiem niewielka.

Gniewny przygląda mi się bez słowa, mocno ściskając w dłoniach lejce. Daję mu znak głową. Nie zaryzykuję dalszego lotu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że dystans, który pokonaliśmy, okaże się wystarczający.

Ściągam lejce, a Argo z donośnym okrzykiem zaczyna pikować ku ziemi. Kiedy schodzimy do lądowania, otulam Auren całym ciałem.

Osrik, widząc, że zniżam lot, gwiżdże głośno, po czym natychmiast rusza za mną. Z oddali dobiegają odpowiedzi pozostałych drewnopiórów.

Gdzie ja, tam i moi Gniewni.

Oczy szczypią mnie od pędu zimnego powietrza. Mkniemy w dół, przebijając się przez grubą warstwę burzowych chmur.

Linie mocy poniżej mojej żuchwy wiją się i trzaskają jak bicze. Moja magia cały czas krąży po ciele Auren.

Gnicie. Rozpad.Śmierć… Powinny omijać ją szerokim łukiem, a przecieżsam zasiałem je wewnątrz niej.

Skręca mnie na samą myśl o tym.

Ściskając nogami wierzchowca, pochylam się naprzód i mocniej chwytam za ogłowie.

– No dalej – szepczę.

Argo wyczuwa chyba wzbierającą we mnie panikę, bo jakimś cudem udaje mu się jeszcze przyspieszyć. Pędzimy w dół tak szybko, że wilgoć w kącikach moich przymkniętych oczu zaczyna zamarzać. Serce łomocze mi tak, że niemal słyszę jego bicie przez wyjący wiatr.

– Już prawie – szepczę we włosy Auren. – Wytrzymaj jeszcze kilka sekund.

W końcu wyrywamy się spośród chmur i mgły. Wita nas widok zmrożonej, oszronionej ziemi. Pędzimy w jej stronę w takim tempie, jakbyśmy mieli nieuchronnie się o nią roztrzaskać. W ostatniej chwili Argo odbija jednak ku górze, wymija łukiem drewnopióra Osrika, po czym ląduje na szponiastych stopach, wzbijając w powietrze pióropusz śniegu.

Zgrabiałymi palcami odpinam natychmiast troki przytrzymujące mnie w siodle, po czym zsuwam się z grzbietu Argo, starając się, by Auren jak najmniej odczuła zeskok.

W mgnieniu oka pojawia się przy nas Osrik. Zrywa z siebie płaszcz i rozkłada go na ziemi. Tymczasem wokół nas lądują kolejne drewnopióry.

– Nie zbliżać się! – wołam przez ramię.

Układam Auren na płaszczu. Pod skórą jej szyi pojawiły się już pierwsze smugi rozkładu. Rozrzucone wokół jej głowy włosy zdają się za to lśnić pomimo ciemności i przywodzą na myśl aureolę.

Otulona moim płaszczem wydaje się taka maleńka.

Wygląda, jakby nie żyła.

Przyklękam obok niej, zamykam oczy i koncentruję się z całych sił. Czuję swoją magię krążącą w ciele Auren niczym trucizna. Rozkład z każdą sekundą przetacza się przez jej żyły, zakłócając rytm jej serca. Pnie się gardłem ku nieruchomym, zamkniętym ustom.

Czuję napięcie w całym ciele. Naglony instynktem mam chęć natychmiast uwolnić Auren od całej swojej magii, wiem jednak, że byłoby to jak wyrwanie klingi miecza z rany. Spowodowałbym tylko więcej szkód. Przyzywam więc do siebie magię pomału. Usuwam ją drobnymi skrawkami, by nie narazić ciała Auren na szok.

Za plecami słyszę szepty towarzyszy i ich nerwowe przestępowanie z nogi na nogę. Drewnopióry powarkują na siebie, a zza gęstych chmur, przez które się przebiliśmy, dobiega grzmot. Ja jednak puszczam to wszystko mimo uszu. Całą uwagę skupiam na wciąż obecnej w ciele Auren magii. Usuwam ją dalej w skupieniu, jakbym jeden po drugim wyrywał z korzeniami maleńkie chwasty. Najdelikatniej, jak potrafię, uwalniam Auren od gnilnej trucizny, pozwalając jej ciału zacząć się regenerować. W pełni skoncentrowany, pochylam się nad każdym skażonym skrawkiem jej ciała.

Pomimo przeszywającego chłodu czuję na skroniach krople potu. Zaciskając zęby, odwołuję magię w głąb siebie – na jej miejsce w zakamarkach moich żył. Ciało Auren jest już niemal oczyszczone. Pozostało już tylko jedno, ukryte w głębi piersi, ziarno zatrutej magii.

Gdy jednak przyzywam ku sobie ten ostatni skrawek, napotykam opór. Samotna smużka magii jest jak uparty cierń. Zamiast ustąpić jak wszystkie pozostałe, tkwi w miejscu.

Marszczę brwi, czując, jak drżą mi dłonie. Gnilne smugi pod moją skórą rozpościerają się na całą długość moich ramion. Magia przemyka po moich dłoniach i wnika pod opuszki palców. Czuję w ciele bolesne tarcie, jakby moc chciała przebić moją skórę i wyrwać się na wolność.

Zmagają się we mnie złość i strach.

Gnilna magia nigdy dotąd tak mi się nie opierała. Nie zakotwiczała się z takim uporem w niczyim ciele. Po raz pierwszy, odkąd byłem chłopcem, mam trudność z zapanowaniem nad nią. W bardzo młodym wieku musiałem nauczyć się ją kontrolować – inaczej gnicie zniszczyłoby wszystko w moim otoczeniu, a potem zabiłoby mnie samego.

