59,90 zł
Każdy w tej książce znajdzie pytanie, które sam chciałby zadać, a co ważniejsze – uzyska na nie mądrą odpowiedź. W książce znajdują się odpowiedzi między innymi na następujące pytania:
Dlaczego Polacy świętują 11 listopada, a nie 4 czerwca?
Czym różni się szef partii politycznej od szefa korporacji?
Czy jesteśmy społeczeństwem ludzi wyjątkowo marudnych?
Dlaczego zło jest silniejsze od dobra?
Kiedy nasz umysł bezlitośnie nas oszukuje?
Dlaczego sądów moralnych nie można traktować poważnie?
Czy demokracja liberalna przeżywa tylko chorobę, czy fundamentalny kryzys?
Czy żyjemy w „międzyepoce” i co po niej nastąpi?
Dlaczego dziś prawica wygrywa, a lewica przegrywa?
Czy moralność opiera się na krzywdzie?
Czy kult rozumu jest wielkim złudzeniem myśli Zachodu?
Czy kobiety z natury są gorsze z matematyki?
Dlaczego ludzie z góry zakładają, że są uczciwi?
Dlaczego wszyscy ludzie mają zawyżoną samoocenę?
Czy można wierzyć badaniom psychologicznym?
Czy Philip Zimbardo sfałszował swój słynny „eksperyment więzienny”?
Czy pewne zaczątki odróżniania dobra od zła przynosimy ze sobą na świat?
Czy mózg ma płeć?
Ludzie od tysięcy lat spoglądali w niebo, starając się przeniknąć tajemnice gwiazd. Tymczasem psychologia istnieje od zaledwie stu dwudziestu lat, tak jakby to, co tuż obok, pod ręką, w naszym bliskim otoczeniu, nie było aż tak interesujące. A przecież świat – zarówno ten wokół nas, jak i ten w naszych umysłach – staje się coraz bardziej skomplikowany i wciąż stawia przed nami nowe wyzwania. Do tego, by choć trochę go zrozumieć, nie wystarczy nam zdrowy rozsądek ani nasze jednostkowe doświadczenie. Potrzebna jest także dobrze udokumentowana wiedza, między innymi ta płynąca z badań psychologów.
O tym, co psychologia ma dziś do powiedzenia na temat władzy, polityki i moralności, kobiet i mężczyzn, dobrych i złych ludzi, naszych zachowań, decyzji i wyborów (nie tylko politycznych), oraz o wielu innych sprawach z profesorem Bogdanem Wojciszke rozmawia Marcin Rotkiewicz.
Bogdan Wojciszke – profesor psychologii, członek rzeczywisty PAN, pracownik Uniwersytetu SWPS (Sopot), stypendysta Fundacji Humboldta i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Zainteresowania badawcze: spostrzeganie ludzi, wartości, dynamika związków interpersonalnych, psychologia moralności. Opublikowa 10 książek (między innymi Teoria schematów społecznych, Procesy oceniania ludzi, Psychologia miłości, Psychologia społeczna, Agency and Communion in Social Psychology) i ponad 160 artykułów naukowych.
Marcin Rotkiewicz – dziennikarz naukowy, od 2001 roku pracuje w tygodniku „Polityka”. Absolwent dziennikarstwa i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz stypendysta Knight Science Journalism Program w Massachusetts Institute of Technology (USA). Popularyzuje wiedzę przede wszystkim na temat biotechnologii, ewolucji człowieka i neuronauki. Interesuje się również teoriami pseudonaukowymi i spiskowymi. Trzykrotnie otrzymał wyróżnienie w konkursie Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych na najlepszy artykuł popularnonaukowy. Opublikował wywiad rzekę z prof. Jerzym Vetulanim Mózg i błazen oraz książkę W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki, za którą otrzymał nagrodę Redaktorów Portalu „Mądre Książki”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 256
Bogdan Wojciszke Marcin Rotkiewicz
HOMO nie całkiem SAPIENS
Copyright © 2024 by Bogdan Wojciszke, Marcin Rotkiewicz and Wydawnictwo Smak Słowa
Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Edytor: Anna Świtajska
Opracowanie redakcyjne: Małgorzata Jaworska
Korekta: Anna Mackiewicz
Opracowanie graficzne i skład: Intergraf Gdańsk
Okładka i strony tytułowe: Mira Larysz
ISBN: 978-83-67709-30-9
Wydanie drugie
Druk: Drukarnia Abedik
Smak Słowa
ul. Bohaterów Monte Cassino 6A
81-805 Sopot
tel. 507-030-045
www.smakslowa.pl
Ta książka początkowo miała być rozmową o psychologii – pasjonującej dziedzinie nauki, która tak dynamicznie rozwija się od przeszło wieku. Jej pierwszy rozdział dotyczy jednak czegoś innego – spojrzenia, choć w dużym stopniu przez pryzmat psychologii, na ostatnie wydarzenia na świecie i w Polsce.
Pracę nad książką zaczęliśmy bowiem w sierpniu 2015 roku. Ponieważ nasze kolejne rozmowy odbywały się w dość dużych odstępach czasu, za każdym razem mieliśmy wrażenie, że spotykamy się w innej rzeczywistości społeczno-politycznej. Zmiana ekipy rządzącej w Polsce, walka polityków o podporządkowanie sobie Trybunału Konstytucyjnego, a następnie Sądu Najwyższego, przekształcenie mediów publicznych w propagandową tubę jednej opcji politycznej, kampania wrogości wobec uchodźców i obcych oraz rosnące podziały polityczne wśród Polaków, a także masowe protesty społeczne – to tylko część tego, czego byliśmy świadkami.
Również na świecie działo się sporo, i to, niestety, niepokojących rzeczy. Na Węgrzech następował dalszy odwrót od liberalnej demokracji, w USA prezydentem został równie nieprzewidywalny, co zakochany w sobie celebryta i populista Donald Trump, a Francja była bliska wyboru antyeuropejskiej nacjonalistki na swego prezydenta. Wielka Brytania postanowiła opuścić przeżywającą kryzys Unię Europejską, a Włosi oddali władzę w ręce populistów.
Wszystko to sprawiało – i nadal sprawia – wrażenie, że w świecie Zachodu dzieje się coś bardzo ważnego i jednocześnie niepokojącego, ale trudnego do zdiagnozowania. Że żyjemy w „międzyepoce”, z której nie wiadomo co się wyłoni. I nie wiemy, czy liberalna demokracja przeżywa jedynie chorobę, co prawda z wysoką gorączką, ale stosunkowo krótką, czy też jakiś fundamentalny kryzys rozsadza ją od środka.
Niełatwo jest odpowiedzieć na te pytania, czego dowodzi wielość pojawiających się hipotez politologów, filozofów, psychologów społecznych i socjologów. Nie chcieliśmy tego wszystkiego zignorować i rozmawiać wyłącznie o psychologii. Stąd pierwszy rozdział, który jest próbą spojrzenia przez psychologa społecznego na to, co się wokół nas dzieje, i przynajmniej częściowego zdiagnozowania sytuacji. Pozostałe rozdziały dotyczą już wyłącznie interesujących i ważnych koncepcji psychologicznych. Warto jednak podkreślić, że do zrozumienia tego, z czym obecnie mamy do czynienia na świecie, bardzo może się przydać Czytelnikom rozdział drugi, w którym rozmawiamy o władzy i jej wpływie (często niedobrym) na postawy, przekonania i działania ludzi. Staramy się także omówić zjawisko „zepsucia przez władzę”, opierając się na naprawdę fascynujących wynikach badań psychologów.
Rozdział trzeci dotyczy z kolei narzekania, głównie Polaków. I tu również pojawiają się wątki, które mogą być istotne dla zrozumienia naszych politycznych wyborów, nie tylko tych z ostatnich lat.
Dwa następne rozdziały (czwarty i piąty) poświęcamy niezwykle ważnemu dla życia społecznego tematowi: moralności. Omawiamy go tak obszernie, ponieważ najnowsze koncepcje psychologii moralności – przede wszystkim głośna teoria amerykańskiego profesora Jonathana Haidta, którego książka Prawy umysł jest uznawana za jedną z najbardziej inspirujących i dyskusyjnych publikacji ostatnich lat – wydały nam się godne osobnego potraktowania. Tu również pojawia się wątek bieżącej sytuacji politycznej, gdyż Haidt stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w ostatnich latach prawica lepiej sobie radzi z pozyskiwaniem wyborców niż zanikająca lewica.
Chyba najbardziej niepolitycznym (choć też nie do końca) rozdziałem naszej książki jest rozdział szósty, poświęcony różnicom i rolom płciowym. To gorący temat ostatnich dekad, w którym przewija się między innymi pytanie, czy mózg ma płeć i co z tego miałoby wynikać. Profesor Bogdan Wojciszke w tej części książki stara się odpowiedzieć na pytanie, jakie są różnice między kobietami a mężczyznami, a także w jakim stopniu są one istotne. Jak duży wpływ wywiera na to biologicznie ukształtowana natura człowieka, a jak istotny okazuje się wkład kultury. W kontekście spolityzowanej ostatnio dyskusji o gender ten rozdział powinien Czytelnikom pomóc się rozeznać, co jest mitem, a co faktem w kwestii różnic płciowych.
Rozdział siódmy, przedostatni, to opowieść profesora Bogdana Wojciszke o jego własnej koncepcji sprawczości i wspólnotowości, za której sformułowanie otrzymał w 2016 roku najbardziej prestiżową nagrodę naukową w naszym kraju, czyli przyznawanego przez Fundację na Rzecz Nauki Polskiej tak zwanego „polskiego Nobla”. Owa „sprawczość i wspólnotowość” to dwa bardzo ważne wymiary, na których każdy z nas ocenia otaczający świat społeczny, interpretuje zachowania swoje i bliźnich. Za ich pomocą decyduje też, czy kogoś polubi i obdarzy szacunkiem, oraz postrzega wszelkie grupy i kategorie społeczne: od kobiet i mężczyzn po biednych i bogatych.
W ostatnim, ósmym rozdziale książki postanowiliśmy poprowadzić rozmowę tak, by omówić najciekawsze teorie psychologii. Przede wszystkim te, które w istotny sposób wpłynęły na tę dziedzinę nauki. Znalazły się w nim również budzące spore kontrowersje kwestie, jak choćby problem replikacji wyników badań, czyli powtarzania eksperymentów przez inne zespoły psychologów, by sprawdzić, czy rzeczywiście dają one takie same wyniki. Jest z tym kłopot w psychologii społecznej (i nie tylko), gorąco dyskutowany w ostatnich latach.
Mamy ogromną nadzieję, że tak bogaty zestaw ważnych i ciekawych tematów będzie dla naszych Czytelników wartościową i wciągającą lekturą. Przy czym chcielibyśmy podkreślić, że nie jest to książka skierowana wyłącznie czy przede wszystkim do psychologów, ale do każdej osoby zainteresowanej otaczającym światem bez względu na posiadane wykształcenie. Dlatego staraliśmy się mocno, by wszystko zostało opowiedziane w jasny i interesujący sposób, aczkolwiek bez zbędnego upraszczania czy spłycania tematów.
