Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Ta urokliwa paryska groteska, napisana w znakomitym stylu, została nagrodzona za przyjemność czytania (Prix Relay des Voyageurs Lecteurs), a następnie sfilmowana. Zachwyciła publiczność w wielu krajach lekkością surrealistycznego żartu, iście francuskim muśnięciem absurdu.
Pewnego wieczoru w Paryżu księgowy Daniel Mercier, przeciętny Francuz, samotnie je kolację w brasserie, gdy przy sąsiednim stoliku siada znamienity gość: François Mitterrand. Prezydent wychodzi, a Daniel przywłaszcza sobie pozostawiony przez polityka kapelusz. Zakłada go na głowę i w tym momencie jego życie zostaje wywrócone do góry nogami… Kapelusz kolejno zmienia właścicieli i w magiczny sposób spełnia ich najskrytsze marzenia, a czytelnik odbywa szaloną podróż przez francuskie społeczeństwo lat 80.
Paryska perfekcja!
HRH Camilla, małżonka Karola III
Historia równie zabawna, co oryginalna, którą można się cieszyć jak pralinką z nadzieniem o zaskakującym smaku.
„Marie France”
Zabawna historia, mądre przesłanie, niesamowita powieść. Chapeau bas!
„L’Express”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 174
Kapelusz prezydenta
Tytuł oryginału francuskiego Le Chapeau de Mitterrand
Copyright © Flammarion, Paris 2012
Copyright © Nowela, Poznań 2023
Copyright © for the translation by Adriana Celińska
Redaktor serii Emilia Zwoniarska
Redakcja Joanna Świercz
Opracowanie graficzne i skład JNK Graftekst Justyna Nowaczyk
Druk i oprawa Drukarnia POZKAL
ISBN 978-83-67029-85-8
Wydawnictwo Nowe
Nowela sp. z o. o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
www.wydawnictwonowe.pl
redakcja@wydawnictwonowe.pl
Dział handlowy (+48 61) 847 40 40
zamowienia@nowela.pl
Kapelusz na głowie sprawia, że ten, kto go nosi, cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród tych, którzy go nie mają.
Tristan Bernard
Daniel Mercier wspinał się pod prąd po zatłoczonych schodach dworca Saint-Lazare, torując sobie drogę wśród napływających z naprzeciwka mężczyzn i kobiet o zatroskanych obliczach. Niektórzy zaciskali dłonie na teczkach, inni taszczyli walizki, wszyscy jednak zręcznie go wymijali. Choć mogli go równie dobrze stratować, przecież spieszyli się i panował niemały ścisk, ale nie, nikt nawet go nie popchnął, wręcz przeciwnie, zgrabnie przed nim ustępowali. Szczęśliwie więc dostał się na górę, minął poczekalnię i wyszedł na perony. Tam również kłębił się gęsty tłum, a z wagonów wylewał się nieprzerwany ludzki potok, Daniel dotarł jednak bez problemów aż do tablicy przyjazdów. Pociąg wjeżdżał na peron dwudziesty trzeci. Wystarczyło przebiec jeszcze kilkadziesiąt metrów, by znaleźć się w pobliżu kasowników.
Za kwadrans dziesiąta pociąg numer 78654 wjechał z piskiem na stację i uwolnił pasażerów. Daniel wyciągając szyję, rozglądał się za żoną i synem. Najpierw zauważył Véronique, która pomachała do niego, po czym narysowała w powietrzu okrąg wokół własnej głowy; na jej twarzy malowało się zdziwienie. Jérôme zręcznie prześliznął się do ojca i wpadł w niego z impetem, niemal ścinając go z nóg. Po chwili dołączyła do nich zdyszana Véronique i teraz bacznie przyglądała się mężowi.
– Co to za kapelusz?
– To kapelusz Mitterranda.
– Tak, widzę, że to kapelusz Mitterranda.
– Nie – zaoponował Daniel – chciałem powiedzieć, że to naprawdę kapelusz prezydenta.
*
Wtedy na stacji, gdy powiedział, że to „naprawdę kapelusz prezydenta”, Véronique spojrzała na niego, przechylając głowę, z tym charakterystycznym lekkim grymasem, który zdradzał, że próbuje odgadnąć, czy za tymi słowami kryje się drugie dno. Miała identyczną minę, kiedy Daniel poprosił ją o rękę, a nawet na pierwszej randce, kiedy zaproponował, żeby poszli na wystawę do Rafinerii, jak niektórzy żartobliwie nazywali Centre Georges Pompidou. Krótko mówiąc, wyglądała uroczo i między innymi z tego powodu się w niej zakochał.
– Możesz to wyjaśnić? – poprosiła, wciąż nie dowierzając.
– Masz kapelusz samego Mitteranda, tato?
– Tak – potwierdził Daniel, biorąc od nich bagaż.
– Jesteś więc prezydentem?
– Tak, jestem prezydentem – odpowiedział rozbawiony do łez dziecinną sugestią.
W samochodzie Daniel odmówił podania jakichkolwiek szczegółów.
– Wszystko opowiem w domu.
Véronique nalegała, ale na próżno. Kiedy wjechali na szesnaste piętro budynku w piętnastej dzielnicy, Daniel zaskoczył ich, mówiąc, że przygotował kolację. Widok talerza wędlin, kurczaka, sałatki z pomidorów z bazylią i deski serów wywołał u Véronique pełne zachwytu westchnienie – mężowi zdarzało się samodzielnie przygotować posiłek tylko kilka razy w roku. Najpierw jednak napili się aperitifu.