Co, do stu kurew, się dzieje?

Zdenerwowany, upewniam się, czy usunąłem wszystkie pozostałe ogniska gnicia. Nie znajduję jednak ani jednej skazy. Ciało Auren wróciło do poprzedniego stanu i tylko jeden ostatni cierń mojej magii ani myśli ustąpić.

Dlaczego?

– No, wychodź – cedzę, czując, jak język ciąży mi od smaku toksyn. – Puść ją wolno!

Gnilna magia w odpowiedzi wije się w piersi Auren. Jest jak usiłujące się zakorzenić cierniste pnącze.

Czuję ukłucie paniki.

– Precz, kurewskie nasienie! – krzyczę, miotając magią z mocą potężniejszą niż nadciągająca nawałnica. Zaciskam zęby i raz jeszcze z całych sił próbuję wyrwać z Auren ostatnie źdźbło trucizny.

Szarpię tak mocno, że tracę równowagę i upadam na plecy. Ciało Auren tymczasem wygina się całe w łuk.

– Rip! – krzyczy Lu, widząc, jak leżę na plecach i dysząc, wpatruję się w zachmurzone niebo. Podbiega natychmiast do mnie i przyklęka, wzbijając kolanami małe fontanny śniegu. – Nic ci nie jest?

– Co to, kurwa, było? – pyta ostro Osrik.

W tej samej chwili słyszę gwizdnięcie Judda.

– Twoje linie… – mówi.

Zerkam w dół i natychmiast zauważam, że te wiją się jak kąsające węże. Wpatrzeni we mnie Gniewni nie muszą już nic mówić. Sam wiem doskonale, co się dzieje, bo czuję napęczniałe pod moją skórą linie mocy. Magia je rozsadza, jakbym nie używał jej od miesięcy. Jakby wezbrała we mnie do poziomu niewidzianego nigdy wcześniej.

Nie ma to teraz jednak dla mnie najmniejszego znaczenia. Liczy się to, że uwolniłem Auren od ostatniego skrawka zatrutej mocy.

Teraz wszystko będzie dobrze.

Lu chce mi pomóc się podnieść, ale odtrącam jej dłonie i wstaję sam, choć jednocześnie wyrywa mi się jęk bólu. Nachylam się natychmiast nad Auren i patrzę jej w twarz.

Z przerażeniem spostrzegam, że nadal się nie porusza.

Gnilna magia wnika gwałtownie w ziemię wokół niej, a ja czuję, jak serce podchodzi mi do gardła.

Co ja zrobiłem?

Wbijam palce w śnieg i zanurzam je w ukrytą pod nim ściółkę. Ziemię w mgnieniu oka pokrywają smugi rozkładu, a ja czuję, że moja moc nie tylko rozchodzi się pod śniegiem, ale oplata moje serce, jakby chciała je zadusić.

Zaciskam powieki. Linie mocy pod moją skórą zdają się chcieć ją rozerwać. Wiją się i kąsają jak rozwścieczone żmije, zadając mi coraz większy ból.

Nic mnie to jednak nie obchodzi.

Bo zabiłem Auren. Zabiłem, kurwa…

Lecz nagle jej usta się uchylają. Rozszerzonymi oczami obserwuję, jak wydobywa się z nich drżący oddech. Wpatrzony w Auren widzę, jak z jej ust ulatuje czarna smużka magii. Ostatni zatruty oddech rozpływa się w powietrzu pomiędzy nami.

Moje skronie aż pulsują od uczucia ulgi.

– Auren?

Gdy nie otwiera oczu, znów czuję w piersi ukłucie strachu.

Zaciskam powieki, by raz jeszcze wejrzeć w głąb Auren.

I natychmiast czuję, jak krew odpływa mi z twarzy.

Byłem pewien, że uwolniłem ją właśnie od ostatniego ciernia magii. On tymczasem wciąż tkwi wewnątrz jej ciała!

Do stu kurew!

Pomimo zdumienia znów skupiam na nim całą moc swojego umysłu. Próbuję wyrwać go kolejnymi szarpnięciami, lecz na próżno.

Ostatni skrawek gnilnej magii ani drgnie.

Auren oddycha. Spomiędzy jej warg ulatuje kolejna ciemna smuga.

Serce łomocze mi w piersi, jakby miało zaraz się z niej wyrwać, ale cokolwiek robię – gnilna moc pozostaje nieugięta. Jest jak niezmywalna plama na złotej tkaninie.

Pierś Auren unosi się jednak i opada. Słyszę bicie jej serca.

Auren żyje! Choć nie potrafię uwolnić jej od przeklętej magicznej zadry, żyje!

Tylko to się teraz liczy.

– Ocknij się, Auren – błagam ją cicho.

Odliczam w milczeniu kolejne upływające sekundy. Pięć, dziesięć, dwadzieścia.

– Wyjdzie z tego? – pyta nagle Digby, a ja spinam się cały na dźwięk jego ochrypłego, wycieńczonego głosu. Nie odpowiadam. Nie słyszę nawet, czy ktoś próbuje odpowiedzieć mu za mnie. Wciąż wpatruję się tylko w Auren, jakbym siłą spojrzenia mógł skłonić ją do otwarcia oczu.

– No dalej, Złota Rybko… – szepczę, czując, jak przerażenie zaciska mi na szyi pętlę.

Słyszę nagle za sobą odgłos ciężkich kroków. To Digby przepycha się naprzód i przyklęka obok mnie.