Na koniec chcielibyśmy gorąco podziękować Ani Świtajskiej, szefowej wydawnictwa Smak Słowa, która namówiła nas do tej długiej rozmowy o psychologii (i nie tylko) oraz podjęła trud wydania niniejszej książki.
Autorzy
PLANOWAŁEM ZACZĄĆ NASZĄ ROZMOWĘ OD CZEGOŚ ZUPEŁNIE INNEGO…
Od czego?
CHCIAŁEM OD RAZU PRZEJŚĆ DO ZAGADNIEŃ PSYCHOLOGII I PAŃSKICH BADAŃ. TYLKO ŻE ŚWIAT TYMCZASEM ZACZĄŁ SIĘ ROZPADAĆ…
Świat w ruinie, zupełnie jak Polska w 2015 roku.
O ILE HASŁO WYBORCZE PRAWA I SPRAWIEDLIWOŚCI MOŻNA POTRAKTOWAĆ WYŁĄCZNIE JAKO POLITYCZNĄ PROPAGANDĘ – BO ROZUMIEM, ŻE DO TEGO PAN NAWIĄZUJE – O TYLE PROCESY ZACHODZĄCE W KRAJACH ZACHODNICH MOCNO NIEPOKOJĄ. PRACUJĄC NAD NASZĄ KSIĄŻKĄ, PO RAZ PIERWSZY ROZMAWIALIŚMY W 2015 ROKU, A PÓŹNIEJ – W TRZECH KOLEJNYCH LATACH. KIEDY PATRZĘ NA TE DATY, TO STWIERDZAM, ŻE KAŻDE NASZE SPOTKANIE ODBYWAŁO SIĘ W MOCNO ZMIENIONEJ RZECZYWISTOŚCI – ZARÓWNO NA KRAJOWYM PODWÓRKU, JAK I GLOBALNIE. W POŁOWIE 2015 ROKU PREZYDENTURA DONALDA TRUMPA BYŁA JESZCZE CZYMŚ TRUDNYM DO WYOBRAŻENIA, PODOBNIE JAK OPUSZCZENIE UNII EUROPEJSKIEJ PRZEZ WIELKĄ BRYTANIĘ. FRANCJA ZAŚ WYDAWAŁA SIĘ PODĄŻAĆ W KIERUNKU NACJONALIZMU I KSENOFOBII. TYLKO W TYM OSTATNIM WYPADKU NIEPOKOJĄCY TREND ULEGŁ ZATRZYMANIU. W PRZEŁOMOWYM 1989 ROKU MIAŁEM 17 LAT, WIĘC WCHODZIŁEM W DOROSŁOŚĆ W ATMOSFERZE TRYUMFU LIBERALNEJ DEMOKRACJI. HISTORIA MIAŁA WRĘCZ SIĘ NA NIEJ ZAKOŃCZYĆ, JAK GŁOSIŁ FRANCIS FUKUYAMA. TYMCZASEM DZIŚ TO LIBERALNA DEMOKRACJA WYDAJE SIĘ W ODWROCIE. JAK PSYCHOLOG SPOŁECZNY PATRZY NA TE PROCESY? SKĄD TEN RADYKALNY ZWROT?
To, co obserwujemy w tej chwili w Polsce, jest naszym lokalnym i specyficznym odpryskiem pewnych zjawisk mniej czy bardziej globalnych, bo dotyczących szeroko pojętej cywilizacji zachodniej. Gdybym miał to, co się dzieje, ująć w jednym zdaniu, powiedziałbym: skończyło się pewne marzenie.
JAKIE?
Że będzie nam się żyć coraz lepiej. Przez ostatnie ponad pół wieku prawie każdy mieszkaniec Zachodu mógł powiedzieć o sobie, że wiedzie mu się lepiej niż jego rodzicom. I to się bardzo wyraźnie skończyło. Dlatego ludzie nie odczuwają już optymizmu skierowanego w przyszłość, mają niewiele nadziei.
CO SIĘ TAKIEGO STAŁO? NIE JEST JUŻ MOŻLIWY DALSZY WZROST EKONOMICZNY, SYSTEM PRZESTAŁ BYĆ WYDOLNY, ZAWINIŁA GLOBALIZACJA CZY MOŻE CHODZI O SUBIEKTYWNE ODCZUCIA LUDZI?
Bardzo zmienia się świat, zmieniają się źródła wiedzy o nim, a w konsekwencji i ludzkie oczekiwania. Zmienił się rynek pracy – drastycznie spadł popyt na pracowników, którzy oferują jedynie siłę mięśni i hart ducha. Nie tylko dlatego, że takie słabo dziś opłacane miejsca pracy przeniosły się do Azji, lecz także dlatego, że ludzie zostali zastąpieni tańszymi maszynami. Dzisiaj gwoździe wbijają maszyny, maszyny wytwarzają te gwoździe, a jeszcze inne maszyny wytwarzają owe maszyny. Kiedyś to wszystko robili słabo wykwalifikowani mężczyźni, którzy teraz są mało potrzebni i kiepsko opłacani. To fakt, ale i metafora współczesności.
WIĘC LUDZIE GŁOSOWALI PO PROSTU NA TYCH, KTÓRZY OBIECUJĄ, ŻE ROZWALĄ TEN SYSTEM, A NASTĘPNIE PRZYWRÓCĄ DAWNE, ZŁOTE CZASY?
Tak, to widać zarówno w Polsce, jak i w USA. Ale faktyczny stan świata to nie wszystko, bo na przykład w Stanach nierówności dochodów są duże i szybko rosną, podczas gdy w Polsce są nieduże i raczej stoją w miejscu. Mimo to większość Amerykanów uważa świat za sprawiedliwie urządzony, większość Polaków zaś – za niesprawiedliwy. Ważny jest także obraz świata i to, skąd się on bierze. Współcześni ludzie czerpią informacje albo z telewizji (starsi), albo z internetu (młodsi). Oba te źródła są co prawda łatwe i tanie – i pewnie dlatego tak popularne – ale bardzo wybiórcze, a przez to mylące. Dobrze wiadomo, że za pomocą telewizji właściwie nie sposób przekazać jakichkolwiek skomplikowanych treści szerszemu audytorium. Ci, którzy tam się pokazują, nie powinni nawet używać zdań złożonych, bo część widowni odpłynie już na inny kanał. Zresztą większość już jest na tym innym kanale.
Z kolei internet okazuje się niesłychanie selektywny. Nasi znajomi podpowiadają nam jedynie te treści, które akceptujemy, a przeglądarki – tylko to, co można nam sprzedać albo co już oglądaliśmy. Na przykład ja, z racji wieku i korzystania ze słowników internetowych, ciągle otrzymuję informacje o kursach języków obcych dla seniorów i cudownych lekarstwach na przypadłości, które miewa moja grupa wiekowa. Przeciętny dwudziestolatek dowiaduje się z tego samego źródła czegoś zupełnie innego, więc żyjemy w innych światach i stajemy się odrębnymi plemionami. W dodatku żaden z nas nie wie, jak się przedstawia prawdziwość tych informacji, co przecież jest sprawą zasadniczą.
Zarówno telewizja, jak i internet sprawiają wrażenie bezpośredniego, wręcz namacalnego kontaktu z pokazywanymi ludźmi i zdarzeniami. To ma oczywiste zalety edukacyjne czy estetyczne, ale ma też swój rewers w postaci rosnących aspiracji, szczególnie konsumpcyjnych. Ta plaża z reklamy Malediwów wydaje się tak odczuwalnie gorąca, a elegancja księcia Williama i jego gości – tak bliska, że i mnie się należą takie stro- je, skoro są na wyciągnięcie ręki.
MYŚLI PAN, ŻE POLAKÓW NAPRAWDĘ FRUSTRUJE KSIĄŻĘ WILLIAM?
Frustruje nas, że nie mamy kogoś takiego. Anglicy kochają swojego księcia, natomiast Polacy nie lubią swojego państwa ani się z nim nie utożsamiają.
DLACZEGO?
Dlatego, że przez ostatnich 250 lat było ono rzeczywiście obce i wrogie. Rządzili jacyś „oni” z krajów ościennych lub ich mianowańcy. Nacjonalizmy w Europie kształtowały się w XIX wieku za sprawą elit poszczególnych narodów, a u nas, z powodu braku własnego państwa, przybrało to szczególną postać: polskość oznaczała antypaństwowość i antysystemowość. Przykładem tego paradoksu jest rządząca obecnie partia Prawo i Sprawiedliwość, która pozostaje antysystemowa nawet wówczas, gdy sama staje się systemem. Widać to było bardzo wyraźnie już za czasów jej pierwszych rządów, w latach 2005–2007.
A TERAZ DO TEGO WRACA ZE ZDWOJONĄ SIŁĄ.
I jest jeszcze bardziej absurdalnie, bo PiS ma pełnię władzy, ale nie przestaje być antysystemowe, a w związku z tym staje się destruktywne dla państwa – na przykład niszcząc takie instytucje, jak Trybunał Konstytucyjny, publiczne media, czy uderzając w niezależność sądownictwa. Bierze się to również z bardzo anachronicznej wizji, na czym polega rządzenie i uprawianie polityki. Że w zasadzie sprowadzają się one do maksymalizowania władzy polityków, co stoi w sprzeczności z istotą demokracji. Jej podstawą jest bowiem wyraźne rozgraniczenie trzech rodzajów władzy: sądowniczej, wykonawczej i ustawodawczej, które nawzajem się kontrolują i ograniczają. Anglosasi nazywają to systemem checks and balances, co świetnie widać w ustroju Stanów Zjednoczonych. PiS zupełnie tego nie rozumie. Dla niego im władza silniejsza, tym lepsza. Oczywiście, dopóki do niego należy, choć przecież nie będzie należeć wiecznie. Tymczasem w demokracji zbyt silne rządy są szkodliwe dla społeczeństwa i instytucji obywatelskich, samorządów czy organizacji pozarządowych. Dlatego właśnie co cztery lata odbywają się wybory nowych władz.
DLACZEGO PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ ODNIOSŁO PODWÓJNY SUKCES W 2015 ROKU, WYGRYWAJĄC WYBORY PREZYDENCKIE I PARLAMENTARNE? OCZYWIŚCIE PYTAM, CZYNIĄC ZASTRZEŻENIE, ŻE OWO ZWYCIĘSTWO NIE BYŁO AŻ TAK SPEKTAKULARNE, JAK TO RZĄDOWA PROPAGANDA ZWYKŁA PRZEDSTAWIAĆ. PIS NIE RZĄDZIŁOBY SAMODZIELNIE, GDYBY NA PRZYKŁAD ZJEDNOCZONA LEWICA NIE ZAREJESTROWAŁA SIĘ JAKO KOALICJA Z WYMOGIEM PRZEKROCZENIA OŚMIOPROCENTOWEGO PROGU WYBORCZEGO. TYMCZASEM DOSTAŁA 7,55 PROCENT GŁOSÓW I ZNALAZŁA SIĘ POZA SEJMEM. KOMENTATORZY TWIERDZĄ TEŻ, ŻE SUKCES PIS TO REZULTAT NATURALNEGO ZMĘCZENIA OŚMIOLETNIMI RZĄDAMI KOALICJI PO–PSL ORAZ TRAFIONEGO PROGRAMU 500+. CO PAN O TYM SĄDZI?
