Inga i Mutek - Marian Piegza - ebook

Inga i Mutek ebook

Marian Piegza

0,0

Opis

Przeszłości nie można zmienić, ale czy można o niej zapomnieć?

W sierpniu 1939 roku Inga Sobik ma siedemnaście lat i żyje nadzieją na wielką miłość, rodzinę, słowem – szczęście. Wybuch wojny sprawia, że jej marzenia schodzą na drugi plan, a ona sama, jako córka powstańca śląskiego, zostaje wysłana na roboty przymusowe do Niemiec. Przyjaźń i miłość, jakie tu niespodziewanie znajduje, pomagają jej przetrwać ten trudny czas. Wkrótce Inga wraca w rodzinne strony i zaczyna układać sobie życie w realiach odmienionej, powojennej Polski, która w niczym nie przypomina kraju, za którym tak tęskniła. Miejsca i ludzie, których znała i kochała, powoli odchodzą w przeszłość, a myśl o lepszym jutrze wydaje się nierealną mrzonką. Tymczasem na świat przychodzi syn Ingi, Waldek zwany Mutkiem, a w życiu rodziny Sobików rozpoczyna się zupełnie nowy rozdział...

– To wszystko działania Pastille’a, tego nowego burmistrza. Sumiennie wykonuje rozkazy z Berlina. Zostały nam tylko trzy dni. Boję się o ciebie. Przecież ty nigdy nie pracowałaś w polu. Nie wiadomo, do jakich drani trafisz. Wyć mi się chce ze złości i bezradności. Gdzie jest w ogóle to Gross Rinnersdorf?
– To niedaleko Lüben, wyjaśniono mi, jak dojechać. Właściwie to muszę się stawić w folwarku, w takim przysiółku, kilka kilometrów od Gross Rinnersdorf. Będzie dobrze, nie martw się. – Starała się go pocieszyć, lecz sama była pełna obaw.
– Boję się, że o mnie zapomnisz.
– Jak możesz tak myśleć? Kocham cię, wiesz o tym.


Marian Piegza jest świętochłowiczaninem, emerytowanym nauczycielem, publicystą, popularyzatorem historii Śląska, a głównie Świętochłowic. Wydał kilkanaście książek przybliżających dzieje Śląska i rodzinnego miasta. W roku 2019 debiutował powieścią „Odnaleziony portret”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




1

Inga Sobik skończyła sprzątanie ostatniego już pokoju hotelowego, do którego jutro mieli się wprowadzić nowi goście. Uchyliła okno, by umyta podłoga szybciej wyschła. Odetchnęła z ulgą. Koniec na dzisiaj – pomyślała, zamknęła drzwi i zeszła do suteryny się przebrać. Piętro niżej spotkała wychodzącą z pokoju dziewczynę. Odwróciła wzrok, bo wolała nie patrzeć na tę „pindę, motykę” – jak mówiły ciotki, czy „sprzedajną”, jak takie kobiety nazywała matka. Tę akurat znała jeszcze ze szkoły. Gabi, bo tak miała na imię, była kilka lat starsza od Ingi. Ostatnimi czasy przesiadywała w restauracji u Pilawy na Kolejowej. Na tej ulicy miała też niewielki pokój, w którym kiedyś mieszkała z ciotką, a teraz sama. Tam zapraszała klientów. Teraz widać trafił jej się lepszy gość, stąd jej bytność w hotelu Preisnera. Wyglądała szykownie, miała na sobie lekką, wiśniową sukienkę z szerokim dekoltem oraz z krótkimi rękawkami wykończonymi różową falbanką. Inga widziała taką na wystawie w salonie u Rudolfa Bartona, niedaleko ich domu, przy Bytomskiej. Kobieta na nogach miała czerwone pantofle, pewnie kupione u Baty koło kościoła Świętych Piotra i Pawła, na plecy zarzuciła nonszalancko maleńką torebkę na długim pasku. Szła, silnie kręcąc biodrami.

– Pracuj, pracuj, a pukel1 ci som wyrośnie. – Zaśmiała się, a Ingę owionął zapach jej perfum.

– Każdy pracuje tak, jak chce – odparła. – Ja chcę tak, a nie tak jak ty. Co powiesz kiedyś dziecku, mężowi?

Młoda kobieta łypnęła w jej stronę i nic nie odpowiedziała.

Inga poszła dalej i po paru minutach opuściła hotel Preisnera. Do domu miała niedaleko, musiała raptem przejść na drugą stronę ulicy. Przed budynkiem, gdzie mieszkała, stał właściciel kamienicy – Stefan Szlosarek, z synem Stefkiem, Hankiem, nieodłącznym druhem chłopaka, i jego ciotką. Na widok Stefka odruchowo poprawiła włosy. Stojący rozmawiali, lecz wszyscy mieli miny niezbyt zadowolone. Inga nie dziwiła się temu. Atmosfera w Świętochłowicach, jak i na całym Śląsku, była nerwowa. Spodziewano się wojny. Nastroju nie poprawiała nawet piękna, upalna sierpniowa pogoda.

– Dzień dobry – dziewczyna pozdrowiła Szlosarka i ciotkę Hanka. Uśmiechnęła się do chłopców.

– Serwus – odpowiedzieli niemal jednocześnie, a starsi uśmiechnęli się.

– Przyjdź jutro rano, to posprzątasz lokal – zaproponował Szlosarek. – Gości mało, to i roboty nie będzie dużo. Prawie wszyscy zostali już zmobilizowani.

– Tata też przedwczoraj pojechał. Miał się stawić w Lublińcu, a brat dzisiaj rano w jednostce w Chorzowie.

– Wiem, tata jest w batalionie Obrony Narodowej. Jest młodszy i ma zdrowie, to go zmobilizowali. Mnie męczy astma. Gdyby nie twój ojciec, to przez nią bym zginął w maju w dwudziestym pierwszym roku. – Szlosarek zawsze chętnie wspominał wspólny z Sobikiem powstańczy epizod.

Inga przeszła przez podwórko do sieni i zamyślona szła na pierwsze piętro. Drewniane schody skrzypiały. Przystanęła na półpiętrze, nachyliła się do mosiężnego kokotka2 nad ausgusem3 i napiła się wody. Wytarła ręką usta i weszła do mieszkania, które składało się z podłużnego przedpokoju, dwóch izb oraz kuchni. Tam teraz siedziała przy stole jej matka.

– Zaś piołaś woda na sieni? – powiedziała z uśmiechem.

– No, nie mogę się nigdy powstrzymać. Tam smakuje najlepiej.

– Skocz gibko do piwnicy i prziniyś krauza4 kompotu. Tego z wiśni.

Matka zwracała się do Ingi po śląsku, czyli mieszaniną polskiego, niemieckiego i wyrazów znanych tylko tu, na Śląsku. Słyszała taki język od urodzenia, z nim dorastała. Tak mówił też jej ojciec. Inga zaś i jej brat Tadeusz, nazwany tak przez ojca na część Kościuszki, chodzili do polskiej szkoły, gdzie mówiło się po polsku. Tym językiem się posługiwali, a ojciec bardzo tego pilnował. Gwarą rozmawiali właściwie głównie z matką i z niektórymi rówieśnikami. Bywało też, że ze starszymi krewnymi mówili po niemiecku. Ojciec Ingi tego nie znosił. Walczył we wszystkich trzech powstaniach i uważał, że o niemieckiej przeszłości Śląska należy zapomnieć. Sam nawet, po przyłączeniu gminy do Polski, zrezygnował z gwary na rzecz „poprawnej polszczyzny”, jak pouczał swoje dzieci. Żony jednak nie udało mu się przekonać.

Dziewczyna nie była głodna, lecz z przyjemnością usiadła z matką do obiadu i zjadła pożywną zupę z kalarepy i bratkartofle5 ze skwarkami.

Potem poszła pospacerować. Mimo że dochodziła już piąta, na dworze było gorąco. Lato było tego roku upalne. Przeszła na drugą stronę ulicy, spojrzała w stronę zamkniętego jeszcze kina Colosseum i skręciła na planty. Tu było sporo ludzi. Głównie zajmowali liczne ławki. Były tu matki lub nianie z dziećmi oraz spacerujące pary starszych mieszkańców. Młodzi mężczyźni zostali powołani do wojska – pomyślała i przysiadła na ławce.

– Cały czas idę za tobą, a ty ani się obrócisz. – Z zamyślenia wyrwał ją głos Stefka Szlosarka. – Fajnie wyglądasz.

Rzeczywiście wyglądała ładnie. Była smukłą brunetką. Miała na sobie letnią, beżową sukienkę w delikatne kwiatki, przewiązaną w talii paskiem z tego samego materiału. Na nogach buciki w trochę ciemniejszym odcieniu, zapinane paskiem pod kostką.

– Dzięki. A ty bez Hanka? – zapytała.

– Ma w domu coś do zrobienia i musiał zostać. Idziemy nad Magierę? – zaproponował.