– Wyjdzie z tego? – powtarza bardziej stanowczo.

Gdy wciąż nie odpowiadam, ze zdumiewającą w jego stanie siłą szarpie mnie za koszulę i zmusza mnie, bym spojrzał mu w twarz.

– Coś ty jej zrobił? – warczy przez opuchnięte, spękane wargi.

Osrik w mgnieniu oka unosi go i odciąga ode mnie.

– Co jej zrobiłeś?! – Teraz Digby już krzyczy. Jego głos się rwie, a oskarżycielski ton wtóruje wzbierającemu we mnie przerażeniu. Gwardzista i Osrik wymieniają kilka ostrych słów, ale nawet nie słyszę, co mówią. W głowie dzwoni mi ze strachu.

Co ja zrobiłem?

Panika, która kiełkowała we mnie, odkąd użyłem na Auren swojej mocy, zaczyna brać górę. Coraz bardziej drżą mi ręce.

– Dlaczego ona się nie budzi? – pyta klęcząca obok Lu.

A ja nie wiem. Niewiem,kurwa!

Nie potrafię udzielić jej żadnej odpowiedzi.

Ujmuję dłońmi zimne policzki Auren, by zaraz syknąć z bólu. Czuję w palcach ostre ukłucie magii, która aż rwie się w głąb jej złotego ciała.

Aura Auren wciąż niknie. Poświata wokół jej postaci jest ledwie widzialna i zdaje się matowa. Po złotym blasku mocy i życia nie ma śladu.

Zwlekałem zbyt długo.

Powinienem był ją obezwładnić, kiedy nie była jeszcze całkiem wyczerpana. A potem wylądować wcześniej i szybciej uwolnić ją od swojej magii.

– Nie rób mi tego – szepczę przez zaciśnięte zęby do niej i do bogów.

Nie teraz, nie po tym wszystkim.

Nie gdy wreszcie jesteśmy razem.

– Musisz się ocknąć! – zaklinam. Ale to już tylko wołanie rozdartej duszy.

Co, jeśli Auren nigdy się nie przebudzi? Co, jeśli cierń gnilnej magii pozostanie w niej na zawsze?

Użyłem magii dlatego, że chciałem uchronić Auren przed całkowitym wycieńczeniem, jednak tylko jej tym zaszkodziłem. A teraz moja własna moc odmawia mi posłuszeństwa i skacze mi do gardła.

Zwieszam głowę. Wciąż trzymając w dłoniach twarz Auren, opieram czoło na jej czole.

– Proszę, nie rób mi tego – szepczę, zaciskając powieki. – Jesteś silna, Złota Rybko, uda ci się. Ocknij się!

Auren wciąż leży nieprzytomna.

– Kurwa! – krzyczę wściekły, prostując się i tłukąc rękoma w śnieg. Ukryty pod nim ostry lód kaleczy mi ręce. – Kurwa, kurwa, kurwa!

Słyszę kłótnię Digby’ego z pozostałymi. Gwardzista miota groźby i obelgi pod moim adresem. Jego słowa są jak trzaśnięcie bicza i sprawiają, że coś w końcu do mnie dociera.

– Ja to zrobiłem. – Moje słowa są utkane z poczucia winy.

Słysząc je, Lu zaciska wargi.

– Więc to odkręć! – krzyczy po chwili.

– Przecież, kurwa, próbowałem! – odszczekuję wściekły, przeczesując dłonią włosy. – Cały czas próbuję!

Nie potrafię trzeźwo myśleć. Puls rozsadza mi skronie, huczy mi w uszach, a ziemia drży pod moimi stopami. Magia wyje wewnątrz mnie, a moje przekrwione źrenice zaczynają widzieć nieistniejące linie. Rozkład broczy ze mnie o wiele za potężnym i zbyt rwącym strumieniem. W mgnieniu oka wnika w ziemię u moich stóp, osłabia ją i zatruwa.

Słyszę krzyki. A może to wycie wichru albo moc skowycząca w moich kościach.

– Rip, twoja moc…

Całe moje ciało drży. Każdy skrawek mojej skóry zdaje się naprężony i obolały – jakby zaraz miał ustąpić pod naporem chcącej wyrwać się na zewnątrz mocy. Gnicie zalewa ziemię wokół mnie, sycząc i wzbierając do kolejnego wybuchu.

ŁUP!

Cios w twarz sprawia, że drugi raz w ciągu minuty ląduję na ziemi.

– Weź się, kurwa, w garść! – Mój brat, kipiąc ze złości, przyklęka i pomaga mi się podnieść, a ja posyłam mu wściekłe spojrzenie. – Zaraz zatrujesz zgnilizną całe to pieprzone miejsce! Natychmiast zamknij tę magię w sobie! Nie możesz stracić nad nią panowania!

Mrugam powiekami. Ostre napomnienie Ryatta sprawia, że otrząsam się i wracam do tu i teraz.

Zerkam na śnieg u naszych stóp. Ma brunatną, chorą barwę. Smugi gnicia rozpościerają się wokół nas, wysysając z niego wilgoć i zatruwając skrytą pod nim ziemię.

Biorę głęboki wdech i zaciskam dłonie w pięści. Powstrzymuję smugi gnicia i przyzywam je w głąb siebie. Kawałek po kawałku zamykam w sobie toksyczną magię.

– Zrobione? – dopytuje Ryatt.

– Tak – odpowiadam mu warkliwie.

– Świetnie. – Brat mnie puszcza i się odsuwa, a ja na równi mam chęć podziękować mu i dać mu w twarz.