Zgoda, że częściowo był to zbieg przypadków. Ale moim zdaniem ważną rolę odegrał też pewien typ elektoratu. W każdym społeczeństwie znajdziemy 20–30 procent ludzi o otwartych umysłach, którzy są ciekawi świata, odmienności, różnorodności, i tyleż samo tych z zamkniętymi głowami. Do tych drugich PiS zawsze się odwoływało i robi to nadal. Ta część społeczeństwa nie jest wielka, bo na PiS głosowało przecież niespełna 19 procent osób pełnoletnich, ale to wystarczyło w obliczu obojętności niemal połowy wyborców, którzy nie zechcieli zagłosować. Spora część owego elektoratu to ludzie „zwarci i gotowi”. Taki osobliwy odłam Polaków, bardzo łatwo utożsamiający się z PiS. Partią, która rękami jej prezesa, Jarosława Kaczyńskiego, została tak ukształtowana, by świetnie pasować do tego elektoratu. Kaczyński zresztą sam się zmienił w tym kierunku – na przykład kiedyś zachowywał spory dystans do Kościoła katolickiego, a dziś jest z nim w ścisłym sojuszu. Politycy PiS wcale nie musieli w trakcie kampanii nadymać się i udawać, że są kimś innym. Po prostu podobają się pewnemu elektoratowi, gdyż stanowią jego emanację – tej części społeczeństwa, która prawie nie zna świata zewnętrznego, bo też niespecjalnie chce go poznać. A skoro nie zna, to go nie lubi, nie rozumie i się go boi.
CZYLI LĘK MÓGŁ ODEGRAĆ ISTOTNĄ ROLĘ W WYBORACH Z 2015 ROKU?
Jedną z podstawowych prawidłowości rządzących poglądami politycznymi jest to, że jak się pojawia zagrożenie, a nawet sam lęk bez realnego niebezpieczeństwa, to następuje przesunięcie poglądów w prawo, w kierunku konserwatyzmu. Bo to daje większe poczucie pewności, szczególnie gdy jednoczymy się z podobnymi sobie. Wiele badań dowodzi, że ludzie dostrzegający większe zagrożenie dla swojej grupy zaczynają wyznawać bardziej prawicowe poglądy i marzyć o powrocie do „złotych czasów” z przeszłości. Przykładem tego jest atak terrorystyczny w Madrycie w 2004 roku. Jeden z hiszpańskich kolegów akurat prowadził wtedy badania nad poglądami politycznymi stu czy dwustu osób. I po zamachu zbadał kolejne setki ludzi, co wykazało bardzo wyraźne przesunięcie poglądów właśnie w prawo.
Dziś dokładnie widać, że propaganda PiS-owska – na przykład w mediach publicznych, przekształconych teraz w „narodowe” – cały czas podsyca poczucie zagrożenia z zewnątrz, które przedtem w ogóle ludzi nie interesowało i w zasadzie nie dotyczyło naszego kraju. Przecież jesteśmy mało atrakcyjni dla imigrantów i u nas prawie ich nie ma. Za to cały czas są obecni w kontrolowanej przez PiS telewizji, by straszyć i żeby partia Jarosława Kaczyńskiego mogła nas przed nimi bronić. Widać tu jak na dłoni, że dobrze znany mechanizm wytwarzania wrogów – czy to na zewnątrz, czy wewnątrz – przydaje się w rządzeniu i zwieraniu szeregów. I to jest właśnie zarządzanie poprzez konflikt, bardzo podobne do antyniemieckiej i antyzachodniej propagandy z czasów Władysława Gomułki.
Poczucie zagrożenia poza przesunięciem poglądów w kierunku konserwatywnym skutkuje także wzrostem zwartości i poczucia wartości grupy własnej. To zaś może prowadzić do nasilenia autorytaryzmu. Współcześnie bowiem inaczej się na niego patrzy w psychologii niż kiedyś. Klasyczne podejście zakładało, że autorytaryzm to cecha osobowości będąca skutkiem surowego wychowania w patriarchalnej rodzinie. Teraz postrzega się go jako przemijające zjawisko grupowe: wspólną walkę z poczuciem zagrożenia. Zwieramy szeregi i podążamy za naszym przywódcą, który zaprowadzi nas ku lepszej, bezpiecznej przyszłości. W ten sposób następuje grupowe odzyskiwanie poczucia sensu i bezpieczeństwa. Właśnie ten mechanizm wykorzystuje Jarosław Kaczyński.
CZYLI KWESTIA IMIGRANTÓW POMOGŁA WYGRAĆ PIS WYBORY?
To był szczęśliwy traf tej partii. Z jej perspektywy niczego lepszego w tamtym momencie nie można było sobie wyobrazić. Dlatego politycy PiS tak ochoczo podchwycili temat i zaczęli straszliwie głośno walić w ten bęben. Jestem przekonany, że gdyby nie ten kryzys imigracyjny, PiS nie uzyskałoby większości. Co pokazuje po raz kolejny, że polityką rządzi w dużym stopniu przypadek, ale także umiejętność jego wykorzystania.
TO DORZUCĘ JESZCZE, TROCHĘ W KONTRZE DO TEGO, CO PAN POWIEDZIAŁ, KOLEJNĄ INTERPRETACJĘ SUKCESU PIS. W WYWIADZIE DLA „GAZETY WYBORCZEJ” SOCJOLOG MACIEJ GDULA MÓWIŁ, ŻE WYGRANA KACZYŃSKIEGO NIE JEST SKUTKIEM PRAWICOWYCH POGLĄDÓW SPOŁECZEŃSTWA ANI PROGRAMOWEGO PRZECIWSTAWIENIA SIĘ PRZEZ PIS ELITOM I POMAGANIA SŁABYM, CZEGO ELEMENT STANOWI PROGRAM 500+. WEDŁUG NIEGO PARTIA TA ZAPROPONOWAŁA LUDZIOM OPOWIEŚĆ O NIESPEŁNIONYCH ASPIRACJACH, PODPARTĄ DUMĄ Z WIELKIEJ POLSKI, KTÓRA NIE JEST PRZECIEŻ WYŁĄCZNIE DOMENĄ NACJONALISTÓW. TAKIEJ DUMY PRAGNIE ZWYKŁA KLASA ŚREDNIA, KTÓRA ZAMIAST „NIE DA SIĘ” CHCE USŁYSZEĆ: „MOŻEMY, STAĆ NAS NA TO”.
Wydaje mi się, że odrzucanie tezy o przesunięciu opinii publicznej w prawo jest bezzasadne w świetle różnych badań, które obaj tu przywołujemy. Interpretacja w kategoriach przywracania dumy ma jednak sporo sensu. Zanim PiS przejęło władzę, w Polsce dominował dyskurs doganiania Europy, zresztą dość realistyczny w świetle faktów dotyczących funkcjonowania ekonomicznego i obywatelskiego różnych krajów. Konieczność doganiania oznacza, że jest się gorszym, a to, rzecz jasna, trudno znieść na długą metę, szczególnie jako opowieść o własnym życiu. Szkoda, że poprzednicy PiS nie potrafili rozpropagować autentycznych sukcesów naszego społeczeństwa, tylko ciągle mówili o tym doganianiu. Kiedy więc PiS snuje swą opowieść o „wstawaniu z kolan”, spotyka się to z aplauzem wielu ludzi. Nawet kiedy widzą, że owo wstawanie z kolan prowadzi do nabijania sobie guzów na głowie. Pytanie brzmi, ile guzów potrafimy znieść?
POWIEDZIAŁ PAN WCZEŚNIEJ, ŻE PIS NIE MUSIAŁO UDAWAĆ KOGOŚ INNEGO, BO KACZYŃSKI TAK UKSZTAŁTOWAŁ SWOJĄ PARTIĘ, BY PASOWAŁA DO ELEKTORATU. W TRAKCIE WYBORÓW JEDNAK SCHOWANO NA PRZYKŁAD GŁÓWNEGO KAPŁANA „RELIGII SMOLEŃSKIEJ”, ANTONIEGO MACIEREWICZA, KTÓRY NIE MIAŁ NAWET WEJŚĆ DO RZĄDU – JAK PUBLICZNIE ZAPEWNIAŁA W TRAKCIE KAMPANII PRZYSZŁA PREMIER. ZNIKNĄŁ TEŻ KACZYŃSKI, A TWARZĄ PIS STAŁA SIĘ MAŁO WCZEŚNIEJ ZNANA BEATA SZYDŁO, MÓWIĄCA GŁÓWNIE O DAWANIU PIENIĘDZY NA DZIECI I ODBUDOWIE POLSKI Z RZEKOMYCH RUIN. ANDRZEJ DUDA ZAŚ PREZENTOWAŁ SIĘ JAKO DOŚĆ NIEZALEŻNY, MŁODY I ENERGICZNY PRZEDSTAWICIEL WSZYSTKICH POLAKÓW. CZY BEZ TYCH SPORYCH WIZERUNKOWYCH RETUSZY PIS WYSZŁOBY POZA SWÓJ TWARDY ELEKTORAT?
Dobrze wiadomo, że i Kaczyński, i Macierewicz od dawna znajdują się w czołówce polityków budzących największą nieufność Polaków. Przed ostatnimi wyborami było bardzo wyraźnie widać, że gdy nasilała się obecność Kaczyńskiego w mediach, to spadały notowania PiS. Obaj ci politycy nadają się do pokazywania tylko zdobytym już wyznawcom. W wyborach natomiast chodzi o pozyskanie nowych zwolenników, głównie spośród niezdecydowanych. Chowanie tych polityków na czas wyborów było więc niewątpliwie świadomym zabiegiem marketingowym. Taki sam marketingowy charakter ma chowanie Kaczyńskiego podczas sprawowania władzy przez PiS w obecnej kadencji. Jak dotąd, mamy już drugiego premiera, którym nie jest Kaczyński, choć w normalnych demokracjach urząd premiera obejmuje lider partii, która wygrała wybory. Oba te zabiegi okazały się bardzo skuteczne. Co zdumiewające, „namiestnicy” Kaczyńskiego cieszą się większym zaufaniem społecznym od niego samego, choć przecież tylko posłusznie wykonują jego wolę.