Skręcili w stronę Ogrodu Jordanowskiego, spojrzeli na interesujące architektonicznie wejście: okratowaną furtkę, otynkowany mur z betonowym, falistym zadaszeniem. Przypominało to wejście do jakiegoś zamku. Po paru krokach skręcili w lewo, szli szpalerem drzew wzdłuż stawu Matylda, aż doszli do kąpieliska zwanego Magierą, od nazwiska zarządcy. Inga wiedziała, że Stefek jest nią zainteresowany. Podobał jej się. Miał tak jak ona skończone już siedemnaście lat, ale był prawie pół roku starszy od niej. Chłopak był zawsze uśmiechnięty, miły, o głowę wyższy od niej. Teraz miał na sobie białą, rozpiętą koszulę z podwiniętymi rękawami, długie, szare spodnie i ciemne półbuty. Widać chciał wyglądać doroślej.

Usiedli nad wodą, patrzyli na parę osób, które jeszcze zażywały kąpieli. Staw pięknie odbijał złociste promienie słońca. Z boku właściciel kąpieliska, wysoki blondyn około pięćdziesiątki, cumował łodzie i po niemiecku instruował swojego pomocnika.

– On ciągle po niemiecku – zauważył Stefek.

– Co się dziwisz? To jego język ojczysty, nim posługiwał się od dziecka. Zresztą nie kryje tego, że jest Niemcem. We wrześniu ubiegłego roku był na dorocznym Parteitagu w Niemczech, na Zjeździe Rzeszy Wielkoniemieckiej, jak go nazwano. Podobno w tej budzie przechowują broń. – Wskazała na mały domek przy przystani. – Ojciec pamięta Magierę z ostatniego powstania.

– Powiedz, że on był w powstaniu. Nie uwierzę!

– Był, tylko po przeciwnej stronie. Mówią, że to zażarty Niemiec.

Stefek ujął jej dłoń. Spojrzał czule w błękitne oczy Ingi.

– Boję się, że jak będzie wojna, to jej nie przeżyję.

– Nie mów takich rzeczy, nawet tak nie myśl. Wojny nie ma, do wojska cię nie biorą. Ciesz się, że tu jesteśmy.

Niespodziewanie nachylił się i ją pocałował. Nie odsunęła się, oddała pocałunek. Ucieszyła się, że wreszcie się na to zdobył.

– Wiesz, już dawno chciałem ci to powiedzieć: zakochałem się w tobie – mówił trochę zażenowany.

– Mnie też nie jesteś obojętny – odparła i zarumieniła się. – Wracajmy, muszę jeszcze mamie pomóc.

Szli, trzymając się za ręce. Przystanęli przed wejściem do restauracji Szlosarka, przy drzwiach prowadzących do wejścia do hotelu.

– Jutro jadę do wujka do Katowic, ale może pojutrze poszlibyśmy do kina? – zaproponował.

– Chętnie. – Uśmiechnęła się, cmoknęła go w policzek i pobiegła do wejścia od podwórza, z którego korzystali tylko lokatorzy kamienicy.

Stefek wszedł do restauracji. Ojciec stał za szynkwasem i czyścił kufle. Był w samej koszuli, lecz krawat miał starannie zawiązany. Lniana, biała marynarka leżała na stołku.

– Jak już skończyłeś te amory, to przynieś beczkę tyskiego i sprawdź, ile mamy gleiwitzera löwenbräua – zwrócił się do syna. – Ludzi mniej, ale piwa schodzi więcej – dodał półgłosem.

– Piją dużo piwa, by nie myśleć o przyszłości. – Stefek usłyszał jednak uwagę ojca i trafnie ją skomentował.

Szlosarek spojrzał na syna z czułością. Tylko on mi pozostał w domu. Starszy już w wojsku i nie wiadomo, kiedy wróci – uśmiechnął się smutno.

2

Wydarzenia następnego dnia pokrzyżowały wszelkie plany. Komunikaty radiowe głosiły, że Niemcy zapoczątkowali wojnę z Polską. Jakby na potwierdzenie tego, od strony Lipin, Goduli słychać było odgłosy strzałów, widocznie kolejny raz w ciągu kilku dni odpierano tam ataki niemieckiego Freikorpsu.

Mieszkańców ogarnęła panika. Oblegano sklepy z żywnością, starano się zrobić zapasy. Przez miejscowość co jakiś czas maszerowały grupy Polskiej Organizacji Wojskowej. Informacje o tym, co się dzieje, były tak chaotyczne, niespójne jak i ruchy tych oddziałów.

Trzeciego września do Świętochłowic wkroczyli Niemcy. Po kilku dniach wydawało się, że sytuacja się uspokoiła. Mieszkańcy zaczęli wracać do swych codziennych czynności, wciąż jednak niepokoili się o swych najbliższych, którzy byli w wojsku, może jeszcze gdzieś walczyli. Niektórzy otrzymywali wieści o rannych lub poległych. Tymczasem niemieckie władze powoli zapełniały areszty byłymi powstańcami oraz tymi, którzy wracali z kampanii wrześniowej, z tułaczki. Kolejne zarządzenia władz nasilały terror. Szczególnie uciążliwy był zakaz posługiwania się językiem polskim. Wer polnisch spricht, ist unser Feind 6 – głosiły rozlepiane plakaty.

Takie informacje wisiały w sklepach, na słupach ogłoszeniowych, w restauracjach. Szlosarek też zobowiązany był to ogłoszenie wywiesić. Takie zawisło również w lokalu Preisnera, o czym poinformowała Szlosarków Inga. Sporą grupę w lokalach stanowili teraz niemieccy żołnierze i takiej narodowości urzędnicy, których sprowadził nowy burmistrz, Gothard Rattay.

Sobikowe długi czas nie miały żadnych wiadomości o swoich bliskich. Dopiero na początku grudnia dowiedziały się od znajomej, której syn był razem z ojcem Ingi, że wszystko z nim w porządku. Okazało się, że walczyli już od końca sierpnia z oddziałami Freikorpsu w bliskiej okolicy – w Bielszowicach, Pawłowie. Po kilku potyczkach udało im się z innymi oddziałami przeprawić pod Osiekiem przez Wisłę. Dotarli do Biłgoraju, gdzie ponownie starli się z wojskami niemieckimi. Tam Rudolf Sobik został trafiony dwoma odłamkami. Przez jakiś czas leżał nieprzytomny w rowie. Zabrano go na furmankę z innymi rannymi i udano się w stronę Aleksandrowa. Później, po kilku potyczkach, oddział został otoczony pod Bełżcem, gdzie poniesiono dalsze straty. Wreszcie dwudziestego września w lasach pod Rawą Ruską, wzięciem do niewoli, zakończył się szlak bojowy II Świętochłowickiej Kompanii Chorzowskiego Batalionu Obrony Narodowej. Syn znajomej trafił do stalagu w Lamsdorf 7, a Sobikowi udało się wcześniej uciec.

Sobikowa się trochę uspokoiła. Nadal jednak nie wiedziała, co z Tadzikiem, jej synem.

Inga wciąż pracowała u Preisnera i u Szlosarka, a wieczorami spotykała się ze Stefkiem. Od czasu, jak ich zaczepił pijany żołnierz, unikali wychodzenia na zewnątrz, więc przesiadywali głównie na strychu, gdzie Stefek miał małe pomieszczenie do majsterkowania. Zauważyła, że Hanek, nieodłączny przyjaciel Stefka, nie jest z tego zadowolony. Wiedziała, że też się w niej kiedyś podkochiwał, lecz nie zaprzątała sobie tym głowy. Taka kolej rzeczy – pomyślała. Stefek powiedział jej, że Hanek zainteresowany jest pewną Julką, ale on jej jeszcze nie poznał.

Ostatniego dnia roku 1939 urządzili na strychu małe spotkanie. Stefek przyniósł dwie butelki wina owocowego, które wytwarzał jego ojciec na potrzeby swojej restauracji oraz kiełbasę, też wykonaną przez restauratora. Inga zrobiła kanapki. Zaprosili Hanka z jego siostrą Anią i kuzynką Hedlą. Zjawiła się też Erna Czyż, córka sąsiadów, trochę młodsza od Ingi, i jej brat Alfons. Byli trochę zaskoczeni, bo Hanek niespodziewanie przyprowadził Julię, powiedział, że od pewnego czasu sympatyzują z sobą. Dziewczyna, w wieku Hanka, była krępą blondynką o dużych zielonych oczach. Okazało się, że Inga ją zna, nazywała się Karkoszka i mieszkała gdzieś w okolicach kościoła ewangelickiego. Bardzo miło się z nią rozmawiało. W ogóle to było przyjemnie. Żartowali, nucili modne szlagiery, o północy wznieśli toast za pomyślność w nowym roku i powoli rozchodzili sie do swoich mieszkań. Julka, która mieszkała przy Dominialstrasse8, przenocowała u Ingi, gdyż ze względu na godzinę policyjną nie mogła o tak późnej porze wracać do siebie. Nastrój swobody był tylko pozorny, chwilowy, gdyż każdy z nich czuł niepokój, obawę o przyszłość.