Patrzę teraz na pochylonych nad Auren Gniewnych i Digby’ego. Judd posyła mi zatroskane spojrzenie.

– Oddycha. To dobry znak – mówi, jakby miało mnie to pokrzepić.

– Ale wciąż się nie budzi – odpowiadam.

– Wyciągnąłeś z niej wszystko? – pyta Lu, wodząc dłońmi po rękawach Auren, ale na wszelki wypadek nie dotykając jej skóry.

– Coś jest nie tak. Nie mogę z niej wyrwać ostatniego skrawka.

Lu robi wielkie oczy. Ktoś inny nerwowo wciąga powietrze.

– Chyba zbyt długo zwlekałem – dodaję po chwili.

– Jak to? – dopytuje Digby.

Zatroskany kręcę bez słowa głową.

– Potrzebny nam plan – mówi Lu, wstając, otrzepując spodnie i zerkając w niebo. – Zaraz na dobre rozpęta się burza. Trzeba wymyślić, co robimy.

Rozprostowuję ramiona i zaciskając palce dłoni, dławię wrzącą we mnie magię. Zmuszam linie mocy, by ustały w swoim szaleńczym wiciu.

Zapanowawszy nad nimi, przepycham się w stronę Auren i biorę ją na ręce. To straszne oglądać ją w tym stanie – wiotką i wyzutą z życia.

Zaczynam odchodzić, jednak na drodze staje mi Digby.

– Miałeś postawić ją na nogi – cedzi z morderczą iskrą w oku.

– Musi po prostu odpocząć – odpowiadam i sam słyszę w swoim głosie wahanie. – Teraz trzeba zapewnić jej schronienie.

Z twarzy gwardzisty bije nienawiść, jednak nim zdąży cokolwiek odpowiedzieć, zwracam się do Osrika:

– Wracajcie wszyscy do obozu. Chcę, żeby nasi żołnierze jeszcze dziś wymaszerowali z Ranholdu. Nie ufam królowej Kaili. Niech armia jak najszybciej wraca do Czwartego Królestwa – instruuję z ponurym wyrazem twarzy. – Będziemy jej potrzebować.

Osrik przytakuje, za to Judd patrzy na mnie badawczo.

– A ty?

– Będę gnać na złamanie karku, żeby prześcignąć burzę – odpowiadam, zerkając w niebo. – Muszę ukryć Auren w bezpiecznym miejscu.

– Nie możesz lecieć sam – oponuje Lu. – Poza tym nie ma mowy, żebyś wiózł ją do Czwartego Królestwa nieprzytomną. Co, jeśli się ock­nie i zrobi z ciebie bryłę złota?

Argo układa skrzydła wzdłuż ciała i przyklęka, gdy zbliżam się do niego. Jego szpony są zanurzone głęboko w śniegu.

– Nie zabiorę jej do Czwartego Królestwa – rzucam przez ramię.

– Więc dokąd? – dopytuje Digby.

Nim zdążę odpowiedzieć, robi to za mnie mój brat.

– Zabiera ją do Deadwell – mówi, gdy wspinam się na siodło i przytraczam do niego nas oboje.

ROZDZIAŁ 3

SLADELAT 8

Slade! – Głos, który wykrzykuje moje imię, zagłusza śpiew ptaków, płosząc kilka z nich do lotu.

Odwracam się i spomiędzy gałęzi patrzę w stronę domu. Gdy odginam jedną z nich, pod moją dłonią pęka pąk, a w powietrze wzbija się błękitna mgiełka. Mam przed sobą budowlę z czarnego kamienia, naznaczoną przez niezliczone deszcze wyraźnymi białymi smugami. Dach budowli jest płaski – nie licząc prostopadłościennych, przypominających kamienne bloki kominów.

Mój wzrok wędruje ku łagodnemu, porośniętemu trawą zboczu, którym idzie w moją stronę matka. Z westchnieniem puszczam gałąź – tym razem ostrożniej, by nie nawdychać się mgiełki z kolejnego przebitego pąka. Pączki tego drzewa mają piękny zapach, ale potwornie brudzą.

Wracam spojrzeniem do maleńkiej szpilkówki siedzącej na moim palcu. To nadal pisklę – wątłe ciałko wciąż pokrywa puszek. Ma jednak otwarte oczy i cichutko pogruchuje.

– Spokojnie – mówię. – Już niedługo będziesz mieć prawdziwe pióra. – Kilka tygodni, a porosną całe jej ciało i ogon. Każde z piórek będzie cieniutkie jak szpilka i równie ostre. – Jeszcze trochę, a będziesz latać ze wszystkimi innymi.

Gdy znów słyszę swoje imię, ostrożnie odkładam pisklę do gniazda, po czym opuszczam zarzuconą na gałąź nogę i zaczynam schodzić z drzewa.

Po chwili moje bose stopy dotykają trawy. Gdy unoszę wzrok, widzę ponad sobą postać matki, która przygląda mi się z rękoma opartymi na biodrach. Czarne włosy upięła w luźno zebrany warkocz. Ma na sobie sukienkę w tym samym odcieniu czerwieni, co moje ubranie.

– Coś ty robił na tym drzewie? – pyta.

– Nic – odpowiadam, wzruszając ramionami.

– Mhm… – Mama strzepuje z mojego ramienia niebieski pyłek z pąka. – Czyli nie wspinałeś się po gałęziach i nie bawiłeś się znów z pisklakami?

– To nie jest zabawa – odpowiadam, marszcząc brwi. – Ja ich doglądam.