Nasze umysły są tak skonstruowane, że większą rolę i znaczenie przypisujemy tym osobom, które są widoczne, które przyciągają uwagę. Kiedy ludzie obserwują pracę zespołu, którego jeden członek ma koszulę w paski, a pozostali noszą koszule w jednolitych barwach, to ulegają złudzeniu, że wkład „pasiastego” w uzyskany wynik jest większy, bo na nim skupia się ich uwaga. My, Polacy, ulegamy więc złudzeniu, że skoro Kaczyńskiego nie widać, to odgrywa on mniejszą rolę niż premierzy, którzy przecież tylko po to są, aby ich było widać. Takie niedostatki myślenia, czy wręcz jego unikanie, to, rzecz jasna, nie tylko polska specjalność. Gdy ogłoszono wyniki brytyjskiego referendum w sprawie brexitu, miliony Brytyjczyków rzuciły się do internetu, by sprawdzić, co to właściwie jest ta Unia Europejska. Czyli najpierw podejmujemy decyzję, a dopiero potem sprawdzamy, czego ona dotyczyła.
PO WYGRANYCH PRZEZ PIS WYBORACH POJAWIŁO SIĘ SPORO GŁOSÓW ROZLICZENIOWYCH W GRONIE, POWIEDZMY OGÓLNIE, LIBERALNYCH DEMOKRATÓW. W JEDNYM Z WYWIADÓW MICHAŁ BONI, MINISTER W RZĄDZIE DONALDA TUSKA, MÓWIŁ, ŻE W 2011 ROKU ZOSTAŁ PRZYGOTOWANY KRYTYCZNY RAPORT RZĄDOWY ZATYTUŁOWANY „MŁODZI 2011”. „ŚMIECIÓWKI, NIESTABILNOŚĆ, CAŁE TO POCZUCIE OPUSZCZENIA I WKURZENIA” PROWADZIŁO, JEGO ZDANIEM, DO PRZEGRANEJ, ALE W RZĄDZIE NIKT SIĘ SPECJALNIE OWYM RAPORTEM NIE PRZEJĄŁ. CZY CI MŁODZI WKURZENI, O KTÓRYCH MÓWIŁ PAN NA POCZĄTKU NASZEJ ROZMOWY, TO TEŻ JEDEN Z ELEMENTÓW SUKCESU PIS?
Chyba rzeczywiście zabrakło wizji, żeby w jakiś sposób zaangażować i wciągnąć do systemu młodych ludzi. Choćby poprzez rozkręcenie budownictwa na wynajem, z czego można było uczynić autentyczne osiągnięcie i sukces propagandowy. Dzięki temu młodzi ludzie mieliby realną perspektywę usamodzielnienia się. Zabrakło też odwoływania się do wartości, które mają ogromny potencjał mobilizacyjny, bo są po prostu ludziom potrzebne. Stwierdzenie Donalda Tuska, że jak ktoś miewa wizje, to powinien udać się do lekarza, było niby zręcznym bon motem, ale fatalnym błędem politycznym.
W BADANIACH WIDAĆ TAKŻE WYRAŹNY ZWROT MŁODYCH LUDZI KU POGLĄDOM PRAWICOWO-KONSERWATYWNYM. CZASAMI WRĘCZ NIEPOKOJĄCY – ZACYTUJĘ WYNIKI SONDAŻU Z LISTOPADA 2016 ROKU: „WEDŁUG CBOS NIEWIELKI ODSETEK BADANYCH (5 PROC.) MA OSOBISTY KONTAKT Z OSOBAMI NALEŻĄCYMI DO OBOZU NARODOWO-RADYKALNEGO CZY MŁODZIEŻY WSZECHPOLSKIEJ. 17 PROC. DEKLARUJE POPARCIE DLA DZIAŁAŃ TEGO RODZAJU ORGANIZACJI. SĄ TO NAJCZĘŚCIEJ LUDZIE MŁODZI (38 PROC. BADANYCH W WIEKU 18–24 LATA)”. Z KOLEI W 2017 ROKU INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH PRZEBADAŁ LUDZI W WIEKU 15–24 LAT: 22 PROCENT OKREŚLIŁO SWOJE POGLĄDY JAKO PRAWICOWE, A 44 – JAKO CENTROPRAWICOWE. WŚRÓD MŁODYCH JEST TEŻ WIELU PRZECIWNIKÓW ABORCJI CZY ZWIĄZKÓW HOMOSEKSUALNYCH, JAK RÓWNIEŻ ZWOLENNIKÓW OPUSZCZENIA UNII EUROPEJSKIEJ – AŻ 26 PROCENT W GRUPIE WIEKOWEJ 18–24 LATA W BADANIU Z 2017 ROKU. SKĄD TO WAHNIĘCIE W PRAWO?
Młodzi mają mniej nadziei niż starsi, a ich obiektywna sytuacja i perspektywy są gorsze od położenia ich rodziców. Żyjemy też w czasach nasilonej propagandy prawicowej, która jest bardziej skuteczna, niż się wydaje. Sama zmiana prawa może pociągać za sobą znaczące zmiany opinii społecznej. W latach dziewięćdziesiątych dwukrotnie badałem na próbach ogólnopolskich stosunek do dopuszczalności aborcji. W pierwszym pomiarze, wykonanym tuż przed zaostrzeniem prawa aborcyjnego, aż 60 procent Polaków opowiadało się za dopuszczalnością aborcji ze względów społecznych, której politycy zakazali w imię „większości narodu”. Po zaledwie czterech latach obowiązywania nowego prawa ten odsetek spadł do 45 procent, a dziś jest znacznie niższy.
TO W TYM KONTEKŚCIE INTERESUJE MNIE BARDZO PAŃSKA OPINIA NA TEMAT JESZCZE JEDNEJ KWESTII: ZANIKANIA W POLSCE LEWICY, KTÓRA W WYNIKU WYBORÓW W 2015 ROKU PO RAZ PIERWSZY PO 1989 ROKU ZNALAZŁA SIĘ POZA PARLAMENTEM. TROCHĘ PRZEZ WŁASNĄ NIEFRASOBLIWOŚĆ, JAK JUŻ WSPOMNIAŁEM, ALE JEDNAK.
To, czego zdecydowanie tam zabrakło, to wymiany pokoleniowej. U steru utrzymali się starzy oportuniści, którzy w jakieś lewicowe idee wcale nie wierzyli.
TYLKO ŻE POJAWIŁA SIĘ PARTIA RAZEM, KTÓRA ZDECYDOWANIE ZERWAŁA Z SLD I STARYM LEWICOWYM ESTABLISHMENTEM. NA RAZIE PRÓBUJE ZYSKAĆ POPARCIE Z MIZERNYM SKUTKIEM, BO ANI NIE DOSTAŁA SIĘ DO PARLAMENTU, ANI NIE WYCHODZI W SONDAŻACH POZA TRZY–CZTEROPROCENTOWY PRÓG. MOŻE PODZIAŁ NA PRAWICĘ I LEWICĘ – NIE TYLKO W POLSCE – STRACIŁ ZNACZENIE?
Żeby sensownie mówić o tych rzeczach, trzeba pamiętać, że podział na prawicę i lewicę bywa rozumiany na dwa zupełnie różne sposoby. Jeden dotyczy kwestii ekonomicznych, gdzie prawicowość oznacza popieranie prywatnego biznesu i niechęć do ingerencji państwa w gospodarkę, a lewicowość – zamiłowanie do państwa i niechęć do kapitalizmu. Drugi wymiar ma charakter kulturowy, czy też tożsamościowy, co w Polsce sprowadza się do stosunku do obcych i udziału religii w życiu państwa. W tym sensie prawicowość oznacza u nas akceptację religijnego charakteru państwa i niechęć do obcych (ksenofobię), lewicowość zaś – skłonność do ograniczenia roli religii w państwie i większą otwartość na obce wzorce kulturowe i samych obcych. Kiedyś przekonanie o własnej prawicowości bądź lewicowości zależało głównie od poglądów ekonomicznych, natomiast współcześnie decydują o tym przede wszystkim poglądy kulturowe. Co ciekawe, tak jest w bardzo różnych krajach, na przykład w Polsce i w USA, zresztą w tych ostatnich wojny kulturowe są nieporównanie intensywniejsze niż u nas, choć dotyczą podobnych spraw. Człowiek jest istotą ideologiczną – musi w coś wierzyć. Czyli pojęcia prawicy i lewicy nie zanikły, lecz radykalnie zmieniły znaczenie.
Te dwa wymiary, prawicy i lewicy, uzyskaliśmy z doktorem Wiesławem Baryłą w badaniach na ogólnopolskich próbach w roku 1988 i niemal dwadzieścia lat później – w 2016. Oba pomiary wykazały, że Polacy są w większości lewicowi w sensie ekonomicznym – kochają interwencje państwa w gospodarkę, a nie lubią kapitalizmu. Tak było przed dwudziestu laty i tak jest teraz, tylko trochę bardziej – na przykład zwolenników tezy, że „gospodarka powinna być centralnie sterowana przez państwo” było 33 procent, a teraz mamy 49 procent, co jest zadziwiająco wysokim odsetkiem, zważywszy dobrze znaną niewydolność takiego systemu.
Polacy byli też w większości prawicowi w sensie kulturowym i nadal tak jest, tylko bardziej. Nastąpił niewielki wzrost fundamentalizmu religijnego i znaczny przyrost ksenofobii. Zgoda na opinię „Polska powinna być przede wszystkim dla Polaków” zwiększyła się z i tak wysokich 57 procent do zdumiewających 73 procent, cokolwiek ta opinia w praktyce znaczy. W tych danych ma pan więc odpowiedź na poprzednie pytanie o zanik lewicy: partie lewicowe zanikają, bo zanikają Polacy o poglądach lewicowych w sensie kulturowym, a ten jest najważniejszy.
DLACZEGO TAK SIĘ DZIEJE?
Konia z rzędem temu, kto na to pytanie udzieli jasnej odpowiedzi. Na pewno działa tu splot wielu czynników. Po trosze ta prawicowa tożsamość stanowi efekt ruchu wahadła, które w ostatnich latach wychyliło się w prawo na skutek obaw przed utratą własnej tożsamości. Nie zapominajmy bowiem, że te trzy dekady po 1989 roku były okresem niesłychanie intensywnych zmian w bardzo wielu dziedzinach: ekonomicznej, kulturowej i technologicznej. Niektóre zmiany zresztą zachodziły w skali całego świata, na przykład bardzo istotna zmiana technologiczna w kierunku czegoś, co można by nazwać życiem wirtualnym, przede wszystkim w internecie. Kiedy w latach osiemdziesiątych pierwszy raz byłem w USA, przywiozłem sobie… elektryczną maszynę do pisania. To błyskotliwe osiągnięcie technologiczne po paru latach zamieniło się w archaiczny sprzęt, gdyż pojawiły się komputery. Te zaś zmieniły nasze życie w sposób radykalny, podobnie jak to współcześnie czynią smartfony. Inaczej się pracuje, inaczej się komunikuje z innymi, inaczej podtrzymuje więzi z bliskimi, inaczej planuje wakacje, a nawet inaczej kupuje się bilety na koncert czy na pociąg. Zmieniają się też obyczaje – wyraźnie słabnie instytucja małżeństwa, w której miejsce pojawiły się rodziny patchworkowe. Co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, a w dużych miastach jest to aż 40 procent. Zapewne doświadczamy zbyt wielu zmian naraz, a to budzi poczucie zagrożenia, przesuwające, jak już mówiliśmy, ludzkie poglądy w prawo. W innych krajach, na przykład Europy Zachodniej, było to rozłożone na pokolenia, u nas zaś kapitalizm pojawił się w niespełna dwa lata. Realny socjalizm i kapitalizm wymagają radykalnie odmiennego postępowania na rynku pracy, dlatego jestem pełen podziwu dla większości Polaków, którzy sobie z tym poradzili. Wskutek braku doświadczeń do wielu wzorców kapitalizmu trochę nie dorastamy, więc źle się z nimi czujemy. Na pewno łatwiej jest się bronić, kiedy trzymamy się czegoś swojego, w czym jesteśmy dobrzy, i nie musimy się tak bardzo zmieniać pod każdym względem.