– Usiądź – poprosił Daniel, wciąż w kapeluszu na głowie.
Véronique posłusznie zajęła miejsce przy stole, a obok niej przycupnął Jérôme, wtulając się w matkę.
– Za nas – wzniósł toast pan domu, uroczyście stuknęli się kieliszkami, a chłopiec naśladował gesty rodziców szklanką z napojem pomarańczowym Banga.
*
Daniel zdjął kapelusz i podał go Véronique. Wzięła go ostrożnie, przesunęła palcem po filcu, Jérôme natychmiast chciał pójść w jej ślady.
– Umyłeś ręce? – zapytała, trochę przestraszona.
Potem odwróciła kapelusz, a jej wzrok natychmiast padł na wewnętrzną skórzaną opaskę. Wytłoczono na niej pozłacane inicjały: „F. M.”. Véronique podniosła wzrok na męża.
Dzień wcześniej Daniel zaparkował golfa za skrzyżowaniem. Wyłączył radio, bo akurat leciała piosenka, w której młoda kobieta ogłaszała wszem i wobec, że ze wszystkich materiałów najbardziej lubi watę. Najnowszy przebój z nieco ślamazarnym, lecz wpadającym w ucho refrenem. Zaczynał go już mieć po dziurki w nosie. Pomasował obolały bark, próbując odblokować zesztywniałą szyję, ale bez większego powodzenia. Nie miał żadnych wiadomości od żony i syna, którzy wyjechali na kilka dni do teściów mieszkających w Normandii. Może po powrocie do domu okaże się, że zostawili mu nagranie na automatycznej sekretarce. Kaseta wykazywała oznaki zużycia i od kilku dni maszyna miała problemy z przewijaniem. Trzeba kupić nową. Jak sobie radziliśmy wcześniej, bez automatycznych sekretarek? – zamyślił się Daniel. Telefon dzwonił w pustym mieszkaniu, nikt nie odpowiadał, więc dzwoniło się jeszcze raz, później. Proste.
*
Perspektywa zrobienia zakupów, a następnie samodzielnego przygotowania posiłku w pogrążonym w ciszy mieszkaniu przytłaczała go, i nagle około czwartej po południu, kiedy sprawdzał ostatnie rachunki z delegacji pracowników Sogetec, w jego głowie pojawił się obraz restauracji, przytulnej brasserie. Od roku nie stołował się na mieście. Ostatni raz wybrał się razem z Véronique i Jérôme’em, który miał wtedy sześć lat i był bardzo grzecznym chłopcem. Zamówili królewski półmisek owoców morza, butelkę pouilly-fuissé i kotlet mielony z purée ziemniaczanym dla chłopca, który ku wielkiemu ubolewaniu ojca oświadczył, że nie zamierza nawet spróbować ostryg.
– Ani jednej?
– Ani jednej – odpowiedział, kręcąc głową.
– Ma jeszcze czas – wstawiła się za nim Véronique.
To prawda, Jérôme miał jeszcze czas. Była już ósma, chłodne powietrze przesycała woń zbliżającej się zimy, a zgiełk miasta i hałas drogowy były ogłuszające. Nieraz przejeżdżał tamtędy samochodem. Krążąc po omacku między głównym bulwarem a boczną uliczką, w końcu ją zauważył. Dobrze zapamiętał, właśnie w tej brasserie wtedy jedli: pracownik otwierający ostrygi na zewnątrz, szerokie czerwone markizy i kelnerzy w białych fartuchach.
Zje sam, bez żony i syna. Sam, jak przed ślubem. Choć wtedy zarobki nie pozwalały mu na stołowanie się w aż tak wykwintnych lokalach. Ale nawet z najskromniejszych miejsc, w których bywał, zawsze wychodził zadowolony i nigdy nie narzekał na brak towarzystwa podczas delektowania się kiełbasą andouillette, sztuką mięsa czy talerzem trąbików. Czekała go kolacja w pojedynkę w gasnącym świetle zimowego popołudnia, jak za kawalerskich czasów. Wyrażenie przypadło mu do gustu. Tak, jak za kawalerskich czasów, powtórzył, trzaskając drzwiami golfa. Niespodziewanie poczuł potrzebę „odnalezienia się”, by zacytować psychoterapeutkę, która wystąpiła w programie telewizyjnym emitowanym w Antenne 2. Napisała książkę o stresie w pracy i właśnie promowała ją w mediach. Koncept spodobał się Danielowi. Pofolguje sobie, a gastronomiczna odmiana od codziennej rutyny pozwoli mu się odnaleźć, wyrzucić z głowy napięcie nagromadzone w ciągu całego dnia, dane księgowe i ostatnie scysje związane z reorganizacją działu finansowego. Niedawno szefem został Jean Maltard; Daniel był jego zastępcą i uznał, że ta nominacja nie wróży dobrze. Ani jemu, ani firmie. Przechodząc przez ulicę, postanowił definitywnie przegonić ponure myśli. Gdy tylko pchnie ciężkie drzwi lokalu, nie będzie Jeana Maltarda, nie będzie dokumentów Sogetec, nie będzie zestawień wydatków ani podatku VAT. Będzie tylko królewski półmisek i on.