W marcu wrócił z niewoli Erich, brat Stefka. Poprawiło to nastrój w rodzinie Szlosarków. Erich ponownie pracował w sklepie tekstylnym swego kuzyna Norberta w Katowicach. Stefek za to skupił się na pomaganiu ojcu w restauracji. Jego miłość do Ingi umacniała się. Wydawało się, że nadszedł czas pewnej stabilizacji. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo już jesienią Erich dostał powołanie do Wehrmachtu.

Krótko potem cios spadł też na rodzinę Sobików. Inga dostała wezwanie do Arbeitsamtu, czyli urzędu pracy. Czekało na nią skierowanie do pracy przymusowej. Na nic zdały się tłumaczenia, że ojciec i brat nie wrócili z wojny, że matka nie pracuje. Urzędnik był bezwzględny. Wyszła zapłakana. Nie czekała na tramwaj, szła piechotą i rozmyślała, dlaczego właśnie ją spotkał taki los. Odpowiedź przyszła w chwili, gdy przypomniała sobie pierwsze pytanie urzędnika: „Pani jest Ingeborga Sobik, córka powstańca Rudolfa Sobika?” – pewnie chodziło o to, że ojciec był powstańcem i dlatego dostała nakaz pracy.

Mama była podłamana. Córka tłumaczyła jej, że Niemcy potrzebują taniej siły roboczej dla przemysłu i rolnictwa. Militaryzacja Niemiec spowodowała bowiem konieczność wcielenia do Wehrmachtu znacznej liczby młodych mężczyzn, a to skutkowało niedoborami na rynku pracy. Obie udawały, że przyjmują to wyjaśnienie.

Za to Stefek był autentycznie zrozpaczony. Miał w oczach łzy.

– To wszystko działania Pastille’a, tego nowego burmistrza. Sumiennie wykonuje rozkazy z Berlina. Zostały nam tylko trzy dni. Boję się o ciebie. Przecież ty nigdy nie pracowałaś w polu. Nie wiadomo, do jakich drani trafisz. Wyć mi się chce ze złości i bezradności. Gdzie jest w ogóle to Gross Rinnersdorf 9?

– To niedaleko Lüben10, wyjaśniono mi, jak dojechać. Właściwie to muszę się stawić w folwarku, w takim przysiółku, kilka kilometrów od Gross Rinnersdorf. Będzie dobrze, nie martw się. – Starała się go pocieszyć, lecz sama była pełna obaw.

– Boję się, że o mnie zapomnisz.

– Jak możesz tak myśleć? Kocham cię, wiesz o tym.

Przytuliła się do niego. Był to na pewno odruch miłości, lecz także chęć ukrycia zasmuconej twarzy. Stefek całował jej włosy, w końcu odchyliła głowę i zaczęli się całować. Chłopak złapał ją za pośladki i przytulił mocno do siebie. Odczuła twardość w jego spodniach, więc szybko się odsunęła.

– Pójdę już – powiedziała bardziej zdecydowanie, niż chciała. – Nie chcę, byśmy zrobili coś, czego będziemy żałować. Kocham cię, będę najszczęśliwszą osobą na świecie, kiedy wrócę i ty będziesz na mnie czekał.

– Nie wyobrażam sobie, bym mógł nie czekać. Rano odprowadzę cię na dworzec.

3

Siedziała w pociągu, milcząc. W głowie Ingi panował chaos. Dotychczas nigdzie dalej nie wyjeżdżała. Najdalej to chyba do Katowic, a tu teraz taka podróż. Przypomniała sobie pożegnanie ze Stefkiem. Czy aby się jeszcze zobaczą? Była przygnębiona, lecz w końcu zmęczenie wzięło górę i przysnęła.

– Panienko, wysiadamy. – Starsza pani potrząsnęła ją za ramię.

Popatrzyła na peron. Hirschberg im Riesengebirge11, głosił napis.

Inga dotknęła zawieszonego na piersi Cudownego Medalika12, który przed wyjazdem dostała od matki, zabrała walizkę i wyszła z pociągu. Nie miała w niej wiele rzeczy: trochę bielizny, drugą sukienkę – do kościoła, płaszczyk na chłodne dni, sweterek, chustkę na głowę, cieplejszy szalik, rękawiczki. Te dwa lata jakoś wytrzymam – pomyślała, gdyż zapewniono ją, że tyle będzie musiała przepracować.

Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami poszła na autobus do Lüben. Później szła piechotą, jechała furmanką i do celu dotarła prawie przed północą. Gospodarz Klaus Lippke wskazał jej miejsce w drewnianym baraku, gdzie mieszkały już trzy kobiety. Zmęczona położyła się na metalowym łóżku i szybko zasnęła.

Rano obudził ją hałas, przez chwilę nie mogła zorientować się, gdzie się znajduje. Współlokatorki zerkały na nią z ciekawością, ale też życzliwie. Były to Polki: Janka – z Mnichowa, z okolic Gniezna, Danka i Maria – spod Krakowa. Danka była z Nowej Wsi w pobliżu Myślenic, zaś Maria z Zalipia, niedaleko Bochni. Były mniej więcej jej rówieśniczkami, a ponieważ wywodziły się ze wsi, praca w gospodarstwie nie była im obca. Szybko pokazały jej, gdzie znajduje się wychodek, gdzie studnia, poinformowały, o której są posiłki i co mają do roboty.

– Gospodarz to dobry człowiek, jego żona także. Mają jednego syna, ma trochę ponad dwadzieścia lat, jest kaleką od urodzenia, powłóczy lewą nogą i dlatego nie trafił do wojska. Fajny chłopak, ma na imię Peter, jest bardzo nieśmiały, chętnie nam pomaga. Jest też młoda dziewczyna, Greta, co pomaga w kuchni. Ma może piętnaście lat – informowała Maria. – Myślałyśmy, że od jakichś ich krewnych, ale okazało się, że jest córką znajomych. W jej domu było dwanaścioro dzieci, bez szans na godziwe życie. Jak skończyła trzynaście lat, to rodzice zgodzili się, by poszła „na służbę”, jak to nazwała. No i trafiła tu.

– Boję się, że nie będę wiedziała, co mam robić. Nigdy nie pracowałam w polu. – Inga skierowała rozmowę na bieżące sprawy.

– Nie przejmuj się. Gospodarz powie, co i jak. Na pewno się przyuczysz. A niemiecki znasz? Bo ja z Danką teraz to już jako tako szprechujemy, a Janka radzi sobie całkiem dobrze.

– Jestem tu dłużej, ale też miałam trudno – wyjaśniła dziewczyna.

– Sądzę, że się dogadam. Moja mama ze swoimi siostrami rozmawiała głównie po niemiecku. Początkowo po to, bym nie pojmowała, o co chodzi, a kiedy się zorientowała, że rozumiem, to brałam udział w ich plotkowaniu.

Także tego ranka poznała rodzinę gospodarza. Lippke był wysokim mężczyzną w wieku około sześćdziesięciu lat, od pracy fizycznej był szeroki w ramionach, miał ogoloną, ogorzałą twarz, blond włosy i uśmiechnięte, zielone oczy. Syn miał rysy twarzy i sylwetkę bardzo podobną do ojca, lecz widocznie na skutek kalectwa unikał kontaktu wzrokowego. Był zielonookim, ciemnym szatynem. Wyczuwało się w nim serdeczność. Jego matka, nazywana panią Agnes, była korpulentną brunetką, o poważnej, skupionej twarzy. Widać było, że woli ludzi trzymać na dystans. Od razu było wiadomo, że faktycznie ona tu rządzi. Za to Greta była rezolutną, niewysoką szatynką, zawsze roześmianą, bardzo chętną do pomocy i do rozmowy.

– Dlaczego nie skorzystałaś z kolejki wąskotorowej? – zdziwiła się Greta, kiedy Inga opowiedziała, jak podróżowała.

– Nie miałam o niej pojęcia, nikt mi tego nie powiedział – odparła.

– Jest nawet stacja kolejowa w Gross Rinnersdorf, którą nazywamy dworcem.

Przez pierwsze dni Inga Sobik była zagubiona. W folwarku, w którym przebywała, znajdował się parterowy budynek ze skośnym dachem. Był to typowy dom szachulcowy, którego ściany szkieletowe były drewniane, a wypełnienie stanowiła glina wymieszana i zarobiona z sieczką, z trocinami, wiórami. Poddasze nie było zagospodarowane, a dach pokryto czerwoną dachówką.

Początki były trudne. Dziewczyna była obolała, wykonywała bowiem ciężką, nieznaną jej do tej pory robotę. Jej nowe koleżanki zajmowały się pracą w polu. Indze niezbyt ta praca wychodziła. Gospodarz dawał jej różne zadania, w końcu jednak zdecydował, że będzie się zajmowała trzodą, a przede wszystkim krowami. Było ich aż dwadzieścia. Musiała bydło karmić, doić, czyścić oborę. Prócz krów były jeszcze świnie, no i drób. Dojenie opanowała szybko. Najwięcej problemu przysparzało jej wyprowadzanie krów na łąkę, a jeszcze więcej zaganianie ich na powrót do domu. Zawsze jakaś się jej opierała, a gdy w końcu zdołała ją przygnać do stada, okazywało się, że kolejna się wymknęła. Pan Lippke przyglądał się temu z uśmiechem. Wreszcie podszedł do niej i powiedział:

– Zapamiętaj te dwie – wskazał na krowy – one wiodą tu prym. Musisz im pokazać, że ty tu rządzisz, a wtedy wszystkie się podporządkują.