Trudna okazała się również konieczność przejęcia odpowiedzialności za własny los, czyli po prostu wolność – część ludzi kiepsko sobie z tym radzi. Niedawno w wielu krajach świata i na reprezentatywnych próbach przeprowadzono badanie, w którym sprawdzano, w jakim stopniu ludzie deklarują potrzebę silnej centralnej kontroli państwa w zależności od tego, jaką czują osobistą kontrolę nad własnym życiem. Zależność okazała się bardzo prosta: im mniej ktoś czuł tej osobistej kontroli, tym bardziej chciał, by ktoś inny, przede wszystkim władze państwa, przejął ją od niego i wziął wszystko w garść. Czyli ludzie mają potrzebę kontroli i przewidywalności, choć niekoniecznie muszą sami tę kontrolę sprawować. Są skłonni scedować ją na władzę, jeśli czują, że system się rozsypuje czy pojawia się chaos. Godzą się wówczas na to, co nam wydaje się zagrożeniem demokracji, czyli na rządy podążające w kierunku autorytaryzmu, a w każdym razie scentralizowane i kontrolujące wiele sfer życia.
Innym czynnikiem, który warto docenić, jest propaganda, która stała się obecnie nachalna i niesłychanie ksenofobiczna. Na przykład akceptacja opinii „Polska powinna wprowadzić ograniczenia dla obcokrajowców przybywających z Zachodu” według naszych badań wzrosła w ciągu dwudziestu lat z 35 procent do 57 procent. Antymodernizacyjna propaganda PiS okazuje się więc zdumiewająco skuteczna także w antyzachodnim wymiarze. Podejrzewam również, że sporo osób bardziej otwartych po prostu wyjechało z kraju podczas ostatniej fali emigracji, przede wszystkim do Wielkiej Brytanii i do Niemiec. A to było parę milionów.
TO JESZCZE ZAPYTAM O INNĄ KWESTIĘ. CZY ZGODZIŁBY SIĘ PAN Z OPINIĄ PSYCHOLOŻKI PROFESOR KRYSTYNY SKARŻYŃSKIEJ, KTÓRA W JEDNYM Z WYWIADÓW POWIEDZIAŁA: „NIECHĘĆ DO CAŁEGO SYSTEMU POLITYCZNEGO MA SWOJE ŹRÓDŁO W TYM, JAK PRACOWNICY SĄ TRAKTOWANI PRZEZ ZWIERZCHNIKÓW W POLSCE”?
Trudno mi powiedzieć, jak to się przekłada na niechęć do systemu politycznego, ale rzeczywiście pracownicy są źle traktowani. Mamy w Polsce, niestety, trochę taką kulturę folwarczną, wynikającą z doświadczeń historycznych. Sądzę, że wiąże się to z jednym z wymiarów zróżnicowania kultur, zwanym „dystansem władzy”, który w Polsce jest bardzo duży. Chodzi między innymi o mobilność w hierarchii społecznej. Na przykład w Anglii od sześciuset lat istnieje system migracji: i w górę, i w dół. Wynika to z tego, że niegdyś majątki ziemskie nie były dzielone równo między wszystkie dzieci, gdyż dziedziczyli je wyłącznie najstarsi synowie. Pozostali byli wypychani i musieli na przykład zostawać rzemieślnikami. Przy czym, co było bardzo sensowne, jeśli ktoś dorobił się w handlu czy w rzemiośle, to mógł powrócić do klasy ziemiańskiej, kupując sobie majątek. U nas byłoby to niemożliwe, bo szlachcic parający się handlem tracił swój szlachecki status, tak jak w Hiszpanii. Natomiast wykształcił się bardzo silny podział na szlachtę i chłopstwo, a mieszczaństwo było bardzo słabe. Nie było zatem równościowych kontaktów między ludźmi z różnych warstw społecznych i do dzisiaj daje to o sobie znać.
PROFESOR JANUSZ CZAPIŃSKI JESZCZE PRZED WYBORAMI PARLAMENTARNYMI W 2015 ROKU POWIEDZIAŁ W JEDNYM Z WYWIADÓW, ŻE PO ZMIANIE WŁADZY NIE BĘDZIEMY ODCHODZIĆ OD TELEWIZORÓW I INTERNETU, BO WCIĄGNIE NAS POLITYKA, A EMOCJE SPOŁECZNE POSZYBUJĄ W GÓRĘ. CZY PAN TEŻ SIĘ SPODZIEWAŁ, ŻE MOMENTAMI BĘDZIE AŻ TAK GORĄCO?
Muszę przyznać, że jednak trochę jestem zaskoczony, szczególnie skalą destrukcji powodowanej działaniami ekipy rządzącej. Zawsze miałem wrażenie, że partii PiS nie chodzi o nic innego, tylko właśnie o destrukcję, co było bardzo wyraźnie widać za czasów jej poprzednich rządów, w latach 2005–2007. PiS-owcy szli z hasłami rozwalania układu, a żadnego złodzieja nie złapali. Jeśli wybuchały afery, to w koalicji rządzącej, jak ta z Andrzejem Lepperem. Te hasła były więc zwyczajnym kłamstwem – z badań CBOS-u wynikało, że ponad 95 procent Polaków nigdy nikomu nie dało łapówki.
TO O CO CHODZI PARTII PIS?
Jednym z ubocznych skutków sprawowania władzy jest dążenie do jej maksymalizacji. Władca myśli, że jak będzie miał więcej władzy, to więcej będzie mógł zdziałać. Tyle tylko, że w wypadku PiS to nie wygląda na skutek uboczny, czyli na coś, co się pojawia niejako przy okazji sprawowania rządów. Przedstawiciele tej partii bowiem właściwie niczym innym się nie zajmują poza powiększaniem własnej władzy. I muszę przyznać, że robią to w sposób dość spektakularny, wielokrotnie łamiąc literę i ducha konstytucji. Oczywiście, konstytucję można zmieniać, ale do tego trzeba mieć odpowiednią większość, a PiS jej nie ma i działa nielegalnie. Co prawda jeszcze nie zamyka ludzi w więzieniach – przynajmniej w momencie, kiedy rozmawiamy – ale grunt już jest przygotowywany, bo jak inaczej zinterpretować to bezprecedensowe rozbijanie porządku prawnego? Wszystko to wygląda na próbę odbudowy archaicznego porządku z niechlubnej PRL-owskiej przeszłości. Tyle że to się po prostu nie uda. Nie da się zawrócić Wisły kijem. Powiedzie się natomiast destrukcja, czyli narobienie ogromnie dużych szkód. Takich, które całymi latami będziemy naprawiać.
A skoro wspomniał pan Janusza Czapińskiego, to w 2015 roku zauważył on pewną istotną rzecz i na tej podstawie przewidywał, że PiS wygra. A może raczej, że Platforma Obywatelska przegra. Mianowicie ludzie nabrali przekonania, że polityka właściwie nie ma wpływu na ich życie. Że gdzieś tam w Warszawie politycy tylko się wygłupiają, ale że to nie ma większego znaczenia, więc co za różnica, czy rządzą ci, czy tamci.
CZY SKOŃCZY SIĘ TO SPEKTAKULARNĄ PORAŻKĄ PIS PODCZAS KOLEJNYCH WYBORÓW, CZY RACZEJ UTRWALENIEM JEGO WŁADZY?
To raczej zmierza w kierunku potknięcia się o własne nogi. Oni są po prostu tak niekompetentni, że system w końcu się zatrze, stracimy większość dotacji unijnych, a opinię już mamy fatalną. Oczywiście zapłacimy bardzo poważne koszty społeczne tego upadku, bo trzeba będzie odkręcić masę zmian prawnych, mentalnych i personalnych. A skoro jesteśmy przy kwestiach obsady stanowisk, to warto w tym kontekście poruszyć wątek stosunku Polaków do kompetencji. Jak się popatrzy na działania PiS, to można odnieść wrażenie, że obsadzając swoimi ludźmi różne sfery życia publicznego, partia ta działa z podobną bezwzględnością, jak komuniści w okresie PRL. Pamiętam z tamtych czasów artykuł Mieczysława Rakowskiego w tygodniku „Polityka”, zatytułowany Dobry fachowiec, ale bezpartyjny, w którym pokazywał on fatalne konsekwencje nomenklatury, czyli rezerwowania wielu stanowisk w państwie wyłącznie dla ludzi z legitymacją Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PiS nie ma nawet cienia takiego dylematu. Nie widzi kompetencji jako czegoś, co byłoby pożądane i wskazane. Niestety, w tym względzie podziela zdanie wielu Polaków. W naszym społeczeństwie kompetencje nie cieszą się szacunkiem, nie są oczekiwane ani wymagane.
Trudno zrozumieć ten brak poważania dla fachowości. Jeszcze wśród polityków może to być jakoś uzasadnione lękiem – wysokie kompetencje podwładnego są źródłem jego siły, przez co polityk staje się relatywnie słabszy. Członkiem Trybunału Konstytucyjnego została osoba, której wyroki wielokrotnie były uchylane przez sądy wyższej instancji. Czyli kiepski sędzia. Premierem została kobieta z doświadczeniem burmistrza gminy liczącej 20 tysięcy mieszkańców. Czyli bez doświadczenia w zarządzaniu dużymi strukturami. Urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie potrafią napisać listu w języku angielskim. Przykładów groteskowej niekompetencji w naszym kraju są dosłownie tysiące. Co ciekawe, wielokrotnie usiłowałem rozmawiać z różnymi dziennikarzami na temat tej cechy naszego społeczeństwa, ale jakoś nigdy nie uznali tego za temat ważny i wątek ten zawsze wypadał z wywiadów.
TO JA POCIĄGNĘ TEN WĄTEK I ZAPYTAM PANA, DLACZEGO POLACY MAJĄ TAKIE NASTAWIENIE?