– Oczywiście. – Kąciki ust mojej matki drgają. – A gdzie masz buty? – pyta, zerkając w dół.

Ponownie wzruszam ramionami.

– W butach ciężko się wspina. Nie wkładałem ich, żeby nie spaść.

Mama kręci głową, ale z jej spojrzenia zaraz ulatuje cała surowość.

– No tak… Sama bardzo bym nie chciała, żebyś spadł – mówi. – A jak się dziś miały ptaszki?

– Dobrze – zapewniam ją, ucieszony, że już się nie gniewa. – W gnieździe jest pisklę, ale matka chyba już do niego nie wraca. Ja będę musiał nauczyć je latać.

– Jeśli komuś ma się to udać, to tylko tobie. – Kąciki oczu mojej matki marszczą się, gdy się do mnie uśmiecha. – Masz do nich rękę – mówi, po czym sięga w moją stronę i przeczesuje dłonią moje włosy.

– Już się czesałem! – Cofam energicznie głowę.

Mama śmieje się i poprawia mi kołnierzyk.

– Chodź. Pora coś zjeść – mówi, próbując wziąć mnie za rękę.

– Mam już osiem lat! – protestuję, cofając dłoń. – Nie mogę tak chodzić!

– No tak, oczywiście – przyznaje mi rację, ale jej usta drgają w ironicznym uśmiechu. – Po prostu stęskniłam się za trzymaniem swojego synka za rękę.

Nie chcę, żeby było jej przykro. I nie chodzi o to, że nie chcę brać jej za rękę. Po prostu tak chodzą dzieci…

– Możesz chodzić za rękę z Ryattem – podpowiadam. – On ma dopiero trzy lata, więc tak może.

– Świetny pomysł – odpowiada mama, gładząc mnie po policzku.

Oddalamy się od zagajnika. Mijamy poidła dla ptaków i rząd spiczastych krzewów. Patrzę w stronę domu u podnóża wzniesienia. Nie mam chęci wracać do środka, z wielką ochotą zostałbym na zewnątrz – pośród roślin i ptaków.

Nie żeby naszej posiadłości czegokolwiek brakowało. Mamy czterdzieści trzy pokoje, całą masę wytwornych przedmiotów i kilkoro służących. Żadna inna rodzina w mieście nie ma ani tak wielkiego domu jak my, ani stajni z tyloma końmi.

A jednak nie cierpię tu mieszkać. Wolałbym mniejszy dom przy którejś z miejskich ulic.

Bo wtedy byłbym z dala od niego.

Gdy dochodzimy do tylnego wejścia, w drzwiach pojawia się jego postać, a ja natychmiast nerwowo przystaję. Moja matka również się zatrzymuje.

Mój ojciec ma na sobie idealnie gładką czerwoną koszulę zapiętą pod samą szyję. Skóra jego głowy jest całkowicie gładka, za to jego twarz przysłania gęsta broda. Linia jego ust zdradza rozdrażnienie.

Jak zwykle, gdy jestem w pobliżu.

Ojciec wodzi pomiędzy nami dwojgiem spojrzeniem swoich czarnych oczu, a ja z trudem powstrzymuję się, by nie przełknąć nerwowo śliny. Nieraz już mnie na tym przyłapał, a oczekuje, że zawszę będę „panować nad sobą”.

Chodzi mu chyba o to, żebym po prostu nic nie czuł.

Matka bierze mnie za rękę, a ja tym razem się nie sprzeciwiam. Pozwalam jej otoczyć dłonią moją spoconą dłoń, po czym razem pokonujemy odległość dzielącą nas od ojca.

– Nie wiedziałam, że wrócisz dziś na noc, Stantonie – mówi matka, gdy stajemy naprzeciw niego.

– Udało mi się szybciej rozmówić z królem – pada odpowiedź.

Ojciec zerka teraz w dół i zauważa, że jestem boso, a ja mam chęć zaryć się palcami stóp w ziemię. Serce bije mi z nerwów szybciej, gdy czuję na sobie jego karcące spojrzenie. On jednak zaraz zwraca się znów do matki.

– Widzę, Elore, że pod moją nieobecność zaniedbujesz matczyne obowiązki.

Zwieszam głowę i zawstydzony wpatruję się w swoje brudne stopy. Gdybym wiedział, że ojciec dziś wróci, nigdy nie wyszedłbym na zewnątrz bez butów.

W ogóle nie wychodziłbym z domu.

Ostatnie dni były dla mnie najradośniejszymi od dawna. Mama co dzień pozwalała mi bawić się na powietrzu, a raz mogłem nawet opuścić lekcje historii i fechtunku. Ostatnie, czego chcę, to żeby ojciec ją teraz karcił.

– Przebiegł się tylko po ogrodzie – odpowiada mama łagodnym, ciepłym głosem. Zawsze mówi takim tonem, nawet kiedy Ryatt zaczyna się wściekać. A wścieka się często. – Świeże powietrze służy dorastającym chłopcom.

– Dzieciom służy nauka – odpowiada ojciec ostrym tonem. – Zabierz go do środka i umyj. Mamy gości i kazałem za dwadzieścia minut podać do stołu.

Po tych słowach odwraca się na pięcie i odchodzi. Mama pogania mnie, bym wszedł do środka, po czym idziemy do mojego pokoju, gdzie pomaga mi się doprowadzić do porządku. Nie skarżę się ani słowem, nawet kiedy sięga po grzebień i czesze mi włosy.

Dwadzieścia minut upływa niemal w całości, nim matka zdąży mnie wyszykować i odebrać Ryatta od piastunki.