– Ale jak mam to zrobić?

– Nie prośbą, to groźbą – powiedział, śmiejąc się, i odszedł do domu.

Prosić to już prosiłam. Zobaczymy teraz, co da bat – pomyślała.

Następnego dnia zaopatrzyła się w solidny patyk, giętki, cienki na końcu, i przy pierwszej próbie krowiej samowoli, zdzieliła zwierzę w zad. Myślała, że krowa rzuci się na nią, lecz nie – tylko głośno zamuczała. Wtedy od razu od stada odstąpiła jej koleżanka, ale przygotowana na to Inga potraktowała ją podobnie, a dodatkowo zdzieliła jeszcze tę pierwszą i wrzasnęła: „Naprzód!”. Krowy raczej polskiego nie rozumiały, lecz zareagowały na ostry, rozkazujący ton i posłusznie poczłapały do obory. Od tej pory wiedziały, kto jest ich szefem.

Do obowiązków Ingi należało też schłodzenie mleka do czasu jego odbioru przez mleczarza z Gross Rinnersdorf. W tym celu umieszczała po prostu konwie ze świeżo udojonym mlekiem w studni, która służyła specjalnie do tego celu. Mleczarz przyjeżdżał każdego dnia, zostawiał puste naczynia, a brał pełne. Dziewczyna nauczyła się też wytwarzać dla gospodarstwa masło, w razie potrzeby śmietanę czy kwaśne mleko.

Bauer, czyli gospodarz, miał dużą kuchnię, w której wszyscy domownicy spożywali posiłki. Kuchnia była podłużna, na jednym końcu stał piec, na którym gotowano jedzenie, przed nim, przy ścianie, był biały bifyj, czyli kredens. W nim znajdowały się naczynia, sztućce, produkty przydatne w kuchni. Składał się z niskiej, szerokiej szafki z czterema drzwiczkami. Na niej wspierała się na bocznych częściach, niczym kolumnach, górna część złożona z czterech wąskich szafek z oszklonymi drzwiczkami. Pod nimi były szufladki. Indze przypominał bifyj z jej rodzinnego domu. U nich był jednak mniejszy, bo złożony z trzech szafek na każdym poziomie. Po drugiej stronie bifyja wisiała roma, czyli rama z zawieszoną na niej haftowaną makatką, a pod nią była szeroka ława, w której chowano garnki. Na górnej półce romy były prostokątne, białe kamionkowe pojemniki z granatowymi, a może bardziej kobaltowymi, niemieckimi napisami i w takim kolorze ornamentem w postaci prostokątów i kwadratów. Pojemników było sześć, a w nich: cukier, ryż, kawa, kasza, makaron, grysik. Na dolnej półce stało sześć identycznych, lecz znacznie mniejszych, na przyprawy. Pod ich przykrywkami mieściły się: muskat, goździki, cynamon, pieprz, kminek, korzenie. Z boku romy zawieszono dwa kwadratowe pojemniki z tego kompletu na mąkę i sól. Te miały drewniane przykrywki. Całość tej kolekcji kuchennej dopełniało sześć dzbanków różnej wielkości i do dowolnego przeznaczenia oraz dwa podłużne pojemniki na olej i ocet. Identyczny komplet miała Inga w domu. Tata, ze względu na niemieckie napisy, go nie znosił, lecz nie mógł się go pozbyć, bo był to prezent ślubny od rodziców mamy. Jeśli chodzi o kuchnię bauera, to był w niej jeszcze wielki stół z sześcioma krzesłami, stał niedaleko drzwi, a przy nich były dwa inne stołki, które dostawiano do stołu w czasie posiłków. W kącie z drugiej strony drzwi była ryczka, czyli maleńki taboret, na którym siadano przy obieraniu ziemniaków. Indze podobały się małe szyby w drzwiach bifyja, zdobione pięknymi, „zmrożonymi” kwiatami.

W kuchni jadały także cztery dziewczyny z Polski. Jedzenie przygotowywała gospodyni wraz z młodą Gretą oraz zawsze jedna z dziewczyn. Co tydzień inna. Wspólne siedzenie przy stole zbliżało Polki z rodziną Lippkego. Gospodarze mieli bardzo ludzkie podejście do swoich pracownic. Janka, która była tu najdłużej i poznała także innych przymusowych pracowników z okolicy, mówiła, że powinny Bogu dziękować, że trafiły właśnie w to miejsce. Słyszała od robotników z sąsiednich gospodarstw, że przebywają w ciężkich warunkach, zwykle w stodołach, pracują po kilkanaście godzin, narzekają na jedzenie, a i pieniędzy też nie dostają.

Inga pamiętała, jak wojskowy urzędnik z tutejszego Arbeitsamtu pouczył ją, że nie wolno jej opuszczać miejscowości, a nawet mieszkania bez zgody gospodarza. Zakazane było także rozmawianie lub pisanie w języku polskim. Obowiązkiem wszystkich polskich robotników było noszenie widocznej na prawej stronie piersi odznaki z literą „P”, nadrukowanej w kolorze lila na żółtym tle. Musiała być dobrze widoczna. Zakazane było także obcowanie z ludnością niemiecką w miejscach publicznych. Robotnice znały również rozporządzenie o zwartym zakwaterowaniu w specjalnych pomieszczeniach.

Urzędnik ten co jakiś czas zjawiał się w gospodarstwie i sprawdzał, czy Lippke realizuje zarządzenia władz. Dziewczyny słyszały, że kontrolujący zawsze miał jakieś zastrzeżenia, Lippke zaś tłumaczył, że jemu zależy na wydajności pracy, więc postępuje tak, a nie inaczej.

W miarę upływu tygodni, miesięcy, dziewczyny zaczęły traktować się niczym siostry. Najładniejsza z nich była Maria – smukła brunetka o ciemnej karnacji i brązowych, łagodnych oczach. Często chodziła zamyślona. Tęskniła za domem, rodziną. Była jedynaczką, co w jej wiosce wydawało się czymś wyjątkowym. Danka i Janka były niskimi szatynkami z szarymi oczami. Były bardzo podobne do siebie, przy czym Danka była piegowata, jak indycze jajo, a w oczach miała stanowczość i była z wszystkich najbardziej impulsywna. Często mówiły o swoich domach, wspominały matki, które teraz musiały sobie radzić same z całą robotą w ich gospodarstwach. Ich ojcowie także byli w wojsku, a siostry Danki zbyt małe, by ich praca była wydajna. Wszystkie tęskniły za domem.

Przełomowym momentem ich pobytu u bauera był czas nadchodzących świąt Bożego Narodzenia w roku 1940. Gospodarz jeszcze na koniec listopada kazał wyczyścić i pobielić dawny warsztat. Był to niewielki, murowany budynek z dachem krytym papą. Zainstalowano w nim piec, żeliwny, nazywany kozą, postawiono drewnianą ściankę, za którą była miednica z wodą, dwa wiadra. Wstawiono łóżka dziewczyn, stół, stare krzesła, porobiono półki na kilka ich osobistych rzeczy i od tej pory mieszkały w lepszych warunkach.

Potem zaskoczyła je pewna wieczorna wizyta Lippkego w ich nowej sadybie. Widać było, że czuł się niepewnie.

– Przyniosłem dla każdej z was kartkę papieru i kopertę. Możecie napisać list do kogoś bliskiego. Nadchodzą święta, na pewno się ucieszą, bo nie mają od was żadnych wiadomości. Podacie mój adres, mogą wam odpisać. Będziecie miały możliwość wymiany korespondencji, raz na dwa miesiące. Częściej nie mogę, bo boję się kłopotów. No i uważajcie, co piszecie.

Nawet nie zdążyły podziękować, bo tak szybko wyszedł. Po chwili jednak wrócił i powiedział:

– Zapomniałem. Już teraz was zapraszamy na kolację wigilijną.

Tu już dziewczęta nie wytrzymały i ze śmiechem, łzami wzruszenia zaczęły go ściskać, całować.

– Jeszcze mnie udusicie – bronił się żartobliwie. – Przecież my, Niemcy, też jesteśmy dobrymi ludźmi. Przynajmniej jakaś część z nas – dodał ciszej.

Inga od razu napisała do matki. Odpowiedź przyszła jeszcze przed Wigilią. List był napisany po niemiecku, co było oczywiste ze względu na cenzurę.

Kochana Ingo!