Kompetencja nie jest postrzegana jako czynnik zapewniający sukces zawodowy i coś społecznie pożądanego, o pozytywnych skutkach dla wspólnoty. Takie nastawienie daje o sobie znać w codziennym życiu, a jego konsekwencje szczególnie wyraźnie widać, kiedy się wraca z lepiej rządzonych krajów. I to na różnych poziomach. Trudno znaleźć robotników, którzy potrafiliby obudować gładko studzienkę asfaltem. Z kolei wielu moich kolegów naukowców nie potrafi napisać artykułu w taki sposób, aby dało się go zrozumieć. Większość zresztą prawie niczego nie pisze, a połowa publikacji jest dziełem garstki, czyli 10 procent najbardziej produktywnych naukowców, jak ujawniły niedawne badania profesora Marka Kwieka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo poprzez takie nastawienie nawzajem sobie szkodzą. Przecież żyjemy w czasach specjalizacji i każdy z nas jest uzależniony od kompetencji setki innych osób, które nas karmią, ubierają, leczą. Kiedy one nie mają odpowiednich umiejętności, to my żyjemy krócej i gorzej. Dlatego życie w Polsce przypomina jazdę rowerem po piaszczystej plaży.
Inne nacje, szczególnie Amerykanie czy Niemcy, zachowują się odmiennie. Podam przykład z mojej dziedziny: podręcznik pokazujący, jak pisać prace naukowe z zakresu psychologii, wznawiany co parę lat przez American Psychological Association, liczy 200–300 stron i traktuje o tym, jak przygotować dwudziestostronicowy artykuł. I oni to robią naprawdę z oddaniem, bo wiedzą, że na tym polega profesjonalizm. Taki artykuł bowiem trzeba dobrze napisać nie tylko pod względem treści, lecz także formy, która powinna być wystandaryzowana. Opowiem panu pewną anegdotę z tym związaną: przyjechaliśmy kiedyś we dwie czy trzy osoby do domu amerykańskiej koleżanki, u której właśnie trwało przyjęcie urodzinowe. Mój kolega, profesor Mirosław Kofta, zagadał się z pewnym Amerykaninem na temat wyników swoich badań. I ten człowiek wpadł na pomysł, jak można by inaczej te rezultaty przedstawić. W pewnym momencie zaproponował więc Mirkowi: „To chodź, pojedziemy na uniwersytet i poprawimy tę twoją prezentację”. Działo się to wszystko jakiś kwadrans po dziesiątej wieczorem, ale wsiedli do samochodu i pojechali. W Polsce natomiast – już nie mówiąc o tym, że raczej nie byłoby trzeźwej osoby kwadrans po dziesiątej – na pewno nikt by nie pojechał nocą, żeby coś poprawiać w prezentacji (i to cudzej). To świadczy o niesłychanym szacunku dla kompetencji i umiejętności, co jest bardzo korzystne dla społeczeństwa jako całości. My natomiast obniżamy sobie i bliźnim poziom życia przez bylejakość i nierozumienie tego, jak bardzo ważne są kompetencje nie tylko dla ich posiadacza, lecz także dla innych ludzi.
NIE ZAMIERZAM PODWAŻAĆ ZNACZENIA KOMPETENCJI, ALE TEN MEDAL MA SWOJĄ DRUGĄ STRONĘ. PRZYNAJMNIEJ W USA, GDZIE TEŻ BYŁEM NA PEWNEJ SOBOTNIEJ TOWARZYSKIEJ IMPREZIE DOMOWEJ. JEJ GOSPODARZ JESZCZE W TRAKCIE PRZYBYWANIA OSTATNICH GOŚCI PISAŁ COŚ W KOMPUTERZE, BO PIASTOWAŁ DOŚĆ WYSOKĄ FUNKCJĘ W FIRMIE KONSULTINGOWEJ. DO PRACY JEŹDZIŁ CODZIENNIE RANO TAKSÓWKĄ, CHOĆ MIAŁ WYGODNE POŁĄCZENIE METREM, BO JUŻ W NIEJ – JAK MÓWIŁ – MÓGŁ ZACZĄĆ PRACOWAĆ: TELEFONOWAĆ DO SWOICH PODWŁADNYCH, ROZDZIELAĆ ZADANIA CZY OTWORZYĆ LAPTOP. ZASTANAWIAM SIĘ WIĘC, CZY AMERYKANIE NIE PRZESADZAJĄ W DRUGĄ STRONĘ, ZA CO PŁACĄ PRACOHOLIZMEM, KRÓTKIMI URLOPAMI I BRAKIEM WOLNEGO CZASU DLA RODZINY. JEST TAKIE POWIEDZENIE: EUROPEJCZYCY PRACUJĄ PO TO, ŻEBY ŻYĆ; AMERYKANIE ŻYJĄ PO TO, ŻEBY PRACOWAĆ…
Zgoda, Francuzi pracują znacznie krócej, za to więcej robią w ciągu godziny, czyli są bardziej efektywni. (Choć wszyscy wyjeżdżają na wakacje w tym samym dniu roku, więc w sprawie wypoczynku są chyba niezbyt efektywni). Amerykanie natomiast tu się zapętlili. W dodatku u nich awansowi zawodowemu towarzyszy większy dom, który można kupić tylko w większej odległości od miasta. To się nazywa moving-up. Skutek jest taki, że im lepiej się komuś wiedzie, tym dłużej dojeżdża z pracy do domu, w którym przeważnie go nie ma. Na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałem przelotnie dla pewnego konsorcjum deweloperskiego, które wymyśliło sobie, że skoro w Polsce pojawił się kapitalizm, to pojawi się i moving-up, a więc możliwość budowania wielu nowych domów. Jakież było zdziwienie tych ludzi, kiedy okazało się, że Polaków nie interesuje żaden moving-up, a najważniejszą cechą domu jest (a może była?) możliwość jego rozbudowania. Początkowo ci Amerykanie myśleli, że ich nie zrozumiałem i źle ułożyłem ankietę!
WRÓĆMY JESZCZE DO NASZEJ KRAJOWEJ POLITYKI. PIS MA FATALNĄ PRASĘ NA ZACHODZIE, DO TEGO STOPNIA, ŻE ZACZĘŁY SIĘ TAM POJAWIAĆ OPINIE, IŻ TAK NAPRAWDĘ NIGDY NIE ZAKORZENILIŚMY SIĘ W DEMOKRACJI. NIE TYLKO ZRESZTĄ MY, BO I WĘGRZY, WIĘC PODEJRZANA STAJE SIĘ CAŁA EUROPA ŚRODKOWO-WSCHODNIA. SAMI TEŻ TROCHĘ W TEN SPOSÓB NA SIEBIE PATRZYMY. PISARZ I REPORTER ZIEMOWIT SZCZEREK UWAŻA, ŻE WYDAWAŁO NAM SIĘ, IŻ BEZ PROBLEMU PRZYŁĄCZYMY SIĘ DO RODZINY KRAJÓW ZACHODU, ALE TAK NAPRAWDĘ JESTEŚMY TAKIM MIĘDZYPAŃSTWEM CZY MIĘDZYSPOŁECZEŃSTWEM. LEŻĄCYM GDZIEŚ W SZAREJ STREFIE POMIĘDZY EUROPĄ ZACHODNIĄ, CZYLI CYWILIZACJĄ ŁACIŃSKĄ, A KULTURĄ WSCHODU, OPANOWANĄ PRZEZ COŚ, CO ON NAZYWA MENTALNOŚCIĄ SŁOWIAŃSKĄ. A WYDAWAŁO NAM SIĘ, ŻE WSTĄPIENIE DO UNII EUROPEJSKIEJ WŁAŚCIWIE PRZESĄDZIŁO O ZERWANIU WIĘZI ŁĄCZĄCYCH NAS Z OWYM WSCHODEM, SYMBOLIZOWANYM PRZEDE WSZYSTKIM PRZEZ ROSJĘ. JEST W TYM TROCHĘ RACJI?
Przypomina mi się taki stary dowcip o tym, jak Francuz jechał z Paryża do Moskwy pociągiem, który zatrzymywał się po drodze w Warszawie. Zaspany wyjrzał przez okno i stwierdził: „O, to już jesteśmy w Moskwie!” Z kolei Rosjanin, który podróżował z Moskwy do Paryża, też w Warszawie wyjrzał przez okno i powiedział: „O, już jesteśmy w Paryżu!”
Ten żart chyba dobrze oddaje to, co czujemy i gdzie tak naprawdę się znajdujemy. Mam wrażenie, że ten dryf w kierunku Zachodu, jeśli będzie kontynuowany, to potrwa jeszcze kilka dekad, zanim ostatecznie dobijemy do brzegu. Jeżeli kiedykolwiek to się stanie. Trudno mi natomiast powiedzieć, czy jest jakiś wspólny mianownik dla krajów słowiańskich, bo słabo je znam. Wydaje mi się jednak, że te mentalności się różnią: Rosjanie na przykład mają wyraźny rys imperialistyczny, który jest elementem ich tożsamości, a Czechom obcy jest nie tylko imperializm, lecz także heroizm, tak miły polskiemu sercu. Jeżeli coś jest wspólnego, to względna bieda – wszystkie kraje europejskie mające za sobą doświadczenie komunizmu są biedniejsze od tych, które go nie musiały przechodzić. I towarzysząca biedzie bylejakość, a więc wspomniany już brak szacunku dla kompetencji i płynących z nich pożytków społecznych.
ZAKŁADAJĄC JEDNAK, ŻE COŚ JEST NA RZECZY Z TĄ WSCHODNIĄ MENTALNOŚCIĄ, TO CZY DA SIĘ JĄ ZMIENIĆ?
Myślę, że tak, choć to wymaga pokoleń i długiego ćwiczenia demokracji z dotkliwymi porażkami. Historia nas dotąd nie rozpieszczała, między innymi uniemożliwiając dokonywanie takich wyborów: czy chcemy być na Wschodzie, czy na Zachodzie. Teraz, mimo obecnej sytuacji, mamy na to szansę.
A MOŻE JUŻ TAKIM ZACHODNIM ODRUCHEM JEST PRÓBA OBRONY PAŃSTWA PRAWA I DEMOKRATYCZNO-LIBERALNYCH STANDARDÓW? W ODPOWIEDZI NA DZIAŁANIA PIS POWSTAŁA CAŁKOWICIE ODDOLNA INICJATYWA W POSTACI KOMITETU OBRONY DEMOKRACJI. NA JEGO DEMONSTRACJE PRZYCHODZIŁY DZIESIĄTKI TYSIĘCY LUDZI. CHOĆ TERAZ, KIEDY PRZYGOTOWUJEMY TĘ KSIĄŻKĘ, KOD WYDAJE SIĘ PRZEŻYWAĆ KRYZYS, SPOWODOWANY MIĘDZY INNYMI ZAWIROWANIAMI WOKÓŁ SPRAW FINANSOWYCH JEGO DOTYCHCZASOWEGO LIDERA, MATEUSZA KIJOWSKIEGO…
Byłem na pierwszej manifestacji KOD w Gdańsku i miałem wrażenie, że to autentyczny odruch w obronie demokracji. Ujęło mnie to, że przychodzą tam ludzie, którzy na przykład starają się nie deptać trawników w trakcie demonstracji czy marszów. Niby drobiazg, ale jednak znamienny i pokazujący pewien typ mentalności – racjonalną troskę o dobro ojczyzny, wszakże bez tromtadracji. Miałem poczucie, że tacy ludzie są solą naszego społeczeństwa. Nie wydają chamskich okrzyków, nie zieją nienawiścią, niczego nie palą i nie chcą nikogo bić. Zaskoczyła mnie natomiast średnia ich wieku, bo przeważali mniej więcej moi rówieśnicy, czyli sześćdziesięciolatkowie lub trochę młodsi. Demonstrantów poniżej trzydziestki praktycznie nie widziałem.