Ojciec siedzi już u szczytu ustawionego w jadalni stołu, na lewo od niego widzę trzy osoby. Pierwsza to stryj Iberik, jego starszy brat. Ziemie stryja graniczą z naszymi, a on sam robi z ojcem liczne interesy. Nie do końca rozumiem, na czym one polegają. Wiem, że ojciec ma w porcie swoje statki, obaj często mówią też o jakichś kuźniach, ale o co dokładnie w tym wszystkim chodzi – nie mam pojęcia.

Stryj Iberik, w odróżnieniu od mojego ojca, mieszka sam i nie ma żadnych dziedziców. Dziś jednak towarzyszą mu dwie osoby – nieznani mi mężczyzna i kobieta, oboje o najbardziej lśniących włosach, jakie kiedykolwiek widziałem.

Włosy kobiety są rude, a oczy mają barwę cegły – ich odcień jest niemal identyczny jak kolor pustego paleniska po lewej stronie salonu. Mężczyzna ma brunatną brodę jak mój ojciec, ale jego zęby są trochę zbyt wydatne. Spiczaste małżowiny uszne dwojga nieznajomych są przekłute ćwiekami, a oni sami obwieszeni są łańcuchami i biżuterią.

Matka siada na prawo od ojca. Pomagam Ryattowi usiąść na jego krzesełku, po czym zajmuję miejsce między rodzicami. Na środku stołu stoi bukiet czerwonych kwiatów, który częściowo zasłania mi nieznajomych.

Cieszę się, że ktoś go tam ustawił; wolę być choć trochę niewidoczny.

Ojciec, stryj i dwoje przybyszów nie przerywają rozmowy, kiedy do nich dołączamy, i to też mnie cieszy. Gdy stryj Iberik był u nas ostatnio na kolacji, przez cały wieczór powtarzał, że powinienem jeździć już na polowania, a wychowywanie wydelikaconego syna to błąd.

Teraz posyła mnie i mojej matce typowe wzgardliwe spojrzenie. Mam chęć odpowiedzieć mu tym samym, ale nim zdążę mu się narazić, rozprasza mnie dziwne ukłucie pomiędzy łopatkami.

Po chwili zjawia się sługa i stawia przed nami talerze, a Ryatt natychmiast robi skwaszoną minę. Nachylam się w jego stronę i kładę mu na kolanach serwetkę, by korzystając z okazji, spojrzeć na niego porozumiewawczo. Gdy widzi wyraz mojej twarzy, zaraz przestaje się dąsać i sięga po widelec. Jest wybredny i pod nieobecność ojca matka pozwala mu wybierać, co zje. Dziś jednak nie może wybrzydzać.

Gdy pokornie i bez słowa sprzeciwu przeżuwa pierwszy kęs gotowanego szpinaku, oddycham z ulgą, po czym sam zabieram się do jedzenia.

Byłem tak zaniepokojony, że brat wpakuje nas w tarapaty, że nie zwracałem w ogóle uwagi na toczącą się przy stole rozmowę. Przypominam sobie o niej dopiero, gdy zauważam kątem oka, że siedząca obok mnie matka cała sztywnieje.

– Oczywiście, rozumiem – mówi nieznajomy mężczyzna, trzymając w rękach sztućce i nie przerywając jedzenia. – To istotny argument.

– Otóż to, Tobirze – odpowiada stryj Iberik. – Lojaliści od lat trwają przy tym poglądzie i to dlatego tak naprawdę wygraliśmy wojnę. Osobiście cieszę się, że stary król zburzył most i nie pozwalamy już Oreanom wchodzić swobodnie do Annwynu. Tak właśnie należało postąpić.

Nie mogę się powstrzymać, by nie zerknąć na matkę. Ta siedzi ze wzrokiem utkwionym w talerzu i mocno ściska w dłoni widelec.

Uczyłem się o wojnie i zburzeniu mostu na lekcjach historii, ale dosyć mnie one nudziły. Mój nauczyciel wciąż powtarzał, jacy źli są Oreanie. Ciągle musiałem słuchać o tym, że wszczynali spory, przejadali zasoby Annwynu i usiłowali zająć go dla siebie, bo tutaj mogli żyć dłużej.

Wolę, kiedy to mama mówi mi o Orei. Pochodzi stamtąd i była jedną z ostatnich osób, które przekroczyły most. Czasem, kiedy układa mnie i Ryatta do snu, udaje nam się ją namówić, żeby opowiedziała nam coś o swojej krainie. Kiedy o niej mówi, zawsze wygląda inaczej. Robi się czulsza i smutnieje.

Wiem, że tęskni za Oreą.

– Nic dodać, nic ująć – odpowiada rudowłosa. – Według mnie Oreanie, którzy tu pozostali, mieli mnóstwo szczęścia. Nie objęło ich nowe prawo, pozwolono im tu żyć, zyskali nieprzeciętnie długie życie… Nie wspominając już o tym, że po stuleciach zawierania mieszanych małżeństw część z nich posiadła magiczne moce. Powinni być wdzięczni losowi.

– Zgoda, Netalo – przytakuje Tobir, by zaraz, dzwoniąc widelcem o zęby, wepchnąć sobie do ust potężny kęs mięsa.

Netala przekrzywia głowę. Wredne spojrzenie jej oczu wędruje ponad stołem ku mojej matce i jej obłym małżowinom usznym. Ryatt ma uszy po niej, ja po ojcu. Do czasu bardzo się cieszyłem ze swoich spiczastych uszu – chociaż o nie ojciec nie mógł się mnie czepiać.