Serdecznie Cię pozdrawiam i błogosławię. U mnie wszystko w porządku. Dzięki Bogu, ciągle pracuję w wędzarni u pana Karola Wrzeciony na Bytomskiej. Bardzo się z tego cieszę i też z tego, że mam przecież do pracy tylko jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Tak po prawdzie, to rządzą teraz w firmie siostra Wrzeciony, co ją mianowali Maja, i jej mąż, Jerzy Kowolik, bo pan Karol jest w wojsku. Właściwie to o wszystkim decyduje Kowolik, ale ludzie woleli Karola. Niestety nadal nie mam żadnych wiadomości o Twoim ojcu i bracie. Przesyłam pozdrowienia od Stefka. On ciągle o Ciebie wypytuje. Do Ani, siostry Hanka, przychodzi teraz niemiecki sierżant. Ania niezbyt jest z tego zadowolona, lecz boi się go odprawić. Z kolei Julka, ta sympatia Hanka, dostała pracę w ratuszu. Zna bardzo dobrze niemiecki, więc ją sobie chwalą, ale Hankowi to niezbyt odpowiada. Przez jakiś czas była też w domu córka Szlosarków, Fridka, ale znów wyjechała. Na początku udawała wielką panią, ale kiedy jej ojciec ją upomniał, to opamiętała się. W restauracji Szlosarka, gdzie teraz pomagam przy sprzątaniu, zatrzymano naszego sąsiada Wieniera. Przyszedł tu razem z innymi po pracy i siadł przy piwie. Głośno rozmawiali. Potem koledzy poszli, a on jeszcze kończył piwo. Nagle przyszła policja i go zatrzymali. Podobno dlatego, że nieodpowiednio mówił. W lokalu był ten fryzjer Seidler, co ma zakład koło ciotki Erny w Chropaczowie. Mówią, że to jego sprawka. Proszę, byś uważała na siebie. Modlę się za was wszystkich, zawsze proszę Pana Boga o opiekę nad wami. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wszyscy siądziemy do stołu.

Ściskam Cię

Mama

List nie był długi, a Inga czytała go wielokrotnie, czując, jak przez to jest bliżej rodzinnego domu. Pomyślała o słowach „nieodpowiednio mówił” – pewnie po polsku, a Seidler doniósł, domyśliła się. Strach pomyśleć, co teraz będzie z Wienierem.

W wigilijny wieczór założyła, po raz pierwszy od przyjazdu, swoją ładną, odświętną suknię, która miała być przeznaczona do kościoła, lecz w sumie rzadko do niego chodziła, mimo że Lippke załatwił zezwolenie dla wszystkich pracownic. Była to bowiem świątynia ewangelicka, a Inga nie była pewna, czy może brać udział w takich nabożeństwach. W końcu się jednak przekonała i poszła po to, by się pomodlić. Nie była całkiem usatysfakcjonowana, bo brakowało jej spowiedzi i komunii. Jednak już sam budynek, atmosfera Domu Bożego robiły na niej wrażenie. Dowiedziała się, że kościół wzniesiono w drugiej połowie XV wieku, a przebudowano w XVIII wieku. Prosta, salowa bryła świątyni została zbudowana na planie prostokąta, bez wydzielonego prezbiterium. Wokół kościoła zobaczyła kilka epitafiów z XVI–XVIII wieku. Tu czuje się historię – pomyślała wtedy.

– Chyba rzadko wkładasz tę sukienkę – zauważył Peter.

– W ogóle jej nie wkładałam, bo nie miała naszytej litery „P”, więc bałam się, że ktoś może to zauważyć i na mnie donieść.

Ładnie wyszykowały się też pozostałe dziewczyny. Najpierw pojechały saniami z rodziną Lippkego do kościoła, bowiem luteranie zaczynają Wigilię od wspólnego uczestnictwa w nabożeństwie zwanym anielskim, które swą nazwę wywodzi od zwiastowania aniołów. Po mszy wszyscy zasiedli do wieczerzy wigilijnej. Przy stole zachowano jedno wolne nakrycie. Jak u mnie w domu – pomyślała Inga.

Zgromadzili się nie w obszernej kuchni, lecz w gościnnym pokoju, który od początku adwentu przybrany był w świąteczne ozdoby. Lippke położył już pierwszego grudnia na stole wieniec z czterema świecami zapalanymi w kolejne niedziele adwentu. Rodzina modliła się w tym czasie przy wieńcu, czytano teksty biblijne. Gospodarz wyjaśnił, że dla ewangelików Wigilia ma charakter nabożeństwa. Dlatego najpierw była modlitwa, śpiew, czytanie Ewangelii, potem łamanie się opłatkiem. Na stole stał krzyż i świece, a w rogu pokoju odświętnie przystrojona, pachnąca choinka. W pokoju było ciepło, gdyż w jednym z kątów stał kaflowy piec, który w tej izbie był tylko w połowie, a druga część znajdowała się w sypialni bauerów, gdyż stanowił on część ściany. Inga znów zauważyła, że miała podobny w domu, w Polsce.

Dziewczyny pomagały pani Agnes nakrywać do stołu i wnosić potrawy. Inga czuła się niemal jak u siebie w domu. Najpierw była moczka, słodka zupa. Potem karp z własnej hodowli i kiszona kapusta, ziemniaki. Na końcu kompot z suszonych owoców z sadu gospodarzy: śliwek, jabłek, gruszek.

W pokoju pyszniła się choinka, której zapach rozchodził się po całym mieszkaniu. Tam na prośbę gospodyni wszyscy zostali po kolacji. Pod choinką leżały paczuszki z prezentami. Także dziewczyny czekała niespodzianka – każda dostała parę wełnianych rękawiczek, które gospodyni zrobiła na drutach. Siedzieli, rozmawiali, potem Greta przyniosła w dzbanku kawę i ciasto. Było przyjemnie i może to spowodowało, że Inga, jako pierwsza, popłakała się, a w ślad za nią poszły pozostałe dziewczyny. Indze świąteczna kolacja, wieniec adwentowy, choinka i potrawy przypominały atmosferę Bożego Narodzenia w domu, z rodzicami, bratem. Widząc ich lament, pani Agnes zaczęła je pocieszać.

– Wojna się szybko skończy, wrócicie do domu – mówiła. – Wiem, co to znaczy tęsknić za swoim domem. Znam trochę wasz język, bo moja babcia pochodziła z Górnego Śląska. Kiedy wychodziłam za mąż za mojego Klausa, miałam siedemnaście lat, mieszkałam w Liegnitz13. Nie miałam pojęcia o pracy na wsi. Przyszłego męża poznałam na targu. Zakochałam się, przyjechałam z nim tutaj i ogromnie tęskniłam za swoimi, za domem. Klaus był tutaj sam, jego rodzice nie żyli. Dzieli nas prawie dwadzieścia lat, on cały czas harował, był zmęczony, a ja starałam się mu pomóc, ale to mnie przerastało, więc wylewałam łzy. Na szczęście z czasem zaczęło nam się lepiej powodzić, ale tragedie też nas nie omijały. Najgorsze było to, że straciłam dwoje pierwszych dzieci. Erika i Heini zmarli na dyfteryt. Po kilku latach urodził się Peter. Przy porodzie nie wszystko poszło dobrze i stąd problem z jego nogą. Dlatego tak boimy się o naszego syna. – Z czułością spojrzała na chłopaka.

4

Czas zimowego przestoju, wręcz rozleniwienia, skończył się wraz z nadejściem cieplejszych, wiosennych dni. Inga zaczęła wyprowadzać bydło na łąki, jej koleżanki pracowały w polu. Dziewczynom pomagali miejscowi najemni robotnicy, którzy z różnych powodów nie trafili do wojska. Jeden z nich, Bernd, wyraźnie upodobał sobie Jankę. Początkowo dziewczyna przyjmowała jego jawne zaloty ze śmiechem, lecz w miarę upływu czasu z niepokojem. Wiedziała, że za Rassenschande14 groziły bardzo poważne konsekwencje. Chłopak jednak nie zważał na nic. Lippke pokazał mu gazetę, gdzie opisano historię pewnej pary ukaranej za Rassenschande. Opisywano, że chłopak był Niemcem, a ona nastoletnią polską robotnicą przymusową. Oboje spotkali się przy pracy w gospodarstwie w niedalekiej miejscowości oddalonej raptem o kilkanaście kilometrów od nich. Parę aresztowano, a potem poddano poniżającej karze. Przeprowadzono ich przez wioskę. On miał związane ręce, a na piersiach i plecach tabliczkę z napisem: „Jestem zdrajcą narodu niemieckiego”. Ją napiętnowano tablicą ze słowami: „Jestem polską świnią”. Prowadzeni byli przez młodzież w mundurach Hitlerjugend i orkiestrę przez całą wieś. Po drodze byli lżeni, opluwani, obrzucani śmieciami, a następnie zostali poddani publicznemu ostrzyżeniu głów do gołej skóry. Kolejne szykany spotkały ich w miejskim gestapo, dokąd ich odwieziono. Co się stało później z dziewczyną – w gazecie nie napisano. Informowano za to, że chłopak trafił na front.

Po przeczytaniu artykułu przez kilka dni młodzieniec wyraźnie unikał Janki, widać było, że toczył wewnętrzną walkę. Wydawało się nawet, że dziewczyna będzie miała wreszcie spokój, a cała sprawa ulegnie zapomnieniu, a o to przecież chodziło. Można było spokojnie pracować. Robotnicy niedawno ukończyli nawożenie pól, teraz była już orka, wałowanie, siew i sadzenie. Wszyscy pracowali od świtu do wieczora, ciesząc się, że pogoda dopisuje.