JAK PAN TO INTERPRETUJE?
Myślę, że warto tu powrócić do wspomnianej już obserwacji Janusza Czapińskiego: młodsi Polacy myślą, że polityka nie ma wpływu na ich życie, więc ją ignorują. Połowa nawet nie chodzi na wybory. Otóż ci, którzy – jak ja – pamiętają, jak smętnie wyglądał ten zgrzebny i kłamliwy świat PRL, doskonale wiedzą, że polityka ma ogromne znaczenie. Ale – jak powiadał wieszcz o zdrowiu – jej ważność widać dopiero wtedy, kiedy się zepsuje. Najwyraźniej źle uczymy historii naszą młodzież i społeczeństwo, bo kolejne pokolenia nie uczą się na doświadczeniach swoich poprzedników, tylko powtarzają stare błędy.
JAK JUŻ WSPOMNIAŁEM, ENTUZJAZM WOKÓŁ KOD-U OSŁABŁ. WYPALI SIĘ DO KOŃCA, CZY TEŻ KOD ZŁAPIE JESZCZE WIATR W ŻAGLE?
Obawiam się, że to ludzie zbyt kulturalni, a ponadto są w wieku„porewolucyjnym”. Jestem przekonany, że rządy PiS upadną, bo przedstawiciele tej partii albo się potkną o własne nogi, albo zdewastują instytucje państwa w stopniu, który zacznie doskwierać dużym grupom obywateli. Te staną w obronie swoich interesów i swobód, w czym pomoże im polska tradycja antysystemowości. Ale muszą na własnej skórze poczuć, czym jest zniewolenie i „centralizm demokratyczny” w stylu Gomułki, bo przecież w tym kierunku zmierzamy. Prawo i Sprawiedliwość upadnie, kiedy ludzie zaczną je uważać za budowniczego i sprawcę opresyjnego systemu. To zaś jest nieuchronne – szkoda tylko, że koszty muszą być tak duże.
KOŃCZĄC PIS-OWSKI WĄTEK NASZEJ ROZMOWY, CHCIAŁBYM PANA ZAPYTAĆ O JESZCZE JEDNĄ KWESTIĘ: PROPAGANDY. KTÓRYŚ Z KOMENTATORÓW STWIERDZIŁ, ŻE DZIAŁANIA PARTII JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO MOGĄ TRAFIĆ DO ANNAŁÓW POPULIZMU JAKO JEDEN Z MAJSTERSZTYKÓW. KAŻDEGO KOTA BOWIEM POTRAFIĄ ODWRÓCIĆ OGONEM. DOBRYM PRZYKŁADEM BYŁ POWRÓT ÓWCZESNEJ PREMIER BEATY SZYDŁO Z BRUKSELI PO SROMOTNEJ PORAŻCE 27 DO 1 PODCZAS WYBORU DONALDA TUSKA NA PRZEWODNICZĄCEGO RADY EUROPEJSKIEJ. A WIERCHUSZKA PIS POWITAŁA PANIĄ PREMIER KWIATAMI NA LOTNISKU, MÓWIĄC O MORALNYM ZWYCIĘSTWIE.
To dość typowe dla każdego układu politycznego o ciągotach autorytarnych. A w treści bliskie polskiej duszy, bo przecież my uwielbiamy zamieniać klęski w moralne zwycięstwa. Współcześnie mamy znacznie więcej zwycięstw niż porażek – w ciągu ostatnich trzydziestu lat Polska zmieniła się na lepsze w niesłychanym stopniu. Nie mamy jednak umiejętności włączania zwycięstw do swojej narodowej narracji.
Propagandyści PiS próbują zmieniać znaczenie słów i w ten sposób wypaczać dyskurs publiczny. Systematycznie uprawiany zabieg polega na utożsamieniu tego, co zgodne z interesem lub pomysłem Jarosława Kaczyńskiego, z tym, co jest moralnie dobre. „Dobra zmiana”. Nie wiem, jak dalece jest to świadome, a na ile wynika po prostu ze złudzenia, że jak coś jest dobre dla mnie, to jest dobre w ogóle. Tak więc ja po prostu nie mogę być zły, a wszystko, co robię, jest dobre tylko dlatego, że robię to właśnie ja i robią to „moi”. Bardzo w tym pomaga podział na swoich i obcych. Swoi z definicji są dobrzy, obcy natomiast są źli – i tylko o to w tym podziale chodzi. Faktyczna różnica poglądów między PiS i większością opozycji jest przecież z reguły nikła. Ostatnio dociera do mnie, że PiS likwiduje dyskusję także w ten sposób, że pozbawia słowa wszelkiego znaczenia poza wartościującym. To sprawia, że słowa przestają opisywać świat i pomysły na to, jak go urządzić, a przecież tym się zajmuje polityka. Stają się pałkami do uderzania w przeciwnika i liczy się tylko siła uderzenia. Stąd absurdalna krańcowość i brutalność wielu określeń, jak „zdradzieckie mordy”, „najgorszy sort” czy „totalna opozycja” w odniesieniu do polityków, których Tomasz Lis przed ostatnimi wyborami trafnie nazwał spasionymi i rozleniwionymi kocurami. Stąd także rażące sprzeczności logiczne. Na przykład PiS-owska propaganda jest równie antyniemiecka, jak propaganda Gomułki. PiS powinno zatem wspierać tych, którzy z Niemcami walczyli, a potępiać „hailujących” czcicieli swastyki. A jednak cieszy się, gdy chuligani wybuczą powstańców warszawskich, i jednocześnie przez palce patrzy na neofaszystów. Brak tu zwyczajnie rozumianej logiki, ale jest logika podziału na swoich (choćby „hailowali”) i obcych (choćby faktycznie bronili narodowych interesów).
MNIE TROCHĘ DZIWI TO, ŻE MEDIA, RÓWNIEŻ TE KRYTYCZNE WOBEC NOWEJ WŁADZY, ZACZYNAJĄ POSŁUGIWAĆ SIĘ JĘZYKIEM WPROWADZANYM PRZEZ PIS. PRAWO NISZCZĄCE TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY NAZYWA SIĘ „USTAWĄ NAPRAWCZĄ”, CHOCIAŻ DE FACTO ONA GŁÓWNIE PSUJE. CZY ZA TYM KRYJĄ SIĘ JAKIEŚ MECHANIZMY PSYCHOLOGICZNE?
Chyba tylko taka prawidłowość, że ten, kto jest bardziej aktywny – a PiS niewątpliwie na polu propagandy działa bardzo energicznie – wygrywa. W negocjacjach obserwuje się coś podobnego: strona zgłaszająca pierwszą propozycję lepiej na nich wychodzi niż strona bierna. Kaczyński jest niewątpliwie sprawny w inicjowaniu wydarzeń, choć warto zaznaczyć, że ma o tyle łatwiej, iż wcale nie musi być konstruktywny. Bo na tym przecież zupełnie mu nie zależy. A znacznie łatwiej jest burzyć niż budować. Mobilizować w imię burzenia niż budowania. Ma też coś, co nazwałbym przewagą jednego ośrodka centralnego, z którego płynie ta propagandowa retoryka. Pozostali są nieco pluralistyczni, a tutaj mamy jednego wodza z bezkrytycznym – przynajmniej na poziomie zachowania – otoczeniem.
Warto jednak zauważyć, że takie zawłaszczenia języka następowały już wcześniej w Polsce i nie za sprawą Kaczyńskiego. Przykładem jest spór o aborcję, w którym jej przeciwnicy narzucili swój język, co nie zdarzyło się w innych krajach. To jeszcze jeden dowód na to, że niewielu Polaków ma poglądy lewicowe w sensie kulturowym.
CZY TA PIS-OWSKA PROPAGANDA WPISUJE SIĘ W SZERSZE ZJAWISKO, KTÓRE NA ŚWIECIE OKREŚLA SIĘ TERAZ MIANEM POSTPRAWDY, SŁOWEM ROBIĄCYM SPORĄ KARIERĘ?
Tak, zdecydowanie. Po roku prezydentury Trumpa amerykańscy dziennikarze wyliczyli, że skłamał ponad dwa tysiące razy, czyli kłamał średnio pięć razy dziennie. Nie sądzę, aby PiS kłamało rzadziej, choć trudniej to policzyć, bo Kaczyński nie tweetuje. Ale proszę zauważyć, że ostatnia kampania wyborcza opierała się na powtarzanym do znudzenia haśle „500 złotych na każde dziecko”. Dopiero po wyborach Beata Szydło powiedziała wyraźnie „na każde drugie dziecko”. To duża różnica, a więc kłamstwo wygrało wybory, wspomagane kłamstwem o zagrożeniu ze strony uchodźców. Inne jaskrawe kłamstwo dotyczy katastrofy smoleńskiej. Jej przyczyny są jasne jak słońce, poczynając od lądowania na nieczynnym lotnisku, którego w dodatku nie było widać z powodu mgły, a kończąc na zignorowaniu systemu ostrzegania przez pilota, który podobnie jak nawigator, nie miał odpowiedniego wyszkolenia, a nawet uprawnień, by wykonać ten lot. Czyli głupota i „chciejstwo” decydentów oraz niekompetencja wykonawców i jakże polskie nieposzanowanie procedur. A jednak najwyższe organy w państwie PiS szerzą banialuki na temat „prawdziwych” przyczyn katastrofy.
Ale postprawda to nie tylko kłamstwo. To także zacieranie granic między prawdą a różnymi jej przeciwieństwami, jak interpretacje, spekulacje, insynuacje i niezwykle popularne teorie spiskowe. Te ostatnie dotyczą właściwie wszystkiego – od Żydów skrycie dążących do panowania nad światem do szkodliwości szczepionek, rzekomo wciskanych nam przez koncerny farmaceutyczne dla własnego zysku. Ludzie w to wierzą z powodu nieodpartego uroku wyjaśnień odwołujących się do pojedynczego czynnika. To daje miłe poczucie zrozumienia bez konieczności trudnego myślenia.
SKĄD TA EROZJA PRAWDY?