– I ty masz magiczną moc – zagaja Netala.

Widzę, jak mama zerka w stronę ojca. Nie podoba mu się zwykle, gdy mówi o swojej magii. Nie mam pojęcia dlaczego. Magia mamy jest najlepsza.

– Tak, ma. – Ojciec poprawia się na siedzisku. – Moja Elore jest niezwykła.

– A co takiego potrafi? – dopytuje zaintrygowany Tobir.

Mój ojciec patrzy na dwoje przybyszów.

– Pokaż im, Elore – prosi po chwili.

Moja matka nerwowo ściska pod stołem kolana.

– Akurat w tej chwili nie czuję… – zaczyna nieśmiało, jednak milknie natychmiast, skarcona wściekłym spojrzeniem ojca. Zwraca się pokornie w stronę Tobira i zamyka oczy, a ja i mój brat patrzymy na nią zachwyceni. Gdy unosi powieki, po zieleni jej tęczówek nie ma śladu; jej oczy pełne są teraz ledwie dostrzegalnych liter pradawnego alfabetu.

Siedząca naprzeciw Netala wzdycha z wrażenia.

– Jej oczy… – szepcze.

– Elore jest wróżbitką. – Ton mojego ojca jest pyszałkowaty. – Potrafi odgadywać słowa bogów.

Netala i Tobir wpatrują się w nią wielkimi oczami. Ja sam nie więcej niż dwadzieścia razy widziałem, jak mama korzysta z magii. Wiem jednak, że kiedy mnie i brata nie ma w domu, ojciec regularnie ją o to prosi.

Wpatruję się teraz w wirujące w jej oczach znaki i jej spokojną, rozluźnioną twarz. Ryatt tak samo jak ja ani na moment nie odrywa od niej wzroku. Uwielbiam patrzeć na mamę, kiedy wróży, ale wiem, że korzystanie z magii bardzo ją męczy.

Po chwili ciągi znaków w jej oczach nieruchomieją, a jej niesamowite spojrzenie wędruje ku Tobirowi. Ten nerwowo wciąga powietrze.

– Od posłańca w czerwieni usłyszysz dwa zdania prawdy i jedno kłamstwo. Decydując, w co uwierzyć, wybierzesz źle. – Głos matki jest niższy niż na co dzień, jak zawsze, gdy przepowiada przyszłość, a ja jak zwykle w takich chwilach dostaję gęsiej skórki.

Po chwili mama mruga powiekami, a przedziwne znaki znikają z jej tęczówek, które znów stają się zielone.

Tobir marszczy brwi i przez chwilę wpatruje się w naszą matkę, jakby odtwarzał w głowie jej słowa.

– Co to ma znaczyć? – pyta w końcu.

– Bywa, że przepowiednie Elore nie od razu są zrozumiałe – wyjaśnia mój ojciec.

– Więc to dlatego wziąłeś sobie za żonę Oreankę, Stantonie… – mówi Netala. – Czy potrafiła przewidzieć wynik wojny?

Ojciec kręci przecząco głową.

– Elore potrafi przewidzieć tylko to, co spotka pojedyncze osoby, nie całe krainy. Czasem wywróży, że ktoś kupi kosz robaczywych jabłek, a czasem… coś istotniejszego.

– Bardzo jestem ciekawa, co wywróżyła tobie. – Oczy zafrapowanej Netali aż błyszczą.

Moja matka nieruchomieje.

Na twarzy mojego ojca maluje się gniew – jest jak ohydny śluz, który jednak w mgnieniu oka zostaje starty.

– Mojej przyszłości jeszcze nie przepowiadała – odpowiada ojciec swobodnie. Ja jednak nie nabieram się na jego nonszalancki ton. Stara się robić wrażenie spokojnego, ale skrywa w głębi coś, co przyprawia mnie o ciarki.

Netala kiwa głową i bierze do ust kolejny kęs.

– Twój dar robi wrażenie, Elore – mówi po chwili, unosząc wzrok i wciąż przeżuwając. – Ktoś z twoich przodków musiał być związany z naprawdę potężnym Fae. Byłaś chyba wśród ostatnich Orean, którzy weszli do Annwynu?

Moja matka spuszcza nieco głowę.

– Tak, zgadza się.

– Sprowadzenie ostatniej grupy Orean było jednym z warunków, na jakich zgodziłem się opowiedzieć za wojną – wyjaśnia mój ojciec. – Cała moja służba to Oreanie, układ służy obu stronom. Oni zyskali długie życie, a ja długowieczny personel.

Z trudem powstrzymuję grymas. Nie znoszę, kiedy ojciec mówi takim tonem o mamie i pozostałych. W milczeniu drapię skórę na przedramieniu, próbując nie dać po sobie poznać zdenerwowania. Mama zaciska wargi, a ja sięgam pod stół i delikatnie poklepuję ją po dłoni. Ona też czasem tak robi, gdy zauważy, że ojciec sprawił mi przykrość. Teraz zerka w moją stronę, a wyraz jej twarzy na moment łagodnieje.

– Stantonie, twoi synowie są wypisz wymaluj jak Elore. – Choć Netala się uśmiecha, wcale nie wydaje się serdeczna. Strasznie złości mnie też, gdy ktoś zamiast zwracać się do mojej matki, mówi o niej do innych. Niestety – zdarza się to od dawna. Większość odwiedzających mojego ojca Fae jest wobec matki nieuprzejma.