Dziewczyny wracały wąską ścieżką przez zagajnik. Z lewej i prawej strony, między drzewami, gęsto rosły maliny. Szły gęsiego, rozmawiając, śmiejąc się. W pewnej chwili zza gąszczu wyskoczył mężczyzna z nożem.

– Jak nie możesz być moja, to nikt nie będzie cię miał! – wykrzyczał i zadał Jance ciosy nożem.

Zaczęły krzyczeć, Danka zaś kopaczką uderzyła napastnika w plecy. Ten wbiegł w leśny gąszcz. Janka leżała na ziemi, Marysia podtrzymywała jej głowę.

– Leć po pomoc do folwarku – zawołała do Ingi.

Nie miała daleko. Pani Agnes i Greta były na podwórzu.

– Janka jest ranna, potrzebne bandaże, musimy ją przywieźć wozem – wyrzucała z siebie, zdyszana.

Nie traciły czasu na pytania. Greta zabrała opatrunki i pobiegła w stronę lasu. Pani Agnes zawołała syna, kazała zaprzęgać i po chwili furą pojechali w ślad za dziewczyną.

Widok był przerażający. Janka, nieprzytomna, leżała blada i zakrwawiona, Marysia i Danka próbowały skrawkami sukni tamować krew, która sączyła się z ran na jej obfitych piersiach. Greta zdecydowanie odsunęła dziewczyny i zaczęła bandażowanie, mocno dociskając liczne rozcięcia.

– Musimy ją zawieźć do lekarza do dworu, i to najszybciej, jak się da. Inaczej nie ma szans, żeby przeżyła, wykrwawi się – informowała.

Wspólnie przenieśli Jankę na wóz i ostrożnie ułożyli. Lekarz mieszkał w piętrowym, ceglanym domu przed dworem. Przyjmował na parterze, gdzie też była sala dla chorych. Kazał wnieść dziewczynę do gabinetu.

– Dobrze zabandażowane. Kto to zrobił? – zapytał.

– Ja – odparła Greta i spojrzała na doktora.

– Zostaniesz ze mną, reszta niech wyjdzie. Możecie poczekać na dworze. A najlepiej zawiadomcie władze i powiedzcie, co się stało. A ty umyj ręce.

Peter pojechał z Ingą do wsi, a reszta została. Oczekiwanie przedłużało się. W końcu pojawił się doktor z Gretą u boku.

– Rany nie są głębokie, to znaczy nie uszkodziły wewnętrznych organów. Zszyłem je, zrobiłem, co mogłem. Teraz musimy czekać. Mam nadzieję, że nie wda się żadna infekcja. Zostanie u mnie, tutaj w sali na dole. Możecie wracać, jak się coś zmieni, dam wam znać. A swoją drogą, kto to zrobił, kto ją napadł?

– Bernd, taki chłopak, co ją nachodził. Mieszka we wsi. Jest sam, ojciec jest w wojsku, a jego nie wzięli, po podobno ma coś z głową. Jest silny, młody, więc zatrudnialiśmy go do prac sezonowych – odparła pani Agnes, która już o wszystkim się dowiedziała.

Po chwili pojawił się wóz z Peterem i Ingą, więc wszyscy pojechali do domu.

Mijały dni, a sprawcy nie udało się odnaleźć. Wszyscy byli przekonani, że uciekł w głąb Niemiec. Janka wróciła po jakimś czasie do folwarku, lecz była zbyt słaba do pracy w polu. Tak więc Klaus Lippke postanowił, że załatwi jej powrót do domu. Wypełnił jej Arbeitsbuch, czyli dokument potwierdzający zatrudnienie, który pełnił także funkcję dowodu osobistego. Wpisał tam historię jej pracy u niego, poprosił też lekarza o odpowiednie zaświadczenie dotyczące jej choroby. W połowie maja udało się załatwić wszystkie formalności. Lippke zapłacił jej za cały czas jej choroby. Żegnające się z nią dziewczyny obiecywały kontakt, płakały, życzyły zdrowia. Później Peter wysłużonym powozem zawiózł ją aż na dworzec w Hirschberg i pomógł wsiąść do pociągu.

Niedługo potem kolejne wojenne wydarzenia przykuły uwagę wszystkich mieszkańców. Dwudziestego drugiego czerwca 1941 roku wojska niemieckie zaatakowały sowiecką Rosję, swego niedawnego sojusznika.

– Boję się, że teraz ta nieszczęsna wojna tak szybko się nie skończy – prorokował Lippke. – Przecież tylko parę miesięcy i tam będzie sroga zima.

– A ja się boję, że teraz przyjdzie czas, że zaczną ściągać do wojska też tych, co dotychczas byli zwolnieni – z niepokojem powiedziała pani Agnes.

– Przecież ktoś musi dbać, by rynek zaopatrywać w produkty spożywcze. Co ludzie mają jeść? Karabiny, amunicję? – rozsierdził się bauer. – Mam przecież odpowiednie zaświadczenie, a Peter dodatkowo ma orzeczenie inwalidztwa.

– Żeby tylko tak zostało – z westchnieniem pełnym wątpliwości zakończyła rozmowę.

5

Inga, podobnie jak pozostała dwójka dziewczyn, utrzymywała za pomocą listów kontakt z matką. W domu nie było żadnych zmian. Przynajmniej mama o nich nie pisała, bo bała się cenzury.

Przed Bożym Narodzeniem przyszedł list od Janki. Wynikało z niego, że już wróciła do pracy w rodzinnym gospodarstwie, ale jeszcze nie jest w pełni sił.

List przywołał wspomnienia napadu i Bernda, jego sprawcy. Czasami plotkowano, że gdzieś go widziano, ale faktem było, że chałupa, w której kiedyś mieszkał, stała pusta. Obejście też nie wskazywało na to, że ktoś tam bywa.

Dziewczyny żyły zgodnie z rytmem prac polowych. Inga teraz częściej pomagała koleżankom przy ich obowiązkach, bo Lippke nikogo na miejsce Janki nie chciał przyjąć. „Nie czuję się dobrze z takim zatrudnianiem was. W ogóle to wszystko jest nie takie, jak być powinno, wręcz nienormalne” – wyrwało mu się przy stole.

Peter Lippke wyraźnie interesował się Ingą. Odczuwała to. Przychodził tam, gdzie akurat pracowała, rozmawiał z nią, starał się być miły, i to czasami aż za bardzo. Pewnego razu stała na skraju lasu, ciesząc się widokiem schyłku jesiennego dnia, ostatnimi promykami słońca. Podszedł do niej i powiedział:

– Wybacz to, co powiem, lecz muszę. Dłużej już nie wytrzymam. Bardzo mi się podobasz. Wiem, że nie wolno mi się do ciebie zbliżać, a tym bardziej kochać, bo jesteś Polką – zdania wypowiadał zdenerwowany, chaotycznie – jednak wojna się przecież skończy i będzie inaczej.

Nachylił się i pocałował ją w usta. Dziewczyna zamarła, zaskoczona, przez chwilę nie ruszała się, lecz wreszcie odepchnęła Petera. Przez łzy spojrzała na chłopaka, który miał na twarzy smutek, miłość i rozpacz. Milczeli dłuższą chwilę. W końcu Inga zdobyła się na odwagę i oznajmiła:

– W domu mam narzeczonego, czekamy na koniec wojny, na ponowne spotkanie, wtedy się pobierzemy.

Sama się zdziwiła, że nazwała Stefka narzeczonym. Pewno byśmy się zaręczyli, gdyby nie wojna – przekonywała w myślach samą siebie.

Widać było, że wyznanie Ingi zabolało Petera. Zwiesił głowę i bez słowa odszedł.

Od tej pory unikali się, odczuła wyraźnie, że starał się mniej do niej zbliżać, wystrzegał się nawet spojrzeń w jej stronę. Nie mógł jednak ukryć rozżalenia, które odbijało mu się na twarzy. Taki już los nieszczęśliwie zakochanych – myślała, patrząc na Petera. Z pewnością znajdzie kogoś odpowiedniego. Niech no tylko ta przeklęta wojna się skończy. Boże, jak bym chciała już wrócić do domu.

Zazwyczaj Inga z radością odbierała listy od mamy, bo w myśl umowy z bauerem tylko z nią mogła korespondować. Jednak w połowie jesieni 1941 roku dostała niemiłą informację: Stefek poszedł do wojska. Matka napisała, że na wiadomość o powołaniu kolegi Hanek zgłosił się na ochotnika. Są w jednym oddziale na przeszkoleniu w okolicach Düsseldorfu, jak chłopak napisał w liście do Szlosarkowej. Dziewczyna posmutniała, bała się o ukochanego. Ten niepokój nie opuszczał jej przez następne miesiące, a szczególnie w czasie zimowych wieczorów.

W końcu jednak nadeszła wiosna, zbliżała się Wielkanoc. Inga polubiła obchodzenie świąt przez rodzinę Lippkego. Święta Wielkanocy niosły ze sobą podwójną radość: ze zmartwychwstałego Jezusa i z rozwijającej się wiosny, budzącego się życia. Już w Wielki Czwartek nie wykonywali żadnych prac w polu ani porządkowych w gospodarstwie. W Wielki Piątek rodzina słuchała fragmentów z historii męki i śmierci Zbawiciela, które czytał Lippke lub jego syn. W sobotę śniadanie poprzedzone było czytaniem Słowa Bożego, modlitwą i radosną pieśnią wielkanocną. W niedzielę wszyscy jechali do kościoła na nabożeństwo rezurekcyjne, a w domu wspólnie zasiadali do uroczystego śniadania, a potem obiadu. Na śniadanie obowiązkowo spożywało się jajko, które jest symbolem nowego życia.

Inga ceniła te dni. Był to dla niej czas względnego wypoczynku, bo przecież stado krów nie świętowało i miało swoje wymagania. Podziwiała rodzinę bauera za umiejętność wyciszenia się w tym czasie, za odbudowywanie rodzinnej jedności.

Czas świąteczny minął jednak szybko i wszyscy wrócili do swej codziennej rutyny. Kiedy zjawił się nadzorca z filii Arbeitsamtu na kolejnej kontroli, Inga zapytała go, jak długo będzie musiała tu jeszcze pracować, bo jej dwuletni obowiązek już minął. Urzędnik spojrzał na nią złym wzrokiem i jadowitym tonem odparł:

– Aż wygramy wojnę. A jak ci tu nie odpowiada, chętnie przeniosę cię w inne miejsce.

Dziewczyna od razu pożałowała swojego pytania i bez słowa wycofała się.

Przy pierwszej okazji opowiedziała o tym wydarzeniu gospodarzowi.

– Niepotrzebnie pytałaś. Tylko zwróciłaś na siebie uwagę. Dobrze, że cię nie uderzył albo od razu nie zabrał do pracy w innym miejscu. Słyszałem, że z okolicy wysłano już kilku robotników przymusowych do obozów pracy. Różne chodzą słuchy na temat tych miejsc. Uważaj na siebie, nie wchodź mu przed oczy. Postaram się to jakoś załagodzić.

Inga bardzo polubiła pracę w kuchni. Dzięki niej wszyscy mogli poznać smak panczkrautu15, czyli ciapkapusty – dania, które znała z domu, a także ciemnych klusek śląskich czy zupy z lanymi kluskami, zwanej u niej ajlaufem16. Nauczyła też Gretę, jak kisić żur oraz jak zrobić placki ziemniaczane z cebulą. Dla wszystkich była to ważna kulinarna odmiana, gdyż dotychczas na stole trzy razy w tygodniu królował eintopf 17. Dania mięsne jadano tu zazwyczaj tylko w niedziele. Zresztą rodzina była pod względem zaopatrzenia w produkty spożywcze samowystarczalna. Pani Agnes sama piekła chleb, a od święta też ciasto, jej mąż sam robił wędliny z gospodarskiego uboju, a warzywa i owoce też były z ich folwarku.

U Lippkego Inga po raz pierwszy zobaczyła, że można w domu przyrządzać lody. Greta zaprowadziła ją do piwnicy, a tam w najdalszym kącie stała drewniana skrzynia, gdzie zimą zwożono na sankach wielkie bryły lodu ze stawu przy strumyku. Tu lód przekładano słomą i tak wytrzymywał do lata. Kiedy chciano robić lody, to kruszono lód i wrzucano do urządzenia, które składało się z dwóch naczyń. Mniejsze było metalowe, a większe drewniane, jedno włożone do drugiego. Między ścianki tych pojemników wrzucano kawałki lodu i posypywano solą, by topniał i w ten sposób chłodził metalowe wnętrze, w którym znajdowała się słodka śmietana z cukrem pudrem. Tak mrożoną śmietanę, czyli lody, cały czas się mieszało. Greta lubiła dodawać do niej jeszcze marmolady.

Gospodarstwo, w którym Inga pracowała, mieściło się na uboczu, za przysiółkiem, który z kolei oddalony był od Gross Rinnersdorf o dobre pięć kilometrów. Mieszkali więc na prawdziwym odludziu. Z folwarkiem z jednej strony łączyła się droga do przysiółka i wsi, przy niej rozciągały się pola i łąki, a z drugiej był sad, potem staw z hodowlą ryb, a za nim zaś las z niewielkim potokiem, gdzie w ciepłe dni chodziły, by się dokładnie umyć. Właśnie potok, sad i las były miejscem nielicznych chwil wytchnienia dla dziewczyn. Nielicznych, bo zawsze miały coś do roboty, a gospodarz skrzętnie pilnował, by równo rozdzielać prace. Kiedy kończyły się roboty w polu, dziewczyny dostawały zadania do wykonania w gospodarstwie. Chociaż były młode, to czuły zmęczenie. Dodatkowo odczuwały dyskomfort z powodu braku ciepłej kąpieli, używania tylko szarego mydła, a także swych niezadbanych fryzur. Dlatego też kiedyś postanowiły, że obetną swe długie, zwykle splecione w warkocze włosy. Jak postanowiły, tak uczyniły. Kiedy Peter zobaczył je z krótkimi włosami, tylko jęknął i z dezaprobatą pokręcił głową. Inga w rozmowie z dziewczynami stwierdziła, że w mieście miała większy komfort niż tutaj rodzina Lippkego. Toaletę miała w sieni na półpiętrze, woda także tam była, a jeszcze przed wojną ojciec pociągnął dopływ i odpływ kanalizacji do kuchni. Tu zaś gospodarze mieli wychodek na podwórku, a wodę w studni.

W samym Gross Rinnersdorf było tylko około trzystu mieszkańców, którzy żyli w ponad osiemdziesięciu domach. Były tam kościółek, poczta i inne ważniejsze urzędy, szkoła, policja, gospoda Karla Schmidta, kilku rzemieślników, sklep rzeźniczy Paula Reiche’a, gdzie jednak też można było zaopatrzyć się w inne produkty. Rodzina i pracownice Lippkego w zasadzie jeździli tam tylko do kościoła na nabożeństwa. Przy dobrej pogodzie wozem, który ciągnęły dwa konie, a zimą dwojgiem sań. Jednymi powoził Lippke, a drugimi jego syn. Przy tych wyjazdach odbierali u pracownicy poczty, która mieszkała na piętrze tego budynku, korespondencję oraz „Niederschlesische Tageszeitung” – czasopismo, które abonował bauerLippke. Czasami gospodarz kupował jeszcze inne czasopisma, a najczęściej „Der Adler” lub „Das Reich”. Nie były drogie, bo kosztowały po trzy marki i pięćdziesiąt fenigów.

W gospodarstwie jesienią we znaki dawały się im dziki, które przez noc potrafiły zryć pół pola. Lippke lub jego syn pilnowali ze strzelbą tych miejsc, gdzie zwierzęta się pojawiały. Nie raz dziewczyny budziły się na odgłos strzałów. Potem zwykle musiały odzierać dziki ze skóry i zabezpieczać mięso. Gorzej było z wilkami, które w tym wojennym czasie, gdy nikt na nie nie polował, bardzo się rozmnożyły.

Rodzina Lippkego lubiła rozmawiać z dziewczynami na różne tematy. Odbywało się to zazwyczaj w czasie posiłków. Mówiono o różnych sprawach, lecz unikano tematów związanych z wojną, polityką. Rzadko odbiegano od tej reguły. Wyczuwało się jednak, że ostatnimi czasy Lippke stał się nerwowy, częściej bywał zamyślony. W końcu nie wytrzymał i w pewne zimowe, niedzielne popołudnie przy obiedzie powiedział:

– Chyba tę wojnę przegramy i myślę, że to będzie sprawiedliwy wyrok boski.

– Dlaczego tak myślisz? – Pani Agnes weszła mu w słowo. – Czytam gazety i wynika z nich, że odnosimy sukcesy na froncie.

– Gazety zawsze sieją odpowiednią dla władzy propagandę. Niekiedy można odczytać pewne fakty między wierszami. Ja jednak słucham, co ludzie mówią.

– Lepiej z nikim nie rozmawiać na takie tematy. Zawsze to nam powtarzałeś – odezwał się Peter.

– Toteż z nikim nie rozmawiam, ale mam uszy i słyszę, co gadają między sobą inni. Wychodzimy z kościoła, to słyszę, idę ulicą, także. Przysiądę w gospodzie, również słyszę. Dlatego boję się o przyszłość. Tak naszą, rodziny, jak i dziewczyn. Do domu nie mogę ich wypuścić, bo one i my mielibyśmy problemy. Musimy czekać i niestety denerwować się, dopóki wszystko się jakoś nie wyjaśni.

Otrzymany tym razem list nie tylko, że nie sprawił Indze radości, to jeszcze wprowadził ją w stan ogromnej rozpaczy. Przyszedł krótko po Nowym Roku. Biorąc go, Inga z niepokojem zerkała na kopertę, a właściwie na znaczek z portretem Hitlera. Był ciemnofioletowy. Matka nie znosiła tej barwy, uważała, że to kolor żałoby. Z ponurymi myślami gwałtownie rozerwała kopertę i zaczęła czytać.

Kochana Córko!

U mnie wszystko w porządku, pracuję, jestem zdrowa, ciągle nie wiem, co z ojcem i Tadzikiem. Martwię się o nich i modlę. Modlę się też za Ciebie, byś była silna, wytrzymała wszystkie trudne chwile, byśmy się w zdrowiu znów spotkały w naszym mieszkaniu.

Przerobiłam tę moją starą, niebieską sukienkę, a potem postanowiłam, że kupię sobie nowy kapelusz. Dostałam bardzo ładny i niedrogi u Waznera, na dawnej Wolności, wiesz gdzie, koło zakładu stolarskiego Kapeloka.

Nie chciałam Ci tego pisać, ale muszę. U nas w kamienicy żałoba. Złe wiadomości przyszły prawie w tym samym czasie: Stefek i Hanek nie żyją. Zginęli pod Stalingradem. Matka Hanka i rodzice Stefka pogrążeni są w wielkiej rozpaczy. Nawet nie będą mieli grobu swoich dzieci w pobliżu. Julce powiedział o tym jej szef w ratuszu. Mówili, że zemdlała, a potem przywieźli ją do domu autem. Mnie też chce się znów płakać, jak to wszystko wspominam. To tyle na dzisiaj. Uważaj na siebie. Życzę Ci zdrowia i sił w tym nowym, 1943, roku.

Całuję

Mama

Lippke, widząc ją zapłakaną, spytał, co się stało. Łkała, wydawało się, że nie słyszy, co do niej mówi. W dłoniach ściskała list, więc gospodarz delikatnie sięgnął po niego, przeczytał i westchnął. Pokiwał głową, złożył kartkę i położył obok dziewczyny.

Czułam, że stanie się coś złego – myślała, ściskając swój medalik. Tak krótko cieszyliśmy się sobą, nawet niezbyt często się całowaliśmy. A teraz koniec. Już go nie zobaczę, nie przytulę się do niego. Boże, dlaczego tak musiało się stać? Tylu złych ludzi chodzi po świecie, krzywdzą innych, myślą tylko o sobie, nikt inny ich nie obchodzi. Oni żyją, ich nie spotyka kara za złe życie, gorzej, mają się dobrze. A tu młody, wesoły, dobry człowiek, do tańca i do różańca, a musiał odejść, i to tragicznie. Boję się, co będzie ze mną. Panie, opiekuj się mną. Stefku, spójrz z nieba na mnie i poproś Pana Boga, by mnie dobrze poprowadził przez życie. Jak nie mogę być tu z tobą, to wspieraj mnie tam z góry.

– Ingo, chodź, musisz coś zjeść. – Danka potrząsała jej ramionami. – Zasnęłaś, biedulko, w tym kącie. Obmyj sobie trochę twarz. – Poprowadziła ją do miednicy i nalała odrobinę wody. – Bardzo ci współczujemy. Musisz być silna, mama na ciebie czeka w domu, nie wiesz, co będzie z twoim ojcem i bratem, więc być może tylko ty jej zostaniesz. Dlatego nie możesz poddawać się rozpaczy. Zachowaj piękne wspomnienia, ale patrz przed siebie, na to, co cię czeka.

Inga Sobik spoglądała na Dankę półprzytomnym wzrokiem, lecz wydawało się, że słowa dziewczyny trafiły jej do przekonania. Pokiwała głową i razem poszły do kuchni.

Być może ta tragiczna wiadomość, którą otrzymała Inga, spowodowała, że Lippke zmienił swe powściągliwe nastawienie do bieżących wydarzeń. Teraz wojna i wszelkie związane z nią nieszczęścia stały się głównym tematem rozmów, a raczej monologów gospodarza przy stole.

Wszyscy z ulgą powitali zbliżającą się wiosnę. Chyba każdy podświadomie miał nadzieję, że budząca się przyroda będzie oznaczała schyłek wojny, a tym samym powrót do domu, do normalnego życia.

W maju zjawił się w gospodarstwie policjant i poinformował, że leśniczy znalazł w lesie zwłoki wisielca. Musiały być tam już bardzo długo, bo częściowo zostały zjedzone przez zwierzęta.

– Właściwie to tylko górna część utrzymuje się na sznurze, ta, do której nie sięgnęły zwierzaki. Nawet kości leżące na ziemi zostały prawie w całości pozjadane lub rozwleczone. Wygląda na to, że to mężczyzna. W pobliżu miał ziemiankę, w której mieszkał. Leśniczy twierdzi, że to prawdopodobnie ten Bernd, co to go zatrudnialiście do pracy w polu. No ten, co poranił tę waszą robotnicę. Chciałbym, byście poszli ze mną i spróbowali go zidentyfikować.

– Muszę? – zapytał Lippke. – Nie lubię takich widoków.

– Wolałbym, abyście poszli ze mną – bardziej zdecydowanie odparł policjant.

Klaus Lippke zaprzągł konia do starej dwukółki i pojechał z policjantem do wsi. Zwłoki leżały w szopie zakładu stolarskiego, którego właściciel wyrabiał też trumny i zajmował się pogrzebami. Już na podwórzu czuć było fetor. Jak on tu wytrzymuje w takim smrodzie? – pomyślał o właścicielu bauer. Wziął głęboki oddech i wszedł za policjantem. Starał się nie oddychać. Policjant uchylił wieko trumny, Lippke spojrzał. Niepytany potwierdził, że to Bernd, i szybko wyszedł.

Po chwili podszedł policjant i z szyderczą miną poczęstował go papierosem Eckstein.

– Dziękuję, nie palę. Myślałem, że Führer jest wrogiem palenia? – tyle kąśliwie, co zaczepnie powiedział Lippke. – Naród powinien dbać o zdrowie!

– Wiem, bardzo się ograniczam, lecz trudno wytrzymać przy takim widoku i smrodzie. Proszę powiedzieć, po czym rozpoznaliście, że to wasz pracownik?

– Najmowany pracownik, nie stały – sprecyzował Lippke. – Poznałem, bo miał bordową koszulę i szarą jaklę18. W takim stroju zawsze pracował. Na głowie widziałem resztki rudawych włosów.

– Spiszemy, że go rozpoznaliście, inni też go poznali, więc można go pochować.

– Ktoś go zabił czy on sam, no czy to samobójstwo? – dociekał bauer.

– Myślę, że samobójstwo. Pewnie nie wytrzymał po tym napadzie na dziewczynę, która u was pracowała. W kurtce miał parę marek, więc na pewno nie było rabunku.

Lippke złożył podpis pod zeznaniem i pojechał do domu, gdzie zdał relację z tego, co widział.

– Na pewno gryzło go sumienie – powiedziała pani Agnes.

– Chyba tak – dodał Peter. – Niech odpoczywa w pokoju.

1 Garb.

2 Kran, kurek (zawór) wody.

3 Żeliwny zlew.

4 Słoik.

5 Zapiekane, krojone w kawałki ziemniaki.

6 Kto mówi po polsku, jest naszym wrogiem.

7 Obecnie Łambiniowice, wieś w województwie opolskim, w powiecie nyskim.

8 Obecnie ulica Strzelców Bytomskich w Świętochłowicach.

9 Obecnie Rynacice, wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie lubińskim, w gminie Rudna.

10 Obecnie Lubin.

11 Obecnie Jelenia Góra.

12Cudowny Medalik (znany też jako Medalik Niepokalanego Poczęcia) – medalik rozpowszechniony przez św. Katarzynę Labouré (właśc. Zoe Labouré, 1806–1876) ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo (szarytek) we Francji. Źródło: Cudowny Medalik [w:] Wikipedia: wolna encyklopedia, <https://pl.wikipedia.org/wiki/Cudowny_Medalik>.

13 Obecnie Legnica.

14 Zhańbienie rasy – pojęcie wprowadzone przez nazistowską propagandę na początku 1935 roku.

15 Przygotowywany z purée ziemniaczanego i kapusty, zwykle kiszonej. Do ciapkapusty dodaje się podsmażony i pokrojony w kostkę boczek, kiełbasę lub zrumienioną cebulę. Potrawę tę zwykle jada się z mięsem.

16 Jajka roztrzepać widelcem, dodając stopniowo mąkę pszenną, dodać odrobinę soli, rozcierać przez około 3–4 minuty, tak żeby nie było grudek. Wylać na wrzący rosół (nie lać w jednym miejscu, bo ciasto się zlepi).

17 Potrawa jednogarnkowa, popularny posiłek przygotowany w jednym naczyniu, zastępujący cały obiad. Zwykle w postaci zupy lub gulaszu.

18 Z niemieckiego Jacke – kurtka.

Inga i Mutek

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8147-873-1

 

© Marian Piegza i Wydawnictwo Novae Res 2020

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Sylwia Cichocka

KOREKTA: Alicja Januszkiewicz

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:Inkpad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.