Oczywiście nie ma pojedynczej przyczyny. Ludzie dość powszechnie kontestują systemy, w których żyją, więc przestają wierzyć informacjom nadawanym przez system. Lecz w co wierzyć? Za komuny było to proste – jak propaganda mówiła, że coś jest czarne i duże, to powszechnie wierzyliśmy, że jest to białe i małe. Zresztą propaganda PiS wyraźnie się zbliża do tego ideału.
Ale czasy się zmieniły, ponieważ pojawiła się wielość łatwo do-stępnych źródeł informacji. Głównie za sprawą internetu, który niby jest tylko narzędziem, ale szczególnym, bo radykalnie zmienia swoich użytkowników. Ludzie mają największe zaufanie do tych, którzy myślą podobnie, tak jak oni sami. Internet bardzo ułatwia odnajdywanie osób o podobnych poglądach i zamknięcie się w lokalnej „większości” osób przekonanych, że nie było żadnej katastrofy, tylko zamach, że nie było żadnego lądowania człowieka na Księżycu albo że Ziemia jest płaska, co przecież każdy może dostrzec gołym okiem.
Najbardziej problematyczny aspekt internetu to jego anonimowość, przynajmniej dopóki nie zajmą się tobą służby specjalne. To wydaje mi się nienaturalne, ponieważ częścią natury człowieka zawsze było spędzanie życia wśród innych, przyglądających mu się ludzi. Anglicy powiadają: Watched people are nice people, i faktycznie, wystarczy zajrzeć do internetu, by się przekonać, jak krzywdzące i łajdackie stać się może postępowanie ludzi w warunkach anonimowości. Cudzy wzrok nas kontroluje, ale zarazem czyni nas ludźmi. Anonimowość zwalnia też z odpowiedzialności za prawdę, co w oczywisty sposób przyczynia się do zarazy, jaką jest postprawda.
PONIEWAŻ JEST PAN PSYCHOLOGIEM – CO PRAWDA SPOŁECZNYM, A NIE KLINICYSTĄ – KORCI MNIE, BY ZAPYTAĆ O JESZCZE JEDNĄ KWESTIĘ. W USA PO WYBORZE DONALDA TRUMPA ROZGORZAŁA DYSKUSJA WŚRÓD PSYCHOLOGÓW I PSYCHIATRÓW, CZY MOŻNA MU STAWIAĆ DIAGNOZĘ BEZ PRZEPROWADZENIA BADAŃ. NIEKTÓRZY BOWIEM TWIERDZILI, ŻE STANOWI ON KLINICZNY PRZYPADEK NARCYZMU. INNI MÓWILI I PISALI, Z CZYM ZRESZTĄ TRUDNO SIĘ NIE ZGODZIĆ, IŻ DIAGNOZOWANIE W TEN SPOSÓB JEST NIEETYCZNE I NIEPROFESJONALNE. CHCIAŁBYM MIMO TO PORUSZYĆ WĄTEK „PSYCHOPATOLOGII W POLITYCE”. GDY SŁUCHA SIĘ NIEKTÓRYCH POLITYKÓW, Z PREZYDENTEM USA NA CZELE, TRUDNO SIĘ OPRZEĆ WRAŻENIU, ŻE SPEŁNIAJĄ ONI KRYTERIA DIAGNOSTYCZNE NARCYSTYCZNEGO ZABURZENIA OSOBOWOŚCI, WYKAZUJĄC MIĘDZY INNYMI: PRETENSJONALNE POCZUCIE WŁASNEGO ZNACZENIA, WYMAGANIE NADMIERNEGO PODZIWU, POCZUCIE WYJĄTKOWYCH UPRAWNIEŃ, CZYLI WYGÓROWANE OCZEKIWANIA CO DO SZCZEGÓLNIE PRZYCHYLNEGO TRAKTOWANIA LUB AUTOMATYCZNEGO PODPORZĄDKOWANIA SIĘ PRZEZ INNYCH, EKSPLOATOWANIE INNYCH, CZYLI WYKORZYSTYWANIE ICH DO OSIĄGNIĘCIA SWOICH CELÓW, BRAK EMPATII ORAZ OKAZYWANIE AROGANCJI.
Kategoria narcyzmu jest tu rzeczywiście bardzo adekwatna. W tym kontekście przypomina mi się pewien żart, chyba z satyrycznej strony internetowej ASZdziennik, jak zdominowany przez PiS parlament postanowił pozbawić Lecha Wałęsę nazwy Lech Wałęsa i nadać ją komuś innemu. Można się łatwo domyślić komu. Bo Kaczyńskiemu, który czuł się niedoceniony i skrzywdzony przez solidarnościowe elity, chodzi o zajęcie własnego miejsca w historii. Do tego potrzebuje on jakiegoś alternatywnego mitu założycielskiego. To, co nim powoduje, jest właśnie bardzo narcystyczne, bo chodzi tu o trochę urojone marzenia wielkościowe. Kaczyński sprawia przy tym wrażenie przekonanego, że to, co dobre dla niego, jest również dobre dla Polski.
Bardzo charakterystyczną cechą narcystyczną jest także przekonanie, że sprawiedliwość nie oznacza tego, iż traktują mnie równie dobrze jak innych, ale to, że traktują mnie lepiej. I więcej mi wolno, jedynie z tego powodu, że to jestem właśnie ja. Spotkałem w swoim życiu zawodowym kilku kolegów o takich narcystycznych cechach, co było szczególnie dotkliwe, gdy byłem ich szefem. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że oczekują oni lepszego traktowania, bo dopiero wówczas czują, że jest sprawiedliwie. U Kaczyńskiego występuje to w bardzo dużym natężeniu – widać to na przykład wtedy, gdy cały kościół wstaje, ponieważ właśnie wszedł prezydent RP, ale Kaczyński siedzi, bo tak, według niego, powinno być. No, może z taką drobną korektą, że cały kościół powinien wstawać, kiedy wchodzi do niego Kaczyński.
W INTERNECIE MOŻNA OBEJRZEĆ FRAGMENT FILMU Z 1994 ROKU POD TYTUŁEMTERESA TORAŃSKA – MY, ONI, JA, W KTÓRYM TA ZNANA DZIENNIKARKA ROZMAWIAŁA MIĘDZY INNYMI Z JAROSŁAWEM KACZYŃSKIM. I W PEWNYM MOMENCIE ZAPYTAŁA GO, KIM CHCIAŁBY BYĆ: MINISTREM SPRAWIEDLIWOŚCI, PREMIEREM CZY MOŻE PREZYDENTEM? NA CO KACZYŃSKI ODPOWIADA PO CHWILI NAMYSŁU: „EMERYTOWANYM ZBAWCĄ NARODU”. I TO CHYBA NIE BYŁ ŻART, MIMO ŻE KACZYŃSKI TROCHĘ SIĘ UŚMIECHAŁ, WYPOWIADAJĄC TE SŁOWA.
Żarty są często zawoalowanym powiedzeniem prawdy. Udajemy, że to, o czym mówimy, to, ha, ha, ha, nieprawda, choć w ten sposób wypowiedzieliśmy prawdę, bo tak jest łatwiej, zawsze przecież możemy powiedzieć: tak tylko żartowałem. Sądzę, że w tym filmie właśnie tak się zdarzyło. A swoją drogą narcyzi przez tę megalomanię potrafią być niekiedy zabawni, choć w niezamierzony sposób. Donald Trump powiedział o sobie niedawno, że niezmiennie pozostaje geniuszem (I am a stable genius), Jarosław Kaczyński zaś dawno temu powiedział: „We mnie jest samo dobro”. Nie znaczy to jednak, że nie są groźni, gdyż często zachowują się, jakby byli pozbawieni empatii w stosunku do innych ludzi, co może prowadzić do katastrofalnych skutków. Oczywiście cudze katastrofy niewiele ich obchodzą.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Osób sceptycznych wobec szczepień jest coraz więcej i w konsekwencji już nie tylko one narażone są na zachorowania, ale rośnie także ryzyko wśród tych, którzy z powodów zdrowotnych zaszczepić się nie mogą, choć chcieliby to zrobić W dodatku szczepienia, choć zmniejszają – czasem nawet zdecydowanie – ryzyko zachorowania bądź śmierci, jednak nie eliminują takiej możliwości w stu procentach. Tym samym rosnąca liczba ludzi niezaszczepionych zwiększa ryzyko rozprzestrzeniania się chorób, a wskutek tego rośnie też prawdopodobieństwo zachorowań wśród osób, które się zaszczepiły, i wśród tych, które zaszczepić się nie mogą.
Z Wprowadzenia
[…] Głównymi walorami książki są, po pierwsze, pomoc w zrozumieniu tego, dlaczego ludzie wykazują opór wobec szczepień ochronnych, a po drugie, dostarczenie wiedzy o strategiach czy interwencjach, których celem jest powstrzymanie i zmiana szkodliwych zjawisk społecznych”.
Prof. UMCS Wojciech Cwalina
„Omawiana książka oferuje bardzo szeroki wachlarz danych pokazujących zarówno sukcesy, jak i porażki w procesie modyfikacji postaw wobec szczepień ochronnych. Przedstawia także jasne rekomendacje praktyczne, które mogą być zastosowane. Dowiemy się z niej, między innymi, jak wykorzystać metody uodpornienia, jaką rolę we wzmacnianiu oporu przed szczepieniami odgrywają typowe błędy poznawcze, jak identyfikować powszechne techniki dezinformacyjne.”
Prof. Wiesław Łukaszewski
Dezinformacja co dzień wpływa na każdego z nas – od mediów społecznościowych po większe wyzwania polityczne, od zdawkowych rozmów w supermarkecie po najbardziej intymne relacje. Mimo że zdajemy sobie sprawę z zagrożeń związanych z dezinformacją, należy podkreślić, że jest to problem nader złożony, któremu nie zdołamy zaradzić wyłącznie przez kontrolowanie mediów społecznościowych. Co więcej, nasze ograniczone i niezbyt skuteczne rozwiązania bardzo często są pochodną polityki partyjnej oraz indywidualnych interpretacji prawdy.
W książce Nie do wiary psycholog społeczny Dan Ariely przekonuje, że aby wyjaśnić irracjonalną atrakcyjność dezinformacji, najpierw musimy zrozumieć proces przyjmowania błędnych przekonań (misbelief) – społeczno-psychologiczną podróż, podczas której ludzie przestają ufać uznanym prawdom i zaczynają wierzyć w fakty „alternatywne”, a nawet w pełnowymiarowe teorie spiskowe.
Dezinformacja – jak się okazuje – odwołuje się z powodzeniem do wrodzonych mechanizmów psychicznych, które tkwią w każdym z nas (niezależnie od poglądów politycznych). Co za tym idzie – tylko poprzez zrozumienie owych mechanizmów możemy osłabić jej oddziaływanie. Książka Nie do wiary, oparta na wieloletnich badaniach, a także na osobistych doświadczeniach autora, który sam padł ofiarą dezinformacji, oferuje nam odkrywczą i wszechstronną analizę czynników psychologicznych, które sprawiają, że racjonalni ludzie przyjmują całkowicie irracjonalne przekonania.