A przecież to nie jej wina, że ojciec wypatrzył ją w Orei i sprowadził tutaj. Nie jest winna temu, że urodziła się Oreanką. Swoją drogą, nie wiem, dlaczego ma to w ogóle jakieś znaczenie. Nie wiem też, co to za różnica, że ja i Ryatt nie jesteśmy Fae pełnej krwi. Nasza matka udowodniła przed chwilą, że posiada własną, imponującą moc. Jej magia jest potężniejsza niż u większości Fae mieszkających w naszym mieście. Naprawdę więc nie powinni traktować jej z góry.

Biorę do ust kęs, chcąc żuciem ukoić trochę nerwy. Zaraz jednak krzywię się jak Ryatt, kiedy dostanie coś, czego nie znosi. Danie smakuje dziwnie, jakby przed podaniem odstawiono je na bardzo długo. Próbuję też gotowanych jabłek, ale te z kolei są mączyste i nienaturalnie słodkie – smakują, jakby zaczynały się psuć. Paskudztwo!

– Owszem – odpowiada po chwili mój ojciec. – Ale nic w tym złego. Elore to przepiękna kobieta władająca potężną magią. Dlatego ją wybrałem.

Moja matka porusza się nerwowo, a ja znów muszę podrapać się po przedramieniu.

– Oby jednak chłopcy nie wszystko odziedziczyli po matce – wtrąca ze śmiechem stryj Iberik, bawiąc się kielichem z winem.

– Mhm, słusznie – odpowiada Tobir, nie przestając żuć. – Widziałem niejeden mieszany związek, w którym u dzieci nie wykształciła się moc. Coś strasznego.

– Obaj moi synowie będą ją mieć. – Słowa mojego ojca są jak strzał z bicza. To ostrzeżenie dla każdego, kto śmiałby się z nim nie zgodzić.

– Ależ oczywiście – uśmiecha się Netala. – Jestem zresztą pewna, że mają w sobie więcej z Fae niż z Orean. Elore ma faeński dar jasnowidzenia, a ty jesteś przecież Kruszycielem. Najpotężniejszym po królu Fae w całym Annwynie.

Ryatt wierci się nerwowo na krzesełku, a ja mam chęć zrobić to samo.

Kruszyciel – tak wszyscy nazywają mojego ojca. W pełni zasłużenie, bo takie właśnie działanie ma jego moc. Na własne oczy widziałem, jak roztrzaskiwał skały, gruchotał palce i łamał kark choremu koniowi. Byłem też świadkiem, jak swoją magią skruszył dach całego budynku.

Jego magia jest przerażająca.

Nim przeszedł w stan spoczynku, burzył dla króla całe miasta. To od niego dostał tę posiadłość. To dlatego mamy czterdzieści trzy pokoje i służbę. Dlatego też ojcu wolno było tuż przed zburzeniem mostu udać się ostatni raz do Orei i ściągnąć stamtąd ludzi. Zaraz po jego powrocie król raz na zawsze odgrodził od siebie nasze światy.

Przejawem specjalnego traktowania było też to, że ojciec mógł wziąć sobie Oreankę za żonę.

A jednak – choć nasza matka mieszka tu od lat i urodziła dwóch synów półkrwi Fae – mieszkańcy Annwynu wciąż nie chcą widzieć w niej równej sobie.

Gdy pozostali kontynuują rozmowę, ona, ja i mój brat jemy w milczeniu. Każdy kolejny kęs jest tak samo ohydny, ale nie śmiem choćby się skrzywić. Nikt inny nie wybrzydza, a nie chcę, by ojciec zobaczył, że jako jedyny nie jem.

W końcu służba zbiera ze stołu talerze, a ja mogę odłożyć widelec. Trochę mnie mdli, ale cieszę się, że już po wszystkim. Cała usługująca nam pomoc domowa to Oreanie, jak moja matka. Wydaje mi się, że czasem ma wobec nich wyrzuty sumienia.

Gdy jeden ze służących, Jak, sięga po talerz mojej matki, ta uśmiecha się do niego ciepło. Służący odpowiada jej tym samym. Wszyscy pracujący w domu Oreanie ją kochają – nie wiem, czy bardziej dlatego, że jest ich rodaczką, czy dlatego, że okazuje im życzliwość, a pod nieobecność ojca traktuje bardziej jak rodzinę niż służbę.

Ojciec i goście postanawiają na szczęście pójść do saloniku na fajkę i coś mocniejszego. Mama ma położyć nas teraz spać. Cieszę się, że mamy gości z głowy, ale wciąż jestem zły i smutny. Brwi mamy są wciąż zmarszczone, Ryatt dalej patrzy na wszystko spode łba.

Jednak kiedy jesteśmy już gotowi do snu, mama siada na krześle pomiędzy naszymi łóżkami i zaczyna opowiadać nam o Orei – krainie podzielonej na siedem królestw, gdzie ludzie przed spotkaniem z Fae nie znali nawet magii. Słuchając jej, myślę sobie, że to nieważne, że Oreanie rodzili się kiedyś bez mocy. Miejsce, o którym opowiada mama, i tak wydaje mi się czarodziejskie.

Powieki coraz bardziej mi ciążą. Ziewając, układam głowę na poduszce.

– Wiesz, mamo – mówię sennym głosem – gdyby nie zburzono mostu, zabrałbym cię z powrotem do Orei.

Jestem już zbyt śpiący, by otworzyć oczy, ale słyszę jeszcze jej odpowiedź.

– Wiem, Slade. – Głos mamy brzmi jednocześnie smutno i radośnie. – Wiem, że byś to zrobił.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz